W BLASKU MIŁOSIERDZIA

5/1005 – 26 stycznia 2025 r. C.

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA

 

6

Niedziela, 26 stycznia 2025, rok „C”

 

III niedziela zwykła „C”

Dziś po raz szósty obchodzimy w Kościele Niedzielę Słowa Bożego, ustanowioną przez papieża Franciszka we wrześniu 2019 r. listem apostolskim Aperuit illis. Papież napisał w nim m.in.: "Ustanawiam III Niedzielę Zwykłą w ciągu roku jako poświęconą celebracji, refleksji oraz krzewieniu Słowa Bożego. Staje się ona odpowiednim momentem tego okresu roku, w którym jesteśmy wezwani do wzmocnienia więzi z wyznawcami judaizmu oraz do modlitwy o jedność chrześcijan.
Nie jest to przypadek: celebrowanie tej Niedzieli wyraża charakter ekumeniczny, ponieważ Pismo Święte wskazuje tym, którzy się w nie wsłuchują, drogę do przebycia, aby dojść do trwałej i autentycznej jedności".
Dziś w Polsce obchodzimy Dzień Islamu.

 1

 

 
Czytania
Pierwsze czytanie: Ne 8,1-4a.5-6.8-10
Psalm: Ps 19
Drugie czytanie: 1 Kor 12,12-30
Ewangelia: Łk 1,1-4;4,14-21
Ewangelia
Słowa Pisma spełniły się na Chrystusie
Łk 1, 1-4; 4, 14-21
Słowa Ewangelii według Świętego Łukasza
Wielu już starało się ułożyć opowiadanie o zdarzeniach, które się dokonały pośród nas, tak jak nam je przekazali ci, którzy od początku byli naocznymi świadkami i sługami słowa. Postanowiłem więc i ja zbadać dokładnie wszystko od pierwszych chwil i opisać ci po kolei, dostojny Teofilu, abyś się mógł przekonać o całkowitej pewności nauk, których ci udzielono.
W owym czasie: Powrócił Jezus mocą Ducha do Galilei, a wieść o Nim rozeszła się po całej okolicy. On zaś nauczał w ich synagogach, wysławiany przez wszystkich. Przyszedł również do Nazaretu, gdzie się wychował. W dzień szabatu udał się swoim zwyczajem do synagogi i powstał, aby czytać.
Podano Mu księgę proroka Izajasza. Rozwinąwszy księgę, znalazł miejsce, gdzie było napisane: «Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnymi, abym obwoływał rok łaski Pana».
Zwinąwszy księgę, oddał słudze i usiadł; a oczy wszystkich w synagodze były w Niego utkwione.
Począł więc mówić do nich: «Dziś spełniły się te słowa Pisma, które słyszeliście».
 
Komentarz do Ewangelii
To niedziela "czytania", stąd pewnie, decyzją papieża Franciszka, także niedziela Słowa Bożego...
A Jezus czyta proroctwo, do kogo został posłany: do ubogich, więźniów, niewidomych, uciśnionych... Czyli do tych wszystkich, którzy na tym świecie mają się źle. Bo dla Boga ważny jest każdy człowiek, nie tylko możni...
Dzisiejsze czytania koncentrują się na sensie posłannictwa Jezusa. Przypominają, że nie jest ono narzuceniem ludziom smutnych obowiązków, ale pełną nadziei wieścią o ich wyzwoleniu.
Jeszcze i ta niedziela podobnie jak poprzednia tętni radością Epifanii. Radość ta wszakże ukazuje się dziś jako kolejny etap Obja­wienia, mianowicie jako nasze wdzięczne zadanie. Motywem naszego radosnego działania ma być osobista reakcja wolnej woli na dary Boże ciągle darmo otrzymywane, o których nam mówi Obja­wie­nie biblijne, przeżywane we wspólnej akcji liturgicznej. Dar Epifanii dziś się ukazuje jako dar zadany: wymaga od nas, by nasze działanie apostolskie było radosne. Nasza reakcja więc nie przestaje być osobista.
Skoro ma wychodzić z głębi serca, winna ujawniać się w całym naszym życiu, zwłaszcza w środowiskach, w jakich żyjemy. Z niedzielnej Eucharystii, przeżywanej przez wspólnotę, bierze początek radość w Panu jako nasza ostoja. Po większej części ludzkie radości mają znikomą moc, gdyż opierają się jedynie na subiektywnym i przemijającym przeżyciu. Inną radość nam zapewnia Duch Święty: nie w nas, lecz niezmienną, bo w Panu.
Zawsze najpierw sprawdź, jakie masz do dyspozycji siły i środki. Człowiek staje czasem przed misjami, które wydają się po ludzku nie do wykonania. Często liczy wtedy na Bożą pomoc. Boże, pomóż, bo ja chcę. No właśnie. Bo JA chcę. Czemu miałby pomagać? Czy to co JA chcę jest rzeczywiście takie ważne? A przecież w kwestiach najważniejszych nie bywa odwrotnie. Bóg chce, Bóg realizuje swoje plany, a my jesteśmy tylko Jego pomocnikami...
Od paru lat 3 niedziela zwykła to niedziela słowa Bożego. Nic dziwnego, ku takiemu wyborowi skłaniają czytania tej niedzieli. Czytania, których głównym tematem - przynajmniej w roku C - jest właśnie refleksja nad wartością karmienia się Bożym słowem. Pytanie: czy kształtujemy życie wedle Bożego słowa czy, na odwrót, to nasze życie kształtuje to, jak je rozumiemy?
 
 
4
 
 
W dzisiejszym numerze
- Sztuka uwierzenia w Dobro
- Kochający Boga
- III niedziela zwykła
- Niedziela Słowa Bożego. Niech Biblia będzie naszym codziennym pokarmem duchowym!
- Modlitwa Jubileuszu 2025
- Papież do świata mediów: marzę o przekazie, który nie sprzedaje iluzji i lęków, lecz daje powody do nadziei
- Pokładam ufność w Twoim Słowie
- Ks. Krzysztof Freitag o hejcie. "Hejt mówi czasem księżom bardzo ważną rzecz
- Dzisiaj - świętych biskupów Tymoteusza i Tytusa
- Stambuł. Tam, gdzie szept bizantyjskich modlitw zastąpił śpiew muezzina
- Święci i błogosławieni w tygodniu
 
 
3
 
 
Sztuka uwierzenia w Dobro
Te słowa już się spełniły: jest dobra nowina dla ubogich, wolność dla więźniów, przejrzenie dla niewidomych, a dla uciśnionych zdjęcie ciężarów. To wszystko jest w zasięgu ręki, jednak wielu z tego nie korzysta. Świat wyglądałby zupełnie inaczej, gdybyśmy wszyscy przyjęli Jezusa. On rzeczywiście ma moc zmienić oblicze ziemi. Nie jesteśmy jednak skorzy wierzyć w to, że może być dobrze. Raczej jesteśmy skłonni wierzyć w złe informacje i spodziewać się zła. Dlatego tak trudno jest ludziom przyjąć Jezusa.
o. Mieczysław Łusiak SJ – „mateusz.pl”
 
 
7
 
 
Kochający Boga
Gdyby tak móc usłyszeć o Bogu pierwszy raz… Usłyszeć i się zachwycić, dać się całkowicie porwać niesłyszanej dotąd opowieści o wyzwoleniu i błogosławieństwie, podnieść ręce i z radością zakrzyknąć: Amen, amen! Zazdroszczę trochę osadnikom, którzy z Nehemiaszem i Ezdraszem powracają z niewoli babilońskiej, odbudowują Jerozolimę z ruin i zmęczeni, ale szczęśliwi, wśród rusztowań słuchają w zachwycie odnalezionej na nowo Księgi Prawa. A jeśli „dostojny Teofil”, któremu Święty Łukasz dedykuje swoją Ewangelię i Dzieje Apostolskie, był – jak chcą niektórzy – katechumenem lub świeżo ochrzczonym, to i jemu zazdroszczę: dorastać w świecie niepewności, nawigować z wysiłkiem po morzu egzystencjalnych pytań, zmagać się w poszukiwaniu sensu, by wreszcie nagle napotkać odpowiedź – Boga. Spotkać i uwierzyć. Taki Teofil neofita mógłby entuzjastycznie zaśpiewać z dzisiejszym psalmistą: „Prawo Pańskie jest doskonałe i pokrzepia duszę, świadectwo Pana jest pewne, nierozważnego uczy mądrości. Jego słuszne nakazy radują serce, jaśnieje przykazanie Pana i olśniewa oczy”. Gdyby tak móc usłyszeć o Bogu pierwszy raz…
Tyle że nie każdy niechrześcijanin zadaje pytania o sens ostateczny, nie każdy słyszący Ewangelię po raz pierwszy przyjmuje ją z ochotą, nie każdy ochrzczony jako dorosły zachowuje na lata zachwyt miodowego miesiąca swojej dorosłej konwersji. Wiara jest rzeczywistością dużo bardziej złożoną. Częściej niż w porywających tłumy momentach, jak odbudowa Jerozolimy, wydarzać się może w żmudnych i mało efektownych latach uszczelniania jej murów i zamiatania jej ulic. A jeśli patrząc na swoją wiarę – w większości przypadków będącą z nami od dziecka, od zawsze – jesteśmy czasem zaniepokojeni brakiem spektakularnych zrywów i mistycznych doświadczeń, to nie musimy się martwić: greckie imię Teofil oznacza „kochany przez Boga”, „kochający Boga” albo po prostu „przyjaciel Boga”. Ewangelia jest napisana dla nas, Teofilów: kochanych przez Boga i próbujących jakoś odpowiadać na tę miłość, przyjaciół Boga obdarowanych jednością Ciała, „czy to Żydów, czy Greków, czy to niewolników, czy wolnych”, czy to w uniesieniach, czy w ich braku.
Łukasz Miśko OP – „wdrodze.pl”
 
