W BLASKU MIŁOSIERDZIA

28/1028 – 19 czerwca 2025 r. C.

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA

 

 

 

 

Niedziela, 19 czerwca 2025, rok „C”

 

 

UROCZYSTOŚĆ NAJŚWIĘTSZEGO CIAŁA I KRWI CHRYSTUSA (rok C)

 

Kolor szat liturgicznych: biały

 

Przypominamy, że dziś mamy obowiązek uczestnictwa w Eucharystii. Obowiązkowi temu nie czyni zadość ten, kto uczestniczy dziś jedynie w procesji eucharystycznej; udział w procesji nie jest obowiązkowy.

 

 

Czytania
Pierwsze czytanie: Rdz 14,18-20
Psalm: Ps 110
Drugie czytanie: 1 Kor 11,23-26
Ewangelia: Łk 9,11b-17
Ewangelia
Rozmnożenie chleba - Łk 9, 11b-17
Słowa Ewangelii według Świętego Łukasza
Jezus mówił tłumom o królestwie Bożym, a tych, którzy leczenia potrzebowali, uzdrawiał. Dzień począł się chylić ku wieczorowi. Wtedy przystąpiło do Niego Dwunastu, mówiąc: «Odpraw tłum; niech idą do okolicznych wsi i zagród, gdzie mogliby się zatrzymać i znaleźć żywność, bo jesteśmy tu na pustkowiu». Lecz On rzekł do nich: «Wy dajcie im jeść!» Oni zaś powiedzieli: «Mamy tylko pięć chlebów i dwie ryby; chyba że pójdziemy i zakupimy żywności dla wszystkich tych ludzi». Było bowiem mężczyzn około pięciu tysięcy.
Wtedy rzekł do swych uczniów: «Każcie im rozsiąść się gromadami, mniej więcej po pięćdziesięciu». Uczynili tak i porozsadzali wszystkich.
A On wziął te pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo i odmówiwszy nad nimi błogosławieństwo, połamał i dawał uczniom, by podawali tłumowi. Jedli i nasycili się wszyscy, a zebrano jeszcze z tego, co im zostało, dwanaście koszów ułomków.
Komentarz do czytań
Czytania uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej koncentrują się wokół Eucharystii. Zestawiając czytanie ze Starego i Nowego Testamentu można by nawet użyć schematu zapowiedź – wypełnienie; typ – realizacja
            Słucham Ewangelii o cudownym rozmnożeniu chleba. To zapowiedź tego, co będzie w niebie. Nie będzie już „trudu”, konieczności ciężkiej pracy, by się utrzymać. Przekleństwo z czasów wygnania z raju zostanie z człowieka zdjęte...
Ale to też zapowiedź innego Chleba – tego Chleba Eucharystycznego. Tego, w którym, choć dzielony na tysiące, miliony, a może i miliardy kawałków, ciągle jest cały Chrystus. I cały daje się nam jako pokarm, byśmy nie ustali w drodze do wieczności.
Dzięki Ci, Boże...

 

 

 

W dzisiejszym numerze
- Boże Ciało
- Cud pustych rąk
- Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa – uroczystość
- Tylko 211 nowych księży w tym roku
- Papież i sport jako środek chrześcijańskiej formacji
- Jesteśmy katolikami praktykującymi. Ale czy na pewno wierzącymi?
- Miłość ma pięć faz, choć większość par zatrzymuje się na trzeciej. Dlaczego?
- Święci i błogosławieni w tygodniu

 

 

 

Boże Ciało

Boże Ciało. Bóg w swojej miłości staje się kruchy, łatwy do zranienia, do połamania, do podzielenia i rozdania.

To właśnie dzieje się w każdej Eucharystii. On kocha tak, że pozwala się łamać i taki właśnie połamany daje się. Takim Bogiem się karmimy. On kocha tak, że nieustannie się daje. Kocha tak, że pozwala się zjadać. Przecudny język miłości!

Każdy, kto rzeczywiście kocha chce być zjedzony przez osobę, którą kocha. Każdy, kto rzeczywiście kocha pragnie bliskości, komunii, głębokiego zjednoczenia. Bóg tak kocha. Tak kocha ciebie. Pada przed tobą no kolana, patrzy ci głęboko w oczy i błaga: „Jedz Mnie! Jedz Mnie!! Jedz Mnie!!!” (por. J 6,53-58). Inviato da Mattia

o. Maciej Sierzputowski CSSp – „Mateusz.pl”

 

 

 

Cud pustych rąk

Przez ten rok wiele razy czułem się tak, jak apostołowie. Chciałeś, żebym karmił ludzi: słowem, sakramentami, wysłuchaniem, dobrą teologią, tym wszystkim, czego się wymaga od katolickiego księdza. Do tego mnie powołałeś i zaprosiłeś. Niejednokrotnie słyszałem, jak mówiłeś do mnie: Arku, daj im jeść, bo są głodni. Byłem przekonany, że wystarczy to, co mam, że się przygotuję, że zawsze będę umiał, wiedział, że będę w stanie pomóc, doradzić i podpowiedzieć. Dziś przychodzę do Ciebie, Panie Jezu, i mówię: Jesteśmy na pustkowiu, moje ręce są puste, a jedyne, co mamy, to tylko pięć chlebów i dwie ryby. Zdecydowanie za mało, żeby nakarmić tych wszystkich ludzi.

W sercu pojawia się jednak cichy głos: Weź to, co mam, spójrz w niebo, pobłogosław, połam i rozdaj.

Ty, Stwórca całego świata, dostrzegasz to, co małe i nieznaczące, i bierzesz w swoje ręce. Kawałek chleba i kilka kropel krwi w czasie każdej Eucharystii staje się Najświętszym Ciałem i Krwią Twoją. Tak jakbyś chciał nam pokazać, że to, co największe i najwznioślejsze, zawsze się zaczyna od czegoś niesłychanie małego i pokornego. Ty, wielki i potężny Bóg, a jednak dostrzegający nawet najmniejszych i zapraszający do rzeczy wielkich, takich, które ostatecznie przerastają nasze wyobrażenia. Dlatego przychodzę do Ciebie, nawet jeśli nie mam pięciu chlebów i dwóch ryb, kiedy moje ręce są puste. Przychodzę i czekam na cud, cud pustych rąk.

