W BLASKU MIŁOSIERDZIA
4/1004 – 19 stycznia 2025 r. C.
INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA

Niedziela, 19 stycznia 2025, rok „C”
II niedziela zwykła „C”
Kolor szat liturgicznych - zielony

Czytania
Pierwsze czytanie: Iz 62,1-5
Psalm: Ps 96
Drugie czytanie: 1 Kor 12,4-11
Ewangelia: J 2,1-11
Ewangelia
Pierwszy cud Jezusa w Kanie Galilejskiej
J 2, 1-11
✠ Słowa Ewangelii według Świętego Jana
W Kanie Galilejskiej odbywało się wesele i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa rzekła do Niego: «Nie mają wina».
Jezus Jej odpowiedział: «Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czy jeszcze nie nadeszła godzina moja?»
Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: «Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie». Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary.
Jezus rzekł do sług: «Napełnijcie stągwie wodą». I napełnili je aż po brzegi.
Potem powiedział do nich: «Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu». Ci więc zanieśli.
Gdy zaś starosta weselny skosztował wody, która stała się winem – a nie wiedział, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli – przywołał pana młodego i powiedział do niego: «Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory».
Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie.
Komentarz do Ewangelii
To że działamy tak, jakby wszystko na tej ziemi zależało od nas, to jedno. Gorzej, że tak też często myślimy.
Biadolimy, bo często nie jest tak, jakbyśmy chcieli. Nie w tym kierunku zdaje się zmierzać świat. Ale przecież on cały czas jest w rękach Boga! Przewidział już wszystkie ruchy Przeciwnika i na każdy ma odpowiedź. Najgorzej, że czasem i my sami, nie wierząc tak naprawdę, że wszystko w rękach Boga, sami utrudniamy Mu działanie.
Kosmos jest taki wielki i na pewno ciekawy. A Bogu spodobało się wesele w Kanie Galilejskiej. Urzekający w swojej wymowie obraz Boga, ważne pouczenie przypominające nam, że wzajemne uzupełnianie się są lepsze niż dążenie do samowystarczalności no i przypomnienie o nadziei, jaką daje nam Bóg...
Niedziela ta jest o tyle jeszcze epifanijna, iż podaje do rozważenia trzeci „znak” zapowiedziany w liturgii Epifanii (hymny w nieszporach i laudes, antyfony do kantyków Benedictus i Magnificat). Po hołdzie Mędrców i po chrzcie w Jordanie, które objawiają, kim jest Jezus Chrystus, następuje opisany tylko przez Czwartą Ewangelię znak cudownej przemiany wody w wino na weselu w Kanie Galilejskiej. Cud ten jako znak na wskroś mesjański, jest nadto typem sakramentu Eucharystii i eschatologicznych godów weselnych Baranka w Apokalipsie (Ap 19,7.9), których zapowiedź mamy w I czytaniu z proroka, gdy wieści on radosną przyszłość dla Jerozolimy. Kościół Chrystusowy jest tym „środowiskiem Bożym”, miejscem dokonywania się obiecanych a niedostrzegalnych zmian w stronę ostatecznego piękna całej odkupionej ludzkości. Zmian tych w Kościele nieustannie dokonuje cała Trójca Boża nadając mu jedność w mnogości. Zwłaszcza sprawia ją Duch Święty w charyzmatach.
W dzisiejszym numerze
- To jest te sześć stągwi kamiennych
- II niedziela zwykła
- Poślubiona
- Bóg idzie tam, gdzie człowiek jest ‘uwięziony’ w grzechu
- Okres (nie) zwykły. Jak go świętować?
- Ojcowie paulini nie od dziś robią dobrą minę do słabej gry
- Apokalipsa dziś: Z pozdrowieniami od Boga
- Nawrócenie św. Pawła Apostoła
- Kard. Ryś o banerach Grzegorza Brauna: antyludzki i antychrześcijański
- A może wreszcie zmienimy coś w wizytach po kolędzie?
- Ukraińska zapinka
- Rada Miasta Krakowa usunęła abp. Jędraszewskiego z prestiżowej kapituły
- Pod Drzwiami Świętymi: „Pięknie jest przeżyć tę chwilę w ciszy”
- Święci i błogosławieni w tygodniu

To jest te sześć stągwi kamiennych
To jest te sześć stągwi kamiennych, w których nalaną wodę Jezus zamienił w wino – i św. Jan mówi nam na koniec tej Ewangelii, że to był początek znaków. Jakoś bardzo mocno to do mnie dzisiaj dotarło: początek znaków! Miłosierdzie jest początkiem głoszenia Ewangelii; świadectwo miłosierdzia, świadectwo konkretnej miłości jest początkiem głoszenia Ewangelii… To jest początek także w tym sensie, że świadczone miłosierdzie w szczególny sposób czyni Jezusa Chrystusa obecnym.
Kardynał Grzegorz Ryś – „mateusz.pl”

II niedziela zwykła
Dzisiejsza Ewangelia przenosi nas do Kany Galilejskiej, gdzie odbywa się przyjęcie weselne. Wśród zaproszonych gości, obok bliskich nowożeńców, znajdują się Maryja, Jezus i apostołowie. Wydarzenie w Kanie Galilejskiej nabiera symbolicznego znaczenia. Cudowne przemienienie wody w wino staje się początkiem publicznej działalności Jezusa i zapowiedzią tego, co wydarzy się w Wieczerniku na dzień przed Jego męką.
Wspominając nauczanie dwóch wielkich naszych rodaków – św. Jana Pawła II i bł. kard. Stefana Wyszyńskiego – dostrzegamy, że wydarzenie z Kany Galilejskiej porównywali oni do sytuacji w Polsce. My również możemy pójść tym tropem i odczytać to wydarzenie jako symbol naszego życia.
Postawmy sobie pytanie: jak wyglądałoby przyjęcie w Kanie Galilejskiej, gdyby nie było na nim Jezusa? A jak może wyglądać Polska i nasze życie, jeśli zabraknie w nich Jezusa?
Zapewne byłoby to wydarzenie smutne. Brak wina oznaczałby katastrofę. W tamtych czasach nie było całodobowych sklepów, a być może rodziny nowożeńców nie miały już pieniędzy na dokupienie trunku. Taka sytuacja byłaby powodem wstydu dla rodzin nowożeńców i niesmaku dla zaproszonych gości.
W historii różnie przedstawiano obraz przyjęcia weselnego, na którym brakowało Jezusa – czasem w sposób łagodny, a czasem z użyciem mocnych obrazów.
Przykładem może być film Wesele (2004 r.) w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego. Niby wszystko odbywa się normalnie – ksiądz błogosławi w kościele, a na przyjęciu wina nie brakuje. Jednak reżyser pokazuje gości weselnych jako ludzi zdegenerowanych, cwaniaków życiowych, żyjących bez wartości, karmiących się ludzką krzywdą i prowadzących szemrane interesy. Smarzowski w ten sposób chciał pokazać Polskę i Polaków. Choć obraz ten jest mocno przerysowany, stanowi przestrogę, jak może wyglądać Polska i nasze życie, gdy zabraknie Jezusa na co dzień.
Wiemy, jak wygląda przyjęcie, gdy Jezus jest obecny. Nowożeńcy nie obawiają się Jego obecności, choć być może tłumaczą ją niektórym bliskim. Nie oczekują cudu przemiany wody w wino, ale są przekonani, że Jezus pomnoży ich radość. Jezus sam zachęcał do radości – w Kazaniu na Górze mówił: „Cieszcie się i radujcie, albowiem wielka jest wasza nagroda w niebie” (Mt 5, 11). W Wieczerniku modlił się: „To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna” (J 15, 11).
Jezus nie potępia radości płynącej z życia. Zachęca, byśmy żyli pełnią życia, korzystając z dóbr tego świata. Przestrzega jednak, by ziemska radość nie przesłoniła tej prawdziwej, do której zmierzamy – a którą jest On sam.
Niestety, dziś wiele osób boi się Jezusa. Nie zapraszają Go do swojego życia, ulegając błędnemu przekonaniu, że Jezus ogranicza wolność i radość życia, zamykając człowieka w sztywnych ramach. To złudne myślenie proponują wielcy tego świata, a wielu ludzi za nim podąża.
Co oznacza zaprosić Jezusa do swojego życia? To znaczy poznać Go, zaufać Mu, słuchać Jego słów i starać się naśladować Jego postępowanie. Otwierając przed Nim serce, można doświadczyć, kim On naprawdę jest – naszą Drogą, Prawdą i Życiem. Jezus pragnie być obecny zarówno w naszych radościach, jak i trudnościach. Szczególnie pochyla się nad tymi, którzy błądzą, upadają, zmagają się z rozpaczą lub znajdują się na dnie moralnym. Wielcy tego świata nie podadzą pomocnej dłoni, ale Jezus nigdy nie rezygnuje z człowieka.
Przykładem tego może być historia Stanisławy Celińskiej, znanej aktorki i piosenkarki. W wywiadach opowiada o utracie sensu życia i radości. Na początku swojej kariery, naznaczonej sukcesami, zaczęła zapominać o wartościach wyniesionych z domu rodzinnego. Zamykając serce na Jezusa, w trudnych chwilach sięgnęła po alkohol, który z czasem ją zniewolił. W chwili opamiętania zatęskniła za wolnością i odkryła, że Jezus wciąż o nią walczy. Gdy na nowo zaprosiła Go do swojego życia, odnalazła pokój w sercu i radość życia. W sercu odkryła Jego miłość. Jezus pomógł wejść na właściwą drogę. Teraz stara się być blisko Niego i dzieli się tym w wywiadach i rozmowach.
