W BLASKU MIŁOSIERDZIA

43/1043 – 28 września 2025 r. C.

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA

 

 

 

 
Niedziela, 28 września 2025 r.
XXVI niedziela zwykła rok „C”
 
 
 
Czytania
Pierwsze czytanie: Am 6,1a.4-7
Psalm: Ps 146
Drugie czytanie: 1 Tm 6,11-16
Ewangelia: Łk 16,19-31
Ewangelia
Łk 16, 19-31 - Przypowieść o Łazarzu i bogaczu
Słowa Ewangelii według Świętego Łukasza
Jezus powiedział do faryzeuszów: «Żył pewien człowiek bogaty, który ubierał się w purpurę i bisior i dzień w dzień ucztował wystawnie. U bramy jego pałacu leżał żebrak pokryty wrzodami, imieniem Łazarz. Pragnął on nasycić się odpadkami ze stołu bogacza. A także psy przychodziły i lizały jego wrzody.
Umarł żebrak i aniołowie zanieśli go na łono Abrahama. Umarł także bogacz i został pogrzebany.
Gdy cierpiąc męki w Otchłani, podniósł oczy, ujrzał z daleka Abrahama i Łazarza na jego łonie. I zawołał: „Ojcze Abrahamie, ulituj się nade mną i przyślij Łazarza, aby koniec swego palca umoczył w wodzie i ochłodził mój język, bo strasznie cierpię w tym płomieniu”.
Lecz Abraham odrzekł: „Wspomnij, synu, że za życia otrzymałeś swoje dobra, a Łazarz w podobny sposób – niedolę; teraz on tu doznaje pociechy, a ty męki cierpisz. A ponadto między nami a wami zionie ogromna przepaść, tak że nikt, choćby chciał, stąd do was przejść nie może ani stamtąd nie przedostają się do nas”.
Tamten rzekł: „Proszę cię więc, ojcze, poślij go do domu mojego ojca. Mam bowiem pięciu braci: niech ich ostrzeże, żeby i oni nie przyszli na to miejsce męki”.
Lecz Abraham odparł: „Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają!” „Nie, ojcze Abrahamie – odrzekł tamten – lecz gdyby ktoś z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą”.     Odpowiedział mu: „Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby ktoś z umarłych powstał, nie uwierzą”».
Komentarz do czytań
Jaki styl życia jest chrześcijański? Czytania XXVI niedzieli zwykłej roku C podejmują zasadniczo jeden z wątków tego szerokiego tematu. Stosunek do bogactwa. Właściwie jedynie w drugim czytaniu temat potraktowano ciut szerzej. Dlaczego bogactwo? Bo ono chyba ja nic innego potrafi odebrać człowiekowi zdrowy rozsądek. Może filmowy szablon – w chwili odnalezienia skarbu ludzie chcą zagarnąć wszystko dla siebie i gotowi są nie tylko sami zabijać, ale i nie widzieć śmiertelnego niebezpieczeństwa –  jest nieco przesadzony, ale faktycznie coś w nim jest.
Bogacz i Łazarz.... Nieważne nawet, jak bogacz zdobył swoje bogactwo. Ważne, jak traktował drugiego człowieka. A Łazarz był naprawdę biedny. Owrzodzony, żywiący się resztkami... Że też jego widok nie przeszkadzał bogaczowi świetnie się bawić.
To już drugi tydzień, gdy w liturgii słowa ostrzegani jesteśmy przed blaskiem bogactwa. Blask jest dobry, gdy służy. Jak światło lampy czy światło słońca. Ale blask bogactwa potrafi oślepić. I tego zdecydowanie powinniśmy się obawiać. Zwłaszcza gdy przestajemy widzieć ludzi poważne ludzkie potrzeby.
 
 

 
 
W dzisiejszym numerze
- Dobra zabawa?
- Nie możecie służyć Bogu i mamonie
- Ospałe serca
- Najpierw królestwo i jego sprawiedliwość
- Dobrobyt, bogactwo, pieniądze
- Nasza odpowiedzialność za wybór drogi życia
- Duszpasterz książąt i nędzarzy - św. Wincenty a Paulo
- Ten kraj przywraca święto narodowe. Na cześć wielkiego świętego
- Dobry uczynek czy modlitwa. Co ma większą wartość?
- Kiedy ciało mówi "dość". Jak naprawdę odczuwa się wypalenie
- Trwamy w wojnie, w której pole walki to człowiek. Oto arsenał, który może nas zniszczyć
- Czy budowanie relacji po 40. roku życia jest trudniejsze?
- Młoda i dumna gospodyni: „Rolnictwo to zawód, który daje szczęście”
- Święci i błogosławieni w tygodniu
 
 
 
 
Dobra zabawa?
 
Dobrze się bawią. Nie obchodzi ich upadek obyczajów i niewierność zawartemu z Bogiem Przymierzu – skarży się Amos. I nie obchodzi ich los pokrytego wrzodami żebraka Łazarza – mówi dziś w Ewangelii Jezus. Tak, dobrze się bawią. Reszta ich nie obchodzi. Brzmi znajomo?
„Poprowadzę na czele wygnańców, i zniknie krzykliwe grono hulaków” – wieszczy Amos. „Strasznie cierpli w tym płomieniu” – mówi o pośmiertnym losie bogacza Jezus. Jeszcze w tym życiu, najpóźniej w życiu przyszłym, spotka człowieka za tę obojętność odpłata. Lekceważąca Boga obojętność wobec Jego praw. Lekceważąca człowieka obojętność na krzyczącą potrzebę bliźnich. Gdy powodzenie nie idzie w parze z Bożą bojaźnią, wcześniej czy później źle się to kończy.
Modlitwa
Boże, dotykaj mojego serca, by drugi człowiek nie był mi obojętny. Dotykaj, bym zawsze chciał być wierny Twojemu prawu i nigdy Cię nie lekceważył. Dotykaj serca, byś potem, dla opamiętania mnie nie musiał wstrząsnąć mną całym...
Andrzej Macura – „wiara.pl”
 
 
 
 
Nie możecie służyć Bogu i mamonie
Słowu” „nie możecie służyć Bogu i mamonie”, jak zapisał Ewangelista Łukasz, przysłuchiwali się chciwi na grosz Faryzeusze. Jezus, za chwilę, za moment, mówi przypowieść o bogaczu i o Łazarzu.
Bogacz ma prawie wszystko. Otacza się przepychem i luksusem, ubiera się w najdroższe tkaniny starożytności - purpurę i bisior, a do tego jeszcze ucztuje wystawnie. Ma wszystko oprócz jednego. Nie ma imienia.
Łazarz natomiast prawie nic nie ma, ale ma imię, które go określa i imię, które jest mu pomocą. Po hebrajsku Eleazar oznacza ‘Bóg wspomógł, Bóg jest moją pomocą’.
I może tę przypowieść szczególnie trzeba nam czytać od końca, kiedy ten opis już dotyczy sytuacji po śmierci bogacza i Łazarza. Mamy więc łono Abrahama, a na nim Łazarza i mamy bogacza, który może Łazarza zobaczyć, ale Łazarz nie może mu przyjść z pomocą. Nie przynosi mu kropli wody, bo nie jest w stanie, nie ma takiej możliwości. Gdy to się okazuje niemożliwe, to bogacz chce wykorzystać Łazarza na posyłki do domu ojca, do swoich braci, żeby przynieść im ostrzeżenie, że może jak zobaczą zmarłego to wtedy uwierzą i zmienią życie. Ale żeby zmienić życie to nie zmarłego mam zobaczyć, ale mam słowo wcielić w życie. „Mają Mojżesza i proroków, niechże ich słuchają” i dalej „Jeśli Mojżesza i proroków nie słuchają, to choćby ktoś z umarłych powstał, nie uwierzą”.
Moc Bożego słowa, moc, która daje życie. I to jest klucz do słuchania tej przypowieści. Przyjąć z wiarą słowo od Boga i pamiętać Jezusa, który mówi „moją matką i moim braćmi są ci, którzy słuchają słowa Bożego” i dalej „błogosławieni, którzy słuchają słowa i zachowują je”.
Stanąć w jednym szeregu z Matką Najświętszą i mieć łaskę, i odwagę przyjąć moc słowa na swoje życie.
W co chcę się przyodziać, w purpurę i bisior, czy w moc słowa Bożego?
 
 
 
Ospałe serca
Czy bogacz znał imię Łazarza? Kiedy wystawna uczta się kończyła, ubrany w purpurę i bisior wychodził pewnie na ulicę, by wszyscy go widzieli i podziwiali, a wtedy w bramie musiał mijać człowieka pokrytego wrzodami, w łachmanach. Ale czy kiedykolwiek, mijając go, spojrzał mu w twarz, zapytał o imię? A może nie chciał go widzieć…
A ci beztroscy i dufni z Syjonu i Samarii, wylegujący się na łożach z kości słoniowej, którzy potrafili nie martwić się zupełnie upadkiem domu Józefa – ciekawi mnie, kiedy przestali czuć dyskomfort i zgrzyt, że gdy przy dźwiękach harfy namaszczają się wonnymi olejkami, ich lud ginie?
Słowo uderza mnie dzisiaj mocno: mam walczyć (1 Tm 6,11–16). Walczyć przeciw ospałości serca. Podążanie za sprawiedliwością, pobożnością, wiarą, miłością, wytrwałością, łagodnością – to walka, wysiłek, decyzja na drogę pod górę. Wychodzenie ku drugiemu, żeby poznać jego imię, jego historię, jego rany, to działanie wbrew mojej grawitacji do wygody. Ani bogacz, ani krytykowani przez Amosa mieszkańcy Samarii i Jerozolimy nie mieli pewnie krwi na rękach, swój majątek uczciwie zbudowali lub odziedziczyli i, kto wie, może byli nawet sympatycznymi ludźmi – ale ospałość serca sprawiła, że oślepli na prawdę świata dookoła nich i zapadli się w sobie. „Ty, człowiecze Boży, podążaj za sprawiedliwością…”
„Prawda jest więzią, która łączy słowa z rzeczami, imiona z twarzami” – powiedział młodym na jubileuszu w Rzymie papież Leon XIV. Mówił też, że poszukiwanie prawdy może uchronić przed ospałością powierzchownych relacji zdefiniowanych przez świat mediów społecznościowych, świat algorytmów zamykających nas w bańkach poglądów podobnych do naszych. Opowiadał także o konieczności radykalnego wyjścia do drugiego, o szczerych i stabilnych relacjach, bez których niemożliwe jest dojrzałe, dobre życie.
Poznaj Łazarza. Obudź serce, pokochaj go, a w nim Boga.
Łukasz Miśko OP – „wdrodze.pl”
 
 
 