„Rozumiem, że moim obowiązkiem jest mieć pełne ręce, ponieważ Bóg na to zasługuje, ale nie tracę ducha, gdy widzę, że są puste. Cieszy mnie myśl, że jestem jak kawałek trzciny, w którą Ktoś, ważniejszy niż my wszyscy razem wzięci, dmucha. Tak więc nasz problem to być dobrymi przekaźnikami, przezroczystymi, tak aby poprzez nas można było dostrzec ukrytego Boga, który w nas jest. A potem rozdać, nie skąpiąc, to niewiele, co mamy – wierząc, że niezawodnie przyjdzie Ktoś, kto pomnoży je, tak jak cudownie rozmnożył chleb. Mały płomyk zapałki może przecież rozniecić wielkie ognisko. Nie dlatego, że zapałka jest ważna, lecz dlatego, że płomień jest nieskończony” (José Luis Martín Descalzo, Cud pustych rąk).

Arkadiusz Wojtas OP – „wdrodze.pl”

 

 

 

 

 

Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa – uroczystość

Każdy człowiek jest spragniony cudu; każdy chciałby być świadkiem jakiegoś nadzwyczajnego wydarzenia. Wielu ludzi w poszukiwaniu cudownych miejsc albo osób uważanych za cudotwórców przemierza niekiedy setki kilometrów, znosząc trudy podróży, aby tylko doświadczyć cudu na własne oczy

Byli święci, którzy szczególnie przyciągali do siebie ludzi, np. św. Jan Maria Vianney, proboszcz z Ars, czy św. Ojciec Pio – chyba najbardziej niezwykła postać wśród świętych – który ściągał do siebie tysiące ciekawskich, często także takich, którzy z wiarą i z Bogiem byli już dawno na bakier...

Święta Lipka, Częstochowa, Lourdes, Fatima, Medjugorie i wiele innych miejsc – to lokalizacje, gdzie dokonujące się cuda przyciągają jak magnes coraz to nowe rzesze wiernych.

Ludzie pragną cudów, chcą uczestniczyć w czymś nadprzyrodzonym, poczuć atmosferę, jaka wytwarza się w miejscu cudu.

I o takim cudzie słyszymy również w dzisiejszej Ewangelii. Jezus dokonuje cudu – rozmnaża chleb i ryby, i dzięki temu ponad pięć tysięcy mężczyzn zostaje nakarmionych. I żeby tego było mało – zostaje jeszcze dwanaście koszy ułomków.

Cudowne rozmnożenie chleba w dzisiejszej Ewangelii jest symbolem Eucharystii, w której Chrystus daje swoje Ciało na pokarm, a swoją Krew jako napój. Chrystus przychodzi do nas podczas Eucharystii pod postaciami chleba i wina – Ciała i Krwi Pańskiej. Uobecnia się podczas Mszy św. i staje się realnym Bogiem – pokrzepia naszą duszę i ciało. Przychodzi do nas podczas każdej celebracji Eucharystii, gdzie Go czcimy.

Cuda dzieją się pośród nas. Problem tkwi nie w tym, czy Bóg działa, ale w tym, czy my naprawdę w to wierzymy. Na świecie udokumentowano około 132 cudów eucharystycznych – sytuacji, w których Bóg w niezwykły sposób potwierdził swoją realną obecność w Eucharystii.

Jednym z takich cudów jest wydarzenie z Maceraty we Włoszech.

Rankiem 15 kwietnia 1356 r. pewien kapłan odprawiał Mszę św. w kościele benedyktynek. Podczas konsekracji dopuścił się chwili zwątpienia w realną obecność Chrystusa w Eucharystii. Gdy łamał Hostię, nagle popłynęła z niej krew. Ręce mu zadrżały, a krople krwi spadły na korporał pod kielichem. Po zakończeniu Mszy św. kapłan pośpieszył do biskupa, który nakazał splamiony korporał poddać kanonicznemu badaniu w katedrze.

Cud ten został porównany do słynnego cudu w Bolsena z 1263 r., który dał początek świętu Bożego Ciała. Komisja potwierdziła autentyczność cudu, a korporał z plamami krwi został wystawiony do publicznej adoracji. Krwawe plamy, wyraźnie widoczne na tkaninie, zostały uznane za Najświętszą Krew Zbawiciela. Relikwiarz zawierający ten cenny skarb przetrwał burzliwe dzieje, a jego zawartość do dziś jest czczona w kaplicy katedry w Maceracie – szczególnie w oktawie Bożego Ciała.

Może myślisz sobie teraz: „Gdybym ujrzał taki cud, bardziej bym wierzył”. Może tak, a może nie? Wiele cudów dzieje się codziennie, a jednak nie prowadzą one ludzi do ołtarza Pana. Dzisiejsza uroczystość ukazuje nam Boga, który wychodzi do nas, przekracza wszelkie granice i chce czynić cuda nie tylko podczas Mszy św., ale również w naszym codziennym życiu.

Dziś uczestniczymy w uroczystych procesjach, czcimy Najświętszy Sakrament, śpiewamy piękne pieśni eucharystyczne, oddajemy Jezusowi cześć w naszych miastach, miasteczkach, wsiach i osadach. Wychodzimy na ulice, pięknie udekorowane, niosąc Najświętszy Sakrament – Ciało Chrystusa. Realny Bóg wychodzi do nas, przemierza nasze ulice, drogi i ścieżki. Chce wejść między swój umiłowany lud. Przychodzi do każdego człowieka: chorego i zdrowego, starego i młodego, zakochanego i tego, któremu rozpadło się małżeństwo. Jezus przychodzi do nas, do ciebie i do mnie. On nie tylko chce być blisko ciebie – On chce zamieszkać w twoim sercu, w moim sercu. Chce być naszym codziennym pokarmem, chce być w nas i dla nas. Pragnie, byśmy Go przyjmowali, kształtowali życie według Jego nauki, czcili Go w sercu i naszymi uczynkami.

Zewnętrzne procesje i nabożeństwa mogą – i powinny – być tylko wyrazem naszej wewnętrznej wiary i bliskości z Bogiem, który daje się nam jako pokarm. Inaczej są tylko pustym tradycjonalizmem, rutyną, nic nieznaczącą ceremonią.

Jezus Chrystus, Syn Boży, chce być naszym pokarmem i towarzyszem życia, naszym Nauczycielem, wzorem i punktem odniesienia. Chce być Bogiem żywym i obecnym w naszym codziennym życiu – nie bożkiem czy idolem.

