W BLASKU MIŁOSIERDZIA
37/1037 – 17 sierpnia 2025 r. C.
INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA
Niedziela, 17 sierpnia 2025 r.
XX niedziela zwykła rok „C”
Czytania
Pierwsze czytanie: Jr 38,4-6.8-10
Psalm: Ps 40
Drugie czytanie: Hbr 12,1-4
Ewangelia: Łk 12,49-53
Ewangelia
Wymagania służby Bożej
Łk 12, 49-53
✠ Słowa Ewangelii według Świętego Łukasza
Jezus powiedział do swoich uczniów:
«Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę, ażeby już zapłonął. Chrzest mam przyjąć, i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie.
Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie podzielonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej».

Komentarz do czytań
XX niedziela zwykła roku C... No cóż, nikt nie obiecywał, że bycie chrześcijaninem jest łatwe. Być chrześcijaninem to nieraz konieczność postawienia się w opozycji do świata. Konieczność. Bo przecież nie chodzi o to, by być w opozycji tylko dla pofolgowania swojej złości wobec otoczenia. Chrześcijanin nie powinien być zrzędą. Ale czasem trzeba powiedzieć "nie". Dla Chrystusa.
A najgorsze, że czasem trzeba postawić się w opozycji wobec braci czy sióstr w wierze. Gdy, z różnych powodów, kogoś lub coś postawili ponad wierność Bożemu prawu i Ewangelii...
Z kim wierny uczeń Chrystusa musi walczyć? Z jakimiś "onymi"? Sęk w tym, że często ze "swoimi". I samym sobą na dokładkę.
Czy chrześcijanin powinien być człowiekiem zgody i pokoju? Niekoniecznie. Brzmi jak herezja, ale tak właśnie jest. Chrześcijanin nie może w imię rzekomej troski o pokój zgadzać się na to, co złe, niesprawiedliwe, krzywdzące, nieprawe; nie może zgadzać się na deptanie tego, czego chce od nas Bóg. I nie może zgadzać się na to za cenę zaparcia się Jezusa...
Ludzkie kalkulacje... Wiele ich. Dziś też. Przeróżnych. Chrześcijanin powinien jednak we wszystkich sprawach liczyć się z Bogiem. Także gdy chodzi o politykę. Nie musi zgadywać, jaka jest Jego wola. Zna ją. Zna przecież przykazania, zna prawo miłości...

W dzisiejszym numerze
- Duchowa rewolucja
- Pali się? Trudno
- Na wzór ofiary Chrystus
- Przyszedłem ogień rzucić na ziemię
- Najdoskonalsza z modlitw
- Cud św. Szarbela w Neapolu. „Nie mogłem uwierzyć w to, co widziałem.
- Największy skarb – drugi człowiek. Współwędrowcy na szlaku
- Święci i błogosławieni w tygodniu

Duchowa rewolucja
Pan Jezus wyraża dzisiaj głębokie pragnienie, by na całym świecie dokonała się duchowa rewolucja. Ogień, który chce rzucić na ziemię, to ogień Ducha Świętego, ogień Bożej miłości, który całkowicie zmienia sposób komunikacji człowieka z Bogiem i wynosi jakość relacji międzyludzkich na nowy, Boży poziom. Chrzest, który Jezus ma przyjąć, to Jego śmierć i zmartwychwstanie, które otworzą ludziom drogę do wiecznego zbawienia. Jednocząc się z Chrystusem przez sakramenty, człowiek przejdzie razem z Nim ze śmierci do nowego życia.
Nic dziwnego, że w obliczu tak wielkiego dobra, które diametralnie zmieni duchową sytuację człowieka na ziemi, Jezus doznaje wewnętrznej udręki, dosłownie „przynaglenia”, by ten plan zbawienia zrealizować. Tego samego czasownika συνέχω używa Paweł, gdy pisze do Koryntian o miłości Chrystusa, która „przynagla” go do głoszenia Ewangelii, by człowiek „nie żył dla siebie, ale dla Tego, który za niego umarł i zmartwychwstał” (2 Kor 5,14n).
Historia uczy jednak, że każdy wynalazek czy nauka, które rewolucjonizują życie społeczne, najpierw wzbudzają opór. Dość powiedzieć, że teorię heliocentryczną Kopernika uznano za herezję, a prędkość osiągana przez pociąg czy samochód miała mieć negatywny wpływ na ludzki mózg. Dzisiaj podobne dyskusje prowadzimy na temat internetu, telefonów komórkowych czy sztucznej inteligencji, która za chwilę wywróci nasz dotychczasowy sposób funkcjonowania do góry nogami.
Podobnie nie brakowało i nie brakuje oporów wobec rewolucji, którą Jezus zapoczątkował dwa tysiące lat temu. Bóg przewidział, że realizacja planu zbawienia spowoduje najpierw rozłam i podziały; że ludzie podzielą się na wierzących i niewierzących, praktykujących i niepraktykujących; że Kościół jednym będzie się podobał, a innym będzie przeszkadzał; że część ludzi uzna potrzebę sakramentów, a inni je odrzucą. Kto jednak uwierzył Jezusowi, ten już doświadcza wewnętrznego pokoju i Bożej mocy. Dlatego, choć Jezus mówi, że przynosi ziemi rozłam, to przy Jego narodzinach aniołowie śpiewają, że „na ziemi pokój ludziom dobrej woli”.
Jacek Pietrzak OP – „wdrodze.pl”

Pali się? Trudno
Chrześcijanin nie może bać się ognia wierności Jezusowi. Słyszę dziś w Ewangelii. Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę, ażeby już zapłonął. Chrzest mam przyjąć, i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie.
