W BLASKU MIŁOSIERDZIA

12/1012 – 16 marca 2025 r. C.

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA

Niedziela, 16 marca 2025, rok „C”

 

II niedziela Wielkiego Postu - rok „C”

CZYTANIA
Pierwsze czytanie: Rdz 15,5-12.17-18
Psalm: Ps 27
Drugie czytanie: Flp 3,17-4,1
Ewangelia: Łk 9,28b-36
EWANGELIA
Przez cierpienie – do chwały zmartwychwstania
Łk 9, 28b-36
Słowa Ewangelii według Świętego Łukasza
Jezus wziął z sobą Piotra, Jana i Jakuba i wyszedł na górę, aby się modlić. Gdy się modlił, wygląd Jego twarzy się odmienił, a Jego odzienie stało się lśniąco białe. A oto dwóch mężów rozmawiało z Nim. Byli to Mojżesz i Eliasz. Ukazali się oni w chwale i mówili o Jego odejściu, którego miał dopełnić w Jeruzalem. Tymczasem Piotr i towarzysze snem byli zmorzeni. Gdy się ocknęli, ujrzeli Jego chwałę i obydwu mężów, stojących przy Nim.
Gdy oni się z Nim rozstawali, Piotr rzekł do Jezusa: «Mistrzu, dobrze, że tu jesteśmy. Postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza». Nie wiedział bowiem, co mówi. Gdy jeszcze to mówił, pojawił się obłok i osłonił ich; zlękli się, gdy weszli w obłok.
A z obłoku odezwał się głos: «To jest Syn mój, Wybrany, Jego słuchajcie!» W chwili gdy odezwał się ten głos, okazało się, że Jezus jest sam.
A oni zachowali milczenie i w owym czasie nikomu nic nie opowiedzieli o tym, co zobaczyli.

KOMENTARZ DO CZYTAŃ
Dzisiejsze czytania koncentrują się na odpowiedzi na pytanie jak wierzyć, gdy Boże obietnice zdają się nie spełniać. Skąd czerpać siły do trwania?
Po co są chwile uniesień, chwile, gdy Bóg wydaje się blisko, na wyciągnięcie ręki, a wszystko wydaje się jasne i proste? By nie popaść w beznadzieję, gdy nadejdą dni puste i szare. Wtedy wspomnienie dni światła bardzo się przydaje...
Niepokój, lęk... Abrahama, uczniów Jezusa na Taborze. A potem objawia się Bóg. I wszystko staje się prostsze i jaśniejsze. Dziwne, jak Bóg potrafi rozwiązać poplątane, pomóc wspiąć się przypartym do ściany i podać rękę, gdy wydaje nam się, że zsuwamy się do czeluści....
Zaufaj Bogu, On działa. Nie wierzysz? No to spójrz na historię swojego życia czy życia swoich bliskich. Nic nie zauważasz? Przyjrzyj się dokładniej... Różnie być może. Czytania II niedzieli Wielkiego Postu (C) pokazują Boga nie tylko domagającego się zaufania, ale pomagającego zaufać. Bóg wie, co to bicie się z myślami, co to zniechęcenie, brak nadziei.

 

 

 

 

 

W dzisiejszym numerze
- Obietnica wśród obiecanek
- Wznoszenie duszy do Boga
- Kim jest wędrowny nauczyciel
- Przymierze z Bogiem zmierza do naszego przemienienia
- Uczynki w praktyce: Betania
- Daj mi serce
- Korona cierniowa jest dziś cieniem dawnej siebie. Kiedyś przez wieki nie traciła świeżości
- Sekrety konklawe: kto naprawdę wybiera papieża?
- Suche Dni: Zapomniana mądrość postu. Odkryj starożytną praktykę na Wielki Post
- 5 zdań, których katolicy powinni unikać. Numer 3 może być szokiem dla wielu
- Święci i błogosławieni w tygodniu

  

 

 5

 

Obietnica wśród obiecanek

Bóg, poleciwszy Abramowi wyjść z namiotu, rzekł: «Spójrz na niebo i policz gwiazdy, jeśli zdołasz to uczynić»; potem dodał: «Tak liczne będzie twoje potomstwo» (Rdz 15,5).

 Słowo Boże, które rozbrzmiewa w czasie wielkopostnego przygotowania do Paschy, trafia często na mury naszych przyzwyczajeń, zderza się z różnego rodzaju uzależnieniami, lękami i obawami, że kolejny raz się nie uda zrealizować postanowień, że brakuje dobrej woli, chęci zmiany. A człowiek, który ogląda się za siebie, zamyka się jedynie w przeszłości.

 Bóg, który pragnie mówić do ludzkiego serca, otwiera człowieka na zaufanie. Ono pozwala człowiekowi mieć nadzieję wbrew nadziei, odkrywać nieznane dotąd horyzonty, by zrealizować Boże wezwanie i wyruszyć w nieznane. Dopiero w taki sposób możliwa jest przemiana ludzkiego losu, przyjęcie dynamizmu łaski Pana, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych.

 Bóg daje obietnice i je wypełnia, a ostatecznie Jezus Chrystus „przekształci nasze ciało poniżone w podobne do swego chwalebnego ciała” (Flp 3,21). Człowiek natomiast wiele razy coś obiecuje a kończy się na obiecankach, czyli pustych słowach wypowiadanych bez pokrycia w czynach. Wielki Post to czas otwierania się na Boże obietnice i rozróżniania ich od czczych obiecanek. Albowiem Boża obietnica jest wiarygodna a jej spełnienie pewne. Natomiast ludzkie obiecanki stają się często mrzonkami, by ujawnić w ten sposób ludzką zmienność i niewystarczalność.

 Myśl papieża Franciszka

 Jezus Chrystus, umarły i zmartwychwstały, jest centrum naszej wiary i gwarantem naszej nadziei na spełnienie wielkiej obietnicy Ojca, która już się urzeczywistniła w Nim, Jego umiłowanym Synu: obietnicy życia wiecznego (Orędzie na Wielki Post 2025).

Ks. Leszek Smoliński - "wiara"

 

 

 

Wznoszenie duszy do Boga

 14 października 2012 roku pewien odważny Austriak skoczył na ziemię z wysokości 40 km i bezpiecznie wylądował, używając oczywiście spadochronu. Wznoszenie balonem zajęło mu ponad dwie i pół godziny, a powrót na ziemię niecałe dziewięć minut. Przed skokiem powiedział: „Chciałbym, żeby inni widzieli to, co ja widzę. Czasami trzeba się znaleźć tak wysoko, by zrozumieć, jakim się jest małym”.
 
Podobne pragnienie było w Jezusie, który zabrał apostołów na górę, aby się z nimi modlić. Chciał objawić im swoją chwałę, ale chciał też, by zrozumieli, że zostali powołani do rzeczy wielkich, które przekraczają ich rozumienie i wyobraźnię. W czasie modlitwy „wygląd Jego twarzy się odmienił”. Tak samo odmieniała się twarz Mojżesza po rozmowie z Bogiem na górze Synaj. Ten znak objawił uczniom, że Jezus jest Kimś bardzo bliskim Bogu. „Jego odzienie stało się lśniąco białe”. Odzienie proroka symbolizuje Bożą moc i namaszczenie Duchem Świętym. Eliasz przekazał swój płaszcz Elizeuszowi i dzięki temu mógł on czynić cuda, a uczniowie Eliasza zrozumieli, że „Duch, który był w Eliaszu, spoczął na Elizeuszu”. Tak samo lśniące odzienie Jezusa świadczy o tym, że działa w Nim Duch Boży. Jezus rozmawiał z Mojżeszem i Eliaszem o swoim odejściu. Greckie słowo exodos używane jest, gdy mowa o wyjściu Izraelitów z Egiptu. Po śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa uczniowie zrozumieją, że Jezus dokonuje rzeczy większych niż Mojżesz, bo wyprowadza człowieka z niewoli grzechu i prowadzi go do doskonalszej Ziemi Obiecanej. Słowo „odejście” może też wskazywać, że Jezus jak Eliasz odejdzie z tego świata, wstępując do nieba na oczach swoich uczniów. Jakby tego było mało, z obłoku odzywa się głos samego Boga, który informuje apostołów, że Jezus jest Synem Bożym. Jedna modlitwa i jedno objawienie, które uświadomiły uczniom, że są uczestnikami wielkich planów Bożych.
 
Ale najpierw trzeba zacząć się modlić. Święty Jan Damasceński zdefiniował modlitwę jako „wznoszenie duszy do Boga”. Zazwyczaj już na samym początku doświadczamy siły grawitacji, która każe nam zostać przy tym, co ziemskie, a nie Boże; przemijające, a nie wieczne; pilne, ale nie najważniejsze. Warto trwać na modlitwie pomimo tych przeciwności, bo wtedy jest szansa, że popatrzymy na rzeczywistość z perspektywy Pana Boga.
 
Jacek Pietrzak OP - "wdrodze.pl"
 

 

 

 

Kim jest wędrowny nauczyciel

 

 Kim jest wędrowny nauczyciel, który dokonuje cudownych dzieł? Jak to jest, że jednych zadziwia i oburza, a innym rozpala serca tak, że gotowi są oni natychmiast za nim podążać? Dokąd i po co prowadzi tych, którym przewodzi? Co otrzymamy, idąc za nim? Być może takie lub podobne myśli pojawiały się w umysłach Jana i Jakuba gdy wraz z Piotrem towarzyszyli Jezusowi w drodze na górę. Może jeszcze brzmiało im w uszach zadane niedawno pytanie Jezusa: A wy za kogo mnie uważacie?... Może wciąż rozmyślali o odpowiedzi Piotra – za Mesjasza Bożego – i o tym dlaczego wówczas Jezus surowo im przykazał i napomniał ich, żeby nikomu o tym nie mówili (por. Łk 9,20-21). Piotr się pomylił? Ludzie się mylą? A może to Jezus się myli więc tym bardziej trzeba mieć się na baczności? O co w tym wszystkim chodzi?

  Nie wiemy o czym myśleli apostołowie, którzy z Jezusem weszli na wzgórze. Wiemy natomiast, że stali się świadkami znaczącego i cudownego wydarzenia, które później będzie wspominane i opisywane słowem PRZEMIENIENIE. Wydarzenie to zawiera również dla nas orędzie, które wciąż jest aktualne.

 W małej wspólnocie, zdystansowani nieco od zgiełku codzienności, trzej uczniowie stali się świadkami przemienienia Jezusa, a następnie Jego rozmowy z Mojżeszem i Eliaszem, którzy ukazali się w chwale i rozmawiali o Jego odejściu, którego miał dokonać w Jerozolimie (Łk 9,31). To odejście oddane jest w oryginalnym tekście słowem eksodos, czyli tym samym, którym grecki przekład Starego Testamentu określa wyjście Izraelitów z Egiptu. Tamten eksodos – pod wodzą Mojżesza – był dla ludu Bożego wyjściem z niewoli i skierowaniem się w stronę Ziemi Obiecanej. Teraz, w przyszłości najbliższej – za sprawą dzieła Jezusa, którego dokona On w Jerozolimie – nowy lud Boży rozpocznie nową wędrówkę ku wolności od grzechu i ku nowej Ziemi Obiecanej. Jezus natomiast – na podstawie całego zdarzenia, którego trzej apostołowie byli świadkami – okazał się być nie tylko prorokiem, większym niż Eliasz, nie tylko przewodnikiem ludu, większym niż Mojżesz, ale Synem Bożym, którego prawdziwość potwierdził głos z obłoku. Dla apostołów – świadków przemienienia – treści te nie były jedynie „teorią”, ale zostały im objawione w sposób możliwie pełny, przez ich uczestnictwo w wydarzeniu, które dokonało się w chwale (Łk 9,31) i które będzie opisywane odtąd jako PRZEMIENIENIE.

 O Przemienieniu na Górze słyszymy w każdą II niedzielę wielkopostną. Jednak, z uwagi na trzyletni cykl czytań, mamy trzy różne dodatkowe konteksty, które są eksponowane właśnie przez czytania, przypadające w danym roku. Kontekst, podpowiadany przez czytania tegoroczne, to obietnica. Zaproszeni jesteśmy – jako adresaci słowa Bożego – by uczestniczyć w wydarzeniu przemienienia na górze i patrzeć nań przede wszystkim w świetle Bożych obietnic (Kiedy Bóg coś obiecuje, zawsze słowa dotrzymuje – śpiewał kiedyś zespół Arka Noego w utworze Stary Abraham).

  Pierwsze czytanie to opowieść o obietnicy Boga, złożonej Abramowi. Nie była to pierwsza obietnica w historii ich dialogu, a raczej chodzi tu o ponowienie i uzupełnienie obietnicy. Ponowienie było ważne i potrzebne z prostego powodu, że Abram zaczął w obietnicę wątpić. Bóg nie czynił Abramowi wyrzutów, ale rozumiejąc jego sytuację, powtórzył obietnicę, rozszerzając ją. Wówczas natchniony autor Księgi Rodzaju zapisał zdanie, które było oceną aktualnej postawy Abrama, a dla nas jest ważną podpowiedzią i cenną wskazówką: Abram uwierzył i Pan poczytał mu to za zasługę (Rdz 15,6). W innych tłumaczeniach w miejscu słowa zasługa znajdujemy słowo sprawiedliwość. To znaczy – postawa wiary nie jest jakąś wersją ratunkową życia ani jego trybem awaryjnym. Postawa wiary to normalny i właściwy styl życia, który Bóg pochwala i zaleca, a człowiek ma możliwość (i powinien!) tak właśnie żyć – czyniąc wiarę w obietnicę konkretnym fundamentem przeżywanej codzienności.

 Czytanie z listu do Filipian (II czytanie) formułuje Bożą obietnicę następująco: Jezus Chrystus przekształci nasze ciało poniżone w podobne do swego chwalebnego ciała... (Flp 3,21).

  PRZEMIENIENIE nie jest zatem wizją artystyczną czy poetycką metaforą, ale bardzo konkretną rzeczywistością. W opisach ewangelistów ma ono charakter zapowiedzi przyszłości (Jezus w chwale, na górze przemienienia, opisywany jest podobnie jak później Chrystus zmartwychwstały), co nie zmienia faktu (a raczej go podkreśla), że chodzi o rzeczywistość, a nie o symboliczne porównania.

  Bóg obiecuje więc człowiekowi przemianę. Najpierw zapowiada ją i pozwala (w jakiś sposób i w jakiejś mierze, na razie „nie w pełni”) doświadczyć jej. To są te „pozytywne” momenty w życiu, za sprawą których nabieramy przekonania, że warto wierzyć; wydarzenia umacniające, dodające sił wobec przeciwności na drodze wiary. Później góra przemienienia ustępuje miejsca Golgocie, aby wspomniany w Ewangelii eksodos mógł zostać dopełniony. Uszczęśliwiająca wizja (zapowiedź pełni szczęścia) staje się mocą bardzo potrzebną, by nie odrzucić krzyża. O wrogach krzyża wspomina również tekst II czytania, podsumowując że to ci, których dążenia są przyziemne (Flp 3,19). Jeśli natomiast przyziemność ową przekraczamy, kierując wzrok ku niebu, współpracujemy z Bogiem w dziele uświęcenia czyli przemiany nas.

  Z tą myślą warto znów wrócić do początku Ewangelii dzisiejszej. Okoliczność podkreślana przez św. Łukasza, a pominięta przez innych ewangelistów w opisach przemienienia, to fakt, że Jezus modlił się. Mało tego – wyszedł na górę, aby się modlić (Łk 9,28), a nie po to, aby się przemienić. Przemienienie jest wspomniane i opisane jako doświadczenie w kontekście modlitwy i to właśnie modlitwa była motywem i celem działania Jezusa. To również ważna podpowiedź dla nas. Naszym „celem pedagogicznym” ma być modlitwa (a nie przemiana). Przemiana jest wpisana w środowisko i „zasięg” modlitwy i jest darem z nieba bardziej niż owocem naszych zabiegów. Nasza bowiem ojczyzna jest w niebie. Stamtąd też jako Zbawcy wyczekujemy Pana Jezusa Chrystusa... (Flp 3,20). Z katechezy wynieśliśmy przekonanie, że to my „idziemy do nieba”, a tymczasem nie mniej prawdziwe jest stwierdzenie, że to niebo przychodzi do nas. Przychodzi do nas, gdy my „idziemy na modlitwę”; przychodzi po cichutku i dyskretnie jako przemiana. Na razie przemiana serca, na ostateczną przemianę ciała (i w ogóle „wszystkiego”) przyjdzie jeszcze czas. Nowego blasku i nowej żywotności nabierają wówczas słowa Psalmu: Pan moim światłem i zbawieniem moim (Ps 27(26),1).

  Niech dzisiejsze słowo Boże będzie skuteczną zachętą, byśmy szukali i znajdowali czas i miejsce na modlitwę i wierząc w Boże obietnice, byli otwarci na przemianę.

o. Jarosław Krawczyk CSsR - Misjonarz Prowincji Warszawskiej Redemptorystów – Toruń

"redemtor.pl"

 

 

 9

 

Przymierze z Bogiem zmierza do naszego przemienienia

 Przemiana wielkopostna w każdym roku cyklu trzyletniego, uzasadniona czytaniem stale perykopy ewangelijnej o Przemienieniu Pańskim, w każdym też roku odpowiednio otrzymuje odmienną motywację w zależności od dwóch czytań, które ją poprzedzają. Dziś – jak w niedziele roku A i B – staje przed nami znów jako przykład postać Abrahama, Człowieka Obietnicy, tylko w innej scenie z jego życia. Stale też przemawia do nas Paweł, najgruntowniej przemieniony, bo z prześladowcy powołany na Apostoła. Nowa motywacja widoczna jest w takim doborze czytań. Jako zachęta dla nas wysuwa się na pierwszy plan Boża rękojmia: w życiu Abrahama jest nią inicjatywa przymierza i sam fakt symboliczny zawarcia go. Odpowiednio do tego rękojmią przyszłej przemiany jest dla Apostoła zmartwychwstały Chrystus, który wreszcie nas do siebie upodobni podczas paruzji. Tymczasem trzeba jednak ruszyć z miejsca, odrzucając dążenia przyziemne.

 Na Bożą obietnicę, po ludzku wręcz nieprawdopodobną dla bezpłodnego starca, reaguje Abram wiarą, wyraźnie tu uznaną przez Boga za wielką zasługę. Po kolejnej obietnicy Bożej dania Abramowi na własność ziemi Kanaan następuje zrozumiałe jego pytanie o rękojmię. Na co otrzymuje szczególną Bożą odpowiedź. Mianowicie Jahwe zawiera z Abramem przymierze przez zachowanie rytuału wówczas obowiązującego na Bliskim Wschodzie przy zawieraniu umów. Niezbywalnym elementem przymierza była wówczas ofiara ze zwierząt zakończona potem wspólną ucztą. Sam zaś sposób zawarcia przymierza był poglądową lekcją wzajemnych zobowiązań obu stron. Przechodzący między połówkami przeciętych żertw kontrahenci przymierza deklarowali w ten sposób świadomość, że za złamanie go czeka ich podobny los jako kara za wiarołomstwo. W tej scenie widzialny słup ognia wraz z dymem, elementy Bożych teofanii w ST, zastępuje niewidzialnego Jahwe jako kontrahenta.

 Pod piórem Apostoła niebo jako Chrystusowa obietnica otrzymuje również swoją rękojmię, ale odpowiednio doskonalszą od tej, jaką otrzymał „Abraham tylko z doczesnej”. Program przemiany życia wiernych, posłusznych nakazom Chrystusa, nie jest łatwy. Stąd już w pierwotnym chrześcijaństwie, które jesteśmy skłonni często zbytnio idealizować, zdarzały się znaczne niewierności, notowane już przez pisma NT. Te grzechy powstawały na tle folgowania dążeniom przyziemnym. Mocno jednak stać w Panu powinni chrześcijanie świadomi, że ich prawdziwa, wiekuista ojczyzna – to niebo. Z niego nastąpi chwalebne powtórne przyjście (paruzja) Chrystusa jako ostatecznego Zbawcy. Wówczas to On jako Zmartwychwstały swoją boską wszechmocą upodobni nasze ciała, „poniżone” teraz jeszcze przez różne ograniczenia, choroby i grzechy, do swego ciała chwalebnego, jakie ukazał, pozwalając nawet go dotykać, uczniom po swoim zmartwychwstaniu.

 Łukaszowy opis sceny Przemienienia Pańskiego ma godne podkreślenia cechy odrębne. Wstęp, uroczysty i wyraźnie hebraizujący (styl LXX), inaczej nieco określa ramy czasowe cudu Przemienienia. Dokonuje się ono, podczas gdy Jezus się modlił, a sama ta modlitwa była już zamierzonym przez Jezusa celem udania się na górę. Mojżesz i Eliasz, ukazujący się w chwale, rozmawiają z Jezusem o bliskim Jego odejściu, którego miał dopełnić w Jeruzalem, a więc o śmierci krzyżowej. Dopiero chwila, gdy rozstawali się z Jezusem jest sygnałem do odezwania się Piotra. Jego zaś propozycja postawienia trzech namiotów otrzymuje mocną ocenę: nie wiedział, co mówi. W głosie Boga Ojca z obłoku pada tym razem inne słowo – Syn Wybrany, jeden z terminów oznaczających Mesjasza (por. Iz 42,1 o Słudze Jahwe). Dopiero głos Boga Ojca jest zarazem wyraźnym momentem zakończenia całej wizji.

 Wspólnym niejako mianownikiem obu motywacji, ukazanych w pierwszym i drugim czytaniu, jest dzisiaj szczególny aspekt zbawczej inicjatywy Boga: poleganie z naszej strony na spontanicznej Jego obietnicy. Ta zaś stanowiła wówczas niezbywalny składnik każdego przymierza między ludźmi. Obietnica Boża tym razem ma dołączoną zarazem porękę niechybnej realizacji. Droga człowieka do Boga obecnie, po Odkupieniu, odbywa się już śladem tajemnicy Przemienienia Pańskiego z tą wszakże różnicą, że teraz droga prowadzi przez osobisty, mozolny nasz wysiłek stałego przemieniania siebie, póki tkwimy w doczesności. Czeka więc nas nieustanna walka z dążeniami przyziemnymi. Natomiast finał przemiany – to będzie coś znacznie większego niż proste podsumowanie ludzkich wysiłków całego życia. Będzie to rzeczywistość, która przekracza zawsze wszystkie ludzkie możliwości, a wówczas przekroczy najśmielsze nawet przewidywania.

 Odpowiednio do myśli przewodniej homilia może rozwinąć następujący temat: „Ku przemianie – łaska Boża i nasza odpowiedź”. Łaska Boża na tym polega, że to Bóg pierwszy występuje z niewiarygodną wprost inicjatywą, by z człowiekiem grzesznym zawrzeć przymierze, które go przekształci do głębi. Bóg zstępuje do takiego poziomu, w jakim znalazł się człowiek z własnej winy. Bóg odsłania mu swój zbawczy zamiar. Pamiętajmy, że ten zamiar trwa ciągle i czeka na naszą wielkoduszną odpowiedź, aby podjąć nowe wysiłki, by się przemieniać stale na wzór Chrystusa, który dokonał już dla nas swego przejścia ku chwale przyjąwszy wprzód naszą naturę. Dokonane Odkupienie – to jest dla nas rękojmia motywująca wysiłki. Solidarni z Chrystusem mamy wbrew pokusom zanurzenia się w przyziemnych dążeniach zmierzać wytrwale do niebieskiej ojczyzny śladami Jego nauki, tak jak do tego wzywa nas dziś ponownie Bóg Ojciec.

Augustyn Jankowski OSB - "wiara.pl"

Przy stole Słowa, Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

 

 

 

 10

 

Uczynki w praktyce: Betania

 

By nauczyć języków obcych trzeba przekazać wiedzę. Ale i posiadać zdolności pedagogiczne. A jak pomóc zagubionemu? Wystarczą dobre chęci?

 Betania. Miejsce, gdzie Jezus spotykał się z przyjaciółmi, wskrzesił Łazarza, wreszcie – na kilka dni przed Męką – został namaszczony wonnym olejkiem „na dzień swojego pogrzebu”. Miejsce, gdzie dobroć Boga spotyka się z dobrocią człowieka. Szukajmy wokół nas Betanii…

 Nieumiejętność ma wiele twarzy. Czym innym są trudności z uruchomieniem komputera, poradzenia sobie z nauką języków obcych, zbudowania domu czy prowadzenia samochodu, a czymś zupełnie innym jest radzenie sobie w obcym środowisku, pokonywanie trudności życiowych, wreszcie – to również jest nieumiejętność – wejście w świat duchowości i liturgii.

 Dlatego i pouczanie nieumiejętnych ma różne formy. By nauczyć języków obcych trzeba przekazać wiedzę. Ale i posiadać zdolności pedagogiczne. A jak pomóc zagubionemu? Wystarczą dobre chęci?

 Otóż nie wystarczą. Tak zwaną dobrą radą można komuś dodać siły, ale można też człowieka pogrążyć. Usamodzielnić, ale i uzależnić. Tu dużo zależy od doświadczenia życiowego, ale i posiadanej wiedzy.

 Zatem jak pomagać nieumiejętnym mając na myśli drugą grupę?

 Wujek Google bywa niekiedy pomocą. Wpisałem do wyszukiwarki „zagubieni życiowo”. W wynikach znalazłem między innymi Wspólnotę Chefsiba i związaną z nią Poradnię Psychologiczną Betania.

 Odwiedzający stronę znajdzie swoisty manifest Wspólnoty: „W dzisiejszym świecie wiele osób jest zagubionych. Na zewnątrz może wydawać się, że wszystko jest w porządku.. ale obserwuje się, że coraz więcej osób popada w przygnębienie i stany depresyjne. Naszą misją jest pomaganie innym, aby odkrywali sens życia, potencjał jaki mają w sobie i radość. Wszystko w oparciu o wartości chrześcijańskie. Zauważenie problemu jest pierwszym krokiem do zmiany jakościowej, życia pełnego pokoju wewnętrznego i barw (…) Betania jest miejscem dla tych, którzy chcą coś zmienić w swoim życiu, są świadomi problemu i potrzebują uporządkowania priorytetów lub relacji z innymi. Betania jest miejscem dla tych, którzy szukają pomocy – od specjalisty, psychoterapeuty z wartościami chrześcijańskimi”.

 Poradnia działa w trzech kierunkach:

     Rozwój osobisty: poznawanie swojej drogi, rozwój osobisty, jak rozwiązywać konflikty, jak żyć w miłości i radości ze swoją drugą połówką, wzmocnienie relacji.

    Działania terapeutyczne: psychoterapia indywidualna i grupowa.

    Mediacje rodzinne, sąsiedzkie, koleżeńskie

 Działalność poradni duchowo wspierana jest przez Wspólnotę Chefsiba i Wspólnotę Inicjatyw Społecznych „Odpowiedzialni”. Ostatnia prowadzi także wiele szkoleń dla wolontariuszy, angażujących się między innymi w uczenie skutecznych form komunikacji wśród młodzieży czy budowanie trwałych relacji z innymi ludźmi.

 Podobnych miejsc znajdziemy więcej. Oczywiście łatwiej jest w dużych ośrodkach, trudniej w małych miejscowościach, na peryferiach. Niekiedy, czując bezradność w spotkaniu z człowiekiem przeżywającym problemy, warto powiedzieć na początku: nie potrafię pomóc, ale będę ci towarzyszyć w poszukiwaniu miejsca, gdzie tę pomoc znajdziesz. To także będzie uczynek miłosierdzia co do duszy.

ks. Włodzimierz Lewandowski -"wiara.pl"

 

 

12 

 

Daj mi serce

 

Jak mieszkańcy Niniwy słuchali Jonasza, jak Królowa z Południa szukała mądrości, pozwól mi...
 
Panie,
nie pozwól, by moje serce stwardniało,
szukając znaków, nie poznając Ciebie.
 
Otwórz moje oczy na Twoją obecność,
oświeć mój rozum, bym mógł zobaczyć
największy znak: Twoją ukrzyżowaną i zmartwychwstałą miłość.
 
Jak mieszkańcy Niniwy słuchali Jonasza,
jak Królowa z Południa szukała mądrości,
pozwól mi, bym jak oni, słuchał i szukał Ciebie,
który jesteś tu, większy od jakiegokolwiek znaku.
 
Daj mi serce pokorne,
zdolne przyjąć Ciebie bez jakichkolwiek warunków,
wierzyć bez wymagania dowodów,
kochać Cię bez zastrzeżeń.
 
Amen.
 
Preghiera Cristiana - "wiara.pl"
 

 

 

 

 

 

Korona cierniowa jest dziś cieniem dawnej siebie. Kiedyś przez wieki nie traciła świeżości

 

 
Korona cierniowa, którą włożono na głowę Chrystusowi przed Jego śmiercią to jeden z najcenniejszych skarbów Francji. Przechowywana jest w paryskiej katedrze Notre-Dame, a o tym, jak szlachetna jest to relikwia, świadczy fakt, że wierni mogą oglądać ją tylko raz do roku w Wielki Piątek. Korona cierniowa miała nigdy nie tracić świeżości i być wiecznie zielona. Wszystko zmieniło się w momencie, gdy średniowieczni władcy kawałek po kawałku zaczęli ją niszczyć.
Czym jest korona cierniowa?
 
O nałożeniu korony cierniowej na głowę Chrystusa dowiadujemy się oczywiście z Biblii. Piszą o tym smutnym wydarzeniu ewangeliści: Mateusz, Marek i Jan.
 
"Wtedy żołnierze namiestnika zabrali Jezusa z sobą do pretorium i zgromadzili koło Niego całą kohortę. Rozebrali Go z szat i narzucili na Niego płaszcz szkarłatny. Uplótłszy wieniec z ciernia włożyli Mu na głowę, a do prawej ręki dali Mu trzcinę. Potem przyklękali przed Nim i szydzili z Niego, mówiąc: «Witaj, Królu Żydowski!». Przy tym pluli na Niego, brali trzcinę i bili Go po głowie" – czytamy w Ewangelii wg św. Mateusza.
 
– To miało w sposób szyderczy pokazywać, za co Chrystus został skazany, to znaczy za mienienie się Mesjaszem, czyli Królem Żydowskim – powiedział w rozmowie z Polskim Radiem prof. Jerzy Pysiak z Uniwersytetu Warszawskiego.
 
Ewangelista Mateusz bardzo ogólnie pisze o tym, jak wyglądała korona cierniowa. Wiemy, że był to wieniec z cierni, jednak wiele wskazuje na to, że tak naprawdę była to konstrukcja o podłużnym kształcie, przypominająca formą mitrę bądź pileus.
 
– Nie wiemy, jak wyglądała relikwia w swojej pełnej formie. Nie zachowało się żadne przedstawienie plastyczne, ale w dawnej sztuce chrześcijańskiej są przedstawienia symboliczne przedmiotu nazwanego koroną cierniową, który miałby być włożony na głowę Chrystusa w czasie męki. Są też inne świadectwa tekstowe poświadczające, jak wyglądały tego rodzaju przedmioty wkładane na głowy ludzi krzyżowanych i wiemy, że mogły one wyglądać jak mitra, czyli wydłużona, ku górze zwężająca się czapka – zaznaczył prof. Pysiak.
 
Badania naukowe nad koroną cierniową
 
Po raz pierwszy koronę cierniową zbadał w 1870 roku Charles Rohault de Fleury, francuski architekt, który zajmował się także pisaniem książek o tematyce religijnej. Ustalił on, że obręcz o grubości 1,5 centymetra, która podtrzymywała konstrukcję korony, miała średnicę 21 cm centymetrów i była wciskana na głowę, zadając przy tym ogrom bólu.
 
Relikwiarz, w którym przechowywana jest korona cierniowaRelikwiarz, w którym przechowywana jest korona cierniowa (fot. Gavigan / CC BY-SA 3.0 / commons.wikimedia.org)
 
Zdaniem botaników, którzy także przyglądali się relikwii, obręcz była wykonana z situ bałtyckiego, rośliny występującej w basenie Morza Śródziemnego. Korona powstała na zasadzie doczepiania do obręczy gałązek cierni. Do dziś w wieńcu pozostało około 15 lub 16 wplecionych pędów. Pochodzą one prawdopodobnie z krzewu zwanego głożyną cierniem Chrystusa (Zizyphus spina-christi). Kolce tej rośliny osiągają od dwóch do nawet pięciu centymetrów długości. Są bardzo twarde, sztywne i ostre, dzięki czemu bez trudu mogą przebić ludzką skórę.
 
J. Maillat i S. Maillat zajmujący się badaniem roślin biblijnych zauważyli, że w koronie cierniowej mogły występować także pędy kolcowoju europejskiego i krwiściągu ciernistego.
Co się stało z cierniami korony?
 
Wiemy, że w katedrze Notre-Dame przechowywana jest w złotym relikwiarzu jedynie obręcz korony cierniowej, natomiast same ciernie rozproszyły się po Europie jako równie cenne relikwie. Zdaniem botaników, czepiec miał od 50 do 60 kolców, zatem było ich ponad dwa razy mniej niż wynikało z obliczeń Rohaulta de Fleury, według którego w kościołach przechowywano 139 cierni mających być niegdyś elementem chrystusowej korony.
 
Jak zaznaczył Francuz w swoim roboczym katalogu świętych cierni, dwa z nich znajdują się w Krakowie. W Polsce święte kolce czczone są również w Zamościu i w Boćkach na Podlasiu. Możemy mieć jednak pewność, że nie wszystkie kolce rozsiane po całym kontynencie należały do wieńca cierniowego.
Ślady krwi po koronie cierniowej
 
O tragicznej koronacji Jezusa dowiadujemy się nie tylko z Ewangelii, lecz także z analiz Całunu Turyńskiego. Naukowcy zajmujący się badaniem płótna zauważyli liczne ślady krwi na wysokości czaszki Chrystusa. Doliczyli się 13 ran na czole oraz 20 z tyłu głowy, jednak ich zdaniem Jezus mógł mieć nawet 50 ran spowodowanych bezlitosnym działaniem kolców.
 