Najpierw królestwo i jego sprawiedliwość
Wiem: żeby żyć trzeba jeść, pić, mieć w co się ubrać i mieć dach nad głową. Ale Bóg też to wie.
No to jak w swojej religijności się nie pogubić? W Konstytucji królestwa Jezus przypomniał już: religijność ma nie być na pokaz, nie próbuj znaleźć „sposobu” na Boga i nie próbuj godzić służenia Bogu i oddawania czci Mamonie. Kolejne wskazanie? 
Dlatego powiadam wam: Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się macie przyodziać. Czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie? Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichrzów, a Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one? Kto z was przy całej swej trosce może choćby jedną chwilę dołożyć do wieku swego życia? A o odzienie czemu się zbytnio troszczycie? Przypatrzcie się liliom na polu, jak rosną: nie pracują ani przędą. A powiadam wam: nawet Salomon w całym swoim przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich. Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, to czyż nie tym bardziej was, małej wiary? Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy.
Zbytnio? W nowszych tłumaczeniach tego słowa niema. Po prostu, nie troszcz się. Przestań się troszczyć o swoje codzienne potrzeby. Bóg wie, potrzebujesz jedzenia, picia, ubrania i dachu nad głową. Daje jeść ptakom, odziewa kwiaty, a miałby zapomnieć o tobie, człowieku?
To, o co powinniśmy się troszczyć, to królestwo Boże i jego sprawiedliwość. Czyli? Bóg króluje na ziemi, kiedy ludzie szanują Jego prawo. Nie chodzi oczywiście o  prawa przyrody. Te możemy wykorzystywać, ale chcąc nie chcąc musimy się im poddać. Chodzi o prawo moralne, w skrócie wyrażone w owym podwójnym przykazaniu miłości Boga i bliźniego.
W miłości Boga i bliźniego nie może być wyjątków. Nawet jeśli w grę wchodzą ważne ludzkie potrzeby: jedzenie, picie, ubranie, dach nad głową. Ot, nadarza się okazja na dobrze płatną pracę. Super. Ale jeśli ceną miałoby być udawanie, że jest się niewierzącym?  Albo praca ta wymagałaby oszukiwania bliźnich czy też wykorzystywania ich naiwności?
Podobnie bywa, gdy na horyzoncie pojawia się możliwość awansu. Nie jest bez znaczenia, jak człowiek do niego dochodzi. Dostrzeżono jego pracowitość i kompetencje? W porządku. Szczęśliwy kaprys szefa? Też dobrze. Wynik podjazdów, donoszenia na współpracowników i do perfekcji opanowanego pochlebstwa połączonego z wiernopoddańczym serwilizmem? To już zupełnie co innego.
Muszę pracować w niedzielę, bo inaczej za mało zarobię, muszę rozpychać się łokciami, bo bez tego nic nie będę miał; trochę oszukać też muszę, bo nie jestem naiwniakiem, o wykorzystywaniu swojej pozycji dla brania łapówek już nie mówiąc. Dla rodziny i własnych dzieci też czasu nie mam, no bo przecież tyram, by zapewnić im  zaspokojenie ich potrzeb. Bez tego się nie da? Jezus mówił wyraźnie: najpierw królestwo i jego sprawiedliwość. Tego, co do życia potrzebujecie na pewno wam nie zabraknie...
A gdyby jeszcze dodać tu te prawa królestwa, których omijanie nie wynika z troski o swoje codzienne potrzeby, ale o realizowanie idei, jedynie słusznych celów.... Nie, zostawmy to. Jezus przecież mówił tu tylko o troskach, które przysłaniają Boga. Więc niech tak zostanie...
Andrzej Macura – „wiara.pl”
 
 
 
Dobrobyt, bogactwo, pieniądze
Dobrobyt, bogactwo, pieniądze – to wszystko może być błogosławieństwem. Mogą dawać możliwość czynienia dobra, rozwoju i pomocy innym. Ale mogą też stać się największym przekleństwem. Historia zna przecież tylu ludzi, którzy mieli miliony, wille, jachty, prywatne odrzutowce, a dziś... są wrakami. Ilu celebrytów, ilu milionerów, ilu „ludzi sukcesu” zatraciło się w alkoholu, narkotykach, w samotności, a w końcu w rozpaczy. Mieli wszystko, oprócz jednego – sensu życia i serca, które potrafiłoby dostrzec drugiego człowieka.
I podobnie było już w czasach Jezusa. Nie wymyślił tego XXI wiek. To samo miało miejsce dwa tysiące lat temu, gdy Pan Jezus opowiedział przypowieść o bogaczu i Łazarzu. Bogacz nie jest nazwany z imienia, ponieważ nie ma znaczenia jego imię – może nim być każdy z nas. A Łazarz? On imię ma. To ubogi, cierpiący, głodny, który leży przy bramie pałacu. Tak blisko i tak daleko. Bogacz go widzi. Codziennie przechodzi obok niego. I właśnie na tym polega dramat. Bo grzechem bogacza nie było to, że miał pieniądze, że dobrze się ubierał, że ucztował. Grzechem było to, że choć widział potrzebującego, nie zrobił nic. Bogacz z przypowieści trafia do piekła nie dlatego, że wyrządził krzywdę Łazarzowi, rannemu i umierającemu z głodu u jego bramy. Nie obraził go. Nie pobił go. Nie wysłał swoich psów, aby go zaatakowały. Bogacz trafił do piekła, ponieważ gdy zobaczył Łazarza u swojej bramy, po prostu nic nie zrobił. Nadal spożywał trzy wystawne posiłki dziennie, podczas gdy Łazarz umierał z głodu i braku opieki. Nawet zwierzęta domowe – psy – zobaczyły jego cierpienie i lizały jego rany, aby mu choć trochę ulżyć.
Przypowieść bardzo wyraźnie pokazuje, czym jest grzech zaniedbania. Warto dziś zastanowić się, czy my nie popełniamy podobnych grzechów. Przecież mamy słowa Jezusa, który mówi w innym fragmencie Ewangelii: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40). Problemem bogacza nie jest to, że był bogaty, tylko to, że nie kiwnął palcem, aby pomóc biednemu Łazarzowi u swojej bramy. Jego największym grzechem była obojętność i bezczynność.
Obrazowo można to ująć także w pewnej przypowieści o diable, który rozdzielał ostatnie miejsce w piekle.
Piekło było już prawie całkiem zapełnione, a przed jego bramą oczekiwało jeszcze na wejście wiele osób. Diabeł nie miał innego rozwiązania sytuacji, jak tylko zablokować drzwi przed nowymi kandydatami.
– Pozostało tylko jedno miejsce i, jak się rozumie, może je zająć tylko ktoś z was, kto był największym grzesznikiem – powiedział.
– Czy jest wśród zgromadzonych jakiś zawodowy morderca? – zapytał.
Nie słysząc pozytywnej odpowiedzi, zmuszony był przystąpić do egzaminowania wszystkich stojących w kolejce grzeszników. W pewnym momencie swój wzrok skierował na jednego z nich, który umknął wcześniej jego uwadze.
– A ty, co zrobiłeś? – zapytał go.
– Nic. Jestem uczciwym człowiekiem, a znalazłem się tutaj jedynie przez przypadek.
– Niemożliwe. Musiałeś jednak coś zawinić.
– Tak, to prawda – powiedział zmartwiony człowiek – starałem się być zawsze jak najdalej od grzechu. Widziałem, jak jedni krzywdzili drugich, ale sam nie brałem w tym udziału. Widziałem, jak dzieci były krzywdzone, a nawet sprzedawane. Byłem świadkiem, jak ludzie czynili sobie wzajemne świństwa i oskarżali się. Jedynie ja byłem wolny od pokus i nic nie czyniłem.
– Nigdy? Naprawdę nigdy? – zapytał z niedowierzaniem diabeł. – Czy to rzeczywiście prawda, że widziałeś to wszystko na własne oczy?
– Jak najbardziej.
– I naprawdę nic nie zrobiłeś? – powtórzył jeszcze raz diabeł.
– Absolutnie nic!
Diabeł zaśmiał się ze zdziwienia: – Wejdź, mój przyjacielu. Ostatnie wolne miejsce należy do ciebie!
I to jest największy dramat, największa zaraza XXI wieku: obojętność. Nie trzeba dziś nienawidzić, nie trzeba dziś bić, nie trzeba dziś krzyczeć. Wystarczy nie reagować. Wystarczy udawać, że nie widzę. Wystarczy przejść obok. Wystarczy zamknąć się w swoim świecie – w swoim domu, w swojej pracy, w swoim smartfonie. To jest grzech obojętności.
My też mijamy Łazarzy. Może nie siedzą pod naszymi pałacami, bo pewnie w nich nie mieszkamy. Ale są obok. Na ulicy. W sąsiednim domu. W hospicjum. W szpitalu. W domu opieki. To są chorzy, samotni, starzy. To są dzieci, które płaczą, bo rodzice nie mają dla nich czasu. To są młodzi, którzy wchodzą w narkotyki, przestępczość, bo nikt ich nie wysłuchał. Ilu Łazarzy leży dziś pod naszymi bramami? I w tym momencie warto zadać sobie pytanie: czy ja ich widzę? Czy może wygodniej jest nie widzieć? Bo łatwiej jest wpatrywać się w ekran telefonu niż w zapłakane oczy drugiego człowieka. Łatwiej jest dać lajka w Internecie niż poświęcić czas i rozmowę temu, kto tego naprawdę potrzebuje.
Przypowieść prowokuje nas także do innych ważnych pytań: dlaczego bogacz nie przejmował się losem umierającego człowieka? Dlaczego nic nie zrobił? Powodem jest to, że jego serce było z kamienia i nie potrafiło współczuć. Bogacz, mając wszystko pod dostatkiem i stawiając na pierwszym miejscu przyjemność, nie potrafił już wczuć się w sytuację innych. Opierał swoje istnienie na własnych pragnieniach, na swoich materialnych zabezpieczeniach, a nie na Bogu.
Na samym końcu dzisiejszej Ewangelii bogacz prosi Abrahama, aby ten posłał Łazarza, by ostrzegł jego braci przed podobnym losem. Ale Abraham odpowiada, że jeśli nie wierzą Mojżeszowi i Prorokom, to nie uwierzą również, gdyby ktoś ze zmartwychwstałych im to oznajmił. My mamy to szczęście, że słuchając Słowa Bożego i nauki Kościoła, jesteśmy stale napominani, aby nie iść drogą życia w grzechu, która prowadzi do wiecznej zagłady. Otrzymaliśmy przywilej, którego bracia bogacza nigdy nie otrzymali.
Jak przypomina papież Franciszek w encyklice Fratelli tutti: „Najgorszą chorobą nie jest brak chleba czy domu, ale brak bliskości, brak zainteresowania drugim człowiekiem”. To jest prawdziwe źródło cierpienia współczesnego świata.
Dlatego pamiętajmy, że mądrzy ludzie uczą się na własnych błędach, ale ci naprawdę bystrzy uczą się na cudzych. Niech to Słowo będzie dla nas nie tylko napomnieniem, ale także zachętą do radości z czynienia dobra. Każdy gest miłości wobec bliźniego nie tylko ocala drugiego człowieka, ale także nas samych. Jak uczy Katechizm Kościoła Katolickiego (KKK 2447), „uczynki miłosierdzia są dziełami miłości, przez które przychodzimy z pomocą bliźniemu w jego potrzebach cielesnych i duchowych”. Dlatego nie zatrzymujmy się na lęku przed obojętnością – idźmy dalej, ku radości służby, ku wdzięczności, że możemy być narzędziami dobra.
Abyśmy, gdy staniemy przed Bogiem, mogli usłyszeć: „Byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić” (Mt 25,35). I abyśmy weszli do Jego radości.
o. Łukasz Baran CSsR
Misjonarz Prowincji Warszawskiej Redemptorystów, Parafia Matki Bożej Królowej Polski
(Sanktuarium Matki Bożej Nieustającej Pomocy) – Elbląg
 
