W BLASKU MIŁOSIERDZIA
41/1041 – 14 września 2025 r. C.
INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA

Niedziela, 14 września 2025 r.
XXIV niedziela zwykła rok „C”
ŚWIĘTO PODWYŻSZENIA KRZYŻA ŚWIĘTEGO
Krzyż jest znakiem zwycięstwa Chrystusa nad szatanem i śmiercią. W Jerozolimie od V wieku oddawano cześć krzyżowi w dniu następującym po rocznicy poświęcenia kościoła Zmartwychwstania, to jest 14 września. Z tego zwyczaju powstało osobne święto, które rozpowszechniło się w całym Kościele.

Czytania
Pierwsze czytanie: Lb 21,4b-9
Psalm: Ps 78
Drugie czytanie: Flp 2,6-11
Ewangelia: J 3,13-17
Ewangelia
Wywyższenie Syna Człowieczego
J 3, 13-17
✠ Słowa Ewangelii według Świętego Jana
Jezus powiedział do Nikodema: «Nikt nie wstąpił do nieba, oprócz Tego, który z nieba zstąpił – Syna Człowieczego.
Jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak trzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne. Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony».
Komentarz do czytań
Jakżeby mogło być inaczej? W święto Podwyższenia Krzyża czytania skoncentrowane są na wyjaśnieniu jego sensu. Tylko jednak z pozoru wszystko jest tu jasne i nie wymaga tłumaczenia. Niestety, krzyż, także dla wierzących, bywa ciągle kamieniem obrazy. Powodem nie jest tu zła wola, ale pewien typ pobożności, w którym błędnie rozkłada się akcenty. Konkretnie: koncentruje się na wielkości cierpienia Jezusa tracąc z oczu sens Jego męki. Dlatego warto wrócić do odpowiedzi – zdawałoby się – jasnych i oczywistych. Święto Podwyższenia Krzyża jest ku temu dobra okazją.
Spójrz na krzyż. W nim Twoja nadzieja na życie wieczne. Święto Podwyższenia Krzyża Świętego to jakby powtórka Wielkiego Piątku. Tyle że bardziej niż na męce Jezusa skoncentrowana jest na teologicznym wymiarze tego, co się wtedy dla nas stało.

W dzisiejszym numerze
- Jesteśmy bezcenni
- Podwyższenie w czasach schyłku
- Podwyższenie Krzyża Świętego – święto
- Jan Paweł II: to dzięki Jezusowi nie zrezygnowaliśmy z wolności
- Kaznodzieja złotousty - św. Jan Chryzostom
- Jerozolimski patriarcha - św. Albert
- "Oddałbym za ciebie życie", czyli najłatwiejsza obietnica miłości
- Kim były diakonisy? Jaka była rola kobiet na początku Kościoła? Ks. Strzelczyk wyjaśnia
- Kim są „nowi męczennicy” XXI wieku, którym papież odda hołd w niedzielę?
- Święci i błogosławieni w tygodniu

Jesteśmy bezcenni
Jezus powiedział do Nikodema: "Nikt nie wstąpił do nieba, oprócz Tego, który z nieba zstąpił, Syna Człowieczego. A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne.
Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony".
Tak, Bóg daje wszystko, aby nas zbawić. W języku biblijnym, ale chyba też w każdym innym, „syn jednorodzony” oznacza po prostu „wszystko”. Miłujący ojciec bardziej bowiem ceni życie jednorodzonego syna niż własne. Bóg daje więc najwyższą cenę za nasze zbawienie. Dlaczego? Ponieważ jesteśmy dla Niego bezcenni, pomimo naszych grzechów i naszej niewierności. Bóg nie wyrzekł się nas, chociaż my nie raz wyrzekamy się Jego.
Ocala nas miłość Boga i tylko ona. Nie zbawią nas żadne nasze wysiłki. Zbawienie można jednak odrzucić, zignorować je i dalej żyć z dala od Boga. Wówczas też Bóg nas nie potępia. Wówczas potępiamy sami siebie.
o. Mieczysław Łusiak SJ „Mateusz.pl”
Podwyższenie w czasach schyłku
Ktoś mądry powiedział kiedyś, że nie odpowiedź jest najważniejsza, a dobrze postawione pytanie. Jasne, krzyż może wisieć w szkołach – wiemy to już od czasów wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w 2011 roku i od pamiętnej mowy obrońcy krzyża, prof. Josepha Weilera, ortodoksyjnego Żyda. Wydaje się, że dziś najważniejsze pytanie, które powinniśmy zadać jako uczniowie Jezusa, nie brzmi: Czy możemy wieszać krzyże?, ale: Co lepiej służy podwyższeniu Ukrzyżowanego? Cesarzowej, podobnej do Świętej Heleny, która według tradycji odnalazła krzyż Jezusa, nie ma i w przewidywalnej przyszłości raczej nie będzie. Era Konstantyna, syna Heleny, dogasa. Pozostają krzyże na flagach państw, na przykład Szwajcarii. Z jednej strony dobrze, że widnieją na każdym szwajcarskim produkcie, ale czy przypominają w ten sposób konsumentom, że kto spojrzy na Niego, zostanie przy życiu? Tak, przejście od symbolu wysokiej jakości do znaku zbawienia jest możliwe. Tylko czy dziś jeszcze zadziała, skoro pokolenie, które zwiedzając kościoły i galerie, pyta, co to za zakrwawiony mężczyzna na palu, jest już wśród nas?
Nie mam jednoznacznej odpowiedzi. Pewne jest, że On sobie poradzi – i kamienie wołać będą, że Ojciec wywyższył Go ponad wszystko. Że na Jego imię zgina się kolano wszystkich istot. Również tych, którym krzyż kojarzy się ze znaczkiem z drogiej czekolady czy markowego zegarka. Ale czas zadać właściwe pytanie: Jak w naszym tu i teraz wywyższać Ukrzyżowanego, a nie tęsknie czekać na cesarzową? By ci, którzy Go nie znają albo o Nim zapomnieli, spojrzeli na Niego i by ich pociągnął ku sobie. Aby uwierzyli i mieli życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Również świat schyłkowej ery konstantyńskiej.
Szymon Bialik OP – „wdrodze.pl”
Podwyższenie Krzyża Świętego – święto
W naszej ojczyźnie mamy ponad 1100 różnych sanktuariów. Najwięcej jest sanktuariów maryjnych, w których czci się Matkę Jezusa, ale są też sanktuaria tzw. Pańskie, czyli związane z Jezusem albo z Osobami Trójcy Świętej, a także sanktuaria, w których prosimy o wstawiennictwo różnych świętych i błogosławionych. Najstarszym sanktuarium narodowym w Polsce nie jest – jak mogłoby się wielu wydawać – sanktuarium na Jasnej Górze w Częstochowie, lecz sanktuarium Krzyża Świętego w Górach Świętokrzyskich.