Zapamiętajmy przesłanie dzisiejszej Ewangelii. Miejmy odwagę, jak nowożeńcy z Kany Galilejskiej, zawsze zapraszać Jezusa do swojego życia. On jest najlepszym lekarstwem na nasze trudności. Budowanie lepszego świata, lepszej Polski, zacznijmy od pozwolenia, by Jezus był obecny w naszej codzienności. To On jest Źródłem wszelkiego dobra. Niech Rok Jubileuszowy ośmieli nas, byśmy jeszcze bardziej ukazywali Jezusa jako Nadzieję każdemu człowiekowi.
o. Tomasz Mular CSsR – „redemptor.pl”

Poślubiona
W Kanie Galilejskiej trwa wesele, na którym zabrakło wina. W tradycji biblijnej wino jest napojem, który dał Bóg, aby „rozweselało serce człowieka” (Ps 104,15). Wydaje się więc, że ta uczta, która zgodnie ze swoją polską nazwą ma przynieść wszystkim prawdziwe wesele ciała i ducha, zakończy się wielkim rozczarowaniem. Tak się jednak nie dzieje, bo jednym z gości jest Jezus, który wchodzi w rolę pana młodego i zapewnia weselnikom lepsze wino i to w dużej ilości.
Skoro Jezus zostaje Oblubieńcem, to wypada, by Oblubienicą była wspólnota. I rzeczywiście, w opisie ewangelicznym brakuje wzmianki o pannie młodej. Można wnioskować, że początek publicznej działalności Jezusa stanowią Jego zaślubiny z budzącą się do życia wspólnotą Kościoła. Tak spełnia się proroctwo Izajasza, w którym Bóg obiecuje Izraelitom, że zostaną przez Niego zaślubieni i już nigdy ich nie opuści: „Nie będą mówić o tobie Porzucona […] ale raczej cię nazwą Poślubiona”.
Wesele jest czasem radości. Bóg chce, żeby człowiek doświadczał szczęścia. Gdy w naszym życiu brakuje Boga, to rzeczywistość zaczyna przypominać wesele bez wina, podczas którego wszyscy są rozczarowani, padają wzajemne oskarżenia, a zamiast radości jest złość. Jezus chce temu zapobiec. Jest mnóstwo spraw i problemów, które Maryja zauważa i wstawia się za nami, a Jezus je dla nas rozwiązuje. Często tego nie widzimy i nie jesteśmy tego świadomi. Sytuacja w Kanie Galilejskiej uczy nas, że można czasem coś przeoczyć, źle obliczyć, ale nie można zapomnieć zaprosić do swojego życia Jezusa i Maryi.
Wesele to też wspólnota. Zaprasza się rodzinę, krewnych i przyjaciół. Na tradycyjnym żydowskim weselu goście byli zobowiązani sprawić radość parze młodej. Były więc tańce, śpiewy czy zabawne przedstawienia. Podobnie we wspólnocie Kościoła jesteśmy wezwani do tego, by podobać się Bogu i ludziom według tego, jaki otrzymaliśmy od Boga talent. O tym mówi Święty Paweł: „różne są dary łaski, posługiwania i działania, ale ten sam Duch”.
Zapraszajmy więc Boga do naszego życia i róbmy użytek z Bożych darów, by spełniły się słowa Izajasza: „Jak oblubieniec weseli się z oblubienicy, tak Bóg twój tobą się rozraduje”.
Jacek Pietrzak OP – „wdrodze.pl”

Bóg idzie tam, gdzie człowiek jest ‘uwięziony’ w grzechu
Bóg wychodzi na spotkanie człowieka. Powołanie Lewiego wskazuje na ‘nowość’ Ewangelii i staje się alegorią relacji człowieka z Bogiem. Bóg idzie tam, gdzie człowiek jest ‘uwięziony’ w grzechu, duchowym paraliżu i wzywa go do pójścia za Nim. Nie odrzuca nikogo i ma moc, aby wszystkich powołać.
Z ewangelii wg św. Marka:
Potem wyszedł znowu nad jezioro. Cały lud przychodził do Niego, a On go nauczał. A przechodząc, ujrzał Lewiego, syna Alfeusza, siedzącego w komorze celnej, i rzekł do niego: «Pójdź za Mną!». On wstał i poszedł za Nim.
Gdy Jezus siedział w jego domu przy stole, wielu celników i grzeszników siedziało razem z Jezusem i Jego uczniami. Było bowiem wielu, którzy szli za Nim. Niektórzy uczeni w Piśmie, spośród faryzeuszów, widząc, że je z grzesznikami i celnikami, mówili do Jego uczniów: «Czemu On je i pije z celnikami i grzesznikami?» Jezus usłyszał to i rzekł do nich: «Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników».
Obraz: Centralną postacią dzisiejszego fragmentu jest celnik Lewi, Mateusz, którego Jezus powołuje a potem ucztuje w jego domu z ‘wieloma celnikami i grzesznikami’. Oczyma wyobraźni zobaczę te miejsca i ludzi. Zwrócę uwagę na swoje skojarzenia i odczucia.
Myśl: Działanie Jezusa budzi kontrowersje. Postępuje On bowiem inaczej niż było to w zwyczaju. Zapewne też w pierwszych wspólnotach chrześcijańskich pojawiały się pytania o to, jak traktować grzeszników czy pogan. Czy Jezus przyszedł tylko do prawowiernych Żydów, którzy trzymają się Prawa Mojżeszowego czy też do pogan albo tych, którzy po chrzcie odeszli od Ewangelii i wiary? To pytania aktualne także dzisiaj. Ewangelista przez obraz powołania Lewiego i posiłku z grzesznikami wskazuje na miłosierdzie Boga, który wzywa wszystkich do pojednania i pójścia za Nim. On nie odrzuca i nie pomija nikogo.
Emocja: Bóg wychodzi na spotkanie człowieka. Powołanie Lewiego wskazuje na ‘nowość’ Ewangelii i staje się alegorią relacji człowieka z Bogiem. Bóg idzie tam, gdzie człowiek jest ‘uwięziony’ w grzechu, duchowym paraliżu i wzywa go do pójścia za Nim. Nie odrzuca nikogo i ma moc, aby wszystkich powołać.
Wezwanie: Poproszę o łaskę niekoncentrowania się na moim grzechu, ale na Panu, który mnie powołuje. Podziękuję za to, że ramiona Ojca są zawsze otwarte dla każdego.
Jubileusz 2025: Pomodlę się słowami modlitwy do Maryi, Matki Dobrej Drogi: „O Maryjo słodka, Matko nasza w niebie. Prowadź nasze kroki po drodze żywota, jakże często stromej i pełnej wyboi. A u kresu drogi bądź nam niebios bramą i błogosławiony Owoc twego łona ukaż nam Jezusa. Amen.”
Paweł Kosiński SJ – „deon.pl”
Wcześniej duszpasterz akademicki w Opolu; duszpasterz polonijny i twórca Jezuickiego Ośrodka Milenijnego w Chicago; współpracownik L’Osservatore Romano, Studia Inigo, Posłańca Serca Jezusa i Radia Deon oraz Koordynator Modlitwy w drodze i jezuici.pl;

Okres (nie) zwykły. Jak go świętować?
Po pięknych, świątecznych chwilach, mamy w Kościele tak zwany okres zwykły. Czy to znaczy, że nie ma już czego świętować?
„Tato, dzisiaj na mszy mieliśmy pierwszy raz zielone kapturki, one są takie ładne…” - usłyszałem od syna po tym, jak przyszedł z kościoła po swojej służbie przy ołtarzu, podczas jednej z mszy św. w tygodniu. Kapturki, czyli pelerynki zakładane wokół szyi i na ramiona na komeżkę ministrancką. Karol od niedawna jest pełnoprawnym ministrantem, więc po kolei odkrywa kolejne prawa ministranckiego życia wpisane w rok liturgiczny. Wiele emocji odgrywają kolory poszczególnych elementów stroju. Pierwszy raz spotkał się z kolorem zielonym, którym to bardzo się zachwycał. Gdy powiedziałem mu, że ten kolor oznacza „okres zwykły”, jego reakcja nie była przepełniona euforią.
Okres nieświąteczny?
No właśnie. Okres zwykły… czyli taki nieświąteczny. Taki, w którym nie obowiązują specjalne zasady, posty, przywileje. Taki, podczas którego nie oczekujemy na nic „wielkiego”. Taki, w którym w żaden wyjątkowy sposób nie celebrujemy ważnych wydarzeń. Po prostu zwykły. Ostatnie tygodnie były specyficzne. I w Kościele i w naszym codziennym życiu. Najpierw adwent, roraty, lampiony, pieśni adwentowe przepełnione tęsknotą ludu za Zbawicielem. Później radość z Narodzenia, serdeczność, życzliwość, choinka, wigilia, prezenty, spotkania rodzinne, opłatek, świąteczne wypieki, kolędy, kolędnicy, szopka, pastuszkowie, królowie, itd. A teraz…? Zwykły czas.