 
4
 
 
III niedziela zwykła
Jakże ważna jest codzienność – pozornie zwykłe, szare dni. Św. Cyprian (biskup i męczennik z Kartaginy) mówił, że każda chwila decyduje o naszej wieczności. Dla chrześcijanina nie ma straconego czasu, wypełnionego byle czym i przeznaczonego jedynie do przetrwania, ponieważ czas jest wielkim darem. Jednak dzisiaj wielu ludzi ulega iluzji, że to, co najważniejsze, musi dziać się w świetle kamer, na galach, z udziałem tzw. ludzi znanych – celebrytów. Liczą się zasięgi i rozpoznawalność. Tymczasem do świętości przybliżamy się w pokorze, poprzez codzienne, powtarzalne sytuacje.
Arystoteles powiedział: „Jesteśmy tym, co w swoim życiu powtarzamy. Doskonałość nie jest jednorazowym aktem, lecz nawykiem”. Vincent van Gogh jakby dopowiadał: „Wielkie rzeczy nie powstają w wyniku impulsu, lecz w wyniku poskładania małych rzeczy w jedną całość”.
W Ewangelii według św. Łukasza, przypadającej na III niedzielę zwykłą, mowa jest o ludzkiej codzienności. Galilea i Nazaret to w Biblii symbole zwyczajności, prozy dnia codziennego, „ukrytego” przed oczami innych: „Potem powrócił Jezus w mocy Ducha do Galilei, a wieść o Nim rozeszła się po całej okolicy” (Łk 4, 14). Moc Najwyższego towarzyszy Jezusowi od pierwszych chwil Jego publicznej działalności. Należy odnieść się w tym momencie do zdania z pierwszej części tekstu Ewangelii: „Opowiadanie o zdarzeniach, które się dokonały pośród nas” (Łk 1, 1). Ewangelista Łukasz pisze historię, co pokazują wyraźniej dalsze szczegóły w wersetach 2-3. Nie były to przypadkowe zdarzenia, lecz takie, które się dokonały pośród nas – a więc zdarzenia, które stanowią wypełnienie Bożego planu, zwłaszcza przepowiedzianego w Starym Testamencie.
„Przyszedł również do Nazaretu, gdzie się wychował” (Łk 4, 16). To krótkie zdanie odnosi się do ukrytego życia Jezusa w rodzinnym Nazarecie, gdzie się wychował. Tam też w synagodze studiował Pismo. Zbawiciel objawia się w Galilei, w codzienności, jako prorok ogłaszający i aktualizujący zbawienie. Codzienne życie chrześcijan nie jest zatem czasem zwykłym i pustym, ale czasem zbawienia, realizacji godności i misji, którą otrzymali na chrzcie świętym. Każdy dzień jest darem, łaską i możliwością wiernego odkrywania Bożej woli. Doświadczamy wtedy bliskości Boga, tego, że jesteśmy umiłowanymi Jego synami i córkami.
Codzienne życie chrześcijan to czas spożywania potraw świątecznych i picia słodkich napojów (Pierwsze czytanie), czyli czas doświadczania miłości Boga w Duchu Świętym: „I rzekł im Nehemiasz: «Idźcie, spożywajcie potrawy świąteczne i pijcie napoje słodkie – poślijcie też porcje temu, który nic gotowego nie ma, albowiem poświęcony jest ten dzień Panu naszemu. A nie bądźcie przygnębieni, gdyż radość w Panu jest waszą ostoją»” (Ne 8, 10).
Codzienne życie jest zatem czasem, w który mocno wkracza Bóg i daje znaki swojej obecności. Życie człowieka jawi się nie jako coś przypadkowego i pozbawionego głębszego znaczenia, lecz jako teren Bożego działania, jako życie włączone w historię zbawienia. Bóg w nas i poprzez nas dokonuje wielkich dzieł. Dlatego św. Łukasz wspomina o „wydarzeniach, które się wśród nas dokonały” (Łk 1, 1). Świadomość tego sprawia, że ludzie wierzący już więcej „nie płaczą” i „nie są przygnębieni” z powodu doświadczenia bezsensu i szarości dnia powszedniego (por. Ne 8, 9).
Kiedy o poranku modlimy się słowami pacierza i zawierzamy kolejny dzień Panu Bogu, wieczorem, przy codziennym rachunku sumienia, wprost dostrzegamy, jak byliśmy prowadzeni przez Niego, niejako z godziny na godzinę. Widzimy powiązania spotykających nas doświadczeń, dostrzegamy w naszym życiu plan Boga i to, jak subtelnie działa. To daje nam wielką ufność, odwagę i każe z nadzieją patrzeć na to, co przed nami. Warunek jest jeden – oddać dzień, czas swojej ziemskiej pielgrzymki Jezusowi, który prowadzi i strzeże nas bardzo mocno.
Nasza codzienność to miejsce stałej współpracy z Bogiem w dziele naszego zbawienia. Moja misja jest tam, gdzie toczy się moja codzienność. Droga do duchowego przeżywania codzienności prowadzi przez modlitwę. Brak modlitwy albo jej powierzchowne odmawianie prowadzi do iluzji, która codzienność maluje w szarych kolorach. Obiecuje zaś kolorową rzeczywistość „gdzieś tam”, ale na pewno nie „tu i teraz”. Bóg chce wejść do całego naszego życia, do wszystkich jego sfer. Chce, abyśmy poprzez nasze codzienne, zwykłe obowiązki uświęcali się. Codzienność ma się stać miejscem poszukiwania i spotkania Boga. W niej On jest obecny i działa, pragnąc każdego człowieka obdarzyć pełnią życia i uczynić szczęśliwym.
Tajemnica Wcielenia uświadamia nam obecność Boga w naszym życiu. Wcielenie Jezusa, Jego człowieczeństwo, ukazuje w sposób przekonywający, że Bóg jest obecny w naszym życiu. Prowadzi nas do uświadomienia sobie, że nasza wiara, nasza duchowość wyraża się nie tylko poprzez życie sakramentalne, modlitwę czy świadomie podejmowane uczynki miłosierdzia, lecz poprzez całe nasze życie. Nasza codzienność jest przestrzenią, w której pragniemy żyć Ewangelią i zjednoczeniem z Bogiem. W niej spotyka się nasza wiara z naszymi stałymi, codziennymi obowiązkami, ale także ograniczeniami.
Codzienność to stałe zmaganie się dobra ze złem, świętości z grzechem, to rzeczywistość naznaczona grzechem, ale też łaską. Naszą codzienność powinniśmy konsekwentnie przyjmować, akceptować wyzwania, pytania i napięcia związane z rozwojem.
Potrzeba odkryć i pokochać codzienność jako nową rzeczywistość, w której Bóg działa jako Ojciec. „Jeśli Boga nie spotkamy w codzienności, nie spotkamy Go nigdy” – mówił jeden z autorów duchowych. Zawsze jesteśmy chrześcijanami, dziećmi Bożymi – 24 godziny na dobę. Nasz wysiłek polega na zjednoczeniu wiary z życiem tak, by nie było między nimi sprzeczności i rozłamu, aby wszystko było spójne. To się nazywa jednością życia.
Rok Jubileuszowy 2025, który przebiega pod hasłem: „Pielgrzymi nadziei", jest dla nas wielkim wezwaniem do odnowienia nadziei, która wypływa z wiary. Ma się to dokonywać w naszej codzienności, pośród rutynowych, pozornie zwykłych godzin i dni. Nasze życie jest drogą, wędrowaniem ku Bogu. Sam Jezus dał nam dowód, jak ważna jest codzienność, w słowach: „Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny; a kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie” (Łk 16, 10). Zbawiciel dowartościowuje zwykły czas, bo w nim mamy dążyć do świętości i osiągnięcia nagrody życia wiecznego.
Misjonarz Prowincji Warszawskiej Redemptorystów – Skarżysko Kamienna
o. Waldemar Sojka CSsR – „redemptor.pl”
 
 
 