Ponad dziesięć wieków temu, u początku naszej państwowości, w 1006 roku, na szczycie wzgórza powstał klasztor, którym na początku opiekowali się benedyktyni. Wkrótce na teren klasztoru trafiły niezwykle cenne relikwie Drzewa Krzyża Świętego, które do dziś są największym skarbem tej świątyni. Najstarszym więc sanktuarium na ziemiach polskich jest sanktuarium Krzyża Świętego, ponieważ z Krzyżem Jezusa nasz naród był związany od samego początku.
Czy ktoś mógłby naprawdę zrozumieć nas, Polaków, nie znając takich krzyży jak chociażby:
Krzyż na Giewoncie, o którym mówił św. Jan Paweł II w Zakopanem w 1997 r., że „ten krzyż patrzy na całą Polskę, od Tatr aż do Bałtyku, i ten krzyż mówi całej Polsce: W górę serca!”.
„Czarny Krzyż” na Wawelu, z którego królowa Jadwiga usłyszała głos mówiący o chrystianizacji Litwy przez jej małżeństwo z Władysławem Jagiełłą.
Krzyż, który w chwili śmierci podnosił ks. Ignacy Skorupka – moment ten stał się punktem zwrotnym w bitwie pod Ossowem w 1920 r..
„Trzy Krzyże Gdańskie” – pomnik poległych stoczniowców, pierwszy w powojennej Polsce monument wzniesiony całkowicie ze środków społecznych.
Dwa „Poznańskie Krzyże” – pomnik upamiętniający pierwszy zryw robotników w powojennej Polsce.
Czy też krzyż na Placu Zwycięstwa w Warszawie, gdzie w 1979 r. stanął dziewięciometrowy krzyż, pod którym papież-Polak wzywał Ducha Świętego, aby odnowił oblicze „tej ziemi”.
I można by tak wymieniać godzinami – bo czy ktoś chce, czy nie – krzyże są wpisane w naszą historię, w naszą ojczyznę, i nie da się nas, Polaków, oraz naszej historii zrozumieć bez tych krzyży.
Nasza historia to również długa historia obrony krzyża. Starsi pamiętają obronę krzyża w Nowej Hucie. Miało to być miasto bez Boga, ale ludzie w 1957 r. postawili tam krzyż, bo nie potrafili bez niego żyć. Niektórzy pamiętają strajki szkolne w obronie krzyży – w Miętnem czy we Włoszczowie. A wcześniej każdy zaborca zdawał sobie sprawę, że nasz naród jest silny krzyżem, dlatego też każde niszczenie naszego narodu rozpoczynał od niszczenia i usuwania krzyży z przestrzeni publicznej. Tak działali Niemcy i Sowieci, a także komuniści w powojennej Polsce. Wszyscy wiedzieli, że nie pokonają narodu, gdy ten trwa przy krzyżu Jezusa.
Dzisiejsze święto Podwyższenia Krzyża Świętego ustanowiono na pamiątkę ponownego wywyższenia, czyli postawienia Krzyża w przepięknej świątyni w Jerozolimie, nazwanej najpierw Bazyliką Męczenników, a następnie Bazyliką Krzyża Świętego. Wszystko to za sprawą św. Heleny, matki cesarza Konstantyna, która po długich staraniach w 320 roku odnalazła krzyż, na którym umarł Jezus, i na tym miejscu wzniesiono świątynię.
Ale w dniu dzisiejszym, kiedy myślimy o krzyżu, najważniejsze jest pytanie: czym dla mnie osobiście jest krzyż Jezusa? Czy jest dla mnie jedyną drogą do zbawienia? Czy też żyję w iluzji, że można się zbawić bez krzyża, w jakiś inny sposób? A przecież innego sposobu nie ma. Dzisiaj, w czasach, gdy niektórzy włodarze miast wydają nakazy zdejmowania krzyży z przestrzeni publicznej w imię tzw. neutralności światopoglądowej, to pytanie staje się jeszcze bardziej aktualne.
Bo nie istnieje coś takiego jak światopogląd neutralny. Człowiek zawsze dokonuje jakiegoś wyboru: albo zdejmie krzyż, albo go zawiesi – i w tym wyborze nie ma neutralności. Albo mamy ścianę, na której wisi krzyż, albo ścianę, z której krzyż został zdjęty. Żadna z tych opcji nie jest obojętna.
„Przyjmując krzyż” lub „odrzucając go”, zawsze dokonuję wyboru – który kiedyś przełoży się na ten najważniejszy wybór: czy będę zbawiony, czy też nie? I choć w historii byli ludzie, którzy ściągali krzyże, i byli tacy, którzy je wieszali – najważniejsze pytanie brzmi: do której z tych grup ja się zaliczę?
Św. Paweł w Liście do Galatów mówi: „Co do mnie, nie daj Boże, bym się miał chlubić z czego innego, jak tylko z krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa” (Ga 6,14).
Świat bez krzyża byłby światem bez nadziei. Bo bez krzyża nikt z nas nie miałby szans na wieczne szczęście.
W dzisiejsze święto rozbudźmy w sobie na nowo miłość do krzyża. Brońmy go w swoim sercu i w przestrzeni, w której żyjemy. On niesie nam niekończącą się nadzieję: na zwycięstwo życia nad śmiercią, światła nad ciemnością, przebaczenia nad nienawiścią. Wszyscy jesteśmy zaproszeni do tego, aby odnieść tryumf z krzyżem Chrystusa.
o. Jacek Zdrzałek CSsR –„redemptor.pl”
Redemptorysta Prowincji Warszawskiej, obecnie przełożony wspólnoty redemptorystów w Krakowie, wykładowca teologii życia konsekrowanego oraz rekolekcjonista sióstr zakonnych i księży – Kraków
Jan Paweł II: to dzięki Jezusowi nie zrezygnowaliśmy z wolności
„Wyzwolenie, również w sensie społecznym, zaczyna się od poznania prawdy”
– mówił Jan Paweł II.
W najgorszych okresach dziejów Polski Chrystus był dla nas natchnieniem i źródłem, ażeby nie rezygnować z wolności człowieka i z wolności narodu – powiedział Jan Paweł II w 1979 r., streszczając dla Polaków katechezę o teologii wyzwolenia. Pochodzący z ciemiężonej przez komunistyczny reżim Polski Papież skonfrontował historyczne doświadczenia Polski z opartą na marksistowskich założeniach teologią.
W lutym 1979 r. po powrocie ze swej pierwszej podróży apostolskiej do Meksyku Jan Paweł II na kilku audiencjach ogólnych dzielił się wrażeniami z udziału w III Konferencji Episkopatu Ameryki Łacińskiej w Puebla. 21 lutego podjął temat teologii wyzwolenia.
Polacy mają własną „teologię wyzwolenia”
Streszczając katechezę dla przybyłych do Auli Pawła VI Polaków Jan Paweł II powiedział: „Chciałbym dodać, że my mamy swoją własną teologię wyzwolenia, jeśli tak można powiedzieć. Ona jest bardzo głęboko wpisana w dzieje naszej Ojczyzny. Wiemy, że Chrystus w najgorszych okresach tych dziejów był dla nas natchnieniem i źródłem, ażeby nie rezygnować z wolności człowieka i z wolności narodu. I przez to tak bardzo głęboko Chrystus związał nas, nasz polski naród z sobą. I to pragnąłem tutaj powiedzieć dla podkreślenia naszej przeszłości, dla czci naszych przodków, ale także dla świadectwa współczesnych”.