Chrztem Jezusa była bolesna śmierć... Wiedział, że tak trzeba, że tak odkupi świat, chciał tego. Ale się bał. A ów ogień? Czy to ogień Ducha Świętego, rozpalający wiarę w świecie? Raczej nie. Raczej to ogień sprzeciwu, rozłamu, o którym Jezus mówi dalej:
Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie podzielonych w jednym domu.
Rozłamu z powodu wiary w Niego... Wierność Ojcu, przez którą Jezus wysłużył nam zbawienie, wiele Go kosztowała. Nas aż tyle nie kosztuje. Nieraz zresztą bywa źródłem niekłamanej radości; pokoju wypływającego z poczucia bycia blisko Niego. Ale przychodzi czasem taka chwila, że bycie chrześcijaninem staje się niewygodne. A przynajmniej przyznawanie się do bycia nim staje się niewygodne. Tak jest między innymi wtedy, gdy trzeba tym, których się kocha powiedzieć „nie”. I wbrew temu, czego oczekują, wiernie trwać przy Chrystusie i tym, czego uczył.
Nie, to nieprawda, że chrześcijanin zawsze powinien wybierać to, co służy zgodzie i pokojowi. Nie wtedy, gdy równałoby się to zdradzie Jezusa, nie wtedy gdy byłoby zgodą na grzech. Wtedy trzeba pójść na przekór. Dla Chrystusa. Ten ogień to właśnie ta nasza niezgoda na zło. To nasza wierność Chrystusowi.
„wiara.pl”

Na wzór ofiary Chrystusa
1. Niewierzący niekiedy zarzucają nam wygodną religijność, coś jak polisę ubezpieczeniową na życie, zwłaszcza wieczne. Marksiści znów za Leninem powtarzają: „religia jest opium dla ludu”. Płytkie te oceny płyną bądź z obserwacji życia niektórych ludzi o niewłaściwej pobożności, bądź z założeń ideologicznych, które liczą się tylko z życiem doczesnym. Tymczasem inna jest prawda życia uczniów Chrystusa. Z dzisiejszych czytań okaże się, że ono wcale nie jest przebywaniem „jak u Pana Boga za piecem”, lecz mężną walką. W niej, inaczej niż w bojach ludzkich, zwycięstwo nie jest jakimś wyczynem. Wzorem bohaterstwa jest dobrowolna ofiara Chrystusa, który dla nas przecierpiał krzyż. Podane wyżej w tytule twierdzenie otrzymuje dziś dowód biblijny złożony z trzech części, stanowiących: zapowiedź, wzór i zachętę. Ukażą się kolejno prorok Jeremiasz jako typ cierpiącego Mesjasza, ocena ofiary krzyżowej z Listu do Hebrajczyków oraz słowa Jezusa Chrystusa do nas, Jego uczniów.
2. Księga Jeremiasza mało kiedy mówi o Mesjaszu, ale sam prorok stanowi osobowy typ Mesjasza ze względu na przeżyte dla sprawy Bożej cierpienia. Dzisiejszy urywek jest takim dramatycznym epizodem jego życia, w którym Jeremiasz się nie odzywa. Zwolennicy dalszej walki zbrojnej z wojskami króla Nabuchodonozora, oblegającymi Jerozolimę, zwalczali wpływy proroka, który zalecał królowi Sedecjaszowi poddanie się najeźdźcy dla ratowania miasta. Wymogli więc wpierw na chwiejnym królu uwięzienie niewygodnego proroka w lochu. Potem, gdy król na prośbę proroka przeniósł go do wartowni, ten złagodzony środek izolacji wydał się przeciwnikom Jeremiasza jeszcze za mało skutecznym, zażądali więc zgładzenia go. Wymyślili dla niego powolną śmierć z głodu w błotnistej cysternie. Wszakże jeden z dworzan królewskich, Kuszyta Ebedmelek, nakłonił Sedecjasza do wydobycia proroka stamtąd, zanim umrze. Za zgodą króla ów cudzoziemiec, poganin, ocalił mu życie.
Autor Listu do Hebrajczyków, jak jego mistrz św. Paweł (por. 1 Kor 9,24–27; Ga 2,2 ; Flp 3,12nn; 2 Tm 2,5; 4,7n) porównuje nasze moralne wysiłki do zawodów, do których stajemy odłożywszy grzech, jako przeszkodę. Wzorem w zawodach jest Jezus Chrystus tylko w tym miejscu określony dwoma greckimi rzeczownikami, które nie mają odpowiedników dosłownych. Tłumaczymy więc je opisowo: który nam w wierze przewodzi (jak greccy filozofowie swoim szkołom) i ją wydoskonala. To ostatnie słowo znaczy, że Jezus w niebie jest kresem naszych wysiłków. Syn Boży przed Wcieleniem dokonał wyboru między dwiema drogami życia (por. Flp 2,6–8; 2 Kor 8,9). Radość, którą Mu obiecywano (np. w proroctwach mesjańskich) odłożył na czas swego zwycięstwa nad śmiercią. Odniósł je, gdy przecierpiał krzyż (dosłownie: „wytrzymał”), nie bacząc na jego hańbę (była to kaźń tylko dla niewolników). Zasiadł (perfectum!) po prawicy tronu Boga, na zawsze, jako moc i wzór do naśladowania w naszych walkach.
W Ewangelii w pierwszych dwóch wierszach tylko Łukasz ma paradoksalną dla ówczesnych słuchaczy wypowiedź Jezusa. Dziś, po faktach paschalnych, lepiej ją rozumiemy. Cenna zaś jest podwójnie: odsłania nam Jego pragnienie, by życie swoje złożyć w ofierze, oraz podaje zapowiedź tego, co nas czeka jako Jego uczniów. Podwójna przenośnia – ognia i wody – wyraża Jezusowe pragnienie ofiary. Znając już cały Nowy Testament, w płonącym ogniu odczytujemy obiecane działanie Ducha Świętego w Kościele, oczyszczające i rozpalające miłością (por. Łk 24,32; J 12,32), jak je zapowiedział Jan Chrzciciel (por. Mt 3,11). Przedtem jednak czeka Jezusa ciężkie doświadczenie wyrażone biblijnym symbolem (por. Mk 10,38) zanurzenia do wody, takie bowiem jest pierwotne znaczenie słowa greckiego baptizein, od którego pochodzi nasz chrzest. Końcowa zapowiedź losu uczniów (por. Mt 10,34nn – cytat z Mi 7,6), za pomocą przenośni miecz obrazuje podział, jaki między ludzi nawet najbliższych wprowadzą radykalne wymagania Jezusa.
3. Główna myśl wszystkich czytań odnosi się do realizmu życia doczesnego chrześcijan jako uczniów Chrystusa. Człowiek przed wiekami wybrany i powołany przez Boga w Chrystusie (por. Ef 1,5) ma tu i teraz dzielić życie ze swym Odkupicielem. Stąd konsekwentny chrześcijanin musi mieć nieuniknione konflikty ze swym otoczeniem (por. 2 Tm 3,12) na tle różnic drogi życiowej, bo Jezus Chrystus był i na zawsze pozostanie „znakiem sprzeciwu” (por. Łk 2,34) jako absolutna prawda o Bogu i o człowieku. Konkretny sprzeciw może mieć różne tło i odmienne motywacje wrogich działań, ale ostateczna racja jest właśnie ta. W znoszeniu tego sprzeciwu niezbędnym dla nas wzorem pozostanie na zawsze dobrowolnie przyjęta przez Jezusa ofiara krzyżowa, której pragnął On ożywiony miłością. To ona ma z kolei rozpalać tych, którzy się do Niego solidarnie przyznają. A to pociąga za sobą z konieczności stałe odrywanie się od samych siebie. Ofiara Chrystusa nie jest tylko wzorem dla nas, ale i mocą zwycięską.
4. Po wyzyskaniu wstępu (pkt 1) i myśli głównej (pkt 3) homilia może rozwinąć temat: „Męstwo w zawodach życiowych na wzór ofiary Chrystusa”. Omówić można 3 praktyczne wnioski z dzisiejszych czytań: 1) za prawdy objawione i wynikające z nich zasady postępowania bądźmy gotowi na prześladowania jak Jeremiasz, typ cierpiącego Mesjasza, choćby to były tylko drwiny, i to ze strony najbliższego otoczenia, jak rodzina; 2) stale odsuwajmy od siebie grzech, który nas łatwo zwodzi, przez unikanie bliższych okazji do grzechu, choćby dostarczanej przez środki masowego przekazu, i jednoczesne zwalczanie w sobie poznanych złych skłonności oraz korzystanie regularne z sakramentu pojednania i z Eucharystii, trwałych owoców ofiary Chrystusa; 3) ze słów proroctwa: Będą patrzeć na Tego, którego przebili (Za 12,10) uczyńmy sobie hasło do częstego rozważania krzyża Chrystusa, źródła naszego męstwa i rękojmi dojścia do ostatecznego pokoju.
Augustyn Jankowski OSB – „wiara.pl”

Przyszedłem ogień rzucić na ziemię
W Afryce Wschodniej, pod koniec pory suchej, w styczniu i lutym, mamy do czynienia z wielkimi „pożarami buszu”, które spalają roślinność rozległych obszarów sawanny. Pożary te często są wzniecane celowo, aby usunąć chwasty, ściernisko i cierniste krzewy. Ogień zdaje się niszczyć wszystko, oszczędzając jedynie najwyższe i najsilniejsze drzewa. Z nadejściem pory deszczowej cała okolica ponownie ożywa: pojawiają się zielone liście, dzikie owoce i delikatna trawa.
Ponieważ świat wydawał się pełen niesprawiedliwości i przemocy, ludzie w czasach Jezusa uważali, że potrzeba ognia, który oczyści stary świat z wszelkiego zła i przygotuje narodziny nowego. Prorok Sofoniasz zapowiada nadejście takiego dnia „ognia”, gdy mówi: „ogień mej żarliwości pochłonie całą ziemię” (So 3,8; por. 1,18). Ogień ten nie tyle ma zgładzić grzeszników, ile zniszczyć zło.
O ogniu mówi Jezus w dzisiejszej Ewangelii: „Przyszedłem ogień rzucić na ziemię” (Łk 12,49).
Ogień, o którym mówi Jezus, to ogień oczyszczający i zbawiający – to ogień Jego słowa, Jego nauki, Jego orędzia zbawienia. Kto podąża za Jezusem, pragnie, aby ogień, który On rozpalił, płonął jasno w tym świecie.
Wciąż daleko nam do tego, by nakarmić wszystkich głodnych, zagwarantować równe prawa wszystkim, wyeliminować wojny i pozbyć się broni jądrowej. Ogień przemiany, którego potrzebujemy, to nie tylko głębokie reformy gospodarcze, ale przede wszystkim przemiana sumienia ludzi i narodów.
„Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam” (Łk 12,51).
To powiedzenie może brzmieć zaskakująco, bo przecież mamy nadzieję, że Jezus przynosi pokój. Przyzwyczailiśmy się utożsamiać Jezusa z pokojem – czyż nie jest On Księciem Pokoju? Prorocy zapowiadali, że Mesjasz będzie Księciem Pokoju, a Jego panowanie nie będzie miało końca (Iz 9,5-6). Zapowiadali też, że ogłosi On pokój wszystkim narodom ziemi (Za 9,10). Jednak Jezus mówi wprost o podziałach, jakie spowoduje Jego słowo. Stwierdza, że Jego obecność i nauka będą źródłem rozłamu – nawet w rodzinach czy społecznościach – ponieważ życie zgodne z Ewangelią może prowadzić do trudnych wyborów, sprzeciwu wobec dotychczasowych norm i wartości, a nawet konfliktów.