 
 
Nasza odpowiedzialność za wybór drogi życia
1. Poważny ton pouczenia tej niedzieli jest typowo jesienny, powiązany ze schyłkiem roku liturgicznego. Ta pora roku ze swej natury wszystkim ludziom, a szczególnie pracującym na roli, w sadach czy ogrodach, nasuwa myśl o plonach i owocach. Przy ich obliczaniu uwzględnia się wiele czynników, ale wielkość zbiorów zależy głównie od wielkości wcześniej włożonej pracy przewidująco zaplanowanej. Kościół to powszechne doświadczenie w sprawach doczesnych ukazuje na pełniejszym tle odsłaniając głębszy sens owej zależności. Plony, bogactwo są przede wszystkim darem Bożym do wyliczenia. Z całą więc powagą ukazuje Kościół dzisiaj przyszły bilans naszego życia w świetle prawd ostatecznych, zwłaszcza sądu ostatecznego. Jego wynik o tyle można już teraz przewidzieć, że będzie on następstwem dokonywanych przez nas świadomie wyborów w myśl uprzednio trafnie zaplanowanego programu.
2. Amos, z pasterza powołany na proroka w północnym po rozłamie królestwie izraelskim, w dzisiejszym urywku gromi styl życia, jakie tam prowadzi krzykliwe grono hulaków. Od tego zarzutu zresztą nie są wolni podobni im ludzie w południowym królestwie judzkim, na Syjonie, a więc w środku Jerozolimy. Jedynym programem życia tych bogaczy jest beztroskie używanie, korzystanie tylko z chwili obecnej, która im dostarcza maksimum przyjemności. Zarzut proroka odnosi się przy tym do tego, że ludzie ci nic się nie martwią upadkiem domu Józefa. Imię patriarchy zastępuje tu imię syna – Efraima, z którego składała się większa część ludności królestwa. Winowajców odpowiednio do ich egoistycznego zamiłowania w doczesności czeka niebawem dotkliwa kara na tym samym doczesnym poziomie. To oni właśnie pójdą na czele wygnańców, gdy po utracie niepodległości królestwa nastąpi wygnanie do niewoli asyryjskiej.
Święty Paweł ukazuje kontrastowo różny styl życia. To zacięta walka w dobrych zawodach o ideał, oparty na odpowiedzialności, jakiej świadomy jest człowiek Boży. Wśród zachęt pod adresem umiłowanego ucznia i następcy, Tymoteusza, dwukrotnie Apostoł wzmiankuje dobre wyznanie, w związku z realizacją powołania. Wierność jemu ma być motywacją, według której ten młody biskup dokonywać będzie w swym życiu trafnych wyborów. Wyznanie, które złożył Tymoteusz wobec wielu świadków, jest może aluzją do faktu poprzedzającego chrzest lub święcenia. Dawniej przypuszczano, iż mowa tu o zeznaniu przed trybunałami pogańskimi. Apostoł zaklinając uroczyście ucznia na chwalebną paruzję Chrystusa przywołuje złożone przez Niego samego dobre wyznanie za Poncjusza Piłata, poświadczone męką i śmiercią. Tamto odnosiło się do misji Króla nie z tego świata (J 18,36). Taki jest wzór. Końcowa doksologia wielbi Niewidzialnego Króla.
Ewangelia dzisiejsza, przypowieść tylko Łukaszowa, sięga po motywację eschatologiczną. Jest to jakby dramat w dwóch odsłonach: po scenie doczesnej następuje druga – na tamtym świecie. Z pozoru jej pouczenie odpowiada tylko zasadzie starotestamentowej sprawiedliwej odpłaty, karzącej obrany przez bogacza program życia. Ale tak nie jest. Bogacza nie spotkała kara za to, że dzień w dzień ucztował wystawnie, skoro tak ojciec uczcił powrót syna marnotrawnego (ten sam grecki czasownik występuje trzykrotnie w Łk 15,23n.32). Ani winą jego nie była obojętność wobec nędzy Łazarza, bo ze słów: Pragnął on nasycić się odpadkami ze stołu bogacza, nie wynika koniecznie, że mu ich odmawiał (jak myśleli niektórzy Ojcowie Kościoła). Słowa Abrahama ujawniają nową już skalę wartości: otrzymałeś swoje dobra, cały pogrążony tylko w doczesności. A Łazarz dobrze zniósł dolę – bez protestu. Postawy obydwóch utrwaliły się tam nieodwracalnie.
3. Myśl główna o odpowiedzialności za wolny wybór programu życiowego ma jako ilustrację zestawioną parę przeciwieństw – przyczyn i skutków – ukazanych w pierwszym czytaniu i w Ewangelii. Dodatkową zachętą do trafnego wyboru są słowa Apostoła. Kontrast występuje dwa razy między przeciwnymi biegunami. Jednym jest krótkowzroczne hołdowanie doczesności, która dostarcza wprawdzie konkretnego zadowolenia, ale nieuchronnie skazanego na przemijanie, i to bezpowrotne. Drugim biegunem jest życie tak zaprogramowane, że każda jego chwila, przez Boga darowany kairos, utrwala się od razu w wieczności, i to jako niezawodny składnik przyszłego szczęścia bez kresu. Rękojmią nowej skali wartości jest objawione słowo Boże. Prorok zapowiada los, którego doświadczył niewierny Izrael. A Syn Boży głosi przyszły nieuchronny sąd, który nieodwracalnie utrwali następstwo wybranego przez wolną wolę programu życia.
4. Po wykorzystaniu wstępu (pkt 1) i myśli głównej (pkt 3) homilia może zaktualizować przestrogę niedzieli przez ukazanie na przykładach, jak dziś wygląda płytka fascynacja doczesnością. Często pod hasłem korzystania z wolności hołduje się swawoli. Warto dalej szczegółowo omówić przypowieść, podkreślając w dialogu Abrahama z bogaczem dwie prawdy. Pierwsza – że o wieczności decyduje tylko wybrany w tym życiu przez człowieka program, który zostaje utrwalony niezmiennie zgodnie ze stanem jego duchowym w chwili śmierci. Druga – że na metanoję ludzi pogrążonych w doczesności nie wpłynie nawet ukazanie się kogoś zmarłego, jeśli nie ma w nich podstawowej dyspozycji słuchania Prawa Bożego. Odwrotnie – staje przed każdym z nas otworem droga składania dobrego wyznania przynależności do Chrystusa bądź ufnie cierpiąc jak ubogi Łazarz, bądź walcząc w dobrych zawodach jak Tymoteusz, by zdobyć życie wieczne.
Augustyn Jankowski OSB – „wiara.pl”
 
 
 
Duszpasterz książąt i nędzarzy
- św. Wincenty a Paulo
Był najbardziej szanowanym i poszukiwanym księdzem we Francji, ale wciąż powtarzał: „Jestem tylko biednym chłopem, który pasał świnie, a moja matka pracowała jako służąca”.
Ponoć poświęcono mu już około 1500 biografii. Trzeba przyznać, że życie miał rzeczywiście niezwykle barwne. Aż szkoda, że zazwyczaj docierają do nas tylko strzępy z fascynujących CV świętych. Św. Wincenty Paulo, bo o nim mowa, żył w siedemnastowiecznej Francji. Wyposażony był w genialną inteligencję. Chciał uciec od biedy, od swojej wioski z glinianymi chałupami, zagubionej między mokradłami, od chłopskiej rodziny, od pilnowania świń. Jego talent dostrzegł miejscowy pan.
Przekonał ojca, aby oddał go na naukę – na księdza. Wincenty postanowił zapomnieć o swoim pochodzeniu. Kiedy w kolegium, gdzie się uczył, pojawił się z wizytą ojciec, chłopiec wstydził się go. Nie chciał, by jego koledzy zobaczyli, że rozmawia z biedakiem. Na starość wracał wielokrotnie ze łzami w oczach do tego wydarzenia: „Nie chciałem iść rozmawiać z ojcem i z tego powodu dopuściłem się wielkiego grzechu”. Został najbardziej szanowanym i poszukiwanym księdzem we Francji, ale wciąż powtarzał: „Jestem nie kim innym, jak tylko biednym chłopem, który pasał świnie, a moja matka pracowała jako służąca”.
Przyjął święcenia kapłańskie, mając zaledwie 19 lat. Jego życie wypełniały potem dziwne przygody. Prawdopodobnie przez dwa lata żył jako niewolnik w Tunisie. W końcu trafił do Rzymu. Miał talent do pozyskiwania sobie ludzi. Jak sam potem wyzna, znalazł się w miedzianym tyglu ambicji i przebiegłości, próbując zrobić kościelną karierę. Papież Paweł V wysłał Wincentego do Francji, w nieznanej bliżej misji, na dwór Henryka IV. Tam pozyskał zaufanie królowej, która obrała go sobie za kapelana. Później stał się nauczycielem domowym w szlacheckiej bogatej rodzinie Gondi.
W wygodnym zamku ks. Wincenty stał się doradcą duchowym całej rodziny. Aby zrównoważyć duchowy dyskomfort, zajął się nauczaniem katechizmu biednych wieśniaków z rozległych dóbr swoich panów. Pewnego dnia potajemnie uciekł z zamku, aby stać się proboszczem w biednej i opuszczonej parafii Chatillon les Dombes. Służba najuboższym – ten kierunek życia utrzymał do końca. Jednocześnie duchową troską obejmował nadal wyższe sfery. Stał się kapelanem galerników, ale dwór wezwał go z kapłańską posługą do umierającego króla Ludwika XIII. Założył Zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia (szarytki) oraz Zgromadzenie Księży Misjonarzy. Przez wiele był członkiem Rady Królewskiej – tzw. Rady Sumienia, której podlegały wszystkie sprawy Kościoła. Pracował nad reformą kształcenia duchowieństwa, głosił niestrudzenie konferencje, zakładał seminaria, posyłał misjonarzy. Umarł w roku 1660 r. w wieku 79 lat. Ostatnim słowem, które wypowiedział, było słowo Jezus.
W brewiarzu w dzień wspomnienia św. Wincentego jest czytanie, fragment jego listu. Zakreśliłem sobie słowa: „Miłość jest ważniejsza niż wszystkie przepisy, owszem, właśnie do niej wszystkie one powinny zmierzać. Ponieważ miłość to wielka władczyni, dlatego wszystko, co rozkaże, należy czynić”.
ks. Tomasz Jaklewicz – „wiara.pl”
 
 
10
 

Ten kraj przywraca święto narodowe.

Na cześć wielkiego świętego

Włoski parlament przyjął projekt przywrócenia narodowego święta z okazji dnia św. Franciszka z Asyżu, który przypada na 4 października. Inicjatywa ta uzyskała szerokie poparcie w izbie niższej parlamentu i jest uznawana za istotny gest na rzecz tożsamości i dziedzictwa kulturowego Włoch.

 Decyzja parlamentu

 23 września 2025 roku Izba Deputowanych przegłosowała projekt ustawy, przyjmując go przeważającą większością – 247 głosów za, dwa przeciw i osiem wstrzymujących się. Ostateczna decyzja należy jeszcze do Senatu, który musi zatwierdzić ustawę, jednak spodziewane jest szybkie przyjęcie zmian. Wprowadzenie święta miałoby obowiązywać od przyszłego roku, kiedy to przypada 800. rocznica śmierci świętego. Franciszek z Asyżu zmarł w 1226 roku.