Wyzwolenie w Chrystusie
Wcześniej w katechezie na temat teologii wyzwolenia Papież podkreślił, że trzeba mówić o wyzwoleniu człowieka w Chrystusie, a teologia wyzwolenia musi być wierna całej prawdzie o człowieku.
Odnaleźć się w Chrystusie
Jan Paweł II przyznał, że ewangelizacja ma prowadzić do uobecniania Chrystusa zarówno w życiu człowieka, jak i społeczeństwa. Chodzi o to, aby człowiek uwierzył, a tym samym odnalazł siebie w Chrystusie, właściwy sens swego życia. I właśnie to „odnalezienie jest najgłębszym źródłem wyzwolenia człowieka” – podkreślił Ojciec Święty. Przypomniał to, że zawsze było to obecne w nauczaniu Kościoła i należy ten temat ponownie podejmować, ale „w jego ewangelicznej autentyczności”.
Wyzwolenie przez prawdę
Jan Paweł II przypomniał, że sam Chrystus łączy wyzwolenie z poznaniem prawdy. „Wyzwolenie oznacza wewnętrzną przemianę człowieka, która jest konsekwencją poznania prawdy”. Papież podkreślił, że prawda ma siłę proroczą, która przejawia się również w nauczaniu Jezusa, kiedy z wielką siłą sprzeciwia się nieprawdzie.
Nazywać rzeczy po imieniu
Takie jest też zadanie ludzi wierzących. „Należy nazywać po imieniu – mówił polski Papież – niesprawiedliwość, wyzysk człowieka przez człowieka lub wyzysk człowieka przez państwo, instytucje, mechanizmy systemów gospodarczych i reżimy działające czasami bez wrażliwości. Należy nazywać po imieniu każdą niesprawiedliwość społeczną, dyskryminację, przemoc wyrządzaną człowiekowi wobec ciała, ducha, sumienia i przekonań. Chrystus uczy nas szczególnej wrażliwości na człowieka, na godność osoby ludzkiej, na życie ludzkie, na ducha i ciało człowieka”.
Służyć sprawie człowieka
Jan Paweł II podkreślił, że trzeba o tym mówić w sposób jasny i prosty, aby służyć sprawie człowieka. „Wyzwolenie, również w sensie społecznym, zaczyna się od poznania prawdy” – powiedział Jan Paweł II.
Krzysztof Bronk - VATICANNEWS.VA za - „wiara.pl”
Kaznodzieja złotousty - św. Jan Chryzostom
"Niechaj nikt nie wstydzi się świętych znaków naszego zbawienia i tego najwyższego dobra, przez które żyjemy i przez które jesteśmy. Nośmy więc krzyż Chrystusa jak wieniec, bo wszystko, co się do nas odnosi, przez krzyż się wypełnia".
Tak pięknie o krzyżu, jako znaku naszego zbawienia, mówił jeden z najznakomitszych kaznodziejów w dziejach Kościoła, Jan zwany Chryzostomem, czyli "złotoustym".
Urodził się około roku 350 w Antiochii w zamożnej rodzinie. Otrzymał doskonałe wykształcenie. Przez kilka lat prowadził życie pustelnicze, jednak musiał z niego zrezygnować z powodu słabego zdrowia. Wrócił do Antiochii i został kapłanem. Wkrótce zasłynął jako wybitny kaznodzieja. Jego mowy stanowiły cykle, m. in. komentarzy do Ewangelii według św. Marka i Jana, do listów św. Pawła. Aby go posłuchać, przybywali ludzie z terenu całego chrześcijańskiego Wschodu. Powołano go na patriarchę w Konstantynopolu, jednak ponieważ w jednym z kazań naraził się dworowi cesarskiemu, został wygnany. Zmarł na wygnaniu 14 września 407 roku ze słowami: "Bogu za wszystko dzięki" na ustach.
W niezwykłych słowach mówił o modlitwie: "Modlitwa jest światłem duszy, prawdziwym poznaniem Boga i pośredniczką między Nim a ludźmi. Uniesiony przez modlitwę duch ludzki osiąga wyżyny nieba i obejmuje Boga niewypowiedzianym uściskiem, pożądając Boskiego mleka, jak dziecko płaczem przywołujące swoją matkę. Przedstawia własne pragnienia, a otrzymuje dary niewypowiedzianie doskonalsze od wszelkiej widzialnej rzeczywistości".
„wiara.pl”
Jerozolimski patriarcha - św. Albert
Autor nieznany (PD) Św. Albert, łaciński patriarcha Jerozolimy
Urodził się we włoskiej miejscowości Castel Gualtieri w połowie XII wieku. Pochodził z hrabiowskiego rodu Avogadrów Sabbioneta.
W 1180 roku został wybrany na przełożonego Kanoników Regularnych od Świętego Krzyża w klasztorze Montara, leżącym nieopodal Pavii. Następnie sprawował funkcję biskupa Bobbio i Vercelli – w tej ostatniej przez dwie dekady.
Pośredniczył Albert w negocjacjach między Watykanem, a cesarstwem. Najpierw późniejszy święty brał udział w rozmowach z Fryderykiem Barbarossą, później zaś z Henrykiem IV. Udało mu się także doprowadzić do pokoju między Mediolanem i Pavią oraz Piacenzą i Parmą.
Gdy w roku 1204 kardynał Godfryd zrzekł się przysługującej mu godności patriarchy łacińskiego Jerozolimy, to właśnie Albert został jego następcą. Decydujący w tym przypadku był fakt, iż to właśnie kanonicy regularni oddelegowani zostali przez króla Amalryka II do nadzoru nad Grobem Pańskim w Ziemi Świętej. Ale Albert do Jerozolimy nie dotarł. Ta była już wówczas w rękach Turków.
Święty biskup zatrzymał się więc w twierdzy Joannitów w miejscowości Akka. Stamtąd wyruszał w kolejne misje, których celem było godzenie zwaśnionych, chrześcijańskich monarchów. Na sercu leżało mu, by pojednali się ze sobą królowie Cypru i Jerozolimy oraz książęta Trypolisu z królem Armenii, a także skłóceni z nim Templariusze.
Z sułtanatami tureckimi w Damaszku i w Egipcie utrzymywał Albert poprawne stosunki, więc gdy usunął nieprawnie zajmujących urzędy archidiakona Antiochii, czy biskupa Nikozji, nie wywołało to żadnych protestów, ani nie doprowadziło do kolejnych napięć.
Albert zmarł 14 września 1214 roku od ran, jakie zadał mu przełożony jerozolimskiego szpitala Ducha Świętego, którego święty zdjął z urzędu. Napaść miała miejsce podczas uroczystej procesji, której Albert przewodził...