Przyglądając się życiu Jezusa, poszukujmy wskazówek, jak pogodzić „pokój” i „rozłam”. Widzimy, że część tych podziałów i wewnętrznej walki dokonuje się w Nim samym – szczególnie w modlitwie w Ogrodzie Oliwnym, a część ma miejsce w relacji z innymi – z Jego Matką i krewnymi.
Podążanie za wolą Ojca prowadzi Jezusa do pokoju, który płynie z bycia wiernym sobie i Bogu.
Niech to będzie również nasza droga do pokoju – pośród różnych doświadczeń podziałów w rodzinie, społeczeństwie i w nas samych – przez odczytywanie znaków czasu w świetle Ewangelii i Bożej woli, która jest w nich zawarta. Niech ogień Chrystusowego słowa zapłonie w nas i przemienia nasz świat od wewnątrz.
o. Andrzej Szorc CSsR
Misjonarz Prowincji Warszawskiej Redemptorystów – Gdynia

Najdoskonalsza z modlitw
To modlitwa siedmiu próśb. Część z nich nie jest jednak tylko prostą prośbą o jakiś dar. Pokazuje, że gramy w drużynie Pana Boga. I Jego zwycięstwo jest tez naszym.
Kiedy podczas piłkarskiego meczu coś dzieje się pod jedną czy drugą bramką, wielu nie wytrzymuje i wstaje z miejsca. Nawet gdy obserwuje wydarzenia przed ekranem telewizora. Bo trudno usiedzieć, gdy jest się w to, co się dzieje, mocno zaangażowanym. Podobnie jest podczas Mszy. Gdy rozpoczyna się modlitwa „Ojcze nasz” wszyscy od dłuższego czasu już stoją. Od przygotowania darów. Bo potem nie sposób było siedzieć. Najpierw wielkie dziękczynienie, potem Bóg przyjmuje postać Chleba i Wina – wtedy nawet klęczymy – potem to ofiarowanie Bogu Jego Syna, wystąpienie w roli wstawiającego się za innymi kapłana i na koniec wielkie uwielbienie Ojca przez, z i w Synu z Duchem Świętym. Nie ma czasu, by emocje mogły opaść. Ciągle coś wielkiego się dzieje.
Święty Jan pisze w swoim pierwszym liście: „Zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi i rzeczywiście nimi jesteśmy”. Uświadomiwszy sobie podczas Modlitwy Eucharystycznej swoją wielką godność wynikającą z Bożego wybrania, tym śmielej zgromadzeni przystępują do kolejnej części Mszy - obrzędów Komunii. Zaczyna się od wspólnej modlitwy. Nie byle jakiej, ale tej najbardziej czcigodnej, której nauczył nas nasz Zbawiciel, Jezus Chrystus, w której odmawianiu znajduje kontynuację myśl o tym, że w przez Syna staliśmy się synami.
Pierwsze słowo tej modlitwy, „Ojcze”, przypomina o wielkiej godności chrześcijanina. Już się do tego przyzwyczailiśmy, ale możliwość, by w ten sposób zwracać się do Wszechmocnego Pana i Stwórcy wszystkich rzeczy to coś niesamowitego. Uświadamia nam, kim jest Bóg. Jest tym, od którego pochodzi ludzkie życie, wielkim dobroczyńcą człowieka. Odnosząc naszą relację do Boga do relacji rodzinnych przypomina, że nie powinniśmy dyktować Bogu, co i jak ma robić. Raczej wymaga On od nas, byśmy na serio i z wielkim zaufaniem przyjmowali wszystko, co nam w swojej mądrości i miłości przygotował.
Może to dziwne, ale kolejne słowo Modlitwy Pańskiej – niepozorne „nasz” – też niesie ze sobą ważną treść. Bóg nie jest tylko moim Bogiem. Jest Bogiem moich braci i sióstr. Także tych dalekich. Więcej, jest też Bogiem tych, których nie lubię, z którymi się nie zgadzam i tych, którzy mnie skrzywdzili. Do Boga nie idę w pojedynkę, ale wespół z innymi, którzy nazywają Boga swoim Ojcem.
A fraza: „Któryś jest w niebie”? To nie tylko potwierdzenie oczywistości. Przypomina, że rzeczywistość ziemska i niebieska nie są tożsame. Bóg, który zamieszkuje niebo, jest ponad zmiennym i ograniczonym w czasie światem. Jednocześnie uświadamia, że nasz Ojciec jest już tam, gdzie my, po swojej ziemskiej wędrówce, też mamy nadzieję się znaleźć.
Potem w Modlitwie Pańskiej następują trzy, trochę nietypowe jak na nasze przyzwyczajenia, prośby. Najpierw „święć się imię Twoje”. Imię, czyli Ty sam. To znaczy „bądź uwielbiony”, „niech Twoją chwałę dostrzeże cały świat”. Potem kolejna prośba – „przyjdź królestwo Twoje”. Czy chodzi tylko o przyspieszenie końca świata? Niekoniecznie. Przecież królestwo Boże – jak uczył Jezus w przypowieściach – już jest wśród nas. „Niech się rozszerza”, „niech rośnie”, „niech coraz więcej ludzi oddaje Ci chwałę przez poszanowanie Twojego prawa”. No i w końcu prośba: „bądź wola twoja jako w niebie tak i na ziemi”. Chodzi zarówno o tę wolę, która przejawia się w zrządzeniach losu, jak i tę, zawartą w Bożym prawie. W niebie to wszystko jest przyjmowane. To prośba, aby ziemskie sprawy jak najbardziej upodobniły się do niebieskich; aby ludzie stali się podobni świętym i aniołom.