Bóg codziennie dokonuje cudu rozmnożenia chleba podczas Eucharystii. Trudno człowiekowi zrozumieć Eucharystię, bo jest ona tajemnicą. Ale ważne jest, by człowiek był jej bliski – bo ona przemienia serce.

Nawet jeśli nie uczestniczysz codziennie we Mszy św., staraj się pamiętać o niedzielnym spotkaniu z Chrystusem. Dołóż starań, by było ono pełne – to znaczy, by nie zabrakło Komunii świętej. Ona jest naszą siłą.

W czasie jednej z pielgrzymek Sybiraków do Częstochowy, pewien człowiek pochodzący z Kresów opowiadał o wydarzeniu z lat II wojny światowej. Kiedy stracił całą rodzinę wywiezioną na Sybir, sam dostał się do niemieckiej niewoli i został skierowany do obozu pracy w Niemczech. Kiedyś, razem z innymi więźniami, był prowadzony do pracy przez ulice małego miasteczka. Pod eskortą żołnierzy szła 24-osobowa kolumna samych Polaków. Niedaleko kościoła zauważyli księdza z bursą, który szedł z Najświętszym Sakramentem do chorego. Jakby na komendę – jak wspominał ów więzień – wszyscy upadli na kolana. Strażnicy – żołnierze eskortujący więźniów krzyczeli, bili kolbami karabinów. Nikt jednak się nie ruszył.

Niemiecki ksiądz, widząc to, zatrzymał się uniósł bursę i uczynił bursą nad kolumną Polaków znak krzyża – za co również sam został uderzony kolbą.

Ów więzień zapamiętał to wydarzenie tak mocno, że kiedy w latach 80. otworzyły się granice, jako emeryt wyrobił paszport i pojechał do Niemiec. Odszukał miasteczko, odnalazł kościół, spotkał się z proboszczem i opowiedział mu to wydarzenie sprzed lat. Ksiądz zaprosił go do środka i pokazał kronikę parafialną z zapisem tego zdarzenia – sporządzonym przez jego poprzednika, owego bohaterskiego niemieckiego kapłana.

W kronice znajdował się nie tylko opis tamtego faktu, ale i komentarz: „Nie może zginąć naród, który żywi taką cześć do Najświętszego Sakramentu!”.

Nie może zginąć naród, który czci Najświętszy Sakrament. Nie może zginąć człowiek, który kocha Eucharystię.

Nie czekajmy na nadzwyczajne znaki. Największy cud wydarza się co dnia – na ołtarzu. Na ołtarzu gdzie jest celebrowana Msza św. Jezus daje się cały – dla ciebie, dla mnie.

Czy Go rozpoznajesz? Czy Go przyjmujesz? Czy pozwalasz Mu w sobie zamieszkać?

Niech nasza miłość do Eucharystii nie kończy się dziś – ale trwa codziennie.

Dlatego kochajmy Eucharystię. Nie rezygnujmy pochopnie z niedzielnej Mszy św.; starajmy się zawsze przyjmować Jezusa do serca. Bo On chce być naszą mocą, naszą siłą. Jezus, w pokornym znaku chleba i wina przemienionych w Jego Ciało i Krew, wędruje z nami jako nasza siła.

Dziś, dziękując za ten wielki dar Jego obecności, w procesji zapraszamy Go pomiędzy nasze domy – obyśmy nie tylko dziś, ale zawsze zapraszali Go do naszych serc. Amen.

o. Wojciech Wilgowicz CSsR

Redemptorysta Prowincji Warszawskiej, katecheta oraz duszpasterz w Parafii p.w. Ducha Świętego – Szczecinek

 

 

 

 

 

1

 

Tylko 211 nowych księży w tym roku.

W tych sześciu diecezjach nie ma ani jednego neoprezbitera

   

Tylko 211 nowych księży na całą Polskę, w tym 139 dla diecezji, a 72 - dla zakonów. To kolejny rok, w którym znowu wyświęcono mniej księży. Jest ich niemal o jedną piąta mniej niż w 2024 roku. W sześciu diecezjach nie pojawi się żaden nowy ksiądz.

AKTUALIZACJA [18.06.2025, 11:14] : według poprawionej depeszy Katolickiej Agencji Informacyjnej z 18 czerwca nowych księży będzie 206, a nie 211, w tym 139 księży dla diecezji i "prawdopodobnie 67 kapłanów" w męskich zgromadzeniach zakonnych.

Najwięcej nowych księży w Tarnowie

Jeśli chodzi o nowych księżych diecezjalnych, w tym roku Kościołowi w Polsce przybędzie ich 139 - o 14 mniej niż przed rokiem. Najwięcej - co jest już stałą tendencją - nowych kapłanów wyświęcono w diecezji tarnowskiej (13), a ponadto w archidiecezji warszawskiej (12) i archidiecezji lubelskiej (10). Rzadkością stają się sytuacje, w której w jednym roku diecezji przybywa więcej niż dziesięciu kapłanów.

Archidiecezja krakowska, w której rok temu wyświęcono 13 kapłanów, w tym roku zyska ich prawie dwa razy mniej, bo tylko siedmiu. W archidiecezji łódzkiej oraz diecezjach radomskiej i ełckiej przybędzie ich po sześciu, natomiast w archidiecezjach gdańskiej i przemyskiej, diecezji radomskiej i diecezji toruńskiej - po pięciu.

Czy charyzmaty są tylko dla doskonałych? - Bp Andrzej Siemieniewski i Krzysztof Sowiński odpowiadają...

Sześć diecezji bez neoprezbiterów w 2025 roku

W pozostałych diecezjach liczba nowo wyświęconych księży wynosi od 2 do 4. Rok temu w Olsztynie nie wyświęcono ani jednego kapłana, podobnie jak w Szczecinie. W tym roku obie archidiecezje (warmińska i szczecińsko-kamieńska) będą miały po dwóch nowych księży. Święcenia jednego nowego kapłana odbędą się z kolei w diecezjach włocławskiej i płockiej.

Z roku na rok wzrastać zaczyna natomiast liczba miejsc, gdzie nie zostaje wyświęcony ani jeden ksiądz. Rok temu były to dwie wspomniane archidiecezje oraz seminarium misyjne "Redemptoris Mater" w Łodzi i Ogólnopolskie Seminarium Duchownym dla Starszych Kandydatów do Święceń (tzw. Seminarium 35+) także w Łodzi. W tym roku nowych kapłanów nie przybędzie w archidiecezji wrocławskiej i w diecezjach: zamojsko-lubaczowskiej, łowickiej, gliwickiej, pelplińskiej i drohiczyńskiej.

Święceń nie ma także u grekokatolików

Święceń nie będzie w tym roku także wśród kleryków greckokatolickich, którzy przygotowują się do kapłaństwa w Metropolitalnym Seminarium Duchownym w Lublinie. - Zero. Nikt nie kończy w tym roku seminarium. Nie ma nikogo na VI roku, także nie będzie żadnych święceń. Jest jeden kleryk na V roku, jeśli wszystko pójdzie dobrze to zakończy w następnym roku, ożeni się i zobaczymy co dalej - powiedział KAI ks. Bogdan Pańczak, wicerektor seminarium greckokatolickiego w Lublinie.

W zakonach tendencja też jest spadkowa

Męskie zgromadzenia zakonne zyskają w tym roku prawdopodobnie 72 kapłanów. W ubiegłym roku było 83 wyświęconych, a rok wcześniej 86. Tu także zatem, choć nieznacznie, spada liczba święconych kapłanów. Najwięcej nowych kapłanów zyska Zgromadzenie Księży Misjonarzy - 8, salezjanie - 7, Zgromadzenie Misjonarzy Krwi Chrystusa - 5, chrystusowcy - 4, dominikanie - 4, franciszkanie (Zakon Braci Mniejszych) - 4, franciszkanie (Zakon Braci Mniejszych Konwentualnych) - 4, paulini - 4.

Ks. Dariusz Bartocha SDB, sekretarz Konferencji Wyższych Przełożonych Zakonów Męskich w Polsce przyznaje, że "tendencja jest raczej spadkowa, co widać po liczbie seminarzystów w różnych jurysdykcjach". Wskazuje przy tym jednak na pewne niuanse.

- Dane w pewnej części nie oddają stanu rzeczywistego, ponieważ w niektórych jurysdykcjach studiują i przyjmują święcenia współbracia z innych krajów i co prawda są wyświęcani w Polsce, ale niekoniecznie będą tu pracować. Przeciwnie, zgromadzenia, które mają np. jednego kandydata na roku, wysyłają go na studia poza Polską. Zjawiska te nie są jednak powszechne we wszystkich zgromadzeniach - wskazuje ks. Dariusz Bartocha SDB.

"Wierzymy, że to Pan Bóg powołuje tak, jak chce"

Bp Andrzej Przybylski, delegat KEP ds. Powołań i przewodniczący Krajowej Rady Duszpasterstwa Powołań mówi KAI o konieczności stałego towarzyszenia osobom rozeznającym życiowe powołanie, w tym drogę do kapłaństwa.

- Chcemy towarzyszyć powołaniom. Wierzymy, że to Pan Bóg powołuje tak, jak chce, kogo chce i do tego, do czego sam to zaplanował. Natomiast my chcemy tworzyć kulturę powołaniową – po to, aby o tym zadaniu do odkrywania powołania wielu młodym ludziom mówić. Śp. papież Franciszek w orędziu na 62. Światowy Dzień Modlitw o Powołania mówił o tworzeniu przestrzeni służby powołaniom. Naszym zadaniem jest to, aby Kościół w Polsce takie przestrzenie próbował odnajdywać i tworzyć poprzez zespoły i ośrodki duszpasterstw powołań, przez obecność i przekazywanie wiedzy o rozeznawaniu i docieranie z tą tematyką do różnych duszpasterstw i środowisk młodzieżowych - podkreśla bp Przybylski.

Jego zdaniem, spadek powołań jest bezdyskusyjny. - Na pewno te liczby się zmniejszają, to jest jasne. Różnie się to rozkłada, czasem niektóre diecezje odnotują jedno- lub dwuosobowy wzrost powołań, ale generalnie statystyki wskazują na spadek. To tym bardziej mobilizuje nas do tego, aby zintensyfikować myślenie o pracy z młodymi nad powołaniami. Pokazać im, że jedną z dróg jest myślenie i rozeznawanie powołania do służby kapłańskiej - stwierdza.

Mamy za sobą czasy dużego wzrostu powołań

"Odnotowujemy w Polsce jeszcze moment, że tam, gdzie się to zatrzymało, jest stabilna choć ciągle bardzo mała liczba powołanych w stosunku do lat najbardziej owocnych. Ważne jest bowiem to, do czego się tu odwołujemy. Mamy za sobą czasy dużego wzrostu powołań i myślimy, że ciągle powinno to wzrastać. Pytanie, jak zagospodarować tych, którzy teraz odkrywają tę drogę i się na nią decydują" - dodaje bp Przybylski.

Święcenia kapłańskie odbywają się zwykle w okolicy uroczystości Zesłania Ducha Świętego (w tym roku 7 czerwca), ale w części diecezji uroczystości te organizowane są wcześniej lub później. Neoprezbiterzy w dniu święceń otrzymują od biskupów dekrety posyłające ich na pierwsze miejsca pracy duszpasterskiej. Zgodnie z przepisami Prawa Kanonicznego, są przydzielani do diecezji, w której przyjęli święcenia i w niej będą posługiwać. Natomiast absolwenci seminariów misyjnych „Redemptoris Mater” w Warszawie i Łodzi po kilku latach posługi w archidiecezji są posyłani do pracy duszpasterskiej na Drodze Neokatechumenalnej za granicą.

Liczba wyświęcanych księży diecezjalnych w Kościele w Polsce systematycznie spada. W 2024 r. przybyło 235 księży, w 2023 r. - 288. Dekadę wcześniej, w 2013 r. wyświęcono ich 401, rok później - 355, w 2015 r. - 329. W 2016 r. nastąpiła co prawda mały wzrost - do święceń przystąpiło 334 diakonów - ale było ich mniej niż w 2014 r.

KAI / mł

 

 

 

Papież i sport jako środek chrześcijańskiej formacji

Czy można teologicznie połączyć sport i tajemnicę Trójcy Przenajświętszej? Leon XIV pokazał, że można. I że sport powinien być dla Kościoła ważny.

Sport budzi emocje. Ogromne i różnorodne. Nie tylko te związane z bezpośrednią rywalizacją zawodników o medale i tytuły. Zaledwie tydzień temu miliony Polaków emocjonowały się konfliktem pomiędzy bardzo znanym i popularnym piłkarzem a trenerem narodowej reprezentacji w piłce nożnej. Sprawie poświęcone były czołówki mediów, a tzw. telewizje informacyjne emitowały wydania specjalne swoich programów. Pojawiły się setki komentarzy ekspertów i specjalistów oraz tysiące, a raczej miliony opinii bardziej lub mnie zaangażowanych na co dzień w życie sportowe kibiców, widzów, zwyczajnych zjadaczy chleba. Nie zabrakło politycznych, partyjnych i ideologicznych odniesień do całej sytuacji.

Dzień później był mecz Finlandia-Polska, przegrany przez polskich piłkarzy. Selekcjoner początkowo deklarował, że nadal zamierza prowadzić narodową reprezentację, ale po dwóch dniach niespodziewanie oświadczył: „Doszedłem do wniosku, że w obecnej sytuacji najlepszą decyzją dla dobra drużyny narodowej będzie moja rezygnacja ze stanowiska”. I znów czołówki mediów tradycyjnych oraz elektronicznych, znów wydania specjalne… Rywalizacja na boisku została zepchnięta w cień przez wydarzenia na pozór drugoplanowe. Ale te wydarzenia, które miały miejsce w ciągu zaledwie pięciu dni, pokazały coś istotnego. W jaskrawy sposób przypomniały, że sport to nie tylko bezpośrednie spotkanie zawodników, ale również cała otoczka i zaplecze. I że wszystko to ma swój aspekt bardzo ludzki, w tym również moralny.

Ktoś zauważył, że gdy uwagę opinii publicznej w naszym kraju przykuwały – wydawałby się uboczne – kwestie, które powinny być załatwiane uczciwie, profesjonalnie i bez rozgłosu, polscy siatkarze w rozgrywkach Ligi Narodów w Chinach wygrali pod rząd cztery mecze. I chociaż wiadomo, że siatkówka ma w Polsce sporą rzeszę kibiców, to jednak sukces naszych zawodników nie przebił się przez futbolowe awantury. Jak to świadczy o sporcie w naszym kraju? Co to mówi zarówno o tych, którzy są w niego na rozmaite sposoby bezpośrednio zaangażowani, jak i o tych, którzy są jedynie konsumentami wrażeń, przez sport przynoszonych?

Po co w ogóle zajmować się szeroko pojętym sportem w katolickim portalu? Ktoś może zarzucić, że to kolejny dowód, iż Kościół miesza się do wszystkiego, do każdej dziedziny ludzkiego życia i wytknąć, że w Ewangeliach nic nie wskazuje na sportową działalność Jezusa, a nawet na jakiekolwiek zainteresowanie takimi sprawami z Jego strony. To prawda. Jednak już lektura listów św. Pawła Apostoła dowodzi, że sportowa rywalizacja nie tylko znajdowała się w polu jego zainteresowań, ale była mu tak bliska, iż sportowych porównań używał w odniesieniu do spraw wiary, religii, duchowości. „W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem” – pisał na przykład w Drugim Liście do Tymoteusza (2 Tm 4,7). A adresatów Pierwszego Listu do Koryntian zachęcał do naśladowania w życiu religijnym biegaczy i zapaśników (por. 1 Kor 9, 24-27). Nie tylko sam posługiwał się sportowymi odniesieniami, ale był przekonany, że są one zrozumiałe dla jego czytelników.

Byłoby dziwne, gdyby dzisiaj, dwa tysiące lat później, Kościół ignorował sport. W różnym stopniu sport jest elementem życia tych, którzy tworzą wspólnotę Kościoła, dla jednych bardzo ważnym, dla innych mniej istotnym, ale jednak obecnym. Dlatego nie powinno wywoływać zdziwienia, że wśród obchodów Jubileuszu Roku 2025, skierowanych do różnych środowisk, znalazł się Jubileusz Sportu. Tak właśnie – sportu, a nie tylko sportowców.

W jubileuszowym kalendarzu umieszczony został w Uroczystość Trójcy Przenajświętszej. „Połączenie Trójcy Świętej i sportu nie jest zbyt powszechnie stosowane, jednak nie jest ono nie na miejscu” – zauważył papież Leon XIV w homilii wygłoszonej 15 czerwca br. w Bazylice Świętego Piotra. I zaraz wyjaśnił, że każda dobra działalność człowieka niesie w sobie odzwierciedlenie piękna Boga, a sport z pewnością należy do takich działań. Tłumaczył też,  dlaczego sport może pomóc spotkać Trójjedynego Boga. „Ponieważ wymaga ruchu mojego ja ku drugiemu, z pewnością zewnętrznego, ale także i przede wszystkim wewnętrznego. Bez tego sprowadza się do jałowej rywalizacji egoizmów” – mówił aktualny Następca św. Piotra.

Nazywany czasami „najbardziej usportowionym papieżem” św. Jan Paweł II ćwierć wieku temu powiedział, że sport ujawnia nie tylko bogate możliwości fizyczne człowieka, ale także jego zdolności intelektualne i duchowe. „Nie polega jedynie na sile fizycznej i wydolności mięśni, ale ma także duszę i dlatego musi w pełni ukazywać swe oblicze” – przekonywał, dodając, że z powodu ukrytego w nim potencjału sport jest „szczególnie ważnym narzędziem integralnego rozwoju człowieka oraz czynnikiem niezwykle przydatnym w procesie budowania społeczeństwa bardziej ludzkiego”.

Leon XIV poszedł w tym roku jeszcze dalej. Stwierdził wprost, że sport jest cennym środkiem formacji ludzkiej i…  chrześcijańskiej. Uzasadnił tę tezę wskazując trzy aspekty.

Po pierwsze, w pełnym samotności świecie, w którym skrajny indywidualizm przesunął środek ciężkości z „my” na „ja”, sport uczy wartości współpracy, podążania razem, dzielenia się, które, „leży w samym centrum serca życia Boga”. Dzięki temu może stać się ważnym narzędziem pojednania i spotkania.

Po drugie, w coraz bardziej „cyfrowym” społeczeństwie, „sport wydobywa wartość konkretnego bycia razem, znaczenie ciała, przestrzeni, wysiłku, czasu rzeczywistego”. Pomaga w ten sposób utrzymać kontakt z przyrodą, a zwłaszcza „konkretnym życiem, jedynym miejscem, w którym można praktykować miłość”.

Po trzecie, w społeczeństwie opartym na rywalizacji, „w którym wydaje się, że tylko silni i zwycięzcy zasługują na to, by żyć, sport uczy również przegrywać”. To porażka przypomina o jednej z najgłębszych prawd na temat ludzkiej kondycji – o kruchości, ograniczeniach, niedoskonałości.

Jan Paweł II dwadzieścia pięć lat temu zwrócił uwagę, że oprócz sportu, który pomaga człowiekowi, istnieje także taki, który mu szkodzi. „Obok sportu, który uszlachetnia ciało, istnieje sport, który je poniża i zdradza; obok sportu, który służy wzniosłym ideałom, jest też sport, który zabiega wyłącznie o zysk; obok sportu, który jednoczy, jest też taki, który dzieli” – mówił w październiku 2000 r. Leon XIV (o którym wiadomo, że chętnie gra w tenisa) skupił się tylko na pozytywach, dodając nadziei, że takie gorszące sytuacje, jak ta z minionego tygodnia w polskim futbolu, to tylko margines.

ks. Artur Stopka – „deon.pl”

 

 

12

 

Jesteśmy katolikami praktykującymi.

Ale czy na pewno wierzącymi?

„Ludzie myślą, że najważniejsza jest religijność. Nie... Może być tak, że będziesz spożywać Komunię na kilogramy, a nigdy nie spotkasz Boga” – mówi o. Lech Dorobczyński OFM i tłumaczy, kiedy zaczyna się prawdziwa wiara chrześcijanina.

Praktykujący, ale czy wierzący?

Aleteia: Ojcze, w Kościele dużo mówi się o wierzących praktykujących lub o wierzących niepraktykujących. Na nich zazwyczaj się koncentrujemy, tymczasem ojciec stawia pytanie: Praktykujący, ale czy… wierzący? I napisał na ten temat książkę*.

O. Lech Dorobczyński OFM: Bo obok wierzących praktykujących i wierzących niepraktykujących jest też spora grupa ludzi, którzy chodzą do kościoła i korzystają z sakramentów z przyzwyczajenia. I – żeby było jasne – dobrze, że SĄ.

Myślę, że o wiele łatwiej zachwycić się Kościołem, będąc w Kościele. Jeżeli człowiek nie chodzi do kościoła, to może do niego nie dotrzeć dobre kazanie, które mogłoby być początkiem jego nawrócenia. Może „ominąć” go spowiedź, która mogłaby zmienić jego życie o sto osiemdziesiąt stopni. Wtedy Pan Bóg musi szukać innego sposobu, by dotrzeć do człowieka.

Ilu Polaków to katolicy praktykujący? Nowe badania zaskakują

Czytaj także :

Ilu Polaków to katolicy praktykujący? Nowe badania zaskakują

Uważa ojciec, że praktykowanie – w przypadku, gdy jest się niewierzącym – ma sens?

Nie znam człowieka, który by był całkowicie niewierzący, a chodził do kościoła i przystępował do sakramentów. Na pewno łatwiej znaleźć wątpiących.

Co, zdaniem ojca, świadczy o naszym życiu wiarą? Po czym poznać, że mamy relację z Bogiem i że ta relacja jest autentyczna?

To słowo właśnie wypowiedziałaś: relacja. Ludzie myślą, że najważniejsza jest religijność. Nie. Najważniejszym słowem w wierze jest r e l a c j a. Relacja zawsze opiera się na dwustronności. Jeżeli ona jest fundamentem, to chodzę do kościoła, bo chcę się spotkać, ale także dlatego, że On chce spotkać się ze mną. Praktykuję, bo tęsknię. Idę do spowiedzi, bo jest mi źle, że zraniłem Ojca, który mnie naprawdę kocha.

Wiara jest naszą odpowiedzią na zaproszenie Pana Boga. Od człowieka zależy, czy na to zaproszenie odpowie; od Boga – kiedy to zaproszenie człowiekowi wyśle.

Bóg nie może się spóźniać

Zdarza się, że Pan Bóg wysyła to zaproszenie nie w czas? Zdarza Mu się spóźniać?

Nie, Jemu nie. Nam – tak.

Czasami mamy takie poczucie, że Bóg się spóźnia.

To, co mnie przekonuje, że Bóg nigdy się nie spóźnia, to Jego imię. Często zapominamy o imieniu Boga. Bóg mówi: „Ja jestem, który jestem”. Kard. Grzegorz Ryś zauważył, że dokładne tłumaczenie imienia Boga brzmi: „Ja jestem, który jestem tutaj”. To „tutaj” jest bardzo ważne.

Czasami mamy tak, że widzimy Pana Boga twarzą w twarz, słyszymy Go. Siadamy sobie z Nim na kanapie czy przy stole, pijemy z Nim kawę i nie mamy wątpliwości, że On jest. Ale czasami Bóg chowa się za naszymi plecami. Próbujemy Go uchwycić, ale On obraca się razem z nami. I robi to najczęściej wtedy, gdy przeżywamy najtrudniejsze momenty w życiu. I wtedy jedyne, co nam zostaje, to Jego imię. Bóg zza pleców szepcze nam do ucha: „Pamiętaj: Ja jestem, który jestem tutaj”.

Powiedział ojciec wcześniej, że relacja opiera się na dwustronności. Ale my przecież nie jesteśmy w stanie zaoferować Bogu tyle, ile On jest w stanie dać nam. Te proporcje zawsze będą nierówne.

I On o tym doskonale wie, dlatego cieszy się każdą chwilą z nami. Każdą naszą myślą, która biegnie w Jego stronę, każdym poruszeniem serca. Bóg, będąc z nami w relacji, chce wypełniać wszystkie nasze pustki.

„Może być tak, że będziesz spożywać Komunię na kilogramy, a nigdy nie spotkasz Boga” – to ojca słowa. Można przyjąć Boga do serca i nie spotkać się z Nim?

Niestety tak. Nie chcę uogólniać, ale jednym z zewnętrznych znaków tego jest na przykład to, że ludzie po mszy świętej wychodzą z kościoła ponurzy. Nie mam tu na myśli smutku, bo smutek może być skutkiem jakiegoś trudnego doświadczenia.