Piotr Drzyzga – „wiara.pl”
"Oddałbym za ciebie życie",
czyli najłatwiejsza obietnica miłości
Są słowa, które brzmią jak wyjęte z wielkich powieści o miłości. Partner patrzy ci w oczy i mówi: zabiłbym dla ciebie. Rodzic, tuląc dziecko, szepcze: oddałbym za ciebie życie.
To zdania, które na pierwszy rzut oka mają wyrażać absolutną miłość. Są jak pieczęć, która ma rozwiać wszystkie wątpliwości: kocham cię tak bardzo, że nie ma dla mnie granic. Brzmi to pięknie, podnosi na duchu, wzrusza. Ale... jeśli przyjrzeć się im uważniej, jeśli rozebrać je na części pierwsze, okazuje się, że kryją w sobie pewną pułapkę.
Łatwiej umrzeć raz niż żyć codziennie
Oddać życie w wyobraźni, w słowach, nie kosztuje nas wysiłku. To gest jednorazowy. Bohaterski, dramatyczny, pełen patosu. Ale nie wymaga tego, co naprawdę trudne: codziennej pracy nad sobą, codziennej obecności, codziennego wybierania drugiego człowieka zamiast własnej wygody.
Powiedzieć oddałbym za ciebie życie jest łatwo, bo to deklaracja abstrakcyjna. Nie stawia nas przed pytaniem: czy dziś wieczorem usiądziesz ze mną i porozmawiasz? Czy odłożysz telefon, żeby pobawić się ze swoim dzieckiem? Czy zadbasz o zdrowie, żeby przeżyć kolejne lata u boku bliskich?
Oddanie życia brzmi jak najwyższa forma poświęcenia. A jednak, jeśli spojrzymy głębiej, o wiele większym dowodem miłości jest trud codziennego życia razem.
Gdy słowa stają się puste
Słowa mają moc, ale mają też granice. W psychologii mówi się o dysonansie między deklaracjami a działaniami. Możesz obiecywać wszystko, ale jeśli twoje codzienne zachowanie mówi coś zupełnie innego – obietnice stają się puste.
Wyobraź sobie rodzica, który powtarza: oddałbym za ciebie życie, ale codziennie sięga po alkohol, ryzykując własne zdrowie i skracając czas, jaki może spędzić ze swoim dzieckiem. Albo partnera, który mówi: zabiłbym dla ciebie, a jednocześnie rani słowami, zaniedbuje, zdradza czy ignoruje.
W takim momencie można zapytać: dobrze, że oddasz za mnie życie, ale ja tego nie chcę. Ja chcę, żebyś był, żebyś żył ze mną jak najdłużej. Czy możesz zawalczyć o siebie, żebyśmy mogli być razem?
Prawdziwe pytania miłości
Czy przestaniesz pić alkohol – nie dla mnie, ale dla nas, żebyśmy mieli więcej wspólnych lat?
Bo każdy kieliszek nie znika w próżni, on skraca nasze wspólne jutro. Uzależnienie nie jest prywatną sprawą, choć tak lubimy sobie powtarzać. Ono dotyka nie tylko twojego zdrowia, ale też bezpieczeństwa i poczucia stabilności twoich bliskich. Kiedy pijesz, znikasz – nawet jeśli fizycznie jesteś w pokoju. Kiedy wybierasz trzeźwość, wybierasz bliskich. Wybierasz, byście mogli razem przeżyć więcej świąt, podróży, zwyczajnych poranków przy kawie. Największy dar, jaki możesz mi dać, to nie heroiczna śmierć, ale świadome, trzeźwe życie.
Czy zaczniesz dbać o zdrowie, badać się, żeby nie zniknąć z mojego życia przedwcześnie?
Miłość nie potrzebuje dramatycznych poświęceń, potrzebuje troski. Gdy rezygnujesz z badań, gdy odkładasz wizytę u lekarza, mówisz wprost: moja wygoda jest ważniejsza niż wspólne lata z moimi bliskimi. Oni nie potrzebują, żebyś w chwili heroizmu oddał za mnie życie. Potrzebują, żebyś w codzienności walczył o swoje zdrowie – dla nich.
Czy znajdziesz w sobie odwagę, żeby iść na terapię i przełamać schematy, które ranią naszą relację?
To nie słabość, to największy akt odwagi – spojrzeć w lustro i zobaczyć nie tylko to, co chcesz, ale też to, co boli. Terapia nie jest dla słabych, jest dla tych, którzy chcą przerwać łańcuch krzywd powtarzanych przez pokolenia. Wiem, że łatwiej powiedzieć: oddałbym za ciebie życie, niż przyznać się, że mam problem, że nie radzę sobie z emocjami, że potrzebuję pomocy. Ale to właśnie ta gotowość do pracy nad sobą jest prawdziwą deklaracją miłości. Bo tylko wtedy możemy przestać ranić siebie nawzajem i nauczyć się być ze sobą naprawdę.
Czy spędzisz ze mną wartościowy czas? Nie godzinę obok mnie, ale godzinę naprawdę ze mną?
Obecność to nie tylko ciało w tym samym pokoju. To uwaga, spojrzenie, rozmowa, śmiech, cisza, w której naprawdę jesteś ze mną. Partner czy dziecko mogą spędzić przy tobie całe popołudnie i wciąż czuć się samotnie, jeśli twoje oczy są w telefonie, a myśli w innym świecie. A wystarczy czasem jedna godzina w tygodniu – prawdziwa, uważna, świadoma – by była warta więcej niż cały miesiąc powierzchownego bycia obok. Oddać życie to gest jednorazowy, głośny i efektowny. Ale oddawać komuś swój czas, regularnie i bez rozproszeń, to gest trudniejszy – i nieskończenie cenniejszy.
Czy potrafisz wybrać życie zamiast ucieczki, zaniedbania, autodestrukcji?
Każdy z nas ma swoje demony, każdy mógłby się schować w wygodnej ucieczce: w pracy, w nałogu, w samotności, w zamknięciu się na świat. Ale bycie razem wymaga innego wyboru. Wymaga decyzji, że chcę budować, a nie niszczyć. Że wybieram życie, nie tylko swoje, ale nasze, wspólne. Autodestrukcja bywa kusząca, bo jest prosta i daje złudzenie kontroli – wystarczy sięgnąć po nałóg, uciec w obojętność, odwrócić wzrok od problemów. To droga, która nie wymaga wysiłku, ale prowadzi donikąd. Prawdziwa siła rodzi się w momencie zatrzymania i powiedzenia: "dla siebie i dla ciebie spróbuję inaczej". Bo największym dowodem miłości nie jest gotowość, by umrzeć w czyjeś imię, lecz odwaga, by uczyć się żyć – dłużej, mądrzej, zdrowiej i prawdziwiej – u boku drugiego człowieka.
Miłość toksyczna i miłość dojrzała
W toksycznych relacjach wielkie słowa bywają nadużywane jak plaster na rany, które wciąż się otwierają. Partner, który krzywdzi, powie: ale przecież oddałbym za ciebie życie. Rodzic, który rani emocjonalnie, zapewni: umarłbym za ciebie, przecież cię kocham.