Kolejną prośbę, „chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”, spokojnie mogą powtarzać także ci, którzy są na bezglutenowej diecie. Chleb jest tu tylko symbolem. Tego, co najbardziej niezbędne do życia. Wypowiadając ją uświadamiamy sobie, że nie wszystko zależy od naszych wysiłków i zapobiegliwości. Z kolei prosząc Boga o odpuszczenie naszych win, kolejny raz podczas Mszy uświadamiamy sobie własną grzeszność. Nigdy nie możemy popaść w samozadowolenie. Zawsze moglibyśmy więcej kochać, lepiej służyć. I im bardziej uświadamiamy sobie naszą niegodność, tym szczerzej możemy powtarzać „jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. Wszak nikt z nas nie chciałby być w sytuacji owego ewangelicznego nielitościwego sługi, któremu Pan najpierw darował dług, ale potem, dowiedziawszy się o braku miłosierdzia wobec współsługi, kazał go wtrącić do więzienia.
Kolejna prośba tej modlitwy, „nie wódź nas na pokuszenie”, bywa dla niektórych myląca. Sugeruje, jakoby Bóg był kusicielem. Nieszczęsny ów zwrot to efekt zmian zachodzących w naszym języku. Współczesne tłumaczenia biblijne oddają tę w oryginale grecką frazę Modlitwy Pańskiej przez „nie dopuść, byśmy ulegli pokusie” . Można w tym momencie sercem prosić – oddal od nas pokusy, bo jesteśmy słabi; nie daj, byśmy byli kuszeni, nie wystawiaj nas na pokusy. I zaraz potem trzeba dodać słowa ostatniej prośby: „ale nas zbaw ode złego”. Od wszelkich nieszczęść duszy i ciała, a więc i od sprawcy kuszenia do grzechu, Złego…
W czasie Eucharystii wyjątkowo tej modlitwy nie kończymy potwierdzającym „Amen”. Bo to, co nastąpi za chwilę będzie kontynuacją tej modlitwy. Mocnym potwierdzeniem, że wśród trosk świata w naszym Ojcu widzimy swego obrońcę.
Andrzej Macura – „wiara.pl”

„Nie mogłem uwierzyć w to, co widziałem.
Po zakończeniu Eucharystii neapolitański kapłan Pasquale Silvestri przystąpił do namaszczania wiernych podchodzących do ołtarza poświęconym olejem, który został specjalnie przysłanym na tę okazję przez Kurię Maronicką w Rzymie. Wtedy właśnie wydarzyło się coś nieoczekiwanego. A później coś jeszcze, równie cudownego.
Kościół w Neapolu
Kościół św. Ferdynanda, położony w historycznym sercu Neapolu we Włoszech, był miejscem wydarzenia, które wielu już określa jako cudowne. Przypisuje się je wstawiennictwu św. Szarbela, libańskiego pustelnika, którego kult już dawno przekroczył granice Libanu.
24 lipca, w ramach liturgicznego wspomnienia tego św. Szarbela, ks. prałat Pasquale Silvestri – proboszcz kościoła neapolitańskiego, odprawił mszę świętą ku czci świętego, w której wzięło udział ponad 500 osób, w tym wielu chorych.
„Nie mogłem uwierzyć w to, co widziałem”
Po zakończeniu Eucharystii kapłan przystąpił do namaszczania wiernych podchodzących do ołtarza olejem poświęconym – specjalnie przysłanym na tę okazję przez Kurię Maronicką w Rzymie. Wtedy właśnie wydarzyło się coś nieoczekiwanego.
„Nie płacz Matko moja, Maryjo, bo nie aniołowie przyjdą po ciebie ani archaniołowie, ani Cherubini, ani Serafini, ani żadne inne Moce, ale Ja sam przyjdę po twoją duszę". (Fragment Apokryfów)
„Nie wyobrażałem sobie, że będzie aż tak dużo ludzi i nadszedł moment, gdy naczynie z olejem było prawie puste i bałem się, że nie będę w stanie zadowolić wszystkich” – wyjaśnił ksiądz w liście opublikowanym 27 lipca i skierowanym do o. Eliasa Hamhoury’ego, byłego postulatora procesu kanonizacyjnego św. Szarbela.
Udało mu się jednak namaścić każdego chorego, aż pojemnik był pusty.
Słoik z olejem był pusty, a później…
– Byłem bardzo zaskoczony, bo pojemnik był pusty. Właściwie obawiałem się, że nie wystarczy oleju namaszczenia wszystkich, więc kilka razy odwróciłem słoik do góry dnem (red. by wydobyć ostatnie krople – mówił duchowny z Neapolu.
– Kiedy skończyłem – dodał – zamknąłem słoik i odłożyłem go z powrotem do pudełka. Ale kiedy włożyłem go z powrotem do sejfu, zdałem sobie sprawę, że znowu jest pełny. Nie mogłem uwierzyć w to, co widzę.
Wszyscy zaczęli klaskać, gdy dowiedzieli się o cudzie
Kiedy kapłan zdał sobie sprawę, że naczynie rzeczywiście było znów pełne i że później „ważyło więcej niż poprzednio”, podszedł do ołtarza, aby opowiedzieć wiernym o tym, co się wówczas wydarzyło.
– Wszyscy zaczęli klaskać, gdy to zobaczyli – opowiada dalej.