Z rozciętej skóry obficie płynęła krew, gdyż na głowie znajduje się sieć unerwienia i naczyń krwionośnych. Na ból, jaki towarzyszył Jezusowi podczas haniebnego ukoronowania i niesienia cierni przez całą drogę krzyżową, wskazał L. Coppini, dyrektor Instytutu Anatomii Uniwersytetu Bolońskiego. "Jeżeli weźmie się pod uwagę, że na skórze głowy na 1 cm² znajduje się 140 punktów wrażliwych na ból, to można sobie wyobrazić ogrom cierpienia Chrystusa w czasie tragicznej koronacji" – zaznaczył naukowiec.
Historia korony cierniowej
 
Tak samo jak w przypadku innych relikwii męki Pańskiej, nie jesteśmy w stanie prześledzić pełnej historii korony cierniowej po wydarzeniach, jakie rozegrały się na Golgocie. Tradycja mówi nam, że po złożeniu Chrystusa w grobie, relikwię zabrał jeden ze świadków pogrzebu. Ów człowiek, prawdopodobnie był on uczniem Jezusa, ryzykował wiele, gdyż łamał fundamentalne zasady żydowskie. W tamtych czasach istniał nakaz grzebania człowieka skazanego na śmierć wraz ze wszystkimi przedmiotami mającymi styczność z jego krwią. Zabranie korony cierniowej z groty czyniło całe miasto nieczystym, z kolei ten, kto posiadał przedmiot, był uznawany za złodzieja. Dla uczniów korona cierniowa była jednak niezwykle cenną pamiątką po Nauczycielu, dlatego jeden ze świadków pogrzebu mógł zdecydować się na tak radykalny czyn.
 
W historycznej opowieści o koronie cierniowej pojawia się cesarzowa św. Helena. Będąc już w podeszłym wieku, udała się w podróż do Ziemi Świętej. Tam za zachętą swojego syna Konstantyna przyjęła chrzest i podjęła działalność na rzecz chrześcijan. Ufundowała bazylikę Grobu Świętego w Jerozolimie, bazylikę Narodzenia Pańskiego w Betlejem oraz bazylikę Wniebowstąpienia na Górze Oliwnej. To ona zgodnie, jak mówi tradycja, odnalazła i zabezpieczyła relikwię krzyża, czyli tzw. Krzyż Prawdziwy oraz koronę cierniową. Historycy nie dotarli jednak do żadnych dokumentów potwierdzających, że św. Helena miała jakąkolwiek styczność z chrystusowym wieńcem.
 
Korona przez wieki była obiektem kultu wśród chrześcijan z Jerozolimy. Z pewnością oddawano jej cześć w V wieku, a wiemy o tym dzięki świadectwu biskupa Paulina z Noli, który przybył do Ziemi Świętej w 409 roku. Św. Wincenty z Lerynu, który także widział koronę, zauważył, że miała ona formę pileusa.
Wieczna świeżość relikwii
 
O wieńcu cierniowym pisał również pierwszy historyk Franków św. Grzegorz z Tours, który oglądał relikwię w 593 roku. Największe wrażenie miała zrobić na nim zieleń korony, której pędy przez tyle wieków nie uschły. Grzegorz pisał też o "odradzającej się w cudowny sposób każdego dnia świeżości relikwii". Dzięki Antoninowi z Piacenzy (zmarł około 303 roku) wiemy z kolei, że w tamtych czasach wieniec był przechowywany w kościele Apostołów na Syjonie, czyli w Wieczerniku, gdzie odbywała się Ostatnia Wieczerza.
 
Korona cierniowa zaczęła swoją wędrówkę po Europie kilka wieków później. W 1063 roku trafiła do Bizancjum, jednak już w 1239 roku łaciński cesarz Konstantynopola Baldwin II de Courtenay, który desperacko potrzebował pieniędzy, pozbawił się cennego skarbu. Kupił go za 135 tys. liwrów król Francji św. Ludwik IX, mający w swojej kolekcji także inne relikwie Chrystusa. Z okazji wejścia w posiadania tak szlachetnej relikwii, władca postanowił wybudować dwupoziomową kaplicę Sainte-Chapelle w Paryżu. W dolnej kaplicy przechowywano relikwię patronów Francji, natomiast górna część w całości poświęcona była koronie cierniowej.
Wyrywanie cierni z korony
 
W średniowieczu nie traktowano relikwii męki Pańskiej z należytym szacunkiem. Powszechny był zwyczaj wyrywania cierni i oddawania ich różnym kościołom czy klasztorom. Zdarzało się, że kolce z korony były umieszczane w insygniach władzy. To tłumaczy, dlaczego wieniec z Notre-Dame jest dziś jedynie obręczą pozbawioną cierni i dlaczego tak wiele świątyń szczyci się posiadaniem relikwii.
 
Kiedy w 1789 roku dla Francji nastał czas rewolucji, koronę przeniesiono do Biblioteki Narodowej. Kilkanaście lat później, w 1801 roku po podpisaniu konkordatu, relikwia trafiła do arcybiskupa Paryża Jeana-Baptista de Belloy, który 10 sierpnia 1806 roku złożył ją w skarbcu katedry Notre-Dame. W tej świątyni cenna pamiątka po Chrystusie przechowywana jest do dziś i wystawiana na widok publiczny co roku w Wielki Piątek.
 
Nie można nie wspomnieć o katastrofalnym pożarze z 2019 roku, który w znaczny sposób uszkodził paryską katedrę. Wiele mediów informowało wtedy, że ogień bezpowrotnie strawił także koronę cierniową. Te doniesienia okazały się nieprawdą. Kapelan paryskiej straży pożarnej ks. Jean-Marc Fournier w bohaterski sposób wyniósł tę relikwię wraz z Najświętszym Sakramentem z płonącej świątyni.
 
– Ojciec Fournier to prawdziwy bohater. Nie okazał strachu, wszedł prosto do płonącej katedry po relikwie. Jako strażak każdego dnia balansuje na krawędzi życia i śmierci, w ogóle się nie boi – mówili o odważnym kapłanie jego koledzy ze straży.
 
Tomasz Kopański - "Deon.pl."
 

 

 

 

 

 

Sekrety konklawe: kto naprawdę wybiera papieża?

 
Kolegium Kardynalskie liczy obecnie 137 kardynałów. Nawet gdyby któryś z nich nadużył regulaminu konklawe, to przy takiej liczbie szanse wpływu jakiegoś lobby na wybór papieża są bardzo małe - powiedział PAP medioznawca ks. dr Przemysław Śliwiński, autor książki "Konklawe. Tajemnica wyborów papieskich".
 
Nowo wydana książka odsłania kulisy konklawe w dziejach Kościoła i wyjaśnia, jak dziś w oparciu o przepisy prawne wyglądałby wybór biskupa Rzymu.
 
PAP: Mimo że przebieg konklawe reguluje dziś Konstytucja Apostolska "Universi Dominici gregis" z 1996 r. to, czy na wybór papieża nie będą miały mimo wszystko wpływu różne państwa czy lobby?
 
Ks. dr Przemysław Śliwiński: Nawet jeśli ktoś próbowałby wpływać na kardynałów, to podczas konklawe mają obowiązek w swojej decyzji być wewnętrznie wolni i kierować się wyłącznie dobrem Kościoła. Doskonale to obrazuje przysięga kardynałów elektorów z 1996 r., która obliguje do rozstania się z jakimikolwiek zobowiązaniami wcześniej podjętymi, nawet jeśli takie były.
 
Przysięgają oni "wiernie służyć całemu Kościołowi i nigdy nie przestać bronić duchowych i doczesnych praw oraz wolności Stolicy Apostolskiej" oraz "strzec tajemnicy zarówno przed świeckimi, jak i duchownymi o wszystkim, co w jakikolwiek sposób tyczy się wyboru Biskupa Rzymu oraz o wszystkim, co dzieje w miejscu konklawe, a co odnosi się pośrednio lub bezpośrednio do przebiegu głosowania".
 
Przysięgają także, że "nie udzielą najmniejszej pomocy bądź wsparcia wszelkim inicjatywom, przez które jakiekolwiek władze świeckie, lobby czy jednostki chciałyby jakkolwiek wpływać na wybór Biskupa Rzymu". Ta przysięga jest konsekwencją długo funkcjonujących w poprzednich wiekach "weta i ekskluzywy". Podstawę prawną ogłaszania ekskluzywy stanowiło Ius Exclusivae "prawo wykluczenia". Kardynałom pod karą ekskomuniki nie wolno ulegać jakiemukolwiek lobby.
 
Kiedy jednak patrzymy na konklawe z października 1978 r., to duże znaczenie odegrał kard. Franz König, arcybiskup Wiednia, który miał zasugerować kandydaturę kard. Karola Wojtyły, którą poparli wówczas m.in. biskupi niemieccy, co można odczytywać jako znak polityczny.
 
Kardynał Wiednia i kardynałowie niemieccy nie byli przedstawicielami rządu austriackiego, niemieckiego czy jakiegoś lobby, tylko zdecydowali tak w ramach własnej wewnętrznej wolności sumienia, kierując się dobrem Kościoła. Gdyby zapytać ówczesnych rządów w RFN, NRD czy w Polsce, to zapewne nie zgodziłyby się na taki wynik wyborów. Nie możemy więc mówić o ingerencji zewnętrznej, nawet jeśli założymy prawdziwość tej pogłoski.
 