Kiedy widzę w ławkach ponure twarze, mówię: „Ludzie, nie wypuszczę was z kościoła, jeśli się nie uśmiechniecie! Chcecie stąd wyjść i straszyć ludzi na ulicy? Przecież Chrystus zmartwychwstał!”.

Coś, co daje mi jeszcze większą radość, to myśl, że Bóg zostawił nam siebie w kawałku chleba. I możemy Go zjeść, bo Jemu już nie wystarcza być tylko przy nas, ale chce być w nas. Chce przeżywać z nami naszą codzienność! Jeżeli zjadam Pana Boga na kilogramy, a to nic w moim życiu nie zmienia, to może dobrze, żebym usłyszał pytanie: „Ej, co z tobą?”.

Jeżeli człowiek, wychodząc z kościoła uzmysłowi sobie, co tak naprawdę się wydarzyło – że przyjął żywego Boga, że jest „tabernakulum na nogach”, że jest wypełniony Bożą obecnością… Jeśli pomyśli o Komunii św. w ten sposób, to przestanie Pana Jezusa tylko połykać. I zachwyci się Nim!

Przyzwyczajeni do spania

W książce „Praktykujący, ale czy… wierzący?” napisał ojciec, że „żyjemy przyzwyczajeniami, zapadliśmy w sen, letarg. I nienawidzimy, jak nas ktoś budzi”. Mocne słowa.

Jest taki dowcip o tym, jak człowiek budzi się ze śpiączki po dwudziestu latach. Rozejrzał się po sali i mówi: jeszcze dwie minutki (śmiech).

(śmiech) Co sprawia, że nie chcemy się budzić?

Tak jest nam po prostu wygodniej. W życiu codziennym jesteśmy bardzo zabiegani, funkcjonujemy w pewnych schematach i zburzenie tych schematów czasami oznacza (dosłownie!) reorganizację całego życia. A my tego nie chcemy. Często też nie jesteśmy na to gotowi. Wejście w relację z Panem Bogiem, w taką świadomą relację, wiąże się z największą ofiarą – zaangażowaniem.

Ciekawą grupą są księża, bo wszyscy praktykują, ale... czy wszyscy wierzą?

My, księża, czasem rzeczywiście zachowujemy się jak niewierzący. Ale trzeba być ostrożnym w wydawaniu opinii. Czasem jest tak, że jakiś ksiądz odprawia mszę jak…

…mini-robot? (śmiech)

…mini-robot eucharystyczny (śmiech). Ale może się zdarzyć, że on tak po prostu ma… że – trzymając się technicznej terminologii – został tak zaprogramowany (śmiech), ale jego serce w czasie przeistoczenia może mocno bić dla Pana, a my tego nie wiemy. Nie określałbym czyjejś wiary na bazie tego, co widzę. Bo to, co widzę, to za mało.

Owszem, zdarzają się kapłani, którzy stracili wiarę. Wydarzyło się w ich życiu coś, co mocno nimi zachwiało. Szatan mocno walczy, żeby nas ściągnąć z Bożej drogi. On nienawidzi każdego rozgrzeszenia, którego udzielamy, każdej Eucharystii, kiedy sprowadzamy Jezusa na ołtarz. Najchętniej by nas za to zabił. Ale jako że nie ma nad nami takiej władzy, to solidnie uprzykrza nam życie pokusami. A nasze walki różnie się kończą.

Po co się starać?

W książce napisał ojciec, że Bóg w stworzenie człowieka wlewa całą swoją miłość.

Wlewa tę miłość w stworzenie KAŻDEGO człowieka: praktykującego wierzącego, praktykującego niewierzącego, wierzącego niepraktykującego i niewierzącego niepraktykującego. Każdego kocha taką samą miłością: nieważne, czy to jest protestant, czy prawosławny, świadek Jehowy, żyd czy muzułmanin. Co więcej: nawet terrorysta jest Jego ukochanym dzieckiem. A ja, jako chrześcijanin, nie mam prawa mówić Bogu: mnie masz bardziej kochać niż innych.

Ale jeżeli Bóg kocha wszystkich taką samą miłością, to po co się starać?

Ktoś, kto odczuł w sobie Bożą miłość – czystą, bezgraniczną i bezinteresowną – sam czuje potrzebę jej odwzajemnienia. To naturalne. Między innymi dlatego poszedłem do zakonu, bo któregoś dnia zrozumiałem, że Bóg mnie kocha – z moimi grzechami, z całą moją bylejakością. I postanowiłem poświęcić życie na odkrywanie odpowiedzi, kto kryje się za tą miłością.

Przybliża się ojciec do tej odpowiedzi?

Czasami się przybliżam, a czasem – gdy bylejakość bierze górę – oddalam.

Katarzyna Szkarpetowska- „aleteia.pl”

 

 

13

 

Miłość ma pięć faz, choć większość par zatrzymuje się na trzeciej. Dlaczego?

Wiele małżeństw rozpada się, ale większość z nich nawet nie wie dlaczego. Tymczasem sekret tkwi w przejściu przez wszystkie fazy relacji.

Po czterdziestu latach pracy jako doradca w sprawach rodzinnych i małżeńskich psychoterapeuta Jed Diamond odkrywa klucz do prawdziwych i trwałych związków. Sekret tkwi w przejściu przez „pięć faz miłości”:

    Zakochanie

    Stawanie się parą

    Rozczarowanie

    Budowanie prawdziwej i trwałej miłości

    Wykorzystanie mocy obojga dla zmiany świata

Diamond zauważa, że wiele małżeństw rozpada się, a większość z nich nawet nie wie dlaczego. „Błędnie uważają, że wybrali niewłaściwego partnera. Po przejściu przez okres żałoby zaczynają poszukiwać na nowo” – mówi. Tym samym szukają miłości w niewłaściwych miejscach.

„Nie rozumieją, że trzecia faza nie jest końcem, lecz prawdziwym początkiem do osiągnięcia miłości prawdziwej i trwałej” – wyjaśnia psychoterapeuta. Warto przyjrzeć się poszczególnym fazom.