– Nie jestem cudotwórcą, absolutnie nie. Jednak w tym przypadku doszło do wytworzenia materii, której nie wcześniej nie był. To bardzo poważna sprawa – podkreślił.
W związku z tym, co się stało, zapewnił, że działał zgodnie z prawem kanonicznym: „Kiedy ktoś dowiaduje się o cudzie, musi o tym powiadomić postulatora świętego”.
Aromat cedrów Libanu
Zdarzyło się tak, że następnego dnia, czyli 25 lipca, do kościoła w Neapolu przybyła grupa libańskich pielgrzymów.
– Ci pielgrzymi zapytali mnie, czy to co czują to zapach olejku? A kiedy dowiedzieli się, że to rzeczywiście zapach olejku, zapewnili mnie, że pachnie on libańskimi cedrami – jednym z symboli ojczyzny św. Szarbela – opowiada dalej neapolitański duchowny.
– Olejek był pachnący, co wydaje się niemożliwe, bo naturalnie jest bezwonny – zauważył.
Kim był św. Szarbel?
Święty Szarbel, którego oryginalne imię brzmiało Youssef Antoun, urodził się 8 maja 1828 roku w Beqaa-Kafra w Libanie. Wioska ta to miejsce położone w pobliżu słynnych „Cedrów Boga”, jednego z ostatnich naturalnych rezerwatów tych 1000-letnich drzew, które w starożytności pokrywały większą część gór Libanu.
– Słoik jest bezpiecznie przechowywana i oddana do dyspozycji władz, na wypadek gdyby ktoś chciał przyjść i zapytać o jej zawartość – dodaje Silvestri.
Początek znajomości ze Szarbelem we śnie
Powiedział, że nabożeństwo do wspominanego św. Szarbela zaczęło się niemal przypadkiem.
– Nie znałem go. Usłyszałem o nim niedawno i bardzo spodobała mi się jego historia. Dlatego z pobożności powiesiłem w kościele jego zdjęcie – wyjaśnił.
Choć zapewniał, że nigdy „nie wierzył w sny”, podzielił się – wciąż zdumiony – osobistą anegdotą.
– Kiedy powiesiłem to zdjęcie, pewnej nocy śniło mi się, że św. Szarbel patrzy na mnie i się śmieje. To naprawdę mnie poruszyło, ponieważ na zdjęciu zawsze widać bardzo poważnego człowieka, a on się do mnie uśmiechał – opowiada duchowny z Neapolu.
Od tego wydarzenia postanowił poświęcać msze święte w ostatni piątek czerwca i lipca libańskiemu świętemu.
Uzdrowienie z poważnych chorób
Ale to nie wszystko.
Jak widać św. Szarbel miał w swoim programie dużo więcej niż pojawienie się oleju do namaszczania ludzi z kościele w Neapolu i rozsiewanie zapachu libańskich cedrów.
Ta sprawa wydarzył się kilka godzin przed „cudem” oleju, 24 lipca. Do księdza podeszła młoda, 20-letnia kobieta z parafii.
– Powiedziała mi, że tego ranka dzięki św. Szarbelowi została wyleczona z guza piersi. Guz był całkowicie „usunięty” z jej organizmu, była onkologicznie czysta, a lekarze uważali, że to niemożliwe – opowiada ksiądz.
Więcej uzdrowień w parafii w Neapolu
– Uzdrowienie tej kobiety wydarzyło się rankiem 24 lipca, a po południu na mszę przyszła imponująca liczba osób. Nie byliśmy przygotowani na taką liczbę. Właściwie zabrakło nam konsekrowanych hostii. I wtedy stało się to, co się stało – wspominał.
Od tego czasu, jak powiedział, wielu wiernych podzieliło się świadectwami uzdrowień fizycznych lub duchowych po uczestnictwie we Mszy Świętej.
– Otrzymałem około pięciu lub sześciu podobnych relacji i poprosiłem ich, aby je wszystkie spisali – opowiada duchowny.
Podkreślił, że „cuda są opisane w Ewangelii i w Słowie Bożym”. Dla Silvestriego to, co wydarzyło się w jego kościele, „jest potwierdzeniem tego, co już wiemy”.
Most między Wschodem a Zachodem
Święty Szarbel znany jest z tego, że wyjednał cuda nie tylko dla katolików, ale także dla muzułmanów i wyznawców innych religii.
Kościół katolicki odnotował i zbadał tysiące cudów przypisywanych jego wstawiennictwu.
Już za życia cieszył się sławą człowieka, który dokonywał cudownych uzdrowień, i to wśród tych, którzy zwracali się do niego o pomoc.
Libański święty, kapłan i mnich pustelnik obrządku maronickiego, stał się duchowym pomostem między Wschodem a Zachodem. Zmarł 24 grudnia 1898 roku. Został beatyfikowany przez papieża Pawła VI 5 grudnia 1965 roku i kanonizowany przez tego samego papieża 9 października 1977 roku.
CNA skontaktowała się z Konferencją Episkopatu Włoch, aby poznać jej stanowisko w sprawie opisanej przez księdza Silvestriego, ale do czasu publikacji, czyli do 6 sierpnia 2025 nie otrzymała odpowiedzi.
*Słowa księdza Pasquale Silvestria za Catholic News Agency.
Dominika Miros – „deon.pl”

Spotkania, które kończą się zanim się tak naprawdę rozpoczęły. Jeśli w ogóle się rozpoczęły. Spotkania w drodze. To coś, co smak wędrówki dopełnia. Jak sól smak wybornej potrawy.
Z cyklu "Rozmyślania w drodze"
Kim byli wczoraj, gdyśmy się spotkali? Kim są dziś, nieraz lata później? Jak się mają? Co robią? Ludzie, których spotkaliśmy podczas wędrówki. Ci, razem z którymi wędrowaliśmy, ci, którzy udzielali nam gościny, a zwłaszcza ci, spotkani przez nas w drodze. Każdy człowiek jest nieprzeniknioną tajemnicą. Nawet gdy dość dobrze go znamy. Tym większą ten, którego tylko spotkało się na szlaku, zamieniło z nim parę słów i który poszedł – już na zawsze – swoją drogą.
Najłatwiej powiedzieć coś o tych, z którymi wędrowaliśmy. Bo najczęściej mamy z nimi jakiś kontakt. Wspólne wędrowanie nie zawsze tworzy więź na całe życie, ale... Jeśli nie okazali się kompletnymi egoistami i wędrówkowymi niedojdami jest jednak coś takiego, co pozwala do nich nawet po latach odezwać tak, jakbyśmy się ostatnio widzieli dwa dni temu. To doświadczenie wspólnych trudów, wspólnych zachwytów, przegadanych na biwakach wieczorów i wspólnie przyrządzanych posiłków. Nie, nie da się wszystkich takich znajomości pielęgnować przez całe życie. Ale ci ludzi, choć będący nieco dalej, są skarbem. Skarbem doświadczenia przyjaźni, bezinteresownej życzliwości, ubogacania się ich obserwacjami i przemyśleniami. Tak, bo gdy rozmawiają przyjaciele ubogaca zarówno inność spojrzeń na sprawy, jak i zgodność poglądów; bo krzepiącym jest odkryć, że nie jest się w swoim myśleniu i postrzeganiu spraw osamotnionym. Dzięki Ci Boże za tych współwędrowców. Bo jeśli dziś jestem kim jestem, to między innymi dzięki nim.
Ci, którzy udzielali gościny? Przyjmowali na nocleg, karmili w jakieś jadłodajni albo choćby tylko sprzedali chleb i dwa napoje? O tych najtrudniej cokolwiek powiedzieć. Wszyscy byli „u siebie”; zajmowali się tym, czym zajmują się codziennie. Jedni na ogorzałego od wiatru, który pyta o pokój patrzyli nieufnie, inni ze znudzeniem codzienną rutyną, jeszcze inni z otwartą głową i sercem, chętni do podkarmienia i pogadania. Zawsze, jacy by nie byli, są doświadczeniem mnogości otaczających nas światów. Ten ich świat, świat ich codzienności, tak różny od naszego. I każdego z nich różny od świata innych. Mieszkający niedaleko, czasem dzień, czasem parę dni drogi od siebie. A jednak nic o sobie nie wiedzący, żyjący właśnie jakby w innych światach.... Boże, dzięki Ci za doświadczenie tej różnorodności. Pomaga w codziennym życiu nie dziwić się, gdy spotykamy ludzi z głową umeblowaną zupełnie inaczej niż nasza. Inaczej, co niekoniecznie oznacza, ze gorzej. Tak bardzo nam przecież trzeba dziś, byśmy umieli różnić się pięknie i nie skakać z byle powodu do gardeł...
W końcu są i ci, przygodnie spotkani w drodze... Z którymi przyszło iść dzień, dwa, z którymi przegadało się czy prześpiewało wieczór w schronisku, z którymi uciekało się przed burzą, z którymi zamieniło się ledwie parę zdań gdzieś na szlaku i poszło dalej swoją drogą... Ci, do których rzucając „cześć” wiemy, że to już na zawsze, że nigdy więcej się już nie spotkamy. Chyba że całkiem przypadkiem niezwykle rzadkim zrządzeniem losu nasze drogi znów się gdzieś skrzyżują. No, jeśli wymieniliśmy maile być może przyślą zdjęcie. Nasze wspólne, zrobione gdzieś na szlaku albo swojego nowonarodzonego dziecka. Jeśli nie, zgubią się gdzieś w niepamięci...
Te spotkania są chyba najpiękniejsze. Bywają jednak powodem bólu. Egzystencjalnego bólu. Najpiękniejsze, gdy okazuje się, że z człowiekiem, które poznaliśmy przed chwilą nadajemy na podobnych falach i moglibyśmy gadać, gadać i gadać... Bolą zaś, bo z natury rzeczy nigdy nie zamienią się w coś trwałego. Są tylko niespełnioną potencjalnością. Ulotną chwilą, po której z czasem nie pozostanie nawet wspomnienie. No, może tylko jakiś maleńki promyk dobra w sercu, bo takie spotkania wydobywają z czeluści naszego jestestwa to, co najlepsze i najpiękniejsze...
Bogu dobrze, prawda? Może w każdej chwili z każdym człowiekiem na ziemi wejść w bezpośredni kontakt. Może cieszyć się każdym, jakby był jedynym człowiekiem na ziemi. My, ludzie... Dobrze, jeśli udaje się nam zachować w miarę regularne kontakty choć z niektórymi. Choć tylu ciekawych ludzi spotkaliśmy, przecież nie ma szans, by to wszystko trwało.... Jednak gaśnie „tej przyjaźni żar, co połączyła nas”; chcąc nie chcąc musimy pozwolić, „by ją starł nieubłagany czas”. Taka kolej rzeczy, tak to już musi być. Jedyna nadzieja, że spotkamy się i rozpoznamy kiedyś w niebie. Tam nie tylko będziemy mogli dokończyć nasze niedokończone rozmowy, ale ciągle cieszyć się i ubogacać swoją obecnością. Bo cóż w wieczności znaczy choćby i 100 lat niewidzenia się?