I tu właśnie trzeba zatrzymać się i zapytać: a co z twoim życiem teraz?
Psychologia codziennych wyborów
Psychologia relacji mówi jasno: to nie wielkie słowa, lecz małe, powtarzalne gesty budują więź. To poczucie bezpieczeństwa, obecności, wspólnoty. To świadomość, że ktoś wybiera ciebie nie raz, w dramatycznym momencie, ale codziennie – kiedy robi zakupy, kiedy wyłącza telewizor, kiedy rezygnuje z kieliszka, kiedy decyduje się być.
To właśnie te wybory są miarą miłości. One naprawdę kosztują. Bo wymagają pracy nad sobą, odwagi zmiany i odpowiedzialności.
Poświęcenie, które ma wartość
Zrobię wszystko, żeby żyć z tobą jak najdłużej – to znaczy, że pójdę do lekarza wtedy, gdy trzeba, że zadbam o swoje serce, że spróbuję odłożyć papierosy czy butelkę. To nie słowa o śmierci, ale o życiu, które chcę z tobą dzielić. To zdanie mówi: nie chcę zniknąć nagle w wielkim geście, chcę być w twoim życiu, w twoich wspomnieniach, w twoich codziennych chwilach jak najdłużej.
Będę walczył ze swoimi słabościami, żeby nasza relacja miała sens, a więc nie będę udawał, że wszystko jest w porządku, gdy nie jest. Zmierzę się z tym, co mnie niszczy, zamiast przykrywać to pięknymi słowami. Jeśli trzeba, poproszę o pomoc. Jeśli trzeba, zmienię coś, co zmieniać jest trudno. To nie heroizm spektakularny, ale heroizm cichy, codzienny – taki, który naprawdę ratuje związki i rodziny.
Codziennie wybiorę ciebie – nie w słowach, ale w czynach – bo miłość to nie wielka scena, na której składa się obietnice. To małe gesty: że słucham, kiedy mówisz. Że pytam, jak ci minął dzień. Że odkładam telefon, kiedy jesteśmy razem. Że pamiętam, co lubisz, czego potrzebujesz, czego się boisz. To wybór powtarzany codziennie, a nie raz na zawsze.
Miłość, która daje życie zamiast go odbierać
Oddać życie jest łatwo, przynajmniej w słowach. Dużo trudniej jest naprawdę żyć dla kogoś. Być obecnym. Być wiernym. Być odpowiedzialnym. Być.
A przecież to właśnie tego pragniemy najbardziej. Żeby ten, kogo kochamy, został z nami jak najdłużej. Nie żeby zginął w imię naszej miłości, ale żeby codziennie wybierał życie razem z nami.
Bo w miłości nie chodzi o wielką, teatralną śmierć. Chodzi o cichą, wymagającą odwagę codzienności.
Julia Hap – „deon.pl”
Kim były diakonisy? Jaka była rola kobiet na początku Kościoła? Ks. Strzelczyk wyjaśnia
Jeśli rozumienie posług kościelnych ogranicza się do tych, które związane były ze święceniami, traci się z oczu znaczącą część udziału kobiet w kształtowaniu Kościoła i jego świadomości w pierwszych wiekach (i nie tylko) chrześcijaństwa. Wpływ ten mógł być jednak znacznie większy, gdyby względy kulturowe nie przeważały nad intuicjami teologicznymi potwierdzającymi równość płci, ograniczając tym samym udział kobiet w odpowiedzialności za wspólnoty, a z czasem wręcz wykluczając je z posług z nią związanych - pisze ks. Grzegorz Strzelczyk w książce "Eklezjologia. Jak Kościół rozumie sam siebie".
Jaka była rola kobiet we wspólnotach w czasach Nowego Testamentu?
Nowy Testament dostarcza nam niestety bardzo mało danych na temat roli kobiet we wspólnotach wierzących. Co gorsza – czyni to w sposób ambiwalentny, co nietrudno zauważyć, zestawiając np. Pawłowe dyspozycje z 1 Kor 14,34–35, że kobiety mają na zgromadzeniach milczeć zgodnie z prawem (zdaje się chodzi o zasady Pierwszego Przymierza), nie wypada im przemawiać (a jeśli chcą się czegoś nauczyć, powinny w domu pytać mężów), z tezą tegoż samego Pawła o tym, że „nie ma już mężczyzny ani kobiety”, wszyscy bowiem po chrzcie są kimś jednym w Chrystusie (Ga 3,28). Ta druga intuicja miała prawdziwie rewolucyjny potencjał – próba praktycznej realizacji wymagałaby wówczas głębokiego przewrotu społeczno- -obyczajowego.
Jezusowi towarzyszyły kobiety, w tym zamężne, co było kontrowersyjne
Podobnie niejednoznaczne są dane związane z pamięcią o przedpaschalnej wspólnocie zgromadzonej wokół Jezusa. Dość ewidentne jest, że towarzyszyły Mu kobiety – w tym zamężne, co w kontekście ówczesnej kultury było raczej kontrowersyjne. Piszący do Greków Łukasz wymienia je obok dwunastu, podając niektóre imiona (Maria Magdalena, Joanna, Zuzanna – por. Łk 8,1–3), zaś Mateusz wspomina je w kontekście śmierci Jezusa („szły za Jezusem od Galilei, aby Mu służyć” – Mt 27,55–56 – por. Łk 23,49), również identyfikując niektóre (Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba i Józefa, oraz matka synów Zebedeusza). U Marka w tym samym kontekście wymieniona jest ponadto Salome (Mk 15,40).
Według zgodnego świadectwa Ewangelii synoptycznych to te właśnie kobiety pozostały aktywne po pojmaniu Jezusa, podczas gdy dwunastu schroniło się w Wieczerniku. One towarzyszyły Józefowi z Arymatei przy pochówku ciała Jezusa. One wreszcie jako pierwsze odkryły pusty grób, usłyszały wieść o zmartwychwstaniu, uwierzyły jej i zaniosły ją uczniom. Według Mateusza Zmartwychwstały im też najpierw się objawił (28,9). Janowa narracja skonstruowana jest w tym zakresie nieco inaczej i koncentruje się na dwóch kobietach: Maryi, matce Jezusa, i Marii Magdalenie (pod krzyżem jest jeszcze Maria, żona Kleofasa). Maryja najpierw sprowokowała pierwszy znak Jezusa w Kanie, po którym uwierzyli w Niego uczniowie (por. J 2,1–11), a potem, pod krzyżem, otrzymała za syna umiłowanego ucznia Jezusa. Maria Magdalena wymieniona z imienia pojawia się dopiero pod krzyżem, za to potem odkrywa pusty grób, informuje o nim uczniów, a następnie – już po wizycie w grobie Piotra i umiłowanego ucznia – spotyka żyjącego Pana (por. J 20,1–18).
W listach Pawła jest mowa o ważnych dla Kościoła kobietach
W kontraście ze zbieżnymi narracjami Ewangelii pozostaje wcześniejsze świadectwo Pawłowe: wśród osób, którym Jezus się objawił, wymienionych w 1 Kor 15,5–8, nie ma żadnej kobiety. Brak nawet ogólnej wzmianki o kobietach. Uwzględnienie kolejnych miejsc Nowego Testamentu uczyni obraz jeszcze bardziej złożonym. Bowiem w końcówce Listu do Rzymian Paweł, pozdrawiając poszczególne osoby, niektóre też charakteryzuje. I tak Febe w Rz 16,1 opisana jest jako „diakonisa Kościoła w Kenchrach” – ona zresztą prawdopodobnie dostarczyła list do Rzymu. Zaś w Rz 16,7 wymieniona jest osoba określona jako ciesząca się „wielkim poważaniem u apostołów”. Jej płci nie da się wprawdzie jednoznacznie zidentyfikować na postawie samego tylko tekstu oryginalnego (dopuszcza obie możliwości: „Junias” i „Junia” – przez co niektóre współczesne edycje Biblii proponują imię męskie), jednak „Junia” było wówczas popularnym imieniem żeńskim, natomiast nie ma istotnych świadectw na używanie męskiej formy. Ponadto ważna część późniejszej tradycji patrystycznej – w tym Hieronimowa Wulgata – poświadcza, że chodziło o kobietę (por. niżej 4.7). Z kolei Pryscylla (prawdopodobnie żona Akwili, bo w 1 Kor 16,19 mowa jest o tym, że Kościół spotyka się w „ich domu”) wymieniona jest w Dz 18 jako towarzyszka (z Akwilą) podróży Pawła i aktywnie nauczająca.
Co miało wpływ na powierzanie odpowiedzialności kobietom?
Uwzględniając to, iż wczesne chrześcijaństwo rozwijało się w ściśle patriarchalnym kontekście, w którym społeczna rola kobiet była poważnie ograniczona (choć z nieco innymi akcentami w społecznościach żydowskich i helleńskich), trudno się dziwić, że Nowy Testament pozostawia tak niejednoznaczny obraz. Z jednej strony widzimy działanie impulsu teologicznego, związanego ze zbawczymi skutkami misji Jezusa, które ze wszystkich odrodzonych w Nim czynią jedno, z drugiej – pewną bezwładność kultury, tradycji i przyzwyczajeń, które wpływają na zdolność wspólnot na przekładanie tego impulsu w faktyczne równouprawnienie na poziomie organizacji, powierzania odpowiedzialności kobietom itd. Patriarchalny kontekst kulturowy warunkował też prawdopodobnie i to, że wiele kobiet – akceptując jako naturalny ten porządek – nawet nie aspirowało do innych posług niż ściśle pomocnicze. Ze względu na tę ambiwalencję należy z dużą ostrożnością podchodzić do wszelkich prób czynienia wprost z danych nowotestamentalnych argumentów bezpośrednio rozstrzygających współczesne dylematy w tej kwestii.
Decyzje podejmowali prawie wyłącznie wolni, dobrze sytuowani mężczyźni
Zasygnalizowaliśmy już wyżej, omawiając Nowy Testament, pewną trudność w rekonstruowaniu faktycznego udziału kobiet w odpowiedzialnościach i posługach kościelnych. To samo dotyczy kolejnych wieków: kontekst kulturowy był zdecydowanie (a wraz z rosnącym z czasem wpływem kultur „barbarzyńskich” nawet coraz bardziej) patriarchalny. Decyzje podejmowali, dzieje dokumentowali, teologię uprawiali prawie wyłącznie wolni, relatywnie dobrze sytuowani mężczyźni. I jakkolwiek intuicje soteriologiczne związane z wcieleniem kazały jednoznacznie podtrzymywać twierdzenie o równej godności kobiet i mężczyzn (Chrystus przyjął ludzką naturę, w której mieści się bez żadnej różnicy męskość i kobiecość) i w związku z tym nie różnicować np. nauczania o skutkach chrztu, to słabo przekładało się to na praktykę.
Zarówno w samych wspólnotach, jak i – po objęciu przez chrześcijaństwo pozycji dominującej – w zasadach rządzących życiem społecznym nie da się w kolejnych wiekach zaobserwować parcia ku równoprawności kulturowej. Wprawdzie Konstantyn, Teodozjusz I i Justynian wprowadzili regulacje poprawiające sytuację prawną kobiet, ale nie były to daleko idące zmiany – raczej ochrona przed rażącymi przypadkami niesprawiedliwości kontrastującymi z ewangelicznym ideałem nierozerwalności małżeństwa. Pewien wyjątek od tej zasady stanowiło męczeństwo – męczennice otaczane były szacunkiem równym męczennikom i nic nie wskazuje, by w jakikolwiek sposób różnicowano wyobrażenia o udziale w chwale nieba kobiet i mężczyzn (egalitarny charakter tych wyobrażeń potwierdzają np. zachowane zabytki sztuki chrześcijańskiej).
Kim były diakonisy w pierwszych wiekach chrześcijaństwa?
Wobec takiego kontekstu ogólnego nie może dziwić prawie zupełny brak świadectw o powoływaniu kobiet na funkcje związane z przewodniczeniem wspólnotom: do prezbiteratu i biskupstwa. Znaczący wyjątek stanowi kanon 11 datowanego na koniec IV w. synodu w Laodycei we Frygii: „Ustanawianie tak zwanych prezbiterek (πρεσβύτιδας) lub przewodniczących spośród kobiet nie powinno dokonywać się w kościele” Natomiast „rzeczywiście istniała posługa diakonis, która rozwinęła się rozmaicie w różnych częściach Kościoła. Wydaje się oczywiste, że taka posługa nie była rozumiana jako prosty kobiecy odpowiednik diakonatu mężczyzn. Chodzi o funkcję eklezjalną, pełnioną przez kobiety, niekiedy wspominaną przed subdiakonatem na liście posług Kościoła" - czytamy w tekście Międzynarodowej Komisji Teologicznej z 2002 roku pt. "Diakonat: ewolucja i perspektywy". Wydaje się, że Komisja obradująca wówczas pod przewodnictwem J. Ratzingera nieco zbyt łatwo – biorąc pod uwagę stan źródeł – doszła do wniosku o „oczywistości” różnicy pomiędzy męskim i żeńskim diakonatem. W zasadzie dopiero synody od VI w. akcentują tę różnicę i kwestionują równość święceń diakonów i diakonis.
W tym samym dokumencie stwierdza się jednak, iż jeszcze w VIII w. w Bizancjum ustanawiano diakonisy przez włożenie rąk, nakładano im stułę i wręczano kielich. Zaś rola diakonis według najstarszego zachowanego świadectwa (III w.) tak jest scharakteryzowana: „Diakonisa powinna dokonać namaszczenia ciała kobiety w chwili chrztu, pouczać nowo ochrzczone kobiety, odwiedzić w domu kobiety wierzące, a głównie chore.”
Jest za mało źródeł, by jasno odtworzyć zadania kobiet w strukturze Kościoła
Skąpość źródeł nie pozwala zatem na wyraźne zarysowanie zaangażowania kobiet w struktury odpowiedzialności Kościoła pierwszych wieków. Tym samym nie da się odtworzyć ówczesnych eklezjologicznych uzasadnień dotyczących faktycznego stopnia zaangażowania kobiet w różnych wspólnotach lokalnych. Jasne jest jednak, iż stan początkowy silnie kontrastuje z całkowitym właściwie wyłączeniem kobiet z wszelkich posług instytucjonalnie umocowanych w Kościołach, z jakim będziemy mieli do czynienia pod koniec pierwszego tysiąclecia (i później). Czyżby wraz z rozrostem liczebnym Kościoła czynniki kulturowe brały górę nad teologicznymi?
Perspektywa instytucjonalna to jednak niejedyne możliwe podejście do rozumienia ówczesnej roli kobiet w Kościele i ich oddziaływania na kształt eklezjologii. Jak wielki wpływ kobieta faktycznie wówczas mogła wywrzeć na pewne praktyczne wpierw, a w konsekwencji też i eklezjologiczne kwestie pokazuje przykład św. Heleny – matki cesarza Konstantyna. Nie pełniła ona przecież żadnej formalnej funkcji kościelnej. Jednak zarówno prawdopodobny wpływ na syna oraz konsekwencje odbytej przez nią wyprawy do Ziemi Świętej (odtworzenie prawdopodobnych miejsc związanych z wydarzeniami paschalnymi oraz pozyskanie domniemanych relikwii związanych z męką Jezusa) w sposób głęboki i nieodwracalny uformowały pewną część chrześcijańskiej tradycji. A było to możliwe w pierwszym rzędzie nie dzięki jej płci lub osobistemu geniuszowi (którego bynajmniej nie zamierzam jej odmawiać), lecz dzięki uzyskanej z urodzenia pozycji społecznej i wynikającemu z niej autorytetowi (władzy).
Tego typu przykładów moglibyśmy omówić więcej (kolejnym byłaby św. Monika – matka św. Augustyna), jednak niech ten jeden wystarczy dla zilustrowania nieco uogólniającej intuicji: jeśli rozumienie posług kościelnych ogranicza się do tych, które związane były ze święceniami, traci się z oczu znaczącą część udziału kobiet w kształtowaniu Kościoła i jego świadomości w pierwszych wiekach (i nie tylko) chrześcijaństwa. Wpływ ten mógł być jednak znacznie większy, gdyby względy kulturowe nie przeważały nad intuicjami teologicznymi potwierdzającymi równość płci, ograniczając tym samym udział kobiet w odpowiedzialności za wspólnoty, a z czasem wręcz wykluczając je z posług z nią związanych.
Tekst jest fragmentem książki "Eklezjologia. Jak Kościół rozumie sam siebie" ks. Grzegorza Strzelczyka, wydanej przez Wydawnictwo WAM. Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.
Kim są „nowi męczennicy” XXI wieku,
którym papież odda hołd w niedzielę?
Od 2000 roku za wiarę zginęło prawie 1700 męczenników wśród chrześcijan – nie tylko katolików. Papież Leon XIV złoży im hołd w niedzielę w Rzymie podczas ważnych obchodów Jubileuszowych.
Ekumenizm krwi
W najbliższą niedzielę, 14 września, papież Leon XIV przewodniczyć będzie ekumenicznym nabożeństwom w Bazylice Świętego Pawła za Murami w Rzymie, w którym wezmą udział przedstawiciele 24 wyznań chrześcijańskich. Uroczystość, pomyślana jako część Jubileuszu, ma upamiętnić męczeństwo 1624 chrześcijan, którzy zginęli za wiarę od początku XXI wieku.
Ta lista współczesnych męczenników nawiązuje do tej sporządzonej podczas Jubileuszu roku 2000 na prośbę Jana Pawła II. Papież Polak oddał hołd licznym męczennikom ideologii – zwłaszcza komunizmu i nazizmu – w XX wieku, a ich pamięć jest od tamtej pory przechowywana w bazylice Świętego Bartłomieja na Wyspie w Rzymie.
Papież Franciszek pragnął to powtórzyć, powierzając to zadanie nowej komisji ekspertów w 2023 roku. Członkowie komisji powtórzyli, że nie jest to formalne uznanie męczeństwa tych osób – wymagałoby to długiego dochodzenia w ramach procesu kanonicznego prowadzącego do beatyfikacji – ale raczej wiarygodny zapis historyczny wszystkich tych, którzy zginęli za wiarę lub w obronie wartości bezpośrednio z nią związanych.
To właśnie w tej perspektywie, w duchu „ekumenizmu krwi”, męczennicy wymienieni na liście należą również do innych wyznań chrześcijańskich. Podczas konferencji, która odbyła się 9 września w bazylice Świętego Bartłomieja, kardynał Marcello Semeraro, prefekt Dykasterii ds. Kanonizacji, wyjaśnił, że jego dykasteria będzie mogła uznawać męczenników innych wyznań, ale uczyniła to „z kurtuazji”.
Włoski kardynał podkreślił w szczególności swój podziw dla protestanckiego pastora Dietricha Bonhoeffera, który zginął w obozie za potępienie nazizmu. Wyraził również współczucie dla wyznawców innych religii, którzy są mordowani wyłącznie z powodu swojej wiary.
Wiele ofiar dżihadyzmu
Jeśli chodzi o prawie 1700 męczenników odnotowanych w XXI wieku, ich profile zmieniły się w porównaniu z wiekiem XX. W Afryce, na Bliskim Wschodzie, a także w Azji jest wielu męczenników dżihadu – najtragiczniejszy atak miał miejsce na Sri Lance w Wielkanoc 2019 roku i pochłonął 269 ofiar. Dotyczy to również 21 koptyjskich męczenników straconych z zimną krwią na plaży w 2015 roku, których papież wpisał do rzymskiego martyrologium jako znak komunii duchowej, za zgodą koptyjskiego papieża Tawadrosa.
Na długiej liście męczenników znajdują się znane nazwiska, takie jak ojciec Jacques Hamel, zamordowany podczas mszy w 2016 roku. Jest też zakonnica kombonianka Maria de Coppi, zabita w zamachu terrorystycznym w Mozambiku w 2020 roku, czy około czterdzieścioro chrześcijańskich dzieci w wieku od 12 do 17 lat ze szkoły w Mpondwe w Ugandzie, zamordowanych wraz z nauczycielami maczetami lub spalonych żywcem przez ekstremistów uzbrojonych przez Państwo Islamskie. Są również liczne ofiary wspólnot chrześcijańskich w krajach muzułmańskich, takie jak Basharat Masih, zamordowany w Pakistanie w 2023 roku za próbę zapobieżenia przymusowemu nawróceniu córki.
Męczennicy Sprawiedliwości
Wielu męczenników odnotowanych w Meksyku, Nigerii i na Haiti zapłaciło życiem za codzienną walkę, jaką toczyli w imię wiary z konfliktami etnicznymi, handlarzami narkotyków i uzbrojonymi gangami. Dotyczy to w szczególności włoskiej zakonnicy Luisy Dell'Orto, która przez dwadzieścia lat pomagała sierotom i dzieciom ulicy w Port-au-Prince, zanim została zamordowana w 2022 roku.