Kardynałowie elektorzy podczas konklawe mogą, a nawet muszą ze sobą rozmawiać. Wraz z kolejnymi głosowaniami pokazującymi poparcie dla poszczególnych osób, przekonywanie siebie nawzajem jest naturalnym elementem osiągnięcia konsensusu przy wyborze biskupa Rzymu.
 
Co się stanie, jeśli któryś z kardynałów faktycznie będzie lobbystą?
 
Zgodnie z prawem maksimum kardynałów elektorów to 120 duchownych. Obecnie jest ich nawet 137. To najwyższa liczba w historii Kościoła. W związku z tym, nawet gdyby któryś z nich nadużył regulaminu konklawe, to przy takiej liczbie szanse wpływu jakiegoś lobby na wybór papieża są bardzo małe. Istota ewolucji konklawe, przepisów wyboru papieża, polegała przez setki lat właśnie na tym, by nikt nie mógł w konklawe ingerować.
 
Nie zmienia to jednak faktu, że obserwujemy różne stronnictwa w gronie kardynałów elektorów...
 
Oczywiście są różne stronnictwa w Kościele, ale to nie są partie czy frakcje polityczne w takim znaczeniu, jak obserwujemy to w życiu politycznym, a więc że wystawiają swoich kandydatów, mają programy wyborcze, które są związane z konkretną agendą polityczną, a całe Kolegium Kardynałów jest albo po jednej, albo po drugiej stronie. Tak to tam nie działa, nawet jeśli brzmi atrakcyjnie jako publicystyczna teza. Podziały wśród kardynałów są i muszą być. Są to różnice wynikające z opinii, podejść, priorytetów. Na tym polega piękno konklawe. Natomiast zdecydowanym nadużyciem semantycznym jest stosowanie podziału na "konserwatystów" i "progresistów", na "lewicę" i "prawicę".
 
Dodatkowo, doświadczeni watykaniści mówią, że wśród elektorów na konklawe jest wielkie i raczej nieokreślone centrum i doprawdy trudno ocenić, na kogo zagłosują należący do niego kardynałowie.
 
Można się domyślać charakteru "stronnictw". W 2005 roku, po śmierci Jana Pawła II część kardynałów uznawała, że oto teraz czas na kogoś innego, może z powrotem na Włocha. Druga część mogła z kolei ocenić, że należy wybrać kontynuatora linii Jana Pawła II. Ale mogli być i tacy, którzy stwierdzili, że nadszedł czas na kogoś zupełnie innego, kogoś z zewnątrz. Tak, tego typu różnice poglądów tworzą stronnictwa, ale dalekie od politycznego, frakcyjnego rozumienia konklawe, które wcale nie są scaloną grupą jak znane nam z polityki partie.
 
Wybór kard. Ratzingera pokazał, że wybrano kontynuatora pontyfikatu Jana Pawła II. Zresztą było to bardzo krótkie konklawe, bo po 24 godzinach mieliśmy już nowego papieża, którego wybrano przy czwartym głosowaniu. Pokazało też, jak bardzo dziennikarze źle zarysowali ówczesną sytuację w kolegium kardynalskim, choć to jedno z tych konklawe, podczas którego trafnie wskazano faworyta. Po kilku latach dopiero stało się oczywiste, że numerem dwa podczas tego konklawe był... kard. Bergoglio. Nikt z dziennikarzy wtedy, w 2005 roku, takiej możliwości nawet nie założył.
 
Co pokazuje nam zatem obecny skład Kolegium Kardynalskiego? Czy są bardzo wyraźne stronnictwa?
 
Pokazuje, że właściwie niczego nie przewidzimy. Czegoś, nie wszystkiego, dowiemy się dużo później. Z rezerwą traktuję obecne w prasie opisy Kolegium Kardynalskiego i konsekwencje, jakie z tego płyną. Przeważnie są one dalekie od rzeczywistości. Tak bywało zresztą niemal zawsze w historii.
 
Na ile w dobie współczesnych mediów jesteśmy w stanie ocenić, kogo wybiorą podczas najbliższego konklawe kardynałowie?
 
Bardzo rzadko spekulacje i prognozy pokrywały się z decyzjami konklawe, ponieważ mamy ciągle do czynienia z jednej strony z sekretem i z drugiej strony z próbą "zajrzenia przez dziurkę od klucza", czyli wglądu w bardzo ograniczony wycinek tego, co będzie się działo w Kaplicy Sykstyńskiej. Trafna prognoza zdarza się niezwykle rzadko, w skali historii to zaledwie kilka procent. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź jest w efekcie bardzo prosta. Nie da się w żaden sposób przewidzieć, jak zagłosuje grupa 120 kardynałów rozsianych w większości po całym świecie, którzy publicznie przecież nie deklarują, na kogo oddadzą swój głos. Nie da się przewidzieć dynamiki konklawe, bo przecież to kilka głosowań związanych ze zmianą preferencji elektorów doprowadza do wyboru papieża. Medialna historia konklawe to właściwie historia porażek wszelkich spekulacji.
 
Ale "konklawe medialne" nie przestanie istnieć. Wraz z rozwojem mediów społecznościowych, jeszcze bardziej się uaktywni. Opinia społeczna, podzielona na "bańki informacyjne", wystawi, a nawet wykreuje swoich kandydatów. Tak jak dziennikarze w latach 70. "weszli" na konklawe, tzn. w taki sposób zaczęli formułować depesze, że zdawało się, że są jednymi z kardynałów i doskonale orientują się w sytuacji, podobnie w erze mediów społecznościowych i cyfrowych właściwie każdy może stać się aktywnym uczestnikiem medialnego konklawe, ogłaszając swoje preferencje, swoich papabili.
 
Czy papież ma prawo złamać sekret i odsłonić kulisy konklawe?
 
Oczywiście, tylko że papież niczego nie "łamie". Papież w pełni dysponuje sekretem konklawe. On jest jej depozytariuszem i tylko on może z niej zwolnić. Zarówno Jan Paweł II dość dużo powiedział o konklawe, kiedy został wybrany, jak i Benedykt XVI i podobnie Franciszek, odsłaniając w zeszłym roku pewną "intrygę" z 2005 roku. Gdyby to samo zrobił któryś z kardynałów bez zgody Ojca Świętego, wówczas złamałby tajemnicę konklawe.
 
Czy są jakieś dokumenty, które mówią, że papież jest suwerenem?
 
Papież jest głową Kościoła, następcą św. Piotra. Ma władzę wykonawczą, ustawodawczą, sądowniczą, a Kodeks Prawa Kanonicznego mówi o "pełnej i najwyższej władzy". Charakter tej władzy pokazuje obecna ciekawa sytuacja. Z jednej strony Konstytucja Apostolska Universi Dominici gregis wskazuje, że liczba kardynałów elektorów nie powinna przekroczyć 120, a papieże kreują ich tylu, że w 2003 r. było ich, podobnie jak dziś kilkunastu więcej. To oznacza, że decydujący nie jest zapis w konstytucji apostolskiej, który stanowi co najwyżej "wskazówkę" dla papieży, lecz liczba kardynałów z prawem wyboru i oni wszyscy wzięliby udział w ewentualnym konklawe, obecnie ponad limit "120".
 
Limit kardynałów wówczas wynoszący 70 zwiększył także papież Jan XXIII (1958-1963), mimo że jego poprzednik Sykstus V (1585–1590) zapisał w prawie kościelnym, że następcę św. Piotra powinno wybierać 70 kardynałów.
 
Papieże nie są w gorsecie decyzji swoich poprzedników, bo nie mówimy o rzeczach dogmatycznych, tylko związanych z "władzą kluczy", na przykład odpowiedzialności za prawo.
 
Czy są jakieś procedury konklawe na wypadek wojny czy innej katastrofy naturalnej, która dotknęłaby Rzym? Czy np. konklawe mogłoby się wówczas odbyć w innym miejscu?
 
Możemy mówić o precedensach historycznych. Analogiczna sytuacja była w roku 1799, kiedy papież Pius VI, widząc, że wojska Napoleona, przyszłego cesarza, zajmą Rzym i delegalizują Kościół, znosząc urząd papieża, kardynałów i wszystkie inne instytucje kościelne, zawiesił +reguły czasu i miejsca+ dotyczące konklawe, decydując, że to kardynał dziekan rozstrzygnie, gdzie nastąpi wybór jego następcy. Z tego powodu, konklawe trwało od 30 listopada 1799 do 14 marca 1800 w Wenecji. W historii Kościoła było to jedyne konklawe po Soborze w Konstancji w 1417 r. i ostatnie - poza Rzymem. Wybrano wówczas Piusa VII.
 
Natomiast papież Pius XII, przeczuwając, że Niemcy hitlerowskie zajmą Watykan, przygotował swoją rezygnację, zgodnie z którą w momencie aresztowania przestaje być papieżem, stając się "zwykłym" Eugenio Maria Giuseppe Giovanni Pacelli. Przygotował również odpowiednie dyspozycje umożliwiające konklawe, które wówczas mogłoby się odbyć w Portugalii. To pokazuje, że na tego rodzaju sytuacje są zawsze wyjścia awaryjne i obowiązujące przepisy nie stanowią niezmiennego gorsetu.
 
Jakie konkretnie są przygotowane obecnie dokumenty na tego rodzaju ewentualności?
 
Nigdy nie ma konkretnych dokumentów i zapisów. Universi Dominici gregis nie zawiera zastrzeżeń typu: "gdyby konklawe nie mogło odbyć się w Kaplicy Sykstyńskiej" albo "gdyby nie mogło odbyć się w Rzymie". Te przepisy, którymi dysponujemy, określają tylko sytuacje optymalne. W razie potrzeby regulamin można odnieść do faktycznych realiów.
 
Odnowione reguły dotyczące stwierdzenia śmierci papieża nie przewidują np. sytuacji, w której umiera on w szpitalu bądź podczas podróży apostolskiej. Mamy napisane, że „papież umiera w domu”. W związku z tym, istnieje pytanie, gdzie nastąpiłoby stwierdzenie zgonu - po przewiezieniu ciała do kaplicy papieskiej, czy np. jeszcze w szpitalu?
 
Śmierć Jana Pawła II wpisała się w taki optymalny schemat. Gdyby sytuacja odbiegała od tego schematu, wówczas istniejące reguły trzeba by było dostosować. To nie byłby żaden problem i żaden precedens w Kościele. Podobnie było z rezygnacją Benedykta XVI w 2013 i koniecznością dostosowania sede vacante do sytuacji, kiedy nie ma pogrzebu i żałoby po śmierci papieża, również podobnie było ze śmiercią i pogrzebem 10 lat później, gdy umierał papież-senior. Zarówno tzw. Księga Konklawe jak i Księga Ceremoniału Śmierci Papieża nie przewidują, że papież jest emerytem. Dostosowanie celebracji do obecnej sytuacji nie stanowi problemu.
 
Kto w takiej sytuacji decyduje?
 
Decyduje wówczas przede wszystkim urzędujący papież, tak jak to było w 2013 roku, gdy jeszcze przed wejściem w życie swej rezygnacji Benedykt XVI przygotował drobne modyfikacje, które mogłyby pomóc w przebiegu konklawe. A jeśli już trwa sede vacante - odpowiada za to Kolegium Kardynalskie. Po śmierci Benedykta XVI to Franciszek ostatecznie firmował przebieg jego pogrzebu, który przygotowały odpowiednie komisje watykańskie, głównie Biuro Celebracji Liturgicznych.
 
W wypadku gdyby jakaś ekstraordynaryjna sytuacja miała miejsce, to wówczas dziekan Kolegium Kardynalskiego, na podstawie historii Kościoła, prawa, historii prawa, jego ewolucji - wiedziałby doskonale, co zrobić.
 
Według Universi Dominici gregis konklawe powinno rozpocząć się między 15 a 20 dniem po rozpoczęciu sede vacante? Co się stanie, jeśli ten czas przypadnie w Wielkim Tygodniu czy zahaczy o święta Wielkiej Nocy?
 
Sede vacante rozpoczyna się w dniu śmierci papieża bądź jego rezygnacji. Zgodnie z dokumentami pogrzeb papieża musi odbyć się między 4. a 6. dniem od sede vacante. Następnie jest dziewięć dni żałoby, po której, między 15. a 20. dniem, musi rozpocząć się konklawe.
 
Czas liturgiczny w takiej sytuacji nie jest priorytetem. Kolegium kardynalskie ma do dyspozycji sześć dni, by spośród nich wybrać jeden rozpoczynający wybory papieża. To wystarczająco dużo, by wkomponować konklawe w jakikolwiek czas liturgiczny, nawet w Wielki Tydzień. Wszystko zależałoby od tego, kiedy przypadałoby te sześć dni. Jeśli 20 dzień przypadłby w niedzielę wielkanocną, sądzę, że raczej wtedy rozpoczęłoby się konklawe. Jeśli w Wielką Sobotę - to kardynałowie zdecydowaliby się wybrać dzień 15, czyli Wielki Poniedziałek, licząc, że do Triduum Paschalnego papież zostanie wybrany.
 
I prawdę mówiąc, nic wyjątkowego by wtedy się nie stało, gdyby konklawe odbywało się w Wielkim Tygodniu, nawet zakładając przedłużenie się wyborów i pozostanie w klauzurze wyborczej na czas Triduum. Tak już bywało w historii Kościoła. Kardynałowie nie raz przeżywali w klauzurze wyborczej i Wielką Noc, i Boże Narodzenie, wtedy gdy konklawe trwały co najmniej kilka tygodni.
 
Czy istnieje możliwość przyspieszenia konklawe, żeby rozpoczęło się wcześniej niż 15. dnia?
 
Jeśli na miejscu będą wszyscy kardynałowie, to teoretycznie konklawe mogłoby się rozpocząć nawet dwunastego dnia, jak to się stało w 2013 roku. Pozwala na to poprawka Benedykta XVI, która powstała tuż przed sede vacante w 2013 roku, tuż przed jego rezygnacją i dotyczyła sytuacji, gdy nie ma pogrzebu i żałoby po zmarłym papieżu. Nie wiadomo więc, czy kiedykolwiek znalazłaby zastosowanie w wypadku wakatu spowodowanego śmiercią papieża, nie jest to w niej określone.
 
Źródło: PAP
 
 

 

 

 
Suche Dni: Zapomniana mądrość postu.
Odkryj starożytną praktykę na Wielki Post
 
Wielki Post to czas refleksji i duchowego przygotowania do Świąt Wielkanocnych. W poszukiwaniu autentycznych praktyk, które pomogą nam głębiej przeżyć ten okres, warto sięgnąć do korzeni chrześcijańskiej tradycji. Jedną z nich są Suche Dni – starożytna praktyka postna, która w ostatnich latach przeżywa swój renesans.
 
    Suche Dni to starożytna praktyka postna, która stanowi skarbiec tradycji i może być pomocna w przeżywaniu Wielkiego Postu.
    Historia Suchych Dni sięga starożytności i choć początkowo mogły mieć pogańskie korzenie, w chrześcijaństwie służą dziękczynieniu za dary natury i duchowej odnowie.
    Suche Dni są starsze niż Adwent i od początku były okresem wzmożonej pokuty, modlitwy oraz jałmużny.
    Nazwa "Suche Dni" po łacinie to quatuor tempora, co odnosi się do ich kwartalnego charakteru i obchodzenia cztery razy w roku.
    Dokładne daty Suchych Dni są zmienne i zależą od daty Wielkanocy, ale zawsze przypadają po I niedzieli Wielkiego Postu, Zesłaniu Ducha Świętego, Podwyższeniu Krzyża i III niedzieli Adwentu.
    Suche Dni obchodzi się zawsze przez trzy dni w tygodniu: w środę, piątek i sobotę, co upamiętnia wydarzenia z Męki Pańskiej.
    Tradycyjnie Suche Dni wiązały się z postem ścisłym, obejmującym jeden posiłek do syta, dwa lekkie i wstrzemięźliwość od mięsa.
    Po Soborze Watykańskim II obchody Suchych Dni zależą od decyzji lokalnych ordynariuszy, jednak w ostatnich latach praktyka ta zyskuje na popularności.
    Praktykowanie Suchych Dni, nawet w zmienionej formie, może ubogacić duchowe życie i pomóc wznosić duszę ku Bogu poprzez post i modlitwę.
    Suche Dni to okazja do skorzystania ze skarbnicy Kościoła i odkrycia zapomnianej mądrości postnej tradycji
 
Choć dzisiaj nieco zapomniane, Suche Dni to skarbnica duchowej mądrości. Historia tego postu sięga początków chrześcijaństwa, a jego korzenie, choć być może związane z dawnymi kultami agrarnymi, zyskały w Kościele głęboko chrześcijańskie znaczenie. Już w IV wieku biskup Filastriusz wspominał o czterech postach sezonowych, podkreślając ich duchowe połączenie z najważniejszymi świętami kościelnymi.
 
Starsze niż Adwent, głębsze niż dieta
 
Suche Dni od zarania były traktowane jako czas wzmożonej pokuty, modlitwy i jałmużny. Ich celem jest duchowa odnowa wiernych, pomoc w skupieniu i wyciszeniu w zabieganym świecie. Nazwa quatuor tempora, czyli "cztery pory roku", podkreśla ich kwartalny charakter – Suche Dni obchodzone są cztery razy w roku, na początku każdej pory roku, jako rytm wyznaczający duchowy rok chrześcijanina.
 
Kiedy obchodzimy Suche Dni?
 
Daty Suchych Dni są ruchome i związane z kalendarzem liturgicznym, ale ich cykl jest stały:
 
    Po I Niedzieli Wielkiego Postu: Wiosenne Suche Dni, wprowadzające w czas paschalnej pokuty.
    Po Uroczystości Zesłania Ducha Świętego: Letnie Suche Dni, czas dziękczynienia za dary Ducha Świętego i owoce ziemi.
    Po Święcie Podwyższenia Krzyża Świętego: Jesienne Suche Dni, czas refleksji nad Męką Pańską i zbliżającym się końcem roku liturgicznego.
    Po III Niedzieli Adwentu (Gaudete) lub wspomnieniu św. Łucji (13 grudnia): Zimowe Suche Dni, czas przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia.
 
Trzy dni skupienia: Środa, Piątek, Sobota
 
Każde Suche Dni trwają trzy dni: środę, piątek i sobotę. Ten wybór dni tygodnia nie jest przypadkowy. Nawiązuje on do najważniejszych momentów Męki Pańskiej:
 
    Środa: Dzień zdrady Judasza i narady przywódców żydowskich przeciwko Jezusowi – czas przygotowania do zbliżającej się tragedii.
    Piątek: Dzień Ukrzyżowania i śmierci Jezusa – dzień żałoby i pokuty.
    Sobota: Dzień spoczynku Jezusa w grobie – czas wyciszenia i oczekiwania.
 
Post ścisły – wyzwanie dla ducha
 
Tradycyjnie Suche Dni wiązały się z postem ścisłym. Zgodnie z dawnymi przepisami, w te dni dozwolony był tylko jeden posiłek do syta i dwa lekkie, a także obowiązywała wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych. Dziś te rygorystyczne zasady nie są powszechnie praktykowane, ale idea postu ścisłego pozostaje inspiracją do podejmowania większego wysiłku w praktykach postnych.
 
Powrót do korzeni – duchowe owoce Suchych Dni
 
Choć po Soborze Watykańskim II obchody Suchych Dni zostały pozostawione decyzji lokalnych władz kościelnych i w dużej mierze zanikły, współcześnie obserwujemy ich odrodzenie. Wielu wiernych odkrywa na nowo wartość tej starożytnej praktyki, doceniając jej głęboki duchowy wymiar.
 
Suche Dni to nie tylko post od pokarmów. To przede wszystkim czas wzmożonej modlitwy, jałmużny i pokuty. To okazja do duchowego oczyszczenia, skupienia na Bogu i przygotowania serca na przyjęcie łaski Bożej. W zabieganym świecie, pełnym rozproszeń, Suche Dni mogą być dla nas cennym czasem wyciszenia i powrotu do duchowych korzeni.
 
Czy jesteś gotów odkryć na nowo mądrość Suchych Dni i włączyć tę starożytną praktykę do swojego przeżywania Wielkiego Postu? To może być klucz do głębszego i bardziej owocnego czasu przygotowania do Wielkanocy.
 
"Aleteia Polska"
 
 

 

 

 

 

5 zdań, których katolicy powinni unikać.

Numer 3 może być szokiem dla wielu

 Ojciec Casey Cole OFM, znany z popularnego kanału YouTube "Breaking in the Habit", poruszył ostatnio ważny temat dotyczący języka, jakiego używają katolicy w codziennym życiu. W swoim najnowszym materiale wideo, franciszkanin zwraca uwagę na popularne frazy, które jego zdaniem mogą być szkodliwe dla wiernych. Duchowny twierdzi, że niektóre powszechnie używane zwroty, choć brzmią inspirująco i pozytywnie, w rzeczywistości stoją w sprzeczności z nauczaniem Kościoła i mogą prowadzić do błędnego rozumienia wiary.

 Dlaczego język ma znaczenie?

 Język, którego używamy, ma ogromny wpływ na nasze myślenie i postrzeganie świata. W kontekście religijnym, słowa i frazy, które wybieramy, mogą kształtować naszą relację z Bogiem i innymi ludźmi. O. Cole podkreśla, że bezmyślne używanie pewnych popularnych zwrotów może prowadzić do zniekształcenia prawdziwego przesłania chrześcijaństwa.

 5 fraz, których zdaniem o. Cole'a powinni unikać katolicy:

 1. "Bóg pomaga tym, którzy pomagają sobie sami"

Ta popularna fraza sugeruje, że musimy być niezależni i ciężko pracować, by zasłużyć na Bożą pomoc. O. Cole podkreśla, że to nieprawda:
    Prawdziwe przesłanie: Bóg pomaga tym, którzy proszą o pomoc i jej potrzebują.
    Dlaczego to szkodliwe: Promuje fałszywe przekonanie o samowystarczalności i może zniechęcać do szukania Bożej pomocy.
        Alternatywa: "Bóg jest zawsze gotowy nam pomóc, wystarczy Go o to poprosić."
 
2. "Bądź silny"
Choć często używane jako wsparcie, to sformułowanie może być problematyczne:
    Problem: Skupia się na indywidualnej sile, zamiast na poleganiu na Bogu.
    Konsekwencje: Może prowadzić do poczucia porażki, gdy ktoś nie czuje się wystarczająco silny.
    Lepsza opcja: "Niech Chrystus będzie twoją siłą" lub "Pozwól Bogu być twoją siłą w tym trudnym czasie."
 
3. "Bóg chce, żebyśmy byli szczęśliwi"
O. Cole wyjaśnia, że to uproszczenie może prowadzić do błędnego rozumienia Bożej woli:
    Wyjaśnienie: Bóg nie chce naszego niepotrzebnego cierpienia, ale szczęście nie jest jedynym celem.
    Głębsze znaczenie: Celem jest świętość, która może obejmować zarówno radość, jak i trudności.
    Alternatywne sformułowanie: "Bóg pragnie naszej świętości i pełni życia."
 
4. "Uwierz w siebie"
Franciszkanin ostrzega przed nadmiernym skupieniem na własnych możliwościach:
    Zagrożenie: Może prowadzić do pychy i oddalenia od Boga.
    Właściwa perspektywa: Nasze osiągnięcia są możliwe dzięki Bożej łasce działającej przez nas.
    Lepsza fraza: "Ufaj Bogu działającemu w tobie" lub "Wierz w moc Boga pracującego przez ciebie."
 
5. "Żyj bez żalu"
 
O. Cole twierdzi, że ta popularna fraza może być szkodliwa dla duchowego rozwoju:
    Dlaczego to problematyczne: Ignoruje wartość skruchy i nawrócenia w życiu chrześcijańskim.
    Właściwe podejście: Uznanie swoich błędów i żal za grzechy są oznakami dojrzałości duchowej.
    Alternatywa: "Ucz się na błędach i dąż do ciągłego nawrócenia."
 
Podsumowanie
O. Casey Cole zwraca uwagę na ważny aspekt życia duchowego - język, którego używamy. Jego przesłanie zachęca katolików do głębszej refleksji nad słowami, których używają w kontekście wiary. Zamiast bezmyślnie powtarzać popularne frazy, warto zastanowić się, czy rzeczywiście odzwierciedlają one prawdy wiary i czy pomagają w budowaniu właściwej relacji z Bogiem.
 
Warto pamiętać, że o. Cole jest znaną postacią w mediach społecznościowych, a jego kanał YouTube "Breaking in the Habit" cieszy się dużą popularnością wśród osób poszukujących głębszego zrozumienia wiary katolickiej. Jego nauczanie łączy tradycyjne wartości franciszkańskie z nowoczesnym podejściem do komunikacji, co sprawia, że jego przesłanie trafia do szerokiego grona odbiorców, szczególnie młodych katolików.
 

O. Casey Cole - ChurchPOP - "deon.pl"

 

 

 

 

 

Święci i błogosławieni w tygodniu

 

16 marca - św. Gabriel Lalemant, zakonnik i męczennik

16 marca - św. Renat Goupil, prezbiter i męczennik

17 marca - św. Patryk, biskup

17 marca - św. Gertruda, ksieni

18 marca - św. Cyryl Jerozolimski, biskup i doktor Kościoła

18 marca - św. Edward, męczennik

19 marca - św. Józef, Oblubieniec Najświętszej Maryi Panny

19 marca - bł. Marceli Callo, męczennik

20 marca - św. Aleksandra, męczennica

20 marca - św. Maurycy Csak, męczennik

20 marca - św. Herbert, pustelnik

20 marca - św. Wolfram, biskup

21 marca - św. Mikołaj z Flue, pustelnik

21 marca - św. Benedykta od Bożej Opatrzności Cambiagio Frassinello

22 marca - św. Zachariasz, papież

23 marca - św. Turybiusz z Mongrovejo, biskup

23 marca - św. Józef Oriol, prezbiter

23 marca - bł. Metody Dominik Trćka, prezbiter i męczennik

23 marca - św. Rafka, dziewica

24 marca - św. Katarzyna Szwedzka, zakonnica

24 marca - św. Oskar Romero, biskup i męczennik