W BLASKU MIŁOSIERDZIA
20/1020 – 4 maja 2025 r. C.
INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA

Niedziela, 4 maja 2025, rok „C”
III NIEDZIELA WIELKANOCNA (rok C)
Czytania
Pierwsze czytanie: Dz 5,27b-32.40b-41
Psalm: Ps 30
Drugie czytanie: Ap 5,11-14
Ewangelia: J 21,1-19
Ewangelia
Trzecie zjawienie się Zmartwychwstałego apostołom
J 21, 1-19
✠ Słowa Ewangelii według Świętego Jana
Jezus znowu ukazał się nad Jeziorem Tyberiadzkim. A ukazał się w ten sposób: Byli razem Szymon Piotr, Tomasz, zwany Didymos, Natanael z Kany Galilejskiej, synowie Zebedeusza oraz dwaj inni z Jego uczniów. Szymon Piotr powiedział do nich: «Idę łowić ryby». Odpowiedzieli mu: «Idziemy i my z tobą». Wyszli więc i wsiedli do łodzi, ale tej nocy nic nie ułowili.
A gdy ranek zaświtał, Jezus stanął na brzegu. Jednakże uczniowie nie wiedzieli, że to był Jezus.
A Jezus rzekł do nich: «Dzieci, macie coś do jedzenia?»
Odpowiedzieli Mu: «Nie».
On rzekł do nich: «Zarzućcie sieć po prawej stronie łodzi, a znajdziecie». Zarzucili więc i z powodu mnóstwa ryb nie mogli jej wyciągnąć.
Powiedział więc do Piotra ów uczeń, którego Jezus miłował: «To jest Pan!» Szymon Piotr, usłyszawszy, że to jest Pan, przywdział na siebie wierzchnią szatę – był bowiem prawie nagi – i rzucił się wpław do jeziora. Pozostali uczniowie przypłynęli łódką, ciągnąc za sobą sieć z rybami. Od brzegu bowiem nie było daleko – tylko około dwustu łokci.
A kiedy zeszli na ląd, ujrzeli rozłożone ognisko, a na nim ułożoną rybę oraz chleb. Rzekł do nich Jezus: «Przynieście jeszcze ryb, które teraz złowiliście». Poszedł Szymon Piotr i wyciągnął na brzeg sieć pełną wielkich ryb w liczbie stu pięćdziesięciu trzech. A pomimo tak wielkiej ilości sieć nie rozerwała się. Rzekł do nich Jezus: «Chodźcie, posilcie się!» Żaden z uczniów nie odważył się zadać Mu pytania: «Kto Ty jesteś?», bo wiedzieli, że to jest Pan. A Jezus przyszedł, wziął chleb i podał im – podobnie i rybę.
To już trzeci raz Jezus ukazał się uczniom od chwili, gdy zmartwychwstał.
A gdy spożyli śniadanie, rzekł Jezus do Szymona Piotra: «Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci?»
Odpowiedział Mu: «Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham».
Rzekł do niego: «Paś baranki moje».
I znowu, po raz drugi, powiedział do niego: «Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie?»
Odparł Mu: «Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham».
Rzekł do niego: «Paś owce moje».
Powiedział mu po raz trzeci: «Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie?»
Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: «Czy kochasz Mnie?» I rzekł do Niego: «Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham».
Rzekł do niego Jezus: «Paś owce moje.
Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci: Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz».
To powiedział, aby zaznaczyć, jaką śmiercią uwielbi Boga. A wypowiedziawszy to, rzekł do niego: «Pójdź za Mną!»

Komentarz do czytań
Kim jest Bóg? Ewangelia tej niedzieli pokazuje niezwykły Jego obraz: pokazuje, jak we wzniosłej wydawałoby się chwili, jaką jest ukazanie się uczniom po zmartwychwstaniu, zajmuje się przygotowaniem im śniadania. Rozpala ogień i piecze rybę... Czy takie będzie tez niebo? Nie, nie ze śniadaniem do łóżka. Takie w swojej prozaiczności piękne, jak ów poranek nad Jeziorem Galilejskim.
On nie był wyniosły, daleki. Zmartwychwstały Jezus był dla swoich uczniów dalej przyjacielem.
To musiało być niesamowite przeżycie: spotkać nad brzegiem jeziora palącego ognisko i piekącego w nim ryby Pana Panujących i Króla Królujących. Takie śniadanie to coś więcej, niż najwytworniejsze uczty. Bóg jest, ciągle chce być swoim uczniom bliski. I nikomu z nich nie czyni wymówek, że nie zdali egzaminu. Piotra pyta o Jego miłość nie po to, by go upokorzyć, ale raczej by go podnieść.
Nic dziwnego, że po takich przeżyciach uczniowie Jezusa przestali się bać. Jeśli jest się przyjacielem tego, który daje życie wieczne, nie ma problemu z wiernością nawet w obliczu surowych prześladowań. Takiego człowieka nie można już złamać żadnymi szykanami. Wszak ma gwarancje od tego, który jest Panem życia, czasu i wieczności.

W dzisiejszym numerze
- „Zmartwychwstanie” uczniów Jezusa
- Zbawienny smutek
- III niedziela Wielkanocna
- Świadczyć o obecności Zmartwychwstałego
- Bp Varden: módlmy się za przyszłego papieża, pamiętajmy o jego odpowiedzialności
- Jak wybiera się papieża? Sekrety konklawe widziane oczami kanonisty
- Medialne konklawe, czyli kandydaci na papieża
- Kim są kardynałowie, którzy wybiorą papieża?
- Biskup Islandii: Najlepsza katecheza odbywa się podczas "przypadkowych" rozmów
- Sede vacante: czas żałoby, nadziei i opowiadania bzdur
- Konklawe. Najnowsze informacje
- Czy następny papież będzie miał na imię Jan XXIV?
- O czytaniu pisma świętego
- Święci i błogosławieni w tygodniu

„Zmartwychwstanie” uczniów Jezusa
Apostołowie wrócili na swój brzeg morski i do swoich łodzi. Jezus jednak przyszedł tam za nimi po swoim zmartwychwstaniu. Przyszedł i wszystko w nich odnowił. Zmartwychwstała w nich nadzieja i miłość. Ale nie był to powrót do przeszłości. Teraz już Piotr nie mówił Jezusowi: „Odejdź ode mnie, bo jestem człowiek grzeszny”. Szybko do Niego popłynął, a potem powiedział: „Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham”.
Jezus zawsze idzie za nami, szuka nas i dba o nas jak o dzieci. Dzięki temu nawet największe odejście od Niego nie stawia nas nigdy w punkcie wyjścia.
o. Mieczysław Łusiak SJ- „mateusz.pl”

Zbawienny smutek
Dlaczego Pan trzykrotnie pyta Szymona o to, czy Go miłuje? Podobieństwo do trzykrotnego zaparcia się Jezusa nie jest bez znaczenia. Nie sądzę jednak, że chodzi o „odpokutowanie” wcześniejszej winy. Święty Paweł pisze, że Chrystus zaraz po swoim zmartwychwstaniu objawił się Piotrowi (1 Kor 15,5). Choć ewangelie nie opisują tego spotkania, taka właśnie pamięć trwa w Kościele. Pan najpierw odszukał zrozpaczonego ucznia, żeby mu przebaczyć.
Jezus z Nazaretu jest wyjątkowo utalentowanym pedagogiem, a dodatkowo od czasu zmartwychwstania nie skrywa swej Boskiej natury. Dlatego pytania stawiane nad Jeziorem Tyberiadzkim mają inny cel – uświadomienie. Wadą Szymona nie była tchórzliwość. Nie zaparł się Jezusa, ponieważ obleciał go strach. Przeciwnie, kierował się odwagą, gdy sięgnął po miecz w ogrodzie, gdy wchodził na dziedziniec rezydencji arcykapłana i w końcu, gdy w blasku ognia stanął pośród sług Kajfasza. Jego odwaga graniczyła wręcz z brawurą. Wadami, które przywiodły go do upadku, były spryt i pewność, że sobie poradzi. Jako przedsiębiorca musiał sobie radzić. Czasy były złe. Nie dość, że trzeba było się mierzyć z podwójnym opodatkowaniem, to jeszcze chciwi poborcy próbowali dla siebie wyszarpnąć, ile się dało. Żeby przetrwać na rynku, trzeba było lawirować. Drobne kłamstwa, takie, które przecież nikomu nie szkodzą, czy też niewielkie oszustwa musiały znajdować się w arsenale codziennych środków każdego, kto chciał odnieść sukces na rynku. Piotr sobie radził, i to całkiem nieźle. Na dziedzińcu Kajfasza również próbował sobie poradzić. Żeby być jak najbliżej Jezusa, uciekł się do znanych sobie metod. Lawirował. Nie zauważył, że wyparł się Mistrza. Gdy wspomnienie zdrady już zatarło się w jego pamięci, a wyrzuty sumienia uleczyło pojawienie się zmartwychwstałego Pana, zniknęła wraz z nimi pamięć o wadach. Pytania Chrystusa pozwoliły Piotrowi wrócić do rzeczywistości. Za trzecim razem dotarło do niego, że Pan wie, na czym polega skaza jego charakteru. Szymon nie chce pamiętać o tym, co może go zgubić. Pytania Jezusa można byłoby transponować do: „Czy kochasz Mnie jako grzesznik?”. To ważne, by odpowiedzieć uczciwie: „Wiesz, że Cię kocham jako grzesznik”. Dopiero wtedy to, co grzeszne, może być zbawione.
Tomasz Grabowski OP – „wdrodze.pl”

III niedziela Wielkanocna
W tym roku w radość wielkanocnego okresu wmieszała się żałoba po śmierci papieża Franciszka. Jednocześnie spoglądamy teraz na Rzym z nadzieją, ale i z pewną niepewnością, oczekując, jaką decyzję podejmą kardynałowie na konklawe. Kogo wybiorą na następcę św. Piotra? To jakoś wpisuje się w dzisiejszą Ewangelię.
Zatrzymajmy się zatem na chwilę nad słyszanym już wielokrotnie opisem spotkania nad Jeziorem Genezaret.
Co rzuca się nam od razu w oczy? Przede wszystkim – wspólnota pracy. „Idę łowić ryby. … Idziemy i my z Tobą!” (J 21, 3 ).
Od razu, bez namysłu – gdzie Piotr, tam i oni, pozostali apostołowie. Wiedzieli, że Pan Jezus postawił Piotra na czele tej grupy i to on ma przewodzić temu Kościołowi w zalążku. Wiemy, że będzie to potem także wspólnota modlitwy oraz cierpienia, o czym świadczą Dzieje Apostolskie. Początek tego cierpienia dla Jezusa mamy już dziś w odczytanym fragmencie. Może niektórych dziwić, że cieszyli się z tego cierpienia – ale taka jest logika miłości, a oni niewątpliwie Jezusa kochali.
Byłoby pięknie, gdybyśmy umieli tworzyć właśnie taką wspólnotę życia, modlitwy i pracy – a wtedy nie zwycięży nas wróg odwieczny, bo zaufaliśmy temu Imieniu, w którym jest zbawienie. Ale to tylko taka dygresja.
Praca Apostołów nie przyniosła dziś efektu, mimo że działali razem i zgodnie współpracowali. Skutek? Żaden. Nie ma ryb. Wciąż nie mają nic do jedzenia ani na sprzedaż.
Na polecenie Nieznajomego zarzucają raz jeszcze sieci. Kto z nas byłby skłonny posłuchać kogoś obcego? Może powiedzielibyśmy mu: „Zajmij się swoimi sprawami, ja lepiej wiem, co mam robić. Odczep się ode mnie – jestem zmęczony, głodny i zły”.
Oni jednak posłuchali – i połów otwiera oczy. Najpierw Janowi, a zaraz potem uwierzy Piotr. Czy przypomniał sobie podobne wydarzenie sprzed trzech lat? Wtedy też zarzucił sieć, też był połów – i potem rzucił się do Jezusowych nóg, prosząc: „Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny” (Łk 5, 8).
W całym dzisiejszym wydarzeniu znajdziemy rzeczy nie do końca zrozumiałe.
Po pierwsze – czy nie powinni rozpoznać Jezusa po prostym słowie: „Dzieci”?
„Dzieci, czy nie macie nic do jedzenia?” (J 21, 5). Kto tak się zwraca do obcych, dorosłych ludzi – w dodatku rybaków? Ale oni słyszeli to słowo wcześniej, gdy Jezus mówił: „Dzieci, jeszcze krótko jestem z wami” (J 13, 33).
Zapomnieli – i nie rozpoznali w tym słowie Jezusa.
Po drugie – cud, którego dokonał Jezus. Przed chwilą słyszy, że nie mają nic do jedzenia, a teraz zaprasza ich na śniadanie. Jest chleb, są ryby, jest ognisko. Skąd to wszystko? Pewnie apostołowie też się zdziwili, ale nie pytali… To było dla nich takie „wielkanocne” śniadanie – przygotowane i poświęcone przez samego Jezusa.
Po trzecie – jeszcze jedno niezrozumiałe. Po co św. Piotr rzuca się w jezioro? Mógł spokojnie dopłynąć łodzią. A tak – musiał wyglądać nie najlepiej, nieciekawie wobec Mistrza, w tej przemoczonej szacie. I w dodatku – odpowiadać na ważne pytanie: „Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci?” (J 21, 15).
Czy temu pytaniu towarzyszył gest wskazujący na pozostałych apostołów? Nie wiemy. Do dziś intryguje, kim są „ci”, z którymi Jezus zestawia Piotra. A może byli tam nad jeziorem także inni? Klienci, którzy przyszli kupić ryby? A może – jak tłumaczą niektórzy – pytanie brzmiało: czy miłujesz Mnie ponad wszystko?
To pytanie kieruje Jezus do każdego z nas również dziś. Jaka jest nasza – moja – odpowiedź? Nie ta wypowiedziana słowem, ale ta dana życiem, zgodnym z Ewangelią. To jest prawdziwy sprawdzian miłości do Mistrza.
Słowo niewiele dziś kosztuje – zwłaszcza w takich czasach jak nasze. Słowo się zdewaluowało. Można jednego dnia mówić jedno, a drugiego – coś zupełnie przeciwnego. Przykładów mamy aż nadto – nie trzeba wielkiego wysiłku, by dostrzec takie osoby w naszym życiu publicznym.
Co więcej – wydaje się, że takie „odwracanie kota ogonem” niektórym weszło w krew.
Czy to coś nowego? Niekoniecznie. Przypomnijmy sobie pierwsze czytanie. Apostołowie są przesłuchiwani przed Sanhedrynem. Przełożeni ludu i starsi oburzyli się, że ktoś ośmiela się nauczać bez ich pozwolenia. Mało tego – naucza zupełnie inaczej niż dotąd. To już nie drobiazgowe studiowanie Tory. To głoszenie prawdy o Jezusie Zmartwychwstałym.
Jerozolimscy uczeni w Piśmie uważali to za skandal – podobnie jak przypominanie im winy związanej ze śmiercią Jezusa. Po kilku tygodniach od Wielkiego Piątku byli już w stanie wyprzeć z pamięci wszystko, co działo się podczas pokazowego procesu przed Piłatem.
Jak szybko wyrzucili z pamięci własne słowa: „Krew Jego na nas i na dzieci nasze!” (Mt 27, 25). Chętnie przerzuciliby winę na innych. To zresztą obserwujemy także dziś.
Piotr odważnie przypomina prawdę – że śmierć Jezusa i Jego zmartwychwstanie były po to, by dać Izraelowi nawrócenie i odpuszczenie grzechów. Niestety, wielu z tego nie skorzystało – i tu przez wieki nic się nie zmienia. Dla tych, którzy nie wierzą w Jezusa, całe wydarzenie zbawcze jest bezwartościowe.
Wcześniej św. Piotr powiedział bardzo mocno: „On jest kamieniem odrzuconym przez was, budujących, tym, który stał się głowicą węgła. I nie ma w żadnym innym zbawienia” (por. Dz 4, 11-12).
Tu pojawiają się myśli związane z obecnym czasem i minionym pontyfikatem.
Czy faktycznie tak rozumiemy Osobę i dzieło Jezusa Chrystusa? Słyszeliśmy, że istnienie różnych religii to „wyraz mądrej woli Bożej” – tak jak istnienie różnych płci albo ras. Podobnie: że chrześcijaństwo oraz islam to „światła”, które prowadzą w tę samą stronę. Rodzi się zasadne pytanie – po co w takim razie ewangelizacja? Przecież ewangelizacja wypływa z najgłębszego przekonania chrześcijanina, że każdy powinien usłyszeć prawdę o Jezusie – i tą prawdą potem żyć.
„Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci?” (J 21, 15).
To pytanie wciąż jest aktualne, bo Jezus i dziś pyta mnie i ciebie – czy to, co robię na co dzień, robię faktycznie z miłości do Niego?
Jaką odpowiedź dam swoim życiem?
Oby podobną do tej Piotrowej. Amen.
o. Marian Krakowski CSsR
Redemptorysta Prowincji Warszawskiej, obecnie duszpasterz w Parafii św. Józefa i Sanktuarium Matki Bożej
Nieustającej Pomocy – Toruń (Toruń-Bielany)

Świadczyć o obecności Zmartwychwstałego
Nową Chrystusową Paschę nadal głoszą czytania niedziel, zwanych obecnie wielkanocnymi. Dlatego w każdą z nich na nowo powracamy w pierwszym czytaniu do naszych tylko nowotestamentowych początków, w ich zestawieniu upatrując pewien szczególny zamiar Kościoła i w nich znajdujemy odpowiednie pouczenie dla naszej teraźniejszości. I tak w owych początkach dostrzegamy już zapowiedź, zadatek i częściową realizację naszej przyszłości ostatecznej – w niebie. Jest to dlatego możliwe, iż między nami jest obecny Chrystus, zwycięski Baranek adorowany przez miriady niebian, a wśród nich już także przez zbawionych ludzi. Kościół bowiem jako nowy Lud Boży pielgrzymuje od eonu doczesnego do wiekuistego nieba, świadcząc tutaj o Zmartwychwstałym Panu.
2. Podwójne jest dzisiejsze świadectwo apostołów Pana. Świadectwo słowem to czwarty z kolei, bardzo odważny, kerygmat św. Piotra. Natomiast czynem, bolesnym przeżyciem, jest kara chłosty wymierzona apostołom na rozkaz Sanhedrynu w następstwie tego wystąpienia za nieposłuszeństwo wobec poprzedniego zakazu głoszenia sprawy Jezusa. W replice Piotra na ten zarzut arcykapłana pada wciąż niezmiennie aktualna i wszystkich obowiązująca zasada: Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi. Orędzie przy tym chrystologiczne Piotra operuje tytułem Władca i Zbawiciel. Jezus Chrystus jako władca i Zbawiciel zapewnia Izraelowi odpuszczenie grzechów. Takie zaś świadectwo apostołów wspiera Duch Święty jako rękojmia prawdy i moc wewnętrzna. Dowodem zewnętrznym tej mocy była paradoksalna w cierpieniu radość apostołów: oni odchodzili sprzed Sanhedrynu i cieszyli się, że stali się godni cierpieć dla Imienia <Jezusa>.
W ramach pierwszego w Apokalipsie objawienia, odnoszącego się do losów całej ludzkości, ma św. Jan wizję otwartego nieba. Tam jako następstwo wręczenia księgi jej losów Chrystusowi – Barankowi, czego poprzednio dokonał Zasiadający na tronie Bóg Ojciec, następuje powszechna adoracja, której przedmiotem jest Baranek wraz z Ojcem. Niezliczone rzesze anielskie różnych stopni (wyróżniają się Cztery Istoty żyjące na tle miriad) i zapewne święci ST, symbolizowani przez 24 starców, otaczających tron Boga, wraz ze wszystkimi istotami żyjącymi na trzech piętrach starożytnego kosmosu, wszyscy zgodnie opiewają chwałę Baranka jako Odkupiciela, jak to szczególnie wynika ze słów poprzednich (w. 9n). Wielbią Go na równi z Zasiadającym na tronie. Wyraża tę jednakową chwałę siedem boskich atrybutów zaczerpniętych ze ST. Ta boska ranga Baranka ostro kontrastuje z faktem, że był On zabity.
Perykopa dzisiejsza, pierwsza część Dodatku do Czwartej Ewangelii (r. 21), ukazuje trzecią i ostatnią w niej chrystofanię nad jeziorem Tyberiadzkim (inna nazwa Genezaret). Urywek ten opisuje najpierw cudowny połów ryb, podobny do znanego z Łk 5,4–11, uwydatnia rolę Piotra, a kończy się szczególnym dialogiem z nim Zmartwychwstałego Pana. Dzisiejszy dialog kończy się udzieleniem Piotrowi zapowiadanego przedtem (por. Mt 16,18n; Łk 22,31n; J 1,42) pełnego prymatu oraz władzy pasterskiej nad całym Kościołem. Obfity połów ryb (liczbę ich 153 różnie wyjaśniano) zależał od woli Pana, nie od zabiegów rybaków, które przedtem nie dały wyników. Według Tradycji Ojców Kościoła Piotr trzykrotnie wyznając większą niż inni uczniowie miłość do Chrystusa, naprawił trzykrotne wyparcie się Go przed męką. Zapewnienia swoje oparł on tym razem na wszechwiedzy Pana, pomny, co były warte te jego poprzednie z Wielkiego Czwartku.
3. Główna myśl orędzia dzisiejszej niedzieli – to składanie świadectwa Chrystusowi. Proces takiego świadectwa pozostaje w nas „pod prawem napięcia” (A. Rademacher). Ta trafna przenośnia z zakresu fizyki mówi o twórczym przeciwieństwie, jakie łączy ze sobą ludzką słabość i wszechmoc Boga. To przecież sam Bóg usprawnia człowieka do trudnego zadania, jakie mu wyznaczył. Rozstając się z nami Jezus Chrystus to wyraźnie określił i zapewnił pomoc Ducha Świętego (por. Dz 1,8). Ukazują się nam przy tym dwie racje, na których powinniśmy się oprzeć spełniając to zadanie wbrew naturalnym naszym reakcjom lęku, dyktowanym przez nasze życiowe doświadczenie. Pierwsza – to zwycięska wszechmoc Jezusa Chrystusa, Baranka – Odkupiciela, wyposażonego w boskie przymioty, rządzącego losami świata wraz z Bogiem Ojcem. Druga – to zależna w pełni od Chrystusa władza pasterska powierzona przez Niego Kościołowi z Piotrem i jego następcami na czele.
4. Hasło tytułowe niedzieli można rozwinąć w homilii rozważając, jak składa świadectwo główna postać dwóch czytań – Piotr, ale w stałej zależności od Pana, tzn. Chrystusa Zmartwychwstałego. Ta zależność tylko stanowi rękojmię powodzenia. Wychodząc z opisu malowniczej sceny nad jeziorem, trzeba uwydatnić inicjatywę Pana pełną troski (ryba na ognisku) i mocy (cudowny połów) o wszystkich uczniów, o Piotra zaś w szczególności, uwieńczoną nadaniem mu władzy pasterskiej w Kościele. Podkreślić też należy odmianę duchową Piotra w porównaniu z Wielkim Czwartkiem („Panie, Ty wszystko wiesz (…)” w miejsce dawnej pewności siebie ukaranej bolesną porażką). Tak odmieniony Piotr, świadomy działania teraz mocą Ducha Świętego, mówi śmiało prawdę wobec Sanhedrynu, za co potem wraz z pozostałymi apostołami mężnie i radośnie cierpi. Chrystus Baranek jest gwarantem zwycięstw Kościoła aż po dzień dzisiejszy.
Augustyn Jankowski OSB
Przy stole Słowa, Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

Bp Varden: módlmy się za przyszłego papieża, pamiętajmy o jego odpowiedzialności
Zamiast traktować kolegium kardynalskie jak stajnię koni i ustawiać się w kolejce do bukmachera, powinniśmy raczej modlić się za przyszłego papieża i myśleć o odpowiedzialności, która zostanie mu powierzona – apeluje przewodniczący Episkopatu Krajów Nordyckich. Podkreśla, że głową Kościoła jest sam Chrystus. Nie mamy powodu do niepokoju – zapewnia bp Erik Varden.
Myślę o tym z drżeniem”
Zapytany, czy można się modlić o wygraną ulubionego kandydata, podkreśla, że w tym wypadku nie chodzi o wygraną. „Czy pomyśleliśmy o ciężarze, jaki spadnie na barki przyszłego papieża od momentu jego wyboru? Czy zastanowiliśmy się nad tym, z czego będzie musiał kiedyś zdać sprawę przed Sędzią wszystkich ludzi?” – mówi bp Varden. Przypomina, że u Dantego czy na średniowiecznych obrazach w otchłani piekielnej nie brakuje też głów z mitrami. „Jako biskup myślę o tym z drżeniem, stawka jest ogromna” – dodaje norweski hierarcha.
Ta głowa zostanie ukoronowana cierniami
W wywiadzie dla portalu The Pillar zauważa, że powierzona przyszłemu papieżowi posługa będzie od niego wymagała niewyobrażalnej wręcz wiary i wytrwałości. A przy tym będzie ją pełnił pod czujnym okiem dociekliwego świata, którego nastawienie jest zmienne i który w jednej chwili będzie krzyczał: „Hosanna”, a zaraz potem „Ukrzyżuj go”. Papież ma wspaniałą i radosną misję – przyznaje bp Varden – ma głosić Chrystusa światu, ale ta nowa głowa Kościoła, na którą teraz czekamy, zostanie też ukoronowana cierniami i to na różne sposoby.
Uświadamiamy sobie, co to znaczy być katolikiem
Norweski biskup przyznaje, że katolicy znajdują się obecnie w dość niekomfortowej sytuacji. Czują, że Kościół jest pozbawiony głowy, tęsknią za przywróceniem integralności ciała Kościoła. „Jest to czas, aby z bólem serca i jasnym umysłem, z wdzięcznością pogodzić się z rzeczywistością bycia katolikiem” – podkreśla bp Varden.
Głowa Kościoła: Chrystus i papież
Zarazem dodaje, że to oczywiście sam Chrystus jest Głową Mistycznego Ciała, jednak w ekonomii łaski, wynikającej z wcielenia Chrystusa, rzeczywistości niewidzialne otrzymują formy widzialne, które skutecznie przekazują zbawcze działanie Boga. To, dlatego doktryna katolicka nazywa papieża widzialną głową Kościoła (Lumen gentium, 18).
Nasza nadzieja jest pewna
Bp Varden zauważa, że czas żałoby po śmierci papieża i konklawe to czas oczekiwania na szczególne, znaczące wydarzenia, ale trzeba też pamiętać, że Mesjasz już przyszedł, Chrystus zmartwychwstał, a zatem nasza chrześcijańska nadzieja jest pewna, nie ma powodu do niepokoju.
Szukajmy czasu na modlitwę i adorację
Zdaniem przewodniczącego nordyckich biskupów jest to stosowny czas, by trwać w ciszy i modlitwie. „Gdziekolwiek się znajdujemy jako członkowie Kościoła, róbmy wszystko, co w naszej mocy, aby wprowadzić pokój w ciele [Kościoła]. Znajdźmy czas na ciszę, adorację, modlitwę wstawienniczą, spokój. Skorzysta na tym cały organizm. I razem przygotujmy się na przyjęcie wszelkich błogosławieństw i zadań, jakie Pan dla nas przygotował” – apeluje norweski biskup.
„vaticannews.va”

Jak wybiera się papieża? Sekrety konklawe widziane oczami kanonisty
Powinni być odcięci od rzeczywistości medialnej, aby nic nie zakłócało ich wyboru – mówi ks. Dr hab. Rafał Kamiński, prodziekan Wydziału Prawa Kanonicznego UKSW.
W czasie konklawe kardynałowie nie mogą korespondować, dzwonić, a także po prostu kontaktować się ze światem zewnętrznym. Powinni być odcięci od rzeczywistości medialnej, aby nic nie zakłócało ich wyboru – mówi ks. Dr hab. Rafał Kamiński, prodziekan Wydziału Prawa Kanonicznego UKSW.
Za nami pogrzeb papieża Franciszka, ale tron papieski wciąż pozostaje pusty. Ta sytuacja prowadzi do pytania o najbliższą przyszłość Kościoła katolickiego, na który od śmierci Ojca Świętego zwrócone są oczy całego świata.
Obecna niezwykła sytuacja Kościoła budzi duże zainteresowanie. Nawet wśród tych, którzy mówią, że Kościół to przeżytek, organizacja nieprzystająca do XXI wieku. Taką niestandardową sytuacją jest okres, który przeżywamy obecnie – sede vacante. W dosłownym tłumaczeniu oznacza „przy opustoszałym tronie”. Wakat Stolicy Apostolskiej to wyjątek. Regułą, do której jesteśmy przyzwyczajeni jest to, że na czele Kościoła stoi Biskup Rzymu. Wraz z jego śmiercią (czy też wcześniej, w przypadku Benedykta XVI, abdykacją), nie ma Najwyższego Pasterza, widzialnej głowy Kościoła. Z tego powodu tracą swoją władzę wszyscy szefowie dykasterii Kurii Rzymskiej, które działają z mandatu Biskupa Rzymu. Nowy papież będzie mógł potwierdzić ich urząd lub nominować na niego kogoś innego. Nie tracą natomiast urzędu sekretarze dykasterii, a także Kardynał Penitencjarz Większy oraz szefowie także innych trybunałów kościelnych – Sygnatury Apostolskiej oraz Roty Rzymskiej. Zajmują się one sprawami konkretnych ludzi i muszą działać. Inne dykasterie podejmują zwykłą działalność. Choć ich zwykli członkowie także są zawieszeni, urzędnicy wciąż pracują w zwykłych sprawach, które nie wymagają interwencji papieża.
W momencie, gdy następuje wakat Stolicy Apostolskiej, władzę obejmuje Kolegium Kardynalskie z kardynałem dziekanem na czele. W jego skład wchodzą wszyscy żyjący kardynałowie, w tym momencie jest ich ponad 250. Jest ono jednak ograniczone w swojej władzy, bo nie może podejmować decyzji, które należą do urzędu Biskupa Rzymskiego. Prowadzą bieżącą, zwyczajną działalność i załatwiają sprawy niecierpiące zwłoki. Do takich należy na pewno przygotowanie pogrzebu papieża, a także przygotowanie wyborów, czyli konklawe. Kolegium Kardynalskie działa w dwóch formach. Po pierwsze to kongregacje generalne, na których zbierają się wszyscy kardynałowie, którzy są w Rzymie. Widzimy, że z dnia na dzień ich przybywa – pierwszego dnia było ich około 60, trzeciego – już ponad 100. Działają pod auspicjami dziekana lub subdziekana kolegium. Mamy natomiast do czynienia z ciekawą sytuacją, ponieważ nie będą oni mogli przewodniczyć spotkaniom kardynałów już podczas konklawe. Zarówno dziekan, jak i subdziekan utracili już z racji na swój wiek czynne prawo wyboru papieża. Przypomnijmy, że takie prawo mają ci kardynałowie, którzy w chwili nastąpienia wakatu na Stolicy Świętej nie ukończyli 80 roku życia. W obecnej sytuacji tę funkcję przejmie najstarszy wiekiem kardynał elektor. Nie chodzi tu jednak o wiek, lecz o to, który spośród kardynałów biskupów został nim najwcześniej.
Drugą formą sprawowania władzy przez kolegium kardynalskie są kongregacje partykularne. Przewodniczy im kardynał kamerling, który korzysta ze swoich uprawnień w momencie śmierci papieża: m. in. Załatwia sprawy związane z organizacją pogrzebu i konklawe. Wspierają go trzej kardynałowie losowani co trzy dni. Co ciekawe, każdy pochodzi z innego stopnia: kardynałów biskupów, prezbiterów i diakonów. Jak wiemy, w pierwszej trójce znalazł się polski kardynał, Stanisław Ryłko. Kongregacje partykularne działają także wtedy, gdy zaczyna się konklawe.
Obecna sytuacja może także prowadzić do pytań o prawną sytuację trwającego roku jubileuszowego, który otworzył papież Franciszek. Ten czas jest przecież związany z sakramentem pokuty i pojednania, a także z odpustami. Do uzyskania odpustu zupełnego konieczna jest modlitwa w intencjach Ojca Świętego. Czy taka możliwość wciąż istnieje, gdy papież umarł?
Rzeczywiście, można powiedzieć, że wraz ze śmiercią Ojca Świętego umierają intencje, które za życia wzbudzał. Natomiast intencje papieskie są publikowane na początku roku – one nie zostały odwołane, trwają i pozostają aktualne. Nadal można ogarnąć je modlitwą i uzyskiwać odpusty. Słyszeliśmy natomiast o zawieszeniu kanonizacji i beatyfikacji, które wymagają autorytetu papieskiego. Nie są one jednak odwołane – czekamy na podjęcie tych spraw przez nowego Biskupa Rzymu.
No właśnie – nasza rozmowa od początku zmierzała do tego tematu, który nie od dziś wzbudza wielkie emocje w społeczeństwie. „Anioły i demony” – dobrze znana powieść i jej późniejsza ekranizacja, ale także młodsza produkcja – film „Konklawe” z 2024 roku, również na podstawie książki – to teksty kultury, które świadczą o dużym zainteresowaniu tematem wyboru Chrystusowego Namiestnika. Oglądalność nagrodzonej Oscarem produkcji w reżyserii E. Bergera w dniu śmierci papieża Franciszka wzrosła o 283% na platformach streamingowych. Serwisy bukmacherskie umożliwiają obstawianie, kto zostanie kolejnym następcą św. Piotra. To wszystko ukazuje niemałe zainteresowanie tematem.
Myślę, że jest ono tak wielkie, bo konklawe zdarza się niezwykle rzadko. Znam pewne przysłowie, że w Rzymie tak często pada śnieg, jak często umiera papież. Zatem także wybory nowego papieża zdarzają się co kilka, kilkanaście lat, w przypadku Jana Pawła II nastąpiło dopiero po 27 latach. Uruchomienie całej procedury rozpala ludzką wyobraźnię – także dlatego, że konklawe jest owiane tajemnicą. Jego sekrety prowadzą do ciekawości i pytania, jak to wygląda naprawdę. Jest to także łakomy kąsek dla mediów. Do tego w naszym nowoczesnym świecie instytucja konklawe pozostaje całkiem archaiczna. Sama w sobie nie jest jednak tak stara, bo pojawiła się dopiero w XIII wieku.
No właśnie – z jednej strony jest archaiczna, a z drugiej – wiemy, że w ostatnich dekadach papieże wprowadzali do niej kilka modyfikacji.
Rzeczywiście, Konstytucja Apostolska Universi Dominici Gregis została promulgowana przez Jana Pawła II w 1996 r., a papież Benedykt XVI dwukrotnie – w 2007 i 2013 r. – wprowadził do niej kolejne zmiany. Warto zauważyć, że polski papież wskazał w swoim dokumencie, że nie ma zamiaru zrywać z tradycją. Ktoś porównał kiedyś dzieje konklawe do historii lotnictwa. Każda katastrofa tworzy reguły, by błąd się więcej nie powtórzył.
Popatrzmy na historię: w pierwszych wiekach papieże nie byli wybierani przez kardynałów. Lud Boży jednomyślnie wskazywał kandydata, którego później biskupi akceptowali przez sakrę, nałożenie na niego rąk. Pierwsze konklawe odbyło się w 1276 r. i trwało zaledwie jeden dzień. W XIII wieku w Viterbo, gdzie zmarł poprzedni papież, odbyły się najdłuższe w historii papieskie wybory – trwały niemal trzy lata. Wybrany w nich papież Grzegorz X wydał w 1274 r. dokument Ubi periculum, w którym powołał do życia znaną nam dzisiaj instytucję konklawe – wcześniej nazywano to elekcjami. Kolejni papieże także wprowadzali w tym zakresie różne zmiany – w XX wieku był to chociażby Pius X, Jan XXIII, Paweł VI, czy wreszcie Jan Paweł II – by pewne rzeczy uporządkować i usprawnić wybór. Obecnie obowiązująca Konstytucja Apostolska zrywa z dwiema historycznymi formami wyboru. Po pierwsze z aklamacją – wyborem przez powszechną akceptację wśród kardynałów. Druga forma – kompromis – była stosowana, gdy kardynałowie nie mogli dojść do porozumienia i zakładała wybór w ramach zawężonej grupy kandydatów. Została ona zastosowana tylko raz, właśnie na wspomnianym wyżej konklawe w Viterbo. Jan Paweł II dopuścił jedynie wybór przez głosowanie – scrutinium. Jest ono tajne i pisemne.
Z jednej strony konklawe jest objęte tajemnicą, ale z drugiej – jego przebieg jest bardzo szczegółowo opisany w ogólnodostępnych dokumentach – wspomnianej Konstytucji Apostolskiej i Ordo rituum conclavis, zawierającym poszczególne obrzędy – oraz literaturze. Po drugie, sekretem objęte jest tylko to, co bezpośrednio i pośrednio dotyczy wyboru Biskupa Rzymu – od złożenia przysięgi, zarówno przed wyborem, jak i po jego dokonaniu.
Spróbujmy to skonkretyzować: jak rozumiem, kardynał nie mógłby zdradzić hab. jacy kandydaci byli brani pod uwagę i na kogo głosował?
Tak, nie mógłby także wskazać, jakie były wyniki głosowania na konkretnych kandydatów oraz jak wiele było głosowań. Jednak znając samą procedurę z aktów prawnych, możemy potem wnioskować, w którym głosowaniu został wybrany papież. Jak wiemy, karty pozostałe po głosowaniach mają być spalone – podobnie osobiste notatki, sporządzane na bieżąco przez kardynałów. Sprawozdania z głosowań zostają zachowane, ale są pieczętowane i przekazywane nowemu papieżowi, który składa je w tajnym archiwum.
Część obrzędów konklawe znamy także z transmisji telewizyjnych. W latach pontyfikatu Franciszka weszliśmy w erę mediów społecznościowych, w których będziemy mogli obserwować, przynajmniej w części, przebieg wyborów nowego Biskupa Rzymu. Jak wygląda konklawe krok po kroku?
Powinno rozpocząć się 15 dni od nastąpienia wakatu, nie później niż po 20 dniach. Trzeba jednak zaznaczyć, że w 2013 r., po rezygnacji Benedykta XVI złożonej 11 lutego, wakat Stolicy Apostolskiej prawnie nastąpił 28 lutego. Wówczas papież, 6 dni przed nastąpieniem tego momentu zmodyfikował przepis Konstytucji Apostolskiej swojego poprzednika. Wprowadził możliwość wcześniejszego rozpoczęcia konklawe, jeszcze przed 15 dniem – gdyby wszyscy elektorzy byli już na miejscu. Tak też się stało – papież Franciszek został wybrany już 13 dnia od nastąpienia wakatu. A przepis wprowadzony przez Benedykta XVI wciąż obowiązuje.
Konklawe zaczyna się Mszą pro eligendo Papa – o wybór papieża. To uroczysta celebracja, która ma miejsce w godzinach porannych. Po południu kardynałowie przechodzą w procesji do Kaplicy Sykstyńskiej, która jest miejscem wyboru papieża od 1492 r. Śpiewając Veni Creator, wzywając pomocy Ducha Świętego. Następnie każdy kardynał imiennie składa przysięgę, że będzie kierował się dobrem Kościoła i zachowa w tajemnicy wybory. Później słyszymy słynne extra omnes, czyli ogłoszenie mistrza ceremonii, aby wszyscy nieuprawnieni do głosowania opuścili kaplicę. Na chwilę z elektorami zostaje jeszcze sam mistrz ceremonii oraz duchowny, który wygłosi do kardynałów konferencję, jednak później także oni muszą wyjść na zewnątrz. Kardynałowie nie mają łączności z nikim. W Konstytucji Apostolskiej ustawodawca stanowi, że nie można kontaktować się z kardynałami także wtedy, gdy przemieszczają się między Kaplicą Sykstyńską a Domem Świętej Marty, gdzie mieszkają w czasie konklawe.
Dzisiaj to rodzi także pytanie o telefony, które przecież zazwyczaj każdy ma przy sobie.
Nie można wnosić żadnych urządzeń elektronicznych. Kaplica Sykstyńska jest sprawdzana przez biegłych techników pod kątem podsłuchów i kamer. Kardynałowie nie mogą także korespondować, dzwonić, a także po prostu kontaktować się ze światem zewnętrznym. Nie można nawet dostarczać im prasy. Powinni być odcięci od rzeczywistości medialnej, aby nic nie zakłócało ich wyboru. Choć to być może nie do pomyślenia w dzisiejszych czasach powszechnej komunikacji.
Można powiedzieć, że w XXI wieku los elektora jest bardziej uciążliwy, niż dawniej. A co dzieje się dalej, już po odcięciu kardynałów od świata?
Następuje słowo dziekana kolegium – jednak w tym roku, jak wspominałem, będzie to najstarszy elektor. Ma uzmysłowić kardynałom, jak ważne czeka ich zadanie. Dalej przystępuje się do fazy prescrutinium, w której rozdaje się karty do głosowania. Później losuje się dziewięciu kardynałów: trzech skrutatorów, trzech rewizorów oraz trzech infirmarii, którzy w razie potrzeby udadzą się do chorych kardynałów, by mogli złożyć swoje głosy, nie udając się do Kaplicy Sykstyńskiej. Do ich zbierania używa się specjalnej, zamkniętej kasety, która także jest szczegółowo sprawdzana.
Na karcie do głosowania jest wydrukowana formuła Eligo in Summum Pontificem (łac. Wybieram na Najwyższego Pasterza). Głosowanie – scrutinium – odbywa się poprzez wpisanie na kartę jednego nazwiska. Kardynałowie osobiście podchodzą do stołu skrutatorów i z odpowiednią formułą składają kartę do urny. Później głosy się miesza, a skrutatorzy przystępują do liczenia – każdy z nich czyta zawartość karty, a dopiero trzeci odczytuje ją na głos i nabija na igłę z nawleczoną nicią. Tak policzone głosy są jeszcze sprawdzane przez rewizorów, powołanych do weryfikacji, czy skrutatorzy należycie wypełnili swoje zadanie.
Do wyboru papieża konieczna jest większość ⅔ głosów. Na dzisiaj uprawnionych do głosowania jest 135 kardynałów, z czego dwóch już zadeklarowało, że z powodu choroby nie przyjadą. Łatwo zatem obliczyć, że wymagana większość to 90 głosów. W pierwszym dniu popołudniu może odbyć się tylko jedno głosowanie. Jeśli ono nie da rezultatu, przez kolejne dni mają miejsce po cztery głosowania – dwa przed południem i dwa po południu. Gdyby przez trzy dni kardynałowie nie wybrali papieża, robi się dzień przerwy na swobodne rozmowy wśród elektorów, modlitwę i refleksję. Po kolejnych siedmiu głosowaniach znów ma miejsce dzień przerwy, po następnych siedmiu przewodniczący wraz z kardynałami muszą podjąć refleksję, czy nie zawęzić „listy wyborczej” hab. do dwóch kandydatów, którzy w ostatnim głosowaniu uzyskali największą liczbę głosów. Zawsze jednak konieczna jest większość ⅔ głosów.
Ciekawe jest także palenie kart do głosowania. Następuje ono zawsze po sesji dwóch głosowań (pierwszego dnia po jedynym, które ma miejsce po południu). Wiemy, że dym wydobywający się z komina Kaplicy Sykstyńskiej informuje wiernych o negatywnym lub pomyślnym wyniku głosowań. W rzeczywistości jednak znajdują się w niej dwa piece – jeden do palenia głosów i jeden do produkcji dymu. Do konklawe wchodzą pewne nowinki techniczne – ten drugi piec wspomagany jest przez urządzenie elektroniczne, które pozwala dymowi wydobywać się przez 7 minut. Kolor dymu – czarny lub biały – zależy od dodanych chemikaliów. Wiemy to z relacji uczestników – ponieważ to nie jest objęte tajemnicą – oraz z dostępnej literatury.
Kto według prawa kanonicznego może zostać wybrany na Biskupa Rzymu?
W praktyce obecnie nie zdarza się wybór kogoś spoza grona kardynałów elektorów obecnych w Kaplicy Sykstyńskiej. Jednak w historii miały miejsce takie przypadki i prawo kanoniczne wciąż ich nie wyklucza. Wspomniany Grzegorz X nie miał nawet święceń prezbiteratu. O swoim wyborze dowiedział się, gdy przebywał w Ziemi Świętej i musiał przyjechać do Viterbo. Obowiązujące przepisy prawa kanonicznego określają, że momentem wejścia w urząd jest akceptacja prawnie dokonanego wyboru wraz z konsekracją biskupią. Wynika stąd, że może zostać wybrany ktoś, kto nie ma sakry – w tej kategorii mieści się także osoba świecka. Może być to zatem ochrzczony mężczyzna, ponieważ później musi przyjąć święcenia. W historii Kościoła zdarzyło się raz, że wybrano na urząd papieża świecką osobę, nawet nie duchownego. Miało to miejsce w 767 roku. Elekt został obwołany papieżem przez żołnierzy i arystokrację. Przyjął wszystkie święcenia, jednak w krótkim czasie wybór został uznany za nieprawny. Myślę jednak, że obecnie nie należy się spodziewać, że osoba świecka zostanie papieżem.
Kiedy elekt staje się Biskupem Rzymu? W momencie akceptacji wyboru, gdy jest biskupem. Z perspektywy prawa kanonicznego nie ma znaczenia ani uroczysta inauguracja pontyfikatu, która ma miejsce zazwyczaj w niedzielę po wyborze, ani ingres do Bazyliki Laterańskiej – ponieważ to ona, a nie bazylika św. Piotra w Watykanie, jest katedralnym kościołem papieża. Gdy przyjmie wybór i jest biskupem przysługuje mu najwyższa i pełna władza w Kościele.
A potem już tylko biały dym, habemus papam ogłoszone z loggii Bazyliki watykańskiej i wspomniana przez Księdza inauguracja pontyfikatu?
Po drodze jest jeszcze tzw. Pokój płaczu – niewielkie pomieszczenie przy Kaplicy Sykstyńskiej. Emocje i świadomość odpowiedzialności potrafią wzbudzać łzy. Są w nim przygotowane białe, papieskie trzy sutanny w różnych rozmiarach, bo przecież nie wiadomo, jak wysoki będzie nowy papież. Po założeniu stroju papieskiego wychodzi na balkon bazyliki św. Piotra i udziela wiernym błogosławieństwa Urbi et Orbi.
Czekamy na rozpoczęcie konklawe i mamy nadzieję na rychły wybór nowego papieża – a reszta pozostaje dla nas zagadką, która jednak budzi wiele zainteresowania.
Dokładnie. Tym bardziej, że kongregacje generalne, które już się odbywają, po pogrzebie przekształcą się w spotkania przygotowujące grunt pod konklawe. Już teraz służą temu, żeby rozmawiać. Po pierwsze – przed jakimi wyzwaniami staje Kościół i po drugie – kto mógłby im sprostać. Dzięki temu kardynałowie wchodząc do Kaplicy Sykstyńskiej będą mieli w głowach i w sercu inspirację Ducha Świętego do konkretnego wyboru.
Ks. Dr hab. Rafał Kamiński
– prezbiter Zgromadzenia Świętego Michała Archanioła, doktor habilitowany nauk społecznych w dyscyplinie prawa kanonicznego, adiunkt w Katedrze Kanonicznego Prawa Małżeńskiego i Rodzinnego, prodziekan Wydziału Prawa Kanonicznego UKSW, sędzia Sądu Metropolitalnego Warszawskiego, sekretarz kwartalnika „Ius Matrimoniale”, członek Komisji Prawnej Konsulty Przełożonych Wyższych Zgromadzeń Zakonnych Męskich w Polsce.
UKSW

Medialne konklawe, czyli kandydaci na papieża
Dziennikarze, a nawet watykaniści specjalizujący się w tematyce Stolicy Apostolskiej jeszcze za życia papieża Franciszka rozpoczęli medialne konklawe, typując kandydatów na jego następcę. Ci, którzy nakładają na wybór papieża pewien schemat polityczny, zwykle błądzą w swoich prognozach. Kiedy szukają kandydata według klucza: konserwatysta, liberał, progresista, ich przewidywania niemal zawsze kończą się niepowodzeniem. Kardynałowie kierują się zupełnie innymi kryteriami. W tym przypadku – kryteriami aktualnych potrzeb Kościoła roku 2025.
Poza tym konklawe, co zobaczymy w czasie bezpośrednich transmisji z jego rozpoczęcia 7 maja, jest w dużej mierze aktem liturgicznym. Kardynałowie większą część czasu konklawe spędzają nie na głosowaniach, tylko na modlitwie. Na samym jego początku przyzywają Ducha Świętego – i to jest kluczowy moment tego wydarzenia, bo – jak wierzymy – otwierają się na działanie Boga, którego wyrazem ma być ich głosowanie.
Włosi kontra reszta świata
Wśród przewijających się przez media kandydatów na nowego papieża można wyłonić trzy grupy nazwisk kandydatów naprawdę poważnych. Bo teoretycznie papieżem może zostać każdy kardynał, nawet ten, który nie uczestniczy w konklawe, każdy biskup niebędący kardynałem, a nawet zwykły ksiądz, który jednak powinien być od razu wyświęcony na biskupa. Jednak w prognozach medialnych brani pod uwagę są tylko kardynałowie.
Pierwszą grupą, o której mówią watykaniści, zwłaszcza włoscy, jest trzech Włochów. Włoscy dziennikarze są bowiem sfrustrowani, że od niemal pół wieku żaden Włoch nie został papieżem. Nie biorą przy tym pod uwagę faktu, że wcześniej przez 450 lat biskupami Rzymu zostawali tylko Włosi. Być może przyszedł więc czas na wyrównanie rachunków z resztą świata?
W pewnym sensie wybór kardynała Jorge Mario Bergoglio 12 lat temu był ukłonem w stronę Włochów, bo Franciszek pochodził z rodziny włoskich imigrantów do Argentyny, a jego językiem ojczystym był dialekt piemoncki języka włoskiego. Ale jednak był on dla Włochów papieżem z końca świata. Obecnie włoscy watykaniści piszą, że teraz musi już zostać wybrany Włoch! Tymczasem wcale nie musi. Wynika to z tego, że kardynałowie biorą pod uwagę potrzeby całego Kościoła powszechnego. Ponadto wielu bardzo dobrych kandydatów pochodzi z innych stron świata, na przykład z Afryki czy Azji.
Kandydaci włoscy
Przyjrzyjmy się najpierw włoskim kandydatom pojawiającym się w medialnym konklawe. Pierwszym jest oczywiście kard. Pietro Parolin, sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej za pontyfikatu Franciszka. Był jego najbliższym współpracownikiem. Świetnie rozumie linię tego pontyfikatu, bo ją współtworzył, zarówno, gdy chodzi o kwestie wewnątrzkościelne, jak i dyplomację. Nie zapominajmy bowiem, że papież stoi na czele Stolicy Apostolskiej, ale także Państwa Miasta Watykańskiego. Rządzi Kościołem, ale ma też swoją dyplomację aktywną na arenie międzynarodowej. Pamiętajmy przy tym, że kard. Parolin był twarzą kontestowanego przez niektóre środowiska kościelne stosunku papieża do wojny w Ukrainie i porozumienia watykańsko-chińskiego w sprawie nominacji biskupów. Myślę, że kardynałowie wezmą to pod uwagę. Kard. Parolin ma 70 lat, więc jego ewentualny pontyfikat byłby kilkunastoletni.
Za kilka miesięcy skończy 70 lat inny włoski papabile – kard. Matteo Zuppi, przewodniczący Włoskiej Konferencji Biskupiej. Arcybiskup Bolonii to dobry duszpasterz, aktywny medialnie, bardzo łatwo przychodzi mu wypowiadanie się na różne tematy. Jest związany z rzymską Wspólnotą Sant’Egidio (św. Idziego), bardzo aktywną na polu dyplomatycznym u boku Stolicy Apostolskiej, pośredniczącą nieraz w negocjacjach pokojowych. Wielkim sukcesem tej dyplomacji, w której miał swój udział młody ks. Zuppi, było doprowadzenie do porozumienia kończącego wojnę domową w Mozambiku na początku lat 90. XX wieku. Zapewne z tego powodu papież Franciszek wybrał kard. Zuppiego na swego specjalnego wysłannika do Rosji i Ukrainy, którego zadaniem jest mediacja w sprawie uwolnienia dzieci porwanych przez Rosjan i wymiana jeńców wojennych.
Trzeci włoski kandydat pracuje poza Włochami. Kard. Pierabattista Pizzaballa jest łacińskim patriarchą Jerozolimy, a wcześniej kierował franciszkańską Kustodią (prowincją) Ziemi Świętej. Ma 60 lat, więc jego pontyfikat mógłby trwać ćwierć wieku. Nie wiadomo, czy to by odpowiadało kardynałom. Poza tym kard. Pizzaballa jest bardzo potrzebny tam, gdzie jest, czyli w Jerozolimie, żeby utrzymać status quo tamtejszego Kościoła. Został przez papieża Franciszka mianowany patriarchą dlatego, że miejscowi duchowni byli zbyt zaangażowani po jednej stronie konfliktu palestyńsko-izraelskiego. Tymczasem kard. Pizzaballa jako obcokrajowiec znający realia Ziemi Świętej stoi ponad tym konfliktem. Mówi zresztą zarówno po hebrajsku, jak i po arabsku.
Kandydaci synodalni
Druga grupa, o której coraz częściej się mówi w światowych mediach, składa się z dwóch kardynałów kierujących pracami Synodu Biskupów na temat synodalności. Są to: kard. Mario Grech z Malty, który ma 68 lat i kard. Jean-Claude Hollerich z Luksemburga, który w sierpniu skończy 67 lat. Jedną z ostatnich istotnych decyzji papieża Franciszka było przedłużenie – mimo że sam synod już się zakończył w 2024 roku – całego procesu synodalnego o kolejne trzy lata. W 2028 roku zostanie on podsumowany na tzw. zgromadzeniu kościelnym. Odpowiedzialność za tę pracę Franciszek powierzył właśnie kard. Grechowi, w czym niektórzy watykaniści upatrują wskazania maltańskiego purpurata na kontynuatora jego pontyfikatu. Ale bardziej wyrazistą postacią na synodzie był poliglota, kard. Hollerich, który jako relator generalny m.in. zbierał osiągnięcia tego synodu w jego dokumencie końcowym. Którąś z tych dwóch osób mogliby poprzeć ci kardynałowie, którzy w synodalności upatrują przyszłości Kościoła.
Kandydaci z kontynentów
Trzecią grupę, moim zdaniem najważniejszą, tworzą kardynałowie z różnych stron świata, którzy z różnych powodów wyróżniają się w życiu Kościoła. Pierwszym jest kard. Luis Antonio Tagle z Filipin. W czerwcu skończy 67 lat. Był kolejno biskupem dwóch diecezji na Filipinach, w tym stołecznej archidiecezji manilskiej, która liczy niemal 3 miliony katolików. Wcześniej uchodził za świetnego teologa. Jeszcze za pontyfikatu Jana Pawła II został członkiem Międzynarodowej Komisji Teologicznej przy Kongregacji Nauki Wiary. Nazywamy był „azjatyckim Wojtyłą”, a dziś mówi się o nim jako „azjatyckim Franciszku”, co wskazuje na oczekiwania z nim związane. Przewodniczył komisji episkopatu ds. duszpasterstwa młodzieży i miał z nią bardzo dobry kontakt. Prowadził własny program telewizyjny, w którym komentował Pismo Święte. Jest bardzo komunikatywny, mówi swobodnie kilkoma językami. Zdarza się, że publicznie śpiewa, a nawet płacze rzewnymi łzami, gdy przedstawia głębokie treści duchowe. Jest świetnym rekolekcjonistą, o czym niedawno mogli się przekonać księża archidiecezji gdańskiej. Zresztą wielokrotnie odwiedzał Polskę, był m.in. prelegentem jednego ze Zjazdów Gnieźnieńskich. Papież Franciszek sprowadził go do Kurii Rzymskiej i mianował prefektem Kongregacji ds. Ewangelizacji Narodów (a później proprefektem Dykasterii ds. Ewangelizacji, ponieważ po reformie kurii papież sam stanął na czele tej dykasterii). Był też przewodniczącym Caritas Internationalis i Katolickiej Federacji Biblijnej. Sprawiało to wrażenie, jakby papież przygotowywał go na swego następcę. Był już zresztą wymieniany w gronie papabili przed konklawe w 2013 roku.
Afryka ma kilku kandydatów, o których dość często media wspominają. Kardynał Robert Sarah z Gwinei uchodzi za bardzo ortodoksyjnego, gdy chodzi o nauczanie Kościoła, a jednocześnie bardzo zatroskanego o to, by Kościół nie rozmył się w morzu sekularyzacji. Ratunek dostrzega w godnym sprawowaniu liturgii. Pisze o tym w swoich książkach, które są regularnie wydawane na całym świecie, także w Polsce. Minusem tej kandydatury jest fakt, że kard. Sarah ma już 80 lat, byłby to więc raczej bardzo krótki pontyfikat.
„Jockerem” z Afryki na tym konklawe może natomiast stać się kard. Fridolin Ambongo z Demokratycznej Republiki Konga. Ma 65 lat, kieruje gigantyczną archidiecezją Kinszasy, liczącą aż 7 milionów katolików, ponad dwa razy więcej niż papieska diecezja rzymska. Jest bardzo zaangażowany społecznie, co byłoby kontynuacją działalności papieża Franciszka. Nie boi się też wypowiadać, czasem ostro, na tematy polityczne, dotyczące zarówno jego ojczyzny, jak i praktyk neokolonialnych nadal stosowanych w Afryce przez niektóre państwa świata, zwłaszcza gdy chodzi o wydobywanie minerałów. Cieszy się także zaufaniem biskupów tego kontynentu, którzy wybrali go przewodniczącym Sympozjum Konferencji Biskupich Afryki i Madagaskaru. W ich imieniu pojechał do Watykanu, żeby wyrazić sprzeciw wobec deklaracji Dykasterii ds. Nauki Wiary „Fiducia supplicans”, która przewiduje udzielanie błogosławieństwa osobom żyjącym w związkach homoseksualnych. Spotkał się z prefektem Dykasterii i z papieżem, uzyskując zgodę na niestosowanie tej deklaracji w Kościołach lokalnych Afryki. Dla części kardynałów może to być argument za głosowaniem na niego, skoro nie tylko ma wyraźne poglądy na sprawy kościelne i społeczne, ale też potrafi do nich przekonać i je przeforsować w Watykanie. Niewykluczone, że było to możliwe również dlatego, iż kard. Ambongo należał do Rady Kardynałów doradzającej Franciszkowi w rządzeniu Kościołem. Afrykański purpurat jest więc „współodpowiedzialny” za przeprowadzoną reformę Kurii Rzymskiej i finansów watykańskich.
Kandydaci z Europy
Ostatnio coraz częściej mówi się także o dwóch kardynałach z Europy. Pierwszym jest Francuz, kard. Jean-Marc Aveline, arcybiskup Marsylii. W grudniu skończy 65 lat. Jest specjalistą od praktycznego dialogu z islamem europejskim. Ma od wielu lat do czynienia z muzułmanami we Francji, prowadzi z nimi owocny dialog, przyjaźni się z imamami. Jest człowiekiem dobrodusznym, radosnym, śmiejącym się. Przypomina w tym trochę papieża Jana XXIII. Być może byłby to więc kolejny „dobry papież”, a jednocześnie mógłby kontynuować na poziomie Kościoła powszechnego dialog z islamem, dla którego papież Franciszek zrobił bardzo wiele – był to jeden z najważniejszych sukcesów jego pontyfikatu.
Wśród kandydatów pojawia się też polski akcent. Coraz częściej w światowych mediach wymieniane jest nazwisko kard. Konrada Krajewskiego. Jest o tyle ciekawe, że nie zajmował on nigdy bardzo odpowiedzialnych stanowisk w Kościele. Z nominacji Franciszka został jałmużnikiem papieskim i z oddaniem opiekuje się w imieniu papieża ubogimi, bezdomnymi, uchodźcami, nie tylko w okolicach Watykanu. Wcześniej był ceremoniarzem dwóch papieży: Jana Pawła II i Benedykta XVI. Z jednej strony jest więc twarzą miłosiernego wymiaru pontyfikatu papieża Franciszka, a z drugiej strony może być uznawany za przedstawiciela bliskiej Benedyktowi XVI hermeneutyki ciągłości: kontynuacji pewnej stałej linii nauczania i działania papieży i Kościoła niezależnie od cech charakterystycznych konkretnego pontyfikatu. Człowiek, który był blisko trzech kolejnych papieży, mający z nimi niemal codzienny kontakt, który przesiąkł ich nauczaniem i duchowością może być dla niektórych kardynałów dobrym kandydatem na papieża.
Jeszcze za życia Jana Pawła II krążył po Rzymie nieco złośliwy dowcip, w którym papież pytał Pana Boga czy kolejny Polak zostanie kiedyś papieżem, na co Pan Bóg miał odpowiedzieć: „Nie za mojego pontyfikatu”. Ale wybór nowego biskupa Rzymu nie zależy od autorów żartów, lecz znajduje się w rękach kardynałów i w ich gotowości do poddania się natchnieniu Ducha Świętego.
Paweł Bieliński (KAI)

Kim są kardynałowie, którzy wybiorą papieża?
W gronie, które 7 maja zbierze się na konklawe, jest 53 kardynałów z państw Europy, 37 pochodzących z obu Ameryk, 23 Azjatów, 18 pochodzących z krajów Afryki oraz 4 z Oceanii. Najmłodszym jest 45-letni kard. Mykola Bychok, grekokatolik posługujący w Australii. Zaś najstarszym jest hiszpański purpurat kard. Carlos Osoro Sierra, który ukończył 79 lat. 12 państw będzie po raz pierwszy reprezentowanych przez kardynałów, którzy są ich rdzennymi mieszkańcami.
W gronie 135 kardynałów uprawnionych do wyboru 267. Następcy św. Piotra są przedstawiciele 71 państw z 5 kontynentów. Reprezentują oni 17 krajów Afryki, 15 obu Ameryk, 17 państw azjatyckich, 18 europejskich i 4 należące do Oceanii.
Kościół z 12 państw będzie też po raz pierwszy reprezentowanych przez kardynałów, którzy są ich rdzennymi mieszkańcami. To kard. Chibly Langlois z Haiti, kard. Arlindo Furtado Gomes z Wysp Zielonego Przylądka, kard. Dieudonné Nzapalainga z Republiki Środkowej Afryki, kard. John Ribat z Papui-Nowej Gwinei, kard. Sebastian Francis z Malezji, kard. Anders Arborelius ze Szwecji, kard. Jean-Claude Hollerich z Luksemburga, kard.Virgilio do Carmo da Silva z Timoru Wschodniego, kard. William Seng Chye Goh z Singapuru, kard. Adalberto Martínez Flores z Paragwaju, kard. Stephen Ameyu Martin Mulla z Sudanu Południowego oraz kard. Ladislav Nemet z Serbii.
Łącznie w gronie elektorów jest 53 kardynałów europejskich, 37 pochodzących z obu Ameryk (16 północnoamerykańskich, 4 z Ameryki Środkowej i 17 z Ameryki Południowej), 23 Azjatów, 18 pochodzących z krajów Afryki oraz 4 z Oceanii.
Elektorzy kreowani przez ostatnich trzech papieży
Najmłodszym spośród elektorów jest 45-letni kard. Mykola Bychok, grekokatolik posługujący w Australii. Zaś najstarszym jest hiszpański purpurat kard. Carlos Osoro Sierra, który ukończył 79 lat. Aż 13 kardynałów urodziło się w 1947 r. W 1970 r. urodził się jedynie kard. Baldasser Reina, w 1971 r. tylko kard. Leo Frank, zaś jedynym z rocznika 1972 jest kard. Rolandas Makrickas.
W gronie elektorów wciąż jest 5 kardynałów, kreowanych przez św. Jana Pawła II: francuski purpurat kard. Philippe Barbarin, Chorwat kard. Jospi Bozanić, Węgier kard. Péter Erdő, kard. Vinco Pulić z Bośni i Hercegowiny oraz pochodzący z Ghany kard. Peter Turkson. Kardynałów elektorów kreowanych przez Benedykta XVI – 22, zaś tych, którzy dołączyli do grona Kolegium Kardynalskiego z woli Papieża Franciszka – 108.
Kardynałowie zakonnicy
33 spośród kardynałów elektorów jest członkami zgromadzeń zakonnych. Najwięcej, bo aż pięciu spośród nich, to salezjanie (kard. Charles Maung Bo, kard. Virgilio Do Carmo da Silva, kard. Ángel Fernández Artime, kard. Cristóbal López Romero, kard. Daniel Sturla Berhouet). Czterej są członkami Zakonu Braci Mniejszych, czyli franciszkanów (kardynałowie Luis Cabrera Herrera, Pierbattista Pizzaballa, Jaime Spengler i Leonardo Steiner). Również czterech jest jezuitami (kardynałowie Stephen Chow Sau-yan, Micheal Czerny, Jean-Claude Höllerich i Ángel Rossi). Trzej kardynałowie to franciszkanie konwentualni (kard. François-Xavier Bustillo, kard. Mauro Gambetti i kard. Dominique Mathieu).
W gronie wybierającym przyszłego papieża jest też dwóch redemptorystów (kard. Mykola Bychok i kard. Joseph Tobin) oraz dwóch werbistów (kard. Tarcisio Kikuchu i kard. Ladislav Nemet). Dominikanami są natomiast kardynałowie Timothy Peter Joseph Radcliffe oraz Jean-Paul Vesco. Kard. Robert Prevost jest augustianinem, kard. Fridolin Ambongo Besungu – kapucynem, kard. Anders Arborelius – karmelitą bosym. Z kolei kard. Orani João Tempesta jest cystersem, kard. Vicente Bokalic Iglic i kard. Berhaneyesus Demerew Souraphiel, należą do zgromadzenia Księży Misjonarzy, Gérald Lacroix do Instytutu Świeckiego Piusa X. Kard. Giorgio Marengo to Misjonarz Matki Bożej Pocieszenia, zaś kard. John Ribat jest Misjonarzem Najświętszego Serca Jezusowego. Kard. Fabio Baggio to skalabrynianin, a kard. Dieudonné Nzapalainga należy do zgromadzenia duchaczy.
Wiadomo, że dwóch kardynałów elektorów nie przyjedzie na konklawe z powodów zdrowotnych. Informację tę przekazało Biuro Prasowe Stoilcy Apostolskiej po zakończeniu dzisiejszej kongregacji generalnej.
VATICANNEWS.VA |

Biskup Islandii: Najlepsza katecheza odbywa się podczas "przypadkowych" rozmów
"Znajomy luteranin przyszedł na basen i zawołał: »Witaj biskupie!«. Usłyszał to mężczyzna, który zainteresował się słowem »biskup« i zapytał, co ono znaczy. Wyjaśniłem mu więc, czym jest diecezja i czym się zajmuję. Wtedy zwrócił się do mnie: »Mógłbyś się za mnie pomodlić?«. Odpowiedziałem: »Oczywiście, ale teraz?«. »Tak, teraz«". Bp Dávid Tencer OFMCap w wywiadzie dla DEON.pl opowiada o Kościele pod kołem podbiegunowym, relacjach z luteranami oraz o tym, dlaczego basen na Islandii to dobre miejsce do Ewangelizacji.
Piotr Kosiarski: Będąc na Islandii, za każdym razem doświadczałem niezwykłej żywotności tamtejszego Kościoła. Tego "islandzkiego dynamizmu" na próżno jednak szukać w krajach Europy Zachodniej.
Bp Dávid Tencer OFMCap: Kościół w Europie Zachodniej w dużej mierze opiera się na tradycji. Kiedy przychodzą do niego obcokrajowcy, wierni mogą powiedzieć: "Witamy was, ale prosimy, żebyście dostosowali się do naszych zasad". Na Islandii jest to niemożliwe, ponieważ nie tylko nie mamy swojej głębokiej tradycji katolickiej, ale również sami jesteśmy obcokrajowcami. Jako biskup, nie stanowię wyjątku.
Co to oznacza w praktyce?
- Kiedy ktoś do nas przychodzi, prosimy, żeby tworzył tradycję razem z nami. I myślę, że każdy imigrant czuje się do tego zaproszony. Na świecie jest ponad 190 państw, a przedstawiciele aż 172 żyją na Islandii. I każdy z nich przywozi ze sobą coś charakterystycznego dla swojej wiary. W naszych kościołach często można znaleźć na przykład obraz Matki Bożej Częstochowskiej, ponieważ Polacy mają do niej szczególne nabożeństwo. Ale równie częstym przedstawieniem jest figurka Santo Niño - Dzieciątka Jezus, które jest jednym z najważniejszych symboli religijnych dla Filipińczyków. Nie brakuje też przedstawień czczonej w Ameryce Południowej Matki Bożej z Guadalupe. Ludzie z całego świata przynoszą ze sobą różne elementy swojej religijności - modlitwy, tradycje, obrzędy - a część z nich zostaje włączona w życie wspólnoty. Imigranci jednak przywożą ze sobą nie tylko religijność. Niedawno dowiedziałem się na przykład, jak zrobić sos sojowy (śmiech). Przepis na niego zna każdy Filipińczyk.
Drugim czynnikiem sprawiającym, że nasz Kościół jest dynamiczny, jest fakt, że tworzą go osoby młode. Emigrują zazwyczaj ludzie w sile wieku, rzadko starsze osoby. Imigranci przyjeżdżają do pracy i sprowadzają swoje rodziny, w tym dzieci, które następnie przygotowują się do sakramentów i uczęszczają do kościoła. Dlatego ktoś, kto przychodzi do nas na mszę, może być zaskoczony, widząc świątynię pełną młodych ludzi. Ale to naturalna konsekwencja migracji. W jednym roku mieliśmy na przykład 150 chrztów, a tylko 14 pogrzebów.
- Gdybyśmy mieli te budynki, moglibyśmy powiedzieć ludziom: "Wszystko jest już gotowe. Zostańcie z nami, jeśli wam się podoba". Ale nie możemy tego zrobić. Kiedyś pewien Filipińczyk z parafii, w której posługiwałem jako proboszcz, powiedział: "Mam pusty garaż. Jeśli chcecie, możemy tam się spotykać". Przez ponad rok odprawiałem w tym garażu msze. Wszystko zostało urządzone jak w kaplicy - mieliśmy prowizoryczny ołtarz, stary obraz na ścianie i ławki. Kiedy później przyjechali katolicy z Niemiec i to zobaczyli, powiedzieli: "To jest cool!". Ale to nie było "cool". To była nędza. Oczywiście, że wolałbym gotycką katedrę z XVII wieku - ogrzewaną i przestronną. Ale zamiast niej mieliśmy garaż, bo znalazł się dobry człowiek, który gotów był oddać przestrzeń w swoim domu.
Nędza tak naprawdę ma w sobie dużo kreatywności. Załóżmy, że tracisz pracę, ktoś zajmuje twój dom, nie wiesz, co się dalej wydarzy. A mimo to, w obliczu tych wyzwań, musisz zabezpieczyć los swój i swojej rodziny. I zaczynasz od tego, gdzie spędzicie najbliższą noc. To paradoks, że nędza i niedostatek mogą być tym, co pobudza nas do działania.
Katolicy, którzy nie przybyli na Islandię za chlebem, stanowią zdecydowaną mniejszość. Jak wyglądają relacje między imigrantami a tymi, których rodziny mieszkają na wyspie od pokoleń?
- Chociaż w krajach skandynawskich jest to norma, na Islandii stosunek katolików-imigrantów do wierzących, rdzennych mieszkańców wyspy może wynosić nawet 90 do 10 proc. Katolików urodzonych na Islandii jest więc naprawdę niewielu. Z tego powodu ta mała grupa nie może oczekiwać, że imigranci będą się do niej dostosowywać. Jest oczywiście pewna pula zasad, które przyjezdni muszą zaakceptować. Ale pamiętajmy też o tym, o czym powiedzieliśmy wcześniej - jest wiele przestrzeni, które mogą oni wzbogacić swoją obecnością.
Staramy się, aby każdy miał dostęp do kościoła. Organizujemy regularne msze święte w języku islandzkim, angielskim, polskim, hiszpańskim i litewskim, a czasem również w innych językach. Jednak nie akceptujemy sytuacji, w której ktoś próbuje stworzyć tutaj "mały kraj". Jeśli chcesz mieszkać w danym państwie, korzystać z jego zasobów i dobrodziejstw, ważne jest, abyś również okazywał szacunek.
W filmach publikowanych na YouTube i Facebooku zachęca Ksiądz Biskup młodych mężczyzn do wstąpienia do seminarium i pracy duszpasterskiej pod kołem podbiegunowym.
- To otwarte zaproszenie, które ogłaszam co roku w czterech językach: islandzkim, angielskim, polskim i słowackim - ponieważ pochodzę ze Słowacji. Moje wezwanie jest skierowane przede wszystkim do tych, którzy mają powołanie misyjne. W takim przypadku jedną z możliwości dla nich może być praca w diecezji Reykjavík. Trzeba przyznać, że księża chcą realizować swoje powołanie misyjne, ponieważ nawiązują kontakt. Co miesiąc otrzymuję kilka zgłoszeń - głównie z Afryki i Indii, ale również z Polski.
Niestety czasami okazuje się, że przyjazd na Islandię związany jest z przekonaniem, że to bogaty kraj. Staram się wtedy skonfrontować takie wyobrażenia z rzeczywistością: "W tym bogatym kraju Kościół katolicki jest biedny". Wielu księży jest wtedy zaskoczonych. To bardzo oczyszczający moment. Okazuje się bowiem, że jeśli ktoś chce być księdzem na Islandii, musi liczyć się z wyrzeczeniami. "Z takimi jak zakonnicy?" – pytają niektórzy, a ja odpowiadam: "Jeszcze większymi. Tu trzeba samemu gotować, prać i dbać o siebie w codziennym życiu". Dla wielu jest to szokujące.
Ale to nie koniec zaskoczeń.
- Jeśli jesteś księdzem na Islandii, ludzie nie traktują cię w jakiś szczególny sposób. Nie mają również w zwyczaju zwracać się do ciebie per ksiądz. Wiedzą tylko, że jest tu jakiś człowiek z brodą, ma na imię tak i tak i podobno jest katolickim księdzem. Zamiast wynosić go na piedestał, patrzą na niego z bliska i mówią: "Okej. Czyli chcesz tutaj z nami być?". A jeśli on odpowie: "Jestem tu dlatego, bo mnie potrzebujecie", usłyszy: "Wiesz co? My do tej pory żyliśmy bez ciebie. Naprawdę chcesz z nami żyć i umierać?". To kolejny oczyszczający moment. Czasem dostaję wiadomości od księży w stylu: "Proszę Księdza Biskupa, chciałbym trzy lata popracować za granicą. Znam kilka języków. Jeśli mnie potrzebujecie, mogę przyjechać". Jeśli ktoś już na początku podkreśla, że chce przyjechać tylko na trzy lata, nie jest to dobry początek rozmowy. Taki człowiek prawdopodobnie spędzi trzy lata na Islandii, kolejne trzy lata na Alasce, później może w Australii, a na koniec w Afryce. Następnie wróci do siebie i będzie mógł powiedzieć: "Jestem wielkim misjonarzem". Nie o to w tym chodzi.
Między wyznaniami chrześcijańskimi na Islandii zdarzają się konwersje. Czy może Ksiądz Biskup o nich opowiedzieć?
- Każdego roku w Kościele katolickim mamy około 20 dorosłych konwertytów z Kościoła luterańskiego. Ale trzeba też podkreślić, że mniej więcej tyle samo katolików przechodzi na luteranizm. Nawet nie nazywam tego konwersją. To po prostu wybór Kościoła, w którym ktoś chce realizować swoje życie religijne. Weźmy przykład: katolicki imigrant żeni się z islandzką luteranką. Często przychodzą razem do naszego Kościoła i po pewnym czasie żona stwierdza, że chce być katoliczką. Ale dzieje się też odwrotnie - katoliczka wychodzi za luteranina, żyją razem, mają dziecko. Ona nie ma ślubu w kościele katolickim, bo wzięła go w Kościele luterańskim. Naturalnie dziecko również jest wychowywane w tradycji luterańskiej. I po latach ta kobieta zaczyna się zastanawiać: "Dlaczego tylko ja w rodzinie jestem poza Kościołem luterańskim? Byłam katoliczką, ale życie potoczyło się inaczej - śpiewam w chórze luterańskim, dobrze dogaduję się z panią proboszcz". I następuje zmiana. Dlatego te konwersje działają w obie strony. W praktyce jednak nie mają one większego znaczenia. Dla mnie liczy się tylko to, że każdy wybiera taki Kościół, w którym najlepiej realizuje swoją wiarę.
Jak wygląda współpraca między Kościołem katolickim a luterańskim?
- Jako katolicki biskup mam dobre relacje z Kościołem luterańskim. Czasem niestety słyszę aroganckie opinie ze strony niektórych katolików, na przykład: "Kościół luterański jest słaby, bo ludzie nie chodzą w nim na nabożeństwa". Ale ci katolicy nie zdają sobie sprawy, że luteranie nie mają obowiązku uczestniczenia w nabożeństwach w taki sposób jak my. Dla nich brak obecności w kościele w niedzielę nie jest grzechem. Nawet luterański proboszcz nie musi odprawiać nabożeństwa w każdą niedzielę.
Mógłby Ksiądz Biskup rozwinąć ten wątek?
- My, katolicy, mamy swoje zobowiązania - na przykład uczestniczymy w każdą niedzielę we mszy świętej. Ale ktoś inny takiego obowiązku nie ma i to, że nie uczestniczy w niedzielnym nabożeństwie, nie oznacza, że jest gorszy. Wiara luteran funkcjonuje na bardziej indywidualnym poziomie. Jeśli ktoś czuje potrzebę, idzie do kościoła, jeśli nie czuje - nie idzie, bo nie ma takiego obowiązku. W Kościele katolickim wiara nie jest tylko sprawą indywidualną, ale także społeczną - chodzimy w niedzielę do kościoła nie tylko dlatego, że czujemy taką potrzebę, ale także dlatego, że mamy taki obowiązek. Luteranie są bardzo wierzący, ale w sposób właściwy dla nich. Nie zawsze musimy to rozumieć.
Z jakimi wyzwaniami mierzy się Kościół katolicki na Islandii?
- Najpierw opowiem o wyzwaniach duchowych. Pan Bóg powołuje ludzi wszędzie i w każdym czasie, również na Islandii. Naszym zadaniem jest więc tych powołanych przyjmować i wspierać w kształtowaniu wiary i życia religijnego. Dla konwertytów na przykład zmiana wiary wiąże się z wieloma wyzwaniami. Często muszą oni na nowo poukładać swoje życie - dostosować się choćby do uczestniczenia w niedzielnej mszy świętej w nowym miejscu. Naszym zadaniem - zadaniem Kościoła - jest im to ułatwiać. Innymi słowy staramy się by to, co obecnie jest tylko tymczasowe i okazjonalne, stało się regularne i zwyczajne.
Ważnym wyzwaniem jest także budowanie świadomości wiernych. Często osoby, które mieszkają tu od lat, wciąż czują się bardziej związane ze swoimi dawnymi parafiami w ojczystych krajach. Wspierają tamte wspólnoty, ale nie identyfikują się jeszcze w pełni z Kościołem na Islandii. Musimy pomóc im zrozumieć, że Pan Bóg postawił ich tutaj nie tylko po to, by zarabiać i budować domy w swoim kraju, ale również aby wzrastać we wspólnocie.
Oprócz wyzwań duchowych ważne są również te materialne.
- Wiążą się one z kwestiami praktycznymi. Na Islandii potrzebujemy nowych kościołów i parafii, potrzebne są samochody, którymi księża będą mogli do tych parafii dojeżdżać. Przede wszystkim jednak potrzebni są nowi księża, żeby ludzie nie musieli pokonywać 300 kilometrów do najbliższego duszpasterza. Zmniejszenie tej odległości do 50 kilometrów byłoby ogromnym ułatwieniem. Aby to wszystko było możliwe, potrzebne są fundusze.
Kościół katolicki na Islandii - w porównaniu do wspólnoty protestanckiej - nie może liczyć na wsparcie państwa.
- Kościół protestancki na Islandii jest Kościołem narodowym. Oznacza to, że ma zapewnione stabilne finansowanie państwa. Ale wiążą się z tym również pewne ograniczenia. Kiedy na przykład Islandczycy zdecydują, że aborcja do 22. tygodnia jest dopuszczalna, luterańscy duchowni to zaakceptują. Kościół katolicki na Islandii - księża i siostry zakonne - nie mają takich zobowiązań. Dzięki Bogu.
Na Islandii gorące źródła pełnią ważną rolę społeczną. To nie tyko miejsca uprawiania sportu i wypoczynku, ale również przestrzeń integrująca mieszkańców.
- Chodzę na basen każdego dnia i musze przyznać, że jest to idealne miejsce do ewangelizacji. Podczas "przypadkowych" rozmów odbywa się tam często najlepsza katecheza. Kiedyś na basenie jednocześnie spotkałem imama i pastora. Zaczęliśmy rozmawiać o wierze, a inni - chcąc, nie chcąc - przysłuchiwali się naszej rozmowie. Co ciekawe, później imam i pastor zaczęli do mnie przychodzić na kawę. Zanim nie spotkaliśmy się w basenie, nie przychodzili.
Innym razem mój znajomy luteranin też przyszedł na basen i krzyknął do mnie w języku angielskim: "Witaj biskupie!". Usłyszał to mężczyzna, który zainteresował się słowem "biskup" i zapytał, co ono znaczy. Wyjaśniłem mu więc, czym jest diecezja i czym się zajmuję. Wtedy zwrócił się do mnie: Mógłbyś się za mnie pomodlić?". Odpowiedziałem: "Oczywiście, ale teraz?". "Tak, teraz". I nagle, na środku basenu, zamknął oczy i schylił głowę, czekając na moją modlitwę. Wstałem i pomodliłem się w jego intencji, ale szybko zaczęło mi się robić bardzo zimno, dlatego powiedziałem na koniec modlitwy: "Panie Boże, już marznę, dlatego proszę, wysłuchaj nas. Amen!". Choćbyś nie wiem, jak się starał, nie przygotujesz takiej ewangelizacji, jaką Pan Bóg może przygotować w basenie.
Piotr Kosiarski – „deon.pl”

Sede vacante: czas żałoby, nadziei i opowiadania bzdur
Sede vacante, czyli czas „pustego tronu”, już po kilku dniach przestaje być czasem pustki i płaczu, ale intensywnych działań, których zwieńczeniem jest konklawe i wybór papieża. Pomijając całą „widowiskową” stronę tego wydarzenia – bo nie ma co udawać, jest to także spektakl – jego przygotowanie wymaga wiele pracy. Ale to właśnie dlatego czas ten nie jest okresem żałoby, ale nadziei – ale także czasem opowiadania kompletnych bzdur. I na nieszczęście to właśnie nimi ludzie interesują się najbardziej.
Najpierw jest czas żałoby
Niewątpliwie Pan Bóg wyświadczył Franciszkowi wielką łaskę, zabierając go po zaledwie parutygodniowej chorobie. Nie mieliśmy wprawdzie okazji, aby towarzyszyć papieżowi w jego agonii, która zawsze jest wzruszającym przeżyciem, ale też Franciszek uniknął takiego okresu, w którym sam męczyłby się z własną niedołężnością, Watykan długo musiałby udawać, że „wszystko toczy się normalnie”, a ludzie mieliby czas na to, żeby cierpienie papieża im spowszedniało i zaczęliby niecierpliwie czekać, kiedy „to wszystko się skończy”. Franciszek umarł nagle. Właściwie wtedy, gdy lekarze zaczęli nas uspokajać, że… będzie żył, a my sami ucieszyliśmy się, widząc go dzień wcześniej na placu św. Piotra.
Smutno zrobiło się w ten drugi dzień Wielkanocy, zwłaszcza tym, którzy papieża kochali. Ale ponieważ śmierć jest czymś, czego do końca nie ogarniamy, wtedy milkną nawet ci, którzy normalnie o tym kimś nie mają nic dobrego do powiedzenia. Dzieje się tak choćby z szacunku do tych, którzy przeżywają żałobę. Ponieważ jednak Internet w naszych czasach dał możliwość anonimowego wyładowywania własnych frustracji – i wygłupiania się na własne życzenie – wielu, wbrew logice, z tej możliwości skorzystało. Jednak dla większości ludzi, i to niekoniecznie wierzących, śmierć papieża Franciszka była smutnym czasem żałoby. Był dobrym człowiekiem…
Życie nie znosi pustki
Prawdę powiedziawszy, sam Watykan nie pozostawia wiele czasu na żałobę po zmarłym papieżu. Śmierć biskupa Rzymu jest dla wszystkich kardynałów na świecie wezwaniem nie do płaczu, ale do przyjazdu w Watykanu: po pierwsze na pogrzeb, a po drugie na rozpoczynające się wkrótce konklawe, a po trzecie po to, aby zanim papież zostanie wybrany, mogli zarządzać bieżącymi sprawami Kościoła. Bo to właśnie kolegium kardynałów w tym czasie załatwia wszystkie bieżące sprawy i nikt nie może go w tym zastąpić. W rzeczywistości jednak w znacznej mierze ogranicza się do przygotowań do konklawe, tego wielkiego spektaklu o zasięgu światowym. Przygotowania do konklawe to także nieformalne spotkania i rozmowy między kardynałami, którzy muszą nie tylko przygotować cały ten ceremoniał, ale także mniej więcej wiedzieć, na kogo mogą oddać swe głosy. To, co w powszechnym odbiorze budzi tyle niezdrowego zainteresowania i emocji, w rzeczywistości jest procesem absolutnie niezbędnym. I choć czasami w samym kolegium kardynalskim zdarzają się tarcia, a nawet „liczenie szabel”, choć ścierają się różne frakcje, to trudno sobie wyobrazić wybór z pominięciem tego etapu. Kardynałowie muszą dokonać szybkiej analizy sytuacji, w jakiej obecnie znajduje się Kościół, poznać aktualne wyzwania, przed jakimi stanął, no i w końcu zobaczyć, który z nich byłby w stanie tym wyzwaniom sprostać. Zatem choć konklawe jest jednym z tych momentów w życiu Kościoła, w którym kluczową rolę odgrywa Tradycja, to właśnie wtedy jak nigdy ważne jest, aby to szacowne grono nie utknęło w getcie przeszłości, ale odważnie spojrzało w przyszłość. Aby to było możliwe, kardynałowie – po prostu – muszą się naradzić. I to właśnie dlatego obrad nie rozpoczyna się bezpośrednio po pogrzebie papieża, ale kilka-kilkanaście dni później.
Kiedy w Watykanie ciężko pracują, cały świat dobrze się bawi
Ktoś bardzo trafnie zauważył, że w spektaklu trwającym od śmierci papieża do wyboru jego następcy udział bierze cały świat, każdy na swój sposób jest tu aktorem, ale niestety, nikt nie zna scenariusza tego dramatu – odgrywamy więc swe kwestie na wyczucie. Dziś, dzięki mediom, nie dość że wszystko śledzimy sytuację na bieżąco, to jeszcze staramy się sami tę rzeczywistość – według własnego uznania – kreować. Ludzie, nawet kompletnie niezwiązani z Kościołem, interesują się każdym dla nich tajemniczym gestem i wypowiadają się tak, jakby naprawdę wiedzieli, o czym mówią. Czas od śmierci papieża to czas domorosłych „ekspertów”, którzy starają się wykorzystać swoje pięć minut. Już chwilę po śmierci Franciszka słyszeliśmy wypowiedzi naprędce wyszukanych „specjalistów”, wielu w koloratkach, bezwstydnie głoszących banały, którymi karmiły się tłumy. Dokonywano pospiesznych analiz właśnie zakończonego pontyfikatu, a przy tym wygłaszano sądy i opinie żenujące w swej treści. Rzecznik jednej w kurii biskupich nieskładnie opowiadał w telewizji o lęku Franciszka, jaki towarzyszył mu podczas podróży do Polski, bo przecież „jest to ziemia jego wielkiego poprzednika Jana Pawła”, kto tylko mógł, wyszukiwał swoje fotografie z papieżem, zaczęto snuć domysły na temat tego, kto jest papabile, nawet nasz prezydent udzielił skromnych wskazówek kardynałom, że powinni wybrać człowieka „duchowego”. Niektórzy szybko zorientowali się, że zagalopowali się w tym wyrażaniu żalu po śmierci Franciszka i stali się za mało dyplomatyczni, usiłowali więc „cofnąć czas” – np. MSZ Izraela, parę godzin po reakcji na wiadomość o śmierci, przypominało sobie, że przecież Franciszek jednoznacznie potępiał masakrę w Gazie, szybko więc wycofano sympatyczny, emocjonalny wpis, wyrażający żal po jego odejściu, pozostawiając wyłącznie lakoniczne kondolencje, w dodatku nie wiadomo, do kogo skierowane. Jakby tego było za mało, z braku innych newsów, już następnego dnia niektórzy zaczęli zastanawiać się, czy do stwierdzenia zgonu papieża wciąż używa się sławnego złotego młoteczka albo czy pierścień Rybaka rzeczywiście został zniszczony. Cóż, świat, w jakim żyjemy, uwielbia pląsać na grobach.
Tymczasem w Watykanie trwają narady kardynałów. I choć rzeczywiście dobrze jest, że konklawe nie zaczyna się zaraz po śmierci papieża, bo dzięki temu kardynałowie mogą się naradzić, to z drugiej strony dobrze, że z jego rozpoczęciem nie czeka się zbyt długo. W przeciwnym razie aż trudno sobie wyobrazić, czym – w oczekiwaniu na biały dym nad Kaplicą Sykstyńską – zajęłyby się media.
Jakub Kołacz SJ – „deon.pl”

Konklawe. Najnowsze informacje
Świat katolicki czekał na tę wiadomość z niecierpliwością. Stolica Apostolska ogłosiła oficjalnie: konklawe rozpocznie się 7 maja.
Odbyła się konferencja prasowa
Odbyła się konferencja prasowa Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej, podczas której dyrektor Matteo Bruni przekazał kluczowe informacje dotyczące zbliżającego się konklawe. Obecnych było ponad 180 kardynałów, w tym ponad 120 elektorów. Czterech kardynałów-elektorów wciąż jest w drodze do Rzymu. Oficjalnie potwierdzono, że dwóch kardynałów – John Njue z Kenii i Antonio Cañizares Llovera z Hiszpanii – nie weźmie udziału z powodów zdrowotnych.
Bruni stanowczo zaprzeczył doniesieniom medialnym, jakoby kardynał Pietro Parolin miał problemy zdrotowne wymagające interwencji pogotowia. Tymczasem trwają intensywne przygotowania w Kaplicy Sykstyńskiej, która została już zamknięta dla zwiedzających. Zainstalowano komin, przez który będzie ogłaszany wynik głosowań.
Podczas porannej sesji kongregacji odbyło się 25 wystąpień kardynałów. Poruszano tematy takie jak cierpienie Kościołów wschodnich, rola ewangelizacji, znaczenie liturgii oraz synodalność – w kontekście kolegialności, misji i sekularyzacji. Kardynałowie podkreślali też potrzebę świadectwa, jedności i miłości braterskiej w Kościele.
Pojawiły się pytania o obecność w Rzymie kardynała Juana Luisa Ciprianiego, ukaranego w 2019 roku za nadużycia seksualne. Bruni nie skomentował jego udziału w kongregacjach, zaznaczając jedynie, że Cipriani nie weźmie udziału w konklawe z uwagi na wiek.
Najbliższe sesje kongregacji odbędą się 3, 5 i 6 maja, natomiast w niedzielę ich nie zaplanowano – poza wieczorną mszą kończącą okres żałoby po zmarłym papieżu.
W Kaplicy Sykstyńskiej zainstalowano słynny piec i komin
Na dachu Kaplicy Sykstyńskiej zainstalowano charakterystyczny komin, z którego w trakcie nadchodzącego konklawe będzie unosił się dym informujący o wynikach głosowań kardynałów. Ceremonialna instalacja odbyła się na pięć dni przed rozpoczęciem konklawe, zaplanowanym na 7 maja.
Widoczna z Placu Świętego Piotra miedziana rura połączona jest z dwoma piecami znajdującymi się około 30 metrów niżej. Jeden służy do spalania kart do głosowania, drugi – do wytwarzania czarnego lub białego dymu. Czarny dym oznacza brak decyzji, biały – wybór nowego papieża.
Piec do spalania głosów, używany już od konklawe w 1939 roku, ma kształt walca o wysokości 1 metra. Drugi, prostokątny piec z systemem elektronicznym, zastosowano po raz pierwszy w 2005 roku. Oba urządzenia połączone są jednym kominem, a specjalny system wentylacyjny zapewnia dobrą cyrkulację dymu.
Dziennikarze agencji informacyjnej I.Media przeanalizowali wypowiedzi 13 dziennikarzy specjalizujących się w kwestiach kościelnych z całego świata.
Wśród nazwisk najczęściej pojawiających się na listach watykanistów wskazujących potencjalnych następców papieża Franciszka, pięciu kardynałów zdecydowanie się wyróżnia. Najczęściej wymieniany jest kard. Pietro Parolin z Włoch, watykański sekretarz stanu, który pojawia się aż na 12 z 13 zestawień. Tuż za nim plasują się kard. Luis Antonio Tagle z Filipin i kard. Péter Erdő z Węgier – obaj wymieniani 11 razy. Czwartym najczęściej wskazywanym jest kard. Matteo Zuppi, arcybiskup Bolonii i lider włoskiego episkopatu (10 wzmianek). Piąte miejsce zajmuje kard. Pierbattista Pizzaballa, łaciński patriarcha Jerozolimy, pojawiający się na 9 listach.
Choć takie zestawienia nie przewidują działania Ducha Świętego, pokazują pewien konsensus dziennikarzy specjalizujących się w sprawach Watykanu. Choć na niektórych listach pojawiają się też kardynałowie reprezentujący ortodoksję katolicką, tacy jak np. kardynał Robert Sarah, szanse wyboru (z ludzkiego punktu widzenia) są niewielkie.
Kardynałowie zapraszają wiernych do modlitwy za konklawe
Kardynałowie, zebrani na zgromadzeniu ogólnym, wydali oświadczenie w południe 30 kwietnia 2025 r., w którym stwierdzili, że dostrzegają „potrzebę wsparcia konklawe modlitwami wszystkich wiernych”. Mówiąc, że są „świadomi odpowiedzialności, do której zostali wezwani”, kierują „zaproszenie do Ludu Bożego, aby przeżył te chwile jako wydarzenie łaski i duchowego rozeznania, wsłuchując się w wolę Boga”. Kardynałowie poprosili też Matkę Bożą o pomoc, aby towarzyszyła wspólnej modlitwie wiernych macierzyńskim wstawiennictwem. Zgromadzenia generalne, które odbywają się w obecności wszystkich kardynałów bez ograniczeń wiekowych, mają trwać do wtorku 6 maja. Według kilku kardynałów konklawe może trwać „dwa lub trzy dni”.
Kaplica Sykstyńska w przygotowaniu na konklawe
Jak relacjonuje użytkownik "The Catholic Traveler" w kaplicy Sykstyńskiej trwają prace, tymczasowo pokrywające marmurową posadzkę kaplicy, w celu zapewnienia bezpiecznego poruszania się kardynałów po podłodze:
Kongregacja Kardynałów wydała komunikat dotyczący dwóch kwestii proceduralnych. Po pierwsze, kardynałowie odnotowali decyzję kardynała Becciu o rezygnacji z udziału w nadchodzącym konklawe, podkreślając jego pragnienie wspierania dobra Kościoła oraz zachowania komunii i pokoju podczas wyboru papieża. Wyrazili uznanie dla jego gestu i wyrazili nadzieję, że odpowiednie instytucje prawne sprawdzą zarzuty wobec niego. Kardynał Becciu, który ma stanąć przed sądem apelacyjnym jesienią, został pozbawiony prawa głosowania w konklawe przez papieża Franciszka w 2020 roku.
Komunikat odnosi się również do liczby kardynałów-elektorów, która przekracza limit 120 ustalony przez Pawła VI w 1975 roku i potwierdzony przez Jana Pawła II w 1996 roku. Przekroczenie tego limitu przez papieża Franciszka uznano za wynik sprawowania jego najwyższej władzy, a kardynałowie przekraczający ten próg są zwolnieni z ograniczenia i mają prawo do udziału w wyborze papieża. Z powodu rezygnacji dwóch kardynałów ze względów zdrowotnych, 133 kardynałów-elektorów weźmie udział w konklawe, które odbędzie się 7 maja 2025 roku o godzinie 16:30.
Watykan ogłasza szczegóły ceremonii otwierających konklawe
Biuro ds. Celebracji Liturgicznych Stolicy Apostolskiej ogłosiło, że msza święta Pro eligendo Romano Pontifice, poprzedzająca konklawe, zostanie odprawiona 7 maja o godz. 10:00 w Bazylice św. Piotra przez kard. Giovanniego Battistę Re. Tego samego dnia o godz. 16:30 kardynałowie elektorzy wejdą do Kaplicy Sykstyńskiej, rozpoczynając konklawe. Oczekuje się, że jeszcze tego dnia odbędzie się pierwsze głosowanie.
W obrzędzie wejścia do Kaplicy Sykstyńskiej weźmie udział 133 kardynałów elektorów (po rezygnacji dwóch z powodów zdrowotnych). Zgromadzą się oni najpierw w Kaplicy Paulińskiej, ubrani w tradycyjne szaty liturgiczne swoich obrządków. Procesji będzie towarzyszyć śpiew Litaniae Sanctorum, a po wejściu do Kaplicy – hymn Veni Creator Spiritus oraz przysięga o zachowaniu tajemnicy obrad.
Rozważanie duchowe przed konklawe wygłosi kard. Raniero Cantalamessa, były kaznodzieja Domu Papieskiego, który zastąpi w tej roli zmarłego w 2019 r. kard. Prospera Grecha.
Oprócz kardynałów, do Kaplicy Sykstyńskiej wejdą również: sekretarz konklawe, wicekamerling ks. Ilson de Jesus Montanari, mistrz papieskich ceremonii ks. Diego Ravelli, duchowni, chórzyści i służby techniczne zapewniające transmisję uroczystości. Transmisja zostanie przerwana w momencie wypowiedzenia przez przewodniczącego słów extra omnes i zamknięcia drzwi kaplicy – od tego momentu wszystko przebiega w całkowitej tajemnicy.
Nowym przewodniczącym konklawe będzie kard. Pietro Parolin, jako najstarszy rangą kardynał-biskup-elektor, mimo że nie jest najstarszy wiekiem.
Oczekiwanie dobiegło końca. Biuro Prasowe Stolicy Apostolskiej potwierdziło dziś, że konklawe, podczas którego wybrany zostanie następca św. Piotra, rozpocznie się w środę 7 maja 2025 r. Decyzję tę kardynałowie podjęli podczas piątej kongregacji generalnej, która odbyła się rankiem 28 kwietnia.
W spotkaniu uczestniczyło ponad 180 kardynałów, w tym nieco ponad 100 elektorów, czyli purpuratów poniżej 80. roku życia, którzy mają prawo oddać głos w wyborze papieża. Wygłoszono około 20 wystąpień, poświęconych aktualnym wyzwaniom Kościoła, relacjom ze światem i cechom, jakie powinny charakteryzować nowego biskupa Rzymu.
Modlitwa i refleksja przed wielkim wyborem
W dniach poprzedzających konklawe kardynałowie uczestniczą w codziennych kongregacjach generalnych. To czas nie tylko wymiany myśli, ale przede wszystkim modlitwy i duchowego rozeznawania. Aby pomóc w przygotowaniu serc, wyznaczono dwóch kaznodziejów: o. Donata Ogliariego OSB, opata Bazyliki św. Pawła za Murami, oraz o. Raniero Cantalamessę OFMCap, byłego kaznodzieję Domu Papieskiego.
Kaplica Sykstyńska została już zamknięta dla turystów. Od dziś, podobnie jak ogrody watykańskie i nekropolia Via Triumphalis, pozostaje niedostępna – wszystko po to, by zapewnić kardynałom odpowiednie warunki do modlitwy i obrad.
Świat patrzy na Rzym
Kongregacje generalne będą kontynuowane codziennie aż do 6 maja, z wyjątkiem uroczystości 1 maja i niedzieli 4 maja. W atmosferze skupienia i odpowiedzialności kardynałowie starają się wspólnie wypracować obraz tego, jakiego pasterza potrzebuje dziś Kościół powszechny.
Wylosowano także kardynałów, którzy wspierają kardynała kamerlinga Kevina Farrella w organizacji konklawe: Luisa Antonia Taglego i Dominique’a Mambertiego. Do stałego zespołu należy także kardynał Reinhard Marx, koordynator watykańskiej Rady ds. Ekonomicznych.
Krótkie przypomnienie tradycji: skąd wzięło się konklawe?
Samo słowo konklawe pochodzi od łacińskiego cum clave, czyli „z kluczem”. Oznacza zamknięcie kardynałów na czas wyboru papieża, by mogli w ciszy i modlitwie wsłuchiwać się w głos Ducha Świętego.
Tradycja konklawe zrodziła się po dramatycznych doświadczeniach średniowiecznych wyborów papieskich, które trwały latami. Najdłuższa elekcja papieska, zakończona wyborem Grzegorza X w 1271 roku, trwała aż 2 lata i 9 miesięcy. Jednak formalne zasady konklawe wprowadzono dopiero później.
Najdłuższe konklawe w ścisłym znaczeniu tego słowa odbyło się w 1740 roku i trwało 179 dni – prawie 6 miesięcy – zanim kardynałowie wybrali Benedykta XIV. Od 1846 roku jednak, dzięki wypracowanym procedurom i duchowemu przygotowaniu, konklawe trwają zazwyczaj nie dłużej niż kilka dni.
Nadzieja płynąca z modlitwy
Rozpoczynające się 7 maja konklawe to nie tylko wydarzenie o historycznym znaczeniu. To również wezwanie dla całego Kościoła, by w tych dniach szczególnie otoczyć kardynałów modlitwą. Prośmy Ducha Świętego, by prowadził ich serca i umysły, a nowy papież był pasterzem według Bożego serca, który umocni braci w wierze i poprowadzi Kościół ku nowym czasom, w świetle Chrystusa.
W tych dniach, w których historia Kościoła pisze nowy rozdział, wołajmy wspólnie: Veni, Sancte Spiritus! Przyjdź, Duchu Święty!
iMedia, Vatican News

Czy następny papież będzie miał
na imię Jan XXIV?
W ostatnich latach swojego życia papież Franciszek rozmawiając o różnych wydarzeniach, na które go zapraszano w przyszłości, żartował, że weźmie w nich udział już papież Jan XXIV – czyli jego następca. Czy następny papież rzeczywiście przybierze to imię?
Kilka lat temu biskup Ragusy we Włoszech Giuseppe La Placa zapraszał papieża Franciszka do odwiedzenia swojego miasta w 2025 r. Tak relacjonował to później w rozmowie z agencją Ansa: „Ojciec Święty uśmiechnął się, skinął głową i żartem odpowiedział mi, że w 2025 roku to Jan XXIV złoży tę wizytę”.
O co chodziło w tym dowcipie? Ostatnim papieżem o imieniu Jan był św. Jan XXIII (1881-1963), czyli Angelo Roncalli, który zasiadał na Stolicy Piotrowej w latach 1958-1963. Został kanonizowany przez papieża Franciszka w 2014 roku, wraz ze świętym Janem Pawłem II. Gdyby kolejny papież przybrał imię Jan, miałby "numer" XXIV. Franciszek dowcipnie zasugerował więc, że w 2025 r. biskupem Rzymu będzie już ktoś inny.
Papież Franciszek żartował w ten sposób jeszcze kilka razy. Na przykład w sierpniu 2022 w wywiadzie dla CNN Portugal w rozmowie dotyczącej Światowych Dni Młodzieży w Lizbonie w 2023 roku, powiedział: „Planuję pojechać. Papież pojedzie - albo Franciszek, albo Jan XXIV - ale papież pojedzie”.
Z kolei rok później podczas konferencji prasowej na pokładzie samolotu lecącego z Mongolii, zapytany o możliwą podróż do Wietnamu, zażartował: „Jeśli ja nie pojadę do Wietnamu, to z pewnością pojedzie Jan XXIV”.
Dlaczego akurat Jan XXIV?
Skąd pomysł, że następny papież miałby wybrać akurat to imię? Oczywiście decyzję podejmie on sam.
Wiadomo jednak, że kard. Jorge Bergoglio tuż po swoim wyborze rozważał, czy by nie zostać kolejnym papieżem Janem – ujawnił ujawnił kard. Loris Capovilla włoskiej gazecie „Eco di Bergamo”. Kardynał, były sekretarz Jana XXIII, powiedział, że przez chwilę rozmawiał wtedy przez telefon z nowo wybranym papieżem, który zastanawiał się, czy nie byłoby dobrze, gdyby przybrał imię Jan XXIV, jako następca „papieża Soboru”. Ostatecznie jednak, po krótkiej rozmowie z brazylijskim kardynałem, zdecydował się na Franciszka.
Papież również w jednym z wywiadów wspominał, że w podjęciu decyzji pomógł mu kard. Claudio Hummes, zwracając uwagę na szczególną odpowiedzialność papieża za ludzi ubogich. „Kardynał objął mnie i powiedział: ‘Nie zapominaj o ubogich’. I to mnie uderzyło... O ubogich... Natychmiast pomyślałem o świętym Franciszku z Asyżu. Franciszek był człowiekiem pokoju, człowiekiem ubóstwa, człowiekiem, który kochał i chronił stworzenie”.
Czy imię papieża coś znaczy?
Wybór imienia bywa – choć oczywiście nie musi – czymś w rodzaju manifestu programowego kolejnego biskupa Rzymu.
Gdyby następca Franciszka chciał zaznaczyć chęć kontynuowała jego linii, zostałby Franciszkiem II. Gdyby chciał się odwoływać raczej do jego poprzedników – Benedyktem XVII albo Janem Pawłem III. Może też wybrać imię, które nosili jeszcze wcześniejsi papieże, np. Pius XIII; albo zdecydować się na coś zupełnie nowego. Papież Franciszek wybierając imię, którego nie nosił przed nim żaden papież, przełamał tradycję sięgającą X wieku.
Kathleen Hattrup - Joanna Operacz – „aleteia.pl”

O czytaniu pisma świętego
1. W Piśmie świętym szukajmy prawdy, a nie stylu. Biblia powinna być czytana w tym samym duchu, w jakim została napisana. Winniśmy raczej szukać w księgach świętych pożytku niż piękności języka. Tak samo chętnie sięgajmy po książki pobożne i proste, jak po wzniosłe i głębokie. Niech cię nie obchodzi pozycja pisarza, czy jest wielki, czy mały w sztuce pisarskiej, ale niech cię skłania do lektury samo umiłowanie prawdy. Nie pytaj, kto powiedział, ale patrz, co powiedział.
2. Człowiek przemija, ale prawda Boża trwa na wieki Ps 39(38),7; Ps 117(116),2. Bóg przemawia do nas różnymi sposobami, nie zważając na to, czy podobają się nam ludzie, przez których On mówi Hbr 1,1. Dociekliwość niekiedy przeszkadza nam w czytaniu Pisma świętego, bo wolimy roztrząsać i dyskutować o tym, co powinno w nas wnikać po prostu Kol 3,25.
Jeśli chcesz czerpać korzyść z czytania, czytaj w pokorze, z prostotą i wiarą; nie dbaj o opinię znawcy Syr 32,4.7-9. Pytaj i słuchaj w milczeniu słów świętych Pańskich, a nie lekceważ sobie wykładni dawnych Ojców, bo nie były wypowiadane ot tak sobie, bez głębszej przyczyny Syr 6, 35; 8,9.
Tomasz a Kempis, 'O naśladowaniu Chrystusa'

Czy zazdrość czyni nas złymi ludźmi?
Nie, ale może nas do tego popchnąć
Jak odczytywać pojawiające się w nas ukłucia zazdrości i jak sobie z nimi poradzić?
Zazdrość. Nikt o niej głośno nie mówi, ale każdy jej czasem doświadcza. To uczucie, które potrafi zatruć serce – zwłaszcza gdy mamy wrażenie, że inni dostali od życia więcej, lepiej, łatwiej. Czy można sobie z nią poradzić, nie udając, że jej nie ma?
Kiedy wszystko wokół przypomina Ci, że masz „mniej”
Pani Anna nie żyje w nędzy. Ale codziennie czuje się gorsza. Sąsiadka z parteru chwali się prezentami od syna z USA, córka opowiada o luksusowych wakacjach. I choć Anna próbuje się cieszyć z ich sukcesów, w głowie pojawiają się myśli, których się wstydzi. „Może jak w tych Stanach coś się stanie, to sąsiadka przestanie się tak obnosić…”
Zauważmy, że to nie tylko zazdrość. To frustracja, żal, poczucie krzywdy. A jednocześnie – wyrzuty sumienia. Bo przecież nie wypada tak myśleć. Bo to niechrześcijańskie.
Czy zazdrość to grzech?
Tutaj z pomocą przychodzi… książka dla dzieci. Tak, dobrze czytacie. Pan Wojciech Kołyszko w „Bawianie, Cudannie i pułapkach zazdrości” pisze:
„Zazdrość jest naturalna i potrzebna – jak wszystkie nasze uczucia. (…) Jeżeli czegoś komuś zazdrościmy, oznacza to, że tego właśnie nam brak”.
Dlaczego to ważne? Bo daje inne spojrzenie: zazdrość sama w sobie nie jest zła. Zła staje się wtedy, gdy zaczynamy się w niej taplać – snuć czarne scenariusze, złorzeczyć, albo... próbować odebrać innym to, co mają.
Jak zrozumieć swoją zazdrość?
Przyjrzyjmy się faktom. Zazdrość często nie jest uczuciem „pierwotnym”. Za nią stoją inne emocje: smutek, złość, rozczarowanie, samotność.
Zadaj sobie pytanie: „Czego mi naprawdę brakuje?”
Wróćmy do Pani Anny. Z czasem zrozumiała, że to nie pieniądze czy wakacje ją bolą, tylko to, że jej córka – choć zaradna i samodzielna – nie dba o nią tak, jak ona by tego chciała. Nie zaproponowała wspólnego wyjazdu, nie sprawia prezentów. A sąsiadka? Owszem, dostaje paczki, listy, zaproszenia.
I nagle pojawia się przełom. Anna nie chce już „żeby sąsiadce się pogorszyło”. Zamiast tego – pragnie odbudować relację z córką. Dziękuje jej za wszystko, co dobre, przeprasza za wcześniejsze wyrzuty. Zaczyna widzieć to, czego wcześniej nie chciała zauważyć.
Zazdrość jako wskazówka
Zazdrość może być znakiem – jak bolący palec informuje, że trzeba przestać nim stukać, tak zazdrość może pokazać, że w naszym życiu brakuje czegoś ważnego: relacji, uznania, poczucia sensu.
Co więcej – może skłonić do działania.
Zadaj sobie pytanie:
Czy mogę coś zrobić, by to zdobyć?
Czy mogę poprosić o to, czego potrzebuję?
Czy mogę zmienić sposób, w jaki o sobie myślę?
Porównywanie się z innymi – prosta droga do nieszczęścia
Zazdrość często bierze się z porównań. A te – w czasach mediów społecznościowych – są wręcz nieuniknione. Scrolujemy Instagram i widzimy „idealne” matki, dzieci, domy.
Przykład? Karolina, młoda mama. Śledzi influencerkę, która „ma wszystko pod kontrolą” – dzieci reagujące na każdą metodę wychowawczą, wysprzątany dom, codzienne gotowanie. I choć Karolinawie, że to tylko wycinek rzeczywistości, czuje się gorsza. Zazdrości. I… cierpi.
Dlatego – ograniczajmy media społecznościowe. Szukajmy autorytetów w rzeczywistości, nie tylko na ekranie. Zaufajmy osobom, które pokazują życie takie, jakie jest.
Kiedy zazdrość staje się niebezpieczna
Zazdrość może też przybrać postać chorobową. Mowa tu o Zespole Otella – urojeniowej zazdrości najczęściej związanej z uzależnieniem od alkoholu lub narkotyków.
Człowiek dotknięty tym zaburzeniem widzi „zdradę” wszędzie – wfakcie posiadania przez drugą osobę "dziwnego" biletu tramwajowego (pewnie jechała do kochanka), w paragonie na nietypowy produkt (pewnie kupowała kochankowi), w spojrzeniu sąsiada (patrzy, jakby wiedział, że ona zdradza). Może być agresywny, a nawet niebezpieczny dla osoby, o którą jest zazdrosny. To już nie „przesada”, to choroba. I trzeba ją leczyć.
Co możemy zrobić już dziś?
Zazdrość nie musi nami rządzić. Można ją wykorzystać jako kompas. Jak?
Nazwij, czego zazdrościsz.
Zastanów się, co za tym stoi – brak relacji? Uznania? Miłości?
Sprawdź, czy możesz coś z tym zrobić.
Ćwicz wdzięczność – zapisuj codziennie 3 rzeczy, za które jesteś wdzięczny.
Ogranicz porównywanie się z innymi – szczególnie przez media społecznościowe.
Rozmawiaj – szczerze, bez oskarżeń.
I na koniec najważniejsze pytanie…
Czy naprawdę potrzebujemy mieć „więcej”, „lepiej”, „tak jak inni”? A może wystarczy zatrzymać się i zobaczyć, ile już mamy?
"Miłość nie zazdrości” – jak pisał św. Paweł. To miłość jest antidotum na zazdrość. Miłość, która zaczyna się od uznania własnej wartości i życia jako daru. Każdego z nas Bóg kocha inaczej – ale zawsze całkowicie. I to jest najsprawiedliwsza niesprawiedliwość, jaka istnieje.
Bogna Białecka – „aleteia.pl”

Święci i błogosławieni w tygodniu
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
8 maja - św. Stanisław ze Szczepanowa, biskup i męczennik, główny Patron Polski |
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
11 maja - święci Odon, Majol, Odylon i Hugon oraz błogosławiony Piotr, opaci kluniaccy |
|
• |