 Uzasadnienie i reakcje

 Premier Giorgia Meloni oraz przedstawiciele rządu określili św. Franciszka jako kluczową postać dla tożsamości narodowej. Inicjatywa posiada poparcie większości ugrupowań – od centroprawicy po centrum. Przewodniczący Izby Deputowanych Lorenzo Fontana zaznaczył po głosowaniu, że przywrócenie święta to nie tylko powrót do tradycji, ale także odnowienie przesłania pokoju i solidarności, którym żył patron Włoch.

Historyczne tło i znaczenie

 Narodowe święto 4 października ku czci św. Franciszka funkcjonowało we Włoszech do roku 1977, kiedy to zostało zniesione podczas wdrażania oszczędności i porządkowania kalendarza świąt. Dla Włoch, gdzie około 80% społeczeństwa deklaruje katolicyzm, choć tylko 19% regularnie uczestniczy w praktykach religijnych, przywrócenie święta ma wymiar zarówno religijny, jak i patriotyczny.

Kalendarz włoskich świąt

 Włochy obecnie posiadają 12 ogólnokrajowych świąt, z których osiem ma wyłącznie charakter religijny (np. Objawienie Pańskie, Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny, Boże Narodzenie). Oprócz tego każda miejscowość świętuje dzień własnego patrona. Dzień św. Franciszka, jeśli głosowanie Senatu przejdzie pomyślnie, stanie się trzynastym państwowym świętem, a zarazem okazją do refleksji nad wartościami pokoju i troski o ubogich, bliskimi postawie świętego z Asyżu.

 Dogmatyczny laicyzm

 Działania włoskiego państwa są warte uwagi szczególnie w czasach, gdy wielu polityków i liczne media próbują przekonywać społeczeństwa, że każde nawiązanie do religii w sferze publicznej to naruszenie dogmatu o neutralności światopoglądowej. Tymczasem Włosi nie tylko nawiązują do religii. Wręcz instytucjonalizują związek swojej kultury narodowej z prawdziwą religią, którą jest katolickiej chrześcijaństwo. Upamiętnienie św. Franciszka to gest nie tylko piękny, ale także duchowy i moralny.

Tomasz Rowiński – „aleteia.pl”

 
 
11
 
Dobry uczynek czy modlitwa.
Co ma większą wartość?
Czy przerwanie modlitwy, aby pomóc potrzebującemu, jest zaniedbaniem Boga? Św. Wincenty daje jasną odpowiedź.
Modlitwa – spotkanie z Bogiem
Modlitwa jest przestrzenią, w której człowiek otwiera się na działanie łaski i uczy się słuchać Boga. Bez niej trudno pielęgnować duchową wrażliwość i rozeznawać Jego wolę. To właśnie w modlitwie rodzi się gotowość, by żyć według Ewangelii.
Św. Wincenty nie odrzuca jej wartości, ale przypomina, że nie zawsze jest ona pierwsza. „Nie potrzebujecie się niepokoić w duchu ani wyrzucać sobie grzechu z powodu opuszczenia modlitwy ze względu na spełnioną wobec potrzebującego posługę”. Modlitwa ma prowadzić do czynu, a nie od niego odciągać.
Czyn miłości jako modlitwa w praktyce
Kiedy pojawia się ktoś w potrzebie, św. Wincenty nie ma wątpliwości: „Posługa ubogim powinna być przedkładana ponad wszelką inną działalność i niezwłocznie spełniana”. W takich chwilach gest miłosierdzia staje się najpiękniejszą formą uwielbienia Boga.
Podanie lekarstwa, wsparcie cierpiącego czy zwykła obecność przy samotnym człowieku nie są czymś mniej duchowym niż klęczenie przed ołtarzem. Jak pisze święty: „Nie zaniedbuje się Boga, kiedy się Go opuszcza ze względu na Niego samego, to jest kiedy się opuszcza jedno dzieło Boga, aby wykonać inne”.
Miłość ponad wszystko
Najwyższym kryterium chrześcijańskiego życia nie jest czas trwania modlitwy, lecz miłość. Wincenty przypomina: „Miłość bowiem jest ważniejsza niż wszystkie przepisy, owszem, właśnie do niej wszystkie one powinny zmierzać”. To ona staje się punktem odniesienia, gdy trzeba wybierać między modlitwą a czynem.
W miłości człowiek spotyka samego Boga, zwłaszcza w tych, którzy są „najbardziej opuszczeni”. Stąd wezwanie świętego: „Z odnowionym uczuciem serca oddajmy się służbie ubogim; szukajmy najbardziej opuszczonych: otrzymaliśmy ich bowiem jako naszych panów i władców”.
Zgoda modlitwy i uczynku
Dla Wincentego nie ma rywalizacji między modlitwą a dobrym uczynkiem. Obie drogi spotykają się w miłości, a każda chwila domaga się roztropnego wyboru. Czasem trzeba klęknąć w ciszy, a czasem pochylić się nad chorym – obie postawy są modlitwą.
Dlatego można powiedzieć, że „opuszczenie” modlitwy na rzecz miłosierdzia nie jest stratą, lecz spełnieniem jej sensu. To właśnie wtedy, w geście pomocy, człowiek modli się najpełniej – nie słowami, lecz sercem.
Dariusz Dudek – „aleteia.pl”
 
 
 
Kiedy ciało mówi "dość".
Jak naprawdę odczuwa się wypalenie
Wypalenie nie pojawia się nagle – narasta miesiącami, a nawet latami, ukryte pod pozorami obowiązkowości i perfekcjonizmu. Anika, pielęgniarka z wieloletnim doświadczeniem, przez długi czas nie dostrzegała, że jej codzienna walka o bycie "niezastąpioną" stopniowo odbiera jej siły, radość i więź z bliskimi. Jej historia pokazuje, jak subtelnie i jednocześnie bezlitośnie wypalenie przejmuje kontrolę nad życiem.
Anika zgłosiła się do mnie kilka miesięcy po tym, jak trafiła na zwolnienie chorobowe w związku ze złym samopoczuciem fizycznym i atakami paniki. Pracowała jako starsza pielęgniarka na oddziale. (...) Powiedziała mi, że wstaje o piątej trzydzieści, żeby przed wyjściem posprzątać dom, a po przekazaniu zmiany (...) wraca na oddział, wiedziona nieustannym poczuciem winy i obowiązku. (...) Kiedy w końcu docierała do domu, był już późny wieczór. (...) Umysł wciąż jej buzował, a ona kładła się, brała do ręki telefon i zanim to sobie uświadomiła, zdążyła kupić kolejnych pięć ciuchów, których nie potrzebowała.
Anika mówiła o sobie, że jest jak łabędź, który macha nogami pod wodą jak szalony, choć wydaje się spokojny. (...) – Nigdy nie uważałam, że robię wszystko, co w mojej mocy – wyznała. – Zawsze było coś jeszcze, dlatego nawet nie myślałam, że mogłabym się zatrzymać. (...) Życie zawodowe pochłonęło mnie całkowicie, bo byłam tak zajęta potrzebami pacjentów i upewnianiem się, żeby nie stracić pracy.
Obowiązki domowe wykonywała jak we śnie, a w szpitalu porywał ją nurt nagłych wypadków, rutynowych kontroli i niekończącej się biurokracji. (...) Organizowanie przestrzeni i opróżnianie skrzynki mailowej, które kiedyś dawało jej poczucie kontroli, nie zapewniało już ulgi. Zaczęła sięgać po szybkie poprawiacze nastroju: większe ilości alkoholu, kompulsywne przeglądanie mediów społecznościowych czy zakupy przez internet. (...)
Trzy wymiary wypalenia według Christiny Maslach
Po kilkumiesięcznej przerwie od pracy zaczęła się czuć lepiej, jej organizm stopniowo się odblokowywał i otrząsał z uczucia przytłoczenia. Dlaczego Anice nie udawało się dostrzec, jak bardzo zestresowana była przez długi czas? Dlaczego nie była w stanie zrobić sobie przerwy, nim wymusił to na niej jej organizm?
1. Wyczerpanie fizyczne i emocjonalne – uczucie wyczerpania, wycieńczenia lub letargu. Możesz odczuwać ociężałość, ospałość lub wyzucie z emocji – jakby brakowało ci zasobów, by dać
z siebie cokolwiek. Ludzie w stanie wypalenia często mówią, że czują się zestresowani i przytłoczeni, poirytowani lub przygnębieni. Może to także się przerodzić w demotywację lub utratę zapału do pracy.
2. Poczucie oddalenia (określane mianem depersonalizacji) – doświadczenie braku zaangażowania w pracę lub życie, znane jako „zmęczenie współczuciem” albo bardziej uogólniona
trudność z „odczuwaniem”: odrętwienie. To właśnie Maslach określiła mianem „zdystansowanej troski”; stan ten może także przypominać cynizm lub unikanie emocji.
3. Mniejsze dokonania osobiste lub poczucie nieefektywności – twoja skuteczność w zakresie obowiązków może się zmniejszyć w związku z powyższymi problemami; na przykład wyczerpanie i mgła mózgowa mogą utrudnić koncentrację lub zaburzyć jasność myślenia. Większa skłonność do prokrastynacji* może sprawić, że zaczniesz unikać zadań, a pośpiech będzie pociągać za sobą błędy. Cynizm i wyczerpanie emocjonalne mogą oznaczać, że robisz to, co do ciebie należy, ale nie koncentrujesz się za bardzo na szczegółach albo idziesz po linii najmniejszego oporu, obierając taką strategię radzenia sobie z trudnościami. Możesz także uważać, że brakuje ci kompetencji, i bardzo krytycznie podchodzić do swoich starań i swojej pracy.
Opis Maslach stanowi podstawę współczesnej oficjalnej definicji Światowej Organizacji Zdrowia. Pionierska praca badaczki przyczyniła się także do dalszych analiz autorstwa psychiatry klinicznego profesora Gordona Parkera oraz jego współpracowników z Sydney, których wyniki opublikowano w 2021 roku. Badanie przeprowadzone na 1019 uczestnikach zmagających się z wypaleniem uwzględniało osoby wykonujące pracę odpłatną, ale także nieodpłatną – rodziców i nieformalnych opiekunów. Naukowcy opracowali listę najczęściej zgłaszanych problemów fizycznych i emocjonalnych charakterystycznych dla wypalenia:
• wyczerpanie (wskazywane przez 69% osób objętych próbą badawczą) – doświadczane jako znużenie, zmęczenie, letarg i poczucie wycieńczenia,
• lęk (51%) – odczuwany jako stres, zmartwienie i przytłoczenie, niezdolność zrelaksowania się lub odcięcia, ruminacje* na temat pracy po wyjściu z niej, doświadczanie strachu, niemożność usiedzenia w miejscu lub nerwowość,
• obojętność (47%) – doświadczana jako brak empatii, zainteresowania albo przyjemności z pracy lub zajęć spoza sfery zawodowej, cynizm, apatia, wycofanie, pozbawienie uczuć – zamiast tego po prostu „zachowywanie pozorów”,
• depresja (38%) – obniżony nastrój, smutek, poczucie
beznadziei i bezradności, zaniżone poczucie własnej wartości, zwątpienie w siebie, a nawet (choć rzadko) myśli samobójcze,
• poirytowanie i złość (35%) – często opisywane jako zniecierpliwienie, wzburzenie, frustracja i gniew,
• zaburzenia snu (34%) – pod postacią albo braku snu, albo nadmiernej senności,
• brak motywacji lub zapału (33%) – doświadczane jako brak satysfakcji z życia osobistego lub zawodowego, poczucie, że nasza praca nic nie zmienia albo jest bezcelowa, bądź osłabiony zapał do niej,
• problemy poznawcze (32%) – w tym problemy z koncentracją, uwagą i pamięcią, „mgła mózgowa” lub chaotyczne myślenie, trudności z planowaniem lub podejmowaniem decyzji oraz dezorientacja,
• obniżona wydajność (26%) – objawiająca się spadkiem produktywności, niższą jakością pracy, popełnianiem większej liczby błędów, unikaniem odpowiedzialności i prokrastynacją,
• zachowania antyspołeczne (25%) – poszukiwanie skutecznego schronienia i wycofywanie się z życia rodzinnego, odsuwanie się od przyjaciół, współpracowników oraz klientów.
Czynniki wyzwalające wypalenie
Badania profesora psychologii i pedagogiki Barry’ego Farbera nad wypaleniem wśród terapeutów i nauczycieli doprowadziły do odkrycia trzech dominujących wzorców reakcji na stres związany z pracą – trzech podtypów wypalenia (choć badacz podkreśla, że w różnych okresach możemy skłaniać się ku każdemu z nich):
• wypalenie klasyczne,
• wypalenie z powodu braku wyzwań,
• wypalenie przez wyczerpanie.
Wedle badań najpowszechniej występuje wypalenie klasyczne, choć wiele osób, z którymi pracowałam, doświadcza tych trzech typów jednocześnie. Przyjrzyjmy się każdemu z nich po kolei.
Wypalenie klasyczne
To wzorzec, w którym w reakcji na stres pracuje się coraz ciężej. Dzieje się tak, gdy oczekiwania zawodowe przewyższają zasoby potrzebne do wykonywania zadań w sposób komfortowy – i pojawia się ambicja, by zrobić je dobrze. Dochodzi wówczas do zachwiania równowagi między życiem osobistym i zawodowym, a praca pochłania całkowicie. Osoby, które bardzo pasjonują się tym, co robią, znajdują się w grupie podwyższonego ryzyka, zwłaszcza w sytuacjach, gdzie cięcia budżetowe i obniżane marże prowadzą do braków kadrowych, a tych, którzy pozostają, wyciska się jak gąbkę; dodatkowo (...) pojawia się presja społeczna, by postrzegać ten  wzorzec wypalenia jako normę. Zwyczajowo charakteryzuje się on wysokim poziomem lęku i poirytowania, następnie dochodzi wyczerpanie fizyczne oraz uogólnione emocjonalne odrętwienie, co skutkuje poczuciem oderwania od swojego otoczenia, a później – generalnie cynicznym podejściem. Osoby, które dopiero zaczynają nową pracę lub karierę, są szczególnie podatne na ten typ wypalenia.
Wypalenie z powodu braku wyzwań
Wypalenie pojawia się nie tylko wskutek nadwerężenia. Monotonna lub pozbawiona perspektyw rozwoju praca nie jest stymulująca. Jeżeli wykonujesz powtarzalne zadania, twoim obowiązkom brakuje różnorodności, może to doprowadzić do wypalenia z powodu braku wyzwań, ponieważ nie masz zapewnionej stymulacji intelektualnej. Typowa trajektoria tego rodzaju wypalenia wygląda tak: monotonia sprawia, że nabierasz cynicznego stosunku do pracy, co skutkuje wyczerpaniem i poczuciem oddalenia, a przez to twoja efektywność spada – na przykład nie zależy ci na tym, by być przygotowanym, lub zapominasz wykonać obiecane zadania. Taka forma depersonalizacji może objawiać  się obojętnością względem rzeczy, na których kiedyś ci zależało. Rodzic lub opiekun zajmujący się podopiecznymi o wysokich  potrzebach, odtwarzający w kółko cykl przygotowania posiłków,  sprzątania i opieki, może odczuwać monotonię i brak stymulacji intelektualnej, co oznacza, że nie ma zapewnionej wystarczającej dawki „zdrowego” stresu, by dobrze wykonywać swoją pracę. Do takiej sytuacji może dojść także w środowisku zawodowym, nawet jeśli praca wydaje się pozornie wymagająca intelektualnie. Moja przyjaciółka, lekarka weterynarii specjalizująca się w kardiologii, wyznała, że jej codzienne  przypadki stały się do siebie tak podobne, że zaangażowała się  w dodatkowe projekty badawcze, by uchronić się przed powtarzalnym wzorcem w przyjmowaniu pacjentów. Osoby osiągające  wysokie wyniki mogą znajdować się w grupie podwyższonego  ryzyka rozwoju tego rodzaju wypalenia, ponieważ mają tendencję do szukania wyzwań i dobrze radzą sobie w sytuacjach  dużego napięcia.
Wypalenie przez wyczerpanie
Nie chodzi tu o ilość pracy ani o to, jak bardzo jest ona stymulująca. Ten typ wypalenia ma raczej związek z tym, jak bardzo  praca odzwierciedla twoje osobiste wartości albo w jakim stopniu zapewnia ci poczucie spełnienia. Jeśli na przykład pracujesz w dziale stworzonym po to, by pomagać ludziom w poprawie  ich zdrowia psychicznego dzięki terapii, ale możesz zapewnić tylko sześć sesji terapeutycznych klientowi, choć wiesz, że jest zapotrzebowanie na szesnaście, to rodzi się konflikt między twoimi wartościami a możliwościami czerpania satysfakcji z pracy. Sytuacja się pogarsza, jeśli nikt nie docenia twoich wysiłków. Trajektoria takiego wyczerpania zwykle zaczyna się od  zmęczenia emocjonalnego i gorszego samopoczucia fizycznego. Przez dłuższy czas jest to dla ciebie ciężarem, dlatego radzisz  sobie, starając się podchodzić do sytuacji z dystansem i unikać nadmiernego przejmowania się. Istnieje większe prawdopodobieństwo wystąpienia tego podtypu u bardziej doświadczonych pracowników. Na samym końcu tego rodzaju wypalenia znajduje się krzywda moralna – reakcja na poważny epizod: doświadczenie czegoś, z czym się nie zgadzasz, albo oczekiwania, że zachowasz się w sposób niezgodny ze swoim kodeksem moralnym. Wskutek tego  dochodzi do zmiany twoich podstawowych przekonań na temat  siebie lub świata – może objawiać się to poczuciem obrzydzenia samym sobą lub utratą zaufania do innych. Początkowo obserwowano ten problem u personelu wojskowego, ale także u osób  pracujących w służbach ratowniczych i środowiskach medycznych w czasie pandemii, co jest tylko kolejnym dowodem na to, jak wiele grup doświadcza takich trudności.
Stanowiska obarczone większym ryzykiem wypalenia
Istnieje kilka ról życiowych, których przyjmowanie może przyczynić się do wypalenia, ponieważ wiążą się z nadmierną dawką stresu. Wyróżniłam następujące z nich:
Rodzicielstwo
Rodzicielstwo wiąże się z ogromem stresu i monotonii; ciężar z tym związany jest największy, gdy dzieci są małe i mają szczególnie duże potrzeby. Niemniej trudności związane z byciem  rodzicem utrzymują się w miarę rozwoju dzieci i nabieraniem  przez nie większej niezależności – pojawiają się też coraz to  nowsze wyzwania. Wypalenie rodzicielskie objawia się w trzech  wymiarach wskazanych przez Maslach: wymownym oznakom  wyczerpania emocjonalnego towarzyszy poczucie oddalenia  od dzieci/dziecka – na przykład z ust rodzica często będą padały takie słowa: „Kocham moje dzieci, ale nie mogę wytrzymać  w ich towarzystwie”. Dochodzi do tego ciągłe poczucie ponoszenia klęski wychowawczej. Badania nad temperamentem  rodziców sugerują, że osobom o wyższym ryzyku wypalenia  rodzicielskiego brakuje umiejętności radzenia sobie z silnymi emocjami, trudno im szybko manewrować między zadaniami, a nadmierna stymulacja – taka jak hałas i dziecięce żądania – utrudniają im przetwarzanie informacji. Do czynników ochronnych należą: silna tożsamość rodzicielska (na przykład poczucie, że zawsze chciało się być rodzicem), wsparcie rodziny, a także obecność bliskiej grupy przyjaciół będących rodzicami.
Opieka nad innymi
W 2019 roku około 13% dorosłych w wieku powyżej pięćdziesięciu lat przynajmniej raz w tygodniu świadczyło nieformalną opiekę wobec innej osoby dorosłej, a w obliczu starzejącej się populacji skala tego zjawiska wzrośnie. Ciężar związany z pielęgnacją4, a zatem i przedłużający się stres nasilają się, im dłużej się kimś opiekujesz, im bardziej zależna od ciebie jest ta osoba i im gorsze są twoje relacje z pracownikami służby zdrowia. Czynnikami, które chronią nieformalnych opiekunów przed wypaleniem, są silne wsparcie społeczne oraz pozytywna relacja z osobą, nad którą sprawują pieczę. Pewne choroby, w których osoby zależne stosują przemoc, sprawiają opiekunom dodatkowe problemy. Badania przeprowadzone w Polsce, które dotyczyły potrzeb nieformalnych opiekunów osób przebywających w warunkach domowych, wykazały, że mieli oni więcej niezrealizowanych potrzeb niż ich podopieczni oraz że zwiększało to ryzyko wypalenia.
Studiowanie
W przypadku wypalenia u studentów istnieje silny związek między liczbą wymagań (takich jak terminy, zaliczenia) a brakiem zasobów, by sobie z nimi radzić (jak wsparcie nauczycieli, opieka duszpasterska, techniki radzenia sobie ze stresem czy obecność
grupy rówieśniczej). Studenci medycyny to bardzo dobrze przebadana grupa, w której odsetek wypalenia wynosi od 7,3% do 75,2% (w zależności od kraju i przyjętych metod badawczych)6. Uważa się, że odpowiada za to wysoce wymagający charakter tych studiów: regularne oceny, praktyczne zadania oraz praca w dynamicznych środowiskach medycznych, które również zmuszają do wysiłku.
Niewłaściwie zarządzane miejsca pracy
Ankiety z licznych sektorów zatrudnienia pokazują, że wypalenie zawodowe stanowi problem wielu z nich – od korporacji po służbę zdrowia i opiekę społeczną, poprzez inżynierów, prawników, księgowych i nauczycieli aż po policję. W dużych sformalizowanych organizacjach, które spotykasz w twoim otoczeniu, prawdopodobnie istnieje sporo potencjalnych obszarów mogących zwiększać ryzyko wypalenia: mikrozarządzanie, wyśrubowane cele, brak autonomii, kiepskie rozdysponowanie zasobów i tak dalej. Co więcej, kiedy polityka i kierownictwo firmy zawodzą i nie działają w sposób wyrażający współczucie, potrzeby ich pracowników nie są właściwie zaspokajane. Satysfakcja z pracy spada i może być im trudno utrzymać równowagę między życiem zawodowym i prywatnym, a to sprzyja wypaleniu zawodowemu. Z tego względu od kilku lat stanowi ono duży problem w sektorze publicznym, zwłaszcza w zawodach opiekuńczych.
Bycie liderem
Stanowiska liderskie wiążą się z samotnością i napięciem emocjonalnym, przez co osoby w takich rolach również są podatne na wypalenie. Oczywiście wypaleni liderzy nie są w stanie skutecznie zarządzać pracownikami, co ma skutki uboczne. Mogą na przykład wymagać więcej od swojego zespołu, odkładać ważne decyzje na później, okazywać zniecierpliwienie lub wykazywać mniejsze poszanowanie granic innych ludzi. To skutkuje toksyczną atmosferą w miejscu pracy (…).
Bycie swoim własnym szefem
Presja spoczywająca na przedsiębiorcach, freelancerach i osobach samozatrudnionych różni się nieco od tej wywieranej na pracownikach. Często borykają się oni z niepewnością co do startu nowego przedsięwzięcia; świadomością, że wiąże się z tym ryzyko; obawą, czy ich firma i pracownicy przetrwają. Może się to łączyć z koniecznością sprawowania różnych ról, zwłaszcza na początkowym etapie rozwoju – mają sporo do zrobienia i często zaznaczają, że odbija się to na ich życiu prywatnym. Podobnie jak w przypadku liderów w firmach o ugruntowanej pozycji może temu towarzyszyć poczucie osamotnienia, gdy wokół nie ma zbyt wielu odpowiednich osób, do których można się zwrócić po wsparcie emocjonalne. Czynnikiem ochronnym przed nadmiernym wpływem stresu prowadzącego do wypalenia jest w przypadku przedsiębiorców ich autonomia –sami mogą decydować o swoich przyszłych poczynaniach, choć nie zawsze będą mieć na to zasoby czy odwagę, by to zrobić. Dobra wiadomość jest taka, że w przypadku wszystkich tych grup dysponujemy badaniami pokazującymi, że można ochronić się przed stresem dzięki zarządzaniu układem nerwowym i wsparciu społecznemu. Rozwój inteligencji emocjonalnej – zdolność rozumienia, prowadzenia i zarządzania uczuciami – również tu pomaga (...).
Fragment pochodzi z książki "Wypalenie. Jak uspokoić układ nerwowy, obniżyć stres i uleczyć traumę"(wyd. Mando Inside, 2025)
- „deon.pl”
 
