W BLASKU MIŁOSIERDZIA

33/1033 – 20 lipca 2025 r. C.

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA

 5

Niedziela, 20 lipca 2025

XVI niedziela zwykła rok „C”

Czytania
Pierwsze czytanie: Rdz 18,1-10a
Psalm: Ps 15
Drugie czytanie: Kol 1,24-28
Ewangelia
Marta i Maria przyjmują Chrystusa
Łk 10, 38-42
Słowa Ewangelii według Świętego Łukasza
Jezus przyszedł do jednej wsi. Tam pewna niewiasta, imieniem Marta, przyjęła Go w swoim domu. Miała ona siostrę, imieniem Maria, która usiadłszy u nóg Pana, słuchała Jego słowa.
Marta zaś uwijała się około rozmaitych posług. A stanąwszy przy Nim, rzekła: «Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła».
A Pan jej odpowiedział: «Marto, Marto, martwisz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona».
8
Komentarz do czytań
Przyjmować czy nie? Jak przyjmować? Na czym to przyjmowanie ma polegać? Czytania tej niedzieli koncentrują się wokół tematu gościnności. W bardzo specyficznym kontekście: gościnności wobec Boga. Gościnności, która i dziś i kiedyś w wieczności jest odwzajemniana.
Troszczymy się i niepokoimy o wiele. A trzeba - jak Jezus powiedział Marcie - mało albo tylko jednego. Może warto spojrzeć tak na nasze codzienne troski. Wszak to wszystko przemija. Może warto spojrzeć w nieskończoność?
Zdarza się, że warunki do osiągnięcia celu pochłaniają tyle sił, że na osiągnięcie tego celu nie starcza już czasu.
Odnoszący się do Boga z wielką rewerencją Abraham, idący na trochę wariacką misję Paweł, no i Marta i Maria: pierwsza zajęta posługami, druga słuchająca Jezusa. Tak, dla Boga wszystko co najlepsze. Trzeba jednak pamiętać, że od tworzenia warunków ważniejsze, by słuchać i wierzyć Bogu.
Postawa Marty, postawa Marii. Wbrew obiegowym opiniom - jedna jednak słuszniejsza.
Jasne, że Ewangelia lepiej przyjmuje się tam, gdzie wpierw stworzono dobre dla jej przyjęcia dobre warunki. Tyle że nie zawsze wiemy, co w tym wypadku znaczy "dobre".  możemy tak skupić się na ich stwarzaniu, że na samo życie Ewangelią i głoszenie jej (koniecznie w tej kolejności) już braknie sił. Czyż zresztą dość tego często dziś nie widzimy? Troska o fasady, o gzymsy - nie tylko w przenośnych,  także w najdosłowniejszych, tych słów znaczeniu - a pozostawianie odłogiem kwestii dotarcia z Jezusem do konkretnego człowieka...
Co lepsze: słuchać Chrystusa  czy dla Niego pracować? Mówi się często, że ważna jest i modlitwa i praca. I to prawda. Tyle że tym, którzy nie słuchają (bo przecież nie tylko na mówieniu polega modlitwa!) , a pracują, grozi, że rozminą się z istotą Ewangelii. Wezmą za nią coś, do czego się przyzwyczaili, ale tak naprawdę nie będą jej znali. I to, co jest Dobrą Nowiną zamienią na jakąś akcyjność...
6
W dzisiejszym numerze
- XVI niedziela zwykła
- Spotkanie, a nie szarpanie
- Nasza odpowiedź na Boże inicjatywy
- Polski misjonarz mianowany biskupem diecezji w Papui-Nowej Gwinei
- Dlaczego człowiek ma dziesięć palców
- Bóg pośród gruzów. Leon XIV przyjął biskupów greckokatolickich z Ukrainy
- Matka Boża z Guadalupe – mniej znane szczegóły, trudne do wyjaśnienia
- Czy pokolenie Z naprawdę jest roszczeniowe, czy po prostu inne?
- Helen Keller. Kobieta, która żyła w ciszy i mroku
- Święci i błogosławieni w tygodniu
10
XVI niedziela zwykła
Niech to, co każdy złożył na chwałę Twojego majestatu, posłuży wszystkim do zbawienia
(Z modlitwy nad darami z XVI niedzieli zwykłej)
Pewnie wszyscy wiemy, co kapłan robi po przygotowaniu darów, kiedy ułoży już na ołtarzu chleb i wino. Wtedy podchodzą do niego ministranci z wodą i ręczniczkiem, a on obmywa ręce, wypowiadając słowa modlitwy: Obmyj mnie, Panie, z mojej winy i oczyść mnie z grzechu mojego.
Jest to echo starożytnego obrzędu przyjmowania przez kapłana darów, które każdy uczestnik Mszy Świętej przynosił i składał na jego ręce, aby potem służyły dobru wszystkich, a szczególnie najbardziej potrzebujących. Tych darów było wiele i były różnorodne, dlatego kapłan obmywał ręce, by z czystymi dłońmi sprawować Najświętszą Ofiarę.
Dziś pozostał nam z tego jedynie symbol, a nasze dary składamy do koszyczka w postaci datków pieniężnych, które – wbrew powszechnym opiniom – nie są przeznaczone dla księdza, lecz na potrzeby wspólnoty Kościoła.
Już za chwilę, w modlitwie nad darami, kapłan wypowie bardzo ważne i pouczające słowa: Niech to, co każdy złożył na chwałę Twojego majestatu, posłuży wszystkim do zbawienia.
Właśnie – my również przynosimy dary na Mszę Świętą. I chcemy to sobie mocno uświadomić. Nie przychodzimy z pustymi rękami. Przychodzimy i przynosimy swój dar, który ma służyć już nie tylko potrzebom doczesnym naszych bliźnich, ale – złączony z Ofiarą Chrystusa – ma przyczyniać się do zbawienia wszystkich. To oczywiście możliwe jest jedynie dlatego, że nasze dary zostają włączone w Ofiarę Pana Jezusa, która jedyna ma moc zbawiać.
Zauważmy więc, jak wiele od nas zależy! Nasza obecność na Mszy Świętej to nie tylko spełnienie obowiązku, podtrzymanie tradycji, uspokojenie sumienia czy pokazanie innym, że „jeszcze chodzę do Kościoła”.
To powinno być realne włączenie się w dzieło zbawienia naszych sióstr i braci. Tak jak Pan Jezus, składając Ofiarę ze swego życia, dokonał naszego zbawienia – i ta Ofiara uobecnia się nieustannie w każdej Mszy Świętej – tak i my, kierując się miłością, której On nas uczy, chcemy zabiegać o zbawienie bliźnich. Czynimy to właśnie przez to, że przynosimy i składamy swój dar.
Czy jesteśmy tego świadomi? Czy tak przeżywamy każdą Mszę Świętą?
Do tego zachęca nas św. Paweł w drugim czytaniu, gdy pisze, że „dopełnia w swoim ciele braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół” (por. Kol 1,24).
Trzeba nam sobie przypomnieć, że Msza Święta jest przede wszystkim obdarowaniem nas przez Pana Boga. O tym mówią dzisiejsze czytania, szczególnie pierwsze i Ewangelia. Opowiadają one pozornie o prostych przejawach gościnności, ale zauważmy: ten, kto gościny udziela, zostaje ostatecznie obdarowany bardziej, niż sam ofiarował. Abraham został obdarowany upragnionym potomkiem, a Maria – choć może nieświadomie – wybrała lepszą cząstkę.
Słowo Boże i modlitwa nad darami tej niedzieli powinny nas pouczyć i zachęcić, byśmy tym chętniej korzystali z Bożych darów i – za przykładem Pana Jezusa – pragnęli „dokładać się” do zbawienia naszych bliźnich.
Niech każda Msza Święta będzie dla nas nie tylko miejscem obecności, ale przestrzenią świadomego daru z siebie.
Czy naprawdę wierzę, że przez mój udział i moją ofiarę Bóg może dotknąć serca drugiego człowieka?
Panie Jezu, spraw, abyśmy nie przychodzili przed Twój ołtarz z pustymi rękami. Naucz nas miłości ofiarnej – takiej, która buduje wspólnotę i współdziała z Twoją łaską w dziele zbawienia świata. Amen.
o. Zbigniew Bruzi CSsR
Misjonarz Prowincji Warszawskiej Redemptorystów – Tuchów
9
Spotkanie, a nie szarpanie
Maria i Marta mają różne pomysły na to, jak najlepiej przyjąć Jezusa. Marta, której imię znaczy „gospodyni”, przyjmuje Go jak człowieka. Jest pobożną Żydówką, dlatego chce być tak samo gościnna jak Abraham. Troszczy się więc o to, by Jezus mógł się najeść i odpocząć. Maria natomiast pamięta, że Abraham, przyjmując trzech ludzi pod dębami Mamre, doświadczył obecności samego Boga. Dlatego swoją postawą wyznaje, że Jezus jest Bogiem, którego należy przede wszystkim słuchać.
Ten fragment Ewangelii można potraktować jako metaforę modlitwy. Zanim człowiek zatopi się w kontemplacji jak Maria, musi się zatroszczyć o rzeczy bardziej przyziemne. Trzeba przygotować miejsce, wybrać odpowiednią porę, zadbać o podstawowe potrzeby ciała. Nie jest jednak dobrze, gdy te przygotowania stają się ważniejsze od samego spotkania. Jeżeli ktoś zaprasza gości i zamiast z nimi rozmawiać, cały czas siedzi w kuchni, to takie spotkanie jest fikcją. To tak, jakby ksiądz budował kościół i w związku z tym nie miał czasu na modlitwę. W pewnym momencie krzątanina Marty staje się przeszkodą do spotkania z Jezusem. Ewangelista używa tu czasownika περισπάω, który oznacza „odciągać”, „odrywać”. W Starym Testamencie czasownik ten pojawia się tylko raz, w odniesieniu do wołów, które tak „szarpnęły” wozem, że Arka Przymierza mogła z niego spaść (2 Sm 6,6). Zbytnią troskliwość Marty o sprawy przyziemne można więc porównać do wołu, który zapomniał, że wiezie Arkę Przymierza, znak obecności i mocy Boga. W Ewangelii wspomniany czasownik użyty jest w formie biernej, co wskazuje, że Marta „była odciągana” od Jezusa przez rozmaite posługi. Co gorsza, w pewnym momencie Marta starała się odciągnąć od Jezusa swoją siostrę. Jej pretensje wywołały zdecydowaną reakcję Pana, który starał się przekonać Martę, że już najwyższy czas wyjść z roli gospodyni i stać się uczennicą, jak Maria.
W modlitwie nie można ignorować Boga, zagadywać Go i zasypywać swoimi pomysłami. Trzeba się nauczyć przyjmować to, co On chce nam dać. Słuchając Jezusa, Maria „wybrała dla siebie najlepszą cząstkę”. To mogło być konkretne słowo, myśl, doświadczenie obecności Boga, łaska, którą Jezus chciał ją umocnić, a której „nie będzie pozbawiona”.
Jacek Pietrzak OP – „wdrodze.pl”
11
Nasza odpowiedź na Boże inicjatywy
1. Ludzie niewierzący często stawiają nam zarzut, że traktujemy życie religijne jako pewną „polisę ubezpieczeniową na życie wieczne”. Do tej fałszywej oceny być może przyczynia się zbyt powierzchowna obserwacja pewnej jednostronności w praktykach lub w wypowiedziach osób pobożnych. Ale prawda życia z Bogiem jest inna. Kościół ukazuje nam w tę niedzielę doniosłą praktycznie zasadę owocnego spotykania się z Bogiem w okolicznościach życia codziennego, a zarazem trudnych. Dzisiejszy człowiek świadomie religijny bardzo często pragnie przeżywać swoje spotkanie z Bogiem. Czasem jednak oczekuje Boga na drogach zawodnych zamiast wyzyskać codzienność, w której Bóg się ukrywa. Częsty błąd polega na tym, że stawia swój własny program kontaktu z Bogiem nad plan Boży. A ten się jawi się w słowie Bożym, w natchnieniach, albo w okolicznościach życia, w zwykłych obowiązkach, pozornie całkiem świeckich, do których pomoc łaski wydaje się zbędna.
2. Sielankowo opisana scena odwiedzin Boga w towarzystwie dwóch aniołów (a nie całej Trójcy, jak sugeruje popularna ikona Rublowa – por. Rdz 18,22; 19,1) w swojej treści jest niezwykle poważna: Bóg ponownie wystawia wiarę Abrahama na próbę. Boża obietnica, powtórzona mu wtedy jakby w nagrodę za gościnność, że za rok urodzi się dwojgu staruszkom upragniony potomek, po ludzku była aż do śmieszności nieprawdopodobna. Tę właśnie okoliczność śmiechu potem utrwali nawet imię Izaaka (por. Rdz 17,7; 18,18; 21,6). Wiara Abrahama, jako wzorowa, doczekała się pochwały w pismach Nowego Testamentu. Jego z czasem nazwano „ojcem naszej wiary” (liturgia). Pochwałę Abrahama ujętą w słowa: Uwierzył i Pan poczytał mu to za zasługę (Rdz 15,6) znajdziemy u św. Pawła jako naczelny argument za wiarą, która daje usprawiedliwienia (por. Rz 4,1–25; Ga 4,6–9) oraz w Liście do Hebrajczyków z uwydatnieniem wszystkich innych jej następstw historiozbawczych (11,8–10.12.17–19).
List do Kolosan, z którego urywek dziś czytamy, napisał Apos­toł Paweł z więzienia rzymskiego, w latach 61–63, na prośbę swego ucznia i delegata Epafrasa. Urywek ten świadczy o tym, jak głęboko Apostoł ujmował swoje posłannictwo, łącząc je z własną nauką o eklezjalnym ciele Chrystusa. Tekst jest zaskakujący: jak można mówić o niedostatkach udręk Chrystusa, skoro wiadomo, że męka Jego była doskonała pod każdym względem i niczego nie brak w dziele Odkupienia (por. Hbr 7,27n; 9,12; 10,10)? Tak jest z powszechnym i obiektywnym Odkupieniem. Tymczasem pozostaje do wypełnienia jego aspekt jednostkowy i subiektywny. Cierpienia bowiem eklezjalnego (mistycznego) Ciała Chrystusa trwać będą aż do paruzji, aż dokona się wspólne zadanie całego Chrystusa – Głowy i członków. Ten udział ma tu Paweł na myśli. Tak więc wraz z Głową – Chrystusem – mają udział „dopełniający” w tym dziele wszyscy, którzy czują się członkami Jego Ciała, więc i my. A korzysta na tym całe Ciało.
Powierzchownie oceniając dzisiejszą scenę spotkania Jezusa z Martą i Marią możemy się zdziwić delikatnej naganie udzielonej przez Niego Marcie. Jej postawa może nam się wydać uzasadniona, nawet sympatyczna. Pan jednak ocenił ją inaczej. Dlaczego? Marta chciała zaaranżować całe spotkanie z Nim według swojego pomysłu podyktowanego przez gościnność gospodyni, pani domu. Do wykonania tego planu potrzebne były jej jeszcze ręce Marii. Tymczasem ta była w jej oczach z pozoru bezczynna, stąd Marta zgłosiła wprost Panu pretensję, w której wyraźnie doszła do głosu nuta jej niezaspokojonej ambicji. W postawie siedzącej u stóp Pana Marii – jak wtedy siadywali uczniowie u rabinów – winniśmy dostrzec nie wygodną kobietę, która wybiera to, co łatwiejsze i przyjemne. Maria to uczennica, która wie, na czym zależy Mistrzowi najbardziej – na tym, by Go słuchano. Takie bowiem było Jego posłannictwo dane Mu przez Ojca. Najlepszą cząstką jest dokładnie pełnić wolę Pana.
3. Myśl główną niedzieli można by zamknąć w trafnym określeniu Deus semper maior – „Bóg zawsze jest większy” (E. Przy­wara) lub może – z jeszcze większym uwydatnieniem paradoksu – w tym znanym Bożym oświadczeniu, danym przez proroka: Myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami (Iz 55,8). Wspólnym niejako mianownikiem trzech opisanych w czytaniach spotkań trojga ludzi z Bogiem, jest ich trafna postawa wobec pewnej Bożej właściwości. Jest nią szczególny aspekt Jego transcendencji. Prościej zaś można to wyrazić zdaniem, że Bóg jest niepojęty tak w swoich zamiarach względem człowieka, jak i nieograniczony w potędze, gdy te zamiary realizuje. Widać to w obdarzeniu Abrahama jako protoplasty ludu Bożego potomkiem wbrew oczekiwaniu i naturalnym możliwościom. Widać w nieoczekiwanej Jezusowej ocenie postawy Marii, co stanowi replikę na pozornie tylko słuszną skargę Marty. Widać w tym, że w życiu Apostoła nawet bezczynne cierpienie więźnia służy Kościołowi.
4. Homilia może uzasadnić prawidłowe założenia dobrego wyboru dróg, na których na co dzień spotkamy Boga, wzorem tych bohaterów wiary, których ukazują dzisiejsze czytania. Wierny Bogu jest stale Abraham, gotów przyjąć wiarą Boże obietnice właściwie wbrew ludzkiej nadziei, wierna myśli Jezusa jest Maria, przez Niego samego przeciwstawiona Marcie, wierny powołaniu jest Apostoł Paweł, choć uwięziony, przecież wzbogacający nadal sprawę Kościoła-Chrystusa. Wszystkie te trzy przykłady są paradoksalne, gdyż wykraczają poza zwykłe ludzkie rachuby i doświadczenie. Dla tych trojga Bóg jest zawsze pierwszy, ważniejszy niż ich własne nawet szlachetne plany, zawsze zarazem wspomagający swoją wszechmocą, ponieważ poddają się Jego inicjatywie i prowadzeniu przez godną odpowiedź. Tą godną odpowiedzią w nas będzie wiara bez sprzeciwów, posłuch życzeniom Pana i umiejętność wykorzystania dla sprawy Bożej cierpienia. Wszystkie trzy okazje należą do całkiem codziennych. 
Augustyn Jankowski OSB – „wiara.pl”
1
Polski misjonarz mianowany biskupem diecezji w Papui-Nowej Gwinei
Ojciec Święty mianował ks. Jacka Piotra Tendeja CM biskupem diecezji Alotau-Sideia w Papui-Nowej Gwinei. Bp Tendej dotychczas pełnił funkcję rektora seminarium duchownego Ducha Świętego w Bomana (Port Moresby). Wcześniej przez wiele lat zajmował się działalnością duszpasterską i edukacyjną w Polsce oraz USA.
Papua-Nowa Gwinea. Pielgrzymka papieska Vatican Media
Ks. biskup Jacek Piotr Tendej CM urodził się 26 czerwca 1963 roku w Handzlówce w powiecie łańcuckim. Po złożeniu ślubów wieczystych w Zgromadzeniu Księży Misjonarzy św. Wincentego a Paulo uzyskał tytuł magistra teologii moralnej na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie, licencjat z nauk o wychowaniu na Papieskim Uniwersytecie Salezjańskim w Rzymie oraz doktorat z pedagogiki na Akademii Pedagogicznej im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie.
Święcenia kapłańskie przyjął 25 maja 1991 roku. Pracował m.in. jako nauczyciel w szkołach podstawowych w Zakopanem (1991–1995), w szkole średniej w Krakowie (1995–1997). Był  nauczycielem i kapelanem w parafii św. Stanisława Kostki na Brooklynie w Nowym Jorku (2000). Przez kolejne dwa lata pracował jako wychowawca młodzieży w Fundacji im. ks. Siemaszki w Krakowie, pełnił również funkcje wykładowcy nauk o wychowaniu w Instytucie Teologicznym Papieskiego Uniwersytetu Jana Pawła II w Krakowie (2001–2013).
vaticannews.va/pl
12
Dlaczego człowiek ma dziesięć palców
Jeden z uczniów Arystotelesa, greckiego filozofa, zapytał: „Dlaczego człowiek ma dziesięć palców, dwoje oczu, dwoje uszu, a tylko jedne usta i jeden język?”. Arystoteles odpowiedział: „Ponieważ człowiek musi pracować dziesięć razy więcej niż jeść, a widzieć i słyszeć dwa razy więcej niż mówić”. W tej dosadnej sentencji zawarta jest istotna prawda dotycząca życia każdego człowieka. Każdy z nas powinien kierować się w życiu roztropnością i umiarkowaniem. Niestety, nie zawsze jest to oczywiste i proste. Niejednokrotnie pojawiają się wątpliwości dotyczące trafności dokonywanych wyborów.
Scena, w której Jezus pochwala wybór Marii, dla wielu jest kontrowersyjna. Jakże można pochwalać bezczynność i brak troski o gościa? Wbrew pozorom jej decyzja jest trafna, bowiem Chrystus w ten sposób pokazuje każdemu z nas, że bycie blisko Boga to umiejętne dokonywanie wyborów. W praktyce oznacza ono umiejętność odczytywania znaków. Maria bardzo szybko zrozumiała, że najistotniejsze jest, aby nie odstępować Chrystusa ani na krok. Naraziła się w ten sposób na krytykę Marty, jednak nie zmieniła swojego postępowania, bo czuła, że dokonuje wyboru samego Boga.
2
Bóg pośród gruzów. Leon XIV przyjął biskupów greckokatolickich z Ukrainy
„Codziennie stykacie się z ludźmi zranionymi w sercu i ciele. Mimo to otrzymuję wiele świadectw wiary i nadziei od mężczyzn i kobiet z waszego ludu. Jest to znak mocy Boga, który objawia się pośród gruzów zniszczenia” – powiedział papież do ukraińskich duchownych.
Na Watykanie gościli członkowie Synodu Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego. Nawiązując do przeżywanego Roku Świętego, papież podkreślił, że nasza nadzieja nie zawodzi, ponieważ opiera się na miłości Boga w Chrystusie, naszym Panu. Ojciec Święty przyznał, że nie jest łatwo znaleźć słowa pocieszenia dla rodzin, które straciły bliskich w tej bezsensownej wojnie. „Wyobrażam sobie, że jest to trudne również dla was, którzy codziennie stykacie się z ludźmi zranionymi w sercu i ciele. Mimo to otrzymuję wiele świadectw wiary i nadziei od mężczyzn i kobiet z waszego ludu. Jest to znak mocy Boga, który objawia się pośród gruzów zniszczenia”.
Służyć Chrystusowi w cierpiących
Mówiąc o licznych potrzebach doświadczonego wojną Kościoła, Papież przypomniał ukraińskimi biskupom, że są „powołani do służenia Chrystusowi w każdej zranionej i cierpiącej osobie, która zwraca się do waszych wspólnot o pomoc”.
Polegli żyją w Bogu
Papież zapewnił o swej bliskości z biskupami i wiernymi ukraińskiego Kościoła. „Nasza wspólnota jest wielką tajemnicą – podkreślił Leon XIV – jest prawdziwą wspólnotą również z wszystkimi braćmi i siostrami, których życie zostało wyrwane z tej ziemi, ale zostało przyjęte przez Boga. W Nim wszystko żyje i znajduje pełnię sensu”.
Pociesza nas pewność, że Maryja jest z nami
Na zakończenie zawierzył pokój na Ukrainie wstawiennictwu Matki Bożej oraz poprosił biskupów, by odśpiewali w po ukraińsku modlitwę Ojcze nasz. „Zawsze pociesza nas pewność, że Matka Boża jest z nami, wspiera nas i prowadzi do swojego Syna, który jest naszym pokojem. Przez Jej macierzyńskie wstawiennictwo modlę się, aby pokój jak najszybciej powrócił do waszej ojczyzny” – powiedział Ojciec Święty.
Źródło: vaticannews.va/pl
4
Roman Koszowski /Foto Gość Guadalupe, Meksyk
Matka Boża z Guadalupe – mniej znane szczegóły, trudne do wyjaśnienia
O ile dobrze znane są szczegóły objawień maryjnych w Lourdes (1858 r.) i w Fatimie (1917), o tyle objawienia Matki Bożej z Guadalupe z XVI wieku, choć też ogólnie znane, zawierają wiele niezwykłych i mniej rozpowszechnionych szczegółów. Przedstawił je katolicki dziennikarz Bradley Shumaker na stronie NCR.
Przypomniał, że Maryja objawiła się czterokrotnie w 1531 w pobliżu dzisiejszego Miasta Meksyk. Według dokumentów, sanktuarium, znajdujące się obecnie na wzgórzu Tepeyac, wzniesiono na Jej życzenie w czasie, gdy tylko nieliczni mieszkańcy regionu przyjęli chrześcijaństwo. Jednym z największych cudów, wynikających z tych objawień, było to, że dzięki nim w krótkim czasie (do 1539 r.) ponad 8 milionów Azteków nawróciło się na chrześcijaństwo.
Choć przez lata doszło do wielu objawień maryjnych, to Guadalupe wyróżnia się pod kilkoma istotnymi względami. W przeciwieństwie do Lourdes i Fatimy sama nazwa „Guadalupe” nie pochodzi od miejsca objawień. Gdy Maryja ukazała się św. Janowi Diego, nazwa ta nie miała żadnego związku z tym miejscem, lecz odnosiła się do znanego sanktuarium maryjnego w Hiszpanii (ważnego dla hiszpańskich kolonizatorów). Dla Azteków brzmienie słowa „Guadalupe” przypominało jednak wyrażenie w miejscowym języku nahuatl, oznaczające „tę, która miażdży węża”, co miało wymiar symboliczny, ponieważ w wyniku objawienia zakończono składanie ofiar z ludzi.
Matka Boża z Guadalupe to jedno z nielicznych objawień, w których ukazuje się Ona jako kobieta brzemienna. Celem Jej ukazania się było przedstawienie miejscowej ludności Jej nienarodzonego Syna, Jezusa Chrystusa. Z tego względu Pani z Guadalupe na zawsze pozostanie „patronką nienarodzonych”.
Także w odróżnieniu od innych podobnych zjawisk, po tym objawieniu pozostał fizyczny znak – wizerunek Maryi z Guadalupe, cudownie utrwalony na płaszczu (tilmie) św. Jana Diego. Pojawił się on w chwili, gdy przyszły święty rozwinął swój płaszcz przed biskupem, ukazując róże kastylijskie – nienaturalne dla tego regionu i nieobecne o tej porze roku – jako dowód objawienia.
Z obrazem Matki Bożej z Guadalupe wiąże się wiele zadziwiających tajemnic. Na przykład mikroskopowe badania w podczerwieni wykazały brak pociągnięć pędzla i pigmentów farby. Kolory nie pochodzą ani od zwierząt, ani roślin, ani minerałów. Również nie wchodzą w grę sztuczne barwniki, gdyż wynaleziono je dopiero trzy wieki później.
Tilma wykonana jest z włókien agawy (ayate), które zazwyczaj ulegają zniszczeniu po 20-30 latach. Tymczasem wizerunek liczy już niemal 500 lat, nie ma ochronnego lakieru, a przez pierwszych 100 lat był narażony na warunki atmosferyczne i dotykany przez miliony wiernych, a jednak przetrwał w stanie nienaruszonym. Choć wykonany z grubo tkanej tkaniny, obraz wygląda od strony wizerunku jakby był z jedwabiu, czego nie da się naukowo wyjaśnić.
Kolor skóry Maryi i dłoni z daleka wydaje się oliwkowy, lecz z bliska jest biało-szary. Efekt ten przypomina zjawiska optyczne w naturze, np. u piór ptaków czy skrzydeł motyli, co jest praktycznie niemożliwe do wykonania przez człowieka, zwłaszcza na tkaninie w 1531 roku.
W 1921 próbowano celowo zniszczyć obraz, ukrywając bombę w wazonie z kwiatami. Eksplozja wybiła witraże bazyliki i wygięła metalowy krzyż ołtarzowy, ale cienka szyba chroniąca obraz pozostała nietknięta. Żaden uczestnik Mszy nie został ranny, co uznano za cud.
W 1929 roku odkryto, że w oczach Matki Bożej widnieją mikroskopijne odbicia ludzi. Badanie okulistyczne z 1956 wykazało, że oczy zachowują się jak ludzkie, odbijając obraz tak, jak robi to oko człowieka. Malowanie takich detali w 1531 było niemożliwe, zwłaszcza że zjawisko to nie było znane naukowo aż do końca XIX wieku.
Matka Boża z Guadalupe jest wyjątkowa ze względu nie tylko na objawienia, ale także na cudowny wizerunek, który pozostawiła. To objawienie doprowadziło do największego masowego nawrócenia w historii chrześcijaństwa i uczyniło Maryję patronką nienarodzonych. Obraz ten nadal zadziwia naukowców i wierzących.
Bazylika Matki Bożej z Guadalupe to najczęściej odwiedzane sanktuarium maryjne na świecie. Co roku miliony pielgrzymów przybywają do Miasta Meksyk, by modlić się, oddać hołd Maryi i kontemplować Jej wizerunek.
KAI
13
Czy pokolenie Z naprawdę jest roszczeniowe, czy po prostu inne?
"Nie chcą pracować, wszystko im się należy, ciągle narzekają" – takie komentarze o pokoleniu Z (urodzonych po 1995 roku) padają dziś regularnie w mediach, na rodzinnych obiadach, w rozmowach szefów ze starszych generacji. Ale czy rzeczywiście mamy do czynienia z falą młodych ludzi, którzy nie znają wartości ciężkiej pracy i tylko roszczą sobie prawa? A może po prostu żyją w innych realiach i głośno wyrażają potrzeby, które kiedyś przemilczano?
Pokolenie Z dorastało w czasie gwałtownej cyfrowej rewolucji, która nie tylko zmieniła sposób komunikacji, ale całkowicie przedefiniowała relacje społeczne, dostęp do wiedzy i tempo życia. Od najmłodszych lat towarzyszyły im ekrany, smartfony, media społecznościowe, streaming czy sztuczna inteligencja, które stały się naturalnym elementem codzienności, a nie jedynie technologicznym dodatkiem. Wychowani w świecie natychmiastowego przepływu informacji, przyzwyczajeni są do błyskawicznego reagowania i wielozadaniowości, ale jednocześnie zmagają się z przeciążeniem bodźcami i trudnością w utrzymaniu koncentracji. To pokolenie dorastało w poczuciu ciągłej zmienności i niepewności – obserwowało na żywo globalne wydarzenia, takie jak katastrofy naturalne, konflikty zbrojne czy kryzysy zdrowotne, ale także lokalne problemy społeczne i gospodarcze, które wpływały na życie ich rodzin i rówieśników.
W przeciwieństwie do wcześniejszych generacji, pokolenie Z nigdy nie usłyszało spójnej, optymistycznej opowieści o przyszłości. Nikt już im nie obiecywał, że "wystarczy ciężko pracować, a wszystko się ułoży", że "kupią mieszkanie przed trzydziestką", że "praca na etat zapewni bezpieczeństwo". To, co dla ich rodziców było normą, dla nich stało się luksusem. Zamiast tego dostali rzeczywistość pełną niepewności: niestabilny rynek pracy z umowami śmieciowymi, dynamicznie rosnące ceny mieszkań, inflację pożerającą oszczędności, i wypalenie zawodowe – zanim jeszcze zdążyli na dobre wejść na rynek pracy.
Już na starcie wielu z nich czuło, że gra, w której mają uczestniczyć, jest ustawiona. Że system, do którego wchodzą, nie działa tak samo jak kiedyś. Dla ich rodziców awans społeczny był możliwy – dziś dla wielu młodych brzmi jak żart. Zamiast poczucia sprawczości pojawia się więc frustracja i bunt, ale też potrzeba redefinicji celów. Bo skoro nie można mieć "więcej", to może warto mieć "lepiej"? Mniej pracy, więcej sensu. Mniej hierarchii, więcej partnerstwa. Mniej ciszy i tłumionego stresu – więcej terapii, otwartości i dbania o siebie.
Nikt nie jest stracony. Miłość Boga jest silniejsza niż ludzki grzech.
Trudno więc dziwić się, że pokolenie Z nie chce powielać scenariuszy, które dla ich rodziców i dziadków były jedyną dostępną opcją. Scenariuszy opartych na wyrzeczeniu, pokorze i zgodzie na warunki, które często były dalekie od godnych. Praca ponad siły, milczenie wobec niekompetentnych lub toksycznych przełożonych, rezygnacja z życia osobistego na rzecz "kariery" – to przez dekady uchodziło za wyraz odpowiedzialności i dojrzałości. Tymczasem dziś młody człowiek, który mówi "nie zgadzam się na brak szacunku", "nie będę pracować za pół darmo" czy "potrzebuję wolnego dnia, bo źle się czuję psychicznie" – nie buntuje się bez powodu. To nie wyraz lenistwa czy wygórowanych oczekiwań, ale raczej wyraz świadomości swoich praw, potrzeb i granic.
To istotna zmiana, bo wcześniej takiej postawy po prostu nie było. Milczenie było cnotą. Przemilczanie krzywdy, stresu, wypalenia – oznaką siły. Cierpliwe czekanie na podwyżkę, nawet gdy inflacja pożerała pensję – strategią przetrwania. Wypowiadanie swojego niezadowolenia otwarcie? Ryzykowne. Rozmowa o zdrowiu psychicznym w pracy? Temat tabu. Teraz to się zmienia. I choć dla starszych pokoleń może to być niezrozumiałe, a nawet irytujące – dla młodych to codzienność i konieczność.
Czy to źle? Czy odwaga, by mówić głośno o swojej wartości i stawiać granice, rzeczywiście jest wadą? Czy naprawdę wolimy wychowywać kolejne pokolenia w duchu przemęczenia, frustracji i tłumienia emocji, tylko dlatego, że "tak było zawsze"? Może właśnie dziś dojrzewa społeczeństwo, które nie tylko potrafi pracować, ale też wie, kiedy odpoczywać. Które nie chce żyć, by pracować, lecz pracować, by żyć. Które rozumie, że człowiek nie jest trybikiem w maszynie, a system pracy nie powinien opierać się na eksploatacji.
Nie da się jednak ukryć, że niektóre zarzuty wobec pokolenia Z mają swoje źródło w obserwowalnych zjawiskach. Jednym z nich jest niecierpliwość – cecha często wypominana młodym ludziom zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym. Pokolenie wychowane w świecie natychmiastowej gratyfikacji – gdzie jedno kliknięcie pozwala zamówić jedzenie, znaleźć odpowiedź w Google czy rozpocząć nowy serial na Netfliksie – siłą rzeczy oczekuje szybkich rezultatów. I nie chodzi tu wyłącznie o konsumpcję treści czy usług, ale także o rozwój osobisty, awans zawodowy czy relacje.
Wielu młodych ludzi ma trudność z akceptacją faktu, że na niektóre rzeczy trzeba poczekać, że droga do celu bywa długa, pełna przeszkód, a prawdziwa zmiana nie dzieje się z dnia na dzień. W pracy zawodowej objawia się to często frustracją po kilku miesiącach bez awansu lub zderzeniem z rzeczywistością, w której nie wszystko od razu "klika". W życiu prywatnym trudnością w utrzymaniu długofalowych relacji, brakiem cierpliwości do konfliktów i konieczności "przepracowania" emocji.
Ale czy ta niecierpliwość to wina młodych? A może konsekwencja świata, w którym przyszło im dorastać – świata błyskawicznych reakcji, natychmiastowych odpowiedzi i ciągłej dostępności? Świata, w którym każda aplikacja jest zaprojektowana tak, by skrócić czas oczekiwania, a każde opóźnienie to potencjalna strata uwagi użytkownika?
Niecierpliwość pokolenia Z nie musi być tylko wadą. Może być także wyrazem niezgody na opieszałość systemów, które nie nadążają za wyzwaniami współczesności. Młodzi nie chcą czekać piętnastu lat na awans, skoro wiedzą, że są kompetentni już teraz. Nie chcą odkładać życia na emeryturę, skoro obserwują, jak wiele rzeczy można stracić z dnia na dzień.
Jednym z najbardziej charakterystycznych i jednocześnie przełomowych zjawisk wśród pokolenia Z jest otwarte mówienie o zdrowiu psychicznym. Dla starszych generacji temat ten przez lata był tabu – "nie mówi się o tym", "trzeba być twardym", "każdy ma problemy, nie marudź". Psychoterapia kojarzyła się z "czymś dla chorych" albo – co gorsza – z osobistą porażką. Dziś to się diametralnie zmieniło. Dla młodych ludzi mówienie o swoich emocjach, traumach czy potrzebie wsparcia psychologicznego nie tylko nie jest wstydliwe, jest wręcz naturalne.
Ta świadomość nie wzięła się znikąd. Pokolenie Z dorastało w świecie przeciążonym informacjami, oczekiwaniami i bodźcami. Ich problemy nie są "wydumane" – są realne. Presja bycia idealnym w internecie, dostępność porównań z innymi 24/7, życie w cieniu katastrof klimatycznych, pandemii i niepewności ekonomicznej – to wszystko wywołuje lęk, napięcie, frustrację. Terapia staje się więc sposobem na przetrwanie w świecie, który nieustannie "ciągnie" uwagę i energię.
Jednocześnie trzeba uczciwie zauważyć, że większa świadomość na temat zdrowia psychicznego ma też swoje pułapki. Psychologiczne terminy bywają nadużywane, a samodiagnozy z mediów społecznościowych potrafią uprościć lub spłaszczyć złożone problemy. Czasem zbyt łatwo młodzi ludzie sięgają po etykiety, które mogą usprawiedliwić bierność lub unikać konfrontacji z rzeczywistością. Ale czy to oznacza, że lepiej byłoby wrócić do modelu milczenia, tłumienia i udawania, że "wszystko gra"?
Nie. Zdecydowanie nie.
Otwartość na temat zdrowia psychicznego to jedna z najbardziej dojrzałych cech tego pokolenia. To dzięki niej coraz więcej osób sięga po pomoc na czas, wychodzi z depresji, przerywa cykle przemocy, rezygnuje z toksycznych relacji. To dzięki niej znikają społeczne maski "radzę sobie świetnie", a w ich miejsce pojawia się autentyczność, wrażliwość i – co najważniejsze – odwaga, by mówić o tym, co boli.
Pokolenie Z nie chce być cicho.
Można więc dalej powtarzać, że "młodzi to mają za dobrze", że "kiedyś to się nie narzekało", że "teraz każdy chodzi na terapię zamiast wziąć się w garść". Ale można też spróbować spojrzeć inaczej – zobaczyć w pokoleniu Z nie roszczeniowych leni, lecz ludzi, którzy nie chcą żyć na autopilocie. Którzy odrzucają wyświechtane schematy, bo widzą, że nie działają. Którzy nie godzą się na życie bez sensu, pracy bez szacunku i relacji bez emocji.
Autor: Julia Hap – „deon.pl”
14
Helen Keller. Kobieta,
która żyła w ciszy i mroku
W wieku 19 miesięcy straciła wzrok i słuch. Ale choć lekarze nie dawali jej szans na wyjście z zamkniętego świata, Helen Keller nauczyła się mówić, została sławną pisarką i działaczką.
Tuscumbia, Alabama, 1882 r. Kate Keller pochyla się nad łóżeczkiem udręczonej gorączką córeczki. Szepcze: „Ojcze Niebieski, nie zabieraj mi mojej dzieciny!”. Helen dostaje zapalenia mózgu, rodzice przygotowują się na jej śmierć. Jednak kilka dni później gorączka nagle mija, pozbawiając dziecko wzroku i słuchu. Z życia dziewczynki znika to, co kochała – słońce, śpiew ptaków, muzyka. Zostaje tylko wspomnienie czułości matki.
Nim Helen Keller na nowo nauczy się komunikować ze światem, obroni tytuł naukowy i zostanie sławną pisarką, minie wiele trudnych lat.
Mała Helen Keller, wielkie kłopoty
Dawniej rozkoszna i szczebiocząca Helen (ur. 27 czerwca 1880 r.) zmienia się po chorobie w kapryśne dziecko, terroryzujące całe otoczenie. Bez przerwy gryzie, kopie, drapie, wyrywa się z objęć bliskich. Żeby uspokoić ją w atakach furii, bezsilni rodzice wciskają w jej usta cukierki. Ale to pomaga tylko na chwilę.
Dziewczynka rozpaczliwie próbuje porozumieć się ze światem. Gdy ma ochotę zjeść chleb, udaje, że kroi go w powietrzu i smaruje kromki. Uczy się odróżniać swoje ubrania od cudzych. Jeśli intuicyjnie wyczuwa, że przyjadą goście, stroi się. Niestety, wciąż pozostaje zamknięta w świecie, do którego nikt nie ma dostępu. Przysparza rodzicom nie lada kłopotów – w zazdrości wyrzuca maleńką siostrę z wózka, wkłada zawieszony na szyi fartuszek do ognia, zamyka domowników na klucz i ucieka. Jak wspomina po latach:
    Nie pamiętam, kiedy sobie uświadomiłam po raz pierwszy, że nie jestem taka jak inni. (…) Zauważyłam, że ani matka, ani moi przyjaciele nie posługiwali się gestami tak jak ja, gdy sobie czego życzyli, lecz mówili ustami. Czasem stojąc między dwiema rozmawiającymi osobami, dotykałam ich warg. Nie mogłam nic zrozumieć i to mnie dręczyło. Poruszałam ustami i gestykulowałam zapamiętale – bez skutku*.
Nauczycielka. Anna Sullivan
Gdy Helen kończy 7 lat, rodzice postanawiają poprosić o pomoc Grahama Bella, znanego fizyka i dyrektora Instytutu dla Niewidomych w Bostonie. Naukowiec poleca im młodą zdolną nauczycielkę, Annę Sullivan. Niedługo później kobieta staje się częścią rodziny Kellerów.
Praca z Helen jest dla Anny Sullivan szkołą przetrwania. Nauczycielka jest jednak stanowcza i wytrwała. Wie, że istnieje jeden klucz do sukcesu: konsekwencja. Bez przerwy kreśli na dłoni dziewczynki tajemnicze znaki. To metoda Samuela Gridleya Howe’a, pierwszego nauczyciela głuchoniewidomych. Zgodnie z nią każda litera ma swój odpowiednik wyrażany dotykowym znakiem migowym. Przez kilka tygodni Helen nie potrafi zrozumieć tego alfabetu. Napisze potem: „Nie wiedziałam, że literuję słowo, nie wiedziałam nawet o istnieniu słów. Po prostu naśladowałam jak małpka grę palców nauczycielki”.
Przełom następuje po kilku tygodniach. Jak co dzień Anna Sullivan kreśli na małej rączce znaki. Przy ogrodowej pompie, z której tryska strumień, wystukuje „w-o-d-a”. Nagle oczy Helen zaczynają błyszczeć. Rozumie! Od tej pory nie daje nauczycielce (i rodzinie) spokoju. Chce znać nazwy wszystkich pojęć, także abstrakcyjnych. Wkrótce poznaje też alfabet Braille’a i zaczyna czytać książki.
    Każdy człowiek ma podświadomie w pamięci zieloną ziemię i szemrzące wody, więc ani ślepota, ani głuchota nie mogą pozbawić go tego poniekąd siódmego zmysłu — duchowego zmysłu, który jednocześnie widzi, słyszy, czuje.
Jako nastolatka dowiaduje się o istnieniu Ragnhild Kåta – głuchoniewidomej dziewczyny, która nauczyła się mówić. Zainspirowana jej historią postanawia zdobyć tę umiejętność. Przykłada palce do krtani i ust nauczycielki, rozpoznając w ten sposób słowa. Po 11 dniach mówi pierwsze zdanie: „Jest ciepło”. Jej głos nie brzmi tak, jak u zdrowej osoby. Początkowo jest przykry dla uszu słuchających, ale zrozumiały. Po drodze dopada Helen wiele zniechęceń, ale bez przerwy ćwiczy. Z biegiem czasu wygłasza nawet publiczne przemówienia, których nagrania zachowały się do dzisiaj.
Uczy się języków obcych: francuskiego, greki, niemieckiego i łaciny. Kończy studia humanistyczne, a następnie broni doktorat. Poznaje wielu ludzi sztuki i nauki, m.in. Charliego Chaplina, Alberta Einsteina czy Marka Twaina, który powie później, że dwie najbardziej interesujące osobistości dziewiętnastego wieku to Napoleon i Helen Keller.
Pasja i poświęcenie
Jej największą pasją i marzeniem jest pisanie. Wydawcy przekonują, żeby tworzyła przede wszystkim o sobie. Tak powstaje „Historia mojego życia”, a następnie „Świat, w którym żyję”, „Nauczycielka” czy „Wyjście z ciemności”. Helen zaczyna także udzielać się społecznie. Poświęca swój czas głuchoniewidomym, walczy o prawa kobiet.
W 1936 r. umiera Anna Sullivan – nauczycielka, która oddała Helen całe życie. Choć wyszła za mąż, nie umiała całkowicie poświęcić się życiu rodzinnemu. Najważniejszą osobą w jej życiu była Keller, a to doprowadziło do rozpadu jej małżeństwa. Po śmierci nauczycielki, Helen towarzyszy Polly Thompson. Podczas II wojny światowej obie wspierają oślepionych marynarzy i żołnierzy.
Helen korzysta z życia jak to tylko możliwe. Odwiedza kilkadziesiąt krajów, bierze udział w międzynarodowych konferencjach, wiosłuje, pływa, bawi się z dziećmi, chodzi po lesie, jeździ tandemem, gra w warcaby, szydełkuje i robi na drutach, chodzi do teatru. Stwierdza w końcu: „W cieniu upośledzenia stąpam pogodna i szczęśliwa”.
W l. 60. przechodzi udar mózgu i powoli wycofuje się z życia publicznego. Umiera 1 czerwca 1968 r.
Historia Helen Keller zainspirowała wielu artystów, m.in. Williama Gibsona, który napisał sztukę teatralną i otrzymał za nią Nagrodę Pulitzera. W 1962 r. powstał także film „Cudotwórczyni” – aktorki wcielające się w Helen (Patty Duke) i Annę (Anna Brancroft) otrzymały za te role Oscary.
* Cytaty pochodzą z książki H. Keller „Historia mojego życia”.
Dominika Cicha-Drzyzga – „aleteia,pl”
15

Święci i błogosławieni w tygodniu

20 lipca - bł. Czesław, prezbiter

20 lipca - św. Małgorzata z Antiochii Pizydyjskiej, dziewica i męczennica

20 lipca - św. Torlak Thorhallsson, biskup

20 lipca - Eliasz, prorok

20 lipca - bł. Alojzy Novarese, prezbiter

20 lipca - św. Józef Barsaba Justus

21 lipca - św. Wawrzyniec z Brindisi, prezbiter i doktor Kościoła

21 lipca - św. Apolinary, biskup i męczennik

21 lipca - bł. Franciszek Maria od Krzyża Jordan, prezbiter

21 lipca - Daniel, prorok

22 lipca - św. Maria Magdalena

22 lipca - św. Maria z Betanii

22 lipca - błogosławieni męczennicy Nicefor od Jezusa i Marii Díez Tejerina, prezbiter, i Towarzysze

23 lipca - św. Brygida Szwedzka, zakonnica, patronka Europy

23 lipca - bł. Wasyl Hopko, biskup

23 lipca - św. Jan Kasjan

23 lipca - bł. Krystyn Gondek, prezbiter i męczennik

23 lipca - bł. Jan Huguet Cardona, prezbiter i męczennik

24 lipca - św. Kinga, dziewica

24 lipca - św. Krystyna z Bolseny, dziewica i męczennica

24 lipca - błogosławione dziewice i męczennice Maria Pilar, Teresa i Maria Angeles

24 lipca - bł. Maria Mercedes Prat, dziewica i męczennica

24 lipca - bł. Joanna z Orvieto, dziewica

25 lipca - św. Jakub Starszy, Apostoł

25 lipca - św. Krzysztof, męczennik

25 lipca - św. Olimpia

25 lipca - św. Maria del Carmen Sallés y Barangueras, dziewica

26 lipca - święci Joachim i Anna, rodzice Najświętszej Maryi Panny

26 lipca - bł. Maria Pierina De Micheli, dziewica

27 lipca - św. Innocenty I, papież

27 lipca - bł. Maria Magdalena Martinengo, dziewica

27 lipca - św. Tytus Brandsma, prezbiter i męczennik

27 lipca - św. Celestyn I, papież

27 lipca - bł. Maria Klemensa od Jezusa Ukrzyżowanego (Helena Staszewska), zakonnica i męczennica

27 lipca - bł. Maria od Męki Pańskiej (Tarallo), dziewica

NIEDZIELNA EUCHARYSTIA W KOŚCIOŁACH W OKOLICY

Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach

niedziele i święta: 6.30, 8.00, 9.30, 11.00, 12.30 (oprócz VII i VIII), 16.00, 19.00,

dni powszednie – 7.00, 7.30, 18.00.

Parafia Matki Bożej Pocieszenia, ul. Bulwarowa 15a

niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00, 18:00, 20:00

dni powszednie: 7:00, 15:00, 18:00

Parafia Matki Bożej Częstochowskiej, os. Szklane Domy 7,

niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 17:00 (oprócz VII i VIII),

19:00 (oprócz VII i VIII), 20:30

dni powszednie: 6:30, 8:00, 18:00

Parafia Matki Bożej Królowej Polski, Arka Pana, ul. Obrońców Krzyża 1

niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 16:00, 17:30, 19:00,

dni powszednie: 6:00, 6:30, 7:00, 7:30, 8:00, 11:00, 18:00

Bazylika Krzyża św. - klasztor

                     (pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Wacława)

niedziele i święta: 06.30, 08.00, 09.30, 11.00, 12.30, 14.00 (oprócz VII i VIII)

dni powszednie: 06.30, 07.30, 08.30, 16.00 (w piątki), 18.00.

Parafia św. Bartłomieja Apostoła, Mogiła, ul. Klasztorna 11,

niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 14:00 (oprócz VII, VIII), 16:30, 18:00

dni powszednie: 6:00, 7:00 (oprócz VII i VIII), 7:30, 8:30, 18:00

Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Teatralne,

niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00 (oprócz VII i VIII), 18:00, 19:30

dni powszednie: 6:30 (oprócz VII i VIII), 7:00, 18:00

Parafia św. Stanisława Biskupa Męczennika, Kantorowice 122,

niedziele i święta: 9:00, 11:00, 18:00, dni powszednie: 8:00, 17:00, (18.00- lato)

Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Lubocza,

niedziele i święta: 8:00, 10:30, 17:00, dni powszednie: 7:00, 17:00

Parafia Matki Bożej Wspomożenia Wiernych, Prusy,

niedziele i święta: 7:30, 9:30, 11:30,

dni powszednie: 18:00 (pon., śr., pt.), 6:30 (wt., czw., sob.)

Parafia św. Maksymiliana Marii Kolbego, Mistrzejowice,

niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 10:30, 11:00, 13:00, 17:00, 19:00

dni powszednie: 6:30, 7:00, 7:30, 18:00

NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:

strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl

adres gazetki:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.