1

Zakochanie

Ten stan wydaje nam się wspaniały, gdyż jesteśmy dosłownie zalani przez hormony, takie jak dopamina, oksytocyna, serotonina, testosteron i estrogeny. To również moment, gdy projektujemy na drugą osobę wszelkie nasze nadzieje i marzenia.

Wierzymy, że wszystkie obietnice, których nie zdołały wypełnić nasze poprzednie związki, w końcu zostaną spełnione. „Mamy pewność, że pozostaniemy w tym stanie zakochania na zawsze” – komentuje Jed Diamond. Druga osoba wydaje się doskonała i wszystko – słowa, czyny i marzenia – wyglądają na prawdziwe i pewne.

2

Stawanie się parą

Przechodzimy na kolejny stopień, gdzie miłość się pogłębia i rozwija, a dwoje ludzi łączy się w parę. Zaczynają wspólne życie – to czas radosnej jedności. „Uczymy się tego, co druga osoba lubi i poszerzamy nasze indywidualne życia, aby zacząć żyć we dwoje” – opowiada Diamond.

Lekcja C.S. Lewisa o 4 rodzajach miłości

Czujemy się coraz bardziej związani z ukochaną osobą, bezpieczni i chronieni. Często myślimy, że to najwyższy poziom miłości i mamy nadzieję, że będzie trwał zawsze. Jednak nadchodzi kolejny etap.

3

Rozczarowanie

Stan, który może zdefiniować koniec lub umocnienie związku. To okres, w którym małe rzeczy zaczynają nas drażnić. Czujemy się mniej kochani, mniej „zaopiekowani”. Czasami czujemy się wręcz zniewoleni – jesteśmy bardziej drażliwi, chodzimy podenerwowani, a nawet poranieni. „Możemy zająć się pracą lub rodziną, jednak nasze niezadowolenie narasta” – komentuje terapeuta.

Na tym etapie dokonujemy rewizji naszych uczuć i zadajemy pytanie – dokąd odeszła osoba lub miłość, które wcześniej mieliśmy? Pojawia się nawet myśl, aby opuścić partnera.

Stare przysłowie mówi: „Gdy przechodzisz przez piekło, nie zatrzymuj się”. Wydaje się, że w tej fazie związku, porzekadło się sprawdza. Pozytywną stroną trzeciego etapu jest to, że żar (owego piekła) spala wiele z naszych złudzeń o nas samych i o naszym partnerze. Mamy okazję, by stać się bardziej kochający i zacząć doceniać osobę, z którą jesteśmy, a nie projekcje, jakie w niej pokładamy, jako w naszym „idealnym towarzyszu”.

4

Budowanie prawdziwej i trwałej miłości

„Jednym z prezentów, jakimi nas obdarowuje konfrontacja z nieszczęściami fazy trzeciej, jest możliwość dotarcia do jądra i przyczyny bólu i konfliktu” – mówi Diamond. Po pomyślnym przejściu przez ten etap próby, partnerzy uczą się być razem, uczą się sobie nawzajem pomagać, rozumieć się i leczyć swoje rany.

To nie miejsce na rozczarowania – ten inny nie jest tym, o którym zawsze marzyłeś, lecz kimś, kto potrafi cię kochać, gdyż jest tym właśnie, kim jest!

„Nie istnieje nic bardziej satysfakcjonującego niż życie z partnerem, który nas widzi takimi, jacy jesteśmy i kocha w nas nas samych. Rozumie, że nasze niewłaściwe zachowanie nie wynika ze złości czy braku miłości, lecz jest wspomnieniem ran z przeszłości, która w nas nadal jeszcze żyje. Im lepiej rozumiemy i bardziej akceptujemy naszego partnera, tym skuteczniej uczymy się kochać nas samych” – zapewnia psychoterapeuta.

5

Wykorzystanie mocy obojga dla zmiany świata

To stan, gdy różnice i wątpliwości zostały pokonane, zaufanie i wzajemne wsparcie umocniły się do tego stopnia, że oboje, wsparci na swej prawdziwej i trwałej miłości, mogą zmieniać świat. „Jeśli nauczymy się radzić sobie z naszymi różnicami i odnajdywać w naszych relacjach miłość prawdziwą i trwałą, być może zdołamy wspólną pracą odkryć prawdziwą i trwałą miłość w świecie” – wyjaśnia Diamond.

Ta faza stanowi wyzwanie do tego, by oboje razem użyli „mocy dwojga” ku zdobywaniu celów we wspólnym życiu.Po przejściu wszystkich kolejnych stanów wiecie, że dotarliście do wspólnoty zbudowanej na solidnych fundamentach.

Tekst na podstawie artykułu zamieszczonego w https://www.awebic.com.br/

Święci i błogosławieni w tygodniu

15 czerwca - bł. Jolenta, księżna, zakonnica

15 czerwca - św. Wit, męczennik

15 czerwca - św. Bernard z Menthon, zakonnik

15 czerwca - św. Maria Michalina od Najświętszego Sakramentu, dziewica

16 czerwca - św. Benon, biskup

16 czerwca - św. Lutgarda, dziewica

16 czerwca - bł. Florida Cevoli, dziewica

16 czerwca - św. Jan Franciszek Régis, prezbiter

17 czerwca - św. Brat Albert Chmielowski, zakonnik

17 czerwca - św. Alina z Forest, męczennica

17 czerwca - św. Grzegorz Barbarigo, biskup

18 czerwca - św. Elżbieta z Schönau, dziewica i zakonnica

18 czerwca - bł. Hosanna z Mantui, dziewica

19 czerwca - św. Romuald z Camaldoli, opat

19 czerwca - święci męczennicy Gerwazy i Protazy

19 czerwca - bł. Tomasz Woodhouse, męczennik

19 czerwca - św. Juliana Falconieri, dziewica

20 czerwca - bł. Benigna, dziewica i męczennica

20 czerwca - św. Wincenta Geroza, dziewica

20 czerwca - bł. Jan Gavan, prezbiter i męczennik

21 czerwca - św. Alojzy Gonzaga, zakonnik

21 czerwca - Najświętsza Maryja Panna Opolska

21 czerwca - Najświętsza Maryja Panna z Góry Iglicznej, Przyczyna naszej radości

21 czerwca - św. Rajmund z Barbastro, biskup

22 czerwca - święci Jan Fisher, biskup, i Tomasz More, męczennicy

22 czerwca - św. Paulin z Noli, biskup

22 czerwca - bł. Innocenty V, papież