 
17
 
Trwamy w wojnie, w której pole walki to człowiek. Oto arsenał, który może nas zniszczyć
Wojna światowa toczy się już od lat i nie jest to wojna dronów ani pocisków o dalekim zasięgu. Polem walki jest człowiek. Ta walka wykrwawia go i próbuje pozbawić człowieczeństwa. Przez serce człowieka przebiega najokrutniejszy front. Podzielony człowiek walczy sam przeciwko sobie. A szatan przygląda się i podsuwa broń, która eskaluje wewnętrzne rozdarcie człowieka. Do arsenału, jaki dostarcza człowiekowi, by ten mógł sam siebie zniszczyć, należy generator lęku, zaślepka słabych punktów, rozpraszacze, kamuflaż i krzywe zwierciadło.
Generator lęku
Generator lęku to broń nastawiona na wzbudzanie podejrzliwości i nieufności. Nie tylko wobec obcych, ale również wobec najbliższych. Atakuje nasze oczy, abyśmy złym okiem spoglądali na ludzi. Atakuje naszą pamięć, abyśmy pielęgnowali jedynie złą pamięć, taką, która nie jest w stanie zapamiętać niczego dobrego. Generator lęku wymusza na naszym mózgu konieczność kolekcjonowania urazów. Niektóre z tych urazów sięgają naszych odległych przodków, a nawet dotyczą ludzi, których nie znaliśmy, ale o których krzywdach nieraz słyszeliśmy. Złe oko namierza winnych, których już dawno nie ma na tym świecie, dokarmia złą pamięć, narzuca uogólnienia. Zmusza usta do skandowania wulgaryzmów poniżających przede wszystkim samych skandujących, którzy chcą zagłuszyć własny strach.
Zaślepka słabych punktów
Środek bojowy, który zaślepia słabe punkty, odciąga człowieka od pracy nad sobą, od pracy nad doskonaleniem charakteru i kształtowaniem szlachetnych postaw. Odwraca uwagę człowieka od jego wad i słabości. Kieruje wzrok ku zewnętrznym zagrożeniom. Ku innym, którzy muszą się zmienić. Gdy nasz rzeczywisty wróg – szatan – uśpi naszą czujność i pozbędzie się straży czuwającej w najbardziej wrażliwych miejscach, wtedy uderzy w nasz najsłabszy punkt. Tak upadają autorytety. Waleczni wojownicy, którzy wymachiwali szabelką, kompromitują się. Dlaczego tak się dzieje? Bo szukając zagrożeń tam, gdzie ich nie ma, odsłaniają swoje słabe strony. I padają ofiarą braku czujności. Bestia, której wypatrywali na horyzoncie, odzywa się w nich.
Rozpraszacze
Jeszcze inną strategiczną bronią przeciwko człowiekowi są diabelskie wabiki. Mają podobny cel do dronów-wabików. Szatan wypuszcza przynęty, na których człowiek się koncentruje, a które nie stanowią żadnego zagrożenia, bo są iluzją, stanowią błędny trop. W ten sposób odciąga człowieka od jego rzeczywistej misji, od stania na straży własnego serca i od realizowania życiowego celu. Efektem pójścia za przynętą, za nieistotnymi kwestiami i wymyślonymi problemami, są nieuporządkowane przywiązania i bezkrytyczne podążanie za ideologiami oderwanymi od rzeczywistości, za spiskowymi teoriami. Czym są nieuporządkowane przywiązania? Nadawaniem znaczenia czemuś, co jest bez znaczenia. Wiązaniem się z czymś, co ogranicza naszą wolność. Bałaganem w hierarchii wartości, który prowadzi do rozczarowań i życiowej pustki.
Kamuflarz
Każdy chce być przez innych dobrze postrzegany. Niejeden sztywniak podczas karnawałowej zabawy chce się pokazać od jak najlepszej strony. Czasem udaje, że lubi i potrafi tańczyć. Szatan wykorzystuje tę miłość własną i podsuwa maski różnego rodzaju, na każdą okazję. Przebieramy się i uczymy się być kimś, kim nie jesteśmy. Dla zwiększenia liczby kliknięć robimy z siebie błazna. Złe intencje ubieramy w szlachetne szaty. Pod pozorem bezinteresowności realizujemy swoje przyziemne interesy. Wiele robimy, by nikt nas nie zdemaskował. Czasem już sami nie wiemy kim jesteśmy. Zapominamy o co walczymy, lecz utrzymujemy pozycję, bo co inni o nas powiedzą. Lepiej zginąć niż przyznać się do błędu.
Krzywe zwierciadło
Kolejny środek bojowy, jakim jest krzywe zwierciadło, umniejsza to, co ważne i wyolbrzymia mniej istotne – deformuje rzeczywistość. Fałszuje ją. Pokazuje stworzony przez Boga świat jako zły, skorumpowany, pełen zagrożeń, a człowieka, jako złego z natury i niezmiennego. Jest podzielony wewnętrznie, dozbraja się samobójczo przeciwko sobie i nakręca się fake newsami. Krzywe zwierciadło sprowadza do karykatury nawet ludzką pobożność. Wystawia ją na pośmiewisko. Krzyże przekształca w kastety, a różańce w straszaki na ateistów. Przeinacza, sprowadza do absurdu, ośmiesza. Czy krzyż wiszący nad głowami polityków w sejmie, nie jest naigrywaniem się z Chrystusa?
Arsenał, który może nas zniszczyć bez względu na to, czy Rosjanie zaatakują Polskę, czy nie, gromadzimy w naszych sercach i umysłach. Tę wyrwę istniejącą w każdym z nas, czynimy jeszcze większą i jeszcze bardziej ropiejącą. Wobec tego arsenału powinniśmy się zbroić, zgodnie z instrukcją Pawła Apostoła z Listu do Efezjan, w pancerz sprawiedliwości i opasawszy biodra prawdą głosić dobrą nowinę o pokoju. A naszą tarczą niech będzie wiara, hełmem zbawienie i mieczem słowo Boże. To zbroja do walki z demonami, które nie przychodzą z zewnątrz, lecz rozwijają się w nas, rozdzierając nasze serca i dusze.
Wojciech Żmudziński SJ –„deon.pl”
Dyrektor Europejskiego Centrum Komunikacji i Kultury w Warszawie Falenicy. Redaktor portalu jezuici. Studia teologiczne i biblijne odbył na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie, a studia z zarządzania oświatą na Uniwersytecie Fordham w Nowym Jorku. Pracował we Włoszech jako wychowawca w ośrodku dla narkomanów oraz prowadził w Gdyni Poradnię Profilaktyki Uzależnień. Przez 21 lat kierował placówką doskonalenia nauczycieli Centrum Arrupe, w latach 2002-2007 był dyrektorem Gimnazjum i Liceum Jezuitów w Gdyni, a w latach 2019-2024 socjuszem Prowincjała.
Autor książek z dziedziny edukacji i duchowości.
 
 
 
Czy budowanie relacji po 40. roku życia jest trudniejsze?
   
Miłość po „40”. 37-letnia Ewa dopiero po terapii była gotowa, by kogoś poznać.
Marcin, 41-letni nauczyciel matematyki z warszawskiego Wilanowa, przez lata cenił sobie życie singla. Niezależność i brak zobowiązań były dla niego priorytetem. Jednak po powrocie z Anglii, gdzie spędził dziewięć lat, zaczął zastanawiać się, czy samotność to rzeczywiście jego wybór na całe życie. Podobne dylematy ma Ewa, 37-letnia singielka, która mimo wielu miłosnych rozczarowań wciąż marzy o miłości.
– Z wiekiem każdy z nas ma coraz więcej bagażu, który sprawia, że jest nam trudno zbudować trwałą relację – mówi w rozmowie z Onetem psycholog Żaneta Rachwaniec.
Marcin przez lata był przekonany, że życie w pojedynkę to jego świadomy wybór. – Nie miałem zobowiązań, sam decydowałem o swoim życiu i miałem grono znajomych. Nie czułem się samotny – wspomina. W 2015 r. wyjechał do Anglii, gdzie pracował jako nauczyciel. Jednak zmieniająca się sytuacja społeczno-gospodarcza oraz potrzeba wsparcia rodziny skłoniły go w 2022 r. do powrotu do Polski.
Bóg przychodzi z nową nadzieją, daje nowe możliwości i przypomina, że nigdy nie wycofał swojej miłości. Po trudnych doświadczeniach możemy ponownie otrzymać dar nowego życia.
„Single z odzysku”
Gdy wrócił, czekała na niego nowa rzeczywistość. Większość dawnych znajomych założyła rodziny, dlatego on też zaczął intensywniej myśleć o związku. Jednak poszukiwanie miłości po „40” okazało się bardziej skomplikowane niż przypuszczał.
Marcin próbował swoich sił na zorganizowanych randkach „dla singli z wartościami”. Jako osoba wierząca liczył, że znajdzie tam kogoś o podobnych poglądach. Rzeczywistość jednak rozczarowała. – Na takie spotkania przychodzą różne osoby, nie zawsze w tym samym celu –  mówi. Po kilku próbach zrezygnował.
Psycholog Żaneta Rachwaniec tłumaczy, że budowanie relacji po 40. roku życia jest trudniejsze z kilku powodów.
– Z wiekiem mamy więcej bagażu emocjonalnego, większe wymagania i ustabilizowane życie, co sprawia, że trudniej zrezygnować z komfortu – wyjaśnia i dodaje, że osoby w tym wieku często są już po przejściach, co może komplikować budowanie nowej relacji.
Terapia i zmiana podejścia do miłości
Ewa, 37-letnia singielka, również ma problem ze znalezieniem partnera. Przyznaje, że przez lata żyła schematami wyniesionymi z domu, które blokowały jej podejście do relacji. Dopiero terapia, na którą zdecydowała się w marcu, pomogła jej zmienić sposób myślenia.
– Nauczyłam się rozróżniać, czego chcę ja, a czego oczekują ode mnie inni – mówi.
Mimo że Ewa korzysta z aplikacji randkowych, nie ma dobrych doświadczeń. – Tinder to ściek – stwierdza bez ogródek. Uczestniczyła również w wydarzeniach dla singli, ale, jak mówi, ich organizacja pozostawiała wiele do życzenia. – Zapłaciłam 120 zł za wstęp, a poznałam więcej fajnych dziewczyn niż facetów – wspomina.
Miłość w dojrzałym wieku: czy to możliwe?
Psycholożka Żaneta Rachwaniec podkreśla, że znalezienie miłości w dojrzałym wieku jest możliwe, choć wymaga pracy nad sobą. – Przepracowanie poprzednich relacji i nauczenie się lubienia siebie to klucz do sukcesu – mówi.
Dodaje, że miłość można znaleźć wszędzie – od piekarni po aplikacje randkowe – ale warto mieć świadomość zalet i wad każdej z tych dróg.
onet.pl/dm, za – „deon.pl”
 
 
 
12
 
Młoda i dumna gospodyni:
„Rolnictwo to zawód, który daje szczęście”
„Byłam uparta i chciałam zrealizować to, co sobie postanowiłam. Nie było najłatwiej” – mówi o swojej drodze dumna gospodyni Mateja.
Mateja Kopar jest młodą kobietą, która właśnie przejęła odpowiedzialność za gospodarstwo rolne w wiosce Gabrje, w gminie Sevnica (Słowenia) . Na urozmaiconym terenie hoduje kilka sztuk bydła, a główną gałęzią jej działalności jest chów kurcząt. Niespełna dwadzieścia hektarów powierzchni stanowią las, pastwiska, łąki i pola, a na pamiątkę po zmarłym ojcu uprawia także winnicę.
Podkreśla, że interesuje ją bardzo wiele rzeczy – co jest dobrym punktem wyjścia do pracy w rolnictwie – ale sprawia też, że jej dzień jest zawsze wypełniony po brzegi. Lubi książki, naturę i historię, które często łączy z podróżami. W wieku trzydziestu lat zrobiła prawo jazdy na motocykl, choć przyznaje, że już od dawna na nim nie jeździła. Gdy pogoda dopisuje, wzywa ją praca na gospodarstwie – wykonywana z wielką radością.
„Byłam wychowana do pracy ze sprzętami”
Kiedy poczuła pani pragnienie, by przejąć rodzinne gospodarstwo? Czy prace na roli cieszyły panią już wcześniej?
Rodzice nie mieli syna, tylko mnie i siostrę, dlatego wychowywano mnie do pracy ze sprzętem i ciągnikami. Poza tym ojciec miał ciężarówkę, którą często trzeba było naprawiać – i przy tym uczyłam się podstaw mechaniki. Starsza siostra nie interesowała się rolnictwem, wybrała inną drogę.
Dorastałam więc przy pracach gospodarskich, a jednocześnie dobrze radziłam sobie w szkole. Dlatego próbowano mnie ukierunkować na inne zawody, w których mogłabym lepiej zarabiać. Początkowo myślałam o budowie maszyn, ostatecznie jednak zdecydowałam się na studia z agronomii. Na uczelni zdobyłam solidne podstawy teoretyczne, a dopiero w praktyce, na własnym podwórku, nauczyłam się, jak je stosować. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że rolnictwo tak bardzo mnie wciągnie. To przyszło stopniowo.
Pierwsze decyzje i wizja gospodarstwa
Jakie były pani pomysły i marzenia związane z rolnictwem?
Nasze gospodarstwo było niewielkie i samowystarczalne. Ja jednak chciałam żyć z rolnictwa, dlatego rozpoczęłam hodowlę kurcząt. Zgłosiłam się do konkursu dla młodych rolników przejmujących gospodarstwa, dzięki czemu otrzymałam wsparcie finansowe, a także zobowiązałam się do pracy na miejscu.
W tym czasie przygotowałam również wizję swojego gospodarstwa. Łączenie etatowej pracy z popołudniową działalnością w gospodarstwie sprawia, że człowiek jest rozdarty i trudno mu zbudować silne fundamenty. A prowadzenie małego gospodarstwa i tak nie jest łatwe, dlatego wielu młodych rolników szuka dodatkowych źródeł finansowania. Ja również prowadzę dodatkową działalność, która stabilizuje sytuację finansową.
Kobieta na czele gospodarstwa
Kobieta jako głowa gospodarstwa – to wciąż rzadkość. Czy spotkała się pani z uprzedzeniami lub lekceważeniem?
Mój ojciec, już świętej pamięci, pochodził z ubogiej rodziny i wszystko, co miał, zbudował sam – ciężką pracą i wyrzeczeniami. Dlatego trudno mu było oddać gospodarstwo i miał z tym kłopot. Kiedy chciałam zmienić coś, co wcześniej zrobił, bardzo to przeżywał.
Kiedy zdecydowałam się przejąć gospodarstwo, pomogła mi psychoterapia – uporządkowałam w sobie wiele spraw, przepracowałam urazy z dzieciństwa i zbudowałam nowe relacje z rodzicami.
Na początku, jako kobieta na gospodarstwie, czułam ogromną presję, że nie mogę popełnić żadnego błędu, zwłaszcza gdy prowadziłam traktor i obserwowali mnie mężczyźni. Dziś nie przejmuję się tym tak bardzo, zwłaszcza że widzę, iż oni też robią błędy.
Kobieca perspektywa daje wielką przewagę: potrafisz dostrzegać szczegóły, robić kilka rzeczy naraz, ogarniać dom, gotować, a jednocześnie radzić sobie na podwórku ze sprzętami. Nie uważam tego za słabość.
Z tym, jak to jest być kobietą „gospodarzem”, wiąże się anegdota Matei:
– Jakiś czas temu zepsuła mi się przetrząsarka i musiałam pojechać po część do specjalistycznej firmy. Poszedł ze mną znajomy. Kiedy zaczęłam tłumaczyć sprzedawcy, czego potrzebuję, ten odwrócił się do kolegi, który stał kilka metrów dalej, i rozmawiał z nim, a nie ze mną, choć stałam tuż przed nim. To nie pierwszy raz, gdy mi się to przydarzyło.
Są jednak również dobre doświadczenia:
– Bywa, że obsłużą mnie szybciej i chętniej pomogą. Może dlatego, że zawsze uśmiecham się i grzecznie witam – dodaje ze śmiechem.
Różne wizje przyszłości gospodarstwa
Jak udało się pani w rodzinie pogodzić różne pomysły na przyszłość gospodarstwa?
Już wcześniej pomagałam w gospodarstwie, ale nie uczestniczyłam w podejmowaniu decyzji. Ojciec chętnie dzielił się ze mną swoją wizją, zawsze go wspierałam, ale w drugą stronę to nie działało. Moje pomysły nie spotykały się ze zrozumieniem, a ja nie chciałam za bardzo naciskać.
Dlatego hodowlę kurcząt rozpoczęłam równolegle z tym, co prowadzili mama i tata. Oni zajmowali się bydłem po swojemu, a ja wykorzystałam miejsce, które już nie było używane, i uruchomiłam własną gałąź. Byłam dość uparta i chciałam zrealizować to, co sobie postanowiłam. Nie było łatwo.
Kilka lat zajęło, zanim wszyscy przyzwyczaili się do myśli, że zostanę w domu i oficjalnie przejmę gospodarstwo. Ostatecznie udało się dojść do porozumienia. Mama zrozumiała moje pragnienie, a jednocześnie pomyślała o swojej przyszłości: jeśli przejmę gospodarstwo, rodzice będą mieli zapewnione bezpieczeństwo na starość. Umowa chroni bowiem obie strony.
Dwa pokolenia pod jednym dachem
Ojciec wkrótce po przekazaniu gospodarstwa zmarł. Choć chorował długo, jego odejście było dla mnie dużym zaskoczeniem. Już gdy był bardziej schorowany, dawał mi większą swobodę, choć nadal trudno mu było zaakceptować moje decyzje. Bał się, że sobie nie poradzę, nie do końca wierzył w moją wizję.
Dla mnie także nie było to obojętne, ale trzeba znać siebie, swoje pragnienia i potrafić przy nich wytrwać. Ogromne znaczenie ma przy tym komunikacja. Jestem osobą odpowiedzialną i bardzo zależało mi na tym, by dom rodzinny przetrwał, by rodzice mogli w nim mieszkać do końca życia i mieć oparcie – a jednocześnie, bym nie zapomniała o własnych potrzebach.
Dziś na gospodarstwie jestem tylko z mamą. Nigdy nie oczekuję od niej, że coś musi zrobić. Pracuje tyle, ile może i ile chce. Bardzo mi pomaga, ale nie mam wobec niej żadnych wymagań. Jestem wdzięczna już za to, że po całym dniu pracy czeka na mnie obiad albo że zerknie na zwierzęta, gdy mnie nie ma. Najważniejsze są wzajemne zrozumienie i szacunek.
Skąd brała pani najcenniejsze rady?
Nie zwracałam się szczególnie do nikogo – sama torowałam sobie drogę. Nad wszystkim długo się zastanawiałam i dopiero potem podejmowałam decyzje. Nadal uważam, że podstawą są książki i solidna wiedza – bez tego nie da się działać. Zdobywałam ją etapami, w różnych dziedzinach.
Ojciec nauczył mnie wiele o naprawach maszyn. Dużo dały mi rozmowy z innymi młodymi rolnikami, a także z przyjaciółmi spoza wsi – bo przypominali mi, co mam, i pokazywali inne spojrzenie na trudności. Wiele nauczyły mnie też poprzednie prace: jako zarządczyni majątku, technolog, ogrodniczka czy doradczyni w sklepie rolniczym.
W sprawach technicznych rolnicy chętnie wymieniają się doświadczeniami. Bardzo wiele zawdzięczam także Związkowi Słoweńskiej Młodzieży Wiejskiej (ZSPM). Podczas organizowanych tam wydarzeń spotykają się najbardziej zmotywowani rolnicy z całej Słowenii – można się od nich naprawdę dużo dowiedzieć. Sama chętnie odwiedzam inne gospodarstwa i rozmawiam o rolnictwie. My, rolnicy, jesteśmy „pozytywnie zakręceni” na punkcie swojej branży i bardzo lubimy o niej dyskutować – w takim gronie czujemy się najlepiej zrozumiani.
Największe wyzwania
Na rolnictwo nakładanych jest wiele obowiązków – trzeba troszczyć się o finanse, dokumentację, technologię, dobrostan zwierząt, promocję, sprzedaż… Jest ogrom obszarów, w których rolnik musi się orientować. Największym wyzwaniem jest umiejętne łączenie wszystkiego.
Do tego dochodzi fakt, że interesuję się wieloma innymi rzeczami i mój grafik jest naprawdę napięty. Trzeba jednak pamiętać o czasie dla siebie, o zdrowiu i odpoczynku – a rolnicy często o tym zapominają, choć jest to konieczne, bo inaczej grozi wypalenie.
Ministerstwo przeznacza wprawdzie środki dla młodych rolników, którzy przejmują gospodarstwa, ale ich liczba i tak spada. Rzeczywistość wokół staje się coraz trudniejsza i mniej przyjazna. Od strony finansowej sytuacja jest niestabilna – trudno samemu kształtować ceny. Na półkach pełno jest importowanej żywności, która nie powstaje według naszych standardów, a konsumenci nie są tego świadomi i dlatego nasza żywność wydaje im się droga.
Rolnicy są mocno kontrolowani, obowiązują nas restrykcyjne przepisy, a produkujemy żywność naprawdę bezpieczną i zdrową. Wokół jest jednak dużo błędnych informacji i negatywnego nastawienia do rolników. Obawiam się, że w Słowenii na dłuższą metę rolnictwo będzie coraz bardziej zaniedbywane. To trudne decyzje, które mają wpływ na kolejne pokolenia.
Problemem jest również to, że wielu młodych rolników ma duże trudności w znalezieniu partnera i założeniu rodziny, ponieważ zawód rolnika nie jest już atrakcyjny. Jeśli oboje partnerzy nie są zaangażowani, trudno na dłuższą metę budować dobre relacje rodzinne. A rodzina i więzi partnerskie są niezwykle ważne. Na gospodarstwie jeszcze bardziej – bo w istocie razem prowadzi się przedsiębiorstwo. Zdarza się jednak, że jedna strona nie chce angażować się w prace rolnicze ani nie rozumie decyzji i priorytetów drugiej. To bardzo obciąża dynamikę życia rodzinnego.
Radości płynące z pracy
Myślę, że rolnicy mają w sobie coś szczególnego – ziemia i zwierzęta są nam po prostu wpisane w krew. Z wyjątkiem biurokracji, rolnictwo to zawód, który daje człowiekowi szczęście. Pod koniec dnia widzisz, że coś zrobiłaś, i ma to realny efekt. Jesteśmy w ciągłym kontakcie z naturą, a przy tym dużo się ruszamy. Nie brakuje nam też witaminy D.
W tym zawodzie wracamy do podstaw: produkujemy żywność, dbamy o przyrodę, zwierzęta, a w konsekwencji – także o ludzi. Pamiętam słowa księdza Martina Goloba, który podczas mszy dziękczynnej młodzieży wiejskiej pięknie powiedział, że rolnicy troszczą się o stworzenie, które powołał Bóg – i w ten sposób są Mu najbliżsi.
Większość rolników uwielbia prace z traktorem. Zaprzęgasz maszynę, włączasz muzykę albo podcast i pracujesz w spokoju. To pewnego rodzaju medytacja – człowiek ładuje się energią. Oczywiście wszystko zależy od pogody. Gdy uniemożliwia wykonanie najważniejszych prac, rodzi się sporo nerwowości.
Lubię być rolniczką także dlatego, że mogę samodzielnie rozdzielać swój czas. Dzięki temu jestem blisko natury i samej siebie. Oczywiście bywają dni bardzo wymagające, gdy trzeba coś zrobić koniecznie, ale zdarzają się też takie, gdy w ponury, deszczowy dzień można pozwolić sobie na odpoczynek.
Chwile „odłączenia”
Czy udaje się pani choć na jeden dzień „odłączyć” od obowiązków gospodarstwa? Co wtedy robi pani najchętniej?
Trudno całkiem zapomnieć o pracy i troskach, zwłaszcza kiedy jest się gospodarzem. Gdy gospodarstwo jest twoją własnością, czujesz odpowiedzialność, by o wszystko zadbać jak najlepiej. Może uda się na chwilę – gdy idę na koncert, obejrzę serial czy przeczytam książkę.
Najlepsze uczucie mam jednak po zakończonej pracy. Wtedy czuję się doskonale. Nie wybiegam myślami w przyszłość, tylko cieszę się chwilą. Kiedy coś się uda, wieczorem zawsze odczuwam satysfakcję i radość. To dobre samopoczucie obejmuje i ciało, i duszę.
Co może zrobić społeczeństwo?
Jak możemy sprawić, by praca rolnika była bardziej doceniana i by młodzi chętniej się na nią decydowali?
Nie tylko wobec rolników, ale wobec wszystkich zawodów powinna obowiązywać zasada: każdy niech ocenia tylko tę dziedzinę, którą zna albo w której pracuje. Szanujmy wiedzę i pracę innych. Jeśli ktoś ma jeden krzak pomidora na balkonie, to nie oznacza jeszcze, że wie, jak wygląda życie rolnika. Dajmy sobie nawzajem wolność, by robić to, do czego jesteśmy powołani. Pomagajmy sobie i wspierajmy się, a ocen niech będzie jak najmniej.
Nadzieja i optymizm w rolnictwie
W filmie promującym podcast „Młodość na wsi” powiedziała pani, że chce wnieść do rolnictwa nadzieję i optymizm. Jak podejmuje pani to wyzwanie?
Ogromnie dużo mogę wnieść jako wolontariuszka w Związku Słoweńskiej Młodzieży Wiejskiej. Jednym z narzędzi jest właśnie podcast Młodość na wsi. To nieocenione, że możemy dać młodym rolnikom możliwość pokazania swojej pracy. Na początku większość z nich odmawia, twierdząc, że nie są w niczym wyjątkowi, że ich życie nie ma większej wartości. To smutne. Ale gdy dostają szansę, by opowiedzieć o swojej pracy i życiu, zdobywają uznanie i nabierają pewności siebie. Ci młodzi naprawdę żyją rolnictwem i sercem są związani z wsią, podczas gdy wielu już zapomniało, jak piękne jest życie na niej. Reakcje są bardzo pozytywne.
Drugim sposobem jest udział w różnych dyskusjach, debatach i rozmowach, gdzie mogę szerzyć wiedzę i zrozumienie. Obecnie jako przewodnicząca działam w komisji ekspertów ds. rolnictwa w Izbie Rolniczej i Leśnej Słowenii. To małe kroki, które w dłuższej perspektywie będą miały znaczenie.
Rolnicy i specjaliści nie są dostatecznie słuchani przy tworzeniu przepisów i ustaw. To skomplikowany system, w którym gubi się zdrowy rozsądek i logika. Jeśli uda się usunąć z prawa choć największe nonsensy, już to daje powód do radości. Niestety wymaga to więcej energii niż samo prowadzenie gospodarstwa.
Urška Kolenc - Artykuł tłumaczony ze słoweńskiej wersji Aletei.