Mimo, że pelerynki ładne, to symbolizujące nic nadzwyczajnego. Powrót do codziennych obowiązków. Do szkół: ocen, kartkówek, odpowiedzi ustnych, zadań domowych, zaliczeń. Powrót do pracy: planowania, liczenia, raportowania, uczenia, rozwożenia, sprzedawania, budowania, strzyżenia, itd. Czas, w którym nie pozostaje nic innego jak tylko się otrząsnąć z wyjątkowości okresu okołoświątecznego i popatrzeć na świat racjonalnymi oczami, które trudno jest czymś zaskoczyć. Czasami w tych oczach brakuje iskry, brakuje płomienia. W lustrze widać zmęczenie, za oknem poranne ciemności, w domu te same, powtarzające się bolączki.
Zielona pelerynka
W tym miejscu pojawia się mój Karol, który zachwyca się zieloną pelerynką. Nieświadomy tego, co oznacza jej kolor. Jest tu i teraz, mówi o swoich odczuciach, o tym, co widzi i jak go to nastraja. Potrafi się cieszyć z prostych rzeczy, choć paradoksalnie podkreśla niesamowitość zwykłości. Choć mówi o czymś, na co „starzy” ministranci może nie zwracają uwagi. Ale jest to dla niego pierwsze i po prostu ładne. To taka czysta dziecięca radość.
Taka, której nam (mnie) brakuje. Taka, która nie patrzy w górę i mówi: „dobrze, że nie pada”. Tylko taka, która widzi piękne różowe niebo rozpościerające się o wschodzie słońca nad okalającymi nas górami. Taka, która każe się zatrzymać w drodze do pracy i zrobić temu niebu zdjęcie, żeby podzielić się nim z bliskimi. Taka, która każe zauważyć w ciągu szarego dnia trzy małe, ale miłe rzeczy. Bo jest nam dane żyć. A to, że żyjemy w pięknym miejscu to już szczegół, o którym na co dzień zdarza się zapomnieć. Więc co z tym okresem zwykłym? Będzie zwykły jeśli ty go takim uczynisz.
Będzie niezwykły, jeśli ty go uczynisz niezwykłym. I to nie muszą być żadne fajerwerki i eventy z pompą. To może być zauważenie starań żony lub męża, niespodziewane posprzątanie pokoju przez córkę (bez proszenia po raz setny), kilka promieni słońca wdzierających się przez okno, spontaniczny taniec Burka, któremu niesiesz miskę z jedzeniem i wiele, wiele innych małych rzeczy. Rzeczy, które dzieją się codziennie, i w okresie świątecznym, i w okresie zwykłym. Dzieją się, czy tego chcemy, czy nie. Nam trzeba to tylko zauważyć, zatrzymać myśli, docenić, uśmiechnąć się w środku, zachwycić się. A zwykły czas stanie się niezwykłym.
Rafał Matuszewski – „aleteia,pl”

Ojcowie paulini nie od dziś
robią dobrą minę do słabej gry
Czy Matka Boska Częstochowska, która jak śpiewamy w popularnej pieśni jest w Polsce od ponad 600 lat, spakuje walizki i nas opuści? Do postawienia tego dość prowokacyjnego pytania skłonił mnie szeroko kolportowany w ostatnim czasie w mediach społecznościowych wizerunek Madonny, która – mniej więcej w połowie – wyszła już z obrazu, pozostawiając puste ramy. Autor ikony – Borys Fiodorowicz – zatytułował ją tak: „Sorry, Polsko”.
Użytkownicy mediów społecznościowych podają sobie ów wizerunek dalej, komentują. Sprowokowały ich do tego ostatnie wydarzenia na Jasnej Górze, a konkretniej doroczna pielgrzymka kibiców. W tym roku wziął w niej udział Karol Nawrocki, obywatelski kandydat na prezydenta, którego popiera m.in. PiS. Po mszy św. w sali o. Augustyna Kordeckiego odbyło się spotkanie z obecnym prezesem IPN. Jego uczestnicy skandowali: „Raz sierpem, raz młotem, czerwoną hołotę”. Z kolei na szalikach kibiców dziennikarze wypatrzyli znak dywizji SS, motto Hitlerjugend czy trójramienną swastykę.
Pielgrzymka wywołała sporo kontrowersji. Wskazywano nie tylko na hasła z szalików, ale też fakt, że kandydat robi na Jasnej Górze wiec polityczny i wykorzystuje ważne dla wielu Polaków miejsce w doraźnej walce politycznej. Po kilku dniach zareagował przeor Jasnej Góry. W ponad pięciominutowym nagraniu zamieszczonym na YouTube o. Samuel Pacholski mówił, że sanktuarium nie angażuje się w polityczne spory, że Jasna Góra jest dla wszystkich i przed nikim drzwi nie zostaną zamknięte. Apelował o uszanowanie świętego miejsca i wiele razy wspominał o tym, że jest opracowany regulamin, który wszyscy organizujący pielgrzymki są zobowiązani przestrzegać.
Właściwie z każdym słowem przeora należałoby się zgodzić. Problem polega jednak na tym, że ostatnia pielgrzymka kibiców nie była pierwszą, w czasie której prowadzono jakąś polityczną agitację. To samo powtarza się co roku – także przy okazji pielgrzymek Radia Maryja. Politycy jednej określonej formacji występują na jasnogórskich wałach, ślą z nich swoje przesłanie do wyborców. A pielgrzymki narodowców? Wszystkiemu biernie przyglądają się biskupi i ojcowie paulini. Jasna Góra jest przez to kojarzona jednoznacznie. Nie jako miejsce dla wszystkich Polaków, ale dla jakiejś grupy wybrańców. Zamiast łączyć dzieli.
Parę lat temu zwracano uwagę na to, że wystąpienia polityków odbywają się w ramach liturgii. Temat udało się uporządkować. Jakoś strefę sacrum i profanum oddzielono. Ale w powszechnym odbiorze to jedynie pozory. To wrażenie mogą zmienić tylko realne działania. Prezes PiS lub inny polityk (także obecnej koalicji) na Jasnej Górze? Dlaczego nie – ma do tego jako katolik prawo. Ale Jarosław Kaczyński i inni politycy przemawiający do zgromadzonych? Dajmy sobie z tym naprawdę spokój – zwłaszcza w czasie kampanii wyborczej. Odmówić prezesowi PiS? Owszem, można. Spotkanie z kandydatem na prezydenta w obrębie sanktuarium? A po co? Jest wiele innych miejsc w Częstochowie, w którym mogłoby się odbyć.
Ojcowie paulini nie od dziś robią dobrą minę do słabej gry. Kiedy przed laty Młodzież Wszechpolska zorganizowała w sali Koreckiego ślubowanie dla nowych członków, przekonywali, że nikt ich o czymś takim nie poinformował. To właśnie po tamtej pielgrzymce opracowali specjalny regulamin, w którym wyraźnie zapisali, że trzeba z nimi uzgadniać cały program wydarzenia. Kiedy jednak w 2023 r. prezes PiS wygłosił płomienne przemówienie – ówczesny rzecznik klasztoru o. Michał Bortnik mówił, że „udzielenie głosu zaproszonym gościom leży w wyłącznej gestii organizatora pielgrzymki. Organizatorem 32. Pielgrzymki Rodziny Radia Maryja byli zakonnicy ze zgromadzenia redemptorystów z dyrektorem o. Tadeuszem Rydzykiem". Niemniej dodawał, że „gospodarze tego miejsca muszą jeszcze bardziej uwrażliwiać, by nie angażować autorytetu Jasnej Góry do ziemskich, doraźnych celów".
To zerknijmy zatem do regulaminu (dostępny na stronie Jasnej Góry dla wszystkich). Trzy wybrane punkty: „(…) 2. Organizatorzy pielgrzymek są uprawnieni do zapraszania na Jasną Górę władz państwowych oraz osób publicznych, tylko po konsultacjach z Kustoszem. 3. Wydarzenia organizowane w sanktuarium nie mogą stanowić okazji do manifestowania jakichkolwiek poglądów politycznych oraz takich przekonań społecznych, które stoją w sprzeczności z nauczaniem Kościoła. (…) 6 Przemówienia osób świeckich możliwe są w innych przestrzeniach sanktuarium, tylko poza czasem i miejscem liturgii. Lista przemawiających oraz ramy czasowe wystąpienia muszą zostać zaaprobowane przez Kustosza”.
Skoro zatem lista zaproszonych i występujących ma być skonsultowana i zaaprobowana przez kustosza sanktuarium, to w czym problem? Można odmówić. A są takie sytuacje, że wręcz trzeba. I może wreszcie pora, by to zrozumieć. Dla dobra jasnogórskiego sanktuarium.
Tomasz Krzyżak – „deon.pl”

Apokalipsa dziś: Z pozdrowieniami od Boga
My, znękani różnorakim złem, targani niepokojami, wątpliwościami, żalem, bezsilnością...
Wszystko się wali, trudno wytrzymać, nie chce się żyć. W życiu osobistym chrześcijanina, w życiu społecznym... Jak się w tym wszystkim odnaleźć? Jak dalej wierzyć, że Bóg widzi, pamięta, że Mu na nas zależy? A może to, co się dzieje to Jego kara? Za grzechy moje, za grzechy moich braci i sióstr, za grzechy... Za naszą nieudaczność, za nasze lenistwo, za... Tylko czemu karze nas, wierzących, a nie widać, by karał tych, którzy Go całkiem lekceważą? Czemu wydał nas na pastwę ich kpin i szyderstw? Czemu pozwala nie tylko na zasłużoną krytykę, ale na podłe insynuacje i oszczercze oskarżenia? Czemu pozwala opiłowywać i traktować jak jakiś gorszy sort, niepełnowartościowych członków społeczeństwa, czy wręcz jak jakieś pasożyty? Boże, gdzie jesteś?