2
 
 
Niedziela Słowa Bożego. Niech Biblia będzie naszym codziennym pokarmem duchowym!
W niedzielę cały Kościół obchodzi już po raz szósty Niedzielę Słowa Bożego. Inicjatywa ustanowiona przez Franciszka ma służyć temu aby – jak wyjaśnił papież – „w Ludzie Bożym wzrosła religijna i bliska znajomość Pisma Świętego”.
Franciszek ogłosił ustanowienie Niedzieli Słowa Bożego w Liście Apostolskim z 30 września 2019 r. Dokument został podpisany w 1600. rocznicę śmierci św. Hieronima, który przetłumaczył Pismo święte z greki na łacinę. Niedziela Słowa Bożego obchodzona jest w III niedzielę okresu zwykłego. W tym roku przypada ona to 21 stycznia.
Papież wskazuje, że Biblia nie może być dziedzictwem tylko nielicznych, ani nie może stać się zbiorem ksiąg dla kilku osób uprzywilejowanych. Wskazuje na znaczenie homilii i apeluje do kapłanów, by poświęcili odpowiednio dużo czasu na jej przygotowanie.
    „Od nas, kaznodziejów, oczekuje się raczej, że będziemy się starać nie rozciągać ponad miarę przemądrzałych homilii lub poruszać nieodpowiednich argumentów” – wskazał papież Franciszek.
W przesłaniu na Niedziele Słowa Bożego abp Tadeusz Wojda wyraził nadzieję, że Jubileusz Roku Świętego stanie się dla wszystkich okazją do ożywienia nadziei. "Słowo Boże pomaga nam znaleźć ku temu powody” – zapewnił przewodniczący Episkopatu.
Ustanawiając Niedzielę Słowa Bożego, papież akcentuje rolę Kościoła jako wspólnoty, w której Słowo Boże winno być odczytywane, rozważane, kontemplowane i którym Kościół się modli – uważa ks. prof. Henryk Witczyk, przewodniczący Dzieła Biblijnego św. Jana Pawła II.
Biblista przypomniał, iż wedle nauczania Kościoła, biorąc do ręki Ewangelie z umiłowaniem i szacunkiem, wierny bierze do ręki Ciało Chrystusa.
    „Dla naszych dusz i naszego myślenia Ewangelia jest potrzebna jak tlen podtrzymujący życie i stanowi źródło chrześcijańskiego dynamizmu i zaangażowania” – powiedział duchowny KAI.
W indywidualnym jak i wspólnotowym rozważaniu Pisma Świętego może być pomocna bezpłatna aplikacja „Dzieło Biblijne”. Zawiera ona naukowy komentarz do wszystkich czytań, łącznie z Psalmem. „Aplikacja ma być pomocą dla księży, katechetów i wszystkich ludzi dla solidnej, naukowej refleksji nad Pismem Świętym” – podkreśla ks. dr Marcin Zieliński, wiceprzewodniczący Dzieła Biblijnego św. Jana Pawła II i twórca aplikacji.
Duchowny radzi też:
    „Starajmy się tak czytać Pismo Święte, by było dla mas odkrywaniem Bożej mądrości i wzrastaniem w łasce chrześcijańskiego życia. Dzięki rozeznaniu Boże woli i odkryciu mojego powołania mogę z życia „wycisnąć” maksimum dobra i radości dla mnie i dla innych”.
Warto dodać, że w Kościele w Polsce już od 2008 roku obchodzony jest Tydzień Biblijny, Inauguruje go Niedziela Biblijna, podczas której od pięciu lat organizowane jest Narodowe Czytanie Pisma Świętego. Wydarzenie obchodzone jest w II niedzielę po Wielkanocy. W tym roku przypada ona 14 kwietnia.
Celem Dzieła Biblijnego jest pogłębianie rozumienia Objawienia Pańskiego w świetle Pisma Świętego zgodnie z nauką Kościoła oraz kształtowanie duchowości i kultury biblijnej w duszpasterstwie, szczególnie kaznodziejstwie i katechezie, a także w indywidualnej formacji wiernych. Przewodniczącym Dzieła Biblijnego jest ks. prof. dr hab. Henryk Witczyk.
 
 
8
 
 
Modlitwa Jubileuszu 2025
Oficjalna modlitwa Jubileuszu w języku polskim.
Ojcze, który jesteś w niebie,
niech wiara, którą nam dałeś
w Twoim Synu Jezusie Chrystusie, naszym Bracie,
i płomień miłości
rozlany w naszych sercach przez Ducha Świętego,
obudzą w nas błogosławioną nadzieję
na przyjście Twojego Królestwa.
 
Niech Twoja łaska przemienia nas
w pracowitych siewców ewangelicznych ziaren,
które będą zaczynem ludzkości i kosmosu,
w ufnym oczekiwaniu
nowego nieba i nowej ziemi,
gdy moce Zła zostaną pokonane,
a Twoja chwała objawi się na wieki.
 
Niech łaska Jubileuszu
ożywi w nas, Pielgrzymach nadziei,
pragnienie dóbr niebieskich
i rozleje po całej ziemi
radość i pokój
naszego Odkupiciela.
Tobie Boże, błogosławiony po wsze czasy,
niech będzie cześć i chwała na wieki.
Amen
 
Franciszek - papież
 
 
9
 
 
Papież do świata mediów: marzę o przekazie, który nie sprzedaje iluzji i lęków, lecz daje powody do nadziei
Starajcie się używać przekazu, który potrafiłby uleczyć rany naszego człowieczeństwa, który buduje mosty i przenika widzialne i niewidzialne mury naszych czasów – apeluje Papież Franciszek w zaprezentowanym w piątek orędziu na LIX Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu.
Publikacja papieskiego orędzia na tegoroczny LIX Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu, zatytułowanego: „Dzielcie się z łagodnością nadzieją, która jest w waszych sercach”, zbiega się z rozpoczęciem Jubileuszu świata mediów, dziennikarstwa i komunikacji – pierwszego dużego spotkania jubileuszowego w kalendarzu trwającego Roku Świętego.
Papież: bądźcie odpowiedzialni za bliźniego
W orędziu na LIX Dzień Środków Społecznego Przekazu Papież podkreśla wielką rolę dziennikarzy i ich przekazu w budowie cywilizacji pokoju.
„W naszych czasach, naznaczonych dezinformacją i polaryzacją, w których nieliczne ośrodki władzy kontrolują bezprecedensową masę danych i informacji, zwracam się do was ze świadomością, jak potrzebna jest – dziś, bardziej niż kiedykolwiek – wasza praca jako dziennikarzy i pracowników środków społecznego przekazu – pisze Ojciec Święty. – Myśląc o tegorocznym Jubileuszu jako o czasie łaski, w tak niespokojnych czasach, chciałbym w tym Orędziu zaprosić was do bycia przekazicielami nadziei, zaczynając od odnowienia waszej pracy i misji według ducha Ewangelii” - dodaje Franciszek.
„Rozbroić” przekaz medialny
Papież uczula ludzi mediów, by zaprzestali używania w przekazie języka walki, niechęci, fanatyzmu, czy nienawiści. „Już wielokrotnie podkreśliłem potrzebę «rozbrojenia» komunikacji, oczyszczenia jej z agresji – przypomina. – Przekaz chrześcijański, ale powiedziałbym także, że komunikacja w ogóle, powinna być przeplatana łagodnością, bliskością: stylem towarzyszy drogi, podążających za największym Komunikatorem wszech czasów, Jezusem z Nazaretu”.
„Dlatego też marzę o przekazie, który potrafiłby uczynić nas współtowarzyszami drogi wielu naszych braci i sióstr, aby rozpalić na nowo w nich nadzieję w tych niespokojnych czasach. O przekazie, który jest w stanie przemówić do serca, wzbudzić nie reakcje emocjonalne zamknięcia i gniewu, lecz postawy otwartości i przyjaźni; który jest w stanie skupiać się na pięknie i nadziei, nawet w sytuacjach, zdawałoby się, najbardziej rozpaczliwych; wzbudzać zaangażowanie, empatię, zainteresowanie innymi – dodaje Ojciec Święty. – Marzę o przekazie, który nie sprzedaje iluzji i lęków, lecz potrafi dawać powody do nadziei” - wskazywał Franciszek.
Dobre wiadomości jak grudki złota
„Jubileusz przypomina nam, że ci, którzy wprowadzają pokój, «będą nazwani synami Bożymi»” (Mt 5, 9) – zaznacza Franciszek, nawiązując do trwającego Jubileuszu świata mediów.
„Zachęcam was zatem do odkrywania i opowiadania wielu historii dobra, ukrytych w zakamarkach codziennych wiadomości; do naśladowania poszukiwaczy złota, którzy niestrudzenie przesiewają piasek w poszukiwaniu maleńkiej grudki. Dobrze znaleźć te ziarna nadziei i zapoznawać z nimi innych” – kontynnuje, przekonując, że taka komunikacja może sprawić, że poczujemy się mniej samotni, i odkryć na nowo znaczenie podążania razem.
Wlewajcie nadzieję w serca matek, ojców, dzieci
Aby móc prowadzić taki sposób komunikacji, należy – jak wskazuje Ojciec Święty – troszczyć się o własne serce i życie wewnętrzne.
„Bądźcie łagodni i nigdy nie zapominajcie o obliczu drugiego człowieka – zachęca. – Zawsze siejcie nadzieję, nawet jeśli jest to trudne, nawet jeśli to kosztuje, nawet jeśli wydaje się, że nie przynosi owoców”.
Ojciec Święty prosi, by przekaz medialny pomagał leczyć rany serca  współczesnego człowieka, aby ufność i nadzieja kwitły i rosły w najbardziej nieoczekiwanych miejscach: „w nadziei matek, które modlą się każdego dnia, aby zobaczyć swoje dzieci powracające z wojennych okopów; w nadziei ojców, którzy migrują pośród tysiąca zagrożeń i perypetii w poszukiwaniu lepszej przyszłości; w nadziei dzieci, które potrafią się bawić, uśmiechać i wierzyć w życie, nawet pośród gruzów wojen i na biednych ulicach faweli” – wylicza.
    „Trzeba być świadkami i promotorami komunikacji bez wrogości, która szerzy kulturę troski, buduje mosty i przenika widzialne i niewidzialne mury naszych czasów. Opowiadać historie przesiąknięte nadzieją, biorąc sobie do serca nasz wspólny los i pisząc razem historię naszej przyszłości” – podsumowuje Ojciec Święty.
vaticannew.va/pl – za „opoka.org.pl”
 
 
5
 
 
Pokładam ufność w Twoim Słowie
W celu owocnego przeżycia VI Niedzieli Słowa Bożego, która będzie obchodzona w całym Kościele 26 stycznia 2025 roku, papież Franciszek wybrał jako jej motto słowa Psalmisty: „Pokładam ufność w Twoim Słowie” (Ps 119, 74). Jest to wołanie nadziei: człowiek, w chwili udręki, ucisku, bezsensu, woła do Boga i pokłada w Nim całą swoją ufność.
Jest to głęboko ludzkie doświadczenie, jakie zwykle odnajdujemy w Psałterzu. Wszyscy pokładamy nadzieję, jednakże Jubileusz przypomni to, że jest wyjątkowa „Nadzieja”. Nie jest to abstrakcyjna idea czy naiwny optymizm, ale Osoba – żywa i obecna w życiu każdego z nas: Chrystus ukrzyżowany i zmartwychwstały, jedyny, który nas nigdy nie opuszcza. Teologia Pawłowa jest w tej kwestii niezwykle jasna: „Chrystus Jezus, nasza nadzieja” (1 Tm 1, 1).
Jest to pewnik postawiony na naszej drodze. Musimy na niej wzrastać, nigdy nie odwracając wzroku od Bożej wierności: „Trzymajmy się niewzruszenie nadziei, którą wyznajemy, bo godny jest zaufania Ten, który dał obietnicę” (Hbr 10, 23). Fakt, że Bóg jest wierny swoim obietnicom wybrzmiewa jak refren w Starym i Nowym Testamencie i z tego powodu możemy być pełni radości i ufności. Będąc pewnymi spełnienia obietnicy, nadzieja chrześcijańska „zawieść nie może”, ponieważ jest nam dana przez rzeczywistą obecność Ducha Świętego (por. Rz 5, 5). Dlatego możemy pokładać nadzieję w Jego Słowie. Dobrze zrozumiał to apostoł Piotr, gdy powiedział: „Na Twoje słowo zarzucę sieci” (Łk, 5, 5), co oznacza: „ufam Tobie”. Nadzieja płynąca z tego Słowa wynika z poczucia bezpieczeństwa wiary i powierza nas Bożej miłości, która nigdy nie zaprzecza sobie ani złożonej obietnicy.
Jubileusz, który co 25 lat puka do naszych drzwi i prowokuje nas do poważnej życiowej refleksji, daje nam możliwość utkwienia wzroku na nadziei, jaką niesie ze sobą ewangeliczny realizm. Niedziela Słowa Bożego po raz kolejny pozwala chrześcijanom wzmocnić wytrwałe zaproszenie Jezusa do słuchania i zachowywania Jego Słowa, aby ofiarować światu świadectwo nadziei, które pozwala wyjść poza trudności obecnych czasów. Słowo Boże nie jest zamknięte w książce, ale pozostaje żywe i staje się konkretnym oraz namacalnym znakiem. Rzeczywiście prowokuje ono każdą wspólnotę nie tylko do głoszenia wiary, ale przede wszystkim do przekazywania jej z przekonaniem, że przynosi nadzieję tym, którzy jej słuchają i przyjmują ją prostym sercem.
Każda lokalna wspólnota będzie mogła znaleźć najbardziej odpowiednie i skuteczne sposoby, aby w pełni przeżyć tę niedzielę, „aby w Ludzie Bożym wzrosła religijna i bliska znajomość Pisma Świętego” (Aperuit illis, 15). Niniejsza broszurka ma służyć jako pomoc dla wspólnot parafialnych i osób zgromadzonych na celebracji niedzielnej Eucharystii, aby ta niedziela mogła być przeżywana jako integralna część Jubileuszu 2025, którego hasło to Pielgrzymi nadziei.
Abp Rino Fisichella - Dykasteria ds. Ewangelizacji
 