 

 

 

 

Święci i błogosławieni w tygodniu

28 września - św. Wacław, męczennik

28 września - błogosławieni Ferdynand i Towarzysze, męczennicy

28 września - Baruch, prorok

29 września - święci Archaniołowie Michał, Rafał i Gabriel

29 września - św. Szymon Ruiz de Rojas, prezbiter

29 września - bł. Ludwik Monza, prezbiter

29 września - Rachela, żona Jakuba

29 września - bazylika katedralna diecezji warszawsko-praskiej

30 września - św. Hieronim, prezbiter i doktor Kościoła

30 września - św. Grzegorz Oświeciciel, biskup

1 października - św. Teresa od Dzieciątka Jezus, dziewica i doktor Kościoła

1 października - św. Remigiusz, biskup

1 października - św. Roman Hymnograf, diakon

2 października - świętych Aniołów Stróżów

3 października - św. Franciszek Borgiasz, prezbiter

3 października - św. Chrodegang, biskup

3 października - bł. Kolumban Józef Marmion, prezbiter

4 października - św. Franciszek z Asyżu

5 października - św. Faustyna Kowalska, dziewica

5 października - bł. Rajmund z Kapui, prezbiter

5 października - bł. Albert Marvelli

5 października - bł. Franciszek Ksawery Seelos, prezbiter

5 października - bł. Bartolo Longo

5 października - bazylika katedralna we Włocławku

5 października - bazylika katedralna w Toruniu

 

 

 

 

NIEDZIELNA EUCHARYSTIA W KOŚCIOŁACH W OKOLICY

Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach

niedziele i święta: 6.30, 8.00, 9.30, 11.00, 12.30 (oprócz VII i VIII), 16.00, 19.00,

dni powszednie – 7.00, 7.30, 18.00.

Parafia Matki Bożej Pocieszenia, ul. Bulwarowa 15a

niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00, 18:00, 20:00

dni powszednie: 7:00, 15:00, 18:00

Parafia Matki Bożej Częstochowskiej, os. Szklane Domy 7,

niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 17:00 (oprócz VII i VIII),

19:00 (oprócz VII i VIII), 20:30

dni powszednie: 6:30, 8:00, 18:00

Parafia Matki Bożej Królowej Polski, Arka Pana, ul. Obrońców Krzyża 1

niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 16:00, 17:30, 19:00,

dni powszednie: 6:00, 6:30, 7:00, 7:30, 8:00, 11:00, 18:00

Bazylika Krzyża św. - klasztor

                     (pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Wacława)

niedziele i święta: 06.30, 08.00, 09.30, 11.00, 12.30, 14.00 (oprócz VII i VIII)

dni powszednie: 06.30, 07.30, 08.30, 16.00 (w piątki), 18.00.

Parafia św. Bartłomieja Apostoła, Mogiła, ul. Klasztorna 11,

niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 14:00 (oprócz VII, VIII), 16:30, 18:00

dni powszednie: 6:00, 7:00 (oprócz VII i VIII), 7:30, 8:30, 18:00

Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Teatralne,

niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00 (oprócz VII i VIII), 18:00, 19:30

dni powszednie: 6:30 (oprócz VII i VIII), 7:00, 18:00

Parafia św. Stanisława Biskupa Męczennika, Kantorowice 122,

niedziele i święta: 9:00, 11:00, 18:00, dni powszednie: 8:00, 17:00, (18.00- lato)

Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Lubocza,

niedziele i święta: 8:00, 10:30, 17:00, dni powszednie: 7:00, 17:00

Parafia Matki Bożej Wspomożenia Wiernych, Prusy,

niedziele i święta: 7:30, 9:30, 11:30,

dni powszednie: 18:00 (pon., śr., pt.), 6:30 (wt., czw., sob.)

Parafia św. Maksymiliana Marii Kolbego, Mistrzejowice,

niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 10:30, 11:00, 13:00, 17:00, 19:00

dni powszednie: 6:30, 7:00, 7:30, 18:00

NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:

strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl

adres gazetki:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.