Do przeżywających podobne dylematy, targanych nieuniknionymi konfliktami we wspólnotach, zranionych fałszywymi naukami, niewiernością czy nawet zdradą współbraci, a nadto wrogością otoczenia traktującego chrześcijan jak społecznych wyrzutków i oskarżającego ich o najbardziej haniebne czyny... Do siedmiu Kościołów w Azji Jan w Apokalipsie napisał.
Łaska wam i pokój
od Tego, Który jest, i Który był i Który przychodzi,
i od Siedmiu Duchów, które są przed Jego tronem,
i od Jezusa Chrystusa, Świadka Wiernego,
Pierworodnego umarłych
i Władcy królów ziemi.
Temu, który nas miłuje
i który przez swą krew uwolnił nas od naszych grzechów,
i uczynił nas królestwem - kapłanami dla Boga i Ojca swojego,
Jemu chwała i moc na wieki wieków! Amen.
Oto nadchodzi z obłokami,
i ujrzy Go wszelkie oko i wszyscy, którzy Go przebili.
I będą Go opłakiwać wszystkie pokolenia ziemi.
Tak: Amen.
Jam jest Alfa i Omega, mówi Pan Bóg,
Który jest, Który był i Który przychodzi,
Wszechmogący.
Tych siedem Kościołów w Azji – Azji Mniejszej, czyli na terenach dzisiejszej Turcji – to Kościoły w Efezie, Smyrnie, Pergamonie, Tiatyrze, Sardes, Filadelfii i Laodycei. Ich sytuację Jan znał i za chwilę napisze do nich konkretniej. Ale przecież podobne co one trudności przeżywały i inne Kościoły tego czasu. I przeżywamy też my, chrześcijanie XXI wieku. To także do nas też święty Jan kieruje słowa: „łaska i pokój od Tego, Który jest, i Który był i Który przychodzi”.
Łaska i pokój... Grecy w tamtych czasach pozdrawiali się słowem „”raduj się”. W tym języku podobne jest do słowa „łaska”. Można powiedzieć: raduj się człowieku obdarzony łaską Boga. A pokój... Tak witano się w kręgach semickich. Bo cóż ważniejszego w świecie targanym przeciwnościami, niż pokój? Chrześcijanie rekrutujący się spośród jednych i drugich, witając się tymi słowami, uświadamiają sobie wielkość danego im przez Boga daru.
To tylko zwyczajowe pozdrowienie, rozpoczynające list? Święty Paweł pisał podobnie. W jego listach brzmi to jak życzenie. „Niech Bóg będzie dla was życzliwy”. I tak moglibyśmy też czytać Jana, ale... Gdy uświadamiamy sobie, że Jan to ten, który przez anioła właśnie otrzymał objawienie od samego Jezusa Chrystusa, gdy uświadamiamy sobie, że o tym objawieniu będzie pisał, to chyba nie są to już tylko życzenia. To jakby przekazanie pozdrowień "od tego, Który jest, Który był i Który przychodzi”. Pozdrowienia od Boga. Dla nas. Dla nas chrześcijan targanych wątpliwościami, ranionych niewiernością i zdradą, poniżanych wyśmiewaniem i szykanowaniem, oskarżanym o najgorsze. Dla nas. Pozdrowienia od Boga. On widzi. On o nas nie zapomniał. Wie, że teraz przeżywamy trudne chwile. Ale jest z nami.
Dlaczego „od Tego, Który jest, i Który był i Który przychodzi”? A nie, jak byśmy się raczej spodziewali, od tego, który był, jest i będzie? Bo On przede wszystkim jest. Zawsze. On „Jest, który jest” – jak objawił się kiedyś Mojżeszowi; nigdy nie opuszcza tego świata, nigdy nie przestaje się losem człowieka interesować. Był? To z kolei odwołanie się do historii. Już poznaliście Boga, wiecie kim jest – mówi w ten sposób Jan. Znacie Jego miłość ku nam, skoro, pomijając już nawet wszystko inne, posłał swojego Syna na świat, aby nas zbawił. A że jest tym, który przychodzi... On ciągle na nowo wkracza w życie człowieka i całego świata. Choć często go nie widzimy, a na pewno nie widzą Go oczy naszego ciała, ciągle żyje i ciągle działa. Przychodzi jakoś we wszystkim, co nas spotyka. I radosnym i trudnym. Przychodzi. I On nas pozdrawia: łaska wam i pokój.
Kto jeszcze śle Kościołom w Azji i nam pozdrowienia? Owych siedem Duchów, to najpewniej Duch Święty. Przychodzący, jak prorokował Izajasz z siedmioma darami. I być może to też nawiązanie do wizji proroka Zachariasza, w której Duch Boży przedstawiony jest jako świecznik z siedmioma lampami, z których każda ma siedem palników... Siedem w Biblii to liczba wyrażająca doskonałość. Od najdoskonalszego Ducha (7x7) mamy pozdrowienia...
I śle też Kościołom pozdrowienia królujący po wniebowstąpieniu w niebie Jezus Chrystus. Znacie Go przecież, prawda? – przypomina chrześcijanom Jan. To „Świadek Wierny”. To On, pełniąc wolę Bożą, najlepiej swoim życiem i nauczaniem zaświadczył, kim jest Bóg, jaki jest Jego zamysł względem nas, ludzi. Tak, cały świat pogrążony jest jeszcze w mroku. Błądzi, gdy wydaje mu się, że zbawić go może jakieś bóstwo albo że prawdę o Bogu przedstawił jakiś inny Prorok. Błądzi, bo nieraz w ogóle odrzuca Boga i nie ma żadnej nadziei na życie wieczne. A my, dzięki Świadkowi Wiernemu, mamy.
To też „Pierworodny umarłych”, czyli ten, który skazanej przez grzech Adama na zagładę ludzkości dał szanse na nowe życie. Umarłym dał szanse na odrodzenie. Sam, zaznawszy śmierci, jako pierwszy się odrodził. To też ten, który jest „Władcą królów ziemi”. Tych nazywanych prezydentami i premierami też. Uciskają was? Traktują niesprawiedliwie? Bo popadli w zarozumiałość, zapomnieli, że jednak mają nad sobą Pana. Dlatego tak się szarogęszą, dlatego Boga lekceważą. Ale On ma moc przywołać ich do porządku. Zobaczycie...
Pozdrawia swoich Chrystus, który nas miłuje. Naprawdę miłuje. A dowodem to, że uwolnił nas od grzechów przez swoją krew, przez swoja bolesną śmierć. I to, że uczynił nas „królestwem - kapłanami dla Boga i Ojca swojego”; mającą służyć Bogu i ludziom wspólnotą kapłanów. Tak, jesteśmy w swojej służbie dla świata kapłanami Boga. Bo świadcząc o Bogu, przyciągając do Niego swoimi słowami, czynami i życiową postawą, jesteśmy niejako pośrednikami między światem a Bogiem. Zaszczytna to służba. Być pośrednikiem ludzi u Boga, i Boga u ludzi... Tak, niech miłującemu nas Jezusowi Chrystusowi będzie za to wszystko chwała i moc na wieki wieków! Czcimy Twoją wielkość Jezu Chryste, wierzymy, że naprawdę jesteś mocny...
Tak... Chyba tak to właśnie jest. Jan nie pozdrawia nas od siebie. On pisząc do nas przekazuje nam pozdrowienie od Trójjedynego Boga.... A gdzie On jest? Gdzie jest kiedy Go potrzebujemy? – pyta niejeden zdruzgotany tym, co dzieje się wokół chrześcijanin. Spokojnie. Nadchodzi. Nie tylko dlatego, że jest tym, zawsze „przychodzącym”., wchodzącym w ludzka historię. Nadchodzi z obłokami. Czyli z nieba. Na ostateczny sąd. Trzeba tylko cierpliwie czekać.
Nie zjawi się niezauważalnie, duchowo, tylko dla was, dla nas, wierzących. W ten dzień zobaczą Go wszyscy. Także ci, „którzy Go przebili”, czyli wszyscy przykładający rękę do Jego śmierci. Nie tylko przecież owi Żydzi, którzy skazali Go na śmierć, nie tylko owi Rzymianie, którzy wyrok śmierci wykonali. Wszyscy, którzy przybijają Go do krzyża i przebijają włócznią swojego zatwardziałego trwania w grzechu, swojej pogardy wobec Boga. Wszyscy, którzy zabijają Go w Jego braciach i siostrach tu na ziemi. Zobaczą i zapłaczą. Nad własną głupota, nad własną podłością. Zrozumieją, że błądzili. Zrozumieją, że to błądzenie często nie było spowodowane zwykłą niewiedzą, ale było owocem znikczemniałego serca, które wbijając się w pychę stało się tak podłe, że niezdolne było zobaczyć Boga. Nie mówiąc już o tym, by zgiąć przed Nim kolana. Tak, Amen, tak właśnie się stanie. Na pewno.
Bo Bóg nie tylko deklaruje, ale naprawdę jest Alfą i Omegą; początkiem i końcem wszystkiego. Miał w postaniu świata pierwsze słowo, będzie miał i ostatnie. Wszystko, cały świat, jest Jego. Do Niego – jak mówi kapłan błogosławiąc w Wigilię Paschalną nowy Paschał – należy też czas i wieczność. Zawsze jesteśmy w Jego ręku.
On jest tym, Który jest, który był i który przychodzi. Ciągle, w naszym tu i teraz i przychodzi na koniec czasów, by zapłakali ci, którzy Jego Syna przebodli. On jest Wszechmogący. I taki właśnie Bóg, nam, znękanym różnorakim złem, targanym niepokojami, wątpliwościami, żalem i bezsilnością, śle swoje pozdrowienie.
Andrzej Macura – „wiara.pl”

Nawrócenie św. Pawła Apostoła – święto
Prawdopodobnie mało kto spodziewałby się, że Szaweł z Tarsu, gorliwy wyznawca judaizmu i początkowo prześladowca chrześcijan, stanie się ostatecznie Apostołem Chrystusa, Jego gorliwym głosicielem, szczególnie w misji głoszenia Ewangelii narodom pogańskim. Ten wybór Boga był niezwykle zaskakujący nie tylko dla chrześcijan, którzy dowiedziawszy się o tym, nie mogli wyjść ze zdziwienia, ale także dla samego Szawła, któremu nawet w najśmielszych snach nie śniło się coś podobnego.
Pan Bóg z pewnością wiedział, że jako chrześcijanie różnych pokoleń i okresów historii będziemy potrzebować takiego przykładu przemiany, jak ta, która dokonała się w Szawle z Tarsu. Przyjmując wiarę w Chrystusa, całkowicie odmienił swoje życie. Jego historia jest zaproszeniem także dla nas, współczesnych, do współpracy z łaską Bożą, która może dokonać w nas wielkich dzieł, jeśli tylko pozwolimy na to Bogu, otwierając przed Nim najskrytsze zakamarki naszego życia.
Każda nasza spowiedź jest spotkaniem z Jezusem „pod Damaszkiem naszego życia, naszego dziś”, kiedy On, nasz Zbawiciel, rozświetla światłem swojej łaski najciemniejsze zakamarki naszego serca. Dzięki temu możemy wyjść z nich na wolność i cieszyć się byciem Bożym dzieckiem, Jego umiłowanym synem lub córką. „Gdzie wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska”. Warto, wzorem św. Pawła, zadać Jezusowi pytanie: „Co mam czynić, Panie? Jak mogę wytrwać przy Tobie we współpracy z Twoją łaską?”. Nasze działania, choć niewielkie, będą wówczas wyrazem pokory i zaproszeniem Boga do naszej codzienności przemienionej Jego miłosierdziem. Dzięki temu pytaniu: „Co mam czynić, Panie?”, być może nie będziemy się tak łatwo zniechęcać w obliczu wyzwań, trudności czy niepowodzeń. Wsłuchani w głos Jezusa i posłuszni Jego woli, będziemy zmobilizowani, by na wzór św. Pawła podążać za Nim tam, gdzie tego zapragnie, nawet jeśli wyda się to trudne czy wręcz niemożliwe. „Wystarczy ci mojej łaski, moc bowiem w słabości się doskonali”.
Od momentu spotkania z Jezusem pod Damaszkiem, Paweł szczerze nawrócił się do Boga i przylgnął do Niego całym sercem. Jego relacja z Bogiem przestała być formalistyczna, oparta jedynie na tradycji, a stała się żywą relacją z Jezusem Chrystusem, opartą na miłości i zaufaniu. Paweł zaczął głosić Ewangelię, biorąc sobie głęboko do serca nakaz misyjny zawarty w fragmencie Ewangelii przypadającym na dzisiejsze święto: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu”. Szaweł – odtąd już jako Paweł (co oznacza „mały” lub „skromny”) – robił wszystko, co w jego mocy, by wypełnić polecenie Jezusa. Sam umniejszał się, zachowując skromność życia, by chlubić się jedynie krzyżem Chrystusa, którego tak bardzo ukochał. Był gotów ponosić liczne ofiary, niewygody i prześladowania, aby głosić Ewangelię mimo wszystko, nie szczędząc własnego zdrowia i życia, które ostatecznie oddał, umierając ścięty mieczem jako męczennik Kościoła.
Pięknie oddaje to modlitwa z dzisiejszej liturgii:
„Boże, któryś cały świat pouczył słowem głoszonym przez św. Pawła Apostoła, daj nam, prosimy, abyśmy, czcząc jego nawrócenie, zdążali do Ciebie za jego przykładem”.
Niech przykład Szawła, który stał się św. Pawłem, mobilizuje nas i inspiruje do tego, by nie roztrwonić łask i darów, jakie daje nam Jezus, oraz by każdego dnia konsekwentnie przeżywać swoje nawrócenie, które prowadzi nas coraz bliżej Boga.
Życie św. Pawła przypomina nam, że każda droga ku Bogu zaczyna się od otwarcia serca na Jego łaskę. Niech przykład Apostoła Narodów będzie dla nas inspiracją do odwagi w podejmowaniu duchowych przemian, do głoszenia Dobrej Nowiny w codzienności i do wytrwałego dążenia do świętości. Nawet w chwilach trudności pamiętajmy, że to Bóg nas umacnia, a Jego łaska jest wystarczająca, by pokonać wszelkie słabości. Idźmy zatem za Jezusem, jak św. Paweł, z ufnością powierzając Mu swoje życie.
o. Łukasz Listopad CSsR – „redemptor.pl”
Kard. Ryś o banerach Grzegorza Brauna:
antyludzki i antychrześcijański
Podczas obchodów XXVIII Dnia Judaizmu we Wrocławiu kardynał Grzegorz Ryś, przewodniczący Komitetu ds. Dialogu z Judaizmem Konferencji Episkopatu Polski, odniósł się do kontrowersyjnych banerów podpisanych przez europarlamentarzystę Grzegorza Brauna. Banery, które wywołały wiele emocji, przedstawiały hasło: „Chanuka czy Boże Narodzenie. Europo! Wybór należy do Ciebie”, co kardynał uznał za głęboko niewłaściwe.
Kardynał Grzegorz Ryś podczas obchodów XXVIII Dnia Judaizmu we Wrocławiu skrytykował kontrowersyjne banery podpisane przez Grzegorza Brauna, które przedstawiały fałszywy wybór między świętami Chanuki a Bożym Narodzeniem.
Banery z hasłem „Chanuka czy Boże Narodzenie. Europo! Wybór należy do Ciebie” zostały uznane przez kardynała za antyludzkie, antyeuropejskie i antychrześcijańskie.
Kardynał Ryś zaznaczył, że takie podejście jest sprzeczne z nauczaniem Kościoła i zaszkodzi dialogowi międzyreligijnemu oraz wartościom europejskim.
W 2022 roku Grzegorz Braun wzbudził kontrowersje, gdy podczas uroczystości w Sejmie ugasił świece chanukowe, za co został ukarany przez Sejm.
Kardynał podkreślił, że stawianie fałszywej alternatywy między tradycjami religijnymi jest niedopuszczalne i wyraził nadzieję, że Wrocław pozostanie miejscem bezpiecznym dla dialogu.
Kardynał Ryś wstrząśnięty banerami
Kardynał Ryś przyznał, że przez dwa tygodnie zastanawiał się, czy poruszyć ten temat publicznie, ale uznał, że musi to zrobić. Wspomniał, że o banerach poinformował go rabin Michael Schudrich, z którym kardynał kontaktował się podczas Europejskiego Spotkania Młodych w Tallinie na przełomie 2024 i 2025 roku.
„Treść baneru brzmi: 'Chanuka czy Boże Narodzenie. Europo! Wybór należy do Ciebie'. Sam widziałem te banery. Ten baner jest antyludzki, antyeuropejski, nie wiem, czy jest antysemicki, ale na pewno jest antychrześcijański” – podkreślił kardynał, krytykując ideę przedstawiania tych dwóch świąt jako przeciwstawnych (źródło: Kardynał Grzegorz Ryś, Wrocław).
Niezgodne z nauczaniem Kościoła
Kardynał Ryś zaznaczył, że podejście zaprezentowane na banerach jest sprzeczne z nauczaniem Kościoła i wartościami, jakie powinny być propagowane w Europie. Wyraził oburzenie wobec stawiania fałszywej alternatywy pomiędzy świętami żydowskimi a chrześcijańskimi, podkreślając, że takie działanie jest niedopuszczalne i szkodliwe dla dialogu międzyreligijnego.
„Prawda Boża jest gdzie indziej. Nie wiem, w jaki sposób mielibyśmy obchodzić Boże Narodzenie, wykreślając Chanukę” – dodał kardynał, wyrażając nadzieję, że Wrocław pozostanie bezpiecznym miejscem dla dialogu i współpracy różnych tradycji (źródło: Kardynał Grzegorz Ryś, Wrocław).
Grzegorz Braun i wcześniejsze kontrowersje
Grzegorz Braun nie po raz pierwszy wzbudza kontrowersje związane z judaizmem. W grudniu 2022 roku, podczas uroczystości chanukowych w polskim parlamencie, polityk ugasił gaśnicą świece chanukowe. Incydent wywołał falę krytyki, nawet ze strony jego kolegów z Konfederacji. Za ten czyn Braun został ukarany przez Sejm zabraniem połowy uposażenia na trzy miesiące i całości diety parlamentarnej na pół roku.