Dotyczy to również kongijskiego katechety i celnika Floriberta Bwany Chui, zamordowanego w 2007 roku w Gomie (Demokratyczna Republika Konga) za odmowę przyjęcia łapówek za przemyt zepsutego jedzenia. 15 czerwca został beatyfikowany, a Kościół uznał go za męczennika „za uczciwość i integralność moralną” w kraju nękanym korupcją. Kardynał Semeraro podkreślił również znaczenie tych kategorii męczenników, którzy zginęli nie dlatego, że agresor nienawidził wiary chrześcijańskiej, ale dlatego, że jako chrześcijanie służyli „wartościom bezpośrednio związanym z wiarą”, a zwłaszcza sprawiedliwości.
Niektórzy z tej długiej listy, która nie została oficjalnie opublikowana, „prawdopodobnie zostaną oficjalnie uznani za męczenników w nadchodzących latach, inni nie” – wyjaśnia ojciec Angelo Romano, do niedawna rektor bazyliki św. Bartłomieja. „A wielu z nich prawdopodobnie nie poznamy. Mimo to są prawdziwymi świadkami wiary” – zapewnia. Papież Franciszek również wyraził w 2023 roku przekonanie, że męczenników „jest więcej w naszych czasach niż w pierwszych wiekach”.
Camille Dalmas – „aleteia.pl”

Święci i błogosławieni w tygodniu
|
•
|
14 września - Podwyższenie Krzyża Świętego
|
|
•
|
14 września - św. Albert, biskup
|
|
•
|
15 września - Najświętsza Maryja Panna Bolesna
|
|
•
|
15 września - św. Katarzyna Genueńska
|
|
•
|
15 września - bł. Antoni Maria Schwartz, prezbiter
|
|
•
|
15 września - bł. Józef Puglisi, prezbiter i męczennik
|
|
•
|
15 września - bł. Paweł Manna, prezbiter
|
|
•
|
16 września - święci męczennicy Korneliusz, papież, i Cyprian, biskup
|
|
•
|
16 września - św. Edyta, ksieni
|
|
•
|
16 września - św. Eufemia, męczennica
|
|
•
|
16 września - św. Doroteusz z Tebaidy
|
|
•
|
16 września - błogosławieni Jan Chrzciciel i Hiacynt od Aniołów, męczennicy
|
|
•
|
17 września - św. Robert Bellarmin, biskup i doktor Kościoła
|
|
•
|
17 września - św. Zygmunt Szczęsny Feliński, biskup
|
|
•
|
17 września - św. Hildegarda z Bingen, dziewica i doktor Kościoła
|
|
•
|
17 września - św. Jan Macías, zakonnik
|
|
•
|
17 września - stygmaty św. Franciszka z Asyżu
|
|
•
|
17 września - św. Piotr z Arbués, męczennik
|
|
•
|
17 września - św. Marcin z Finojosa, biskup
|
|
•
|
17 września - św. Lambert z Liege, biskup i męczennik
|
|
•
|
17 września - bł. Zygmunt Sajna, prezbiter i męczennik
|
|
•
|
18 września - św. Stanisław Kostka, zakonnik, patron Polski
|
|
•
|
18 września - bł. Fidel Fuidio Rodriguez, zakonnik i męczennik
|
|
•
|
18 września - bł. Józef Kut, prezbiter i męczennik
|
|
•
|
19 września - św. January, biskup i męczennik
|
|
•
|
19 września - św. Franciszek Maria z Camporosso, zakonnik
|
|
•
|
19 września - św. Józef z Kupertynu, prezbiter
|
|
•
|
19 września - bł. Gerhard Hirschfelder, prezbiter i męczennik
|
|
•
|
19 września - Najświętsza Maryja Panna z La Salette
|
|
•
|
19 września - św. Emilia Maria Wilhelmina de Rodat, zakonnica
|
|
•
|
20 września - święci męczennicy Andrzej Kim Tae-gŏn, prezbiter, Paweł Chŏng Ha-sang i Towarzysze
|
|
•
|
20 września - św. Józef Maria de Yermo y Parres, prezbiter
|
|
•
|
20 września - bł. Maria Teresa od św. Józefa, zakonnica
|
|
•
|
20 września - bł. Franciszek Martín Fernández de Posadas, zakonnik
|
|
•
|
20 września - kościół katedralny w Legnicy
|
|
•
|
21 września - św. Mateusz, Apostoł i Ewangelista
|
|
•
|
21 września - Jonasz, prorok
|
NIEDZIELNA EUCHARYSTIA W KOŚCIOŁACH W OKOLICY
Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach
niedziele i święta: 6.30, 8.00, 9.30, 11.00, 12.30 (oprócz VII i VIII), 16.00, 19.00,
dni powszednie – 7.00, 7.30, 18.00.
Parafia Matki Bożej Pocieszenia, ul. Bulwarowa 15a
niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00, 18:00, 20:00
dni powszednie: 7:00, 15:00, 18:00
Parafia Matki Bożej Częstochowskiej, os. Szklane Domy 7,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 17:00 (oprócz VII i VIII),
19:00 (oprócz VII i VIII), 20:30
dni powszednie: 6:30, 8:00, 18:00
Parafia Matki Bożej Królowej Polski, Arka Pana, ul. Obrońców Krzyża 1
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 16:00, 17:30, 19:00,
dni powszednie: 6:00, 6:30, 7:00, 7:30, 8:00, 11:00, 18:00
Bazylika Krzyża św. - klasztor
(pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Wacława)
niedziele i święta: 06.30, 08.00, 09.30, 11.00, 12.30, 14.00 (oprócz VII i VIII)
dni powszednie: 06.30, 07.30, 08.30, 16.00 (w piątki), 18.00.
Parafia św. Bartłomieja Apostoła, Mogiła, ul. Klasztorna 11,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 14:00 (oprócz VII, VIII), 16:30, 18:00
dni powszednie: 6:00, 7:00 (oprócz VII i VIII), 7:30, 8:30, 18:00
Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Teatralne,
niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00 (oprócz VII i VIII), 18:00, 19:30
dni powszednie: 6:30 (oprócz VII i VIII), 7:00, 18:00
Parafia św. Stanisława Biskupa Męczennika, Kantorowice 122,
niedziele i święta: 9:00, 11:00, 18:00, dni powszednie: 8:00, 17:00, (18.00- lato)
Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Lubocza,
niedziele i święta: 8:00, 10:30, 17:00, dni powszednie: 7:00, 17:00
Parafia Matki Bożej Wspomożenia Wiernych, Prusy,
niedziele i święta: 7:30, 9:30, 11:30,
dni powszednie: 18:00 (pon., śr., pt.), 6:30 (wt., czw., sob.)
Parafia św. Maksymiliana Marii Kolbego, Mistrzejowice,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 10:30, 11:00, 13:00, 17:00, 19:00
dni powszednie: 6:30, 7:00, 7:30, 18:00
NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:
strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl
adres gazetki:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.