W BLASKU MIŁOSIERDZIA

52/1052 – 23 listopada 2025 r. C.

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA

 
 
 
     
 UROCZYSTOŚĆ JEZUSA CHRYSTUSA,
KRÓLA WSZECHŚWIATA (rok C)
 
 
 
Aktualności
na 23 listopada 2025 r.
XXXIV niedziela „rok C”
 
 
 
 
Czytania:
Pierwsze czytanie: 2 Sm 5,1-3
Psalm: Ps 122
Drugie czytanie: Kol 1,12-20
Ewangelia: Łk 23,35-43
 
Ewangelia:
Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa
Łk 23, 35-43
Słowa Ewangelii według Świętego Łukasza
Gdy ukrzyżowano Jezusa, lud stał i patrzył. A członkowie Sanhedrynu szydzili: «Innych wybawiał, niechże teraz siebie wybawi, jeśli jest Mesjaszem, Bożym Wybrańcem».
Szydzili z Niego i żołnierze; podchodzili do Niego i podawali Mu ocet, mówiąc: «Jeśli Ty jesteś Królem żydowskim, wybaw sam siebie».
Był także nad Nim napis w języku greckim, łacińskim i hebrajskim: «To jest Król żydowski».
Jeden ze złoczyńców, których tam powieszono, urągał Mu: «Czyż Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas».
Lecz drugi, karcąc go, rzekł: «Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz? My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił».
I dodał: «Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa».
Jezus mu odpowiedział: «Zaprawdę, powiadam ci: Dziś będziesz ze mną w raju».
 
Komentarz do czytań:
Król to archaiczne słowo. Kojarzy nam się z bajkami albo z lekcją historii, gdy trudno spamiętać skomplikowane koligacje i daty kolejnych bitew. Jezus jest innym Królem. Nie tylko nie zdobywa, ale nie wybawia nawet sam siebie. Przyszedł, aby dać świadectwo prawdzie (J 18,37). Kiedy zmęczeni naszym zakłamaniem pragniemy wreszcie prawdziwego życia, On uwalnia nas od wszelkiej ułudy grzechu. I wtedy jest Królestwo. Trwa, niewidoczne dla reporterów i komentatorów życia politycznego, bo nie jest z tego świata.
Bóg jest miłością, Bóg jest ojcem… To zwroty, które tyleż tłumaczą, co zaciemniają prawdę o Bogu. Bo człowiek słysząc je ma pokusę, by prawdą o Bogu zredukować do swoich wyobrażeń. O miłości, o ojcostwie. Podobnie jest ze stwierdzeniem, że Jezus jest królem. Dobrze, że liturgia słowa tej niedzieli stawiam nam przed oczyma obrazy, które pomagają zburzyć niektóre niewłaściwe wyobrażenia na temat królowania Chrystusa.
Budować Boże królestwo? Nie chodzi o to by zwyciężać. Ani o to, by przegrywać. Chodzi o to, by zawsze być wiernym. Chrystus jest królem Wszechświata. Ukaże się to jasno w dzień sądu ostatecznego. Dziś jednak o tyle jest królem wśród nas, o ile króluje w naszych sercach.
 
 
4
 
 
W dzisiejszym numerze
- Uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata
- Rozważania na uroczystość Jezusa Chrystusa
- Trzykroć dziwny Król
- Słaby Król?
- Wewnątrz Jezusa ze Świebodzina
- Dotknął monstrancji i krzyknął z bólu. Świadectwo cudu w Kanadzie
- Korporacyjne christmas party bez opłatka i jezuickie warsztaty „Nieobecny Bóg”
- Dlaczego tak trudno znaleźć drugą połówkę?
- Czy można pogodzić hipotezę życia pozaziemskiego z wiarą?
- Święci i błogosławieni w tygodniu
 
 
 
Uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata
 
Uroczystość Chrystusa Króla do liturgii wprowadził papież Pius XI encykliką Quas Primas z 11 grudnia 1925 r. na zakończenie roku jubileuszowego. Nakazał wtedy, aby we wszystkich kościołach tego dnia po głównym nabożeństwie przed wystawionym Najświętszym Sakramentem odmówić litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa oraz akt poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu. Początkowo uroczystość obchodzono w ostatnią niedzielę października; reforma soborowa przeniosła jej termin na ostatnią niedzielę roku liturgicznego. Pius XI, uzasadniając swą decyzję, pisał m.in.:
Od dawna już powszechnie nazywano Chrystusa Królem w przenośnym tego słowa znaczeniu, a to z powodu najwyższego stopnia dostojeństwa, przez które wyprzedza wszystkie stworzenia i przewyższa je. Mówimy więc, iż Chrystus króluje w umysłach ludzkich, nie tyle dla głębi umysłu i rozległości Swej wiedzy, ile że on sam jest prawdą, a ludzie od Niego powinni prawdę czerpać i posłusznie ją przyjmować; mówimy też, iż Chrystus króluje w woli ludzkiej, ponieważ w Nim nie tylko nieskazitelna wola ludzka stosuje się zupełnie i z całym posłuszeństwem do najświętszej woli boskiej, lecz także dlatego, że Chrystus tak wpływa natchnieniami swymi na naszą wolną wolę, iż zapalamy się do najszlachetniejszych rzeczy. Wreszcie uznajemy Chrystusa jako Króla serc dla Jego "przewyższającej naukę miłości" i dla łagodności i łaskawości, którą przyciąga dusze. Żaden bowiem człowiek nigdy nie był i nie będzie do tego stopnia ukochanym przez wszystkie narody, jak Jezus Chrystus.
Lecz jeżeli głębiej wnikniemy w rzecz, widzimy, iż we właściwym tego słowa znaczeniu imię i władzę króla należy przyznać Chrystusowi jako Człowiekowi, albowiem tylko o Chrystusie jako Człowieku można powiedzieć, iż otrzymał od Ojca "władzę i cześć, i królestwo"; Chrystus bowiem, jako Słowo Boga, będąc współistotnym Ojcu, wszystko ma wspólne z Ojcem, a więc także najwyższe i nieograniczone władztwo nad wszystkim stworzeniem.
Uroczystość ta ma nam uświadomić, że Chrystus jest Królem całego stworzenia - wszechświata. Jego panowanie nie wynika z jakichś dokonań, z wybrania czy z wywalczenia tej godności. On jest Królem, bo jest Bogiem-Człowiekiem, Stworzycielem i Odkupicielem. Z tego właśnie tytułu ma absolutną władzę. Bóg nie tylko stworzył świat, ale ciągle go stwarza i nim włada. Królestwo Jezusa jest czymś zupełnie innym od wszystkich królestw ziemskich. Dotyczy ono wszystkich narodów, wszystkich miejsc i wszystkich czasów. Ono już istnieje w Kościele, choć jeszcze nie zostało do końca wypełnione. Dlatego właśnie w codziennej modlitwie, którą zostawił nam sam Chrystus, wołamy z nadzieją:
Przyjdź królestwo Twoje!
Chociaż Chrystus nigdy nie nosił korony królewskiej, nie trzymał w ręku berła i nie zasiadał na tronie królewskim, tytuł Króla najzupełniej Mu się należy i to w zakresie, jakim nie dysponował żaden władca świata.
Władcy ziemscy nabywają tytuł królewski przez dziedziczenie, nominację i podbój. Wszystkie trzy tytuły dają Chrystusowi pełne prawo do korony i najwyższej władzy. Jako człowiek, w swej ludzkiej naturze, pochodził on przecież w prostej linii od króla Izraela, Dawida. Wykazują to Ewangeliści, podając Jego rodowód (Mt 1, 5-16; Łk 3, 23-38). W narodzie wybranym ta prawda była tak pospolicie znana, że powszechnie nazywano Go Synem Dawida (Mt 22, 41-46; Mk 12, 35-37; Łk 1, 27. 32; 20, 41-44; 2 Tm 2, 8; Ap 22, 16). Tak więc z krwi i dziedziczenia Chrystus miał prawo do tytułu Króla.
Chrystus jest ponadto Synem Bożym, naturą równy Bogu, drugą Osobą Trójcy Przenajświętszej. Jako taki jest Panem nieba i ziemi, Panem najwyższym i absolutnym, z którym wszelkie królestwa ziemskie nie mogą się porównywać. Aby to powszechne władztwo Jezusa podkreślić, liturgia dodała do tytułu "Król" dopełnienie "Wszechświata".
ILG
 
 
 
Rozważania na uroczystość Jezusa Chrystusa
 
 Rozważania na uroczystość Jezusa Chrystusa, Króla Wszechświata (rok C). Rozważane tematy to: Jezus jest Królem Wszechświata i każdego z nas; pozorna słabość królowania Chrystusa; służba jest prawdziwym królowaniem.
7WRAZ Z UROCZYSTOŚCIĄ CHRYSTUSA Króla nadszedł koniec roku liturgicznego. Poprzedzające tę uroczystość tygodnie, w których Kościół zaproponował nam rozważenie prawd ostatecznych, prowadzą nas do pewności: Jezus Chrystus jest Panem historii powszechnej, a jednocześnie każdej osobistej historii. „Wszechmogący, wieczny Boże –modlimy się w modlitwie kolekcie– Ty postanowiłeś wszystko poddać umiłowanemu Synowi Twojemu, Królowi Wszechświata, spraw, aby całe stworzenie, wyswobodzone z niewoli grzechu, Tobie służyło i bez końca Ciebie chwaliło”. Nic, co się dzieje, nie umyka Jego wiedzy. Żadna z naszych trosk ani pragnień nie jest stracona, ponieważ On rządzi wszystkim.
Zawołanie Regnare Christum volumus (Chcemy, aby Chrystus królował) wybrał jako swoje motto biskupie błogosławiony Álvaro del Portillo. Jest to jeden z aktów strzelistych, które święty Josemaría powtarzał od najmłodszych lat. „Chrystus powinien królować przede wszystkim w naszej duszy”, mawiał. „Ale Co byśmy odpowiedzieli, gdyby nas zapytał: «A jak ty pozwalasz Mi w sobie królować?». Ja bym Mu odpowiedział, że aby mógł we mnie królować, potrzebuję obfitości Jego łaski; tylko w ten sposób każde uderzenie mojego serca, każdy mój oddech, najlżejsze spojrzenie, najzwyklejsze słowo, najzwyczajniejsze odczucie przemienią się w hosanna dla mojego Króla, Chrystusa”.
„Jezus żąda od nas dzisiaj, byśmy pozwolili, żeby stał się naszym królem. Królem, który swoim słowem, swoim przykładem i swoim życiem złożonym w ofierze na krzyżu wybawił nas od śmierci, wskazuje drogę zagubionemu człowiekowi, daje nowe światło naszemu życiu naznaczonemu zwątpieniem, lękiem i doświadczeniami każdego dnia. Ale nie możemy zapominać, że królestwo Jezusa nie jest z tego świata. On może nadać nowy sens naszemu życiu, niekiedy wystawionemu na ciężką próbę przez nasze błędy i grzechy, tylko pod warunkiem, że nie pójdziemy za logiką świata i jego «królów»".
KRÓTKO PRZED ŚMIERCIĄ Pana Jezusa przywódcy ludu i żołnierze szydzili z Niego: «Jeśli Ty jesteś królem żydowskim, wybaw sam siebie» (Łk 23, 37). Jego królewska godność pozostaje ukryta przed oczami tych ludzi. Uważali oni, że prawdziwa władza należała do tego, który sprawował rządy w całym basenie Morza Śródziemnego. Nie byli w stanie pojąć, że osoba, która za chwilę miała umrzeć na krzyżu, była kimś ważnym.
Odpowiedź Pana Jezusa na te szyderstwa jest wymowna: nie podejmuje obrony. Jego królowanie polega na oddaniu własnego życia i właśnie w ten sposób rozpoczyna się zbawienie. Pan Jezus „chce do końca wypełnić wolę Ojca i zaprowadzić swoje królestwo nie za pomocą broni i przemocy, lecz posługując się pozorną słabością miłości, która daje życie. Królestwo Boże jest całkowicie inne od królestw doczesnych”[3]. To właśnie ta „pozorna słabość” podbija wolność dusz. To właśnie słabość Pana Jezusa tchnie życie w świat i w ludzi, potrafi wydobyć dobro ze zła, niesie łaskę nie narzucając się.
Być może to właśnie ta „słabość” podbiła serce „dobrego łotra”. Podczas gdy jego towarzysz tortur urągał Jezusowi i prosił, aby wybawił ich od krzyża, on odważył się wyrazić odważniejszą prośbę: «wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa» (Łk 23, 42). Uznał jego godność królewską, ale wiedział, że pochodziła ona z innego świata. Dlatego zwraca się do Niego, aby tam, gdzie wykonuje swoją władzę, przypomniał sobie o towarzyszu cierpień. I otrzymuje od tego Króla coś o wiele cenniejszego niż mógł sobie wyobrazić: «Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju» (Łk 23, 43).
KAŻDY CHRZEŚCIJANIN JEST WEZWANY, aby być Chrystusem, który przechodzi między ludźmi. Wpatrywanie się w Pana Jezusa wiszącego na krzyżu prowadzi nas do oddania się tak jak On. Jego przykład przynagla nas do bezwarunkowej miłości. Kto się oddaje, składa broń, wyrzeka się obrony. W ten sposób, uczymy się słuchania, bez narzucania się, doceniania dobra każdej osoby, dzielenia się własnym czasem i radością, jaką nosimy w sobie, nie oczekując niczego w zamian.
W tym królestwie Chrystusa, w odróżnieniu od tych, którzy drwili z Niego, odkrywamy, jak niewielką wartość ma pragnienie posiadania racji albo żeby wyszło na nasze; nawet dobro, które czynimy traci wartość, jeśli nie porusza nas szczere pragnienie służby, jak Chrystusa w Jego Męce. „Służba - jakże lubię to słowo! –pisał św. Josemaría–. Służyć mojemu Królowi, a dla Niego wszystkim tym, którzy zostali odkupieni Jego krwią. Gdybyśmy my, chrześcijanie, umieli służyć! Powierzmy Panu naszą decyzję, by nauczyć się pełnienia tego zadania służby, bo tylko służąc, będziemy mogli poznać i ukochać Chrystusa, a także ukazywać Go innym i sprawić, by bardziej Go kochali”.
Archanioł Gabriel przepowiedział Maryi, że królestwo jej Syna będzie trwało wiecznie. Ona uwierzyła słowu Gabriela zanim jej Syn przyszedł na świat. Później, nie bez pewnego zakłopotania, zrozumiała o jakiego rodzaju królestwo chodzi. Możemy prosić naszą Matkę, abyśmy głębiej zrozumieli i wprowadzali w nasze życie łagodny sposób królowania jej Syna.
„opusdei.org”
 
 
 
Trzykroć dziwny Król
 
1. Mówiąc od dziecka w pacierzu „Przyjdź królestwo Twoje!” przywykliśmy do nazywania Boga Królem. Na tej zasadzie nie wydaje nam się dziwnym w konkluzji modlitw liturgicznych stałe stwierdzanie o Chrystusie, „który z Tobą żyje i króluje... Bóg przez wszystkie wieki wieków”. Oczywiste jest dla nas to, że Syn w Trójcy jako Bóg króluje. Tymczasem tu właśnie należałoby się czemuś zdziwić. Uroczystość bowiem ta czci jako Króla Jezusa Chrystusa, a więc zarazem i na pierwszym miejscu – człowieka. A właśnie człowiek Jezus to naprawdę dziwny Król, i to, jak określa powyższy tytuł, trzykroć dziwny. Rozważmy to dziś, że Jezus choć przez wrogie otoczenie odrzucony (Ewangelia), pozostaje przecież wiekuistym jako mający udział w dziele stworzenia (II czytanie) i dlatego może i powinien być osobiście i z przekonaniem przez nas wybierany ponownie na Króla jak ongiś Dawid (I czytanie).
2. Dzisiejszy urywek z dziejów Dawida podaje jego trzecie z kolei namaszczenie na króla. Pierwszego dokonał Samuel na rozkaz Jahwe prywatnie i po kryjomu wobec tylko najbliższej rodziny pośrodku jego braci (1 Sm 16,13). To była jakby tylko zapowiedź przyszłości bez żadnych bezpośrednich następstw dla Dawida. Po śmierci Saula do Dawida przybyli ludzie z Judy i namaścili na króla nad domem Judy (2 Sm 2,4). Wreszcie gdy spiskowcy zamordowali skrytobójczo Iszbaala, syna Saula, a tym samym znikła nadzieja wysuwania go przeciw Dawidowi, nastąpił w Hebronie uroczysty wybór Dawida na króla całego Izraela zakończony namaszczeniem, jak opisuje dzisiejsze czytanie. Akcentuje ono okoliczności religijne tego aktu politycznego: wolę uprzednio wyrażoną przez Jahwe. Na tej drodze do władzy Dawid nie posłużył się nigdy podstępem ani przemocą, choć miał do tego niejedną sposobność. A otrzymał on powszechne uznanie ludu Bożego.
Drugie czytanie, hymn z Listu do Kolosan, ukazuje kosmiczne horyzonty Odkupienia, gdyż tego potrzebowali adresaci zagrożeni błędami chrystologicznymi. Hymn wyprowadza nas w ogóle poza ziemską historię, choć do niej z konieczności nawiązuje, wzywając do wdzięczności Bogu Ojcu. On to, Inicjator zasadniczej przemiany, jaką jest nasze zbawienie, dokonał jej niejako dwoma etapami. A więc wpierw uwolnił nas spod władzy ciemności, tzn. szatana, a potem przeniósł do królestwa swego umiłowanego Syna. Jest nim nie wymieniony tutaj wprost Jezus Chrystus, ale jednoznacznie określony. Dwa razy tu występuje znamienny Pawłowy tytuł – Pierworodny (por. Rz 8,29). Odnosi się on tutaj raz do kosmicznej pozycji Syna Bożego wobec każdego stworzenia, drugi raz okolicznik spośród umarłych wskazuje na Jego zmartwychwstanie (por. Ap 1,5.18), które nastąpiło jako pieczęć Ojca na dziele pojednania przez Krew Jego Krzyża. Chrystus jest Odkupicielem będąc wpierw sensem wszechświata.
Ewangelia ukazuje nam Jezusa na krzyżu jako odrzuconego i wyszydzonego Króla, do którego przecież ktoś jeden odważa się przyznać w takich okolicznościach. Kontrastujący z powszechnym chórem szyderstw głos nawróconego złoczyńcy odzywa się z pokorną prośbą skierowaną do Jezusa o pamięć przy powtórnym Jego przyjściu jako Mesjasza. W zamian za jego heroiczny akt wiary w godność królewską wespół Ukrzyżowanego z iście królewską hojnością Jezus obiecuje „Dobremu Łotrowi” znacznie więcej, niż prosił. To czego oczekiwał on jako Żyd kiedyś na końcu wieków, nastąpi dziś jeszcze. Obietnica Jezusa wyrażona w terminach zrozumiałych dla rozmówcy zgodnie z ówczesnym nauczaniem eschatologicznym rabinów o raju zapewnia mu zbawienie natychmiast po bliskiej już śmierci, bo to znaczą słowa będziesz ze Mną. Jest to swoista pierwsza kanonizacja w dziejach.
3. Najgłębszą rację dziś ukazanego w czytaniach paradoksu, jakim jest nasz trzykroć dziwny Król – streściła Tradycja Ojców w lapidarnym zdaniu o Jezusie Chrystusie: Aeternus in sinu Patris, aeternus in sinu Matris, aeternus in sinu Ecclesiae (Wiekuisty w łonie Ojca, wiekuisty w łonie Matki, wiekuisty w łonie Kościoła). To zdanie najpierw tłumaczy fatalny wybór ze strony niegdyś odrzucających Żydów, a dziś ze strony niewierzących. Polega on na tym, iż nie zostaje rozpoznany wiekuisty Bóg w Jezusie, który jest Synem tak Ojca niebieskiego, jak Maryi. My nadto mamy szczęście uznawać Go za wiekuistego w łonie Kościoła, a dlatego czerpać z bijących w nim nieustannie źródeł Odkupienia. Nasza wiara uzasadnia każdorazowy ponowny wybór Jego woli w pokusach i konfliktach sumienia zgodnie z pedagogią eschatologiczną Jezusa, który wciąż przypominał o czekającej nas wieczności. Do niej nie ma innej drogi niż przez doczesność.
4. Homilia posłuży się troistym podziałem ze wstępu (pkt 1) i omówi treść czytań w kolejności tam podanej, rozwiniętej wyżej (pkt 3), uzasadniając szerzej, dlaczego tak było, jest, a jak powinno być stale w naszym życiu. Każdy ponowny prawidłowy wybór Chrystusa jako Króla w naszym życiu opierać się winien na wdzięczności za to, do czego nas uzdolnił Ojciec niebieski. Dlatego wybór powinien ponownie się dokonywać, bo jak trafnie to ujął poeta: „uczyniwszy wybór na wieki, każdej chwili wybierać muszę” (Jerzy Liebert) po prostu z racji nacierających stale pokus do nieposłuszeństwa. Nie własnymi tylko siłami dokonuje się ten niekiedy trudny wybór. Wiekuisty w łonie Kościoła czuwa nad tym, by nam pomagać. To nam przypomina Radio Watykańskie, gdy gra jako sygnał prostą melodię do słów: Christus vincit, Christus regnat, Christus, Christus imperat! („Chrystus zwycięża, Chrystus króluje, Chrystus rozkazuje”).
Augustyn Jankowski OSB – „wiara.pl”
 
 
 
Słaby Król?
 
Zdarza się, że ktoś odchodzi z Kościoła, ponieważ zgorszył się postawą tych czy innych duchownych. Bywa również, że ktoś odwraca się od Kościoła, gdyż „zawiódł się” na Panu Bogu. Dlaczego? Dlatego, że Bóg miał być Kimś mocnym, a okazał się słaby. Tyle przecież na świecie wojen, przemocy i okrucieństwa… Wszystko to dzieje się na ziemi, którą stworzył Bóg. Wygląda więc na to, że nie potrafi właściwie zarządzić tym, co do Niego należy. Gdyby był rzeczywiście Panem tego świata, nie dopuściłby przecież do władzy tyranów, którzy mordują niewinnych oraz obracają w perzynę całe miasta i wioski. Gdyby był wszechmocny, nie dopuściłby do sytuacji, w której miliony cierpią i umierają z głodu, a chciwi oligarchowie stają się coraz bogatsi. Gdyby rzeczywiście miał wszystko w ręku i naprawdę był miłością, śmierć nie zabierałaby matek ich małym dzieciom, a życzliwi wszystkim chrześcijanie nie byliby prześladowani przez bezwzględnych dyktatorów czy muzułmańskich terrorystów.
Można czasem spotkać osoby, których irytuje Syn Boży umierający na krzyżu – słaby i upokorzony. Zdają się wołać razem z członkami Wysokiej Rady i żołnierzami, którzy drwili z Jezusa: „Jeśli Ty jesteś królem żydowskim, wybaw sam siebie” (Łk 23,37). Jeden z przestępców ukrzyżowanych z Jezusem przyłączył się do szyderstw i pogardy: „Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas!” (Łk 23,39). Wszyscy oni nie rozumieli, że Jezus nie ma zamiaru ratować siebie, gdyż przyszedł na świat, aby wybawić ludzi od ich grzechów (por. Mt 1,21).
Nad głową Ukrzyżowanego zawieszono napis w języku greckim, łacińskim i hebrajskim: „TO JEST KRÓL ŻYDOWSKI” (Łk 23,38). W Ewangelii Jana (J 19,21) czytamy, że żydowscy przywódcy religijni sprzeciwiali się temu tytułowi. Uważali go za niewłaściwy, ponieważ nie wierzyli, że Jezus jest ich Królem. Uważali również, że wszystko to poniża ich samych; miałoby to bowiem znaczyć, że Rzym ma władzę upokarzać i torturować nawet „króla żydowskiego”. Piłat jednak nie chciał tego zmienić i poproszony o usunięcie napisu, odpowiedział: „Co napisałem, to napisałem” (J 19,22). Wtedy też to, co miało być aktem oskarżenia, stało się aktem intronizacyjnym.
Krzyż Jezusa jest Jego królewskim tronem i bramą prowadzącą do Jego królestwa. Podczas gdy Pan na krzyżu wydaje się nieodróżnialny od dwóch złoczyńców, jeden z nich, świadomy własnych grzechów, otwiera się na prawdę, wzbudza w sobie wiarę i prosi „Króla żydowskiego”: „Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa” (Łk 23,42). Wtedy tak zwany „dobry łotr” natychmiast otrzymuje przebaczenie i radość wejścia do królestwa niebieskiego: „Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju” (Łk 23,43).
Według świętego Ambrożego postawa „dobrego łotra” to „piękny przykład nawrócenia, do którego powinniśmy dążyć: łotrowi szybko udzielone zostało przebaczenie, a łaska jest obfitsza niż to, o co się prosi; bo Pan zawsze daje więcej, niż się od Niego prosi. Życie to bycie z Chrystusem, bo gdzie jest Chrystus, tam jest królestwo”.
Umierając na krzyżu, Syn Boży odsłania prawdę o swojej mocy i swoim panowaniu. To właśnie wtedy objawia się w całej pełni Bóg, który jest miłością. „Jezus daje nam życie, ponieważ daje nam Boga. Może je dać, ponieważ sam jest jednością z Bogiem” (Benedykt XVI). W ten sposób Jezus – Król i Pan wszechświata – służy ludziom z miłością, gdy przez krew Jego krzyża dokonuje się pojednanie z Bogiem tego wszystkiego, „co na ziemi, i to, co w niebiosach” (Kol 1,20).
Królestwo Boże jest królestwem, którego konstytucją jest prawo miłości. To właśnie miłością Bóg przyciąga nas do siebie. „Nie bierze nas siłą, nie narzuca nam swojej prawdy i sprawiedliwości, nie uprawia z nami prozelityzmu, chce nas pociągnąć miłością, czułością i współczuciem” (Franciszek).
Taki Bóg przyciąga Afrykankę Józefinę Bakhitę, którą kanonizował Jan Paweł II.
Józefina urodziła się około 1870 roku w Sudanie. Jako dziecko, porwana przez handlarzy niewolników, była bita do krwi i kilkakrotnie sprzedawana na afrykańskich targach niewolników. Służąc w domu pewnego generała, bardzo cierpiała, upokarzana i często chłostana do krwi. Pozostały jej po tym do końca życia 144 blizny. Gdy stała się własnością pewnego włoskiego konsula, razem z jego rodziną trafiła do Włoch. Tu Józefina poznała „Pana” całkowicie innego – żyjącego Boga, Boga Jezusa Chrystusa. „Do tej pory znała tylko panów, którzy ją poniżali i maltretowali albo – w najlepszym przypadku – uważali ją za użyteczną niewolnicę. Teraz natomiast usłyszała o istnieniu «Pana», który jest ponad wszystkimi panami, jest Panem panów, oraz że ten Pan jest dobry, jest uosobieniem dobroci. Dowiedziała się, że ten Pan zna także ją, że ją stworzył – co więcej, że ją kocha” (Benedykt XVI, Spe salvi).
Józefina Bakhita nie widziała w Jezusie ukrzyżowanym Boga słabego. Nie zarzucała Mu nieudolności, nie obwiniała Go o to, że nie potrafił zapobiec nieszczęściu, jakie ją spotkało, gdy przez tyle lat jako niewolnica była poniżana i katowana. Zobaczyła w Nim Pana, który dzielił jej los. On ją kocha. Umierając na krzyżu z miłości do ludzi, otwiera przed nią drogę prowadzącą do prawdziwej wolności. Po swoim zmartwychwstaniu wstępuje do nieba, a teraz zaś siedzi po prawicy Ojca (por. Hbr 10,12; Kol 3,1) i czeka na nią w swoim królestwie.
Na czym więc polega Boża wszechmoc? Katechizm Kościoła Katolickiego (272) mówi tak:
„Niekiedy Bóg może wydawać się nieobecny i niezdolny do przeciwstawienia się złu. Bóg Ojciec objawił jednak swoją wszechmoc w sposób najbardziej tajemniczy w dobrowolnym uniżeniu i w zmartwychwstaniu swego Syna, przez które zwyciężył zło. Chrystus ukrzyżowany jest więc «mocą Bożą i mądrością Bożą. To bowiem, co jest głupstwem u Boga, przewyższa mądrością ludzi, a co jest słabe u Boga, przewyższa mocą ludzi» (1 Kor 1,24–25). W zmartwychwstaniu i wywyższeniu Chrystusa Ojciec «na podstawie działania (swojej) potęgi i siły» okazał «przemożny ogrom mocy względem nas wierzących» (Ef 1,19)”.
Jak zobaczyć w Jezusie ukrzyżowanym Władcę – Pana i Króla wszechświata? Trzeba prosić jak uczniowie: „Przymnóż nam wiary!” (Łk 17,5) i nieustannie w niej wzrastać, zasiadając razem z Nim – tak jak dzisiaj – do stołu Słowa Bożego i stołu Eucharystii, która jest sakramentem miłości. Patrząc na Chrystusowy krzyż, dostrzegać w nim potęgę „miłości do końca” (J 13,1), a potem z pełną ufnością powierzając się Zbawicielowi, a także ze skruchą i z tęsknotą za niebem modlić się: „Jezu, wspomnij na mnie i przyjmij mnie do swego królestwa…” (por. Łk 23,42).
o. Ryszard Hajduk CSsR
Profesor doktor habilitowany, wykładowca na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie
oraz w Instytucie Teologicznym Księży Misjonarzy w Krakowie – Braniewo
 
 
 
Wewnątrz Jezusa ze Świebodzina
 
Clickbaitowy trochę ten tytuł, to prawda. Głosiłem po prostu rekolekcje w okolicy i gościnny proboszcz zaproponował zwiedzanie pomnika Jezusa Chrystusa, Króla Wszechświata w lubuskim Świebodzinie. Porównywany do słynnego pomnika w Rio de Janeiro polski Chrystus wzbudza mnóstwo emocji od czasu jego budowy w 2010 roku. Czy jest to dzieło sztuki? Poruszający symbol oddania naszych ziem Zbawicielowi? A może akt megalomanii i zwykły kicz?
Przyznam, że jechałem tam z raczej sceptycznym nastawieniem. Gdyby nie inicjatywa mego gospodarza, pewnie nigdy bym tam sam z siebie nie trafił. Pierwsze wrażenie: ogrom. Rozmach, ale także – nie da się ukryć – teologiczna jednowymiarowość. Chrystus Król jest po prostu… wielki, tak jednoznacznie. Ma robić wrażenie rozmiarem. Moja ostrożność ustąpiła miejsca fascynacji dopiero wtedy, gdy zobaczyłem wnętrze tej 36-metrowej konstrukcji: zadzierając głowę do góry, patrząc na krzyżujące się stalowe belki pnące się niebotycznie w gąszczu konstrukcji wewnątrz pomnika, zrozumiałem, że ten aspekt Jezusa ze Świebodzina jest dużo ciekawszy. Podobnie jak ciekawsze i ważniejsze jest to, co dla nas praktycznie znaczy dość górnolotne pojęcie królowania Chrystusa.
Biblijny koncept Jezusa jako Króla i ogłaszanie przyjścia królestwa Bożego przez Niego trafił do liturgii w postaci współczesnego święta dość późno, dokładnie 100 lat temu. Ogłaszając je, papież Pius XI wyliczył ówczesne bolączki świata, na które remedium miało być uznanie Chrystusa za Króla. Dużo się od tego czasu zmieniło, ale zaskakująco wiele spraw pozostaje nadal wyzwaniem dla poranionej ludzkiej wspólnoty. Można pewnie mnożyć retoryczne nawiązania do Chrystusa jako Króla, ale istotniejsze niż sam tytuł (tak jak wewnętrzna struktura pomnika w Świebodzinie) będzie odkrycie znaczenia dla mnie i dla świata Tego, w którym wszystko zostało stworzone, w którym zamieszkała cała pełnia i w którym wszystko jest pojednane.
Łukasz Miśko OP – „wdrodze.pl”         
 
 
 
 
1
 Parousia Media/ Aleteia - po lewej: ojciec Chris Alar - (Parusiamedia Instagram) po prawej monstrancja (canva), w tle - mapa Kanady z zaznacznym osadnictwem Indian Cree (domena publiczna)
 
Dotknął monstrancji i krzyknął z bólu.
Świadectwo cudu w Kanadzie
 
  
Ojciec Chris Alar, marianin z USA, odwiedził rezerwat Indian Cree w Kanadzie. Chciał po prostu przejść ulicami, niosąc Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Świadectwo swoje opublikował 10 listopada 2025 na Instagramie.
Wiatr niósł zapach dymu i mokrej ziemi. Nad rezerwatem Cree w Kanadzie zapadał chłodny wieczór, a wąskie drogi między drewnianymi domkami cichły po całym dniu. Żyło tu 1200 dusz, a większość z nich z dala od Boga. Ojciec Chris Alar, marianin, szedł powoli, trzymając wysoko monstrancję z Najświętszym Sakramentem.
Nie było tłumów. Tylko garstka starszych kobiet i dzieci szła za nim, śpiewając półgłosem pieśń, której słów nie dało się dokładnie usłyszeć. W tym miejscu wiara już dawno wygasła – młodzi odeszli od Kościoła, starsi modlili się po cichu, jakby wstydząc się własnej nadziei.
„Będę błogosławił każdy dom, każdą rodzinę” – pomyślał. Nie wiedział jeszcze, że tego dnia nie on będzie błogosławił, ale sam Bóg przypomni o swojej mocy w sposób, którego nikt nie zapomni.
„Zabierz to stąd!”
Nie wiadomo skąd dobiegł wrzask.
Mężczyzna, wysoki, z twarzą napiętą złością, wyszedł na środek drogi. Jego głos przebił modlitwę:
– Wynocha z tym! Z tym waszym…! – przekleństwa potoczyły się jak kamienie.
Ojciec Chris szedł dalej. Wolno, spokojnie, trzymał monstrancję jak tarczę. Dzieci ścisnęły dłonie swoich matek. Kobiety szeptały modlitwę szybciej, jakby chciały przykryć strach słowami otuchy.
– Powiedziałem, zabierz to stąd! – wrzasnął mężczyzna po raz drugi.
Kapłan nie odpowiedział. W głowie miał tylko jedną myśl: „Nie odpuszczę. To Pan Jezus.”
Wtedy mężczyzna ruszył w jego stronę. Złość kipiała w jego oczach. Wyciągnął rękę, żeby wyrwać monstrancję.
Ojciec Chris uniósł ją wyżej, słońce odbiło się w złocie. Przez ułamek sekundy zapadła cisza – ta przed burzą, która nie jest z tego świata.
Ogień nie z tego świata
„I wtedy to się stało” – opowiadał później ojciec Chris.
Mężczyzna dosięgnął dłonią monstrancji. I w tej samej chwili jego ręka została odrzucona, jakby został oparzony niewidzialnym ogniem. Krzyk przeszył powietrze.
– Aaaa! – zawył, cofając się. Na jego dłoni pojawił się ślad – czerwony, poparzony pas biegnący w poprzek.
Zamarł. Upadł na kolana. Wpatrywał się w Hostię jak człowiek, który pierwszy raz w życiu zobaczył coś, czego nie da się wytłumaczyć. Na jego twarzy widać było jedno pytanie: „Co to było? Co ja zrobiłem?”
Za plecami kapłana kobiety i dzieci padły na kolana. Cisza, jaka nastała, była pełna drżenia. Potem popłynęły słowa modlitwy – „Jezu, ufamy Tobie…”
Wiara wraca w ciszy
Tego dnia nikt już nie kwestionował, że Bóg był obecny. W miasteczku, gdzie wcześniej modlono się z przyzwyczajenia, zaczęto modlić się z sercem. Kobiety, które przyszły z ciekawości, opowiadały potem, że czuły ciepło w sercu a łzy same napływały im do oczu.
A ojciec Chris, kiedy po wszystkim wrócił do kaplicy, upadł na kolana. Wpatrywał się w Hostię i powtarzał szeptem:
– Panie, dlaczego dałeś ten znak?
W odpowiedzi w jego sercu pojawiła się myśl: „Bo znów zaczynacie wątpić. Bo zapomnieliście, że Ja naprawdę jestem.”
Nie potrzebujemy cudów, żeby wierzyć. Ale czasem Bóg pokazuje swoją moc nie po to, by nas zadziwić – tylko żebyśmy znowu otworzyli oczy.
Bo każdy cud na ołtarzu, choć cichy i niezauważalny, jest tym samym ogniem, który wtedy wypalił ślad na dłoni niewierzącego.
Nota redakcyjna
Powyższy tekst jest oparty na świadectwie o. Chrisa Alara MIC, marianina z USA, które zostało opublikowane przez Parousia Media na Instagramie.
Opisane wydarzenie miało mieć miejsce podczas procesji eucharystycznej wśród Indian Cree w Kanadzie.
Kościół katolicki nie wydał dotąd oficjalnego orzeczenia co do cudownego charakteru tego zdarzenia, dlatego publikujemy je jako osobiste świadectwo wiary, nie jako potwierdzony cud eucharystyczny.
„Nie potrzebujesz cudu, by wierzyć. Cud dokonuje się codziennie – na ołtarzu.” – o. Chris Alar MIC
Parousia Media / Marian Fathers of the Immaculate Conception – za – „aleteia.org”
 
 
 
Korporacyjne christmas party bez opłatka i jezuickie warsztaty „Nieobecny Bóg”
 
Do pracowników dużych firm i korporacji dotarły już zaproszenia na christmas party. Trochę muzyki, tańca, integracji pracowników w świątecznej atmosferze i stoły uginające się pod różnymi potrawami. W pełnej tolerancji, inkluzyjności, w samym środku adwentu. Ci, którzy deklarują się w pracy jako katolicy, mogli już usłyszeć pierwsze uszczypliwe uwagi w stylu: „ciebie to pewnie nie będzie, bo adwent. Sorry, ale pamiętaj, żeby w życzeniach nie mówić nic o Jezusie, bo to nie wypada. No i pamiętaj, że jesteśmy tolerancyjni, ale…”.
To nie jest przerysowany obraz, ale rzeczywistość, z którą zderza się obecnie wielu moich znajomych, którzy idą za katolickimi wartościami, pomimo tego, że słuchają złośliwych komentarzy. To ci, dla których adwent to czas na oczekiwanie, nie na imprezowanie. I tych, którzy tak bardzo chcieliby szczerze podzielić się opłatkiem, ale opłatka na christmas party nie będzie. Spotykam się z ludzkim bólem. Wyśmiewaniem wartości, zasad, wiary, robieniem uszczypliwości. Co się pod tym kryje? Dlaczego ludzie, którzy tak bardzo krzyczą o tolerancji i inkluzyjności w taki sposób traktują katolickie wartości i ludzi, dla których są one ważne?
Nie będę wchodzić w głębokie analizy, nie taki jest mój cel. Uważam jednak, że jest coś, co warto powiedzieć każdemu, kto dziś w jakiś sposób cierpi z powodu podejścia znajomych z pracy… Te komentarze, złośliwości, przytyki – to nie jest prawda o tobie. Złośliwość bywa formą obrony, tarczą, która ma chronić agresora – by ktoś zbyt osobiście nie dotknął, by jakaś rana się nie otworzyła. Hejtują tylko ludzie nieszczęśliwi, ci, których ktoś kiedyś skrzywdził.
Trudno jest znosić w milczeniu kolejne przytyki, wrzuty i zwyczaje nijak mające się do sensu Świąt Bożego Narodzenia. To jest jednak świetna okazja, by pokazać, dlaczego jestem w Kościele, dlaczego obchodzę ten czas inaczej i skąd mam siłę by żyć wartościami, które są dla mnie ważne. To czas na okazanie zrozumienia i miłości. Nie po to, by kogoś nawracać siłą. Po to, by być szczerym przed samym sobą i wewnętrznie wolnym. I po to, by pokazać Kościół z innej strony, takiej, której hejter prawdopodobnie nigdy nie poznał…
Gdy kilka dni temu zapisywałam się na rekolekcje ignacjańskie, zobaczyłam na stronie Ignacjańskiego Centrum Formacji Duchowej zaproszenie, które mnie zatrzymało… Warsztaty Nieobecny Bóg. Spotkanie dla niewierzących, poszukujących i zagubionych. „Niewiara, zwątpienia, nieobecność Boga to według Biblii część ludzkiej egzystencji. Tęsknota za Bogiem, którego się nie doświadcza, może być głębokim doświadczeniem duchowym przynoszącym wielkie owoce” – czytam na stronie domu rekolekcyjnego. Pomyślałam, że to zaproszenie jest tak bardzo aktualne i tak bardzo potrzebne… Choćby tym, którzy tęsknią za głębią, ale nie potrafią jej doświadczyć. Dla ludzi, którzy znają wyłącznie wykrzywiony i nieprawdziwy obraz Boga, jako tego, który siedzi na chmurce i zsyła gromy na nieposłusznych. Tym, którzy cierpią tak mocno, że zaczęli ranić innych – często sami nie widząc dlaczego… Być może właśnie dzięki takim wydarzeniom nie tylko zobaczą Kościół z innej perspektywy, ale prawdziwie spotkają się z własnym sercem i Bogiem, który wypatruje ich z tęsknotą i miłością.
Czasem jedyne co możemy zrobić, gdy ktoś nas atakuje, to milczeć i modlić się w ciszy o mądrość. Nie odpowiadać agresją na agresję. Nie wchodzić w dyskusje, które do niczego nie prowadzą, a jednocześnie żyć w taki sposób by ludzie pytali, skąd mam tę siłę, uśmiech, pozytywne nastawienie. Jeśli powiedzą, że Kościół jest zły, chcę mieć siłę, by odpowiedzieć, że znam go też z pięknej, życiodajnej strony. Z tej, w której czuję się zaopiekowana, otulona i przyjęta taka, jaka jestem. Po prostu. Bez stawiania miliona warunków, oceniania. To zaproszenie z ICFD jest dla mnie jedynie potwierdzeniem, że to jest możliwe, że istnieją miejsca, w którym człowiek zagubiony może poczuć się przyjęty i zaopiekowany w samym środku Kościoła… Tego prawdziwego, w którym Bóg równa się Miłość. Dla mnie, dla ciebie i dla tych, którzy się z nas śmieją - bez względu na to, co dziś myślimy i czujemy.
Magdalena Urbańska – „deon.pl”
 
 
 
Dlaczego tak trudno znaleźć drugą połówkę?
 
Magdalena Wołochowicz, autorka vloga Żyj Pełnią Życia i założycielka fundacji o tej samej nazwie, autorka książek, m.in. „Kobieta pełna Bożego życia” czy „Chwilowo panna” zmarła w roku 2024, jednak jej przemyślenia nadal są aktualne.
Bycie panną, kawalerem, to nie koniec świata. Nie to buduje naszą tożsamość, nie to daje nam poczucie własnej wartości – przekonuje Magdalena Wołochowicz, autorka książki „Chwilowo panna. Żyjąc pełnią życia, z nadzieją na dalszy ciąg”.
Katarzyna Szkarpetowska: Jakich mężczyzn my, kobiety, chcemy mieć u swego boku? Na jakich jest „zapotrzebowanie”?
Magdalena Wołochowicz: Na pewno chcemy mieć u swego boku mężczyzn odpowiedzialnych, dojrzałych, wiernych, godnych zaufania, przejmujących inicjatywę, kochających. Dla dziewczyny wierzącej ważne będzie, żeby mężczyzna, z którym się spotyka, czy też który jest jej mężem, kochał Boga, budował z Nim relację. Mężczyzna powinien też współgrać z naszym życiem, z naszymi wartościami.
Piękne wnętrze poszukiwane
A wygląd? Ma znaczenie? Uważam, że to, jak mężczyzna wygląda, nie jest najistotniejsze. Ciało jest ważne, oczywiście, natomiast najpiękniejsze jest wnętrze. Jeśli poznajemy kogoś bliżej, to widziane przez nas ewentualne mankamenty w wyglądzie przestają mieć aż takie znaczenie.
Mężczyzna przejmujący inicjatywę, czyli jaki? To mężczyzna, który nie jest bierny, który ma potrzebę przewodzenia, zdobywania kobiety. Myślę, że mężczyźni mają to od Boga…, że to taki „wpisany” w nich dar. My z kolei jesteśmy tak skonstruowane, że chcemy być zdobywane. Mężczyzna przejmujący inicjatywę to też mężczyzna, który nie jest tylko odtwórczy. Przejmowanie inicjatywy przez mężczyzn wiąże się też chyba z poczuciem bezpieczeństwa. My przy takich mężczyznach czujemy się bezpieczne.
Oczywiście, widzimy, że ktoś o nas zabiega, że mu zależy, że jest wytrwały… Na pewno bezpiecznie będziemy się też czuły przy mężczyźnie, który jest silny Bogiem.
Kobieta "pojedyncza"
A kobiety? Jakich kobiet szukają mężczyźni? Z obserwacji m.in. moich braci widzę, że kobiet, które mają swoje pasje, zainteresowania, swoje zdanie na różne tematy. Kobiet opiekuńczych, ale też – jak powiedział kiedyś mój kolega – kobiet, które są „obrotowe w kuchni”, a więc takich, które potrafią ogarnąć dom, nie boją się pracy.
Moja przyjaciółka poznała kiedyś przez portal randkowy mężczyznę, obcokrajowca, z którym zaczęła pisać, i on (mający problem z językiem polskim), w pierwszej wiadomości, którą do niej wysłał, zapytał: „A ty jesteś pojedyncza?”, co miało znaczyć: czy jesteś stanu wolnego? :) Pamiętam, że bardzo nas to wtedy rozbawiło, ona oczywiście zgodnie z prawdą, odpowiedziała, że jest „pojedyncza”. Pytanie, które mi się nasuwa, to: dlaczego mamy tyle osób, które nie mają u boku tej drugiej połówki?
Przyczyn jest wiele. Przesunął się na pewno wiek zakładania rodziny. Wpływ na to ma też zapewne tryb życia, który prowadzimy – jesteśmy coraz bardziej zabiegani, dużo pracujemy. Nie znajdujemy odpowiednich mężczyzn, tudzież oni nie znajdują nas także z powodu kryzysu relacji. Nie sądzę, żeby to była tylko kwestia tego, że nas, kobiet, jest po prostu więcej.
Czy, twoim zdaniem, są ludzie nie do pary? Nie, Pan Bóg w Piśmie Świętym wyraźnie mówi, że nie jest dobrze, żeby człowiek był sam. To Bóg wymyślił instytucję małżeństwa i rodziny, powiedział: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się”.
Są jednak osoby, które idą przez życie bez tej drugiej osoby u boku, mimo że chciałyby założyć rodzinę, i nie mam na myśli osób duchownych.
Ja także należę do takich osób – jestem panną. Bycie singielką, panną, kawalerem, to nie koniec świata. Nie to buduje naszą tożsamość, nie to daje nam poczucie własnej wartości. Ja, w trudnych momentach, nie poddaję się atakującym myślom: „pewnie będę sama do końca życia”, „chyba już nigdy nie wyjdę za mąż”, ale sięgam po Słowo Boże, zaczynam ogłaszać nad sobą samą Boże prawdy, które Bóg zostawił w swoim Słowie, także w tym celu, by dodać nam nadziei
Bycie singlem to nie koniec świata
Powiedziałaś, że bycie singlem to nie koniec świata, tymczasem wielu ludzi uważa, że tak właśnie jest. Że to czas, po którym nie można spodziewać się niczego dobrego. Czas absolutnie stracony.
Ten czas, jak każdy w życiu, może przecież być błogosławieństwem. Jest to wspaniały moment, żeby uświadomić sobie, kim jestem, po co żyję, jakie mam oczekiwania. To też dobra okazja do tego, żeby zbliżyć się do Pana Boga, bardziej się z Nim zaprzyjaźnić. Czas panieństwa to nie jest czas przetrwania, jakiś dziwny, gorszy etap w życiu, który trzeba przeczekać. Bardzo ważne jest to, jak my sami do tego podchodzimy.
Jeden z rozdziałów w swojej książce „Chwilowo panna. Żyjąc pełnią życia, z nadzieją na dalszy ciąg” zatytułowałaś: „Nie maskuj smutku. Porzuć go do skutku!”. Dlaczego dziewczyny maskują smutek?
Smutek próbuje atakować, odebrać radość życia. Dziewczyny, które nie rozprawią się ze smutkiem, czyli nie wybiorą świadomie życia w radości, będą owe ziarno smutku w sobie nosiły – ono samo nie zniknie. I właśnie dlatego należy porzucić smutek do skutku, wybierać radość – w każdej sytuacji. W Psalmie 89 napisane jest: „Szczęśliwy lud, który umie się radować”. Wybieranie radości jest zawsze decyzją – wybieram radość pomimo okoliczności, pomimo tego, co się wokół mnie dzieje. Nie chcę, nie pozwalam, żeby smutek miał wpływ na moje życie, przejmował nad nim kontrolę.
Jakimi maskami dziewczyny zakrywają smutek? Udają na przykład, że wszystko jest w porządku, mimo że przyklejony uśmiech, niespójny z tym, co czują, nie sprawdza się przecież na dłuższą metę. Są dziewczyny, które uciekają w aktywizm, jeszcze inne w jakieś uzależnienia… Są różne maski.
Dobrze jest mieć chyba ludzi, przy których można je zrzucić... To prawda, dlatego warto znaleźć w swoim otoczeniu ludzi, którzy cenią podobne wartości. Dobrze jest do nich wyjść, zaprzyjaźnić się z nimi. Wartościowe są na przykład spotkania dla singielek – sama takie współprowadzę. Celem takich spotkań nie jest to, żeby razem narzekać, ale żeby się wspierać, dodawać sobie nawzajem otuchy. Ważne jest, żeby mieć wokół siebie życzliwych ludzi, którzy trochę zneutralizują też tych, którzy mówią: „o, ty chyba będziesz starą panną” lub nieustannie pytają: „kiedy w końcu wyjdziesz za mąż?”. Mocno też wierzę w to, że w tym wszystkim bardzo liczy się relacja z Panem Bogiem. Nie widzimy Go, ale On jest, możemy zrzucać przed nim wszystkie maski! Bóg troszczy się o nas, chce naszego dobra, zsyła swoją łaskę – świeżą i nową każdego dnia. On naprawdę współdziała z nami we wszystkim ku dobremu i, jak inne sprawy, tak i tę, warto Mu powierzać.
Katarzyna Szkarpetowska – „aleteia.org”
 
 
18
 
Czy można pogodzić hipotezę życia pozaziemskiego z wiarą?
 
Obiekt sklasyfikowany jako kometa według niektórych uczonych mógł być „sondą wysłaną przez obcą cywilizację”. W warto przypomnieć tę historię...
Swego czasu wiele miejsca w mediach poświęcono wykrytemu w 2017 roku obiektowi pozasłonecznemu o nazwie Oumuamua. W listopadzie 2018 roku naukowcy z Harvard Smithsonian Center for Astrophysics stwierdzili, że „Oumuamua może być sondą wysłaną w kierunku Ziemi przez obcą cywilizację”. Tezę swoją postawili w artykule opublikowanym na łamach „Astrophysical Journal Letters”.
Możliwe, że obiekt „porusza się w przestrzeni międzygwiezdnej jak kosmiczny śmieć dzięki zaawansowanej technologii”, być może pod wpływem promieniowania słonecznego. Zarazem znaczna prędkość obiektu oraz jego nietypowa trajektoria mogą wskazywać na to, że nie pozostaje niesprawny.
Jednym zdaniem, dziwny obiekt jest „zbyt szybki” i ma nietypową trajektorię. Nie jesteśmy w stanie przechwycić żadnego wysyłanego przez niego zrozumiałego sygnału. Nie potrafimy także wyobrazić sobie, jaka technologia mogłaby zapewnić mu zasilanie. Tym bardziej, że podróżuje zapewne „od milionów lat”. Tyle, jeśli chodzi o fakty.
Ale konkluzja uczonych z Harvardu nie brzmi „wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z kosmicznym śmieciem, z pewnością z różnych przyczyn interesującym”, lecz: „Mogłaby to być sonda wysłana przez kto wie kogo, kto wie jak… no i poza tym już nie działa”.
Czy Jezus miał awatary?
Jak widać, jedyne, co z pewnością jest obce ludzkiej naturze, to logika. I nie ma to nic wspólnego z teorią istnienia życia pozaziemskiego. Nią teologia interesowała się stosunkowo niewiele, ponieważ – choć niektórych może to zdziwić – chrześcijańska teologia opiera się na Objawieniu. Tym samym nie dopuszcza spekulacji wobec braku pewnych danych wyjściowych.
Ale ponieważ nie można a priori wykluczyć samej hipotezy istnienia form życia pozaziemskiego, teologia chrześcijańska wielokrotnie próbowała nakreślić ewentualne możliwe kierunki refleksji. Jedną z najbardziej znanych prac poruszających to zagadnienie jest Jesus, UFOs, Aliens. Außerirdische Intelligenz als Herausforderung für den christlichen Glauben (Inteligencja pozaziemska jako wyzwanie dla wiary chrześcijańskiej) Armina Kreinera, teologa z Ludwig Maximilians Universität w Monachium.
Autor powyższej pracy jest zdania, że z chrystologicznego punktu widzenia zasadniczą kwestią jest zrozumienie znaczenia przyjścia Jezusa dla pozaziemskich form życia. Przypomina to kwestię człowieczeństwa Indian, którą zajmowano się na przełomie XVI i XVII w., ale do n-tej potęgi. Należałoby bowiem wykluczyć nie tylko hipotezę monogenizmu w ścisłym znaczeniu, ale także jakikolwiek ewentualny udział obcych w „naturze ludzkiej”.
Błąd Kreinera polega na nieopacznym odwołaniu do teologii Bonawentury i Dunsa Szkota. Rzeczywiście twierdzili oni, że wcielenie Chrystusa jest konieczne dla całego świata, a nie tylko dla grzechu Adama. Oznaczało to jednak tyle, że całe stworzenie ipso facto zostało skażone przez grzech pierworodny, a nie hipotezę – w ówczesnej epoce nie do pomyślenia - istnienia inteligentnych form życia pozaziemskiego.
Kreiner zatem, odwołując się do dwóch wybitnych średniowiecznych myślicieli, utrzymuje, że „awatary Jezusa” mogłyby (lub mogły były) wcielić się w innym miejscu we wszechświecie. Hipoteza ta wydaje się nie tylko redundantna, ale z chrystologicznego punktu widzenia niedopuszczalna.
Swego czasu Gianfranco Ravasi jasno wyjaśnił dlaczego: nie przypadkiem włoski wydawca poprzedził esej Kreinera krytycznym wstępem prof. Andrei Agutiego z Uniwersytetu w Urbino, który niezależnej wielości objawień Boga przeciwstawia propozycję skupioną w całości na nadejściu Chrystusa.
Kosmiczne narodziny Chrystusa
Narodziny Chrystusa, choć były zdarzeniem „punktowym”, z racji nadprzyrodzonego charakteru miały znaczenie nie tylko „miejscowe”, lecz kosmiczne. Mówi o tym zresztą św. Paweł:
Mamy tu zatem, jak mówią teologowie, chrystologię „inkluzywną”, która włącza do Wcielenia całą relację między Stworzycielem a stworzeniem. Ta ostatnia może jednak być wyrażana w różny sposób przez różne religie naszej planety, a także hipotetyczne istoty pozaziemskie.
Można tu podać przykład czysto chrześcijański: msza święta w różnych czasach i miejscach korzysta z owoców jednego zbawczego wydarzenia historycznego – śmierci i zmartwychwstania Chrystusa, zarazem go nie pomnażając. Jest to możliwe, ponieważ w tym historycznie „jedynym” wydarzeniu działa Bóg. Jako wieczny i nieskończony może On objąć swoim działaniem cały czas i przestrzeń.
Myśl tę oddaje krótko Piero Coda: także istoty pozaziemskie, jeśli takowe istnieją, są stworzeniami Bożymi. Z racji solidarności obejmującej całe stworzenie one także zostałyby odkupione.
Czy ufoludek jest moim bratem?
Profesor teologii fundamentalnej na Papieskim Uniwersytecie Santa Croce w Rzymie, a zarazem astronom ks. Giuseppe Tanzella-Nitti ujął to tak:
Dokonując przeglądu wypowiedzi ludzi Kościoła na ten temat, warto przypomnieć opublikowany na łamach "L’Osservatore Romano" (27 grudnia 2014 r.) wywiad z o. José Gabrielem Funesem pt. L’Extraterrestre è mio fratello (Istota pozaziemska jest moim bratem), a także wywiady z ks. Corrado Balduccim i o. Guy’em Consolmagno.
Na łamach „Avvenire” wspomniany już profesor Aguti przywołał znaną od dawna hipotezę wielości światów, „w czasach nowożytnych […] głoszoną zarówno przez myślicieli chrześcijańskich (Cusano), jak i krytycznych wobec chrześcijaństwa (Bruno), na podstawie niezbyt odległych argumentów, a przez wielu innych negowaną”.
Niemniej jednak, z filozoficznego punktu widzenia dopuszczenie istnienia wielu światów jest czymś innym niż hipoteza istnienia życia pozaziemskiego. Kiedyś kwestię tę bowiem rozważano z punktu widzenia metafizyki, a nie astronautyki. Do zmiany podejścia przyczyniły się wielkie odkrycia astronomiczne z XV i XVI wieku, ale także... opowieści fantastyczno-naukowe, które – szczególnie za pośrednictwem kina – zdeformowały zbiorową wyobraźnię (i opinię publiczną).
Zbyt uczłowieczony obcy...
Rzekome zdjęcia z okrytej złą sławą Strefy 51 przedstawiają postaci bezczelnie antropomorficzne. Zwykle charakteryzują się one makrocefalią i objawami, które współczesna medycyna sprowadza do zespołu Pfeiffera (np. duże oczy).
Gdybyśmy zatem chcieli wcielić się w adwokata diabła, moglibyśmy zapytać obdarzonych zbyt bujną wyobraźnią naukowców: dlaczego „obcy” mieliby mieć korpus ssaka? Dlaczego mieliby mieć cztery kończyny i poruszać się na dwóch? Dlaczego mieliby mieć szkielet wewnętrzny, skoro na Ziemi znacznie więcej jest istot ze szkieletem zewnętrznym?
Na te zarzuty można oczywiście odpowiedzieć, że jedyną formą życia na Ziemi obdarzoną samoświadomością jest człowiek. Wyobrażając sobie inne formy życia, nieuchronnie zatem wzoruje się on na sobie. Ale to brzmi jak opowieść biblijna, w której Adam przed obliczem Boga przegląda wielki katalog stworzenia. Choć jawi mu się on jako piękny i ciekawy, nie znajduje w nim tego, czego podświadomie szuka.
...i wyobcowany człowiek
Chciałoby się powiedzieć, że nie będąc w stanie stworzyć bóstwa na swój obraz i podobieństwo (wcześniej "uśmierciwszy" Boga), człowiek uparcie (a nawet, powie ktoś, contra spem) próbuje kształtować siebie w pozaziemskich formach życia.
Skutkiem tego rodzi się paradoks: kryształek lodu na Marsie jest życiem, podczas gdy morula w łonie matki nim nie jest. Idąc dalej: ubogiemu należy pomagać „u niego" i odrzucać go, jeśli jest na tyle zdeterminowany, by wyruszyć w przerażającą podróż. To wszystko nerwice „wierzących": jedni wierzą, że wierzą, inni, że nie wierzą. A ci, którzy wierzą i tyle, zostają uleczeni z nerwic przez wiarę.
Niewątpliwie istnieje "nieludzki bóg", który jest tylko zniekształconym, potwornym cieniem człowieka. Ale ani ci, którzy go głoszą, nie stają się wierzącymi, ani ci, którzy zaprzeczają jego istnieniu, nie stają się przez to ateistami. Wystarczy spojrzeć, z jak wielką wiarą patrzą na odłamek skały, który wpadł do układu słonecznego jak kamień do stawu. Po czym głoszą z przekonaniem, że to pozaziemska sonda (tyle że, niestety, nie działa...).
To wszystko rodzi zrozumiały sceptycyzm teologiczny (graniczący z sarkazmem): "Nie jest dobrze, żeby mężczyzna/człowiek był sam”. Ale ktoś, kto wyznaje objawionego Boga, nie powinien lekceważyć faktu, że wielu jego bliźnich, być może nie ze swojej winy, nie potrafi nawet nazwać niepokoju, którego doświadcza.
Są media, mniej lub bardziej znane, które żyją z klikania. Są naukowcy, mniej lub bardziej racjonalni, którzy żyją z publikacji. I są ludzie, mniej lub bardziej nieszczęśliwi, których przygniata lęk przed samotną śmiercią. I nawet jeśli nie potrafią dostrzec Ojca w niebie, czemu mieliby nie szukać tam przynajmniej braci (którzy zresztą tym bardziej świadczyliby o istnieniu Ojca).
Kto wie, czy obcy istnieją? Jedno jest pewne: świat jest pełen wyobcowanych i naszą powinnością jest próbować przyprowadzić ich do nas. Choćby przez odrobinę empatii i czułości. Na początek to wystarczy.
Giovanni Marcotullio – za „aleteia.org”
 
 
 
Święci i błogosławieni w tygodniu
 

23 listopada - św. Klemens I, papież i męczennik

23 listopada - św. Kolumban, opat

23 listopada - bł. Michał Augustyn Pro, prezbiter i męczennik

24 listopada - święci męczennicy Andrzej Dung-Lac, prezbiter, i Towarzysze

24 listopada - święty Protazy, biskup

24 listopada - święte dziewice i męczennice Flora i Maria z Kordoby

24 listopada - bł. Maria Anna Sala, dziewica

25 listopada - bł. Maria od Pana Jezusa Dobrego Pasterza, dziewica

25 listopada - św. Katarzyna Aleksandryjska, dziewica i męczennica

25 listopada - błogosławieni małżonkowie Alojzy i Maria Quattrocchi

25 listopada - bł. Elżbieta zwana Dobrą, dziewica

26 listopada - św. Leonard z Porto Maurizio, prezbiter

26 listopada - św. Sylwester Gozzolini, opat

26 listopada - św. Jan Berchmans, zakonnik

26 listopada - bł. Poncjusz, opat

26 listopada - św. Konrad z Konstancji, biskup

26 listopada - bł. Jakub Alberione, prezbiter

27 listopada - św. Wirgiliusz z Irlandii, biskup

27 listopada - bł. Małgorzata Sabaudzka, zakonnica

27 listopada - św. Franciszek Antoni Fasani, prezbiter

27 listopada - bł. Bernardyn z Fossa, prezbiter

28 listopada - św. Stefan Młodszy, męczennik

28 listopada - św. Jakub z Marchii, prezbiter

28 listopada - bł. Jakub Thomson, prezbiter i męczennik

29 listopada - bł. Maria Klementyna Anuarita Nengapeta, dziewica i męczennica

29 listopada - błogosławieni męczennicy Dionizy i Redempt

29 listopada - św. Saturnin, biskup

30 listopada - św. Andrzej Apostoł

 
 

NIEDZIELNA EUCHARYSTIA W KOŚCIOŁACH W OKOLICY
Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach
niedziele i święta: 6.30, 8.00, 9.30, 11.00, 12.30 (oprócz VII i VIII), 16.00, 19.00,
dni powszednie – 7.00, 7.30, 18.00.
Parafia Matki Bożej Pocieszenia, ul. Bulwarowa 15a
 niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00, 18:00, 20:00
dni powszednie: 7:00, 15:00, 18:00
Parafia Matki Bożej Częstochowskiej, os. Szklane Domy 7,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 17:00 (oprócz VII i VIII),
19:00 (oprócz VII i VIII), 20:30
dni powszednie: 6:30, 8:00, 18:00
Parafia Matki Bożej Królowej Polski, Arka Pana, ul. Obrońców Krzyża 1
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 16:00, 17:30, 19:00,
dni powszednie: 6:00, 6:30, 7:00, 7:30, 8:00, 11:00, 18:00
Bazylika Krzyża św. - klasztor
                              (pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Wacława)
niedziele i święta: 06.30, 08.00, 09.30, 11.00, 12.30, 14.00 (oprócz VII i VIII)
dni powszednie: 06.30, 07.30, 08.30, 16.00 (w piątki), 18.00.
Parafia św. Bartłomieja Apostoła, Mogiła, ul. Klasztorna 11,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 14:00 (oprócz VII, VIII), 16:30, 18:00
dni powszednie: 6:00, 7:00 (oprócz VII i VIII), 7:30, 8:30, 18:00
Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Teatralne,
niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00 (oprócz VII i VIII), 18:00, 19:30
dni powszednie: 6:30 (oprócz VII i VIII), 7:00, 18:00
Parafia św. Stanisława Biskupa Męczennika, Kantorowice 122,
niedziele i święta: 9:00, 11:00, 18:00, dni powszednie: 8:00, 17:00, (18.00- lato)
Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Lubocza,
niedziele i święta: 8:00, 10:30, 17:00, dni powszednie: 7:00, 17:00
Parafia Matki Bożej Wspomożenia Wiernych, Prusy,
niedziele i święta: 7:30, 9:30, 11:30,
dni powszednie: 18:00 (pon., śr., pt.), 6:30 (wt., czw., sob.)
Parafia św. Maksymiliana Marii Kolbego, Mistrzejowice,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 10:30, 11:00, 13:00, 17:00, 19:00
dni powszednie: 6:30, 7:00, 7:30, 18:00
NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:
strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl

adres gazetki:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.