Gaśnica, której użył Braun, stała się od tamtej pory symbolem politycznym, wykorzystywanym przez jego partię, Konfederację Korony Polskiej.
wp.pl / red, za „deon.pl”
A może wreszcie zmienimy coś w wizytach po kolędzie?
Przyznam, że wizyta duszpasterska coraz bardziej budzi we mnie mieszane uczucia. I czuję, że pora już przemyśleć formę i cel takiego składania wizyt parafianom, jakie wyewoluowało zwłaszcza w dużych miastach.
Nie chodzi mi, rzecz jasna, o robienie chórku do tych wszystkich artykułów z gatunku "Ksiądz przyszedł po kolędzie. W to nie uwierzycie". Patrzę sobie na temat od strony wewnętrznej, katolickiej i pragmatycznej i widzę kilka rzeczy, które można z korzyścią dla nas, czyli wszystkich ludzi Kościoła, zmienić.
Rozróżnić wizytę i błogosławieństwo
Są parafianie, którym zależy na błogosławieństwie domu, ale ksiądz, jakiego obecnie mają w roli duszpasterza, nie jest ich wymarzonym gościem i cieszą się z tego, że kolęda jest dziesięciominutowa formalnością. Są też parafianie, którzy po kwadransie spędzonym na sprawach oficjalnych i administracyjnych (to tragiczne uzupełnianie kartoteki, które sprawia, że czujesz się jak na wizycie urzędnika) są rozczarowani, bo przygotowali ciasto, kolację, herbatę i nastawili się na chwilę spokojnej rozmowy, ale nie było na to czasu.
Być może rozwiązaniem byłoby rozróżnić te dwie rzeczy: błogosławienie domu i wizytę z rozmową. Ułożenie tego w planie kolędy nie byłoby chyba skomplikowane. Wtedy chętni na herbatkę i dłuższą rozmowę mieliby taką możliwość w wygodnym dla siebie, a nie narzuconym z góry czasie. A chętni na błogosławieństwo byliby odwiedzani tylko na poświęcenie domu. Skoro samochody da się święcić „hurtem”, dlaczego ksiądz nie mógłby na tej samej zasadzie przejść się po domach z kropidłem? A może iść krok dalej i w styczniu po prostu błogosławić, a na spotkania umawiać się na spokojnie aż do czerwca?
Odpuścić sobie koperty
To nie aż tak szokująca propozycja, biorąc po uwagę to, że są diecezje, w których zakaz zbierania pieniędzy po domach jest już wprowadzony. Wiem, że w wielu diecezjach takie postawienie sprawy mogłoby wywołać bunt zwłaszcza u tych księży, dla których kolęda jest sporym źródłem dochodu. Problem w tym, że w wielu miejscach wszystko się wokół tej koperty kręci – choć oficjalnie udajemy, że wcale nie. Oficjalnie przychodzimy porozmawiać i pobłogosławić dom, ale gdy w praktyce wizyta trwa 10-15 minut, zaczyna niestety bardziej przypominać usługę: święcimy – płacimy – następny, niż spotkanie i budowanie relacji.
I to jest prawdziwy problem z kopertami. Spora część ludzi jest przekonana, że ksiądz przychodzi po pieniądze, tylko nie nazywa tego wprost, a spora część księży tak bardzo liczy na te pieniądze, że tylko potwierdza te przekonania.
Od wielu księży słyszę, że zmiany w tej kwestii są bardzo skomplikowane i nie ma co tego ruszać w dobie kryzysu, ale tak szczerze - nie wiem, na czym to skomplikowanie polega i co miałoby popsuć. Jestem pewna, że dla wielu wiernych nie byłoby żadnym problemem wrzucić kwotę, którą chcą wesprzeć swoją parafię, do specjalnej "kolędowej" puszki po niedzielnej mszy - albo normalnie zrobić przelew. Co więcej, historycznie podczas wizyty duszpasterskiej pieniądze raz były zbierane, raz tego zakazywano, bo nie służyło wspólnocie – wydaje mi się więc, że niechęć do zmian w tej kwestii to bardziej sprawa przywiązania księży do posiadania takiego źródła dochodów. Co jest po ludzku zrozumiałe, ale jednak dosyć słabe. I jak często można zaobserwować - wymaga po prostu nawrócenia.
Zadbać o szacunek w sposobie mówienia
I nie chodzi mi wcale o szacunek do księży, bo ci, którzy przyjmują księdza po kolędzie, zazwyczaj w większości mają szacunek do duchownego i do wszystkich innych ludzi, których zapraszają w gości. Wyrażają go, przygotowując dom i poświęcając czas.
Myślę raczej o szacunku w drugą stronę. Na przykład o tym, żeby nie robić nieuprzejmych uwag gospodarzom, ugryźć się w język, zamiast rzucać złośliwy komentarz i nie wymagać dla siebie książęcego traktowania (dotyczy to też uwag w stylu „po co pani to zrobiła, ja tego nie będę jadł”). A po kolędzie nie opowiadać z kpiną kolegom-kapłanom, jak to jakaś baba zadawała głupie pytania, nie oceniać w małym gronie plebanijnym zamożności wiernych po oglądzie ich salonu i nie bulwersować, że ktoś dał w kopercie za mało, a ktoś wcale. A przede wszystkim nie licytować się z kolegami na ilość „wejść” – bo gdy słyszę czasem: „dzisiaj miałem dwadzieścia wejść”, mam wrażenie, że to weterynarz odwiedzał obory i doglądał żywego inwentarza, a nie ksiądz odwiedzał swoich parafian.
Wiecie: do nas, świeckich, też docierają te słowa i historie. I jest nam przykro. Nie zachęca nas to do zapraszania was do naszych domów – bo nie lubimy być traktowani jak głupie owce, o których się opowiada anegdoty. Nie dziwcie się więc, że czasem ludzie chodzący do kościoła przyjmują księdza niechętnie albo wcale. Może mają po prostu dość tego, że zachowuje się jak niewychowany gbur.
Odpuścić kolędowy sprint i odhaczanie tematu
Inną sprawą, która każe mi ze zdziwieniem patrzeć na zjawisko zimowej wizyty duszpasterskiej, jest totalne przeciążenie kalendarza księży przez pięć, sześć tygodni. I biadanie nad dzielnymi kapłanami, którzy przez śniegi przedzierają się do domów wiernych i chodzą godzinami po mrozie. Skazani na kolędę. Serio żal mi czasem facetów, którzy ledwo wrócili ze szkoły, w pośpiechu jedzą obiad i lecą na kolędę, na której spędzą kolejne sześć-siedem godzin. I tak przez miesiąc. A z drugiej strony myślę sobie: to dorośli ludzie. Mogą zarządzić tym inaczej. Czemu, na litość, tego nie zrobią?
Powiem szczerze: ten coroczny sprint przez mieszkania budzi we mnie rodzaj cichego buntu. Nie dziwi mnie, że mając przed sobą długą listę mieszkań, spotkań, ludzi i ich historii kolędujący duszpasterze zaczynają traktować często jedyne w roku spotkanie z parafianami jak zadanie odhaczenia piorunem, żeby potem w lutym polecieć na szybki urlop. Ale dziwi mnie, że z roku na rok jest tak samo. Jestem taki zmęczony, bo miałem kolędę – ale nie wyciągam wniosków, nic nie zmieniam i w kolejnym sezonie będę narzekał tak samo.
Jaki to ma sens? Dlaczego akurat tak ma wyglądać wizyta duszpasterska? Czy tak mówi Ewangelia, Tradycja, a może chociaż kodeks prawa kanonicznego czy dekret biskupa? Bynajmniej. Tak każe obyczaj. Obyczaj, który ma w tej formie ma tylko kilkadziesiąt lat. I wcześniej zmieniał się już wiele razy. Ale nie. Lepiej jest brnąć przez zaśnieżone pola, mrozić ręce i marudzić, że tyle mieszkań do przejścia, a tak mało czasu, niż coś zmienić.
Doprecyzować cel i nie udawać, że jest inny
I to jest właśnie kluczowe pytanie: jaki jest cel kolędy? Patrząc na polskie realia, można by wymienić takie cele cztery. Pierwszy to administracyjny przegląd wiernych (kto gdzie mieszka, kto nowy, kto po ślubie, kto bez ślubu, kto choruje, kto zmarł, czyja rodzina się rozrosła). Drugi to zbieranie pieniędzy. Trzeci to błogosławienie domu. Czwarty – to spotkanie z ludźmi, nawiązanie relacji, która na małej parafii rodzi się naturalniej, a na dużej często jej wcale nie ma, bo księdza widujemy przy ołtarzu i za kratkami konfesjonału – i tyle.
Co z tego jest w wytycznych Kościoła? Otóż obowiązek odwiedzania rodzin nakłada na proboszcza (nie na wikarych) kodeks prawa kanonicznego. Czytamy w nim, że proboszcz powinien „odwiedzać rodziny, uczestnicząc w troskach wiernych, zwłaszcza niepokojach i smutku, oraz umacniając ich w Panu, jak również – jeżeli w czymś błądzą – roztropnie ich korygując” (KPK 529). Widać tu, jaki jest zamysł: nie chodzi o zbieranie danych, o zbieranie pieniędzy ani nawet o błogosławieństwo domów, nawet nie chodzi o czas po świętach, ale o jakieś regularne spotkanie, poznawanie się i uczestniczenie proboszcza w „troskach” wiernych. Mamy więc fundamentalny cel obrośnięty celami dodatkowymi, które wzięły się z wymieszania potrzeb z ostatnich czterystu lat. Co więcej, zmieniające się realia kolędy były związane z różnymi etapami w życiu Kościoła – i jestem przekonana, że nadszedł taki czas, w którym trzeba kodeks wziąć na poważnie i postawić na budowanie relacji, kluczowe w czasach kurczącego się Kościoła i wychodzenia (wreszcie) z duszpasterstwa mas. A resztę narosłych na polskim gruncie celów zwyczajnie obciąć i już.
Kto jest najbardziej oporny na zmiany?
Kiedy czasem pytam o takie zmiany, słyszę duże protesty, ale raczej ze strony księży niż świeckich. Argumenty przeciw są zazwyczaj dwa: konieczność uzupełniania kartoteki i zbieranie pieniędzy. Przyznam, że czuję wtedy rodzaj niesmaku, bo oficjalnie mówi się przecież, że chodzi o błogosławieństwo i spotkanie, które jest dla parafian… Niestety, gdyby tylko o to chodziło, zmiana formy nie byłaby żadnym problemem i widać to w niektórych parafiach, w których księża przychodzą na zaproszenie, nie zbierają pieniędzy ani danych do kartoteki i spędzają sympatyczną godzinkę z goszczącą ich rodziną. To procentuje potem w dalszej znajomości, choćby w taki sposób, że wiadomo, o czym do księdza zagadać, gdy się go spotka po mszy.
Na szczęście tu i ówdzie już widać, że kolęda ewoluuje sobie powoli w prawdziwy czas spotkania. Nie z automatu ustawiona na niewygodną dla gospodarzy porę, ale zaplanowana z ich udziałem. Nie szybkie „wejście” na dziesięć minut i lecimy dalej, zostawiając rozczarowanie, że ksiądz nie porozmawiał, ale ze spokojnym czasem na rozmowę. Bo kolęda, traktowana jako narzędzie budujące relację, może być czymś bardzo dobrym dla Kościoła – o ile się wreszcie odważymy na zmiany.
Marta Łysek – „deon.pl”
Ukraińska zapinka
Drobny gest może budować nadzieję i dać komuś siłę.
Pamiętam jak przed dekadą, szukałam najemców na mieszkanie. Koleżanka znalazła mi rodzinę, szkopuł w tym, że byli z Ukrainy. Pierwszy raz zdałam sobie wówczas sprawę, jak zaszłości historyczne także we mnie rodzą nieuzasadnione uprzedzenia. Okazali się najlepszymi najemcami, jakich miałam. Następne lata stały się okazją do lepszego odkrywania „ukraińskiej duszy”, dzięki kolejnym poznanym ludziom. Po przenosinach mojej redakcji stałam się w Radiu Watykańskim sąsiadką sekcji ukraińskiej. Poznałam wschodnią gościnność, otwartość, ale i niesamowitą wdzięczność za trwanie z Ukrainą. Szczególnie teraz, gdy wojna w tym kraju zeszła na daleki plan w medialnych doniesieniach, a pomoc Ukraińcom staje się bardziej przyczynkiem do politycznych rozgrywek niż powodem do dumy.
W minioną środę przekonałam się, jak drobny gest może budować nadzieję i dać komuś siłę. Przyznam, że polało się wiele łez. Było to po audiencji środowej, na której z racji pracy często jestem „polskim głosem” papieża. Od wybuchu wojny zawsze na te audiencje chodzę z zapinką w kolorach ukraińskiej flagi. Nic ostentacyjnego, maleńki znak pamięci i solidarności. Dostrzegły go obecne na audiencji ukraińskie kobiety, które przyjechały opowiedzieć papieżowi o bólu i niepewności co do losu swych mężów, braci i synów, którzy są w rosyjskiej niewoli. Mówiły mu o tym, jak trudno żyć, gdy kolejny rok nie masz wieści o swym mężu i nie wiesz, czy wciąż jesteś żoną, czy już wdową. Franciszek patrzył na zdjęcia zaginionych żołnierzy, kładł na nie ręce w geście modlitwy i błogosławił ich żonom, matkom i siostrom. Krótkie chwile spotkania o niesamowitej sile nadziei.
Ja ten zastrzyk nadziei dostałam później. Ukrainki po audiencji poszły do radia, by podzielić się swym doświadczeniem. Gdy wypatrzyły mnie na korytarzu, serdecznie wyściskały. Nieco oszołomiona ich spontanicznością, usłyszałam słowa niesamowitej wdzięczności za mą „ukraińską zapinkę”, ale i za otwarte serca Polaków, którzy jako pierwsi wyciągnęli ręce do Ukraińców i nadal je wyciągają. Kolejny raz doświadczyłam jak bardzo wojna zwykłych ludzi, różni się od wojny polityków i jak ważna jest świadomość, że świat o nich nie zapomniał, nawet jeśli znakiem tej pamięci jest maleńka ukraińska flaga wpięta w sweter. Teraz obok niej pojawi się kłos zboża, który dostałam od matki chłopaka, o którym od dwóch lat nie ma żadnych wieści. Ostatni raz widziała syna na zapisie z drona, który utrwalił moment wzięcia go do niewoli przez Rosjan. Ten kłos w barwach Ukrainy ma dla mnie bezcenne znaczenie, jest w nim cierpienie matki, jej modlitwa i nadzieja.
Beata Zajączkowska – „wiara.pl”
Rada Miasta Krakowa usunęła abp. Jędraszewskiego z prestiżowej kapituły.
Decyzją Rady Miasta Krakowa, arcybiskup Marek Jędraszewski stracił miejsce w kapitule medalu Cracoviae Merenti, prestiżowego odznaczenia nadawanego przez miasto Kraków. Wnioskodawcami uchwały byli przedstawiciele Nowej Lewicy, którzy argumentowali, że zmiana ta ma na celu zapewnienie neutralności religijnej kapituły. Uchwała dotyczyła nie tylko abp. Jędraszewskiego, ale również wszystkich przyszłych metropolitów, którzy nie będą zasiadać w tym gremium.
Rada Miasta Krakowa zdecydowała o wykluczeniu abp. Marka Jędraszewskiego z kapituły medalu Cracoviae Merenti, co dotyczy również przyszłych metropolitów krakowskich.
Za uchwałą zagłosowało 23 radnych, przeciwko było 16, a troje wstrzymało się od głosu. Decyzję poparli radni Nowej Lewicy, KO i Krakowa dla Mieszkańców.
Nowa Lewica argumentowała, że wykluczenie metropolity ma na celu zapewnienie neutralności religijnej kapituły i rozdział Kościoła od państwa.
Radni PiS sprzeciwili się uchwale, uznając ją za atak na katolików i tradycję Krakowa, argumentując, że metropolita powinien zachować miejsce w kapitule.
Głównymi zarzutami wobec abp. Jędraszewskiego były jego kontrowersyjne wypowiedzi na temat osób LGBT, odprawianie mszy dla polityków oraz brak neutralności religijnej.
W 2019 roku podobna próba wykluczenia abp. Jędraszewskiego z kapituły została odrzucona, jednak w 2025 roku uchwała przeszła.
Decyzja symbolizuje zmieniający się stosunek do roli Kościoła w instytucjach publicznych w Krakowie oraz Polsce.
Głosowanie w Radzie Miasta – Zdania podzielone
Uchwała została przyjęta większością głosów. Za wykluczeniem metropolity zagłosowało 23 radnych, głównie z Nowej Lewicy, Koalicji Obywatelskiej i klubu Kraków dla Mieszkańców. Przeciwko głosowało 16 radnych, w tym radni PiS oraz część radnych KO. Troje radnych wstrzymało się od głosu.
W skład kapituły dotychczas wchodzili metropolita krakowski, prezydent miasta oraz rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego. Decyzja ta oznacza, że metropolita nie będzie miał już wpływu na przyznawanie odznaczenia, które jest uważane za jedno z najważniejszych wyróżnień Krakowa.
Argumenty za wykluczeniem metropolity
Radni Nowej Lewicy, którzy przygotowali projekt uchwały, podkreślali, że zmiana nie jest skierowana personalnie przeciwko abp. Jędraszewskiemu, lecz dotyczy rozdziału Kościoła od państwa. Grzegorz Garboliński (Nowa Lewica) argumentował, że wykluczenie metropolity to „spóźnione oddanie sprawiedliwości skrzywdzonym przez niego”, odnosząc się do wypowiedzi i działań Jędraszewskiego, które wzbudzały kontrowersje, m.in. dotyczących osób LGBT, zwolnień z kurii kobiet samotnie wychowujących dzieci oraz odprawiania mszy dla prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego na Wawelu.
„Świeckość, świeckość i jeszcze raz świeckość” – podkreśliła Małgorzata Potocka (Nowa Lewica), wskazując, że społeczeństwo oczekuje jasnego rozdziału państwa od Kościoła.
Sprzeciw ze strony PiS
Radni PiS stanowczo sprzeciwili się uchwale, twierdząc, że decyzja o wykluczeniu metropolity jest atakiem na katolików. Michał Drewnicki (PiS) zarzucił Nowej Lewicy, że dążą do dyskryminacji katolików, stanowiących znaczną część społeczeństwa. Drewnicki zwrócił również uwagę, że skoro lewica chce neutralności religijnej, to powinna również dążyć do neutralności politycznej, proponując usunięcie prezydenta Krakowa z kapituły, który przynależy do Platformy Obywatelskiej.
Z kolei Michał Ciechowski (PiS) określił decyzję jako „polityczną hucpę”, argumentując, że posługa Jędraszewskiego jako metropolity krakowskiego dobiega końca, a uchwała jest próbą wywołania podziałów społecznych.
Głosowanie wśród radnych KO i Krakowa dla Mieszkańców
Wśród radnych Koalicji Obywatelskiej i Krakowa dla Mieszkańców zdania były podzielone. Część z nich opowiadała się za tradycją i uznaniem roli metropolity krakowskiego w kapitule, co podkreślała Iwona Chamielec (KO), wskazując na chrześcijańskie korzenie Krakowa. Z kolei Bartłomiej Kocurek (KO) stwierdził, że „jeżeli piekło istnieje, to znajdzie się tam pan Jędraszewski”, wyrażając potrzebę odcięcia się od osoby metropolity, który – jego zdaniem – ma fundamentalistyczne poglądy.
Aleksandra Owca (Kraków dla Mieszkańców) poparła uchwałę, zaznaczając, że kapituła medalu powinna być świecka i nie może zależeć od osoby piastującej funkcję biskupa.
Przeszłość i przyszłość medalu Cracoviae Merenti
Medal Cracoviae Merenti jest jednym z najważniejszych odznaczeń nadawanych przez miasto Kraków, a jego kapituła decyduje o wyróżnianiu osób zasłużonych dla miasta. Arcybiskup Marek Jędraszewski, który w lipcu 2024 roku skończył 75 lat, wcześniej złożył rezygnację z funkcji metropolity krakowskiego, ale Watykan jeszcze nie wyznaczył jego następcy. Jego obecność w kapitule budziła kontrowersje, a w 2019 roku pojawiła się pierwsza próba wykluczenia go z tego gremium, jednak wówczas większość radnych odrzuciła ten pomysł.
interia.pl / red, za „deon.pl”
Pod Drzwiami Świętymi:
„Pięknie jest przeżyć tę chwilę w ciszy”
Przechodząc przez Drzwi Święte Bazyliki Świętego Piotra, pielgrzymi z całego świata i w każdym wieku spotykają się na chwilę. Przybyli, aby na swój sposób przeżyć Jubileusz 2025. I.Media podążało za jedną z wielu grup, które już przekroczyły próg papieskiej bazyliki.
„Zachowaj ciszę”
U podnóża Zamku Anioła wolontariusze w zielonych uniformach przypominają wszystkim pielgrzymom, którzy chcą podążać specjalnie dla nich przygotowaną trasą: „Zachowaj ciszę”. Ojciec Romain, odpowiedzialny za opiekę duszpasterską w parafii Najświętszej Maryi Panny w Lyonie, stanowczo powtórzył ten nakaz dużej grupie uczniów, którym towarzyszył podczas czterodniowej pielgrzymki do Rzymu. W ciągu kilku minut podekscytowanie przebywaniem z kolegami z klasy w Wiecznym Mieście w pięknym zimowym słońcu stopniowo ustąpiło miejsca głębokiemu poczuciu kontemplacji. „Pięknie jest przeżyć ten moment w ciszy” – zwierzył się jeden z przewodników.
Do grupy uczniów dołączyło pięciu kapłanów. Są to misjonarze klaretyni, znani również jako Synowie Niepokalanego Serca Maryi, którzy postępują zgodnie z regułą stworzoną w XIX wieku przez Katalończyka Antoniego Marię Clareta. Wszyscy mieszkają w Rzymie, w domu generalnym zakonu. Dziś jest ich comiesięczny dzień skupienia, podczas którego poświęcają czas na „zbliżenie się do domu swojej wiary” – jak wyjaśnił ojciec José z delikatnym uśmiechem.
(Prawie) każdy ma w tym roku swój jubileusz w Rzymie. Sprawdź, kiedy będzie twój!
Pielgrzymi krzyż
Wolontariusz przynosi krzyż ojcu Romainowi, który wyjaśnia, że młodzi ludzie będą po kolei nieść go wzdłuż trasy wyznaczonej przez organizatorów Jubileuszu. Z Zamku Anioła do wejścia do Bazyliki św. Piotra pielgrzymi mogą przejść specjalnie przygotowanym chodnikiem. Unikając tłumu turystów – ale nie kontroli bezpieczeństwa – uczniowie, a kilka metrów za nimi pięciu klaretynów, powoli posuwali się naprzód, na przemian w ciszy, słuchając czytań i pieśni, które młodzi ludzie nieśmiało podejmowali.
Gdy grupa weszła na Plac Świętego Piotra, jedna z przewodniczek wyjaśniła znaczenie dwóch wielkich „ramion” kolumny Berniniego, symboli powitania Kościoła dla całej ludzkości. „To czas, abyście podziękowali Panu za wszystkie piękne rzeczy, które wam daje” – powiedziała. W grupie nikt nie rozmawia, a skupienie uczniów mocno dotyka pięciu klaretynów, którzy podążają za nimi i powtarzają modlitwy grupy w swoim własnym języku.
Za wszystkimi świętymi
Śpiewając „Je béniira le Seigneur” (Będę błogosławił Pana), procesja wyprzedza turystów, którzy po prostu przyszli zwiedzić bazylikę. „Przechodząc pod Drzwiami Świętymi, podążamy za wszystkimi, którzy byli przed nami w Kościele, za wszystkimi świętymi” – wyjaśnia ojciec Romain, zanim jeden z przewodników rozpocznie Litanię do Wszystkich Świętych. Po kwadransie marszu, przerywanego krótkimi postojami na wysłuchanie psalmu lub medytacji, grupa jest już przed Drzwiami Świętymi.
„To chwila osobista i zachęcam was, abyście przeżyli ją głęboko w sobie” – stwierdził jeden z przewodników. Tak więc w modlitewnej ciszy pokonaliśmy jeszcze kilka metrów. Jeden ze uczniów uklęknął, a jeden z księży klaretynów zatrzymał się na progu, by dotknąć Drzwi. Wewnątrz Bazyliki grupa kontynuuje podążanie za krzyżem, teraz tonącym w tłumie zwiedzających, i w końcu dociera do serca bazyliki – Konfesji św. Piotra.
Wyjaśniając historię tego miejsca, które tradycja i liczne wskazówki historyczne wskazują jako grób świętego Piotra, ojciec Romain zaprosił uczniów do odmówienia Credo, po czym pozwolił im podzielić się na małe grupy, aby zwiedzić to miejsce, przed kontynuowaniem programu ich podróży. Dla klaretynów dzień rekolekcji trwa nadal. „Po raz pierwszy przeszedłem przez święte drzwi” – wyznaje ojciec José Enrique, a jego twarz rozjaśnia wielki uśmiech.
Camille Dalmas – „aleteia.pl”
Święci i błogosławieni w tygodniu
|
•
|
19 stycznia - św. Józef Sebastian Pelczar, biskup
|
|
•
|
19 stycznia - św. Henryk z Uppsali, biskup i męczennik
|
|
•
|
19 stycznia - św. Mariusz, męczennik
|
|
•
|
19 stycznia - błogosławieni Jakub Sales, Wilhelm Saltemouche i inni, męczennicy jezuiccy
|
|
•
|
19 stycznia - św. Makary Wielki, opat
|
|
•
|
19 stycznia - św. Kanut Leward, król i męczennik
|
|
•
|
20 stycznia - św. Fabian, papież i męczennik
|
|
•
|
20 stycznia - św. Sebastian, męczennik
|
|
•
|
20 stycznia - św. Eustachia Calafato, dziewica
|
|
•
|
20 stycznia - bł. Euzebiusz z Ostrzyhomia, prezbiter
|
|
•
|
20 stycznia - bł. Angelo (Anioł) Paoli, prezbiter
|
|
•
|
21 stycznia - św. Agnieszka, dziewica i męczennica
|
|
•
|
22 stycznia - św. Wincenty, diakon i męczennik
|
|
•
|
22 stycznia - św. Wincenty Pallotti, prezbiter
|
|
•
|
22 stycznia - bł. Laura Vicuña, dziewica
|
|
•
|
22 stycznia - bł. Wilhelm Józef Chaminade, prezbiter
|
|
•
|
23 stycznia - błogosławieni Wincenty Lewoniuk i Towarzysze, męczennicy z Pratulina
|
|
•
|
23 stycznia - bł. Henryk Suzo, prezbiter
|
|
•
|
23 stycznia - bł. Mikołaj Gross, męczennik
|
|
•
|
23 stycznia - św. Ildefons, biskup
|
|
•
|
24 stycznia - św. Franciszek Salezy, biskup i doktor Kościoła
|
|
•
|
24 stycznia - bł. Paula Gambara Costa, tercjarka
|
|
•
|
25 stycznia - Nawrócenie św. Pawła, Apostoła
|
|
•
|
26 stycznia - święci biskupi Tymoteusz i Tytus
|
|
•
|
26 stycznia - święci Robert, Alberyk i Stefan, opaci
|
|
•
|
26 stycznia - św. Paula, wdowa
|