 
 10
 
 
Ks. Krzysztof Freitag o hejcie. "Hejt mówi czasem księżom bardzo ważną rzecz: nie jesteś świętą krową, musisz być bliżej ludzi"
- Ten cały hejt skierowany w stronę księży paradoksalnie sprawia, że jest więcej prawdziwości w Kościele. Wymusza na klerze to, że księża muszą być prawdziwsi, muszą być bliżej ludzi, nie mogą robić z siebie świętych krów, bo ludzie tego nie znoszą. Tu zaszła ogromna zmiana - mówi Krzysztof Freitag SAC w rozmowie z Martą Łysek.
Marta Łysek: Jakiś czas temu napisał ksiądz na Facebooku: "Boję się hejtu. Boli mnie, gdy ludzie na żywo czy w Internecie nazywają mnie ch****, pedofilem, zbokiem. Gdy to słyszę, mam ochotę dać sobie spokój ze wszystkim". Dzielenie się swoimi emocjami w mediach społecznościowych to coraz trudniejszy temat. Czy to daje coś dobrego?
Krzysztof Freitag SAC: - Daje, inaczej bym tego nie robił. Nie lubię robić sztuki dla sztuki albo robić zasięgów, bo „tak trzeba” w mediach społecznościowych.
To co takiego daje?
- Przede wszystkim spokój i dystans do tego, co przeżywam, takie wyrzucenie balastu emocji w kontrolowany sposób. Bo jak wrzucam taki post, to jest przemyślane, nie jest tak, że siadam i myślę: o, dzisiaj sobie napiszę, że mnie nazywają pedofilem. Pomaga mi mówienie o moich emocjach i problemach w takiej przestrzeni jak media społecznościowe. Jest to dla mnie rozwojowe i pomaga mi nabrać dystansu do tego, co przeżywam i co mówią inni. Daje mi też to, że ludzie poznają inną perspektywę, bo mam poczucie, że o wielu rzeczach w Kościele nie mówi się wprost i jest taka narracja, że ksiądz nie powinien tego mówić czy tamtego mówić.
Chcę, żeby ludzie zauważyli, że my, księża, jesteśmy po prostu ludźmi
Stąd się najczęściej bierze wzajemne niezrozumienie…
- Tak, a ja chcę, żeby ludzie poznali inną stronę bycia księdzem. Zauważyli to, że jesteśmy po prostu ludźmi. Czasem nawet sami księża o tym zapominają. A my nie jesteśmy nadludźmi, jakąś specjalną kastą, choć niektórzy by tak o sobie chcieli myśleć. Widzę to też po komentarzach. Ufam, że to sprawia, że ludzie nabierają innej perspektywy.
I nie dołożą swojej łyżki hejtu w komentarzu?
- A mnie akurat zdziwił pozytywny oddźwięk. Bałem się, że większość komentarzy będzie: „rzeczywiście jesteś taki i owaki” – a było wsparcie i to mi dużo dało. Ludziom też to musiało coś dać: może takie poczucie, że jestem bliżej nich jako ksiądz, bo pokazuję swoje myśli, słabości, przemyślenia, człowieczeństwo? Tak bym powiedział.
Czyli miało to sens.
- Miało.
Patrzę na to trochę z perspektywy redaktora treści na Facebooku. Regularnie muszę dorzucać do listy filtrowanych słów bardzo obraźliwie określenia niemal wyłącznie pod adresem księży: inne grupy społeczne nie są u nas tak obrażane. Jest inaczej niż kilkanaście lat temu, kiedy księżom jeszcze nie przyklejało się z marszu etykietki „pedofila”.
- Jak wracam myślą do moich początków piętnaście lat temu, to widzę, że wtedy jeszcze w społeczeństwie ksiądz był lepiej widziany i wyżej oceniany. Choć to też zależy od miejsca, bo na mojej wiosce ksiądz to dalej jest ktoś (śmiech). Ale to też się powoli zmienia, na szczęście.
Na pewno nie było wtedy takiego hejtu, bo to był inny świat, nie był tak bardzo medialny, o wielu rzeczach się nie mówiło i z tego też powodu na księży patrzyło się bardziej pozytywnie. Nie wychodziły te wszystkie afery, nie było takiej nagonki - czasem słusznej, czasem niesłusznej. To się zmieniło. Zmieniło się też moje myślenie: ja te piętnaście lat temu byłem bardziej idealistyczny, myślałem, że wszystko jest takie cudowne, fajne i w ogóle i nie będzie takich problemów.
Pewne jest, że nikt nie rodzi się narcyzem, narcyz zostaje wyhodowany. Jakie jest zatem środowisko, które sprzyja rozwojowi tego typu człowieka?
Przywilej wieku?
- Tak (śmiech). Byłem naiwny, bardzo naiwny w myśleniu o wielu rzeczach. A dziś jestem bardziej realistą i jest mi lepiej z tym spojrzeniem na rzeczywistość. W ogóle jest mi dzisiaj lepiej niż wtedy, mimo tego całego hejtu, bo mam wrażenie, że jest jakoś prawdziwiej. Że paradoksalnie ten cały hejt sprawia, że jest więcej prawdziwości w Kościele. Wymusza na klerze to, że księża muszą być prawdziwsi, muszą być bliżej ludzi, nie mogą robić z siebie świętych krów, bo ludzie tego nie znoszą. Tu zaszła ogromna zmiana. Z drugiej strony jest teraz taka eskalacja hejtu… Jestem ciekawy, w jaką stronę to pójdzie: czy to się kiedyś zmęczy i będzie taki hejt „normalny”, czy dalej będą ludzie sobie używać na tej grupie społecznej, jaką są księża.
Hejt sam w sobie nie ma nic konstruktywnego. Jest bardzo raniący
Media podsuwają obraz księdza, który robi rzeczy złe, więc można sobie wygodnie ustawić księży jako tych, którym można dojechać w komentarzu, gdy się człowiek źle obudził albo kiepsko skończył dzień. To szukanie chłopca do bicia, czy jest jednak zasłużone?
- Powiedziałbym, że czasem zasłużone, ale czasem to naprawdę jest szukanie chłopca do bicia. Absolutnie nie jestem na tej pozycji, że źle się mówi o księżach, bo jest atak na Kościół, że komuna wraca i atakuje. Hejt ma często bardzo racjonalne podstawy, choć jest wyrażany w niewłaściwy sposób, bo kiedy ktoś pisze w komentarzu: „lepiej, żebyś zdechł” – to nie jest konstruktywna krytyka oceny jakiegoś czynu.
Hejt sam w sobie nie ma nic konstruktywnego. Jest bardzo raniący i nie sprawi, że osoba, która robi coś źle, zmieni coś, że się ogarnie. Ale ja jakoś rozumiem ten hejt. Księża dostają dzisiaj po tyłku też słusznie. Nie jest tak, że każdy jest winny i robi coś złego, bo jest mnóstwo wspaniałych księży, którzy naprawdę oddają życie.
Choć brzmi to nieco pompatycznie…
- Może tak, ale serio są księża, którzy dają życie innym i sami je tracą; to dużo kosztuje, ale mają z tego szczęście. No ale są też dziady, księża, którzy są zbrodniarzami w sukienkach i koloratkach i nie ma się co bać o tym mówić.
Nie każdy ksiądz jest zły, ale nie każdy ksiądz jest dobry. Ale patrząc na całe społeczeństwo widzę, że hejtowanie księdza jest po prostu łatwym sposobem poradzenia sobie z frustracją, która naszym społeczeństwie jest bardzo duża z różnych powodów. Wszędzie jest napięcie, przemoc, wszyscy się kłócą, choćby na scenie politycznej. Mam wrażenie, że ludzie są tak sfrustrowani, tak sobie nie radzą ze sobą, że najłatwiejszym sposobem jest znalezienie kogoś, na kogo mogą się, za przeproszeniem, zrzygać. Czasem dostają księża, którzy sobie na to zapracowali - ale często nie.
Nie adoruję hejtu, bo szkoda mi życia
A jak to jest z hejtem, kiedy się nie jest złym księdzem, a mimo to co chwilę się obrywa?
- To zależy, skąd ten hejt przychodzi. Jak jest hejt w internecie, to staram się nawet nie wchodzić w żadne dyskusje, tylko blokuję osobę i nara. Bo nie mam czasu, nie mam siły, nie chce mi się kogoś przekonywać, że wcale nie jestem pedofilem i nie gwałcę dzieci w wolnych chwilach. Nie chce mi się, bo i tak nie przekonam. Wolę tę energię wykorzystać na moje duszpasterstwo, na ludzi, którzy w nim są i potrzebują mojej energii.
Czasem mnie to tak po ludzku dołuje, bo nie jest miło słyszeć złe słowa pod własnym adresem. To się mimo wszystko przeżywa. I jak tego jest dużo, nazbiera się, to podkopuje moją wiarę w siebie, w moją drogę, w to, czy jest sens robienia tego, co robię. Ale staram się otaczać ludźmi, którzy mnie wspierają, a tych, którzy mnie ściągają w dół, albo świadomie biorę na dystans, albo się odcinam i to bez względu na to, czy to jest ktoś z internetu, czy to jest ktoś, z kim mieszkam pod jednym dachem czy jestem w tym samym zakonie. Taką mam metodę. Mam też dużo wsparcia: w internecie, ale też na żywo. Ludzie w duszpasterstwie, współbracia, z którymi mogę usiąść przy dobrej kawie i pogadać. To mnie bardzo niesie i sprawia, że nie adoruję hejtu, bo szkoda mi życia.
Na pewno nie chce mi się walczyć. Kiedyś może miałbym na to więcej ochoty, byłem takim kogucikiem – ja wam pokażę, że wcale nie jestem taki i jeszcze przy okazji odpowiem hejtem na hejt. Teraz coraz bardziej mi to wisi, leję na to, ale jednak po ludzku boli, jak się czyta coś trudnego.
Często dostaje ksiądz hejterskie wiadomości?
- Nie, aż tak dużo tego nie mam. Myślę, że pomaga właśnie to, że staram się być normalny, mówić otwarcie o pewnych rzeczach. A gdy pokażesz, że jesteś człowiekiem, napiszesz: tak, Kościół ma problem, jest w nim zło - to czasem wytrąca hejterom argumenty z rąk. Myślę, że gdybym próbował kolorować rzeczywistość, to hejtu byłoby więcej.
Uczę się też inaczej patrzeć. Zastanawiam się, co w tym człowieku musi siedzieć, jak mi pisze takie głupie komentarze albo coś powie. Albo jednego dnia pochwali, a drugiego ukrzyżuje, bo też tacy są, na żywo i w internecie. Nawet tak sobie myślę, że hejt może mieć pozytywną rolę w tym sensie, że można go wykorzystać i skonfrontować się z tym przekazem, który w nim jest. Bo jak ktoś hejtuje Kościół, to coś za tym stoi. Mogę sobie zadać pytanie, co to takiego, i odkryć, że ta osoba jest na przykład skrzywdzona przez ludzi Kościoła. Jeśli powiem, napiszę, pokażę, że to rozumiem, że ta osoba ma prawo tak się czuć, wtedy hejter dostaje inny przekaz i hejt zamienia się może nawet w próbę dialogu. Ale to nie z każdym wychodzi.
To takie myślenie postkomunistyczne, że Kościół musi być prześladowany
A co z taką postawą, którą widzę czasem u księży, że surfują na fali uciśnienia nawet wtedy, gdy hejterska uwaga nie była skierowana do nich osobiście? Mam wrażenie, że hejt ich nakręca: znowu mi ktoś dowalił, jestem taki cierpiący dla Chrystusa…
- W moim najbliższym środowisku, czyli to jest ekipa parafialna i nasz zakon, takich księży, którzy się pławią w poczuciu bycia prześladowanymi jest mniejszość. Myślę, że bardziej idzie w to stare pokolenie księży, i może jeszcze to w średnim wieku. To ich nakręca i utwierdza: jeśli nas prześladują, to znaczy, że robimy dobro. To takie myślenie postkomunistyczne, że Kościół musi być prześladowany, bo jak jest za dobrze, to jest źle. Ale też sobie myślę, że pławienie się w poczuciu bycia ofiarą to może być ucieczka od rzeczywistości. Od jakiegoś konkretnego komunikatu, który w tym hejcie się kryje i który by zapraszał do jakiejś zmiany w życiu, w kapłaństwie.
Do jakiej zmiany? Znajdziemy sobie jakiś przykład?
- Może być na przykład tak: jestem księdzem i ludzie hejtują mnie, że jestem na dystans do wszystkich, że traktuję ludzi z góry i jestem kapłanem, który zamiast chodzić, to kroczy, a zamiast jeść - spożywa. Myślę sobie: jak oni mogą tak mówić, przecież ja jestem wybrany z ludu. A ten hejt mówi bardzo ważną rzecz: gościu, ty nie jesteś świętą krową, jesteś człowiekiem i potrzebujemy cię jako człowieka, nie rób z siebie kogoś lepszego, niż jesteś. Nie każdy chce się z tym konfrontować.
Świat kleru też się zmienia. Pomogły w tym różne trudności i ujawnione afery
Myślę, że to najmłodsze pokolenie księży ma inne podejście, choć tam też znajdą się ananasy, które lubią być prześladowane. Duży wpływ ma na to historia Polski, to, że część księży żyła za komuny, jest też pewna narracja w seminariach – pamiętaj, ty jesteś alter Christus, drugi Jezus, Jezusa prześladowali, ciebie też będą, nie przejmuj się tym, wręcz się ciesz. Uważam, że dla niektórych to może być ucieczka od życia, od siebie samego, może nawet od Pana Boga. Ale nie sądzę, że to jest większość. Na szczęście świat kleru też się zmienia. Pomogły w tym różne trudności i afery, które wyszły - i chwała Panu za to, ze wyszły. 
W poście napisał ksiądz też: „Dzisiaj być księdzem znaczy być przegrywem”. Jak to jest w kontekście młodych, którzy rozeznają teraz swoje powołanie i boją się w to wejść? Mówi się sporo o tym, że są wrażliwi, patrzą w swoje emocje może nawet za mocno i jak widzą, że mają wejść w środowisko, które się mierzy z częściową nieakceptacją ze strony społeczeństwa, to jest dla nich bardzo trudne.
- Ostatnie trzy lata byłem powołaniowcem w moim zakonie i wiem, że to jest bardzo szeroki temat. Na pewno jednym z czynników jest tu kwestia siły psychicznej, a to młode pokolenie to są ludzie bardzo słabi psychicznie. Nie powiem, że wszyscy, ale widać, że kondycja psychiczna jest coraz słabsza i widać, że tym, którzy się zgłaszają, brak czasem stałości i przekonania. To jest raczej takie ciągłe wahanie się. Z jednej strony każdy potrzebuje tyle czasu, ile potrzebuje – ale z drugiej strony nasze czasy tworzą słabych ludzi i to ma wpływ na wybór drogi.
Co ciekawe, to właśnie ci, którzy są w słabszej kondycji psychicznej, jednak idą tą drogą. Widzę, że szukają. Mają też inne motywacje. Kiedyś motywacją było to, że ksiądz coś znaczy, dzisiaj ksiądz nic nie znaczy w takim sensie, że nie będą cię nosić w lektyce ani klękać przed tobą na ulicy. I bardzo dobrze!  Dzisiaj młodzi widzą, że atrakcyjność bycia księdzem ma źródło w czym innym.
Dziś do kapłaństwa idą ci, którzy po prostu chcą być z Jezusem
To jest jeszcze w ogóle atrakcyjne – bycie księdzem?
- Na pewno przekaz medialny księży, którzy siedzą w internecie, ma pozytywny wpływ. Oni pokazują, że bycie księdzem mimo wszystko sprawia, że żyjesz na maksa, możesz robić fajne rzeczy, jesteś w tym szczęśliwy. Ale jak taki młody człowiek spotka księdza, który jest chodzącym trupem, nudzi się na własnych kazaniach i nie ma w nim życia, wtedy mówi: no to po co ja będę w to wchodził?
Mam wrażenie, że jesteśmy teraz w środku zmian, ale w którą stronę to pójdzie? Na pewno motywacją, która się wybija, jest bycie z Jezusem. Jeśli widzę, że Jezus jest dla mnie ważny, to chcę się dzielić tą relacją z Nim – a sposobem dzielenia się jest na przykład bycie księdzem czy zakonnikiem. Jeśli ktoś młody widzi w tym wartość, to sobie poradzi. Ale jeśli chce być księdzem, bo chce być hołubiony na każdym kroku – to już nie te czasy. Może dobrze, że tych powołań jest mniej. To oczyszcza. Ci, którzy idą do seminarium czy zakonu, naprawdę mają jakieś głębsze motywacje. Dlatego ja na to z takim spokojem patrzę. Nie panikuję, że nie ma tyle powołań, co kiedyś.
Sporo ludzi Kościoła jednak panikuje… Do mnie z kolei całkiem przemawia to, co mówił kiedyś ks. Węgrzyniak: że jeśli księża mają czas zajmować się blachą na dachu, to znaczy, nie jest ich za mało.
- Blacha na dachu, remonty, budowanie hoteli… Jeśli jest czas na wszystko inne zamiast głoszenia Ewangelii, to może Pan Bóg też daje nam pstryczka w nos i mówi: no to po co Ja będę powoływał, skoro rynny może zmieniać Kowalski, który jest po budowlance i robi to lepiej niż ksiądz? Dlatego ja jestem spokojny. Dwa tysiące lat ten biznes się kreci, Jezus się nim opiekuje, więc wątpię, żeby teraz nagle powiedział, że koniec.
Jezus nie wycofał swoich udziałów, więc możemy być spokojni?
- Tak jest. Na pewno jest inaczej i będzie inaczej, na pewno Kościół się zmienia i ludzie się przed tym bardzo bronią. Zobaczymy, w którą stronę to pójdzie. Ja mam luz. Uczę się patrzeć na Jezusa. Jak doświadczam hejtu, mówię: Jezu, z tobą chcę mieć relację i z ludźmi, którzy za tobą idą, a nie z hejterami.
I co On na to?
- Co On na to? Mimo wszystko błogosławi, skoro jeszcze nie zwariowałem (śmiech).
---   
"Boję się hejtu. Boli mnie, gdy ludzie na żywo czy w Internecie nazywają mnie pedofilem, **lem, zbok**m, wariatem. Gdy to słyszę / czytam: mam ochotę dać sobie spokój ze wszystkim.
--
Dzisiaj bycie księdzem znaczy: być przegrywem.
Ale wiecie co?
Trzyma mnie tylko Jezus. Ja Go spotkałem.
Naprawdę jest Bóg, który jest tak dobry, że nawet tego nie ogarniamy. Jest Bóg, który kocha miłością bez granic; taką, za którą wszyscy tęsknimy."
[fragment wpisu o hejcie z posta ks. Krzysztofa na Facebooku] 
---
Ks. Krzysztof Freitag SAC - pallotyn, ksiądz od 2015 roku, duszpasterz akademicki w Poznaniu, twórca kanału "Boży Kosmos". 
 
 
11
 
 
 Dzisiaj - świętych biskupów Tymoteusza i Tytusa
Paweł nazywał Tymoteusza najdroższym synem, bratem, pomocnikiem, którego wspomina ze łzami w oczach.
Kiedy patrzymy na ogrom dzieła św. Pawła, pytamy: jak jeden człowiek mógł tyle zdziałać. Jedna z odpowiedzi: nie działał sam, zapalał innych do swojego dzieła. Apostoł nie miał łatwego charakteru. Był porywczy, ambitny, pracował bez wytchnienia. Podejrzewam, że wyciskał ze swoich współpracowników siódme poty. Nie wszyscy to wytrzymywali.
Można to wyczytać między wierszami w Dziejach Apostolskich i w listach. Jednak pasją głoszenia Ewangelii skutecznie zarażał innych. Dzień po święcie Nawrócenia św. Pawła Kościół wspomina w liturgii dwóch jego współpracowników: Tymoteusza i Tytusa. Tradycja przypisuje św. Pawłowi dwa listy do Tymoteusza oraz jeden do Tytusa, które wchodzą w skład Nowego Testamentu. Bibliści nazywają te listy pasterskimi, ponieważ są skierowane wprost do pasterzy i poruszają duszpasterskie problemy młodego Kościoła.
Św. Tymoteusz wymieniany jest sześć razy przez św. Łukasza w Dziejach Apostolskich i aż 17 razy przez św. Pawła w jego listach. Paweł nazywa go „najdroższym synem” (1 Kor 4,17), „bratem” (1 Tes 3,2), „pomocnikiem” (Rz 16,21), którego wspomina ze łzami w oczach (2 Tm 1,4). Tymoteusz urodził się w mieszanym małżeństwie Żydówki i poganina. Sam Paweł udzielił mu chrztu, ustanowił głosicielem Ewangelii i towarzyszem podczas swojej drugiej podróży apostolskiej. Ponadto Paweł wysyłał go jako swojego reprezentanta do poszczególnych gmin, które założył, m.in. do Koryntu, Filippi i Tesalonik.
Tymoteusz pomagał też Pawłowi w redagowaniu kilku listów. Dzielił także ze swoim mistrzem więzienie w Rzymie. W Liście do Filipian, pisanym z więzienia, św. Paweł wystawia Tymoteuszowi piękne świadectwo: „Nikogo przecież nie mam tak jak on myślącego, kto szczerze troszczyłby się o wasze sprawy. Wszyscy bowiem troszczą się o swoje, a nie o to, co Jezusa Chrystusa. Znacie zaś jego charakter: jak dziecko ojcu, tak on razem ze mną służył Ewangelii” (2,20–22). Tradycja podaje, że Tymoteusz został biskupem Efezu i tam umarł, być może jako męczennik.
Tytus znany jest tylko z listów św. Pawła. Był z pochodzenia Grekiem. Został również ochrzczony przez św. Pawła. Apostoł zabrał go ze sobą do Jerozolimy na sobór apostolski, na którym zadecydowano, że poganie przyjmujący wiarę w Chrystusa nie muszą stosować się do zasad Prawa Mojżeszowego. Tytus towarzyszył Pawłowi w podróżach i wypełniał trudne misje powierzone przez Apostoła Narodów. W 2 Liście św. Pawła do Koryntian czytamy: „Tytus jest moim towarzyszem i trudzi się ze mną dla was” (8,23). Około roku 63 Paweł ustanowił go biskupem gminy chrześcijańskiej na Krecie.
Porusza mnie zdanie Pawła o Tymoteuszu: „jak dziecko ojcu, tak on razem ze mną służył Ewangelii”. Odsłania się tu coś z tajemnicy Kościoła: bliskie, prawie rodzinne więzy; wspólne działanie dla Sprawy większej od nas; praca dla innych. To się dzieje w Kościele także dziś. Kto tego doświadczył, temu niestraszna pani Senyszyn, wymachująca antyklerykalną maczetą jak Uma Thurman w Kill Billu. Tyle, że bez gracji.
ks. Tomasz Jaklewicz – „ILG”
 
 
1a 
 
 
Stambuł. Tam, gdzie szept bizantyjskich modlitw zastąpił śpiew muezzina
To miasto z charakterem. Trudno je oceniać, klasyfikować, szufladkować. Z jednej strony europejskie i oswojone, z drugiej - egzotyczne, nieprzewidywalne, zaskakujące. Kulturowo należące do Europy, a jednak położone na jej najdalszych krańcach. To metropolia, w której chrześcijańskie modlitwy i złoto bizantyjskich ikon zastąpiły śpiewy muezzinów i roślinne ornamenty. A jednak nie sposób myśleć o Stambule jako typowo muzułmańskim mieście.
1b 
Metropolia kontrastów. Starożytność miesza się w niej z nowoczesnością, islam z chrześcijaństwem, Orient z Zachodem, bogactwo z ubóstwem, zapach kwiatów i egzotycznych przypraw z wonią kociego moczu. Spacerując wąskimi, zatłoczonymi ulicami Stambułu, można w jednej chwili zachwycić się widokiem Bosforu, tektonicznej cieśniny między Europą i Azją, by kilka minut później znaleźć się w okolicy, w której piszczy bieda i którą chcemy jak najszybciej opuścić. Nie przeszkadza to jednak w odkrywaniu bodaj najbardziej niezwykłego, pełnego wspaniałości miasta, którego różnorodność i bogata historia są jedyne w swoim rodzaju.
1c 
Dwie świątynie
Wspomniany kontrast widoczny jest szczególnie w rozdarciu miasta między islam i chrześcijaństwo - dwie wielkie religie, które pozostawiły w mieście swoje ślady. Z jednej strony meczety i minarety, z drugiej - kościoły, które jakimś cudem przetrwały burzliwą historię metropolii. Wśród nich jeden zasługuje na szczególną uwagę.
Hagia Sophia czyli Świątynia Mądrości Bożej będzie prawdopodobnie pierwszym zabytkiem, do którego skieruje swoje kroki każdy, kto przyjedzie do Stambułu. Budowla ta - od momentu jej wzniesienia w 537 roku - była chrześcijańską świątynią, po czym w roku 1453 (upadek Konstantynopola i zajęcie go przez muzułmanów), została zamieniona w meczet. Do 2020 roku miała ona jednak status muzeum, co pozwalało w miarę równo "dzielić" ją przez muzułmanów i chrześcijan. Niedawna decyzja o przywróceniu jej funkcji meczetu została boleśnie przyjęta przez wiernych kościołów chrześcijańskich. Napisać, że Hagia Sophia jest dla nich ważna to zdecydowanie za mało. Świątynia, od której ścian pięć razy dziennie odbija się dzisiaj śpiew muezzina, przez wieki była bowiem dla chrześcijan tym, czym dzisiaj jest dla katolików Bazylika świętego Piotra w Rzymie.
Przy głównych - przeznaczonych dla muzułmanów - drzwiach Hagii Sophii nie ma tłumów. Kilkusetmetrowa kolejka ustawia się natomiast do jej bocznego wejścia. Turyści mogą długo czekać w palącym słońcu, by zanurzyć się w starożytnym wnętrzu świątyni, której ściany zdążyły nasiąknąć modlitwami i bizantyjskim śpiewem.
Za wejście do środka trzeba sporo zapłacić (ponad 200 złotych), a przejście otaczającym główną nawę balkonem, odbywa się pod okiem strażników. Trudno tu mówić o warunkach sprzyjających kontemplacji i modlitwie. Czas, który spędza się w środku, wystarcza na zrobienie kilkudziesięciu zdjęć i przyjrzenie się pozostawionym na ścianach freskom - w tym wizerunkowi Pantokratora, najbardziej kanonicznemu przedstawieniu Chrystusa, które znaleźć można w każdym podręczniku do historii sztuki. Niektóre z fresków, w tym Maryja trzymająca w ramionach małego Chrystusa, zasłonięte są białym baldachimem, który symbolicznie oddziela chrześcijaństwo od islamu, odwiedzających Hagię Sophię pielgrzymów, od modlących się na zielonym dywanie muzułmanów.
Hagia Sophia sporo przeszła. Większość fresków nie zachowała się do współczesności, a widoczne gdzieniegdzie na tynku "łaty", przypominają, że znajdujemy się w starożytnej budowli, która oparła się historii pełnej napięć, ale i nawiedzającym miasto co kilkadziesiąt lat potężnym trzęsieniom ziemi.
 1d
Wychodząc z Hagii Sophii, można poczuć niedosyt i coś w rodzaju smutku. Dotyczy to zwłaszcza tych osób, które liczą, że w świątyni będą mogły pozwolić sobie na dłuższą modlitwę. Ów smutek staje się jeszcze większy, gdy na zielonym dywanie pokrywającym posadzkę spacerują i modlą się muzułmanie.
 1e
Dokładnie 300 metrów od Hagii Sophii, wznosi się jeszcze jedna monumentalna świątynia - Błękitny Meczet. Jego konstrukcja, głównie za sprawą błękitnych kopuł i okien z kolorowego szkła, sprawia wrażenie lekkiej, jakby unoszącej się w powietrzu. Światło wpadające do środka rzuca na pokryte ornamentami ściany i czerwony dywan miliony barwnych plam. Wejście do Błękitnego Meczetu możliwe jest nie tylko za darmo ale i bez jakichkolwiek ograniczeń czasowych. Jakby tego było mało, w środku rozdawane są bezpłatne egzemplarze Koranu (również w języku polskim). Wywołuje to w odwiedzających euforię i zachwyt, których ciężko szukać na twarzach odwiedzających ciemną i podniszczoną Hagię Sophię. A jednak to właśnie ona jest w Stambule niekwestionowanym "numerem jeden", najważniejszym "Must see place" i zabytkiem bezsprzecznie najchętniej odwiedzanym.
1g 
Życie w Stambule toczy się nad wodą
Oczywiste lansowanie islamu, które bardzo widoczne jest w takich miejscach jak Hagia Sophia i Błękitny Meczet, należy jednak bardzo wyraźnie oddzielić od otwartości i przyjaznego nastawienia zwykłych mieszkańców Stambułu, którzy w niczym nie przypominają obywateli południowych państw muzułmańskich. Stambulczycy nie są nachalni. Cenią swoją kulturę i tożsamość, szanują odrębność przyjezdnych. Chociaż zamieszkują gwarne i zatłoczone miasto, kochają spokój. Widać to szczególnie, obserwując ich podczas porannego pływania w Bosforze i odpoczynku w promieniach słońca, picia poobiedniej herbaty, leniwego łowienia ryb i dokarmiania bezpańskich kotów. A skoro już mowa o łowieniu ryb, to trzeba zaznaczyć, że życie w ścisłej i najstarszej części miasta jest nierozłącznie powiązane z wodą.
Stambuł rozdziela nie tylko morska cieśnina między Europą i Azją, ale również Złoty Róg - podłużna zatoka wrzynająca się w miasto na zachodnim brzegu Bosforu. Jej strome brzegi pokrywa plątanina wąskich ulic i szerszych arterii, wieże minaretów oraz kopuły hammamów (tureckich łaźni, o których opowiem później). Bliskość wody jest w mieście niemal wszechobecna - widać ją z wielu ulic, restauracji a także tarasów widokowych i parków. Księżycowa, spięta mostami zatoka to jedna z najbardziej charakterystycznych cech Stambułu, którego panoramy - ze smukłymi, wyrastającymi z brzegów Złotego Rogu minaretami - nie da się pomylić z panoramą żadnej innej metropolii świata.
1h 
Niebywała koncentracja zabytków
Na południowym brzegu Złotego Rogu znajdują się najważniejsze i najbardziej reprezentacyjne budowle - wspomniane wcześniej Hagia Sophia i Błękitny Meczet, a także Nowy Meczet i sąsiadujący z nim Bazar Egipski, w którym zapach kawy z kardamonem miesza się z wonią orientalnych przypraw i słodzonych stewią egzotycznych herbat. Jedną z największych atrakcji ścisłego centrum starego Stambułu jest Cysterna Bazyliki - częściowo zalany wodą podziemny zbiornik z antycznymi, podtrzymującymi strop kolumnami i słynną twarzą meduzy, którą pamiętam z podręcznika do historii. Cysterna, która przez wieki magazynowała wodę pitną dla miasta, stała się również planem filmowym jednej z części przygód Jamesa Bonda. Wciąż mam przed oczami scenę, w której Sean Connery w "Pozdrowieniach z Rosji" przemierza łodzią tajemnicze, stambulskie podziemia. W tej samej części miasta znajduje się również pałac Topkapı oraz sąsiadujący z nim zacieniony park, w którym do uszu dociera charakterystyczny krzyk papug. Na szczególną uwagę zasługuje również historyczna stacja Sirkeci, na której zatrzymywał się przyjeżdżający z Paryża legendarny Orient Express. Tyle jeśli chodzi o południowy brzeg Złotego Rogu.
 1i
Północna strona zatoki to przede wszystkim Wieża Galaty, średniowieczna strażnica, pod którą kursuje podziemna kolejka (jej wagony mijają się dokładnie pod wieżą), a także Bazylika Świętego Antoniego - jeden z nielicznych kościołów katolickich w mieście, w których wciąż spotykają się wierni. Można schronić się w nim przed upałem i adorować Najświętszy Sakrament, który wystawiony jest z prawej strony nawy głównej. Przy odrobinie szczęścia uda się również spotkać członków lokalnej wspólnoty, którzy z zaangażowaniem opowiedzą o życiu chrześcijan w Stambule, historii świątyni i sprawowanych w niej nabożeństwach.
Spacerując ulicami północnej części centrum, warto także wsiąść do historycznego tramwaju Durağı, który kursuje z Taksim Meydanı w dół ulicy İstiklal Caddesi. Chociaż tłum turystów przechadzających się po torach nie pozwala na szybką jazdę, pokonanie tej trasy należy do doświadczeń wyjątkowych, zwłaszcza kiedy ilość pasażerów znacznie przekracza dostępne w tramwaju miejsce, a niektórzy z podróżnych, trzymając się poręczy i zapierając nogami o schodki, jadą na zewnątrz.
 1j
Złoty Róg spinają cztery mosty, z których najsłynniejszy - Most Galaty - jest nie tylko przeprawą wodną, ale również dwupoziomową konstrukcją z restauracjami i pasażami. Most ten jest również chętnie odwiedzany przez wędkarzy, którzy w słoneczne popołudnia wyławiają z wód zatoki świeże ryby. Połowem tym dzielą się ze słynnymi stambulskimi kotami, których na brzegach Złotego Rogu są tysiące. A skoro już o nich mowa…
 1l
Koty w Stambule
Stambulskie koty to połączenie symbolu miasta i atrakcji turystycznej. Choć nie mają imion ani domów, są nakarmione i zadbane. Te niezależne czworonogi, chociaż zamieszkują wiele położonych w basenie Morza Śródziemnego metropolii, to właśnie znajdujący się jakby na uboczu zachodniego świata Stambuł, jest ich niekwestionowaną stolicą. Wystarczy zawołać "ps ps ps" (tak to się robi w Turcji), by zaczęły przybiegać i łasić się do nóg.
Koty nad Bosforem spotkać można dosłownie wszędzie - w centrum miasta i na jego obrzeżach, na lotnisku i w parkach, za szybami sklepowych witryn i na stolikach w kawiarni, na brzegu europejskim i azjatyckim. Rządzą sercami turystów, są panami miasta i nie zamierzają dzielić się z nikim swoimi przywilejami. Z jednej strony pewne siebie i samodzielne, z drugiej - zależne od mieszkańców, którzy w zamian za wodę, jedzenie i pieszczoty, otrzymują od zwierząt kocią miłość i setki tysięcy turystów odwiedzających miasto. Dostrzegałem tę niezwykłą symbiozę za każdym razem, gdy widziałem znajdujące się w wielu częściach miasta domki dla kotów, świeżą wodę i karmę, a także mieszkańców, którzy w kocim towarzystwie spędzali czas przy tureckiej herbacie albo łowieniu ryb. Bardzo rzadko ktoś odganiał od siebie towarzyskie zwierzę.
 1k
Ale każdy kij ma dwa końce. Spacerując mniej reprezentacyjnymi ulicami, albo przechodząc obok pustostanu, poczuć można ostrą woń kociego moczu. Jednym z miejsc w których fetor przeszkadzał najbardziej, był… cmentarz w dzielnicy Eyüp, służący stambulskim kotom za toaletę (groby pełniły tam funkcję kuwet). W Stambule można też czasem spotkać cierpiące zwierzę, które swoimi kocimi oczami błaga o zainteresowanie i pomoc. Taki widok łamie serce, ale należy do rzadkości.
Generalnie stambulskie koty mają się bardzo dobrze. Rodzajem złożonego im "hołdu" jest turecko-amerykański film z 2016 roku: "Kedi. Sekretne życie kotów". Opowiada on nie tylko o wspomnianej wcześniej symbiozie między kotami a mieszkańcami Stambułu. Przedstawione w filmie zdjęcia miasta, które jest tłem dla kociego życia, dosłownie zapierają dech w piersi.
Gdy woda w Bosforze zamienia się w złoto
Jedną z największych atrakcji Stambułu jest rejs jednym z licznych z promów pływających bo Bosforze. Można wybrać się w rejs zarówno statkiem kursującym w ramach transportu miejskiego i przepływającym przez cieśninę "najkrótszą drogą", jak również komercyjnie i zobaczyć większą część Bosforu. Trzeba przyznać, że wejście na pokład w Europie po to, by kilkadziesiąt minut później zjeść obiad w Azji, jest jedynym w swoim rodzaju doświadczeniem. Ale nie jest to główny powód, dla którego warto poświęcić popołudnie na rejs po cieśninie.
 1o
O zachodzie słońca woda w Bosforze zamienia się w złoto
Wracając do Europejskiej części miasta, koniecznie należy wybrać przeprawę tuż przed zachodem słońca. Można wtedy doświadczyć bodaj najbardziej romantycznego przeżycia podczas całego pobytu w mieście. Pod wpływem zachodzącego słońca tafla wody w Bosforze zamienia się w złoto, a smukłe minarety i kopuły meczetów wyraźnie zarysowują się na tle rozświetlonego feerią czerwieni nieba. Właśnie wtedy można najpełniej docenić piękno tego jedynego w swoim rodzaju miasta. Nazwa Złoty Róg naprawdę nie jest przypadkowa.
Jedzenie i zakupy
Jedną z największych zalet Stambułu (i Turcji) jest ruch bezwizowy i wielka otwartość na turystów. Co więcej, wciąż konkurencyjne ceny - pomijając bilety wstępów do Hagii Sophii i niektórych muzeów - pozwalają nie tylko wygodnie przemieszczać się po mieście, ale i kosztować lokalnych potraw bez zamartwiania się zbyt szybkim drenażem portfela. Oznacza to, że w Stambule na pewno będziemy częstymi gośćmi w restauracjach i kawiarniach, które są rozsiane w każdym zakątku miasta. Warto próbować lokalnych przysmaków, bo - w odróżnieniu na przykład od Egiptu - turecka kuchnia jest dla nas bezpieczna, ryzyko wystąpienia problemów żołądkowych - naprawdę niewielkie. Warto zaznaczyć, że każdy lokal jest wyjątkowy i prawie zawsze serwuje lokalne potrawy - nie ważne czy mamy do czynienia z fast foodem czy elegancką restauracją, w której tańczy derwisz. W stambulskich lokalach spróbujemy obiadów bazujących na wołowinie, baraninie, warzywach i serach, a także deserów bogatych w orzechy, owoce i miód. Wołowy kabab z pistacjami (doskonałe połączenie przyprawionego mięsa, przełamanego delikatną słodyczą orzechów) zostaje w pamięci na długo, podobnie jak smak baklaw (najchętniej wybieranych deserów) i sultacu (ryżowego puddingu, który mimo swojej prostoty, pobija wszystkie inne dania).
Każdy kto odwiedza Stambuł, koniecznie musi zobaczyć Wielki Bazar - kryte targowisko o powierzchni 30 hektarów. Ta olbrzymia przestrzeń stanowi plątaninę zadaszonych uliczek z około 3,5 tysiąca sklepami, w których kupimy biżuterię, perfumy i dywany. Chociaż nie unikniemy targowania się, tureccy sklepikarze nie są natrętni, a rozmowa z nimi prawie zawsze odbywa się w przyjaznej atmosferze.
1p 
Kąpiel w hammamie
Stambuł to również miasto hammamów - specjalnych obiektów służących wypoczynkowi i zachowaniu higieny. Choć stanowią one jedną z atrakcji turystycznych, są przede wszystkim elementem tureckiej kultury i tożsamości.
Hammamy to nic innego jak tureckie łaźnie. Dzielą się na obiekty przeznaczone dla kobiet oraz mężczyzn i chociaż można je spotkać w wielu częściach miasta, tradycyjnie były budowane w pobliżu meczetów. W hammamie zwykle znajdują się: sauna, łaźnia parowa i właściwy hammam (nazwa ta, chociaż odnosi się do całego obiektu, jest również używana do określania jednego z pomieszczeń) - ogrzewana do granic możliwości sala z miejscami do leżenia oraz "umywalkami" z gorącą i zimną wodą. Na szczególną uwagę zasługuje jednak jeszcze jedno pomieszczenie - wyposażona w marmurowe leżanki sala, w której pracownicy obiektu obficie mydlą i polewają wodą odwiedzających. Właśnie ta ostatnia strefa jest najbardziej oryginalna i "egzotyczna" dla ludzi z naszej kultury. Jak wygląda wizyta w tej sali? Po skorzystaniu z saun i odpoczynku jeden z pracowników zaprasza na marmurową leżankę i zaczyna "rytuał" myjący. Czyści ciało szorstką rękawicą, wytwarzając gigantyczną ilość piany. Towarzyszy temu rozluźniający masaż. Po zmyciu piany skóra jest świeża i czysta. Całość rytuału dopełnia odpoczynek na leżaku w otulających ciało ręcznikach. Wizytę w hammamie dobrze zostawić na koniec pobytu w Stambule, by odpocząć po intensywnym zwiedzaniu.
 1r
Zamknięci na cmentarzu
Stambuł potrafi też zaskoczyć. Jednym z najpiękniejszych i zarazem najmniej oczywistych miejsc w mieście, jakie odkryłem, był niepozorny taras widokowy przy północno-wschodniej ścianie Meczetu Sulejmana. Ponieważ jest on położony dość wysoko (kilkanaście metrów nad poziomem ulicy, w dodatku na wzgórzu), dachy pobliskich budynków nie tylko znajdują się niżej, ale i stopniowo opadają ku brzegowi zatoki. Widać stąd jak na dłoni Złoty Róg i leżącą za Bosforem azjatycką część miasta. Za naszymi plecami wznoszą się z kolei kamienne ściany meczetu, które chronią to miejsce, zapewniając ciszę i spokój. Widok, jaki się stąd rozpościera, chyba najbardziej oddaje atmosferę położonego na styku dwóch kontynentów miasta. Jakby tego było mało, za murem oddzielającym teren meczetu od tarasu znajduje się zadbany cmentarz (ani trochę nie przypomina on cmentarza z dzielnicy Eyüp), mający więcej wspólnego z ogrodem niż miejscem spoczynku zmarłych. Właśnie na tym cmentarzu, wspólnie ze znajomymi, zostaliśmy "uwięzieni" (na czas modlitwy z jakiegoś powodu zamykano furtkę). Było już późne popołudnie, gdy znaleźliśmy się za ścianą meczetu i muszę przyznać, że ten trochę przymusowy odpoczynek, w promieniach zachodzącego słońca, spędzony na zabawie z mieszkającym w meczecie kotem, był bardzo miłym zakończeniem dnia.
Stambuł to miasto z charakterem. Trudno je oceniać, klasyfikować, szufladkować. Z jednej strony europejskie i oswojone, z drugiej - egzotyczne, nieprzewidywalne, zaskakujące. Kulturowo należące do Europy, a jednak położone na jej najdalszych krańcach. To metropolia, w której chrześcijańskie modlitwy i złoto bizantyjskich ikon w świątyniach zastąpiły śpiewy muezzinów i roślinne ornamenty. A jednak nie sposób myśleć o Stambule jako typowo muzułmańskim mieście. Wieków historii nie da się wymazać. Metropolia nad Bosforem to również miasto otwartych na Zachód mieszkańców, którzy - szanując własną tradycję i religię - akceptują odmienność odwiedzających, którzy mogą czuć się w ich mieście swobodnie i bezpiecznie. Warto odwiedzić Stambuł, by dotknąć starożytnej historii Europy, ale i orientu który napływa ze Wschodu, w pozytywny sposób przenikając warstwy miejskich budowli i ludzkie serca. Nie bez powodu Stambuł nazywany jest jego perłą.
Piotr Kosiarski – „deon.pl

 
 12
 

Święci i błogosławieni w tygodniu

 

26 stycznia - święci biskupi Tymoteusz i Tytus

26 stycznia - święci Robert, Alberyk i Stefan, opaci

26 stycznia - św. Paula, wdowa

27 stycznia - bł. Jerzy Matulewicz, biskup

27 stycznia - św. Henryk de Ossó y Cervelló, prezbiter

28 stycznia - św. Tomasz z Akwinu, prezbiter i doktor Kościoła

29 stycznia - św. Aniela Merici, dziewica

29 stycznia - bł. Bolesława Lament, dziewica

29 stycznia - św. Józef Freinademetz, prezbiter

29 stycznia - bł. Archaniela Girlani, dziewica

29 stycznia - św. Walery, biskup

29 stycznia - św. Sulpicjusz Sewer, biskup

30 stycznia - św. Hiacynta, dziewica

30 stycznia - św. Teofil, męczennik

30 stycznia - bł. Bronisław Markiewicz, prezbiter

30 stycznia - katedra w Świdnicy

31 stycznia - św. Jan Bosko, prezbiter


 

1 lutego - św. Brygida z Kildare, dziewica

1 lutego - św. Rajmund z Fitero, opat

1 lutego - św. Weridiana

1 lutego - bazylika prymasowska w Gnieźnie

2 lutego - Ofiarowanie Pańskie