Bywa, że człowiek boi się, że niebo będzie nudne, że nie będzie tak pięknie jak na ziemi. Sprzyjają temu „wybielone” obrazy nieba, w którym białe szaty zbawionych i grających na złotych trąbach aniołów mieszają się z bielą chmur i białej brody Stwórcy. Nie, to co jest doczesnością nie może być piękniejsze niż wieczność. Tamte Nowe Niebo i Nowa Ziemia muszą być przynajmniej tak piękne, tak kolorowe, jak ten trochę zapuszczony rajski ogród, w którym przyszło nam dziś żyć. A że niebo ma też być wspólnotą – Boga i wszystkich świętych – ufam, że i międzyludzkie relacje okażą się tam nie tylko piękne, ale i trwałe. Przemijanie woła o wieczność. I dobry Bóg to nasze pragnienie zaspokoi.
BT –„wiara.pl”

Święci i błogosławieni w tygodniu
17 sierpnia - św. Jacek, prezbiter
• 17 sierpnia - święci Alipiusz i Posydiusz, biskupi
• 17 sierpnia - św. Klara z Montefalco, dziewica
• 17 sierpnia - św. Joanna Delanoue, zakonnica
• 17 sierpnia - bł. Augustyn Anioł Mazzinghi, prezbiter
• 18 sierpnia - bł. Sancja Szymkowiak, zakonnica
• 18 sierpnia - św. Helena, cesarzowa
• 18 sierpnia - św. Albert Hurtado, prezbiter
• 18 sierpnia - błogosławieni prezbiterzy i męczennicy z Rochefort
• 19 sierpnia - św. Jan Eudes, prezbiter
• 19 sierpnia - św. Bernard Tolomei, opat
• 19 sierpnia - bł. Gweryk, opat
• 19 sierpnia - św. Ludwik, biskup
• 19 sierpnia - św. Sykstus III, papież
• 19 sierpnia - kościół katedralny w Ełku
• 20 sierpnia - św. Bernard z Clairvaux, opat i doktor Kościoła
• 20 sierpnia - bł. Władysław Mączkowski, prezbiter i męczennik
• 20 sierpnia - bł. Alojzy od Świętego Sakramentu (Jerzy Häfner), prezbiter i męczennik
• 20 sierpnia - Samuel, prorok
• 21 sierpnia - św. Pius X, papież
• 21 sierpnia - bł. Brunon Zembol, zakonnik i męczennik
• 21 sierpnia - bł. Wiktoria Rasoamanarivo
• 22 sierpnia - Najświętsza Maryja Panna Królowa
• 22 sierpnia - święci męczennicy Agatonik i Towarzysze
• 22 sierpnia - bł. Franciszek Dachtera, prezbiter i męczennik
• 23 sierpnia - św. Róża z Limy, dziewica
• 23 sierpnia - bł. Bernard z Offidy, zakonnik
• 23 sierpnia - bł. Władysław Findysz, prezbiter i męczennik
• 23 sierpnia - św. Filip Benicjusz, prezbiter
• 24 sierpnia - św. Bartłomiej, Apostoł
• 24 sierpnia - św. Emilia de Vialar, dziewica i zakonnica
• 24 sierpnia - bł. Maria od Wcielenia (Vincenta Rosal), dziewica
• 24 sierpnia - bł. Mirosław Bulesić, prezbiter i męczennik
• 24 sierpnia - bł. Poznańska Piątka, męczennicy
NIEDZIELNA EUCHARYSTIA W KOŚCIOŁACH W OKOLICY
Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach
niedziele i święta: 6.30, 8.00, 9.30, 11.00, 12.30 (oprócz VII i VIII), 16.00, 19.00,
dni powszednie – 7.00, 7.30, 18.00.
Parafia Matki Bożej Pocieszenia, ul. Bulwarowa 15a
niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00, 18:00, 20:00
dni powszednie: 7:00, 15:00, 18:00
Parafia Matki Bożej Częstochowskiej, os. Szklane Domy 7,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 17:00 (oprócz VII i VIII),
19:00 (oprócz VII i VIII), 20:30
dni powszednie: 6:30, 8:00, 18:00
Parafia Matki Bożej Królowej Polski, Arka Pana, ul. Obrońców Krzyża 1
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 16:00, 17:30, 19:00,
dni powszednie: 6:00, 6:30, 7:00, 7:30, 8:00, 11:00, 18:00
Bazylika Krzyża św. - klasztor
(pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Wacława)
niedziele i święta: 06.30, 08.00, 09.30, 11.00, 12.30, 14.00 (oprócz VII i VIII)
dni powszednie: 06.30, 07.30, 08.30, 16.00 (w piątki), 18.00.
Parafia św. Bartłomieja Apostoła, Mogiła, ul. Klasztorna 11,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 14:00 (oprócz VII, VIII), 16:30, 18:00
dni powszednie: 6:00, 7:00 (oprócz VII i VIII), 7:30, 8:30, 18:00
Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Teatralne,
niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00 (oprócz VII i VIII), 18:00, 19:30
dni powszednie: 6:30 (oprócz VII i VIII), 7:00, 18:00
Parafia św. Stanisława Biskupa Męczennika, Kantorowice 122,
niedziele i święta: 9:00, 11:00, 18:00, dni powszednie: 8:00, 17:00, (18.00- lato)
Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Lubocza,
niedziele i święta: 8:00, 10:30, 17:00, dni powszednie: 7:00, 17:00
Parafia Matki Bożej Wspomożenia Wiernych, Prusy,
niedziele i święta: 7:30, 9:30, 11:30,
dni powszednie: 18:00 (pon., śr., pt.), 6:30 (wt., czw., sob.)
Parafia św. Maksymiliana Marii Kolbego, Mistrzejowice,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 10:30, 11:00, 13:00, 17:00, 19:00
dni powszednie: 6:30, 7:00, 7:30, 18:00
NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:
strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl
adres gazetki: