W BLASKU MIŁOSIERDZIA
54/1054 – 7 grudnia 2025 r. C.
INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA
Adwent
II NIEDZIELA ADWENTU (rok A)
7 grudnia 2025 r.
Druga niedziela Adwentu często nazywana niedzielą pokoju, jest drugą niedzielą w okresie przygotowań do świąt Bożego Narodzenia. W tym czasie zapala się drugą, fioletową świecę na wieńcu adwentowym, która symbolizuje pokój. Niedziela ta jest również okazją do rozważań na temat posłuszeństwa i wiary, odzwierciedlając postać Maryi i jej odpowiedź na wolę Bożą.
Symbolika świecy: Druga świeca adwentowa, podobnie jak pierwsza, jest fioletowa i symbolizuje pokój. Często nazywa się ją "świecą betlejemską", przypominając o podróży Maryi i Józefa do Betlejem.
Tematyka duchowa: Niedziela ta skłania do refleksji nad posłuszeństwem i nieposłuszeństwem, kontrastując postawy biblijnych postaci takich jak Ewa i Maryja. Liturgia zachęca do odpowiedzi pełnej ufności i wiary, inspirowanej przykładem Maryi, która w ciszy swojego serca przyjęła wolę Bożą.
Znaczenie w życiu wspólnotowym: Druga niedziela adwentu to także czas jednoczenia się, budowania wspólnoty wiary i otwierania się na innych, co podkreśla znaczenie pokoju i odnowionych relacji.
Czytania:
Pierwsze czytanie: Iz 11,1–10
Psalm: Ps 72
Drugie czytanie: Rz 15,4–9
Ewangelia: Mt 3,1–12
Ewangelia:
Mt 3, 1-12 - Nawracajcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie
✠ Słowa Ewangelii według Świętego Mateusza
W owym czasie pojawił się Jan Chrzciciel i głosił na Pustyni Judzkiej te słowa: «Nawracajcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie». Do niego to odnosi się słowo proroka Izajasza, gdy mówi: «Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, dla Niego prostujcie ścieżki!»
Sam zaś Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a jego pokarmem były szarańcza i miód leśny. Wówczas ciągnęły do niego Jerozolima oraz cała Judea i cała okolica nad Jordanem. Przyjmowano od niego chrzest w rzece Jordanie, wyznając swoje grzechy.
A gdy widział, że przychodzi do chrztu wielu spośród faryzeuszów i saduceuszów, mówił im:
«Plemię żmijowe, kto wam pokazał, jak uciec przed nadchodzącym gniewem? Wydajcie więc godny owoc nawrócenia, a nie myślcie, że możecie sobie mówić: „Abrahama mamy za ojca”, bo powiadam wam, że z tych kamieni może Bóg wzbudzić dzieci Abrahamowi. Już siekiera jest przyłożona do korzenia drzew. Każde więc drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, zostaje wycięte i wrzucone w ogień.
Ja was chrzczę wodą dla nawrócenia; lecz Ten, który idzie za mną, mocniejszy jest ode mnie; ja nie jestem godzien nosić Mu sandałów. On was chrzcić będzie Duchem Świętym i ogniem. Ma On wiejadło w ręku i oczyści swój omłot: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym».
Komentarz do czytań:
Wiara bez uczynków jest martwa sama w sobie. Nawrócenie bez owocu nawrócenia nic nie znaczy. Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i wrzucone w ogień. Jezus wybrał nas, abyśmy szli i przynosili owoc trwały i obfity. On chrzci nas w Duchu Świętym i w ogniu, abyśmy obumarli dla siebie i żyli dla Niego. Kto żyje tylko dla siebie, będzie spalony w ogniu nieugaszonym.
Bóg nie sądzi z pozorów. Nie kieruje się powierzchowną opinią, nie bierze na serio pomówień. On wie wszystko. I jest sprawiedliwy... Ale też przygarnia człowieka; zawsze otwarty jest na nawrócenie. A my? Coś zamiast przygarniania siebie nawzajem mamy coraz częściej odpychanie, piętnowanie...
Patron dnia:
Święty Ambroży, biskup i doktor Kościoła
….. urodził się około 340 r. w Trewirze (Niemcy). Jego ojciec był namiestnikiem cesarskim, prefektem Galii.
Po śmierci ojca, gdy Ambroży miał zaledwie rok, wraz z matką i rodzeństwem przeniósł się do Rzymu. Tam uczęszczał do szkoły gramatyki i wymowy. Kształcił się równocześnie w prawie. O jego wykształceniu najlepiej świadczą pisma, które pozostawił. Po ukończeniu nauki założył własną szkołę.
Ambroży został mianowany przez cesarza namiestnikiem prowincji Ligurii-Emilii ze stolicą w Mediolanie. Ambroży pozostawał na tym stanowisku przez 3 lata (370-373). Zaledwie uporządkował prowincję i doprowadził do ładu jej finanse, został wybrany biskupem Mediolanu.
Wielką wagę przykładał do liturgii. Jego imieniem do dziś jest nazywany ryt, który miał spory wpływ na liturgię rzymską. Pozostawił po sobie liczne pisma moralno-ascetyczne i dogmatyczne oraz hymny - te weszły na stałe do liturgii. Bogatą spuściznę literacką stanowią przede wszystkim kazania, komentarze do Ewangelii św. Łukasza, mowy i 91 listów.
Pracowity żywot zakończył traktatem o dobrej śmierci. Zmarł 4 kwietnia 397 roku.
W dzisiejszym numerze
- Proste drogi
- Druga niedziela Adwentu
- Nie trwoń i nie kradnij zdrowia
- II niedziela Adwentu - Nawracajcie się!
- Adwentowi poszukiwacze pereł
- Narodzenie Jana Chrzciciela – Zachariasz – Jerozolima
- Dlaczego nie lamentuję na wieść o tym, że kardynał Ryś wyprowadza się z Łodzi
- Jak mówić małym dzieciom o świętym Mikołaju? Napisaliśmy bajkę, która ci w tym pomoże
- Na widok Ewy Adam zaczął się jąkać. Mężczyzna jest pierworodny, ale kobieta pierwsza
- To słowo właśnie zostało ogłoszone najbardziej toksycznym trendem 2025 roku
- Święci i błogosławieni w tygodniu
Proste drogi
Jest w Polsce słynny wyścig rowerowy. Nazywa się „Wisła 1200”. Zawodnicy mają do przejechania 1200 km od źródeł aż do ujścia naszej królowej rzek. Są tylko trzy warunki, aby otrzymać medal na mecie: trzeba to zrobić po wyznaczonej przez organizatora trasie, nie można korzystać z żadnej pomocy z zewnątrz oraz należy się zmieścić w limicie czasu, który wynosi 170 godzin. Dla wielu biorących udział w tym rowerowym maratonie jest to przede wszystkim ogromne wyzwanie fizyczne. Ostatnio trafiłem na relację o pewnej niewidomej kobiecie, która postanowiła, na tandemie, czyli z osobą prowadzącą, przejechać ten piekielnie trudny wyścig. Po wielu przygodach, zmianie przewodnika i przekroczeniu limitu czasu udało się jej dotrzeć do celu. I otrzymała medal od organizatorów, mimo że nie spełniła zakładanych warunków. Bardzo ujęła mnie ta historia, w której łzy bólu mieszają się ze łzami szczęścia.
Przypomniałem ją sobie, gdy czytałem dzisiejszą Ewangelię przeznaczoną na drugą niedzielę Adwentu. Tego szczególnego czasu w liturgii, gdy Kościół zaprasza nas, abyśmy się przyjrzeli, jak bardzo tęsknimy za Bogiem i jak bardzo chcemy za Nim podążać. Dziś słyszymy wezwanie wielkiego proroka Jana Chrzciciela: „Przygotujcie drogę Panu, dla Niego prostujcie ścieżki (…) nawracajcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie”. Bardzo mnie ujęła historia niewidomej kolarki i pomyślałem sobie, że jej zmaganie i chęć dotarcia do celu są świetnym przykładem dla nas, chrześcijan.
Czy mamy w sobie takie pragnienie, taką moc, żeby w ten sposób dążyć na spotkanie z Chrystusem? Żeby w naszej codzienności otwierać mu drzwi naszych serc? Żeby wyprostować drogi, żeby zobaczyć, co w naszym życiu domaga się nawrócenia, przemiany? Gdzie są miejsca i zakamarki, do których do tej pory jeszcze nie odważyliśmy się zaprosić naszego Zbawiciela. Tego, który przychodzi jak Słońce wschodzące z wysoka, żeby rozświetlić nasze ciemności, żeby dać nam nowy sposób widzenia, nowy sposób słuchania. Dziś możemy zadać sobie pytanie, czy jesteśmy gotowi na to, aby On przychodził i przemieniał nas swoim Duchem i rozpalał nas swoim ogniem.
Marcin Barański OP – „wdrodze.pl”
Druga niedziela Adwentu
To już druga niedziela naszego oczekiwania. Jednak w tym naszym oczekiwaniu nie chodzi o takie zwykłe czekanie, jak to dzieje się wówczas, gdy oczekujemy na autobus czy pociąg, gdy odliczamy dni do ważnego wydarzenia w naszym życiu czy czekamy na upragniony urlop, odpoczynek. Tego typu oczekiwanie często przepełnione jest niecierpliwością, napięciem, a czasem owiane codzienną rutyną. Adwentowe oczekiwanie jest zupełnie inne. Jest to oczekiwanie z nadzieją. Jest to oczekiwanie na Boga, który przychodzi, by odnowić nasze życie, który chce wprowadzić w ciemności naszego życia światło, a tam, gdzie panuje chaos – wnieść pokój.
Dlatego dzisiejsza Liturgia Słowa pragnie nam ukazać trzy ważne wymiary naszego oczekiwania, naszego przygotowania na przyjęcie Boga, który przychodzi. Chce ukazać nam nadzieję, która rodzi się wtedy, gdy wydaje się, że już nic nie może się odrodzić; przypomnieć o nawróceniu, które zmienia kierunek naszego życia i pozwala nam przyjąć Bożą obecność; oraz pokój, który może zapanować w naszych sercach i w relacjach z innymi, gdy pozwolimy Bogu działać w naszym życiu.
Chciejmy więc przyjrzeć się dzisiejszym czytaniom biblijnym i zobaczyć drogę, jaką na ten drugi tydzień Adwentu wyznacza nam Bóg.
W dzisiejszym pierwszym czytaniu słyszeliśmy: „Wyrośnie różdżka z pnia Jessego, wypuści odrośl z jego korzeni” (Iz 11,1). Prorok Izajasz mówi dziś o gałązce, która wyrasta ze starego, ściętego pnia. Jest to niezwykły obraz. Obraz, który ukazuje, że tam, gdzie po ludzku nie ma życia, Bóg potrafi stworzyć coś nowego. I, drodzy, wielu z nas może doskonale odnaleźć się w tym obrazie. Przecież niejednokrotnie w naszym życiu czujemy się jak ten uschły pień. Jesteśmy zmęczeni, zniechęceni, rozczarowani tym, co spotkało nas w życiu. Czasem tracimy nadzieję, że w naszym życiu coś się zmieni, że może wydarzyć się jeszcze coś dobrego.
I właśnie do nas, którzy tracimy nadzieję, Bóg pragnie przemówić: „Nie trać nadziei!” (por. Ps 27,14). Ja potrafię obudzić życie tam, gdzie ty widzisz koniec. Adwent to właśnie taki czas nadziei. Nie tylko patrzymy w przyszłość z tęsknotą, ale uczymy się wierzyć, że Bóg działa w naszym „dziś”. Uczymy się wierzyć, że Bóg może odmienić nasze serce, nasze relacje, nasze życie. Z uschłego pnia może wyrosnąć coś pięknego, jeśli tylko pozwolimy Bogu działać.
W dzisiejszej Ewangelii staje przed nami Jan Chrzciciel. Staje on na pustyni jako człowiek prosty, żyjący w surowy sposób, a z drugiej strony jawi się nam jako człowiek wielkiej odwagi. Nie przyszedł, by prawić ludziom komplementy, ale by ukazać prawdę, która poruszy ich serca. Dlatego też woła: „Nawracajcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie!” (Mt 3,2) oraz „Przygotujcie drogę Panu, prostujcie dla Niego ścieżki!” (Mt 3,3 / Iz 40,3).
Trzeba nam jednak uświadomić sobie, że w tym wołaniu, w wezwaniu do nawrócenia, nie chodzi o coś smutnego. Nie chodzi o to, by zacząć teraz bić się w pierś i mieć jedynie poczucie winy. Nawrócenie, o którym mówi nam Jan Chrzciciel, to zmiana kierunku; to moment, w którym człowiek odkrywa, że droga, którą wybrał, nie jest właściwa, i postanawia zawrócić (por. Mt 3,8).
W Adwencie chodzi bowiem o to, by zrobić miejsce w swoim sercu dla Boga. Chodzi o to, by usunąć wszystko, co Go zasłania: wszelki gniew, brak przebaczenia, lenistwo duchowe, złość, pośpiech, który ze wszech stron nas ogarnia. Dlatego niech tegoroczny Adwent będzie dla nas okazją do spowiedzi, do pojednania, do podjęcia decyzji, że chcę żyć bliżej Boga (por. Jk 4,8).
Izajasz w pierwszym czytaniu namalował nam jeszcze jeden obraz: „Wtedy wilk zamieszka wraz z barankiem, pantera z koźlęciem razem leżeć będą, cielę i lew paść się będą pospołu i mały chłopiec będzie je poganiał. Krowa i niedźwiedzica przestawać będą z sobą przyjaźnie, młode ich razem będą legały. Lew też jak wół będzie jadał słomę. Niemowlę igrać będzie na gnieździe kobry, dziecko włoży swą rękę do kryjówki żmii” (Iz 11,6-8).
To obraz świata przemienionego przez Boga. Świata, w którym nie ma przemocy, świata, w którym nie ma nienawiści, świata, w którym nie ma lęku. Czy nie chcielibyśmy żyć w takim świecie? Taki pokój nie rodzi się z ludzkich układów, ale z serca, które pozwoliło Bogu działać. Kiedy człowiek pozwala Bogu wejść w swoje życie, wtedy zmienia się także jego spojrzenie na innych. Człowiek zaczyna przebaczać, zaczyna rozumieć, przestaje oceniać (por. Ef 4,32). To jest prawdziwy cud Adwentu: pokój, który zaczyna się w sercu człowieka.
I właśnie święty Paweł w dzisiejszym drugim czytaniu przypomina nam, że „Chrystus stał się sługą… aby pogodzić wszystkich” (por. Rz 15,8-9) oraz że Bóg pragnie, „abyście jednymi ustami wielbili Boga” (Rz 15,6). A więc prawdziwy Adwent to także czas budowania jedności – w rodzinie, w parafii, w sąsiedztwie. Niech w tym czasie będzie mniej narzekania, a więcej dobrych słów; mniej oceniania, a więcej życzliwości. Bo wtedy naprawdę przygotowujemy się na przyjście Księcia Pokoju (por. Iz 9,5).
Drodzy, wszystko, o czym mówi Izajasz i Jan Chrzciciel, spełniło się w Jezusie. To On jest tą różdżką z pnia Jessego, która przynosi nowe życie (por. Iz 11,1). To On jest Tym, który daje nam moc, byśmy stawali się nowymi ludźmi (2 Kor 5,17). To On jest Tym, który przynosi pokój tam, gdzie jest niezgoda (J 14,27). Adwent przypomina nam, że Jezus nie przyszedł tylko kiedyś, w Betlejem. On przychodzi teraz. Przychodzi w Słowie (Hbr 4,12), przychodzi w Eucharystii (J 6,51), przychodzi w drugim człowieku (Mt 25,40), ale także przychodzi w cichym poruszeniu serca (1 Krl 19,12). Naszym zadaniem jest rozpoznać Go i przygotować dla Niego miejsce (Ap 3,20).
Niech więc ten Adwent będzie naprawdę czasem nadziei, nawrócenia i pokoju. Bo Chrystus przychodzi nie tylko po to, by narodzić się w Betlejem, ale po to, by narodzić się w nas (por. Ga 4,19).
o. Rafał Nowak CSsR – „redemptor.pl”
sammisreachers z Pixabay Droga ku śmierci
Nie trwoń i nie kradnij zdrowia
Gdy zapala się rezerwa, samochód niebawem stanie. Jeśli wyczerpiemy wszystkie zapasy zdrowia, skończy się życie.
Z cyklu "Jak żyć, by podobać się Bogu" na kanwie KKK 2288-2291
„Nie zabijaj” nie znaczy tylko „nie pozbawiaj biologicznego życia”. Można też – w przenośni oczywiście – zabić duszę człowieka. O zgorszeniu, które może zabić duszę, mowa była w poprzednim ostatnim odcinku. Dziś pora skonstatować, że istnieje cały szereg możliwości zabierania człowiekowi życia po kawałku. Zarówno gdy chodzi o sferę cielesną, jak i duchową. I jednemu z aspektów takiej sytuacji – kwestii poszanowania zdrowia człowieka – poświęcony jest ten odcinek naszych korepetycji.
więcej »
Cenne, ale nie najcenniejsze
Co jest zdrowiem? Co jest chorobą? Choć zasadniczo nie mamy większych kłopotów z ich rozróżnieniem, pewną trudność mogą sprawiać sytuacje z pogranicza jednego i drugiego. Ot, choćby sprawność fizyczna osób w zaawansowanym wieku: trudno wysyłać do lekarza sześćdziesięciolatka, który nie potrafi przebiec 100 metrów w 20 sekund. Jeszcze trudniej uchwycić różnice między zdrowiem a chorobą w sferze psychiki. Dlatego w podejściu do kwestii troski o zdrowie trzeba użyć co najmniej dwóch z czterech cnót kardynalnych: roztropności i umiarkowania. Inaczej nieuchronnie będziemy zmierzali w kierunku konstatacji, że samo życie jest niezdrowe i czego by człowiek nie zrobił – będzie grzechem. Nie ukrywam, że chodzi mi tu głównie o różnorakie doniesienia na temat zdrowego i niezdrowego odżywiania się, uprawiania sportów i szkodliwości braku ruchu, tudzież o postawę hipochondryków, którzy uważają, że na każdą, najdrobniejszą nawet dolegliwość trzeba użyć lekarstwa, bo inaczej człowiek zaniedbuje zdrowie.
To chyba właśnie dlatego autorzy Katechizmu Kościoła Katolickiego, przypominając, że „życie i zdrowie fizyczne są cennymi dobrami powierzonymi nam przez Boga”, stwierdzili, że „mamy się o nie rozsądnie troszczyć, uwzględniając potrzeby drugiego człowieka i dobra wspólnego”. Nie tylko więc mamy się troszczyć o własne zdrowie, ale jakoś też o zdrowie innych. Ot, taka kwestia palenia w piecu śmieciami. Najważniejsze jednak: mamy się troszczyć rozsądnie. Trzeba w tym zachować roztropny umiar i nie twierdzić, że kto nie stosuje się do najnowszych zaleceń dietetyków (ciągle się zmieniających), za mało się rusza albo przy katarze nie idzie do lekarza, popełnia zaraz grzech przeciwko własnemu zdrowiu. Życie z natury swojej zdrowe nie jest; człowiek ciągle jest narażony na działanie mniej lub bardziej szkodliwych czynników. Ale musi jakoś żyć, a nie tylko zabiegać o zdrowie. Zresztą, jak pokazuje historia z higieną i alergiami – można tak troszczyć się o zdrowie, że wręcz mu zaszkodzić.
Słaby i chory też człowiek
Chodzi więc o roztropne umiarkowanie. Bo – jak czytamy w Katechizmie 2289 – „chociaż moralność wzywa do poszanowania życia fizycznego, nie czyni z niego wartości absolutnej. Sprzeciwia się ona koncepcji neopogańskiej, która zmierza do popierania kultu ciała, do poświęcania mu wszystkiego, do bałwochwalczego stosunku do sprawności fizycznej i sukcesu sportowego”.
Troska o zdrowie – jak najbardziej. Uwielbienie dla zdrowia, kult ciała – już nie. Zresztą taki kult prowadzić nieraz może do przekonania, że życie człowieka słabego, chorego, niedołężnego nie przedstawia już większej wartości (KKK 2289). I trudno nie zauważyć, że wcale nierzadko tak dziś bywa: świat rozmiłowany jest w wyczynie, rekordach, sukcesie, a często pogardza życiem słabym i lichym aż do uznania, że takie życie w ogóle niewarte jest życia.
Zdrowie to nie tylko kwestia troski samego zainteresowanego. O zdrowie człowieka, w granicach rozsądku oczywiście, troszczyć się powinno także społeczeństwo. „Troska o zdrowie obywateli wymaga pomocy ze strony społeczeństwa w celu zapewnienia warunków życiowych, które pozwalają wzrastać i osiągać dojrzałość” – czytamy w KKK 2288. I wymieniono, o co konkretnie chodzi. „Należą do nich (tych warunków): pożywienie i ubranie, mieszkanie, świadczenia zdrowotne, elementarne wykształcenie, zatrudnienie, pomoc społeczna”.
Ciekawe i znaczące zestawienie podstawowych potrzeb człowieka. Oczywiście wiele w realizacji tych postulatów zależeć będzie od zamożności społeczeństwa. Ochrona zdrowia to właściwie zawsze worek bez dna. Kiedy uczymy się leczyć jedne choroby, przychodzą inne. Kiedy stać nas na opiekę na jakimś tam poziomie, zaraz pojawia się oczekiwanie, że społeczeństwo sfinansuje także bardziej kosztowne terapie. Generalnie chodzi zaś tylko o to, by w chorobie członek tego społeczeństwa mógł liczyć na więcej, niż tylko na podstawową opiekę ze strony najbliższych. Na taką opiekę, jaką społeczeństwo może mu zapewnić.
Co szkodzi zdrowiu?
A co, prócz tłustego jedzenia rzecz jasna (żart!), szkodzi zdrowiu? W Katechizmie zwrócono ogólnie uwagę na „unikanie nadużyć dotyczących pożywienia”. Obżarstwo nie przestało być grzechem, jedzenie czegoś, co ewidentnie szkodzi czy szkodzić może (czego to ludzie dla bycia oryginalnym nie wezmą do ust!) - też. Przede wszystkim jednak zwrócono uwagę na nadużycia związane z używaniem alkoholu, tytoniu, leków i narkotyków.
Leki – wiadomo. Miewają skutki uboczne. Używanie ich bez wskazań natury medycznej jest zupełnie niepotrzebnym narażaniem na szwank własnego zdrowia. Papierosy, w tym dziś także e-papierosy... Nie ma wątpliwości, że palenie szkodzi. Na pewno nie jest jednak tak, że każde zapalenie papierosa przez dorosłą osobę to już grzech. Ale trzeba jednak wziąć pod uwagę to, że palone w większych ilościach nie są obojętne dla zdrowia zarówno samego palacza, jak i jego otoczenia. O nieprzyjemnym smrodzie, który musi znosić otoczenie palacza, już nie mówiąc.
Alkohol... Podobno szkodzi zdrowiu w każdych ilościach. Ale że teologia moralna zaleca w ocenie tych spraw umiar, nie trzeba demonizować wypicia każdego kieliszka. Z perspektywy teologii moralnej alkohol szkodzi, gdy pije się go zbyt wiele. To znaczy zbyt często (prowadzi do alkoholizmu) albo za dużo na raz (prowadzi do upicia się).
Najsurowiej autorzy Katechizmu traktują używanie narkotyków. Nie ma tu już mowy o grzechu nadużycia, ale samego – poza wskazaniami lekarskimi – użycia. „Wyrządza (ono) bardzo poważne szkody zdrowiu i życiu ludzkiemu. Jest ciężkim wykroczeniem, chyba że wynika ze wskazań ściśle lekarskich. Nielegalna produkcja i przemyt narkotyków – dodajmy, także handel nimi – są działaniami gorszącymi; stanowią one bezpośredni współudział w działaniach głęboko sprzecznych z prawem moralnym, ponieważ skłaniają do nich”.
Koniecznie trzeba jeszcze zwrócić uwagę na fakt, że nadużywając czy używając wymienionych wyżej substancji człowiek szkodzi nie tylko sobie, ale i otoczeniu. W przypadku papierosów chodzi „tylko” o szkodliwy, przenikający wszystko dym. W przypadku alkoholu i narkotyków, substancji zdecydowanie wpływających na świadomość człowieka, dochodzi jeszcze to zło, które pod ich wpływem się dzieje. Spowodowana nałogiem dezorganizacja życia najbliższych, awantury, bicie, okradanie rodziny... Autorzy Katechizmu zwrócili jednak uwagę tylko na jeden bardzo poważny aspekt sprawy – zagrożenie, jakim jest prowadzenie po użyciu alkoholu – oczywistym jest, że i pod wpływem narkotyków – pojazdów mechanicznych. „Ci, którzy w stanie nietrzeźwym lub na skutek nadmiernego upodobania do szybkości zagrażają bezpieczeństwu drugiego człowieka i swemu własnemu – na drogach, na morzu lub w powietrzu – ponoszą poważną winę” – czytamy w KKK 2290.
Bez „adrenalinizmu”
No właśnie. Wkraczamy tu już na inny obszar zagrożeń dla zdrowia czy życia człowieka, ledwie przez autorów Katechizmu zasygnalizowanych: zagrożeń wynikających z ludzkiej lekkomyślności czy wręcz bezmyślności. Temat – rzeka. Zostawmy „powietrze i wodę”, bo większości z nas to nie dotyczy, ale „na drogach” – już jak najbardziej. Autorzy Katechizmu wspomnieli „upodobanie do szybkości”. Spokojnie można w tym miejscu zwrócić też uwagę na inne, niezwiązane z prędkością, niebezpieczne zachowania kierowców. Nie każde złamanie przepisów ruchu drogowego jest oczywiście zaraz zagrożeniem dla czyjegoś zdrowia czy życia. Ot, zaparkowanie na trawniku raczej nikogo do uszczerbku na zdrowiu nie doprowadzi. Ale trzeba powiedzieć, że lista grzechów może być długa: wyprzedzanie mimo braku widoczności (górka, zakręt), wymuszanie pierwszeństwa, zajeżdżanie drogi....
Warto zauważyć też inne postawy lekceważenia zdrowia i życia bliźnich: nieudzielenie pomocy choremu, lekceważenie zasad bezpieczeństwa w pracy – zarówno przez pracowników, jak i pracodawców – czy inne, zbyt ryzykowne zachowania. Można by tu wkroczyć na pole dyskusji o moralności uprawiania niektórych sportów. W przypadku większości będzie to „tylko” pytanie o nadużycie, jakim jest stosowanie środków dopingujących. Często mocno szkodzących zdrowiu. Tu ocena moralna jest chyba jednoznaczna. Można jednak zapytać też o „sportowe bijatyki”, zwłaszcza te, w których często dochodzi nie do zwykłych, przypadkowych kontuzji, ale uszkodzeń ciała, nieraz bardzo poważnych, spowodowanych walką.
Albo pytanie o „sporty ekstremalne”. Nie sposób nie zauważyć, że mogą się wiązać z nimi sytuacje, w których ktoś niepotrzebnie podejmuje ryzyko stanowczo zbyt wielkie. Jasne, sporty ekstremalne to zawsze kalkulacja ryzyka i doświadczenia. Mówiąc obrazowo: co innego, gdybym to ja chciał prowadzić helikopter, co innego, gdy robi to wyszkolony pilot. Ale niektóre działania nawet przez mających wielkie doświadczenie w danej dyscyplinie, są uważane za zbyt ryzykowne. Jan Paweł II wspinaczkę górską nazwał kiedyś najbardziej królewskim ze sportów. Dziś, gdy coraz częściej słyszymy o lekceważeniu życia partnerów, o parciu na szczyt mimo obiektywnie wielkiego ryzyka, pytanie o moralność niektórych zachowań warto chyba zadać jeszcze raz.
Mówiąc o zagrożeniu zdrowia trzeba zauważyć jeszcze jeden, odnotowywany zazwyczaj przy okazji VII przykazania temat: korzystanie ze środowiska naturalnego. Wspomniane palenie w piecu śmieciami jest jednym z przykładów braku odpowiedzialności za zdrowie swoje i bliźnich. Można się zastanawiać, na ile zrobienie czegoś takiego od czasu do czasu jest groźne, ale nie sposób nie zauważyć, że stała taka praktyka na pewno jest dla zdrowia niebezpieczna. Podobnie jest z zatruwaniem gleby czy wody. Zwłaszcza gdy chodzi o zatruwanie na większą skalę, przez przemysł: czy to konieczne, czy wynika z „oszczędności”, bo tak jest taniej? Pytanie ważne zwłaszcza w sytuacji, gdy bogata Północ naszego globu lokuje uciążliwe dla środowiska zakłady na ubogim Południu, mało albo wcale nie dbając o ograniczenie emisji toksycznych substancji... To problem ważny nie tylko z perspektywy nadmiernego korzystania ze środowiska przez jednych ze szkodą dla drugich (VII przykazanie), ale wprost dotyczący realizacji V przykazania...
Jak napisałem – temat rzeka. Trudno go wyczerpać w średniej długości artykule. Ale ważne, żeby takie problemy z ochroną zdrowia własnego i bliźnich widzieć.
W tym miejscu powinienem napisać o poszanowaniu osoby i badaniach naukowych. Ale że dzisiejszy odcinek już jest i tak dość długi, zostawmy ten temat na kolejny raz. Na następnej stronie o tym, jak sprawy poruszone w tym artykule przedstawiono w Katechizmie Kościoła Katolickiego.
Poszanowanie zdrowia
2288 Życie i zdrowie fizyczne są cennymi dobrami powierzonymi nam przez Boga. Mamy się o nie rozsądnie troszczyć, uwzględniając potrzeby drugiego człowieka i dobra wspólnego.
Troska o zdrowie obywateli wymaga pomocy ze strony społeczeństwa w celu zapewnienia warunków życiowych, które pozwalają wzrastać i osiągać dojrzałość. Należą do nich: pożywienie i ubranie, mieszkanie, świadczenia zdrowotne, elementarne wykształcenie, zatrudnienie, pomoc społeczna.
2289 Chociaż moralność wzywa do poszanowania życia fizycznego, nie czyni z niego wartości absolutnej. Sprzeciwia się ona koncepcji neopogańskiej, która zmierza do popierania kultu ciała, do poświęcania mu wszystkiego, do bałwochwalczego stosunku do sprawności fizycznej i sukcesu sportowego. Z powodu selektywnego wyboru, jakiego dokonuje między silnymi a słabymi, koncepcja ta może prowadzić do wypaczenia stosunków międzyludzkich.
2290 Cnota umiarkowania uzdalnia do unikania wszelkiego rodzaju nadużyć dotyczących pożywienia, alkoholu, tytoniu i leków. Ci, którzy w stanie nietrzeźwym lub na skutek nadmiernego upodobania do szybkości zagrażają bezpieczeństwu drugiego człowieka i swemu własnemu - na drogach, na morzu lub w powietrzu - ponoszą poważną winę.
2291 Używanie narkotyków wyrządza bardzo poważne szkody zdrowiu i życiu ludzkiemu. Jest ciężkim wykroczeniem, chyba że wynika ze wskazań ściśle lekarskich. Nielegalna produkcja i przemyt narkotyków są działaniami gorszącymi; stanowią one bezpośredni współudział w działaniach głęboko sprzecznych z prawem moralnym, ponieważ skłaniają do nich.
AJM – „wiara.pl”
II niedziela Adwentu - Nawracajcie się!
Dość powszechnie przyjmuje się wśród egzegetów podział Ewangelii Mateusza na siedem części, z których pierwsza i ostatnia to odpowiednio tzw. Ewangelii dzieciństwa (1-2) i opis męki i zmartwychwstania Chrystusa (26-28). Pozostała treść Mt dzieli się w sposób wyraźny na pięć części, z których każda składa się obszernej mowy Jezusa, poprzedzonej tzw. sekcją narracyjną tj. opowiadaniem o czynach Jezusa. Mateusz komponuje więc swoje dzieło jako „pięcioksiąg”, podkreślając w ten sposób, że Jezus jest Nowym Mojżeszem, który objawia Izraelowi nową Torę – Prawo Nowego Przymierza i wprowadza go do nowej Ziemi obiecanej – królestwa niebieskiego.
Analizowana perykopa otwiera pierwszą z pięciu „ksiąg” Mt: opisuje ona wystąpienie Jana, który przygotowuje drogę Mesjaszowi (rozdz. 3) oraz inaugurację publicznej działalności Jezusa, który po swoim chrzcie i czterdziestodniowym poście zaczyna głosić Dobrą Nowinę i uzdrawiać a także powołuje pierwszych uczniów (rozdz. 4). Uroczystą proklamacją królestwa niebieskiego jest Kazanie na Górze (5-7).
Jan Chrzciciel – główna postać całego trzeciego rozdziału Mt – jest oddany bez reszty głoszeniu nadchodzącego Chrystusa: słowami dawnych proroków wzywa do wyjścia z niewoli grzechu (3,3), udziela chrztu nawrócenia, będącego jedynie zapowiedzią chrztu w Duchu Świętym, który przyniesie Mesjasz (3,11), a gdy w wodach Jordanu zstępuje na Jezusa Duch Święty – ustępuje Mu miejsca. Dopełnieniem misji Jana będzie już tylko więzienie i męczeńska śmierć (4,12; 14,1nn). „Głos” milknie, gdy objawia się Słowo. Jan jest heroldem nadchodzącego Mesjasza, wzorem chrześcijańskiego misjonarza.
Perykopa o wystąpieniu Jana dzieli się na dwa segmenty. W pierwszej mamy sumaryczny opis jego działalności (3,1-6): głoszenie pełnym mocy słowem (ww. 1-3) i sposobem życia (w.4) staje się niezwykle skuteczne ‑ mieszkańcy Judei masowo przybywają, aby go słuchać i przyjąć chrzest na znak nawrócenia (ww. 5-6).
Segment drugi (3,7-12) to streszczenie kazania skierowanego do żydowskich elit religijnych: faryzeuszów i saduceuszów. W pierwszej jego części Jan w sposób surowy, wręcz brutalny, diagnozuje kondycję duchową pobożnych żydów wskazując, że i oni potrzebują głębokiego nawrócenia (ww. 7-10), w drugiej zaś zapowiada bliskie nadejście Mocniejszego, który będzie zanurzał w Duchu Świętym i który dokona sądu nad Izraelem (ww. 11-12).
Egzegeza
W owym czasie wystąpił Jan Chrzciciel i głosił na Pustyni Judzkiej te słowa: 2 «Nawróćcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie».
Mateusz w przeciwieństwie do Łukasza nie określa „współrzędnych” historycznych wystąpienia Jana Chrzciciela (por. Łk 3,1nn), dlatego wyrażenie w owym czasie ma sens nie tyle kronikarski, co teologiczny: wskazuje ono, że nadeszły dni ostateczne, zapowiadany przez proroków czas zbawczej interwencji Boga w świecie (por. Jr 3,18; 50,4; Za 8,23).
Jan przedstawiony jest jako kēryx – herold obwieszczający w imieniu władcy, z mocą i autorytetem orędzie, które domaga się posłuszeństwa i wykonania. To naglące, uroczyste wezwanie Mt wyraża się w jednym imperatywie: metanoeite – nawracajcie się, dosłownie: zmieńcie wasze myślenie i życie! Dlaczego? Ponieważ nadchodzi królowanie Boga, Jego zbawcza ingerencja jest już bardzo blisko! Nowość i niezwykłość nadchodzącej łaski Boga wymaga wielkiej duchowej i moralnej mobilizacji, by być gotowym na przyjęcie zbawienia. Forma gramatyczna wspomnianego imperatywu (czas teraźniejszy) wskazuje, że to nawrócenie nie ma być jednorazowym zrywem, „słomianym ogniem”, ale procesem trwającym długo, nieustannie.
Miejscem, w którym Jan głosi kerygmat, jest pustynia określona bardzo ogólnie, bez podawania konkretnej miejscowości. Mateusz nie zajmuje się szczegółami historycznymi, lecz chce skupić uwagę czytelnika na teologicznym wymiarze tego miejsca. Pustynia przypomina czas wędrówki Izraela po wyjściu z niewoli, zarówno tej pierwszej – egipskiej, jak i tej drugiej – babilońskiej. To na pustyni Bóg przemawiał do serca swego ludu, uczył go posłuszeństwa i wierności, związał się z nim przymierzem, by następnie wprowadzić go przez wody Jordanu do ziemi obietnic, dać mu doświadczenie zbawienia i obfitości swoich darów (por. Joz 24,1-24; Oz 2,16-25). Tamte wydarzenia zapowiadały definitywne wyzwolenie z niewoli grzechu i diabła, oraz nowe Przymierze, które teraz właśnie ma się dokonać!
Do niego to odnosi się słowo proroka Izajasza, gdy mówi: Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, dla Niego prostujcie ścieżki!
Mateusz przywołuje tu tekst Iz 40,3, który przypomina czasy powrotu wygnańców judzkich z Babilonu do Jeruzalem. Prorok wzywał lud do wędrówki przez pustynię, obiecując, że sam Bóg będzie szedł z nim. Zapowiedź ta wypełnia się definitywnie w Jezusie, który przychodzi jako Pan i Zbawiciel, by wyprowadzić swój lud na wolność. Jan jest Głosem budzącym Izraela w godzinie nadejścia Mesjasza.
Użyty tu czasownik boao znaczy wołać, wręcz krzyczeć (Jjoz 6,10; Jk 5,4; . Jego głoszenie było więc pełne pasji i donośne, docierające do uszu nawet jerozolimskich dostojników, którzy woleliby pozostać głusi na głos proroka.
Sam zaś Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a jego pokarmem była szarańcza i miód leśny.
Strój Jana był prosty i surowy, typowy dla ludzi pustyni. Taki sam strój nosił prorok Eliasz (por. 2Krl 1,8) żyjący na pustyni i walczący z bałwochwalstwem w Izraelu w czasach przed niewolą asyryjską i babilońską. Był to zatem symbol misji proroka i równocześnie losu proroka, który żyje w skrajnie trudnych warunkach i w ciągłym zagrożeniu życia (por. Hbr 11,37-38).
Jan odżywiał się w sposób typowy dla ludzi żyjących w skrajnym ubóstwie. Na wzór starożytnych nazirejczyków nie używał wina (Łk 1,15). Miód dzikich pszczół i szarańcza były spożywane również przez esseńczyków, którzy na Pustyni Judzkiej tworzyli wspólnoty troszczące się szczególnie o zachowanie moralnej i rytualnej czystości według Prawa Mojżeszowego.
Jan Chrzciciel głosił więc zwoje orędzie nie tylko słowami, ale i sposobem życia, pełnym czystości i surowej prostoty.
Wówczas ciągnęły do niego Jerozolima oraz cała Judea i cała okolica nad Jordanem.
Przepowiadanie Jana było nadzwyczaj skuteczne, co potwierdzają Ewangelie, a także źródła pozabiblijne, jak pisma Józefa Flawiusza. Wywołało ono poruszenie nie tylko wśród prostego „ludu ziemi”, ale także w szeregach jerozolimskiej arystokracji związanej z rodami kapłańskimi (saduceusze) oraz wśród faryzeuszów słynących z gorliwego zachowywania Tory. Do Jana przychodzili celnicy pozostający w służbie rzymskiej, a nawet żołnierze, prawdopodobnie ze straży świątynnej (por. Łk 3,12-14). Co więcej, Janowe głoszenie odbiło się mocnym echem na dworze marionetkowego króla, Heroda Antypasa, zwłaszcza gdy Jan wielokrotnie, publicznie napiętnował jego niemoralny związek z bratową (Mt 14,4).
Przyjmowano od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając przy tym swe grzechy.
Chrzest polegał na zanurzeniu (gr. baptisma) w rzece na znak nawrócenia i obmycia z grzechów. Był to obrzęd charakterystyczny dla prozelitów nawracających się z pogaństwa na judaizm. Stąd płynie wniosek, że Jan Chrzciciel głosząc żydom chrzest nawrócenia, traktuje ich na równi z poganami. Jedni i drudzy potrzebują odpuszczenia grzechów i odnowy życia w Duchu Świętym, której dawcą jest Chrystus (por. Rz 3,21-26).
A gdy widział, że przychodzi do chrztu wielu spośród faryzeuszów i saduceuszów, mówił im: «Plemię żmijowe, kto wam pokazał, jak uciec przed nadchodzącym gniewem?
Faryzeusze (hebr. perušim – „oddzieleni” od grzeszników) byli bractwem religijnym, którego cechą charakterystyczną było rygorystyczne przestrzeganie Prawa oraz ustnej tradycji przodków, zwłaszcza w dziedzinie czystości rytualnej i szabatu. Saduceusze (od imienia arcykapłana Sadoka - 2Sm 15,24-36) byli z kolei stronnictwem arystokratycznym, związanym ze środowiskiem kapłańskim i dworem królewskim. Odrzucali autorytet proroków, którzy nieraz występowali przeciwko jerozolimskiej hierarchii; nie przyjmowali też prawdy w zmartwychwstanie i sąd. Środowisko to przestało istnieć wraz ze zburzeniem Świątyni w roku 70 po Chr.
Znaczne różnice w dziedzinie doktryny i praktyk religijnych doprowadzały często do sporów między faryzeuszami a saduceuszami (por. Dz 23,8nn).
Sformułowanie „do chrztu” (epi to baptisma) jest dwuznaczne, gdyż można je tłumaczyć również w sensie: „przeciw chrztowi”. Możliwe, że jedni rzeczywiście szczerze przyjmowali chrzest, inni zaś – zaniepokojeni nowością i radykalizmem nauk Jana – przychodzili, aby mu się sprzeciwić, co czyniłoby zrozumiałym gwałtowny ton Janowej wypowiedzi. Z pewnością Jan, podobnie jak później sam Jezus, miał wśród wpływowych żydów wielu wrogów, którzy odrzucali jego działalność i twierdzili, że jest opętany (por. Łk 7,30; Mt 21,23-26).
Słowa Jana są niezwykle ostre. Żmija czy wąż to zwierzę nieczyste, identyfikowane z szatanem (por. Ap 12,9; 20,2), dlatego określenie „potomstwo żmij” może zostać zrozumiane jako „potomstwo diabła” (por. J 8,44). Inwektywa ta stoi więc w jaskrawym kontraście z określeniem „potomstwo Abrahama”, które żydzi chętnie stosowali do siebie (por. w. 8; J 8,33). Jest to słowo-bicz, które ma rozbić w adresatach przekonanie o własnej nieskazitelności i wywołać skruchę serca, albo… bunt.
Wydajcie więc godny owoc nawrócenia, 9 a nie myślcie, że możecie sobie mówić: "Abrahama mamy za ojca", bo powiadam wam, że z tych kamieni może Bóg wzbudzić dzieci Abrahamowi.
Jan Chrzciciel wzywa do nawrócenia polegającego najpierw na zmianie w sposobie myślenia (metanoein – dosł. zmienić umysł), a w konsekwencji – na zmianie sposobu postępowania. Owoce nawrócenia to konkretne uczynki nie polegające bynajmniej na drobiazgowym rytualizmie i czysto zewnętrznej dewocji (Mt 6,1-18; 23,1-39), ale na prawdziwej przemianie serca zgodnej z interpretacją Prawa, którą przyniesie Izraelowi Jezus (5,17-48) i wynikającej z posłuszeństwa Duchowi Świętemu, którego Jezus będzie udzielał wierzącym w Jego słowo. Ostatecznie to Duch Święty mieszkający w człowieku zrodzi w nim ów upragniony przez Boga owoc, nowe czyny na miarę nowego stworzenia: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie (Ga 5,22-23).
Prorok burzy w swoich słuchaczach pewność zbawienia opartą na samej tylko przynależności do potomstwa Abrahama. W judaizmie dość powszechny był pogląd, że członkowie narodu wybranego będą ocaleni w dniu sądu niezależnie od postępowania.
Chrzciciel wskazując na kamienie nad Jordanem czyni być może aluzję do dwunastu kamieni, które ustawił Jozue w rzece na pamiątkę wkroczenia do Ziemi Obiecanej Izraela oczyszczonego z niewierności w czasie wędrówki po pustyni. Jan wzywa naród wybrany do tego, by stanął przed Bogiem jako odnowiona przez pokutę, wierna Bogu i Przymierzu wspólnota.
Ojcowie Kościoła widzieli w tym tekście również zapowiedź zbawienia pogan, wchodzących do ludu Bożego w miejsce żydów, którzy odmówili Bogu wierności: Ci, którzy mieli serce kamienne, stali się dziećmi Abrahama (św. Ignacy z Antiochii).
Już siekiera do korzenia drzew jest przyłożona. Każde więc drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone.
Karczowanie i spalenie uschłych drzew to w ST obraz sądu Bożego (Iz 10,33). Prorok przekazuje pewnym siebie, lecz ślepym duchowo dostojnikom religijnym Bożą wizję obecnego czasu: ci, pewni siebie sędziowie Izraela sami zostaną osądzeni i odrzuceni, i to w bardzo krótkim czasie. Jezus również będzie ostrzegał przed fałszywymi prorokami, którzy nie rodzą dobrego owocu, lecz popełniają nieprawość: zostaną wycięci i wrzuceni w ogień (Mt 7,15-23).
Ja was chrzczę wodą dla nawrócenia; lecz Ten, który idzie za mną, mocniejszy jest ode mnie; ja nie jestem godzien nosić Mu sandałów. On was chrzcić będzie Duchem Świętym i ogniem.
Jan wyraźne stwierdza, że jego chrzest „dla nawrócenia” jest jedynie wyrazem skruchy i otwarcia się na prawdziwy chrzest – w Duchu Świętym i ogniu, który przyniesie Mesjasz. Prorocy zapowiadali oczyszczenie Izraela przez ogień i dar Ducha (Iz 4,4-6; Ml 3,1-3), by uczynić zeń doskonały lud Boga. W kontekście całej Janowej ogień jest nie tyle symbolem Ducha, jak w Dz 2,3, co obrazem sądu i zagłady tych, którzy odrzucają nawrócenie i chrzest w Duchu.
Zagadkowa wypowiedź o sandałach nadchodzącego Mesjasza bywa różnie wyjaśniana, najczęściej jako obraz nieporównywalnej wyższości Tego, który nadchodzi nad Janem jako Jego prekursorem. W świetle tekstów ST można jednak odczytać w tym symbolu jeszcze głębszą treść. Czasownik bastadzo znaczy nosić lub zdejmować. Mamy tu aluzję do izraelskiego prawa lewiratu, które nakazywało najbliższemu krewnemu bezdzietnie zmarłego poślubić wdowę i nadać synowi zrodzonemu z tego związku imię zmarłego, by w ten sposób ocalał jego ród i imię. Gdyby jednak brat zmarłego oświadczył, że nie chce dopełnić tego obowiązku, wdowa powinna publicznie zdjąć mu sandał z nogi i plunąć w twarz na znak, że jest on człowiekiem bez czci, który nie troszczy się o podtrzymanie imienia swego brata i nie chce uratować jego żony przed nędzą (por. Pwt 25,5-10; Rt 4,5-10). Krewnego mającego wypełnić ten obowiązek nazywano goel, ‑ „odkupiciel” (por. m.in. Rt 3,9.12; 4,4.6.14).
Otóż Jan mówi o Jezusie: nie jestem godzien zdjąć mu sandała! On jest jedynym Odkupicielem i Oblubieńcem Izraela, żyjącego w niewoli i w smutku, niczym wdowa. On z pewnością przyjdzie poślubić sobie na nowo swój lud i nikt nie może odebrać mu tego prawa, bo jego miłość jest wierna i niezawodna! (por. Oz 2,21; Iz 54,6-10) Według J 3,29 przyjacielem Oblubieńca, który ma przygotować dla Niego Izraela – Oblubienicę, jest właśnie Jan Chrzciciel!
Ma On wiejadło w ręku i oczyści swój omłot: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym».
Obraz sprawiedliwego, który jest jak dorodne drzewo nad strumieniem i nieprawego, który w dniu sądu zostanie rozniesiony przez wicher niczym plewa, przynosi nam psalm 1. Jan Chrzciciel wskazuje, że Sędzią, który dokona ostatecznego rozdziału jednych od drugich, będzie Mesjasz, który nadchodzi: wiejadło jest już w jego ręku (por. Mt 13,40-43). Ten, kto odrzuca wezwanie do nawrócenia i dar Ducha Świętego, naraża się na nieuchronny sąd. Jego życie może zakończyć się katastrofą.
MEDITATIO
1. Kościół w adwencie stawia nam przed oczy postać Jana, jako światło na naszej własnej drodze nawrócenia. Jest lampą, co płonie i świeci, przynosząc radość i duchowe światło potrzebne, by wytrwać na drodze czuwania i nawrócenia (por. J 5,35).
2. Jan będąc prekursorem Jezusa, jest równocześnie Jego doskonałym uczniem, który łączy ściśle swój los z losem Mesjasza. Podobnie jak Jezus, głosi orędzie nawrócenia i otwarcia serca na królestwo niebieskie (por. 3,2; 4,17; 3,7; 12, 34; 3,10; 7,19). Nie wahał się bronić Prawa Bożego nawet w obliczu ludzi mających władzę, którzy z tego powodu uznali go za osobistego wroga. W podobny sposób stał się ofiarą prześladowania, a w końcu został odrzucony i zgładzony śmiercią na pozór bezsensowną, jak igraszka pijanego króla i mściwej kobiety (14,1-12). Jan jest figurą Jezusa, podobny do Niego tak w narodzinach, jak i w śmierci. Nade wszystko jest Przyjacielem Mesjasza-Oblubieńca, który całym sobą wskazuje na Nadchodzącego i wsłuchany w jego głos oraz w natchnienia Ducha, doznaje najwyższej radości, gdy rozpoznaje Go w swoim młodszym o sześć miesięcy kuzynie. Jest wolny od szukania siebie i jakiejkolwiek zazdrości (J 3,26-30), zna dobrze swoją własną tożsamość w oczach Boga i to pozwala mu przezwyciężyć pokusę władzy, fałszywego autorytetu, czy przywiązywania ludzi do siebie. Pozwala odejść w ślad za Jezusem swoim najlepszym uczniom i nie lęka się samotności, więzienia, tragicznego końca. Umiał usunąć się w cień, by ustąpić miejsca Mesjaszowi. Do ostatniej godziny jest jaśniejącą pochodnią, która budzi sumienia.
3. Jego wstrzemięźliwy sposób życia jest wzorem i wezwaniem dla chrześcijan, zwłaszcza na czas adwentu. Z przesłaniem tym korespondują słowa Pawła: Nie bądźcie przeto nierozsądni, lecz usiłujcie zrozumieć, co jest wolą Pana. A nie upijajcie się winem, bo to jest przyczyną rozwiązłości, ale napełniajcie się Duchem, przemawiając do siebie wzajemnie w psalmach i hymnach, i pieśniach pełnych ducha, śpiewając i wysławiając Pana w waszych sercach. Dziękujcie zawsze za wszystko Bogu Ojcu w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa! (Ef 5,17-20).
CONTEMPLATIO & ACTIO
W jaki sposób dociera do mnie poprzez głos Kościoła Janowe wezwanie do nawrócenia, pokuty i otwarcia się na nowość życia w Duchu Świętym? Czy nie zagłuszam tego głosu?
W jakim momencie doświadczyłem ostatnio radości i pokoju, które są owocem osobistego nawrócenia, otwarcia oczu naprawdę o moim grzechu i o Bożym miłosierdziu?
Do czego wzywa mnie Duch, który przemawia nieustannie do Kościoła tak, jak do wspólnot Janowych z Apokalipsy? Czy pozwalam mu przemawiać do mnie, by zobaczyć siebie oczyma Zmartwychwstałego Pana i przyjąć wezwanie do nawrócenia i nowej nadziei?
Jakie postanowienie rodzi się w moim sercu z tego dialogu z Panem?
ks. Józef Maciąg , Kuria - Lublin
Adwentowi poszukiwacze pereł
Perły nie znajdzie w czasie Adwentu ten, kto biegnie.
Perły znajdują ci, którzy potrafią zatrzymać się i spojrzeć głębiej, wykazując się słuchaniem i uważnością serca. To zadanie na kolejny w naszym życiu Adwent – czas czuwania. Ale nie czuwania biernego — takiego, które jedynie czeka, aż coś się wydarzy — lecz czuwania aktywnego, które przypomina poszukiwanie skarbu. Ta perła, w perspektywie wiary, to On sam — Jego obecność, Jego słowo, Jego działanie w naszym życiu.
Słowo jest jak tworzywo tekstu, myśli, opinii. Może budzić podziw, umacniać nadzieję albo wskazywać na obszary, które pozostają w nas samych ziemią nieznaną czy jałową pustynią. Warto zatem wyławiać z hałasu wokół siebie duchowe perły. Mogą być nimi myśli i słowa współczesnych proroków nadziei, która jest cnotą a nie tylko naiwnym optymizmem, jakiego wielu sobie życzy przy różnych okazjach niczym przyklejonego sztucznego uśmiechu na twarzy, okraszonego niewiele mówiącym w tej sytuacji stwierdzeniem: „u mnie wszystko w porządku”.
Człowiek adwentowy ma świadomość własnej małości i niewystarczalności. I jednocześnie patrzy z niedowierzaniem na takich świętych jak Teresa z Avili, która stwierdza krótko: „Bóg sam wystarczy”. Albo na Faustynę, której program życia zawiera się w krótkim: „Jezu, ufam Tobie!”. W ten sposób adwentowy pielgrzym nadziei widzi, że o własnych siłach może niewiele. Potrzebuje wzmocnienia duchowego, umocnienia sił i światła, które oświetla a nie oślepia. Wszystko po to, aby nie wegetować ale żyć, nie upodabniać się do kopii ale być oryginałem.
Królestwo Boże wyrasta z tego, co małe, niepozorne. A jednoczenie jego tajemniczość jest zachętą do poszukiwania też jakże wyjątkowej perły, która swoim blaskiem przyciąga, zachęca i inspiruje, by wsłuchiwać się w cichy szept Bożej obietnicy, zagłuszany przez współczesną nowomowę, serwującą „naukę” pomieszania z poplątaniem. Adwent jest czasem odważnej przemiany — nie spektakularnej, ale konsekwentnej. Może to być pojednanie z kimś, kogo omijamy; może regularna modlitwa; może rezygnacja z czegoś, co odbiera nam wewnętrzną wolność. Wszystko po to, aby zrobić miejsce dla Boga. To nie tylko my szukamy Boga. To Bóg pierwszy szuka nas. On sam staje się „perłą”, która pragnie zamieszkać w naszym życiu. Adwent jest czasem, w którym pozwalamy Mu się odnaleźć.
ks. Leszek Smolliński – „wiara.pl”
Narodzenie Jana Chrzciciela – Zachariasz - Jerozolima
Najbardziej oczywistym przykładem cudownego poczęcia i narodzin jest oczywiście Jezus. Ale Biblia wspomina o kilku innych przypadkach narodzin, które na ludzki rozum nie powinny cię wydarzyć.
Żona Abrahama, Sara, urodziła syna Izaaka w wieku 90 lat. Podobnie Hanna, matka proroka Samuela przez długi czas pozostawała niepłodna. Samson też był długo wyczekiwanym dzieckiem, owocem Boskiej interwencji. Nie inaczej było w przypadku narodzin Jana Chrzciciela.
Jego rodzice Elżbieta i Zachariasz przez wiele lat nie mogli doczekać się potomstwa. Byli już w podeszłym wieku i prawdopodobnie nie spodziewali się, że kiedykolwiek dane im będzie mieć syna. Zapewne byli sfrustrowani. Wszak „postępowali nienagannie według wszystkich przykazań i przepisów Pańskich”. A mimo to łaska Boża ich omijała.
Zachariasz był kapłanem. W rozdziale pierwszym ewangelii Łukasza dowiadujemy się, że przyszło mu pełnić służbę w Świątyni. Budynek Świątyni Jerozolimskiej składał się z dwóch głównych struktur. Centralnym punktem było Najświętsze Miejsce, w którym dawniej przechowywano Arkę Przymierza. Tylko arcykapłan mógł tam wejść i tylko raz w roku, w święto Yom Kippur. Przybytek ten był oddzielony zasłoną od drugiego pomieszczenia – Miejsca Świętego. To tam Zachariasz sprawował posługę. Jego zadaniem były między innymi odnowienie wiecznego ognia i spalenie wonności przed wejściem do Miejsca Najświętszego.
Podczas pełnienia służby ukazał mu się archanioł Gabriel, zwiastując obietnicę, iż pomimo starszego wieku, on i Elżbieta doczekają syna. W obliczu wielkiego objawienia Zachariasz najwyraźniej przeląkł się. Trudno inaczej wytłumaczyć brak wiary w tak doniosłym momencie. Nie uwierzył od razu, prosił o jakiś znak, dowód. Nie otrzymał go. W zamian został skarcony. Bóg odebrał mu mowę. Pozostał niemy aż do narodzin Jana Chrzciciela.
Zachowanie Zachariasza przypomina nam, że nie możemy przeoczyć szansy jaką daje nam Bóg, czasami tej jedynej szansy.
Nie każdy Lewita mógł wejść do Przybytku. Kapłani ciągnęli losy. Szczęśliwiec, któremu dopisało szczęście, mógł wejść do świątyni. Ale tylko jeden jedyny raz w życiu. Drugiej takiej możliwości już nie otrzymywał. Części kapłanom nigdy nie dane było stać w obliczu Pana. Zachariasz taką szansę dostał. Niestety sytuacja go przerosła. Jego odpowiedź na głos Boga była przesiąknięta niewiarą, strachem.
To ważne, aby umieć wykorzystać wielką szansę, jaką daje nam życie. Innej już nie będzie, nie można było wejść do Miejsca Świętego po raz drugi. A mimo to Zachariasz nie odczytał prawidłowo wielkiego objawienia. Przed nami także życie otwiera wielkie możliwości. Otwiera drzwi na salony szczęścia i sukcesu. Nie zawsze jest to oczywiste i trudno to zauważyć. Jeszcze trudniej zebrać tyle odwagi, aby zostawić wszystko i pójść do przodu, przekroczyć próg. Zachariasz drugi raz już nie pełnił służby kapłańskiej. Gdyby nie miłosierdzie Boga, nie zauważyłby otwierających się przed nim możliwości. Nie doczekałby syna. Zbyt często i my zapominamy, że drzwi do życia spełnionego otwierają się niekiedy tylko raz, a zamykają się na zawsze.
Cudowne przyjście na świat Jana Chrzciciela przypomina nam o jeszcze jednej ważnej zasadzie. Nigdy nie wolno tracić nadziei. Nigdy na nic nie jest za późno. Wszystko co nam Bóg obiecał, otrzymamy, choćbyśmy musieli czekać całe życie. Wszystko co jest nam zapisane, ostatecznie staje się naszym udziałem, choćby ludzki rozum negował logikę wydarzeń, przekonywał, że „to już jest niemożliwe”. Jak w przypadku narodzin Jana Chrzciciela. Jedynym warunkiem spełnienia Boskiej obietnicy jest niewzruszona wiara. Jej brak Zachariaszowi Bóg ostatecznie wybaczył. Ale nie musi tego robić w każdym przypadku.
Andrzej Dańkowski - autor książki KSIĘGI MĄDROŚCI
Dlaczego nie lamentuję na wieść o tym,
że kardynał Ryś wyprowadza się z Łodzi
Szczerze mówiąc, to myślałem, że wszyscy z tej nominacji się ucieszą (oczywiście poza osobistymi wrogami Kardynała, których mu przecież na południu Polski nie brakuje). Tymczasem zaskoczyło mnie, jak wiele pojawiło się w mediach lamentów i głosów rozczarowania z powodu… zerwanych „zaślubin” z archidiecezją łódzką. „Zaślubin”? Pękam ze śmiechu! Dlaczego coś, z czego wszyscy się śmiejemy, nagle zaczęliśmy traktować tak poważnie?
Biskup po rozwodzie?
Wszystkiemu winien jest ten nieszczęsny pierścień, a właściwie dorobiona do niego teo-ideo-logia, która może i kiedyś miała swoje uzasadnienie, ale ostatecznie okazała się wyłącznie symbolem.
Gdyby uporczywie trzymać się języka „zaślubin”, to w przypadku tego konkretnego biskupa sprawa byłaby jeszcze bardziej zagmatwana niż się wydaje. dlaczego?
Otóż 16 lipca 2011 roku ksiądz profesor (chyba prałat) Grzegorz Ryś został mianowany biskupem pomocniczym w Krakowie, a więc jego – jeśli można tak powiedzieć – pierwsza miłość to archidiecezja krakowska. Żeby jednak sprawę jeszcze bardziej skomplikować, to zwróćmy uwagę na fakt, że biskupa zawsze mianuje się dla konkretnej diecezji (w logice: jedna diecezja, jeden biskup). Mianowanie biskupów pomocniczych zawsze wiąże się z faktem, że są do pomagania w konkretnej diecezji, ale symbolicznie przypisuje się im inne, historyczne, zwykle już nieistniejące diecezje – takim miejscem dla „młodego” biskupa Grzegorza była Arcavica w Hiszpanii w metropolii Toledo. Dziś to tylko ruiny. A zatem, jeśli upierać się przy logice zaślubin biskupa z diecezją, to trzeba powiedzieć, że biskup Grzegorz zaślubiony został kupie gruzu niedaleko Toledo…
Do tego dochodzi jeszcze fakt, że 30 września 2023 roku, kiedy arcybiskup Grzegorz Ryś otrzymał nominację kardynalską, zgodnie z tradycją, otrzymał też rzymski kościół tytularny św. Cyryla i Metodego (i to nie była kolejna „miłość”, na boku…).
Biskup jest po to, aby rządził
Choć biskup, zresztą jak każdy ksiądz, powinien kochać zarówno ludzi, do których został posłany, jak i całą diecezję, to w praktyce jego zadaniem jest nie tylko „kochanie”, ale i zarządzanie. Oczywiście chodzi tu nie o jego własne „zaślubione” dobra, ale o dobra Kościoła. Jeśli w spełnianiu tego obowiązku nie potrafi podejmować decyzji – to źle. Jeśli w diecezji rządzi ktoś inny, zza pleców biskupa – to źle. Jeśli biskup podejmuje głupie decyzje – to źle. Jeśli wykorzystuje diecezję jako swoją własną materialną własność – to też bardzo źle. Powinien rządzić mądrze i pokornie. Taki jest ideał. Z tym, że te jego „rządy” to właściwie jest administracja dobrami nie swoimi: i jak w Ewangelii, za dobre administrowanie czeka go uznanie i nagroda, a za złe kara… zwykle wyrażana przez pogardę ze strony innych.
Inaczej mówiąc, najlepiej jest gdy i kocha, i rządzi. Nieco gorzej gdy wprawdzie kocha, ale nie podejmuje żadnych decyzji, albo odwrotnie: gdy wprawdzie jakieś decyzje podejmuje, ale robi to bez serca. Najgorzej jest, gdy ani nie kocha, ani nie jest w stanie podjąć właściwych decyzji, które administracyjnie prowadziłyby diecezję i zapewniały jej rozwój.
Tak to już jest w diecezjach, w prowincjach zakonnych, we wspólnotach – słowem, tak jest w Kościele. No a wiadomo, nie wszyscy jednakowo do wszystkiego się nadają i sama nominacja nie niesie tu żadnej specjalnej łaski, a wręcz przeciwnie, boleśnie obnaża wszystkie braki.
Zarządzanie w Kościele to zarządzanie… biedą
W normalnych warunkach – wyłączając z tego oczywiście politykę – określone funkcje wymagają określonych kompetencji. Jeśli ktoś ich nie ma, powinien je zdobyć. Wprawdzie – w tym chyba przoduje tzw. „budżetówka” – często ludzie dwa razy więcej wysiłku wkładają w maskowanie własnych niekompetencji niż musieliby włożyć w naukę, no ale to jest jeszcze inny przykład patologii. W normalnych warunkach jeśli jest jakieś stanowisko do obsadzenia, organizuje się konkurs albo szuka odpowiedniego kandydata. Kiedy natomiast ktoś się nie sprawdzi, wręcza się mu wypowiedzenie.
W Kościele, zwłaszcza tam, gdzie nie ma „kadencji”, nie jest możliwe wręczenie wypowiedzenia. Co więcej, nawet zwykły niekompetentny ksiądz jest praktycznie nieusuwalny. Można kogoś pozbawić urzędu w konsekwencji przestępstwa, którego by się dopuścił, ale nie da się kogoś pozbawić święceń za głupotę, ciasnotę, lenistwo, pazerność, chamstwo itd. A ponieważ do objęcia pewnych funkcji i stanowisk potrzebne są święcenia, dlatego przy nominacjach i wyznaczaniu misji operujemy w bardzo ograniczonym zakresie i pośród tej grupy, którą mamy do dyspozycji. Wybieramy najlepszego, ale i tak często daleko mu do ideału. Zwykle mamy bardzo ograniczony wybór, dlatego właśnie można powiedzieć, że zarządzanie w Kościele, to zarządzanie… biedą.
Najłatwiej mają ci mierni
Kiedy w końcu uda się znaleźć odpowiednie miejsce dla tych najbardziej miernych, takie, gdzie najmniej będą szkodzić, wtedy najczęściej się o nich zapomina. Niech tam sobie cicho siedzą i chwalą Boga. Zupełnie inaczej jest z najlepszymi. Czasami rzeczywiście długo siedzą w jednym miejscu, bo trudno ich zastąpić. O wiele jednak częściej przenosi się ich z miejsca na miejsce: skoro w jednym miejscu zrobili już wiele dobrego, niech i w innym podzielą się tym, co potrafią. Do tego dochodzi fakt, że przecież są miejsca ważniejsze i mniej ważne. Nawet nie będę próbował udowadniać, że moja rodzinna diecezja przemyska (w Przemyślu byłem dwa razy w życiu) jest ważniejsza niż Kraków, Warszawa i inne – przecież znajdują się one bardziej w centrum uwagi niż Przemyśl.
Cieszę się, że Kardynał Grzegorz przychodzi do Krakowa. Będzie tu miał pełne ręce pracy, wiele tu jest do zrobienia. Najważniejsze, żeby diecezję polubił, no i żeby decyzji nie podejmował za niego ktoś, kto być może stanie za jego plecami. I jeszcze jedno: lubię go słuchać, bo głosi Ewangelię. A co do tego nieszczęsnego pierścienia, to niech go sobie nosi!
Jakub Kołacz SJ „deon.pl”
Dyrektor Wydawnictwa WAM i DEON.pl. W latach 2014-2020 przełożony Prowincji Polski Południowej Towarzystwa Jezusowego. Autor kilku przekładów i książek, m.in. "Po kostki w wodzie. Siedem katechez o wierze uczniów Jezusa" (dostępnej także jako audiobook). Po godzinach wolontariusz w krakowskim Schronisku dla Bezdomnych Zwierząt.
Zobacz inne artykuły autora
Jak mówić małym dzieciom o świętym Mikołaju?
Napisaliśmy bajkę, która ci w tym pomoże
Świeckie tradycje mocno rządzą w mikołajowym świecie. Laponia, sanie i renifery przysłaniają prawdziwą postać świętego Mikołaja, a słusznego wzrostu krasnal czy inny Dziadek Mróz wydaje się prostszy do wyjaśnienia, bo jak tłumaczyć dwulatkowi czy czterolatce, że to był biskup, że dawno temu, i jeszcze - co on właściwie zrobił?
Przypominamy tekst archiwalny - naszą opowieść o świętym Mikołaju dla małych dzieci.
Jak opowiedzieć dzieciom o świętym Mikołaju?
Najprościej, czyli bajką. Oto prosta bajka o świętym Mikołaju. Opowiedzcie albo przeczytajcie ją swoim dzieciom, jeśli chcecie.
- Wiecie, dzieciaki, zbliża się dzień świętego Mikołaja. Opowiem wam o nim małą historię. Czy wiecie, kim naprawdę był święty Mikołaj?
To może się wydawać dziwne albo śmieszne, ale wcale nie mieszkał z reniferami w zimowym kraju. Święty Mikołaj był księdzem, a nawet biskupem i mieszkał w mieście Mira, które dzisiaj jest w Turcji.
Żył sobie dawno, dawno temu. Tam, gdzie mieszkał, mieszkały też biedne dziewczynki*. Ich rodzice nie mieli pieniędzy, żeby kupić im buciki, ubranka i inne potrzebne rzeczy. Pewnego razu ksiądz Mikołaj usłyszał, że są u niego w mieście takie biedne dziewczynki. Bardzo chciał im pomóc, ale nie chciał, żeby wszyscy wiedzieli, że to on pomaga. Przebrał się więc, by nikt go nie poznał, poszedł więc w nocy, po cichutku, w tajemnicy i wrzucił do ich domu przez okno worek ze złotem. Gdy dziewczynki znalazły go rano, bardzo się zdziwiły i ucieszyły.
Ich rodzice też się zdziwili i zastanawiali się, kto im pomógł.
- Widziałem wczoraj w nocy kogoś na naszej ulicy - powiedział jeden sąsiad. - Wydaje mi się, że to był ksiądz Mikołaj, a przynajmniej ktoś do niego bardzo podobny.
- Tak, ja też widziałam kogoś pod waszym oknem - powiedziała sąsiadka - i tak, wyglądał całkiem jak nasz ksiądz!
- A ja widziałem, jak ktoś w kapturze na głowie wrzucał jakiś worek przez wasze okno! - zawołał najstarszy sąsiad, który w nocy nie mógł spać.
Święty Mikołaj - patron pomagających innym
Rodzice wraz z dziećmi poszli podziękować księdzu Mikołajowi, który trochę się ucieszył, a trochę zawstydził, bo przecież nikt miał nie wiedzieć, że to właśnie on pomógł ich rodzinie. A sąsiedzi pomyśleli, pokiwali głowami, pozastanawiali się troszeczkę, a potem znaleźli inne dzieci, które nie miały bucików, ubranek i potrzebnych rzeczy, i po cichutku podarowali im to, czego im brakowało. Potem zrobili tak sąsiedzi tych sąsiadów. A później, w dniu świętego Mikołaja, dorośli zaczęli dawać prezenty dzieciom - nie tylko biednym, ale wszystkim. I dlatego właśnie wy też dostajecie prezenty w dniu imienin świętego Mikołaja.
*Legenda mówi, że to były ubogie panny na wydaniu, bez posagu, ale nie trzeba szczegółowo tłumaczyć małym dzieciom, co to posag, panna i wydanie, żeby ta bardzo pozytywna opowieść o człowieku z dobrym sercem miała sens.
Marta Łysek – „deon.pl” - dziennikarka i teolog, pisarka i blogerka.
Na widok Ewy Adam zaczął się jąkać.
Mężczyzna jest pierworodny, ale kobieta pierwsza
Dlaczego mężczyzna czuje się niepełny bez kobiety, a kobieta bez mężczyzny? Odpowiedź daje bp Erik Varden.
Seks, czyli płciowa różnica
W obecnym użyciu słowo „seks” może dowolnie określać aktywność, towar albo wewnętrzny przymus. Można go „uprawiać”, „kupić”, „uzależnić się” od niego. Etymologicznie rzecz ujmując, „seks” dotyczy stanu bycia. Łaciński rzeczownik sexus pochodzi od seco, co oznacza „odcinać” lub „amputować”. Tę samą etymologię ma „sekator”. Sexus odnosi się do podziału gatunku na dwa rodzaje, męski i żeński, z których każdy jest niepełny bez tego drugiego. Z czasem słowo zaczęło określać narządy płciowe (ang. sex, „płeć”). I dopiero całkiem niedawno przyjęto je jako dopełnienie bliższe czasowników określających ludzkie działania.
Księga Rodzaju rzeczywiście wyprowadza różnicę płciową z pewnego rodzaju amputacji. Jej historia wieńczy opowieść o stworzeniu. Już w początkowym „Niech się stanie światłość!” Bóg zorganizował rzeczywistość za pomocą zgrabnych rozróżnień, oddzielając światło od ciemności, ziemię od nieba, suchy ląd od wody, i tak dalej. Kiedy scenografia była już ustawiona, a ziemia gotowa, wydzielił Bóg kobietę z mężczyzny (Rdz 2,21–23):
Zesłał więc PAN Bóg głęboki sen na człowieka. A gdy ten zasnął, wyjął jedno z jego żeber, a miejsce to zapełnił ciałem. Z żebra, które PAN Bóg wyjął z mężczyzny, utworzył kobietę i przyprowadził ją do niego. Wtedy mężczyzna rzekł: „Ta wreszcie jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała. Będzie się zwała kobietą, bo z mężczyzny została wzięta”.
Adam aż się zaczął jąkać!
Te nośne, poetyckie kadencje oddają powagę chwili. Tymczasem tekst hebrajski ma dodatkowy wymiar, który możemy chyba nazwać zabawnym, ponieważ wyraża radosne zaskoczenie. Adam, budząc się ze snu, woła:
זאת הפעם עצם מעצמי ובשר מבשרי לזאת יקרא אישה כי מאיש לוקחה זאת
Wybitny hebraista Martin Buber tłumaczy ten wers na niemiecki następująco: „Tym razem jest, oto ona! Kość z kości moich, ciało z mojego ciała. Ta zostanie nazwana iszsza, ponieważ z isz została wzięta”.
Wydaje mi się, że nie ma nic niewłaściwego w porównaniu biblijnego Adama, który jąka się, nazywając tę dobrze znaną nieznajomą („Isz-isz-sza”), do duetu „Pa-pa-ge” na końcu opery Czarodziejski flet, kiedy Papageno wpada wreszcie w objęcia tej, którą dotąd rozpoznawał jedynie jako dokuczliwe poczucie nieobecności. Mozartowscy bohaterowie również są swego rodzaju rajskimi stworzeniami.
W obydwu z tych symbolicznych narracji mężczyzna i kobieta spotykają się z głośnym okrzykiem: „Tak!”. Po okresie daremnych poszukiwań, kiedy przed Adamem stawało wiele innych stworzeń, żeby je nazwał, przebudzony z pierwszej sjesty Adam widzi swoją parę i od razu ją poznaje. Jedyny niedostatek, jaki mógł odczuwać w Edenie, został szczęśliwie naprawiony. Nie jest już sam.
Żyć twarzą w twarz
Raszi z Troyes, współczesny założycielom Cîteaux, zauważa, że hebrajski rzeczownik צלע, umownie tłumaczony jako „żebro” i sugerujący powstanie kobiety z kośćca mężczyzny, można też odczytać inaczej. Ten sam rzeczownik, jak pokazuje dalej Raszi, został użyty w opisie z Księgi Wyjścia, w którym Bóg ujawnia Mojżeszowi wskazówki dotyczące konstrukcji i wyglądu Przybytku Przymierza, ziemskiego mieszkania Boga: „Z drugiej strony [צלע [świętego mieszkania, od północy, ustawisz dwadzieścia desek” (Wj 26,20). „To dlatego nasi rabini mogli powiedzieć, że człowiek został stworzony z dwiema twarzami”. Mężczyzna i kobieta są przeznaczeni do życia twarzą w twarz. Mają wzajemnie potwierdzać swoją osobowość w relacyjnym – greckim – znaczeniu słowa określającego osobę, πρόσωπον [prosōpon], które składa się z πρός/pros („w stronę”) i ὤψ/ōps („oko”). Jestem osobą o tyle, o ile moje oko spotyka się z okiem drugiej osoby, a oko drugiej osoby spotyka się z moim. Dopóki mężczyzna nie mógł zobaczyć siebie w oczach kobiety, był tylko w połowie mężczyzną.
Paul Claudel miał na ten temat cenne spostrzeżenie. Był nie tylko poetą, ale także egzegetą, niezwykle uważnym i posiadającym wyobraźnię niemal tak dalekosiężną jak Orygenes:
„Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę”. Obraz Boga istnieje z powodu tej dwojakiej natury. W Adamie, który jest Bożym obrazem, było ukrytego coś, co w odpowiedzi na łaskę mogło dać życie kobiecie. Nie czytamy, że Bóg tchnął w Ewę, tak jak w Adama, „tchnienie życia”. Tchnienie to zostało przekazane wraz z kawałkiem ciała, który ręka Wszechmogącego wyosobniła, a który nie był martwą materią, ale żywą i żyjącą. To gałąź odcięta od głównego pnia. Jednak korzeń pozostaje głęboko w mężczyźnie. Odtąd ma on w sobie coś, co wyraża się przez nieobecność, brak, pustkę, której żadne ciało, w ogóle nic śmiertelnego nie zdoła wypełnić.
Czerpiąc z bogactwa liturgii, Claudel wprowadza pewne urozmaicenie do tej współzależności płci. Nawiązuje do faktu, że w oficjum na 8 grudnia, uroczystość Niepokalanego Poczęcia, Kościół podaje nam do lektury tekst z Księgi Przysłów. Czytanie porównuje Mądrość, zasadę, według której Bóg działa w świecie, do kobiety i podkreśla, że postać ta została poczęta, zanim rozpoczęło się stworzenie świata: „Zostałam ustanowiona przed wiekami, od początku, wraz z powstaniem ziemi. Zostałam zrodzona, gdy nie było jeszcze morskich głębin” (Prz 8,23–24). Z biblijnego punktu widzenia, pisze Claudel, mężczyzna może szczycić się statusem pierworodnego, ale to kobieta była poczęta jako pierwsza. „A skoro tej, co z góry została obrana na figurę Mądrości, nieobca jest przyczyna, stworzenie i obecność żadnego z istniejących bytów, to też nie jest jej obce stworzenie mężczyzny”.
Seks przedstawiony w czysty sposób
Wszystko to może brzmieć sympatycznie, ale trochę mało realnie. Kogoś mogłaby zmęczyć zbytnia estetyzacja. Spróbujmy zatem zakorzenić intuicję poety w doświadczeniu.
Świadectwo znajdziemy w książce Jacques’a Lusseyrana, bohatera francuskiego ruchu oporu, urodzonego w 1924 roku, kiedy Claudel pełnił urząd ambasadora Francji w Tokio. Lusseyrana, który był niewidomy od ósmego roku życia, pamiętamy dziś głównie za sprawą jego wizjonerskiego pamiętnika, opublikowanego jako „And There Was Light”. Mniej znana jest jego książka „Conversation amoureuse”, czyli wyznania kierowane do ukochanej Marie na kilka miesięcy przed tym, gdy razem zginęli w wypadku samochodowym 27 lipca 1971 roku. „Conversation amoureuse” jest dokumentem wyjątkowym, płomiennie szczerym opisem doświadczenia seksualnego, pełnym radości i światła. W sposób zupełnie uwalniający nie zbliża się do pornografii. Lusseyran, który widział Marie tylko sercem i dłońmi, był człowiekiem zdolnym przedstawić sobie seks w sposób czysty.
To, co Claudel wysnuł z Pisma Świętego, Lusseyran wiedział instynktownie: „Zrozumiałem to, gdy miałem szesnaście lat: dotarło do mnie, że nigdy nie będę mężczyzną, dopóki nie znajdę kobiety”. Wielu nastoletnich chłopców powiedziałoby pewnie to samo, ale Lusseyran miał na myśli coś więcej niż erotyczny czy romantyczny podbój; więcej nawet niż obraz miłości doskonałej. Jego męskość, tak to odczuwał, zależała od odnalezienia „tej części mnie, która jest kobietą”.
Oto najpiękniejsze cytaty o miłości
Zważywszy na obecny dyskurs na temat płynności płci, jesteśmy świetnie przygotowani, żeby nie zrozumieć słów Lusseyrana. Nie róbmy tego. Nie mówi on tutaj o konflikcie tożsamości. Jego męskość była dla niego oczywista. Był jej szczęśliwym posiadaczem. Miał jednak świadomość, że bycie mężczyzną nie oznacza samowystarczalności. Wręcz przeciwnie: dla niego być w pełni mężczyzną znaczyło pokorną świadomość tego, czym się nie jest, akceptację swojej niepełności, a jednocześnie żarliwe poszukiwanie dopełnienia w innym drugim. Dla Lusseyrana jasne było, że jednostka staje się osobą, gdy angażuje się w ekstatyczną relację; to znaczy taką, która sprawia, że wychodzę poza siebie, wystawiając się tym samym na odmienność:
Nie można wiecznie żyć w więzieniu. Nie można w nieskończoność pozwalać, aby życie toczyło się tam, gdzie nas nie ma. Ludzie niszczą się nawzajem. Potrzeba, by się również jednoczyli. I to niezwłocznie. Muszą istnieć losy, które spotykają się w uścisku. Musi istnieć istota, przynajmniej jedna, której nigdy się nie boisz, o której możesz myśleć jak o sobie samym; która ma pewność, że ją ochronisz, choćby w obliczu śmierci, jeśli pojawi się perspektywa śmierci, istota, której oczy nie osądzają cię, której ręce cię nie przeganiają.
W poszukiwaniu pełni
Takie stwierdzenie ma uniwersalną wagę. Można je odnieść do przyjaźni. Staje się jednak kwestią życia i śmierci, gdy chodzi o relacje damsko-męskie. Mężczyzna-bez-ko-biety i kobieta-bez-mężczyzny są niepełni.
Warto przeczytać, co Lusseyran pisał o dorastaniu w latach trzydziestych XX wieku, prawie sto lat temu. Daje to do myślenia. „Chciałem być chłopcem. W ogóle nie zaprzątało mi to głowy. Były jednak chwile, kiedy nie do końca czułem się chłopcem, ponieważ nie mogłem jednocześnie być dziewczynką”. Dziewczęta, pisze dalej, wszystko widziały wyraźniej: „Większość z nich mówiła, że chciałyby być chłopcami”, po czym podsumowuje: „Nie chodziło o to, żeby być kimś innym. Stać się przeciwieństwem to żadne rozwiązanie. Chodziło o to, żeby być jednym i drugim”.
Jak dojść do tak wymagającego, a koniecznego zjednoczenia?
Najpierw musimy nauczyć się rozumieć zasady tkwiącego w nas konfliktu. Trudna sprawa, skoro świadomość tego konfliktu pojawia się w okresie dojrzewania, „który cały jest dystansem i płonięciem”. „Kiedy jest się bardzo młodym, miłość okropnie boli. Nikt o tym nie mówi, ale naprawdę boli. Miłość wybucha jednocześnie w naszej głowie i w naszej płci, kłując nas, krzycząc na nas, w tej chwili pragnąc ciała”. Jest, jak to ujmuje Lusseyran, „niczym ogień, którego dym zatyka nasze serce”. Pobudza do głupoty, a nawet agresji. Biada temu lub tej, co przeżywa ten odurzający, trudny czas próby bez przyjaciela-powiernika.
W miarę jak dorastamy, przychodzi do nas przebudzenie: pomyślmy o Adamie, który powstaje ze snu. Pytanie brzmi, czy jesteśmy gotowi i wystarczająco wolni, aby skorzystać z tej okazji.
W mgnieniu oka chłopak dowiaduje się, że jego ciało nie jest przedmiotem, ale żywą istotą; i że ciało dziewczyny też jest istotą, jeszcze żywszą i tak kruchą, że gdyby komuś przyszło do głowy ponazywać jej części, rozbiłby je na kawałki. To właśnie ta ucieleśniona dusza, dusza nałożona na ciało, o której wszyscy albo prawie wszyscy, chcą zapomnieć. Przeraża ich to.
Fragment książki „Czystość – pojednanie zmysłów”, bp. Erika Vardena, tłum. Renata Senktas, wyd. W Drodze.
"Rage bait", czyli sprowokowany gniew
To słowo właśnie zostało ogłoszone najbardziej toksycznym trendem 2025 roku- rozgniewany mężczyzna
Słowem roku według Oxfordu jest „rage bait”. Ale twoja dusza zasługuje na coś lepszego — i właśnie dlatego tu jesteśmy.
Oxford University Press ogłosił właśnie swoje Słowo Roku: rage bait. Definiuje się je jako „treści internetowe celowo tworzone po to, by wywoływać złość lub oburzenie, poprzez bycie frustrującymi, prowokacyjnymi albo obraźliwymi”. Termin ten może brzmieć aż nazbyt znajomo dla każdego, kto spędził w tym roku choć pięć minut na scrollowaniu. Według danych Oxfordu użycie tego określenia potroiło się w ciągu ostatnich 12 miesięcy — i niestety, wcale nas to nie dziwi.
Od ostrych komentarzy w mediach społecznościowych po manipulacyjne nagłówki — internet potrafi sprawiać wrażenie, jakby szturchał twoją duszę kijem. Wiele z tego dzieje się celowo: oburzenie przyciąga kliknięcia. Wściekłość napędza zaangażowanie. A bądźmy szczerzy: łatwiej jest się zezłościć, niż okazać życzliwość, zwłaszcza kiedy jesteśmy zmęczeni lub się boimy.
Ale jest dobra wiadomość: tutaj nie znajdziesz rage baitu. Wręcz przeciwnie — możesz znaleźć jego przeciwieństwo.
Aleteia, co po grecku oznacza „prawdę”, opiera się na zupełnie innej zasadzie: że dobro jest warte dzielenia się nim. Że wiara zasługuje na piękno. Że prawdę można przekazywać bez toksyczności.
Tak, piszemy o świecie — jego napięciach, tragediach i prawdziwych zmaganiach — ale staramy się robić to bez podsycania podziałów. Zamiast clickbaitu celujemy w to, co porusza serce. Zamiast rage baitu chcemy oferować grace bait — przebłyski tego, co boskie, które zapraszają, podnoszą na duchu i przywracają nadzieję.
I to nie tylko dla ciebie. To dla nas wszystkich.
Bo to, co czytamy, nas zmienia. To, co publikujemy, ma znaczenie. Każde udostępnienie jest jak ziarno. Możemy wypełnić cyfrowy świat większym hałasem albo pomóc zasiewać pokój.
Jak przypomina nam św. Paweł: „Wszystko, co prawdziwe, co godne, co sprawiedliwe… — tym się zajmujcie” (Flp 4,8).
To nie oznacza ignorowania bólu świata — lecz wybór, by nie powiększać go bez promyka nadziei.
Więc gdy następnym razem poczujesz, że podnosi ci się ciśnienie od jakiegoś nagłówka czy viralowego posta, zatrzymaj się. Weź oddech. Zapytaj siebie, czy ta treść wzywa cię do czegoś wyższego… czy po prostu próbuje cię rozdrażnić.
A jeśli potrzebujesz miejsca, by się zresetować — jesteśmy tutaj. Bez rage baitu. Tylko prawda — i ciche przekonanie, że światło wciąż świeci w ciemności, a ciemność go nie ogarnęła.
A tak przy okazji — zeszłoroczne słowo to brain rot. I nawet papież o nim wspominał.
Święci i błogosławieni w tygodniu
|
•
|
7 grudnia - św. Ambroży, biskup i doktor Kościoła
|
|
•
|
7 grudnia - św. Maria Józefa Rossello, dziewica
|
|
•
|
8 grudnia - Niepokalane Poczęcie Najświętszej Maryi Panny
|
|
•
|
8 grudnia - św. Romaryk, opat
|
|
•
|
9 grudnia - św. Leokadia, dziewica i męczennica
|
|
•
|
9 grudnia - św. Juan Diego
|
|
•
|
9 grudnia - św. Piotr Fourier, prezbiter
|
|
•
|
10 grudnia - św. Grzegorz III, papież
|
|
•
|
10 grudnia - Najświętsza Maryja Panna Loretańska
|
|
•
|
11 grudnia - św. Damazy I, papież
|
|
•
|
11 grudnia - bł. Dawid, mnich
|
|
•
|
11 grudnia - św. Maria Maravillas od Jezusa, dziewica
|
|
•
|
11 grudnia - św. Wicelin, biskup
|
|
•
|
12 grudnia - Najświętsza Maryja Panna z Guadalupe
|
|
•
|
12 grudnia - św. Finian, opat
|
|
•
|
12 grudnia - bł. Hartmann, biskup
|
|
•
|
13 grudnia - św. Łucja, dziewica i męczennica
|
|
•
|
13 grudnia - św. Odylia (Otylia), opatka
|
|
•
|
14 grudnia - św. Jan od Krzyża, prezbiter i doktor Kościoła
|
NIEDZIELNA EUCHARYSTIA W KOŚCIOŁACH W OKOLICY
Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach
niedziele i święta: 6.30, 8.00, 9.30, 11.00, 12.30 (oprócz VII i VIII), 16.00, 19.00,
dni powszednie – 7.00, 7.30, 18.00.
Parafia Matki Bożej Pocieszenia, ul. Bulwarowa 15a
niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00, 18:00, 20:00
dni powszednie: 7:00, 15:00, 18:00
Parafia Matki Bożej Częstochowskiej, os. Szklane Domy 7,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 17:00 (oprócz VII i VIII),
19:00 (oprócz VII i VIII), 20:30
dni powszednie: 6:30, 8:00, 18:00
Parafia Matki Bożej Królowej Polski, Arka Pana, ul. Obrońców Krzyża 1
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 16:00, 17:30, 19:00,
dni powszednie: 6:00, 6:30, 7:00, 7:30, 8:00, 11:00, 18:00
Bazylika Krzyża św. - klasztor
(pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Wacława)
niedziele i święta: 06.30, 08.00, 09.30, 11.00, 12.30, 14.00 (oprócz VII i VIII)
dni powszednie: 06.30, 07.30, 08.30, 16.00 (w piątki), 18.00.
Parafia św. Bartłomieja Apostoła, Mogiła, ul. Klasztorna 11,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 14:00 (oprócz VII, VIII), 16:30, 18:00
dni powszednie: 6:00, 7:00 (oprócz VII i VIII), 7:30, 8:30, 18:00
Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Teatralne,
niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00 (oprócz VII i VIII), 18:00, 19:30
dni powszednie: 6:30 (oprócz VII i VIII), 7:00, 18:00
Parafia św. Stanisława Biskupa Męczennika, Kantorowice 122,
niedziele i święta: 9:00, 11:00, 18:00, dni powszednie: 8:00, 17:00, (18.00- lato)
Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Lubocza,
niedziele i święta: 8:00, 10:30, 17:00, dni powszednie: 7:00, 17:00
Parafia Matki Bożej Wspomożenia Wiernych, Prusy,
niedziele i święta: 7:30, 9:30, 11:30,
dni powszednie: 18:00 (pon., śr., pt.), 6:30 (wt., czw., sob.)
Parafia św. Maksymiliana Marii Kolbego, Mistrzejowice,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 10:30, 11:00, 13:00, 17:00, 19:00
dni powszednie: 6:30, 7:00, 7:30, 18:00
NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:
strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl
adres gazetki:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
W BLASKU MIŁOSIERDZIA
54/1054 – 7 grudnia 2025 r. C.
INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA

Adwent
II NIEDZIELA ADWENTU (rok A)
7 grudnia 2025 r.

Druga niedziela Adwentu często nazywana niedzielą pokoju, jest drugą niedzielą w okresie przygotowań do świąt Bożego Narodzenia. W tym czasie zapala się drugą, fioletową świecę na wieńcu adwentowym, która symbolizuje pokój. Niedziela ta jest również okazją do rozważań na temat posłuszeństwa i wiary, odzwierciedlając postać Maryi i jej odpowiedź na wolę Bożą.
Symbolika świecy: Druga świeca adwentowa, podobnie jak pierwsza, jest fioletowa i symbolizuje pokój. Często nazywa się ją "świecą betlejemską", przypominając o podróży Maryi i Józefa do Betlejem.
Tematyka duchowa: Niedziela ta skłania do refleksji nad posłuszeństwem i nieposłuszeństwem, kontrastując postawy biblijnych postaci takich jak Ewa i Maryja. Liturgia zachęca do odpowiedzi pełnej ufności i wiary, inspirowanej przykładem Maryi, która w ciszy swojego serca przyjęła wolę Bożą.
Znaczenie w życiu wspólnotowym: Druga niedziela adwentu to także czas jednoczenia się, budowania wspólnoty wiary i otwierania się na innych, co podkreśla znaczenie pokoju i odnowionych relacji.

Czytania:
Pierwsze czytanie: Iz 11,1–10
Psalm: Ps 72
Drugie czytanie: Rz 15,4–9
Ewangelia: Mt 3,1–12
Ewangelia:
Mt 3, 1-12 - Nawracajcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie
✠ Słowa Ewangelii według Świętego Mateusza
W owym czasie pojawił się Jan Chrzciciel i głosił na Pustyni Judzkiej te słowa: «Nawracajcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie». Do niego to odnosi się słowo proroka Izajasza, gdy mówi: «Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, dla Niego prostujcie ścieżki!»
Sam zaś Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a jego pokarmem były szarańcza i miód leśny. Wówczas ciągnęły do niego Jerozolima oraz cała Judea i cała okolica nad Jordanem. Przyjmowano od niego chrzest w rzece Jordanie, wyznając swoje grzechy.
A gdy widział, że przychodzi do chrztu wielu spośród faryzeuszów i saduceuszów, mówił im:
«Plemię żmijowe, kto wam pokazał, jak uciec przed nadchodzącym gniewem? Wydajcie więc godny owoc nawrócenia, a nie myślcie, że możecie sobie mówić: „Abrahama mamy za ojca”, bo powiadam wam, że z tych kamieni może Bóg wzbudzić dzieci Abrahamowi. Już siekiera jest przyłożona do korzenia drzew. Każde więc drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, zostaje wycięte i wrzucone w ogień.
Ja was chrzczę wodą dla nawrócenia; lecz Ten, który idzie za mną, mocniejszy jest ode mnie; ja nie jestem godzien nosić Mu sandałów. On was chrzcić będzie Duchem Świętym i ogniem. Ma On wiejadło w ręku i oczyści swój omłot: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym».
Komentarz do czytań:
Wiara bez uczynków jest martwa sama w sobie. Nawrócenie bez owocu nawrócenia nic nie znaczy. Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i wrzucone w ogień. Jezus wybrał nas, abyśmy szli i przynosili owoc trwały i obfity. On chrzci nas w Duchu Świętym i w ogniu, abyśmy obumarli dla siebie i żyli dla Niego. Kto żyje tylko dla siebie, będzie spalony w ogniu nieugaszonym.
Bóg nie sądzi z pozorów. Nie kieruje się powierzchowną opinią, nie bierze na serio pomówień. On wie wszystko. I jest sprawiedliwy... Ale też przygarnia człowieka; zawsze otwarty jest na nawrócenie. A my? Coś zamiast przygarniania siebie nawzajem mamy coraz częściej odpychanie, piętnowanie...
Patron dnia:
Święty Ambroży, biskup i doktor Kościoła
….. urodził się około 340 r. w Trewirze (Niemcy). Jego ojciec był namiestnikiem cesarskim, prefektem Galii.
Po śmierci ojca, gdy Ambroży miał zaledwie rok, wraz z matką i rodzeństwem przeniósł się do Rzymu. Tam uczęszczał do szkoły gramatyki i wymowy. Kształcił się równocześnie w prawie. O jego wykształceniu najlepiej świadczą pisma, które pozostawił. Po ukończeniu nauki założył własną szkołę.
Ambroży został mianowany przez cesarza namiestnikiem prowincji Ligurii-Emilii ze stolicą w Mediolanie. Ambroży pozostawał na tym stanowisku przez 3 lata (370-373). Zaledwie uporządkował prowincję i doprowadził do ładu jej finanse, został wybrany biskupem Mediolanu.
Wielką wagę przykładał do liturgii. Jego imieniem do dziś jest nazywany ryt, który miał spory wpływ na liturgię rzymską. Pozostawił po sobie liczne pisma moralno-ascetyczne i dogmatyczne oraz hymny - te weszły na stałe do liturgii. Bogatą spuściznę literacką stanowią przede wszystkim kazania, komentarze do Ewangelii św. Łukasza, mowy i 91 listów.
Pracowity żywot zakończył traktatem o dobrej śmierci. Zmarł 4 kwietnia 397 roku.

W dzisiejszym numerze
- Proste drogi
- Druga niedziela Adwentu
- Nie trwoń i nie kradnij zdrowia
- II niedziela Adwentu - Nawracajcie się!
- Adwentowi poszukiwacze pereł
- Narodzenie Jana Chrzciciela – Zachariasz – Jerozolima
- Dlaczego nie lamentuję na wieść o tym, że kardynał Ryś wyprowadza się z Łodzi
- Jak mówić małym dzieciom o świętym Mikołaju? Napisaliśmy bajkę, która ci w tym pomoże
- Na widok Ewy Adam zaczął się jąkać. Mężczyzna jest pierworodny, ale kobieta pierwsza
- To słowo właśnie zostało ogłoszone najbardziej toksycznym trendem 2025 roku
- Święci i błogosławieni w tygodniu

Proste drogi
Jest w Polsce słynny wyścig rowerowy. Nazywa się „Wisła 1200”. Zawodnicy mają do przejechania 1200 km od źródeł aż do ujścia naszej królowej rzek. Są tylko trzy warunki, aby otrzymać medal na mecie: trzeba to zrobić po wyznaczonej przez organizatora trasie, nie można korzystać z żadnej pomocy z zewnątrz oraz należy się zmieścić w limicie czasu, który wynosi 170 godzin. Dla wielu biorących udział w tym rowerowym maratonie jest to przede wszystkim ogromne wyzwanie fizyczne. Ostatnio trafiłem na relację o pewnej niewidomej kobiecie, która postanowiła, na tandemie, czyli z osobą prowadzącą, przejechać ten piekielnie trudny wyścig. Po wielu przygodach, zmianie przewodnika i przekroczeniu limitu czasu udało się jej dotrzeć do celu. I otrzymała medal od organizatorów, mimo że nie spełniła zakładanych warunków. Bardzo ujęła mnie ta historia, w której łzy bólu mieszają się ze łzami szczęścia.
Przypomniałem ją sobie, gdy czytałem dzisiejszą Ewangelię przeznaczoną na drugą niedzielę Adwentu. Tego szczególnego czasu w liturgii, gdy Kościół zaprasza nas, abyśmy się przyjrzeli, jak bardzo tęsknimy za Bogiem i jak bardzo chcemy za Nim podążać. Dziś słyszymy wezwanie wielkiego proroka Jana Chrzciciela: „Przygotujcie drogę Panu, dla Niego prostujcie ścieżki (…) nawracajcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie”. Bardzo mnie ujęła historia niewidomej kolarki i pomyślałem sobie, że jej zmaganie i chęć dotarcia do celu są świetnym przykładem dla nas, chrześcijan.
Czy mamy w sobie takie pragnienie, taką moc, żeby w ten sposób dążyć na spotkanie z Chrystusem? Żeby w naszej codzienności otwierać mu drzwi naszych serc? Żeby wyprostować drogi, żeby zobaczyć, co w naszym życiu domaga się nawrócenia, przemiany? Gdzie są miejsca i zakamarki, do których do tej pory jeszcze nie odważyliśmy się zaprosić naszego Zbawiciela. Tego, który przychodzi jak Słońce wschodzące z wysoka, żeby rozświetlić nasze ciemności, żeby dać nam nowy sposób widzenia, nowy sposób słuchania. Dziś możemy zadać sobie pytanie, czy jesteśmy gotowi na to, aby On przychodził i przemieniał nas swoim Duchem i rozpalał nas swoim ogniem.
Marcin Barański OP – „wdrodze.pl”

Druga niedziela Adwentu
To już druga niedziela naszego oczekiwania. Jednak w tym naszym oczekiwaniu nie chodzi o takie zwykłe czekanie, jak to dzieje się wówczas, gdy oczekujemy na autobus czy pociąg, gdy odliczamy dni do ważnego wydarzenia w naszym życiu czy czekamy na upragniony urlop, odpoczynek. Tego typu oczekiwanie często przepełnione jest niecierpliwością, napięciem, a czasem owiane codzienną rutyną. Adwentowe oczekiwanie jest zupełnie inne. Jest to oczekiwanie z nadzieją. Jest to oczekiwanie na Boga, który przychodzi, by odnowić nasze życie, który chce wprowadzić w ciemności naszego życia światło, a tam, gdzie panuje chaos – wnieść pokój.
Dlatego dzisiejsza Liturgia Słowa pragnie nam ukazać trzy ważne wymiary naszego oczekiwania, naszego przygotowania na przyjęcie Boga, który przychodzi. Chce ukazać nam nadzieję, która rodzi się wtedy, gdy wydaje się, że już nic nie może się odrodzić; przypomnieć o nawróceniu, które zmienia kierunek naszego życia i pozwala nam przyjąć Bożą obecność; oraz pokój, który może zapanować w naszych sercach i w relacjach z innymi, gdy pozwolimy Bogu działać w naszym życiu.
Chciejmy więc przyjrzeć się dzisiejszym czytaniom biblijnym i zobaczyć drogę, jaką na ten drugi tydzień Adwentu wyznacza nam Bóg.
W dzisiejszym pierwszym czytaniu słyszeliśmy: „Wyrośnie różdżka z pnia Jessego, wypuści odrośl z jego korzeni” (Iz 11,1). Prorok Izajasz mówi dziś o gałązce, która wyrasta ze starego, ściętego pnia. Jest to niezwykły obraz. Obraz, który ukazuje, że tam, gdzie po ludzku nie ma życia, Bóg potrafi stworzyć coś nowego. I, drodzy, wielu z nas może doskonale odnaleźć się w tym obrazie. Przecież niejednokrotnie w naszym życiu czujemy się jak ten uschły pień. Jesteśmy zmęczeni, zniechęceni, rozczarowani tym, co spotkało nas w życiu. Czasem tracimy nadzieję, że w naszym życiu coś się zmieni, że może wydarzyć się jeszcze coś dobrego.
I właśnie do nas, którzy tracimy nadzieję, Bóg pragnie przemówić: „Nie trać nadziei!” (por. Ps 27,14). Ja potrafię obudzić życie tam, gdzie ty widzisz koniec. Adwent to właśnie taki czas nadziei. Nie tylko patrzymy w przyszłość z tęsknotą, ale uczymy się wierzyć, że Bóg działa w naszym „dziś”. Uczymy się wierzyć, że Bóg może odmienić nasze serce, nasze relacje, nasze życie. Z uschłego pnia może wyrosnąć coś pięknego, jeśli tylko pozwolimy Bogu działać.
W dzisiejszej Ewangelii staje przed nami Jan Chrzciciel. Staje on na pustyni jako człowiek prosty, żyjący w surowy sposób, a z drugiej strony jawi się nam jako człowiek wielkiej odwagi. Nie przyszedł, by prawić ludziom komplementy, ale by ukazać prawdę, która poruszy ich serca. Dlatego też woła: „Nawracajcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie!” (Mt 3,2) oraz „Przygotujcie drogę Panu, prostujcie dla Niego ścieżki!” (Mt 3,3 / Iz 40,3).
Trzeba nam jednak uświadomić sobie, że w tym wołaniu, w wezwaniu do nawrócenia, nie chodzi o coś smutnego. Nie chodzi o to, by zacząć teraz bić się w pierś i mieć jedynie poczucie winy. Nawrócenie, o którym mówi nam Jan Chrzciciel, to zmiana kierunku; to moment, w którym człowiek odkrywa, że droga, którą wybrał, nie jest właściwa, i postanawia zawrócić (por. Mt 3,8).
W Adwencie chodzi bowiem o to, by zrobić miejsce w swoim sercu dla Boga. Chodzi o to, by usunąć wszystko, co Go zasłania: wszelki gniew, brak przebaczenia, lenistwo duchowe, złość, pośpiech, który ze wszech stron nas ogarnia. Dlatego niech tegoroczny Adwent będzie dla nas okazją do spowiedzi, do pojednania, do podjęcia decyzji, że chcę żyć bliżej Boga (por. Jk 4,8).
Izajasz w pierwszym czytaniu namalował nam jeszcze jeden obraz: „Wtedy wilk zamieszka wraz z barankiem, pantera z koźlęciem razem leżeć będą, cielę i lew paść się będą pospołu i mały chłopiec będzie je poganiał. Krowa i niedźwiedzica przestawać będą z sobą przyjaźnie, młode ich razem będą legały. Lew też jak wół będzie jadał słomę. Niemowlę igrać będzie na gnieździe kobry, dziecko włoży swą rękę do kryjówki żmii” (Iz 11,6-8).
To obraz świata przemienionego przez Boga. Świata, w którym nie ma przemocy, świata, w którym nie ma nienawiści, świata, w którym nie ma lęku. Czy nie chcielibyśmy żyć w takim świecie? Taki pokój nie rodzi się z ludzkich układów, ale z serca, które pozwoliło Bogu działać. Kiedy człowiek pozwala Bogu wejść w swoje życie, wtedy zmienia się także jego spojrzenie na innych. Człowiek zaczyna przebaczać, zaczyna rozumieć, przestaje oceniać (por. Ef 4,32). To jest prawdziwy cud Adwentu: pokój, który zaczyna się w sercu człowieka.
I właśnie święty Paweł w dzisiejszym drugim czytaniu przypomina nam, że „Chrystus stał się sługą… aby pogodzić wszystkich” (por. Rz 15,8-9) oraz że Bóg pragnie, „abyście jednymi ustami wielbili Boga” (Rz 15,6). A więc prawdziwy Adwent to także czas budowania jedności – w rodzinie, w parafii, w sąsiedztwie. Niech w tym czasie będzie mniej narzekania, a więcej dobrych słów; mniej oceniania, a więcej życzliwości. Bo wtedy naprawdę przygotowujemy się na przyjście Księcia Pokoju (por. Iz 9,5).
Drodzy, wszystko, o czym mówi Izajasz i Jan Chrzciciel, spełniło się w Jezusie. To On jest tą różdżką z pnia Jessego, która przynosi nowe życie (por. Iz 11,1). To On jest Tym, który daje nam moc, byśmy stawali się nowymi ludźmi (2 Kor 5,17). To On jest Tym, który przynosi pokój tam, gdzie jest niezgoda (J 14,27). Adwent przypomina nam, że Jezus nie przyszedł tylko kiedyś, w Betlejem. On przychodzi teraz. Przychodzi w Słowie (Hbr 4,12), przychodzi w Eucharystii (J 6,51), przychodzi w drugim człowieku (Mt 25,40), ale także przychodzi w cichym poruszeniu serca (1 Krl 19,12). Naszym zadaniem jest rozpoznać Go i przygotować dla Niego miejsce (Ap 3,20).
Niech więc ten Adwent będzie naprawdę czasem nadziei, nawrócenia i pokoju. Bo Chrystus przychodzi nie tylko po to, by narodzić się w Betlejem, ale po to, by narodzić się w nas (por. Ga 4,19).
o. Rafał Nowak CSsR – „redemptor.pl”

sammisreachers z Pixabay Droga ku śmierci
Nie trwoń i nie kradnij zdrowia
Gdy zapala się rezerwa, samochód niebawem stanie. Jeśli wyczerpiemy wszystkie zapasy zdrowia, skończy się życie.
Z cyklu "Jak żyć, by podobać się Bogu" na kanwie KKK 2288-2291
„Nie zabijaj” nie znaczy tylko „nie pozbawiaj biologicznego życia”. Można też – w przenośni oczywiście – zabić duszę człowieka. O zgorszeniu, które może zabić duszę, mowa była w poprzednim ostatnim odcinku. Dziś pora skonstatować, że istnieje cały szereg możliwości zabierania człowiekowi życia po kawałku. Zarówno gdy chodzi o sferę cielesną, jak i duchową. I jednemu z aspektów takiej sytuacji – kwestii poszanowania zdrowia człowieka – poświęcony jest ten odcinek naszych korepetycji.
więcej »
Cenne, ale nie najcenniejsze
Co jest zdrowiem? Co jest chorobą? Choć zasadniczo nie mamy większych kłopotów z ich rozróżnieniem, pewną trudność mogą sprawiać sytuacje z pogranicza jednego i drugiego. Ot, choćby sprawność fizyczna osób w zaawansowanym wieku: trudno wysyłać do lekarza sześćdziesięciolatka, który nie potrafi przebiec 100 metrów w 20 sekund. Jeszcze trudniej uchwycić różnice między zdrowiem a chorobą w sferze psychiki. Dlatego w podejściu do kwestii troski o zdrowie trzeba użyć co najmniej dwóch z czterech cnót kardynalnych: roztropności i umiarkowania. Inaczej nieuchronnie będziemy zmierzali w kierunku konstatacji, że samo życie jest niezdrowe i czego by człowiek nie zrobił – będzie grzechem. Nie ukrywam, że chodzi mi tu głównie o różnorakie doniesienia na temat zdrowego i niezdrowego odżywiania się, uprawiania sportów i szkodliwości braku ruchu, tudzież o postawę hipochondryków, którzy uważają, że na każdą, najdrobniejszą nawet dolegliwość trzeba użyć lekarstwa, bo inaczej człowiek zaniedbuje zdrowie.
To chyba właśnie dlatego autorzy Katechizmu Kościoła Katolickiego, przypominając, że „życie i zdrowie fizyczne są cennymi dobrami powierzonymi nam przez Boga”, stwierdzili, że „mamy się o nie rozsądnie troszczyć, uwzględniając potrzeby drugiego człowieka i dobra wspólnego”. Nie tylko więc mamy się troszczyć o własne zdrowie, ale jakoś też o zdrowie innych. Ot, taka kwestia palenia w piecu śmieciami. Najważniejsze jednak: mamy się troszczyć rozsądnie. Trzeba w tym zachować roztropny umiar i nie twierdzić, że kto nie stosuje się do najnowszych zaleceń dietetyków (ciągle się zmieniających), za mało się rusza albo przy katarze nie idzie do lekarza, popełnia zaraz grzech przeciwko własnemu zdrowiu. Życie z natury swojej zdrowe nie jest; człowiek ciągle jest narażony na działanie mniej lub bardziej szkodliwych czynników. Ale musi jakoś żyć, a nie tylko zabiegać o zdrowie. Zresztą, jak pokazuje historia z higieną i alergiami – można tak troszczyć się o zdrowie, że wręcz mu zaszkodzić.
Słaby i chory też człowiek
Chodzi więc o roztropne umiarkowanie. Bo – jak czytamy w Katechizmie 2289 – „chociaż moralność wzywa do poszanowania życia fizycznego, nie czyni z niego wartości absolutnej. Sprzeciwia się ona koncepcji neopogańskiej, która zmierza do popierania kultu ciała, do poświęcania mu wszystkiego, do bałwochwalczego stosunku do sprawności fizycznej i sukcesu sportowego”.
Troska o zdrowie – jak najbardziej. Uwielbienie dla zdrowia, kult ciała – już nie. Zresztą taki kult prowadzić nieraz może do przekonania, że życie człowieka słabego, chorego, niedołężnego nie przedstawia już większej wartości (KKK 2289). I trudno nie zauważyć, że wcale nierzadko tak dziś bywa: świat rozmiłowany jest w wyczynie, rekordach, sukcesie, a często pogardza życiem słabym i lichym aż do uznania, że takie życie w ogóle niewarte jest życia.
Zdrowie to nie tylko kwestia troski samego zainteresowanego. O zdrowie człowieka, w granicach rozsądku oczywiście, troszczyć się powinno także społeczeństwo. „Troska o zdrowie obywateli wymaga pomocy ze strony społeczeństwa w celu zapewnienia warunków życiowych, które pozwalają wzrastać i osiągać dojrzałość” – czytamy w KKK 2288. I wymieniono, o co konkretnie chodzi. „Należą do nich (tych warunków): pożywienie i ubranie, mieszkanie, świadczenia zdrowotne, elementarne wykształcenie, zatrudnienie, pomoc społeczna”.
Ciekawe i znaczące zestawienie podstawowych potrzeb człowieka. Oczywiście wiele w realizacji tych postulatów zależeć będzie od zamożności społeczeństwa. Ochrona zdrowia to właściwie zawsze worek bez dna. Kiedy uczymy się leczyć jedne choroby, przychodzą inne. Kiedy stać nas na opiekę na jakimś tam poziomie, zaraz pojawia się oczekiwanie, że społeczeństwo sfinansuje także bardziej kosztowne terapie. Generalnie chodzi zaś tylko o to, by w chorobie członek tego społeczeństwa mógł liczyć na więcej, niż tylko na podstawową opiekę ze strony najbliższych. Na taką opiekę, jaką społeczeństwo może mu zapewnić.
Co szkodzi zdrowiu?
A co, prócz tłustego jedzenia rzecz jasna (żart!), szkodzi zdrowiu? W Katechizmie zwrócono ogólnie uwagę na „unikanie nadużyć dotyczących pożywienia”. Obżarstwo nie przestało być grzechem, jedzenie czegoś, co ewidentnie szkodzi czy szkodzić może (czego to ludzie dla bycia oryginalnym nie wezmą do ust!) - też. Przede wszystkim jednak zwrócono uwagę na nadużycia związane z używaniem alkoholu, tytoniu, leków i narkotyków.
Leki – wiadomo. Miewają skutki uboczne. Używanie ich bez wskazań natury medycznej jest zupełnie niepotrzebnym narażaniem na szwank własnego zdrowia. Papierosy, w tym dziś także e-papierosy... Nie ma wątpliwości, że palenie szkodzi. Na pewno nie jest jednak tak, że każde zapalenie papierosa przez dorosłą osobę to już grzech. Ale trzeba jednak wziąć pod uwagę to, że palone w większych ilościach nie są obojętne dla zdrowia zarówno samego palacza, jak i jego otoczenia. O nieprzyjemnym smrodzie, który musi znosić otoczenie palacza, już nie mówiąc.
Alkohol... Podobno szkodzi zdrowiu w każdych ilościach. Ale że teologia moralna zaleca w ocenie tych spraw umiar, nie trzeba demonizować wypicia każdego kieliszka. Z perspektywy teologii moralnej alkohol szkodzi, gdy pije się go zbyt wiele. To znaczy zbyt często (prowadzi do alkoholizmu) albo za dużo na raz (prowadzi do upicia się).
Najsurowiej autorzy Katechizmu traktują używanie narkotyków. Nie ma tu już mowy o grzechu nadużycia, ale samego – poza wskazaniami lekarskimi – użycia. „Wyrządza (ono) bardzo poważne szkody zdrowiu i życiu ludzkiemu. Jest ciężkim wykroczeniem, chyba że wynika ze wskazań ściśle lekarskich. Nielegalna produkcja i przemyt narkotyków – dodajmy, także handel nimi – są działaniami gorszącymi; stanowią one bezpośredni współudział w działaniach głęboko sprzecznych z prawem moralnym, ponieważ skłaniają do nich”.
Koniecznie trzeba jeszcze zwrócić uwagę na fakt, że nadużywając czy używając wymienionych wyżej substancji człowiek szkodzi nie tylko sobie, ale i otoczeniu. W przypadku papierosów chodzi „tylko” o szkodliwy, przenikający wszystko dym. W przypadku alkoholu i narkotyków, substancji zdecydowanie wpływających na świadomość człowieka, dochodzi jeszcze to zło, które pod ich wpływem się dzieje. Spowodowana nałogiem dezorganizacja życia najbliższych, awantury, bicie, okradanie rodziny... Autorzy Katechizmu zwrócili jednak uwagę tylko na jeden bardzo poważny aspekt sprawy – zagrożenie, jakim jest prowadzenie po użyciu alkoholu – oczywistym jest, że i pod wpływem narkotyków – pojazdów mechanicznych. „Ci, którzy w stanie nietrzeźwym lub na skutek nadmiernego upodobania do szybkości zagrażają bezpieczeństwu drugiego człowieka i swemu własnemu – na drogach, na morzu lub w powietrzu – ponoszą poważną winę” – czytamy w KKK 2290.
Bez „adrenalinizmu”
No właśnie. Wkraczamy tu już na inny obszar zagrożeń dla zdrowia czy życia człowieka, ledwie przez autorów Katechizmu zasygnalizowanych: zagrożeń wynikających z ludzkiej lekkomyślności czy wręcz bezmyślności. Temat – rzeka. Zostawmy „powietrze i wodę”, bo większości z nas to nie dotyczy, ale „na drogach” – już jak najbardziej. Autorzy Katechizmu wspomnieli „upodobanie do szybkości”. Spokojnie można w tym miejscu zwrócić też uwagę na inne, niezwiązane z prędkością, niebezpieczne zachowania kierowców. Nie każde złamanie przepisów ruchu drogowego jest oczywiście zaraz zagrożeniem dla czyjegoś zdrowia czy życia. Ot, zaparkowanie na trawniku raczej nikogo do uszczerbku na zdrowiu nie doprowadzi. Ale trzeba powiedzieć, że lista grzechów może być długa: wyprzedzanie mimo braku widoczności (górka, zakręt), wymuszanie pierwszeństwa, zajeżdżanie drogi....
Warto zauważyć też inne postawy lekceważenia zdrowia i życia bliźnich: nieudzielenie pomocy choremu, lekceważenie zasad bezpieczeństwa w pracy – zarówno przez pracowników, jak i pracodawców – czy inne, zbyt ryzykowne zachowania. Można by tu wkroczyć na pole dyskusji o moralności uprawiania niektórych sportów. W przypadku większości będzie to „tylko” pytanie o nadużycie, jakim jest stosowanie środków dopingujących. Często mocno szkodzących zdrowiu. Tu ocena moralna jest chyba jednoznaczna. Można jednak zapytać też o „sportowe bijatyki”, zwłaszcza te, w których często dochodzi nie do zwykłych, przypadkowych kontuzji, ale uszkodzeń ciała, nieraz bardzo poważnych, spowodowanych walką.
Albo pytanie o „sporty ekstremalne”. Nie sposób nie zauważyć, że mogą się wiązać z nimi sytuacje, w których ktoś niepotrzebnie podejmuje ryzyko stanowczo zbyt wielkie. Jasne, sporty ekstremalne to zawsze kalkulacja ryzyka i doświadczenia. Mówiąc obrazowo: co innego, gdybym to ja chciał prowadzić helikopter, co innego, gdy robi to wyszkolony pilot. Ale niektóre działania nawet przez mających wielkie doświadczenie w danej dyscyplinie, są uważane za zbyt ryzykowne. Jan Paweł II wspinaczkę górską nazwał kiedyś najbardziej królewskim ze sportów. Dziś, gdy coraz częściej słyszymy o lekceważeniu życia partnerów, o parciu na szczyt mimo obiektywnie wielkiego ryzyka, pytanie o moralność niektórych zachowań warto chyba zadać jeszcze raz.
Mówiąc o zagrożeniu zdrowia trzeba zauważyć jeszcze jeden, odnotowywany zazwyczaj przy okazji VII przykazania temat: korzystanie ze środowiska naturalnego. Wspomniane palenie w piecu śmieciami jest jednym z przykładów braku odpowiedzialności za zdrowie swoje i bliźnich. Można się zastanawiać, na ile zrobienie czegoś takiego od czasu do czasu jest groźne, ale nie sposób nie zauważyć, że stała taka praktyka na pewno jest dla zdrowia niebezpieczna. Podobnie jest z zatruwaniem gleby czy wody. Zwłaszcza gdy chodzi o zatruwanie na większą skalę, przez przemysł: czy to konieczne, czy wynika z „oszczędności”, bo tak jest taniej? Pytanie ważne zwłaszcza w sytuacji, gdy bogata Północ naszego globu lokuje uciążliwe dla środowiska zakłady na ubogim Południu, mało albo wcale nie dbając o ograniczenie emisji toksycznych substancji... To problem ważny nie tylko z perspektywy nadmiernego korzystania ze środowiska przez jednych ze szkodą dla drugich (VII przykazanie), ale wprost dotyczący realizacji V przykazania...
Jak napisałem – temat rzeka. Trudno go wyczerpać w średniej długości artykule. Ale ważne, żeby takie problemy z ochroną zdrowia własnego i bliźnich widzieć.
W tym miejscu powinienem napisać o poszanowaniu osoby i badaniach naukowych. Ale że dzisiejszy odcinek już jest i tak dość długi, zostawmy ten temat na kolejny raz. Na następnej stronie o tym, jak sprawy poruszone w tym artykule przedstawiono w Katechizmie Kościoła Katolickiego.
Poszanowanie zdrowia
2288 Życie i zdrowie fizyczne są cennymi dobrami powierzonymi nam przez Boga. Mamy się o nie rozsądnie troszczyć, uwzględniając potrzeby drugiego człowieka i dobra wspólnego.
Troska o zdrowie obywateli wymaga pomocy ze strony społeczeństwa w celu zapewnienia warunków życiowych, które pozwalają wzrastać i osiągać dojrzałość. Należą do nich: pożywienie i ubranie, mieszkanie, świadczenia zdrowotne, elementarne wykształcenie, zatrudnienie, pomoc społeczna.
2289 Chociaż moralność wzywa do poszanowania życia fizycznego, nie czyni z niego wartości absolutnej. Sprzeciwia się ona koncepcji neopogańskiej, która zmierza do popierania kultu ciała, do poświęcania mu wszystkiego, do bałwochwalczego stosunku do sprawności fizycznej i sukcesu sportowego. Z powodu selektywnego wyboru, jakiego dokonuje między silnymi a słabymi, koncepcja ta może prowadzić do wypaczenia stosunków międzyludzkich.
2290 Cnota umiarkowania uzdalnia do unikania wszelkiego rodzaju nadużyć dotyczących pożywienia, alkoholu, tytoniu i leków. Ci, którzy w stanie nietrzeźwym lub na skutek nadmiernego upodobania do szybkości zagrażają bezpieczeństwu drugiego człowieka i swemu własnemu - na drogach, na morzu lub w powietrzu - ponoszą poważną winę.
2291 Używanie narkotyków wyrządza bardzo poważne szkody zdrowiu i życiu ludzkiemu. Jest ciężkim wykroczeniem, chyba że wynika ze wskazań ściśle lekarskich. Nielegalna produkcja i przemyt narkotyków są działaniami gorszącymi; stanowią one bezpośredni współudział w działaniach głęboko sprzecznych z prawem moralnym, ponieważ skłaniają do nich.
AJM – „wiara.pl”

II niedziela Adwentu - Nawracajcie się!
Dość powszechnie przyjmuje się wśród egzegetów podział Ewangelii Mateusza na siedem części, z których pierwsza i ostatnia to odpowiednio tzw. Ewangelii dzieciństwa (1-2) i opis męki i zmartwychwstania Chrystusa (26-28). Pozostała treść Mt dzieli się w sposób wyraźny na pięć części, z których każda składa się obszernej mowy Jezusa, poprzedzonej tzw. sekcją narracyjną tj. opowiadaniem o czynach Jezusa. Mateusz komponuje więc swoje dzieło jako „pięcioksiąg”, podkreślając w ten sposób, że Jezus jest Nowym Mojżeszem, który objawia Izraelowi nową Torę – Prawo Nowego Przymierza i wprowadza go do nowej Ziemi obiecanej – królestwa niebieskiego.
Analizowana perykopa otwiera pierwszą z pięciu „ksiąg” Mt: opisuje ona wystąpienie Jana, który przygotowuje drogę Mesjaszowi (rozdz. 3) oraz inaugurację publicznej działalności Jezusa, który po swoim chrzcie i czterdziestodniowym poście zaczyna głosić Dobrą Nowinę i uzdrawiać a także powołuje pierwszych uczniów (rozdz. 4). Uroczystą proklamacją królestwa niebieskiego jest Kazanie na Górze (5-7).
Jan Chrzciciel – główna postać całego trzeciego rozdziału Mt – jest oddany bez reszty głoszeniu nadchodzącego Chrystusa: słowami dawnych proroków wzywa do wyjścia z niewoli grzechu (3,3), udziela chrztu nawrócenia, będącego jedynie zapowiedzią chrztu w Duchu Świętym, który przyniesie Mesjasz (3,11), a gdy w wodach Jordanu zstępuje na Jezusa Duch Święty – ustępuje Mu miejsca. Dopełnieniem misji Jana będzie już tylko więzienie i męczeńska śmierć (4,12; 14,1nn). „Głos” milknie, gdy objawia się Słowo. Jan jest heroldem nadchodzącego Mesjasza, wzorem chrześcijańskiego misjonarza.
Perykopa o wystąpieniu Jana dzieli się na dwa segmenty. W pierwszej mamy sumaryczny opis jego działalności (3,1-6): głoszenie pełnym mocy słowem (ww. 1-3) i sposobem życia (w.4) staje się niezwykle skuteczne ‑ mieszkańcy Judei masowo przybywają, aby go słuchać i przyjąć chrzest na znak nawrócenia (ww. 5-6).
Segment drugi (3,7-12) to streszczenie kazania skierowanego do żydowskich elit religijnych: faryzeuszów i saduceuszów. W pierwszej jego części Jan w sposób surowy, wręcz brutalny, diagnozuje kondycję duchową pobożnych żydów wskazując, że i oni potrzebują głębokiego nawrócenia (ww. 7-10), w drugiej zaś zapowiada bliskie nadejście Mocniejszego, który będzie zanurzał w Duchu Świętym i który dokona sądu nad Izraelem (ww. 11-12).
Egzegeza
W owym czasie wystąpił Jan Chrzciciel i głosił na Pustyni Judzkiej te słowa: 2 «Nawróćcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie».
Mateusz w przeciwieństwie do Łukasza nie określa „współrzędnych” historycznych wystąpienia Jana Chrzciciela (por. Łk 3,1nn), dlatego wyrażenie w owym czasie ma sens nie tyle kronikarski, co teologiczny: wskazuje ono, że nadeszły dni ostateczne, zapowiadany przez proroków czas zbawczej interwencji Boga w świecie (por. Jr 3,18; 50,4; Za 8,23).
Jan przedstawiony jest jako kēryx – herold obwieszczający w imieniu władcy, z mocą i autorytetem orędzie, które domaga się posłuszeństwa i wykonania. To naglące, uroczyste wezwanie Mt wyraża się w jednym imperatywie: metanoeite – nawracajcie się, dosłownie: zmieńcie wasze myślenie i życie! Dlaczego? Ponieważ nadchodzi królowanie Boga, Jego zbawcza ingerencja jest już bardzo blisko! Nowość i niezwykłość nadchodzącej łaski Boga wymaga wielkiej duchowej i moralnej mobilizacji, by być gotowym na przyjęcie zbawienia. Forma gramatyczna wspomnianego imperatywu (czas teraźniejszy) wskazuje, że to nawrócenie nie ma być jednorazowym zrywem, „słomianym ogniem”, ale procesem trwającym długo, nieustannie.
Miejscem, w którym Jan głosi kerygmat, jest pustynia określona bardzo ogólnie, bez podawania konkretnej miejscowości. Mateusz nie zajmuje się szczegółami historycznymi, lecz chce skupić uwagę czytelnika na teologicznym wymiarze tego miejsca. Pustynia przypomina czas wędrówki Izraela po wyjściu z niewoli, zarówno tej pierwszej – egipskiej, jak i tej drugiej – babilońskiej. To na pustyni Bóg przemawiał do serca swego ludu, uczył go posłuszeństwa i wierności, związał się z nim przymierzem, by następnie wprowadzić go przez wody Jordanu do ziemi obietnic, dać mu doświadczenie zbawienia i obfitości swoich darów (por. Joz 24,1-24; Oz 2,16-25). Tamte wydarzenia zapowiadały definitywne wyzwolenie z niewoli grzechu i diabła, oraz nowe Przymierze, które teraz właśnie ma się dokonać!
Do niego to odnosi się słowo proroka Izajasza, gdy mówi: Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, dla Niego prostujcie ścieżki!
Mateusz przywołuje tu tekst Iz 40,3, który przypomina czasy powrotu wygnańców judzkich z Babilonu do Jeruzalem. Prorok wzywał lud do wędrówki przez pustynię, obiecując, że sam Bóg będzie szedł z nim. Zapowiedź ta wypełnia się definitywnie w Jezusie, który przychodzi jako Pan i Zbawiciel, by wyprowadzić swój lud na wolność. Jan jest Głosem budzącym Izraela w godzinie nadejścia Mesjasza.
Użyty tu czasownik boao znaczy wołać, wręcz krzyczeć (Jjoz 6,10; Jk 5,4; . Jego głoszenie było więc pełne pasji i donośne, docierające do uszu nawet jerozolimskich dostojników, którzy woleliby pozostać głusi na głos proroka.
Sam zaś Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a jego pokarmem była szarańcza i miód leśny.
Strój Jana był prosty i surowy, typowy dla ludzi pustyni. Taki sam strój nosił prorok Eliasz (por. 2Krl 1,8) żyjący na pustyni i walczący z bałwochwalstwem w Izraelu w czasach przed niewolą asyryjską i babilońską. Był to zatem symbol misji proroka i równocześnie losu proroka, który żyje w skrajnie trudnych warunkach i w ciągłym zagrożeniu życia (por. Hbr 11,37-38).
Jan odżywiał się w sposób typowy dla ludzi żyjących w skrajnym ubóstwie. Na wzór starożytnych nazirejczyków nie używał wina (Łk 1,15). Miód dzikich pszczół i szarańcza były spożywane również przez esseńczyków, którzy na Pustyni Judzkiej tworzyli wspólnoty troszczące się szczególnie o zachowanie moralnej i rytualnej czystości według Prawa Mojżeszowego.
Jan Chrzciciel głosił więc zwoje orędzie nie tylko słowami, ale i sposobem życia, pełnym czystości i surowej prostoty.
Wówczas ciągnęły do niego Jerozolima oraz cała Judea i cała okolica nad Jordanem.
Przepowiadanie Jana było nadzwyczaj skuteczne, co potwierdzają Ewangelie, a także źródła pozabiblijne, jak pisma Józefa Flawiusza. Wywołało ono poruszenie nie tylko wśród prostego „ludu ziemi”, ale także w szeregach jerozolimskiej arystokracji związanej z rodami kapłańskimi (saduceusze) oraz wśród faryzeuszów słynących z gorliwego zachowywania Tory. Do Jana przychodzili celnicy pozostający w służbie rzymskiej, a nawet żołnierze, prawdopodobnie ze straży świątynnej (por. Łk 3,12-14). Co więcej, Janowe głoszenie odbiło się mocnym echem na dworze marionetkowego króla, Heroda Antypasa, zwłaszcza gdy Jan wielokrotnie, publicznie napiętnował jego niemoralny związek z bratową (Mt 14,4).
Przyjmowano od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając przy tym swe grzechy.
Chrzest polegał na zanurzeniu (gr. baptisma) w rzece na znak nawrócenia i obmycia z grzechów. Był to obrzęd charakterystyczny dla prozelitów nawracających się z pogaństwa na judaizm. Stąd płynie wniosek, że Jan Chrzciciel głosząc żydom chrzest nawrócenia, traktuje ich na równi z poganami. Jedni i drudzy potrzebują odpuszczenia grzechów i odnowy życia w Duchu Świętym, której dawcą jest Chrystus (por. Rz 3,21-26).
A gdy widział, że przychodzi do chrztu wielu spośród faryzeuszów i saduceuszów, mówił im: «Plemię żmijowe, kto wam pokazał, jak uciec przed nadchodzącym gniewem?
Faryzeusze (hebr. perušim – „oddzieleni” od grzeszników) byli bractwem religijnym, którego cechą charakterystyczną było rygorystyczne przestrzeganie Prawa oraz ustnej tradycji przodków, zwłaszcza w dziedzinie czystości rytualnej i szabatu. Saduceusze (od imienia arcykapłana Sadoka - 2Sm 15,24-36) byli z kolei stronnictwem arystokratycznym, związanym ze środowiskiem kapłańskim i dworem królewskim. Odrzucali autorytet proroków, którzy nieraz występowali przeciwko jerozolimskiej hierarchii; nie przyjmowali też prawdy w zmartwychwstanie i sąd. Środowisko to przestało istnieć wraz ze zburzeniem Świątyni w roku 70 po Chr.
Znaczne różnice w dziedzinie doktryny i praktyk religijnych doprowadzały często do sporów między faryzeuszami a saduceuszami (por. Dz 23,8nn).
Sformułowanie „do chrztu” (epi to baptisma) jest dwuznaczne, gdyż można je tłumaczyć również w sensie: „przeciw chrztowi”. Możliwe, że jedni rzeczywiście szczerze przyjmowali chrzest, inni zaś – zaniepokojeni nowością i radykalizmem nauk Jana – przychodzili, aby mu się sprzeciwić, co czyniłoby zrozumiałym gwałtowny ton Janowej wypowiedzi. Z pewnością Jan, podobnie jak później sam Jezus, miał wśród wpływowych żydów wielu wrogów, którzy odrzucali jego działalność i twierdzili, że jest opętany (por. Łk 7,30; Mt 21,23-26).
Słowa Jana są niezwykle ostre. Żmija czy wąż to zwierzę nieczyste, identyfikowane z szatanem (por. Ap 12,9; 20,2), dlatego określenie „potomstwo żmij” może zostać zrozumiane jako „potomstwo diabła” (por. J 8,44). Inwektywa ta stoi więc w jaskrawym kontraście z określeniem „potomstwo Abrahama”, które żydzi chętnie stosowali do siebie (por. w. 8; J 8,33). Jest to słowo-bicz, które ma rozbić w adresatach przekonanie o własnej nieskazitelności i wywołać skruchę serca, albo… bunt.
Wydajcie więc godny owoc nawrócenia, 9 a nie myślcie, że możecie sobie mówić: "Abrahama mamy za ojca", bo powiadam wam, że z tych kamieni może Bóg wzbudzić dzieci Abrahamowi.
Jan Chrzciciel wzywa do nawrócenia polegającego najpierw na zmianie w sposobie myślenia (metanoein – dosł. zmienić umysł), a w konsekwencji – na zmianie sposobu postępowania. Owoce nawrócenia to konkretne uczynki nie polegające bynajmniej na drobiazgowym rytualizmie i czysto zewnętrznej dewocji (Mt 6,1-18; 23,1-39), ale na prawdziwej przemianie serca zgodnej z interpretacją Prawa, którą przyniesie Izraelowi Jezus (5,17-48) i wynikającej z posłuszeństwa Duchowi Świętemu, którego Jezus będzie udzielał wierzącym w Jego słowo. Ostatecznie to Duch Święty mieszkający w człowieku zrodzi w nim ów upragniony przez Boga owoc, nowe czyny na miarę nowego stworzenia: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie (Ga 5,22-23).
Prorok burzy w swoich słuchaczach pewność zbawienia opartą na samej tylko przynależności do potomstwa Abrahama. W judaizmie dość powszechny był pogląd, że członkowie narodu wybranego będą ocaleni w dniu sądu niezależnie od postępowania.
Chrzciciel wskazując na kamienie nad Jordanem czyni być może aluzję do dwunastu kamieni, które ustawił Jozue w rzece na pamiątkę wkroczenia do Ziemi Obiecanej Izraela oczyszczonego z niewierności w czasie wędrówki po pustyni. Jan wzywa naród wybrany do tego, by stanął przed Bogiem jako odnowiona przez pokutę, wierna Bogu i Przymierzu wspólnota.
Ojcowie Kościoła widzieli w tym tekście również zapowiedź zbawienia pogan, wchodzących do ludu Bożego w miejsce żydów, którzy odmówili Bogu wierności: Ci, którzy mieli serce kamienne, stali się dziećmi Abrahama (św. Ignacy z Antiochii).
Już siekiera do korzenia drzew jest przyłożona. Każde więc drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone.
Karczowanie i spalenie uschłych drzew to w ST obraz sądu Bożego (Iz 10,33). Prorok przekazuje pewnym siebie, lecz ślepym duchowo dostojnikom religijnym Bożą wizję obecnego czasu: ci, pewni siebie sędziowie Izraela sami zostaną osądzeni i odrzuceni, i to w bardzo krótkim czasie. Jezus również będzie ostrzegał przed fałszywymi prorokami, którzy nie rodzą dobrego owocu, lecz popełniają nieprawość: zostaną wycięci i wrzuceni w ogień (Mt 7,15-23).
Ja was chrzczę wodą dla nawrócenia; lecz Ten, który idzie za mną, mocniejszy jest ode mnie; ja nie jestem godzien nosić Mu sandałów. On was chrzcić będzie Duchem Świętym i ogniem.
Jan wyraźne stwierdza, że jego chrzest „dla nawrócenia” jest jedynie wyrazem skruchy i otwarcia się na prawdziwy chrzest – w Duchu Świętym i ogniu, który przyniesie Mesjasz. Prorocy zapowiadali oczyszczenie Izraela przez ogień i dar Ducha (Iz 4,4-6; Ml 3,1-3), by uczynić zeń doskonały lud Boga. W kontekście całej Janowej ogień jest nie tyle symbolem Ducha, jak w Dz 2,3, co obrazem sądu i zagłady tych, którzy odrzucają nawrócenie i chrzest w Duchu.
Zagadkowa wypowiedź o sandałach nadchodzącego Mesjasza bywa różnie wyjaśniana, najczęściej jako obraz nieporównywalnej wyższości Tego, który nadchodzi nad Janem jako Jego prekursorem. W świetle tekstów ST można jednak odczytać w tym symbolu jeszcze głębszą treść. Czasownik bastadzo znaczy nosić lub zdejmować. Mamy tu aluzję do izraelskiego prawa lewiratu, które nakazywało najbliższemu krewnemu bezdzietnie zmarłego poślubić wdowę i nadać synowi zrodzonemu z tego związku imię zmarłego, by w ten sposób ocalał jego ród i imię. Gdyby jednak brat zmarłego oświadczył, że nie chce dopełnić tego obowiązku, wdowa powinna publicznie zdjąć mu sandał z nogi i plunąć w twarz na znak, że jest on człowiekiem bez czci, który nie troszczy się o podtrzymanie imienia swego brata i nie chce uratować jego żony przed nędzą (por. Pwt 25,5-10; Rt 4,5-10). Krewnego mającego wypełnić ten obowiązek nazywano goel, ‑ „odkupiciel” (por. m.in. Rt 3,9.12; 4,4.6.14).
Otóż Jan mówi o Jezusie: nie jestem godzien zdjąć mu sandała! On jest jedynym Odkupicielem i Oblubieńcem Izraela, żyjącego w niewoli i w smutku, niczym wdowa. On z pewnością przyjdzie poślubić sobie na nowo swój lud i nikt nie może odebrać mu tego prawa, bo jego miłość jest wierna i niezawodna! (por. Oz 2,21; Iz 54,6-10) Według J 3,29 przyjacielem Oblubieńca, który ma przygotować dla Niego Izraela – Oblubienicę, jest właśnie Jan Chrzciciel!
Ma On wiejadło w ręku i oczyści swój omłot: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym».
Obraz sprawiedliwego, który jest jak dorodne drzewo nad strumieniem i nieprawego, który w dniu sądu zostanie rozniesiony przez wicher niczym plewa, przynosi nam psalm 1. Jan Chrzciciel wskazuje, że Sędzią, który dokona ostatecznego rozdziału jednych od drugich, będzie Mesjasz, który nadchodzi: wiejadło jest już w jego ręku (por. Mt 13,40-43). Ten, kto odrzuca wezwanie do nawrócenia i dar Ducha Świętego, naraża się na nieuchronny sąd. Jego życie może zakończyć się katastrofą.
MEDITATIO
1. Kościół w adwencie stawia nam przed oczy postać Jana, jako światło na naszej własnej drodze nawrócenia. Jest lampą, co płonie i świeci, przynosząc radość i duchowe światło potrzebne, by wytrwać na drodze czuwania i nawrócenia (por. J 5,35).
2. Jan będąc prekursorem Jezusa, jest równocześnie Jego doskonałym uczniem, który łączy ściśle swój los z losem Mesjasza. Podobnie jak Jezus, głosi orędzie nawrócenia i otwarcia serca na królestwo niebieskie (por. 3,2; 4,17; 3,7; 12, 34; 3,10; 7,19). Nie wahał się bronić Prawa Bożego nawet w obliczu ludzi mających władzę, którzy z tego powodu uznali go za osobistego wroga. W podobny sposób stał się ofiarą prześladowania, a w końcu został odrzucony i zgładzony śmiercią na pozór bezsensowną, jak igraszka pijanego króla i mściwej kobiety (14,1-12). Jan jest figurą Jezusa, podobny do Niego tak w narodzinach, jak i w śmierci. Nade wszystko jest Przyjacielem Mesjasza-Oblubieńca, który całym sobą wskazuje na Nadchodzącego i wsłuchany w jego głos oraz w natchnienia Ducha, doznaje najwyższej radości, gdy rozpoznaje Go w swoim młodszym o sześć miesięcy kuzynie. Jest wolny od szukania siebie i jakiejkolwiek zazdrości (J 3,26-30), zna dobrze swoją własną tożsamość w oczach Boga i to pozwala mu przezwyciężyć pokusę władzy, fałszywego autorytetu, czy przywiązywania ludzi do siebie. Pozwala odejść w ślad za Jezusem swoim najlepszym uczniom i nie lęka się samotności, więzienia, tragicznego końca. Umiał usunąć się w cień, by ustąpić miejsca Mesjaszowi. Do ostatniej godziny jest jaśniejącą pochodnią, która budzi sumienia.
3. Jego wstrzemięźliwy sposób życia jest wzorem i wezwaniem dla chrześcijan, zwłaszcza na czas adwentu. Z przesłaniem tym korespondują słowa Pawła: Nie bądźcie przeto nierozsądni, lecz usiłujcie zrozumieć, co jest wolą Pana. A nie upijajcie się winem, bo to jest przyczyną rozwiązłości, ale napełniajcie się Duchem, przemawiając do siebie wzajemnie w psalmach i hymnach, i pieśniach pełnych ducha, śpiewając i wysławiając Pana w waszych sercach. Dziękujcie zawsze za wszystko Bogu Ojcu w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa! (Ef 5,17-20).
CONTEMPLATIO & ACTIO
W jaki sposób dociera do mnie poprzez głos Kościoła Janowe wezwanie do nawrócenia, pokuty i otwarcia się na nowość życia w Duchu Świętym? Czy nie zagłuszam tego głosu?
W jakim momencie doświadczyłem ostatnio radości i pokoju, które są owocem osobistego nawrócenia, otwarcia oczu naprawdę o moim grzechu i o Bożym miłosierdziu?
Do czego wzywa mnie Duch, który przemawia nieustannie do Kościoła tak, jak do wspólnot Janowych z Apokalipsy? Czy pozwalam mu przemawiać do mnie, by zobaczyć siebie oczyma Zmartwychwstałego Pana i przyjąć wezwanie do nawrócenia i nowej nadziei?
Jakie postanowienie rodzi się w moim sercu z tego dialogu z Panem?
ks. Józef Maciąg , Kuria - Lublin

Adwentowi poszukiwacze pereł
Perły nie znajdzie w czasie Adwentu ten, kto biegnie.
Perły znajdują ci, którzy potrafią zatrzymać się i spojrzeć głębiej, wykazując się słuchaniem i uważnością serca. To zadanie na kolejny w naszym życiu Adwent – czas czuwania. Ale nie czuwania biernego — takiego, które jedynie czeka, aż coś się wydarzy — lecz czuwania aktywnego, które przypomina poszukiwanie skarbu. Ta perła, w perspektywie wiary, to On sam — Jego obecność, Jego słowo, Jego działanie w naszym życiu.
Słowo jest jak tworzywo tekstu, myśli, opinii. Może budzić podziw, umacniać nadzieję albo wskazywać na obszary, które pozostają w nas samych ziemią nieznaną czy jałową pustynią. Warto zatem wyławiać z hałasu wokół siebie duchowe perły. Mogą być nimi myśli i słowa współczesnych proroków nadziei, która jest cnotą a nie tylko naiwnym optymizmem, jakiego wielu sobie życzy przy różnych okazjach niczym przyklejonego sztucznego uśmiechu na twarzy, okraszonego niewiele mówiącym w tej sytuacji stwierdzeniem: „u mnie wszystko w porządku”.
Człowiek adwentowy ma świadomość własnej małości i niewystarczalności. I jednocześnie patrzy z niedowierzaniem na takich świętych jak Teresa z Avili, która stwierdza krótko: „Bóg sam wystarczy”. Albo na Faustynę, której program życia zawiera się w krótkim: „Jezu, ufam Tobie!”. W ten sposób adwentowy pielgrzym nadziei widzi, że o własnych siłach może niewiele. Potrzebuje wzmocnienia duchowego, umocnienia sił i światła, które oświetla a nie oślepia. Wszystko po to, aby nie wegetować ale żyć, nie upodabniać się do kopii ale być oryginałem.
Królestwo Boże wyrasta z tego, co małe, niepozorne. A jednoczenie jego tajemniczość jest zachętą do poszukiwania też jakże wyjątkowej perły, która swoim blaskiem przyciąga, zachęca i inspiruje, by wsłuchiwać się w cichy szept Bożej obietnicy, zagłuszany przez współczesną nowomowę, serwującą „naukę” pomieszania z poplątaniem. Adwent jest czasem odważnej przemiany — nie spektakularnej, ale konsekwentnej. Może to być pojednanie z kimś, kogo omijamy; może regularna modlitwa; może rezygnacja z czegoś, co odbiera nam wewnętrzną wolność. Wszystko po to, aby zrobić miejsce dla Boga. To nie tylko my szukamy Boga. To Bóg pierwszy szuka nas. On sam staje się „perłą”, która pragnie zamieszkać w naszym życiu. Adwent jest czasem, w którym pozwalamy Mu się odnaleźć.
ks. Leszek Smolliński – „wiara.pl”

Narodzenie Jana Chrzciciela – Zachariasz - Jerozolima
Najbardziej oczywistym przykładem cudownego poczęcia i narodzin jest oczywiście Jezus. Ale Biblia wspomina o kilku innych przypadkach narodzin, które na ludzki rozum nie powinny cię wydarzyć.
Żona Abrahama, Sara, urodziła syna Izaaka w wieku 90 lat. Podobnie Hanna, matka proroka Samuela przez długi czas pozostawała niepłodna. Samson też był długo wyczekiwanym dzieckiem, owocem Boskiej interwencji. Nie inaczej było w przypadku narodzin Jana Chrzciciela.
Jego rodzice Elżbieta i Zachariasz przez wiele lat nie mogli doczekać się potomstwa. Byli już w podeszłym wieku i prawdopodobnie nie spodziewali się, że kiedykolwiek dane im będzie mieć syna. Zapewne byli sfrustrowani. Wszak „postępowali nienagannie według wszystkich przykazań i przepisów Pańskich”. A mimo to łaska Boża ich omijała.
Zachariasz był kapłanem. W rozdziale pierwszym ewangelii Łukasza dowiadujemy się, że przyszło mu pełnić służbę w Świątyni. Budynek Świątyni Jerozolimskiej składał się z dwóch głównych struktur. Centralnym punktem było Najświętsze Miejsce, w którym dawniej przechowywano Arkę Przymierza. Tylko arcykapłan mógł tam wejść i tylko raz w roku, w święto Yom Kippur. Przybytek ten był oddzielony zasłoną od drugiego pomieszczenia – Miejsca Świętego. To tam Zachariasz sprawował posługę. Jego zadaniem były między innymi odnowienie wiecznego ognia i spalenie wonności przed wejściem do Miejsca Najświętszego.
Podczas pełnienia służby ukazał mu się archanioł Gabriel, zwiastując obietnicę, iż pomimo starszego wieku, on i Elżbieta doczekają syna. W obliczu wielkiego objawienia Zachariasz najwyraźniej przeląkł się. Trudno inaczej wytłumaczyć brak wiary w tak doniosłym momencie. Nie uwierzył od razu, prosił o jakiś znak, dowód. Nie otrzymał go. W zamian został skarcony. Bóg odebrał mu mowę. Pozostał niemy aż do narodzin Jana Chrzciciela.
Zachowanie Zachariasza przypomina nam, że nie możemy przeoczyć szansy jaką daje nam Bóg, czasami tej jedynej szansy.
Nie każdy Lewita mógł wejść do Przybytku. Kapłani ciągnęli losy. Szczęśliwiec, któremu dopisało szczęście, mógł wejść do świątyni. Ale tylko jeden jedyny raz w życiu. Drugiej takiej możliwości już nie otrzymywał. Części kapłanom nigdy nie dane było stać w obliczu Pana. Zachariasz taką szansę dostał. Niestety sytuacja go przerosła. Jego odpowiedź na głos Boga była przesiąknięta niewiarą, strachem.
To ważne, aby umieć wykorzystać wielką szansę, jaką daje nam życie. Innej już nie będzie, nie można było wejść do Miejsca Świętego po raz drugi. A mimo to Zachariasz nie odczytał prawidłowo wielkiego objawienia. Przed nami także życie otwiera wielkie możliwości. Otwiera drzwi na salony szczęścia i sukcesu. Nie zawsze jest to oczywiste i trudno to zauważyć. Jeszcze trudniej zebrać tyle odwagi, aby zostawić wszystko i pójść do przodu, przekroczyć próg. Zachariasz drugi raz już nie pełnił służby kapłańskiej. Gdyby nie miłosierdzie Boga, nie zauważyłby otwierających się przed nim możliwości. Nie doczekałby syna. Zbyt często i my zapominamy, że drzwi do życia spełnionego otwierają się niekiedy tylko raz, a zamykają się na zawsze.
Cudowne przyjście na świat Jana Chrzciciela przypomina nam o jeszcze jednej ważnej zasadzie. Nigdy nie wolno tracić nadziei. Nigdy na nic nie jest za późno. Wszystko co nam Bóg obiecał, otrzymamy, choćbyśmy musieli czekać całe życie. Wszystko co jest nam zapisane, ostatecznie staje się naszym udziałem, choćby ludzki rozum negował logikę wydarzeń, przekonywał, że „to już jest niemożliwe”. Jak w przypadku narodzin Jana Chrzciciela. Jedynym warunkiem spełnienia Boskiej obietnicy jest niewzruszona wiara. Jej brak Zachariaszowi Bóg ostatecznie wybaczył. Ale nie musi tego robić w każdym przypadku.
Andrzej Dańkowski - autor książki KSIĘGI MĄDROŚCI

Dlaczego nie lamentuję na wieść o tym,
że kardynał Ryś wyprowadza się z Łodzi
Szczerze mówiąc, to myślałem, że wszyscy z tej nominacji się ucieszą (oczywiście poza osobistymi wrogami Kardynała, których mu przecież na południu Polski nie brakuje). Tymczasem zaskoczyło mnie, jak wiele pojawiło się w mediach lamentów i głosów rozczarowania z powodu… zerwanych „zaślubin” z archidiecezją łódzką. „Zaślubin”? Pękam ze śmiechu! Dlaczego coś, z czego wszyscy się śmiejemy, nagle zaczęliśmy traktować tak poważnie?
Biskup po rozwodzie?
Wszystkiemu winien jest ten nieszczęsny pierścień, a właściwie dorobiona do niego teo-ideo-logia, która może i kiedyś miała swoje uzasadnienie, ale ostatecznie okazała się wyłącznie symbolem.
Gdyby uporczywie trzymać się języka „zaślubin”, to w przypadku tego konkretnego biskupa sprawa byłaby jeszcze bardziej zagmatwana niż się wydaje. dlaczego?
Otóż 16 lipca 2011 roku ksiądz profesor (chyba prałat) Grzegorz Ryś został mianowany biskupem pomocniczym w Krakowie, a więc jego – jeśli można tak powiedzieć – pierwsza miłość to archidiecezja krakowska. Żeby jednak sprawę jeszcze bardziej skomplikować, to zwróćmy uwagę na fakt, że biskupa zawsze mianuje się dla konkretnej diecezji (w logice: jedna diecezja, jeden biskup). Mianowanie biskupów pomocniczych zawsze wiąże się z faktem, że są do pomagania w konkretnej diecezji, ale symbolicznie przypisuje się im inne, historyczne, zwykle już nieistniejące diecezje – takim miejscem dla „młodego” biskupa Grzegorza była Arcavica w Hiszpanii w metropolii Toledo. Dziś to tylko ruiny. A zatem, jeśli upierać się przy logice zaślubin biskupa z diecezją, to trzeba powiedzieć, że biskup Grzegorz zaślubiony został kupie gruzu niedaleko Toledo…
Do tego dochodzi jeszcze fakt, że 30 września 2023 roku, kiedy arcybiskup Grzegorz Ryś otrzymał nominację kardynalską, zgodnie z tradycją, otrzymał też rzymski kościół tytularny św. Cyryla i Metodego (i to nie była kolejna „miłość”, na boku…).
Biskup jest po to, aby rządził
Choć biskup, zresztą jak każdy ksiądz, powinien kochać zarówno ludzi, do których został posłany, jak i całą diecezję, to w praktyce jego zadaniem jest nie tylko „kochanie”, ale i zarządzanie. Oczywiście chodzi tu nie o jego własne „zaślubione” dobra, ale o dobra Kościoła. Jeśli w spełnianiu tego obowiązku nie potrafi podejmować decyzji – to źle. Jeśli w diecezji rządzi ktoś inny, zza pleców biskupa – to źle. Jeśli biskup podejmuje głupie decyzje – to źle. Jeśli wykorzystuje diecezję jako swoją własną materialną własność – to też bardzo źle. Powinien rządzić mądrze i pokornie. Taki jest ideał. Z tym, że te jego „rządy” to właściwie jest administracja dobrami nie swoimi: i jak w Ewangelii, za dobre administrowanie czeka go uznanie i nagroda, a za złe kara… zwykle wyrażana przez pogardę ze strony innych.
Inaczej mówiąc, najlepiej jest gdy i kocha, i rządzi. Nieco gorzej gdy wprawdzie kocha, ale nie podejmuje żadnych decyzji, albo odwrotnie: gdy wprawdzie jakieś decyzje podejmuje, ale robi to bez serca. Najgorzej jest, gdy ani nie kocha, ani nie jest w stanie podjąć właściwych decyzji, które administracyjnie prowadziłyby diecezję i zapewniały jej rozwój.
Tak to już jest w diecezjach, w prowincjach zakonnych, we wspólnotach – słowem, tak jest w Kościele. No a wiadomo, nie wszyscy jednakowo do wszystkiego się nadają i sama nominacja nie niesie tu żadnej specjalnej łaski, a wręcz przeciwnie, boleśnie obnaża wszystkie braki.
Zarządzanie w Kościele to zarządzanie… biedą
W normalnych warunkach – wyłączając z tego oczywiście politykę – określone funkcje wymagają określonych kompetencji. Jeśli ktoś ich nie ma, powinien je zdobyć. Wprawdzie – w tym chyba przoduje tzw. „budżetówka” – często ludzie dwa razy więcej wysiłku wkładają w maskowanie własnych niekompetencji niż musieliby włożyć w naukę, no ale to jest jeszcze inny przykład patologii. W normalnych warunkach jeśli jest jakieś stanowisko do obsadzenia, organizuje się konkurs albo szuka odpowiedniego kandydata. Kiedy natomiast ktoś się nie sprawdzi, wręcza się mu wypowiedzenie.
W Kościele, zwłaszcza tam, gdzie nie ma „kadencji”, nie jest możliwe wręczenie wypowiedzenia. Co więcej, nawet zwykły niekompetentny ksiądz jest praktycznie nieusuwalny. Można kogoś pozbawić urzędu w konsekwencji przestępstwa, którego by się dopuścił, ale nie da się kogoś pozbawić święceń za głupotę, ciasnotę, lenistwo, pazerność, chamstwo itd. A ponieważ do objęcia pewnych funkcji i stanowisk potrzebne są święcenia, dlatego przy nominacjach i wyznaczaniu misji operujemy w bardzo ograniczonym zakresie i pośród tej grupy, którą mamy do dyspozycji. Wybieramy najlepszego, ale i tak często daleko mu do ideału. Zwykle mamy bardzo ograniczony wybór, dlatego właśnie można powiedzieć, że zarządzanie w Kościele, to zarządzanie… biedą.
Najłatwiej mają ci mierni
Kiedy w końcu uda się znaleźć odpowiednie miejsce dla tych najbardziej miernych, takie, gdzie najmniej będą szkodzić, wtedy najczęściej się o nich zapomina. Niech tam sobie cicho siedzą i chwalą Boga. Zupełnie inaczej jest z najlepszymi. Czasami rzeczywiście długo siedzą w jednym miejscu, bo trudno ich zastąpić. O wiele jednak częściej przenosi się ich z miejsca na miejsce: skoro w jednym miejscu zrobili już wiele dobrego, niech i w innym podzielą się tym, co potrafią. Do tego dochodzi fakt, że przecież są miejsca ważniejsze i mniej ważne. Nawet nie będę próbował udowadniać, że moja rodzinna diecezja przemyska (w Przemyślu byłem dwa razy w życiu) jest ważniejsza niż Kraków, Warszawa i inne – przecież znajdują się one bardziej w centrum uwagi niż Przemyśl.
Cieszę się, że Kardynał Grzegorz przychodzi do Krakowa. Będzie tu miał pełne ręce pracy, wiele tu jest do zrobienia. Najważniejsze, żeby diecezję polubił, no i żeby decyzji nie podejmował za niego ktoś, kto być może stanie za jego plecami. I jeszcze jedno: lubię go słuchać, bo głosi Ewangelię. A co do tego nieszczęsnego pierścienia, to niech go sobie nosi!
Jakub Kołacz SJ „deon.pl”
Dyrektor Wydawnictwa WAM i DEON.pl. W latach 2014-2020 przełożony Prowincji Polski Południowej Towarzystwa Jezusowego. Autor kilku przekładów i książek, m.in. "Po kostki w wodzie. Siedem katechez o wierze uczniów Jezusa" (dostępnej także jako audiobook). Po godzinach wolontariusz w krakowskim Schronisku dla Bezdomnych Zwierząt.
Zobacz inne artykuły autora

Jak mówić małym dzieciom o świętym Mikołaju? Napisaliśmy bajkę, która ci w tym pomoże
Świeckie tradycje mocno rządzą w mikołajowym świecie. Laponia, sanie i renifery przysłaniają prawdziwą postać świętego Mikołaja, a słusznego wzrostu krasnal czy inny Dziadek Mróz wydaje się prostszy do wyjaśnienia, bo jak tłumaczyć dwulatkowi czy czterolatce, że to był biskup, że dawno temu, i jeszcze - co on właściwie zrobił?
Przypominamy tekst archiwalny - naszą opowieść o świętym Mikołaju dla małych dzieci.
Jak opowiedzieć dzieciom o świętym Mikołaju?
Najprościej, czyli bajką. Oto prosta bajka o świętym Mikołaju. Opowiedzcie albo przeczytajcie ją swoim dzieciom, jeśli chcecie.
- Wiecie, dzieciaki, zbliża się dzień świętego Mikołaja. Opowiem wam o nim małą historię. Czy wiecie, kim naprawdę był święty Mikołaj?
To może się wydawać dziwne albo śmieszne, ale wcale nie mieszkał z reniferami w zimowym kraju. Święty Mikołaj był księdzem, a nawet biskupem i mieszkał w mieście Mira, które dzisiaj jest w Turcji.
Żył sobie dawno, dawno temu. Tam, gdzie mieszkał, mieszkały też biedne dziewczynki*. Ich rodzice nie mieli pieniędzy, żeby kupić im buciki, ubranka i inne potrzebne rzeczy. Pewnego razu ksiądz Mikołaj usłyszał, że są u niego w mieście takie biedne dziewczynki. Bardzo chciał im pomóc, ale nie chciał, żeby wszyscy wiedzieli, że to on pomaga. Przebrał się więc, by nikt go nie poznał, poszedł więc w nocy, po cichutku, w tajemnicy i wrzucił do ich domu przez okno worek ze złotem. Gdy dziewczynki znalazły go rano, bardzo się zdziwiły i ucieszyły.
Ich rodzice też się zdziwili i zastanawiali się, kto im pomógł.
- Widziałem wczoraj w nocy kogoś na naszej ulicy - powiedział jeden sąsiad. - Wydaje mi się, że to był ksiądz Mikołaj, a przynajmniej ktoś do niego bardzo podobny.
- Tak, ja też widziałam kogoś pod waszym oknem - powiedziała sąsiadka - i tak, wyglądał całkiem jak nasz ksiądz!
- A ja widziałem, jak ktoś w kapturze na głowie wrzucał jakiś worek przez wasze okno! - zawołał najstarszy sąsiad, który w nocy nie mógł spać.
Święty Mikołaj - patron pomagających innym
Rodzice wraz z dziećmi poszli podziękować księdzu Mikołajowi, który trochę się ucieszył, a trochę zawstydził, bo przecież nikt miał nie wiedzieć, że to właśnie on pomógł ich rodzinie. A sąsiedzi pomyśleli, pokiwali głowami, pozastanawiali się troszeczkę, a potem znaleźli inne dzieci, które nie miały bucików, ubranek i potrzebnych rzeczy, i po cichutku podarowali im to, czego im brakowało. Potem zrobili tak sąsiedzi tych sąsiadów. A później, w dniu świętego Mikołaja, dorośli zaczęli dawać prezenty dzieciom - nie tylko biednym, ale wszystkim. I dlatego właśnie wy też dostajecie prezenty w dniu imienin świętego Mikołaja.
*Legenda mówi, że to były ubogie panny na wydaniu, bez posagu, ale nie trzeba szczegółowo tłumaczyć małym dzieciom, co to posag, panna i wydanie, żeby ta bardzo pozytywna opowieść o człowieku z dobrym sercem miała sens.
Marta Łysek – „deon.pl” - dziennikarka i teolog, pisarka i blogerka.

Na widok Ewy Adam zaczął się jąkać. Mężczyzna jest pierworodny, ale kobieta pierwsza
Dlaczego mężczyzna czuje się niepełny bez kobiety, a kobieta bez mężczyzny? Odpowiedź daje bp Erik Varden.
Seks, czyli płciowa różnica
W obecnym użyciu słowo „seks” może dowolnie określać aktywność, towar albo wewnętrzny przymus. Można go „uprawiać”, „kupić”, „uzależnić się” od niego. Etymologicznie rzecz ujmując, „seks” dotyczy stanu bycia. Łaciński rzeczownik sexus pochodzi od seco, co oznacza „odcinać” lub „amputować”. Tę samą etymologię ma „sekator”. Sexus odnosi się do podziału gatunku na dwa rodzaje, męski i żeński, z których każdy jest niepełny bez tego drugiego. Z czasem słowo zaczęło określać narządy płciowe (ang. sex, „płeć”). I dopiero całkiem niedawno przyjęto je jako dopełnienie bliższe czasowników określających ludzkie działania.
Księga Rodzaju rzeczywiście wyprowadza różnicę płciową z pewnego rodzaju amputacji. Jej historia wieńczy opowieść o stworzeniu. Już w początkowym „Niech się stanie światłość!” Bóg zorganizował rzeczywistość za pomocą zgrabnych rozróżnień, oddzielając światło od ciemności, ziemię od nieba, suchy ląd od wody, i tak dalej. Kiedy scenografia była już ustawiona, a ziemia gotowa, wydzielił Bóg kobietę z mężczyzny (Rdz 2,21–23):
Zesłał więc PAN Bóg głęboki sen na człowieka. A gdy ten zasnął, wyjął jedno z jego żeber, a miejsce to zapełnił ciałem. Z żebra, które PAN Bóg wyjął z mężczyzny, utworzył kobietę i przyprowadził ją do niego. Wtedy mężczyzna rzekł: „Ta wreszcie jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała. Będzie się zwała kobietą, bo z mężczyzny została wzięta”.
Adam aż się zaczął jąkać!
Te nośne, poetyckie kadencje oddają powagę chwili. Tymczasem tekst hebrajski ma dodatkowy wymiar, który możemy chyba nazwać zabawnym, ponieważ wyraża radosne zaskoczenie. Adam, budząc się ze snu, woła:
זאת הפעם עצם מעצמי ובשר מבשרי לזאת יקרא אישה כי מאיש לוקחה זאת
Wybitny hebraista Martin Buber tłumaczy ten wers na niemiecki następująco: „Tym razem jest, oto ona! Kość z kości moich, ciało z mojego ciała. Ta zostanie nazwana iszsza, ponieważ z isz została wzięta”.
Wydaje mi się, że nie ma nic niewłaściwego w porównaniu biblijnego Adama, który jąka się, nazywając tę dobrze znaną nieznajomą („Isz-isz-sza”), do duetu „Pa-pa-ge” na końcu opery Czarodziejski flet, kiedy Papageno wpada wreszcie w objęcia tej, którą dotąd rozpoznawał jedynie jako dokuczliwe poczucie nieobecności. Mozartowscy bohaterowie również są swego rodzaju rajskimi stworzeniami.
W obydwu z tych symbolicznych narracji mężczyzna i kobieta spotykają się z głośnym okrzykiem: „Tak!”. Po okresie daremnych poszukiwań, kiedy przed Adamem stawało wiele innych stworzeń, żeby je nazwał, przebudzony z pierwszej sjesty Adam widzi swoją parę i od razu ją poznaje. Jedyny niedostatek, jaki mógł odczuwać w Edenie, został szczęśliwie naprawiony. Nie jest już sam.
Żyć twarzą w twarz
Raszi z Troyes, współczesny założycielom Cîteaux, zauważa, że hebrajski rzeczownik צלע, umownie tłumaczony jako „żebro” i sugerujący powstanie kobiety z kośćca mężczyzny, można też odczytać inaczej. Ten sam rzeczownik, jak pokazuje dalej Raszi, został użyty w opisie z Księgi Wyjścia, w którym Bóg ujawnia Mojżeszowi wskazówki dotyczące konstrukcji i wyglądu Przybytku Przymierza, ziemskiego mieszkania Boga: „Z drugiej strony [צלע [świętego mieszkania, od północy, ustawisz dwadzieścia desek” (Wj 26,20). „To dlatego nasi rabini mogli powiedzieć, że człowiek został stworzony z dwiema twarzami”. Mężczyzna i kobieta są przeznaczeni do życia twarzą w twarz. Mają wzajemnie potwierdzać swoją osobowość w relacyjnym – greckim – znaczeniu słowa określającego osobę, πρόσωπον [prosōpon], które składa się z πρός/pros („w stronę”) i ὤψ/ōps („oko”). Jestem osobą o tyle, o ile moje oko spotyka się z okiem drugiej osoby, a oko drugiej osoby spotyka się z moim. Dopóki mężczyzna nie mógł zobaczyć siebie w oczach kobiety, był tylko w połowie mężczyzną.
Paul Claudel miał na ten temat cenne spostrzeżenie. Był nie tylko poetą, ale także egzegetą, niezwykle uważnym i posiadającym wyobraźnię niemal tak dalekosiężną jak Orygenes:
„Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę”. Obraz Boga istnieje z powodu tej dwojakiej natury. W Adamie, który jest Bożym obrazem, było ukrytego coś, co w odpowiedzi na łaskę mogło dać życie kobiecie. Nie czytamy, że Bóg tchnął w Ewę, tak jak w Adama, „tchnienie życia”. Tchnienie to zostało przekazane wraz z kawałkiem ciała, który ręka Wszechmogącego wyosobniła, a który nie był martwą materią, ale żywą i żyjącą. To gałąź odcięta od głównego pnia. Jednak korzeń pozostaje głęboko w mężczyźnie. Odtąd ma on w sobie coś, co wyraża się przez nieobecność, brak, pustkę, której żadne ciało, w ogóle nic śmiertelnego nie zdoła wypełnić.
Czerpiąc z bogactwa liturgii, Claudel wprowadza pewne urozmaicenie do tej współzależności płci. Nawiązuje do faktu, że w oficjum na 8 grudnia, uroczystość Niepokalanego Poczęcia, Kościół podaje nam do lektury tekst z Księgi Przysłów. Czytanie porównuje Mądrość, zasadę, według której Bóg działa w świecie, do kobiety i podkreśla, że postać ta została poczęta, zanim rozpoczęło się stworzenie świata: „Zostałam ustanowiona przed wiekami, od początku, wraz z powstaniem ziemi. Zostałam zrodzona, gdy nie było jeszcze morskich głębin” (Prz 8,23–24). Z biblijnego punktu widzenia, pisze Claudel, mężczyzna może szczycić się statusem pierworodnego, ale to kobieta była poczęta jako pierwsza. „A skoro tej, co z góry została obrana na figurę Mądrości, nieobca jest przyczyna, stworzenie i obecność żadnego z istniejących bytów, to też nie jest jej obce stworzenie mężczyzny”.
Seks przedstawiony w czysty sposób
Wszystko to może brzmieć sympatycznie, ale trochę mało realnie. Kogoś mogłaby zmęczyć zbytnia estetyzacja. Spróbujmy zatem zakorzenić intuicję poety w doświadczeniu.
Świadectwo znajdziemy w książce Jacques’a Lusseyrana, bohatera francuskiego ruchu oporu, urodzonego w 1924 roku, kiedy Claudel pełnił urząd ambasadora Francji w Tokio. Lusseyrana, który był niewidomy od ósmego roku życia, pamiętamy dziś głównie za sprawą jego wizjonerskiego pamiętnika, opublikowanego jako „And There Was Light”. Mniej znana jest jego książka „Conversation amoureuse”, czyli wyznania kierowane do ukochanej Marie na kilka miesięcy przed tym, gdy razem zginęli w wypadku samochodowym 27 lipca 1971 roku. „Conversation amoureuse” jest dokumentem wyjątkowym, płomiennie szczerym opisem doświadczenia seksualnego, pełnym radości i światła. W sposób zupełnie uwalniający nie zbliża się do pornografii. Lusseyran, który widział Marie tylko sercem i dłońmi, był człowiekiem zdolnym przedstawić sobie seks w sposób czysty.
To, co Claudel wysnuł z Pisma Świętego, Lusseyran wiedział instynktownie: „Zrozumiałem to, gdy miałem szesnaście lat: dotarło do mnie, że nigdy nie będę mężczyzną, dopóki nie znajdę kobiety”. Wielu nastoletnich chłopców powiedziałoby pewnie to samo, ale Lusseyran miał na myśli coś więcej niż erotyczny czy romantyczny podbój; więcej nawet niż obraz miłości doskonałej. Jego męskość, tak to odczuwał, zależała od odnalezienia „tej części mnie, która jest kobietą”.
Oto najpiękniejsze cytaty o miłości
Zważywszy na obecny dyskurs na temat płynności płci, jesteśmy świetnie przygotowani, żeby nie zrozumieć słów Lusseyrana. Nie róbmy tego. Nie mówi on tutaj o konflikcie tożsamości. Jego męskość była dla niego oczywista. Był jej szczęśliwym posiadaczem. Miał jednak świadomość, że bycie mężczyzną nie oznacza samowystarczalności. Wręcz przeciwnie: dla niego być w pełni mężczyzną znaczyło pokorną świadomość tego, czym się nie jest, akceptację swojej niepełności, a jednocześnie żarliwe poszukiwanie dopełnienia w innym drugim. Dla Lusseyrana jasne było, że jednostka staje się osobą, gdy angażuje się w ekstatyczną relację; to znaczy taką, która sprawia, że wychodzę poza siebie, wystawiając się tym samym na odmienność:
Nie można wiecznie żyć w więzieniu. Nie można w nieskończoność pozwalać, aby życie toczyło się tam, gdzie nas nie ma. Ludzie niszczą się nawzajem. Potrzeba, by się również jednoczyli. I to niezwłocznie. Muszą istnieć losy, które spotykają się w uścisku. Musi istnieć istota, przynajmniej jedna, której nigdy się nie boisz, o której możesz myśleć jak o sobie samym; która ma pewność, że ją ochronisz, choćby w obliczu śmierci, jeśli pojawi się perspektywa śmierci, istota, której oczy nie osądzają cię, której ręce cię nie przeganiają.
W poszukiwaniu pełni
Takie stwierdzenie ma uniwersalną wagę. Można je odnieść do przyjaźni. Staje się jednak kwestią życia i śmierci, gdy chodzi o relacje damsko-męskie. Mężczyzna-bez-ko-biety i kobieta-bez-mężczyzny są niepełni.
Warto przeczytać, co Lusseyran pisał o dorastaniu w latach trzydziestych XX wieku, prawie sto lat temu. Daje to do myślenia. „Chciałem być chłopcem. W ogóle nie zaprzątało mi to głowy. Były jednak chwile, kiedy nie do końca czułem się chłopcem, ponieważ nie mogłem jednocześnie być dziewczynką”. Dziewczęta, pisze dalej, wszystko widziały wyraźniej: „Większość z nich mówiła, że chciałyby być chłopcami”, po czym podsumowuje: „Nie chodziło o to, żeby być kimś innym. Stać się przeciwieństwem to żadne rozwiązanie. Chodziło o to, żeby być jednym i drugim”.
Jak dojść do tak wymagającego, a koniecznego zjednoczenia?
Najpierw musimy nauczyć się rozumieć zasady tkwiącego w nas konfliktu. Trudna sprawa, skoro świadomość tego konfliktu pojawia się w okresie dojrzewania, „który cały jest dystansem i płonięciem”. „Kiedy jest się bardzo młodym, miłość okropnie boli. Nikt o tym nie mówi, ale naprawdę boli. Miłość wybucha jednocześnie w naszej głowie i w naszej płci, kłując nas, krzycząc na nas, w tej chwili pragnąc ciała”. Jest, jak to ujmuje Lusseyran, „niczym ogień, którego dym zatyka nasze serce”. Pobudza do głupoty, a nawet agresji. Biada temu lub tej, co przeżywa ten odurzający, trudny czas próby bez przyjaciela-powiernika.
W miarę jak dorastamy, przychodzi do nas przebudzenie: pomyślmy o Adamie, który powstaje ze snu. Pytanie brzmi, czy jesteśmy gotowi i wystarczająco wolni, aby skorzystać z tej okazji.
W mgnieniu oka chłopak dowiaduje się, że jego ciało nie jest przedmiotem, ale żywą istotą; i że ciało dziewczyny też jest istotą, jeszcze żywszą i tak kruchą, że gdyby komuś przyszło do głowy ponazywać jej części, rozbiłby je na kawałki. To właśnie ta ucieleśniona dusza, dusza nałożona na ciało, o której wszyscy albo prawie wszyscy, chcą zapomnieć. Przeraża ich to.
Fragment książki „Czystość – pojednanie zmysłów”, bp. Erika Vardena, tłum. Renata Senktas, wyd. W Drodze.

"Rage bait", czyli sprowokowany gniew
To słowo właśnie zostało ogłoszone najbardziej toksycznym trendem 2025 roku
- rozgniewany mężczyzna
Słowem roku według Oxfordu jest „rage bait”. Ale twoja dusza zasługuje na coś lepszego — i właśnie dlatego tu jesteśmy.
Oxford University Press ogłosił właśnie swoje Słowo Roku: rage bait. Definiuje się je jako „treści internetowe celowo tworzone po to, by wywoływać złość lub oburzenie, poprzez bycie frustrującymi, prowokacyjnymi albo obraźliwymi”. Termin ten może brzmieć aż nazbyt znajomo dla każdego, kto spędził w tym roku choć pięć minut na scrollowaniu. Według danych Oxfordu użycie tego określenia potroiło się w ciągu ostatnich 12 miesięcy — i niestety, wcale nas to nie dziwi.
Od ostrych komentarzy w mediach społecznościowych po manipulacyjne nagłówki — internet potrafi sprawiać wrażenie, jakby szturchał twoją duszę kijem. Wiele z tego dzieje się celowo: oburzenie przyciąga kliknięcia. Wściekłość napędza zaangażowanie. A bądźmy szczerzy: łatwiej jest się zezłościć, niż okazać życzliwość, zwłaszcza kiedy jesteśmy zmęczeni lub się boimy.
Ale jest dobra wiadomość: tutaj nie znajdziesz rage baitu. Wręcz przeciwnie — możesz znaleźć jego przeciwieństwo.
Aleteia, co po grecku oznacza „prawdę”, opiera się na zupełnie innej zasadzie: że dobro jest warte dzielenia się nim. Że wiara zasługuje na piękno. Że prawdę można przekazywać bez toksyczności.
Tak, piszemy o świecie — jego napięciach, tragediach i prawdziwych zmaganiach — ale staramy się robić to bez podsycania podziałów. Zamiast clickbaitu celujemy w to, co porusza serce. Zamiast rage baitu chcemy oferować grace bait — przebłyski tego, co boskie, które zapraszają, podnoszą na duchu i przywracają nadzieję.
I to nie tylko dla ciebie. To dla nas wszystkich.
Bo to, co czytamy, nas zmienia. To, co publikujemy, ma znaczenie. Każde udostępnienie jest jak ziarno. Możemy wypełnić cyfrowy świat większym hałasem albo pomóc zasiewać pokój.
Jak przypomina nam św. Paweł: „Wszystko, co prawdziwe, co godne, co sprawiedliwe… — tym się zajmujcie” (Flp 4,8).
To nie oznacza ignorowania bólu świata — lecz wybór, by nie powiększać go bez promyka nadziei.
Więc gdy następnym razem poczujesz, że podnosi ci się ciśnienie od jakiegoś nagłówka czy viralowego posta, zatrzymaj się. Weź oddech. Zapytaj siebie, czy ta treść wzywa cię do czegoś wyższego… czy po prostu próbuje cię rozdrażnić.
A jeśli potrzebujesz miejsca, by się zresetować — jesteśmy tutaj. Bez rage baitu. Tylko prawda — i ciche przekonanie, że światło wciąż świeci w ciemności, a ciemność go nie ogarnęła.
A tak przy okazji — zeszłoroczne słowo to brain rot. I nawet papież o nim wspominał.

Święci i błogosławieni w tygodniu
•
NIEDZIELNA EUCHARYSTIA W KOŚCIOŁACH W OKOLICY
Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach
niedziele i święta: 6.30, 8.00, 9.30, 11.00, 12.30 (oprócz VII i VIII), 16.00, 19.00,
dni powszednie – 7.00, 7.30, 18.00.
Parafia Matki Bożej Pocieszenia, ul. Bulwarowa 15a
niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00, 18:00, 20:00
dni powszednie: 7:00, 15:00, 18:00
Parafia Matki Bożej Częstochowskiej, os. Szklane Domy 7,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 17:00 (oprócz VII i VIII),
19:00 (oprócz VII i VIII), 20:30
dni powszednie: 6:30, 8:00, 18:00
Parafia Matki Bożej Królowej Polski, Arka Pana, ul. Obrońców Krzyża 1
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 16:00, 17:30, 19:00,
dni powszednie: 6:00, 6:30, 7:00, 7:30, 8:00, 11:00, 18:00
Bazylika Krzyża św. - klasztor
(pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Wacława)
niedziele i święta: 06.30, 08.00, 09.30, 11.00, 12.30, 14.00 (oprócz VII i VIII)
dni powszednie: 06.30, 07.30, 08.30, 16.00 (w piątki), 18.00.
Parafia św. Bartłomieja Apostoła, Mogiła, ul. Klasztorna 11,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 14:00 (oprócz VII, VIII), 16:30, 18:00
dni powszednie: 6:00, 7:00 (oprócz VII i VIII), 7:30, 8:30, 18:00
Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Teatralne,
niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00 (oprócz VII i VIII), 18:00, 19:30
dni powszednie: 6:30 (oprócz VII i VIII), 7:00, 18:00
Parafia św. Stanisława Biskupa Męczennika, Kantorowice 122,
niedziele i święta: 9:00, 11:00, 18:00, dni powszednie: 8:00, 17:00, (18.00- lato)
Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Lubocza,
niedziele i święta: 8:00, 10:30, 17:00, dni powszednie: 7:00, 17:00
Parafia Matki Bożej Wspomożenia Wiernych, Prusy,
niedziele i święta: 7:30, 9:30, 11:30,
dni powszednie: 18:00 (pon., śr., pt.), 6:30 (wt., czw., sob.)
Parafia św. Maksymiliana Marii Kolbego, Mistrzejowice,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 10:30, 11:00, 13:00, 17:00, 19:00
dni powszednie: 6:30, 7:00, 7:30, 18:00
NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:
strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl