W BLASKU MIŁOSIERDZIA
39/1095 – 6 września 2026 r. A.
INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA

Niedziela, 6 września 2026 r.
XXIII NIEDZIELA ZWYKŁA (rok A)
Kolor szat liturgicznych: zielony
Czytania:
Pierwsze czytanie: Ez 33,7–9
Psalm: Ps 95
Drugie czytanie: Rz 13,8–10
Ewangelia: Mt 18,15–20
Ewangelia:
Upomnienie braterskie
Mt 18, 15-20
✠ Słowa Ewangelii według Świętego Mateusza
Jezus powiedział do swoich uczniów:
«Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi. A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik.
Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, cokolwiek zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie.
Dalej, zaprawdę, powiadam wam: Jeśli dwóch z was na ziemi zgodnie o coś prosić będzie, to wszystko otrzymają od mojego Ojca, który jest w niebie. Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich».
Komentarze:
Nie wtrącam się, to nie moje sprawy. Postawa dość często spotykana. I zasadniczo chyba słuszna. Włażenie z butami w życie bliźnich nie jest dla nich miłe. Czasem jednak trzeba. Bo istnieje obowiązek upomnienia grzesznika. I o tym są czytania tej niedzieli.
Chyba jednego w nich jednak brakuje. Bliższego wyznaczenia granicy, na której kończy się obowiązek upominania, a zaczyna niepotrzebne wtrącanie się w czyjeś sprawy. Choć pewnej istotnej wskazówki nie zabrakło.
Upominać, nie upominać? To zależy. Także od tego, czy moje upomnienie ma szanse przynieść dobry skutek, czy jest też prawie pewne, że tylko wzmoże niechęć, utwierdzi grzeszącego w jego złym postępowaniu. Upominanie nie może być młotkiem, którym wale bliźnich po głowie, chcąc ich upokorzyć i pognębić. Musi być wyrazem miłości...

W dzisiejszym numerze:
- Wezwanie do mądrego upominania. Ale i wskazanie, że ponad spór jest zgoda
- Najpierw rozmowa w cztery oczy. Potem świadkowie. Następnie Kościół
- Dług miłości
- Dlaczego modlimy się przed obrazami?
- Miłość nie unosi się pychą
- Papież mianował nowego biskupa dla Kijowa
- Ostatnia podróż wakacji. Zostań turystą we własnym mieście
- Czy można wierzyć i jednocześnie przestać myśleć? Pięć „toksyn” współczesnego katolicyzmu
- Święci i błogosławieni w tygodniu

Wezwanie do mądrego upominania.
Ale i wskazanie, że ponad spór jest zgoda.
Ważniejsza od sporu jest zgoda. Jasne, trzeba upominać, gdy ktoś grzeszy. Ale... nie każdego albo i nie zawsze. W podręczniku teologii moralnej tak to ujęto:
Ukazana przez Chrystusa powinność ma charakter obowiązku pozytywnego, wiąże zatem przy realizowaniu się pewnych warunków. Nakaz upomnienia obowiązuje przy ł ą c z n y m realizowaniu się dwóch warunków, a mianowicie jeśli istnieje:
1) rzeczywista p o t r z e b a bliźniego apelująca o pomoc;
2) moralna m o ż l i w o ś ć takiego upomnienia. Upominania braterskiego n i e m o g ą oczywiście czynić ci, którzy w tym samym przedmiocie ciężko upadają.
Trzeba w tym miejscu odwołać się do słów Chrystusa, w których On upomina, aby nie zajmować się drzazgą w oku bliźniego bez usunięcia belki z własnego oka (por. Łk 6,41). Zajęcie się bliźnim w tym stylu nie byłoby aktem miłości, lecz raczej obłudy, a ponadto nie byłoby skuteczne. Usuwanie zła od bliźniego należy zacząć od usunięcia zła w sobie.
Należy stwierdzić, że upomnienie winno być podejmowane r o z t r o p n i e i czynione w sposób nacechowany t a k t e m, a nawet pokorą. Inaczej bowiem może być nie tylko nieskuteczne, lecz nawet szkodliwe. Trzeba nieraz milczeć i czekać cierpliwie. Z milczeniem i cierpliwością winno się jednak zerwać, kiedy mogłoby to być wzięte za aprobatę dla złych czynów. Św. Paweł ostrzega: "Nie miejcie udziału w bezowocnych czynach ciemności, a raczej piętnując nawracajcie" (Ef 5,11).
Tak, zawsze jednak ważniejsza jest miłość. Ponad spór, często przecież o sprawy drugorzędne, jak spory o SPOSÓB przyjmowania komunii, liczy się nasza wspólna modlitwa; to, że świadomi, iż wszyscy jesteśmy grzesznikami, a Bóg wszystkich nas łaskawie przygarnia, potrafimy nie czynić ze sporu sprawy życia i śmierci. I że jest od sporu coś ważniejszego.
Najpierw rozmowa w cztery oczy. Potem świadkowie. Następnie Kościół.
Kiedy słuchamy dzisiejszej Ewangelii, łatwo odnieść wrażenie, że Jezus przedstawia kolejne, coraz surowsze etapy postępowania wobec człowieka, który zgrzeszył. Najpierw rozmowa w cztery oczy. Potem świadkowie. Następnie Kościół. A na końcu słowa: „Niech będzie dla ciebie jak poganin i celnik”.
Można pomyśleć, że Jezus daje tutaj instrukcję dyscyplinarną – opis stopniowego zaostrzania postępowania wobec grzesznika. Ale warto odwrócić tę perspektywę.
Pomaga nam w tym św. Hieronim. W swoim Komentarzu do Ewangelii według św. Mateusza, wyjaśniając słowa Jezusa: „Idź i upomnij go w cztery oczy” (Mt 18,15), zauważa, że Chrystus rozpoczyna od prywatnej rozmowy, aby człowiek, który zawinił, nie został publicznie zawstydzony i przez to nie zamknął się jeszcze bardziej na prawdę oraz nawrócenie.
To bardzo głęboka intuicja. Pokazuje, że Jezus troszczy się nie tylko o prawdę, ale również o człowieka, który ma się na tę prawdę otworzyć.
Co ciekawe, tę samą zasadę odnajdujemy również we współczesnym nauczaniu Kościoła. 10 czerwca 2026 roku, podczas Mszy Świętej w Bazylice Sagrada Família w Barcelonie, papież Leon XIV, komentując inne wymagające słowa Jezusa: „Jeżeli nie uwierzycie, że Ja jestem, pomrzecie w grzechach waszych” (J 8,24), powiedział: „To mocne słowa, które w żadnym razie nie są groźbą ani szantażem. Są zaproszeniem do zbawienia”.
Między komentarzem św. Hieronima a słowami papieża Leona, choć dzieli je szesnaście wieków, panuje niezwykła zgodność. Obaj pomagają nam odkryć tę samą prawdę: Jezus nie wypowiada trudnych słów po to, aby człowieka złamać, zawstydzić czy potępić. Wypowiada je po to, aby go ocalić.
Dlatego dzisiejsza Ewangelia nie przedstawia przede wszystkim kolejnych stopni kary, ale kolejne etapy upomnienia i troski o odzyskanie brata.
Jezus pokazuje, że troska o ocalenie człowieka wymaga nazwania grzechu, postawienia granicy, wezwania do nawrócenia, a w pewnych sytuacjach także zastosowania środków dyscyplinarnych.
Dlatego można powiedzieć: to nie jest po prostu eskalacja surowości, ale także nie jest to jedynie eskalacja troski. Jezus pokazuje drogę, na której prawda i miłosierdzie idą razem.
Dlaczego Jezus zaczyna od rozmowy w cztery oczy? Nie dlatego, że grzech jest czymś mało ważnym. Grzech jest poważny. Ale człowiek jest jeszcze cenniejszy. Chrystus chce, aby grzesznik nie został pozbawiony nadziei na powrót.
Święty Hieronim rozumiał ludzkie serce. Wiedział, że człowiek publicznie zawstydzony często nie otwiera się na prawdę, ale zaczyna się bronić. Dlatego Jezus daje najpierw przestrzeń do spokojnego spotkania.
I tutaj pojawia się ważne pytanie: czym właściwie jest chrześcijańskie upomnienie?
Upomnieć nie znaczy zakrzyczeć. Upomnieć nie znaczy pogrozić. Upomnieć nie znaczy udowodnić drugiemu człowiekowi, że jest się lepszym.
Prawdziwe upomnienie zaczyna się od spotkania. To znaczy przyjść do brata, wysłuchać go, spróbować zrozumieć, w jakim miejscu on dzisiaj jest. To znaczy powiedzieć prawdę nie po to, aby go pokonać, ale aby pomóc mu zobaczyć drogę przemiany.
Można nie zgodzić się z czyimś postępowaniem. Można nazwać zło złem. Ale jednocześnie można nadal kochać człowieka.
Bo Jezus nie mówi: „Pozbądź się brata”.
Mówi: „Pozyskasz swego brata”.
To nie jest przypadkowe słowo. Jezus nie mówi: „pozyskasz winnego” czy „pozyskasz przeciwnika”. Mówi: „pozyskasz brata”. Nawet grzech nie odbiera człowiekowi jego godności. Dlatego celem całej drogi opisanej w Ewangelii nie jest znalezienie winnego, ale odzyskanie brata.
Dlatego kolejne kroki, o których mówi Jezus, nie są zwiększaniem kary, ale szukaniem kolejnych sposobów ratunku. Najpierw jest rozmowa osobista. Jeśli nie pomaga – pojawiają się świadkowie. Później wspólnota Kościoła.
Włączenie Kościoła nie oznacza więc publicznego upokorzenia grzesznika. Oznacza, że odpowiedzialność za prawdę i dobro nie może zostać sprowadzona wyłącznie do prywatnych opinii. Chrystus powierza swojej wspólnocie także odpowiedzialność za rozeznawanie, upominanie i – w razie potrzeby – podejmowanie działań dyscyplinarnych.
Wszystko to ukazuje postawę Jezusa, który nie pragnie kogoś upokorzyć, ale daje człowiekowi szansę na nawrócenie, ponieważ nigdy z niego nie rezygnuje.
To trochę jak z lekarzem. Lekarz nie zmienia sposobu leczenia dlatego, że przestaje troszczyć się o pacjenta. Przeciwnie – szuka kolejnych sposobów, aby go uratować. Tak samo postępuje Bóg.
Widzimy to w życiu Jezusa. Po zmartwychwstaniu Jezus spotyka Piotra i trzykrotnie pyta go: „Czy miłujesz Mnie?”. Te trzy pytania przypominają trzy zaparcia Piotra, ale Jezus nie wykorzystuje tej chwili, aby go upokorzyć ale aby go podnieść. Prowadzi go przez prawdę i miłość do uzdrowienia, a następnie ponownie powierza mu misję: „Paś baranki moje”.
Podobnie jest z Zacheuszem. Jezus nie omija człowieka odrzuconego przez innych, ale mówi: „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu”.
To spotkanie przemienia jego serce. Ale przemiana Zacheusza nie kończy się na samym wzruszeniu czy dobrym samopoczuciu. Zacheusz odpowiada na spotkanie z Jezusem konkretną zmianą życia: deklaruje zwrot tego, co niesprawiedliwie zabrał, oraz zadośćuczynienie. Spotkanie z Chrystusem nie oznacza więc pobłażliwości wobec grzechu. Prowadzi do nawrócenia, które ma swoje konkretne owoce.
A wobec kobiety pochwyconej na cudzołóstwie Jezus nie pozwala, aby jej grzech stał się publicznym piętnem. Ratuje ją i mówi: „Idź i odtąd już nie grzesz”.
Jezus łączy tutaj dwie rzeczy, których człowiek często nie potrafi połączyć: miłosierdzie i prawdę. Mówi: „I Ja ciebie nie potępiam”, ale zarazem: „Idź i odtąd już nie grzesz”. Miłosierdzie nie oznacza więc aprobaty grzechu. Jezus ocala osobę, ale jednocześnie wzywa ją do zerwania z grzechem.
To jest styl Boga: najpierw ocalić człowieka, a potem leczyć jego grzech.
Jak bardzo potrzebujemy dziś tej Ewangelii. Żyjemy w świecie, w którym łatwo mówi się o człowieku, a trudniej mówi się z człowiekiem. Jeden komentarz, jedna wiadomość, jedno udostępnienie może zranić czyjeś dobre imię. Czasem łatwiej publicznie wyrazić swoje oburzenie, niż podjąć trud rozmowy.
A Jezus mówi: „Idź do niego”. Nie do innych. Do niego.
Na końcu dodaje: „Gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich”.
Chrystus jest obecny nie tylko wtedy, gdy wspólnota okazuje sobie wzajemną życzliwość, ale również wtedy, gdy z miłością i odpowiedzialnością staje wobec zła, prawdy i potrzeby nawrócenia. Jest obecny tam, gdzie ludzie podejmują trud pojednania, ale także tam, gdzie nie uciekają od odpowiedzialności za dobro wspólnoty. Jest obecny tam, gdzie nie rezygnują z brata po pierwszej porażce. Tam, gdzie próbują go odzyskać.
Kiedy następnym razem usłyszymy tę Ewangelię, nie myślmy przede wszystkim o kolejnych stopniach kary. Pomyślmy o Chrystusie, który łączy miłosierdzie z prawdą, troskę o człowieka z odpowiedzialnością za dobro wspólnoty. Pomyślmy o Nim, który nigdy nie przestaje szukać człowieka.
Jak przypomniał papież Leon, mocne słowa Jezusa nie są groźbą ani szantażem, ale zaproszeniem do zbawienia. Pan jest zawsze po stronie człowieka, pragnąc jego zbawienia, ale właśnie dlatego nie pozostawia go obojętnym wobec zła. Nie potwierdza każdego naszego wyboru ani każdej naszej decyzji. Jego miłość jest większa: chce nas wyprowadzić z tego, co nas niszczy, i poprowadzić ku życiu.
Taki jest Bóg objawiony przez Jezusa. Nie przestaje walczyć o człowieka, nawet wtedy, gdy człowiek oddala się od Niego. Jego „walka” o człowieka nie jest przymusem. Jest nieustannym wychodzeniem ku człowiekowi, działaniem łaski i wezwaniem do nawrócenia.
Bo Jezus nie stopniuje surowości. Jezus stopniuje troskę.
o. Krzysztof Wąsiewicz CSsR – „redemptor.pl”
Misjonarz Prowincji Warszawskiej Redemptorystów, obecnie wychowawca Studentatu w Wyższym Seminarium Duchownym Redemptorystów – Kraków
Dług miłości
Kiedyś podczas wakacji szliśmy z moim kolegą, doświadczonym taternikiem z Zamarłej Turni w kierunku Murowańca. Za naszymi plecami niebo było sine, ale to sinością taką, że aż czuło się metafizyczny dreszcz. Myślałem: „Uciekajmy, bo jak zaraz przywali piorunami i lunie deszcz, to będziemy mieli za swoje”. A tymczasem nad Czarnym Stawem piknik – tłum turystów. Na drodze z Hali Gąsienicowej jak na pielgrzymce do Częstochowy za pontyfikatu Jana Pawła II. Nikt nie myśli o odwrocie, młodzi i starzy wesoło podążają w stronę sinej chmury. Nikt nie napominał, nikt nie wołał, że nadchodzi burza. Półtorej godziny później siedzieliśmy w ciepełku, obserwując tłum przemoczonych i zziębniętych turystów szturmujący jadalnię w schronisku.
Wspomnienie to przyszło mi na myśl, gdy zacząłem rozważać czytanie dotyczące upomnienia braterskiego z Ewangelii św. Mateusza oraz napomnienia grzesznika z Księgi Ezechiela. Zapewne wielu z nas nie lubi moralizatorskiego tonu obecnego niekiedy w napomnieniach kierowanych ze strony Kościoła czy innych osób – przełożonych czy autorytetów. Ale napomnienie nie musi być drażniącym słuchaczy moralizowaniem w poczuciu wyższości. Może być słowem, które co prawda poucza, ale jednocześnie wypływa z mądrości opartej na doświadczeniu i z chęci niesienia pomocy. Podobnie mogło być w górach, gdyby ktoś powiedział, że widział już taką chmurę, że za chwilę rozpęta się burza i wycieczka w klapkach, w dodatku z małymi dziećmi, to nie jest najlepszy pomysł.
Dla całości obrazu upomnienia braterskiego ważnym uzupełnieniem są słowa z listu św. Pawła: „Nikomu nie bądźcie nic dłużni poza wzajemną miłością”. Miłość, a nie zniecierpliwienie czy poczucie wyższości ma być horyzontem napomnienia. Miłość w stosunku do osoby, ku której kieruję napomnienie, a nie obawa przed ludzką opinią czy bezwzględne „tak trzeba i już, koniec dyskusji”. Idealnie byłoby, gdyby napomniany odebrał jednocześnie komunikat, że troska i miłość braterska to nie są puste slogany, ale prawdziwa więź.
Grzegorz Chrzanowski OP – „wdrodze.pl”
Dlaczego modlimy się przed obrazami?
Ten zarzut stawia się dość często. Warto znać nań odpowiedź.
Czcimy Chrystusa w różny sposób na obrazach czy w figurach przedstawianego, modlimy się do Matki Bożej Częstochowskiej, Gietrzwałdzkiej, Ostrobramskiej, Różanostockiej, Pszowskiej, Piekarskiej, z Lourdes czy Fatimy... Modlimy się przed różnymi wizerunkami świętych. Wiemy oczywiście, że to ciągle te same osoby, tyle że przedstawiane w różnoraki sposób. No bo przecież raczej żaden katolik nie uważa, że jak nie pomoże mu Matka Boża w wizerunku z Częstochowy to pomoże ta z Lourdes: to przecież ciągle ta sama osoba, Maryja, Matka Jezusa Chrystusa. Czy jednak w ogóle to, że modlimy się przed obrazami czy figurami nie jest jakimś nadużyciem wobec Boga czy świętych?
Spór o kult obrazów Kościół dawno już rozstrzygnął na Soborze Nicejskim II (787 rok) a potem jeszcze na kolejnym, IV w Konstantynopolu (869-870). Mimo to pytanie o sprawę dość często wraca. Także pod wpływem tych, którzy przytaczają brzmienie Dekalogu z Księgi Wyjścia (20) czy Księgi Powtórzonego Prawa (5). Znajdują w nim odrębne przykazanie wyraźnie zabraniającego czynienia podobizn Boga, ludzi czy zwierząt. Kościół nie słucha Boga? Jak to jest?
Od tego fragmentu Księgi Wyjścia więc zacznijmy.
Wtedy mówił Bóg wszystkie te słowa: «Ja jestem Pan, twój Bóg, który cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli. Nie będziesz miał cudzych bogów obok Mnie! Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią! Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył, ponieważ Ja Pan, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze występek ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia względem tych, którzy Mnie nienawidzą. Okazuję zaś łaskę aż do tysiącznego pokolenia tym, którzy Mnie miłują i przestrzegają moich przykazań»(...).
Potem są kolejne przykazania... Widać wyraźnie: zakaz czynienia rzeźb czy obrazów „tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią” nie jest jakimś oddzielnym przykazaniem. Jest rozwinięciem pierwszego. Wskazuje na to choćby to, co czytamy w następnym zdaniu „Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył”. To uszczegółowienie pierwszego przykazania. To zakaz czczenia bożków – czy tak człowiek taktuje innego człowieka, jakiś przedmiot czy ideę – jest jego sensem. Wytwarzanie zaś różnych wyobrażeń – Boga, ludzi, zwierząt – o ile w ten zakaz godzi.
Naciągane? Zwróćmy uwagę, że chodzi o bardzo dawne czasy, czasy, w których pewnie dość łatwo rozprzestrzeniały się różne praktyki zabobonne. Ot, znajduje ktoś na pustyni jakiś stary posąg. Kogo przedstawia? Może jakiegoś króla, ale może jakiegoś boga? Lepiej więc go nie rozgniewać... Inny mechanizm, znany i dziś: szczęście na maturze przynosi .. maskotka. Najpierw jest więc jakaś „maskotka”, która z czasem staje się bóstwem opiekuńczym... Ten mechanizm właśnie, ta skłonność człowieka do ubóstwiania różnych wizerunków, także z obawy, że brak czci sprowadzi na człowieka jakieś nieszczęście, stoi najpewniej u podstaw tego zakazu. Zakazu nie do końca konsekwentnie przestrzeganego także w kulcie Starego Testamentu. Kto ciekawy, niech poczyta o szczegółach dotyczących arki i sprzętów w Namiocie Spotkania...
Dlaczego więc tworzymy obrazy czy figury? Dlaczego się przed nimi modlimy? Po pierwsze, zwróćmy uwagę, że dla nas Bóg nie jest już tylko duchem. Przyjął – z własnej woli – postać człowieka. Więcej, naprawdę stał się człowiekiem. Nie ma więc powodu, by bać się przedstawiać Go, zwłaszcza Jezusa Chrystusa, jako człowieka. Po drugie... pięknie ujęto to w „Dekrecie wiary” II soboru w Nicei: „cześć oddawana wizerunkowi przechodzi na prototyp, a kto składa hołd obrazowi, ten go składa Istocie, którą obraz przedstawia”. Nic skomplikowanego, prawda? Noszący w portfelu zdjęcie żony i dzieci nie traktuje zdjęcia, jakby było jego żoną i dziećmi. Ale pomaga mu o nich myśleć...
Można powiedzieć, że obrazy, figury, są widzialnymi znakami rzeczy – osób! – które dla naszym zmysłów są niewidzialne. Znakami które na coś wskazują. Nie rzeczywistością, którą oznaczają. To oczywiste na ten przykład, że nikt przy zdrowych zmysłach nie próbuje zatankować swojego samochodu przy znaku informującym, że przy drodze jest stacja benzynowa, ale poinformowany przez znak zjeżdża na stację. Nikt znaku ostrzegającego o zakręcie nie traktuje jak zakrętu, przyspieszając gdy tylko ów znak minie, ale ostrzeżony uważa na zakręcie drogi. I tak jest z tymi „świętymi obrazami”. Są znakami, odnoszą nas one do innej rzeczywistości; ukierunkowują myśl ku tym, których przedstawiają.
Po co nam te obrazy, figury, przedstawienia? Nie można modlić się patrząc np. na ścianę czy na piękny widok? Można. Zwróćmy uwagę, że różne przedstawienia, obrazy, bywają swoistym katechizmem. Tylko dla współczesnych często mało już czytelnym. Niewielu dawniej umiało czytać. Niekoniecznie wszystko jasne było, gdy posłuchało się kazania (z tym problem może być i dziś). Obraz pomagał zrozumieć; obraz pomagał wrócić do tego, czego się nie zrozumiało, pomagał zgłębić tajemnicę. Znaczenie miały szczegóły: ot na ikonach przestawiających Jezusa niebieska szata oznacza bóstwo, czerwona człowieczeństwo. Szata w tych dwóch barwach oznacza zjednoczone w Nim bóstwo i człowieczeństwo. Podobnej symboliki jest na owych obrazach znacznie więcej, tyle że my już najczęściej nie potrafimy ich czytać. Dopiero gdy opowie nam o ich znaczeniu znawca... A przecież bywają przedstawienia, na których opowiedziano całe historie. Kaznodzieja mógł opowiadać te historie, jakby dziś posługiwał się rzutnikiem...
Nasze współczesne obrazy trochę mniej zawierają symboliki, ale też mogą pomóc zrozumieć. Ot, serce, Jezusa czy Maryi, uniwersalny dla nas znak miłości. Skonkretyzowane „Bóg nas kocha”. Matka Boska pokazująca nam Dzieciątko – przypomnienie, kto jest ważny, do kogo ona prowadzi. A krzyże... To temat wart osobnego wyjaśnienia, ale zwróćmy uwagę: są krzyże, na których przedstawione jest cierpienie Jezusa, są krzyże, na których Jezus triumfuje, są krzyże będące jakby drzewem życia – z kwiatami, ptakami... Pierwsze oddają ludzka rzeczywistość krzyża, mogą pomóc znieść człowiekowi jego własne cierpienie. Ale przecież te inne to czysta teologia: to pokazanie co na krzyż Jezusa dał. Warto przyglądać się szczegółom, zastanowić się, co artysta w danym przedstawieniu chciał o męce i śmierci Jezusa powiedzieć...
Jest jeszcze jeden, wydaje się istotny powód, dla którego nie ma co obruszać się na „święte obrazy”. Pomagają one skupić się nam na tym, do kogo kierujemy swoją modlitwę. Bo bez tego jak? Na kim czy na kim skupia się myśl, gdy modląc się patrzę na gołą ścianę? Jakie obrazy jawią się przed moim umysłem, gdy zamykam oczy? Obraz, figura, mozaika, witraż pomagają ukierunkować rozbiegane myśli, pomagają myśleć o tym, ku któremu kieruję swoją modlitwę. Zwłaszcza, że i głos tego, z którym rozmawiam, usłyszeć muszę zupełnie inaczej, niż słyszę głos znajomego w telefonie.
Jeśli jeszcze raz usłyszycie zarzut, że modlicie się do kawałka kamienia, deski czy płótna, warto się uśmiechnąć. I się nie przejmować.
Andrzej Macura – „wiara.pl”
Miłość nie unosi się pychą
Człowiek kochający nie wznosi się ponad innych, ale razem z nimi twardo stąpa po ziemi
Co jest prawdziwą miłością, a co nią nie jest? Warto czasem powiedzieć „sprawdzam”.
Z cyklu „Największa jest miłość” na podstawie Pawłowego Hymnu o miłości
Pyszałek ma w sobie coś z balonu, prawda? Jest jak balon nadęty i z byle powodu, jak balon przy lekkim podmuchu, łatwo się unosi. Ale wystarczy tknąć go szpilką prawdy: cała ta jego nadęta okazałość z hukiem znika i zostaje... No, nie jak w przypadku balonu kawałek rozdartej, nikomu niepotrzebnej gumy, bo przecież nawet upokorzony pyszałek to ciągle nie śmieć, a człowiek. Ale na pewno z całej tej rzekomej wielkości pyszałka nic nie zostaje. A wielki to może jest już tylko śmiech tych, którzy na jego zarozumialstwie się poznali.
Miłość nie unosi się pychą – przetłumaczono ten fragment Pawłowego hymnu o miłości w Biblii Tysiąclecia, w Biblii Poznańskiej i w tłumaczeniu ekumenicznym. Wyłamał się tłumacz Biblii Paulistów, który użył zwrotu, że miłość „nie jest zarozumiała”. Bardziej dosłownie może byłoby, że „nie jest chełpliwa ani nie nadęta”. Sens jednak ciągle pozostaje ten sam. Chodzi o zarozumiałe i nadęte wynoszenie się nad innych. Obrazowe „unoszenie się pychą” chyba najlepiej tę postawę oddaje. A jest ona sprzeczna z postawą autentycznej miłości.
Pyszna i zarozumiała miłość? To sprzeczność. Jak rzekoma miłość ojca systematycznie deprecjonującego wartość osiągnięć dziecka, by ciągle czuć się tym ważniejszym i lepszym. Jak rzekoma miłość męża/żony, gdy liczy się tylko, czego on/ona chce, a czego chce druga strona liczy się tylko wtedy, gdy zgodne jest z pragnieniem samoluba. Gdyby raz miało być inaczej – jest unoszenie się. I pół biedy, jeśli tylko foch. Czasem samolubne przypisywanie drugiej stronie całego zła tego świata, a bywa że i obelgi czy wyzwiska. Wszak pyszałek, jak niesiony wiatrem balon, nie ma hamulców. Niesie go urażona duma, poczucie rzekomej krzywdy i parę innych. I nie powściąga rozum…
Tak bywa i w relacjach pozarodzinnych, gdy chodzi o to, co nazywamy miłością bliźniego. Ot, w pracy. Raczej nie ma tam deklaracji „kocham”. Ale bywa fałszywe przeświadczenie, że jestem wobec innych w porządku, że jestem świetnym pracownikiem, dbam o wspólne, że leży mi na sercu dobro firmy. Tak naprawdę zaś jest zarozumiałość. Wiem lepiej, choć moja wiedza to tylko pełna dziur teoria, a mający w danej kwestii doświadczenie mówią mi, że się mylę. Wiem lepiej, więc za plecami współpracowników idę do mało zorientowanego w sprawach nadszefa i roztaczam przed nim swoje wizje, w których zawsze pojawia się jedno: ja na kierownika. Wiem lepiej, więc dajcie mi ludzi i pieniądze, a JA to zrobię. Przy okazji trzeba oczywiście tego czy innego psychicznie poturbować, a może nawet zwolnić, ale dla dobra firmy… Końcem takiej postawy jest unoszący się balon. Jeśli się uda – jest niby powód. Jeśli się nie uda – balon wznosi się hojnie obsypując oskarżeniami o niepowodzenie innych…
Kocham, ale do wyższych rzeczy jestem stworzony i te proste prace, którymi trzeba się zająć, powinien wykonać ktoś inny. No bo przecież nie ja. Zróbcie to sami, bo mój czas jest zbyt cenny, by go marnować na takie drobiazgi…
A prawdziwa miłość? Ona ma taką fantazję, że nie boi się chodzić po błocie, zostać opluta i prędzej niż dochodzić swojego machnie ręką (parafraza słów pewnej piosenki). Ona jest pokorna. Ona, jak Jezus, myje uczniom nogi. I nie waha się dla dobra innych poświęcić swoje życie. Niekoniecznie zaraz, w jednej chwili. Kropla kropli tracąc je w służbie dla bliźnich.
Andrzej Macura – „wiara.pl”
O. Serhii Kippa
Papież mianował nowego biskupa dla Kijowa
O. Serhii Kippa, prowincjał kapucynów na Ukrainie, został biskupem pomocniczym diecezji kijowsko-żytomierskiej. 47-letni duchowny przygotowywał się do kapłaństwa w seminariach zakonnych w Kalwarii Zebrzydowskiej i Krakowie.
Nowy biskup ma 47 lat. Urodził się w Woźniesiensku w obwodzie mykołajowskim. Studiował język turecki na Narodowym Uniwersytecie Lingwistycznym w Kijowie (1996–2001). W 2001 r. rozpoczął postulat, a następnie nowicjat w Zakonie Braci Mniejszych. W 2005 r. przeszedł do zakonu kapucynów, w którym w 2009 r. złożył śluby wieczyste. Formację zakonną oraz studia filozoficzno-teologiczne odbył najpierw w seminarium Zakonu Braci Mniejszych w Kalwarii Zebrzydowskiej (2003–2005), a następnie w seminarium kapucynów w Krakowie (2006–2010).
Po święceniach w 2010 r. powrócił na Ukrainę, gdzie był odpowiedzialny za duszpasterstwo powołaniowe i pełnił funkcję mistrza nowicjatu. W 2016 r. został przełożonym kapucynów w Starokonstantynowie, a w 2018 r. proboszczem parafii Najświętszej Maryi Panny w Kijowie. Od 2022 r. jest prowincjałem kapucynów na Ukrainie. W ubiegłym roku zostały wybrany na drugą kadencję.
VATICANNEWS.VA
Ostatnia podróż wakacji.
Zostań turystą we własnym mieście
Przez ostatnie dwa miesiące w każdy piątek zabieraliśmy was w miejsca, do których sami lubimy wracać. Były dalsze podróże, krótsze wypady, góry, miasta i miejsca idealne na weekend. Na zakończenie wakacyjnego cyklu chcemy jednak zaproponować coś zupełnie innego. Bez pakowania walizki, rezerwowania hotelu i sprawdzania cen lotów. Zabieram was do mojego miasta – Krakowa.
Bo wakacje mają jedną zasadniczą wadę: kiedyś się kończą. Nie każdy ma też możliwość, żeby nawet raz w roku wsiąść do samolotu albo samochodu i ruszyć kilkaset kilometrów od domu. Czasem brakuje pieniędzy, czasem urlopu, czasem zwyczajnie czasu. I właśnie wtedy warto spróbować czegoś, co brzmi banalnie, dopóki naprawdę tego nie zrobimy: zostać turystą we własnym mieście.
Zastanów się: kiedy ostatni raz poszedłeś na spacer bez konkretnego celu? Wszedłeś do muzeum znajdującego się dwadzieścia minut od twojego mieszkania? Usiadłeś w kawiarni, którą od lat mijasz? Albo po prostu pojechałeś na drugi koniec miasta tylko po to, żeby zobaczyć zachód słońca?
Mieszkając gdzieś przez lata, zaczynamy traktować otoczenie jak dekorację. Przestajemy patrzeć w górę na kamienice, omijamy zabytki, bo „przecież zawsze można tam pójść”, a Rynek staje się miejscem, przez które trzeba szybko przejść, zamiast miejscem, do którego chce się przyjechać.
Dlatego na zakończenie naszej wakacyjnej serii proponuję mały eksperyment: zrób sobie jednodniowy urlop we własnym mieście. A ja pokażę wam, jak zrobiłabym go w Krakowie.
Zacznijmy tam, gdzie najwięcej klimatu
Gdybym miała komuś pokazać Kraków i jednocześnie nie chciała zaczynać od najbardziej oczywistego spaceru wokół Rynku, prawdopodobnie wybrałabym Kazimierz.
To jedna z tych części miasta, które najlepiej poznaje się bez dokładnego planu. Zamiast wpisywać w mapę kolejne atrakcje, warto po prostu chodzić.
Szeroka, Józefa, Meiselsa, Plac Nowy. Stare szyldy, niewielkie galerie, antykwariaty, synagogi, knajpki schowane za bramami i podwórka, obok których można przejść dziesięć razy i dopiero za jedenastym razem zauważyć, że coś się za nimi kryje.
Właśnie te kazimierskie podwórka są jednym z moich ulubionych elementów tej dzielnicy. Wystarczy czasem zejść z głównej ulicy, żeby znaleźć się w zupełnie innym Krakowie: cichym, trochę niedoskonałym, ze starymi murami, drewnianymi schodami i roślinami wystającymi z okien. Oczywiście trzeba przy tym pamiętać, że wiele z nich to przestrzenie mieszkalne, a nie turystyczne atrakcje.
Kazimierz ma jeszcze jedną zaletę: właściwie nie trzeba tutaj niczego „zwiedzać”, żeby dobrze spędzić kilka godzin. Można kupić coś na targu, usiąść na kawę, wejść do księgarni, zrobić kilka zdjęć i obserwować ludzi.
A kiedy zgłodniejecie, Plac Nowy i jego okolice dają tyle możliwości, że spokojnie można byłoby napisać o nich osobny przewodnik. Jest oczywiście kultowa zapiekanka z Okrąglaka, ale ja zachęcam przede wszystkim, żeby trochę pobłądzić po bocznych uliczkach.
Kawa w miejscu, w którym można zapomnieć, że jest się w XXI wieku
Kraków jest miastem kawiarni. I nie chodzi tylko o modne lokale ze specialty coffee, choć tych w ostatnich latach również powstało mnóstwo. Są tutaj miejsca, które bardziej niż kawiarnię przypominają scenografię filmową.
Jednym z nich jest Camelot Cafe przy ulicy św. Tomasza. Kilkadziesiąt metrów od zatłoczonego Rynku można wejść do niewielkiego wnętrza, w którym czas jakby zwalnia. Kolorowe ściany, stare meble, niewielkie stoliki i artystyczny klimat sprawiają, że jest to dokładnie taki Kraków, jaki wyobraża sobie ktoś, kto nigdy wcześniej tutaj nie był.
Inną opcją jest kawa z widokiem. Na dachu Sukiennic znajduje się taras, z którego można spojrzeć na Rynek Główny z zupełnie innej perspektywy. To jeden z tych pomysłów, które wydają się przeznaczone przede wszystkim dla turystów, a przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żeby samemu zostać turystą na godzinę.
Można też zrobić coś jeszcze prostszego. Kupić kawę na wynos, usiąść na Plantach i przez pół godziny absolutnie nigdzie się nie spieszyć. Wbrew pozorom to może być najbardziej wakacyjna rzecz ze wszystkich.
Jeżeli jednak chcecie zrobić coś, czego raczej nie robicie w zwykłą sobotę, można polecieć nad Krakowem balonem.
I nie mam tutaj na myśli wielogodzinnego lotu gdzieś poza miastem. Przy Forum znajduje się balon widokowy, który unosi pasażerów nad Krakowem. Z góry można zobaczyć Wisłę, Wawel, wieże kościołów, dachy Kazimierza i znaczną część miasta. To atrakcja, którą sama długo traktowałam jako coś „dla turystów”. I chyba właśnie w tym tkwi cały problem z mieszkaniem w atrakcyjnym turystycznie mieście. Ludzie przyjeżdżają setki kilometrów, żeby zobaczyć miejsca, które my codziennie mijamy w drodze do pracy.
Lot trwa krótko, ale perspektywa zostaje na dłużej. Nagle miasto, którego ulice znamy niemal na pamięć, wygląda zupełnie obco. A po zejściu na ziemię nie trzeba od razu wracać do domu.
Bulwary Wiślane, czyli najprostszy plan na wolne popołudnie
Z okolic Forum można ruszyć wzdłuż Wisły. Krakowskie bulwary są jednym z najlepszych przykładów miejsca, którego nie trzeba specjalnie planować. Można przyjść z książką, kocem, psem albo znajomymi. Można wsiąść na rower. Można przejść od Kazimierza w stronę Salwatora albo zrobić dokładnie odwrotnie. Latem wystarczy ciepły wieczór, coś do picia i widok na Wawel, żeby przez chwilę naprawdę poczuć się jak podczas wyjazdu.
Szczególnie polecam zrobić taki spacer późnym popołudniem i zostać do zachodu słońca. Kraków oglądany z drugiej strony Wisły, kiedy światło zaczyna odbijać się od rzeki, wygląda zupełnie inaczej niż o godzinie ósmej rano, kiedy biegniemy do pracy.
A może plaża?
Jeszcze kilkanaście lat temu zdanie „jadę w Krakowie nad wodę” mogło brzmieć trochę przewrotnie. Dzisiaj wybór jest całkiem spory.
Najbardziej spektakularny jest oczywiście Zakrzówek. Turkusowa woda otoczona wapiennymi skałami sprawia, że na zdjęciach momentami trudno uwierzyć, że nadal znajdujemy się kilka kilometrów od Rynku Głównego. Dawny kamieniołom stał się jednym z najbardziej charakterystycznych rekreacyjnych miejsc w mieście.
Nawet jeśli nie planujecie pływania, warto przyjechać tutaj na spacer. Ścieżki prowadzące wokół skał i widoki na zalew potrafią dać namiastkę jednodniowego wyjazdu poza Kraków. Tylko jedna rada: jeśli macie możliwość, wybierzcie dzień powszedni albo wcześniejszą godzinę. W upalne weekendy pomysł „uciekniemy nad wodę” przychodzi do głowy mniej więcej połowie Krakowa.
Przylasek Rusiecki
Jeśli Zakrzówek jest miejską wersją wakacji, Przylasek Rusiecki pozwala już na chwilę zapomnieć, że w ogóle znajdujemy się w Krakowie. To zupełnie inny krajobraz niż Rynek, Wawel czy Kazimierz. Zieleń, zbiorniki wodne, pomosty i dużo więcej przestrzeni. Można tutaj przyjechać na kilka godzin z książką, urządzić piknik albo po prostu spędzić leniwe popołudnie nad wodą. I chyba właśnie takie miejsca najlepiej pokazują, jak różnorodny jest Kraków. Jednego dnia można stać pomiędzy kamienicami Starego Miasta, pół godziny później pić kawę na Kazimierzu, a później znaleźć się nad wodą w otoczeniu zieleni.
Kraków jest miastem kopców
Kopców w Krakowie mamy kilka i każdy daje trochę inną perspektywę. Najbardziej znany jest Kopiec Kościuszki, ale ja na wieczór wybrałabym również Kopiec Krakusa. Droga na szczyt nie wymaga wielkiej wyprawy ani specjalnego przygotowania, a panorama wynagradza podejście. Szczególnie wtedy, gdy przyjdziecie tu przed zachodem słońca.
Z jednej strony widać historyczne centrum, z drugiej bardziej współczesne fragmenty miasta. W pobliżu znajduje się też kamieniołom Liban, miejsce niezwykle ciekawe historycznie, ale zarazem takie, przy którym warto pamiętać, że nie jest zwyczajnym instagramowym „urbexem”. Jego historia związana jest m.in. z niemieckim obozem pracy przymusowej. Podgórze w ogóle zasługuje na osobną wycieczkę. Przejdź przez kładkę i nie zawracaj od razu na Kazimierz
Wiele osób przechodzi przez kładkę Bernatka, robi zdjęcie i wraca na Kazimierz. A warto iść dalej. Podgórze ma zupełnie inny rytm. Rynek Podgórski, charakterystyczny kościół św. Józefa, niewielkie uliczki, Park Bednarskiego i prowadzące w górę schody sprawiają, że ta część Krakowa świetnie nadaje się na spokojny spacer. Jest mniej pocztówkowa niż Rynek, ale właśnie dzięki temu ma swój charakter.
Zrób w końcu to, co od kilku lat odkładasz „na kiedyś”
Chyba każdy mieszkaniec dużego miasta ma taką listę. „Muszę kiedyś tam pójść”. Tylko że „kiedyś” potrafi trwać pięć lat.
W Krakowie na takiej liście często znajdują się muzea. A wybór jest ogromny. Rynek Podziemny, Fabryka Schindlera, Stara Synagoga, Apteka pod Orłem, Muzeum Podgórza, Pałac Krzysztofory czy Rydlówka to tylko część propozycji. Do tego dochodzą Muzeum Narodowe, MOCAK, Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha czy Muzeum Witrażu.
To ostatnie szczególnie pasuje do pomysłu poznawania mniej oczywistego Krakowa. Miasto kojarzymy z wielkimi zabytkami, tymczasem czasem dużo ciekawsze okazują się miejsca niewielkie, wyspecjalizowane i położone trochę poza najbardziej oczywistą trasą turystyczną.
Dobrym pomysłem jest też sprawdzanie dni darmowego wstępu do poszczególnych instytucji. Wtedy taki miejski urlop może kosztować naprawdę niewiele.
Ogród Botaniczny zamiast kolejnego centrum handlowego
Jest jeszcze jedno miejsce, o którym bardzo łatwo zapomnieć, choć znajduje się właściwie w centrum Krakowa. Mowa o Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Ogród Botaniczny UJ. Fot. depositphotosOgród Botaniczny UJ. Fot. depositphotos
To opcja na wolniejsze popołudnie. Bez spektakularnych atrakcji i bez odhaczania kolejnych punktów. Palmiarnie, stare drzewa, alejki i mnóstwo zieleni sprawiają, że przez chwilę można poczuć się jak poza miastem. To też dobry pomysł na randkę, szczególnie jeśli wszystkie restauracje i kina zaczynają już wyglądać podobnie.
A może po prostu wsiąść na rower?
Kraków świetnie zwiedza się również na dwóch kółkach. Można zacząć przy Błoniach, zjechać nad Wisłę, przejechać obok Wawelu i Kazimierza, a później ruszyć dalej w stronę Tyńca. I tutaj zaczyna się już wycieczka, która naprawdę daje wrażenie wyjazdu z miasta. Im dalej od centrum, tym więcej zieleni i spokojniejszych fragmentów trasy. Tyniec jest zresztą świetnym celem samym w sobie. Opactwo benedyktynów położone nad Wisłą wygląda szczególnie pięknie pod koniec dnia. A jeśli kilkadziesiąt kilometrów na rowerze brzmi jak zdecydowanie zbyt ambitny plan na odpoczynek, wystarczy przejechać fragment trasy. Nie chodzi przecież o bicie rekordów.
Samoloty, zachód słońca i namiastka podróży
Nie trzeba kupować biletu lotniczego, żeby na chwilę poczuć atmosferę wyjazdu. Na obrzeżach Krakowa, tuż przy lotnisku w Balicach, znajduje się miejsce doskonale znane miłośnikom lotnictwa – górka spotterska.
To jeden z tych pomysłów na wieczór, które są banalnie proste, a potrafią zrobić większe wrażenie niż niejedna płatna atrakcja. Wystarczy przyjechać przed zachodem słońca, usiąść na trawie i obserwować samoloty podchodzące do lądowania albo wznoszące się chwilę po starcie. Niektóre przelatują na tyle blisko, że trudno oderwać od nich wzrok.
Doceń otoczenie
Przez całe wakacje pokazywaliśmy wam miejsca, które warto zobaczyć. Na zakończenie tej serii chciałabym jednak zostawić was z czymś trochę innym.
Podróż nie zawsze zaczyna się na lotnisku, nie musi kosztować kilku tysięcy złotych. Jeżeli nie macie pieniędzy na kolejny wyjazd, skończył wam się urlop albo zwyczajnie nie możecie teraz nigdzie pojechać, wybierzcie miejsce znajdujące się blisko was i spędźcie tam dzień tak, jak zrobilibyście to podczas wakacji. Nie róbcie zakupów. Nie sprzątajcie mieszkania. Nie nadrabiajcie maili.
Wstańcie rano, zjedzcie śniadanie gdzieś poza domem, wybierzcie miejsce, w którym jeszcze nie byliście, zróbcie zdjęcia, wejdźcie do muzeum, kupcie kawę i zostańcie na zachód słońca. W Krakowie może to być śniadanie na Kazimierzu, spacer po Podgórzu, kąpiel na Zakrzówku, piknik na Błoniach, rower do Tyńca albo lot balonem nad miastem. W Warszawie, Wrocławiu, Lublinie, Rzeszowie czy niewielkiej miejscowości będzie to zupełnie inny plan – i dobrze.
Bo czasem wcale nie trzeba planować kolejnego wyjazdu, żeby poczuć wakacyjny klimat. Wystarczy wolny dzień, odrobina spontaniczności i spojrzenie na dobrze znane miejsca trochę inaczej. Kto wie, może najlepszy pomysł na ostatnią podróż tych wakacji znajduje się tuż za rogiem.
Zobacz także
Dlaczego lato tak często nas rozczarowuje? Psycholog wyjaśnia, skąd bierze się presja na "najlepsze wakacje życia"
Autor: Julia Hap – „deon.pl”
Czy można wierzyć i jednocześnie przestać myśleć? Pięć „toksyn” współczesnego katolicyzmu
Czy katolicyzm może osłabnąć nie dlatego, że jego przeciwnicy są zbyt silni, ale dlatego, że sami katolicy przestają myśleć własnymi kategoriami? Tomasz Rowiński w książce „Toksyny” opisuje pięć „złych duchów”, które jego zdaniem zatruwają dziś życie Kościoła. Najciekawszy jest być może jeden z nich: irracjonalizm.
Tytuł książki Tomasza Rowińskiego nie pozostawia wątpliwości: „Toksyny. O pięciu złych duchach niszczących życie katolickie”. Autor nie zamierza pisać chłodnego podręcznika historii idei. Stawia diagnozę, miejscami ostrą i prowokacyjną, i zaprasza czytelnika do sporu.
Pięć opisanych przez niego „złych duchów” to: fałszywa jedność, niesamodzielność, personalizm, irracjonalizm oraz przywiązanie do świata. Warto jednak czytać o nich nie jak o pięciu niezależnych problemach. Układają się raczej w pewien ciąg.
Kiedy jedność staje się ważniejsza od prawdy
Pierwsza „toksyna” pojawia się wtedy, gdy w imię zachowania jedności zaczynamy przemilczać to, co niewygodne. Nie mówmy o tym, bo ktoś się obrazi. Nie przypominajmy tego fragmentu nauczania Kościoła, bo wywoła konflikt. Nie stawiajmy trudnych pytań, żeby nikogo nie stracić. Jedność jest przecież dla chrześcijan wartością. Rowiński pyta jednak: co się dzieje, kiedy ceną za nią staje się prawda?
Z tym wiąże się drugi problem – niesamodzielność. Katolik może bowiem zacząć patrzeć na świat cudzymi oczami. I nie chodzi wyłącznie o uleganie liberalnej kulturze. Autor krytykuje także sytuację, w której katolicka opinia staje się jedynie religijnym dodatkiem do programu konkretnego obozu politycznego. W obu przypadkach ginie coś ważnego: zdolność do powiedzenia „najpierw sprawdźmy, co rzeczywiście wynika z naszej wiary i z rozumnego namysłu nad dobrem”.
A co z personalizmem?
Jeszcze bardziej prowokacyjna jest krytyka personalizmu. To przecież jedno ze słów szczególnie dobrze zakorzenionych we współczesnym katolicyzmie. Mówimy o godności osoby, indywidualnym sumieniu, niepowtarzalności człowieka.
Rowiński nie odrzuca godności osoby. Ostrzega natomiast przed momentem, w którym osobiste doświadczenie zaczyna stawać ponad obiektywną prawdą. Jest różnica między stwierdzeniem, że normę moralną zawsze trzeba odnosić do konkretnego człowieka, a przekonaniem, że konkretna osoba może sama zdecydować, co w jej przypadku jest prawdą i dobrem. I właśnie tutaj dochodzimy do być może najciekawszego problemu tej książki.
Epoka rozumu, która staje się irracjonalna
Żyjemy w czasach niezwykłego prestiżu nauki. Nieustannie słyszymy o badaniach, danych, ekspertach i naukowym konsensusie. Mogłoby się więc wydawać, że nigdy wcześniej ludzkość nie była równie racjonalna.
A jednocześnie coraz częściej słyszymy: „dla mnie prawdą jest to, co czuję”, „moja prawda jest inna” albo „najważniejsze jest moje doświadczenie”. Ten paradoks Rowiński opisuje jako ducha irracjonalizmu.
Chrześcijaństwo nigdy nie było religią czystego uczucia. Jednym z centralnych słów chrześcijańskiej tradycji jest przecież Logos – rozum, słowo, sens. Przez stulecia chrześcijańscy filozofowie i teologowie próbowali pokazać, że wiara nie stoi w sprzeczności z rozumem, a świat nie jest chaosem pozbawionym poznawalnego porządku.
Problem zaczyna się wtedy, gdy wiara zostaje zredukowana do osobistego przeżycia: wierzę, ponieważ odczuwam potrzebę wiary. Co wówczas ma rozstrzygać o moralności, polityce, naturze człowieka czy kształcie społeczeństwa? Najczęściej – odpowiada Tomasz Rowiński – robi to po prostu dominująca kultura.
Nauka nie jest odpowiedzią na każde pytanie
I tutaj książka dotyka problemu bardzo współczesnego. Można bowiem ogromnie szanować naukę, a równocześnie przypisywać jej odpowiedzi na pytania, których nauka wcale nie potrafi rozstrzygnąć.
Biologia może opisać rozwój ludzkiego organizmu. Fizyka może powiedzieć nam niezwykle wiele o budowie materii. Medycyna może coraz skuteczniej przedłużać życie.
Ale żadna z tych nauk sama nie odpowie na pytanie: co jest dobre? Kim jest osoba? Dlaczego ludzkie życie posiada wartość? Jak powinno wyglądać dobre społeczeństwo?
To pytania filozoficzne i moralne. Techniczna racjonalność to jeszcze nie racjonalna cywilizacja. Dlatego kult „naukowości” może paradoksalnie współistnieć z głębokim irracjonalizmem. Możemy być niezwykle racjonalni technicznie i jednocześnie coraz mniej racjonalni wtedy, gdy pytamy o sens, dobro i prawdę.
Czy Kościół musi nadążać za światem?
Ostatnią z opisanych przez Rowińskiego toksyn jest przywiązanie do świata. Autor wraca tu do powojennego spotkania katolicyzmu z liberalnym humanizmem. Przez długi czas istniał pomiędzy nimi znaczący obszar wspólny: obrona praw człowieka, wolności religijnej, sprzeciw wobec totalitaryzmów czy przekonanie o szczególnej wartości ludzkiej osoby.
Tyle że współczesna kultura liberalna bardzo się zmieniła. Rowiński stawia więc pytanie, czy część katolików nie próbuje za wszelką cenę utrzymywać dawnego sojuszu – nawet wtedy, gdy oznacza to stopniowe dostosowywanie języka i przekonań Kościoła do oczekiwań świata.
Chrześcijańska odpowiedź nie polega przecież ani na pogardzie dla świata, ani na bezkrytycznym podążaniu za nim. Chrześcijanin powinien umieć świat kochać, ale również go osądzać. A żeby to zrobić, potrzebuje czegoś więcej niż aktualnie obowiązującej opinii większości.
Książka do dyskusji
Z Tomaszem Rowińskim można się spierać. Niektóre jego diagnozy są bardzo szerokie, inne z pewnością sprowokują sprzeciw – szczególnie krytyka personalizmu czy sposobu, w jaki współczesny katolicyzm próbował odnaleźć się w świecie liberalnym.
Ale być może właśnie dlatego warto „Toksyny” przeczytać. Bo najważniejsze pytanie tej książki brzmi nie: czy jesteś katolikiem konserwatywnym, czy postępowym? Brzmi ono raczej: Skąd właściwie bierzesz kryteria, według których oceniasz rzeczywistość? I jest to pytanie, przed którym trudno uciec.
Tomasz Rowiński, „Toksyny. O pięciu złych duchach niszczących życie katolickie”, Wydawnictwo Dębogóra, 2026.
Michał Jędryka – „aleteia.pl”

Święci i błogosławieni w tygodniu
|
•
|
6 września - św. Magnus z Füssen
|
|
•
|
6 września - bł. Michał Czartoryski, prezbiter i męczennik
|
|
•
|
7 września - św. Melchior Grodziecki, prezbiter i męczennik
|
|
•
|
7 września - bł. Ignacy Kłopotowski, prezbiter
|
|
•
|
7 września - bł. Eugenia Picco, zakonnica
|
|
•
|
8 września - Narodzenie Najświętszej Maryi Panny
|
|
•
|
8 września - Najświętsza Maryja Panna Gietrzwałdzka
|
|
•
|
8 września - bł. Serafina de Montefeltro
|
|
•
|
8 września - bł. Alan de la Roche, prezbiter
|
|
•
|
8 września - bł. Fryderyk Ozanam
|
|
•
|
8 września - św. Sergiusz I, papież
|
|
•
|
8 września - bł. Wilhelm z Saint-Thierry, opat
|
|
•
|
8 września - bł. Władysław Błądziński, prezbiter i męczennik
|
|
•
|
8 września - bł. Adam Bargielski, prezbiter i męczennik
|
|
•
|
9 września - św. Piotr Klawer, prezbiter
|
|
•
|
9 września - bł. Aniela Salawa, dziewica
|
|
•
|
9 września - św. Piotr z Pébrac, prezbiter
|
|
•
|
9 września - bł. Jakub Laval, prezbiter
|
|
•
|
9 września - bł. Maria Eutymia Üffing, dziewica i zakonnica
|
|
•
|
9 września - bł. Piotr Bonhomme, prezbiter
|
|
•
|
9 września - kościół katedralny w Gorzowie Wielkopolskim
|
|
•
|
10 września - św. Pulcheria, cesarzowa
|
|
•
|
10 września - bł. Ogleriusz, opat
|
|
•
|
10 września - bł. Franciszek Gárate, zakonnik
|
|
•
|
10 września - św. Mikołaj z Tolentino, prezbiter
|
|
•
|
11 września - święci męczennicy Prot i Hiacynt
|
|
•
|
11 września - św. Jan Gabriel Perboyre, prezbiter i męczennik
|
|
•
|
11 września - bł. Franciszek Jan Bonifacio, prezbiter i męczennik
|
|
•
|
12 września - Najświętsze Imię Maryi
|
|
•
|
12 września - Najświętsza Maryja Panna Piekarska
|
|
•
|
12 września - Najświętsza Maryja Panna Rzeszowska
|
|
•
|
12 września - św. Gwidon z Anderlecht
|
|
•
|
12 września - św. Piotr z Tarentaise, biskup
|
|
•
|
12 września - bł. Maria od Jezusa, dziewica
|
|
•
|
12 września - bł. Maria Luiza Prosperi, zakonnica
|
|
•
|
13 września - św. Jan Chryzostom, biskup i doktor Kościoła
|
|
•
|
13 września - bł. Franciszek Drzewiecki, prezbiter i męczennik
|
NIEDZIELNA EUCHARYSTIA W KOŚCIOŁACH W OKOLICY
Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach
niedziele i święta: 6.30, 8.00, 9.30, 11.00, 12.30 (oprócz VII i VIII), 16.00, 19.00,
dni powszednie – 7.00, 7.30, 18.00.
Parafia Matki Bożej Pocieszenia, ul. Bulwarowa 15a
niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00, 18:00, 20:00
dni powszednie: 7:00, 15:00, 18:00
Parafia Matki Bożej Częstochowskiej, os. Szklane Domy 7,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 17:00 (oprócz VII i VIII),
19:00 (oprócz VII i VIII), 20:30
dni powszednie: 6:30, 8:00, 18:00
Parafia Matki Bożej Królowej Polski, Arka Pana, ul. Obrońców Krzyża 1
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 16:00, 17:30, 19:00,
dni powszednie: 6:00, 6:30, 7:00, 7:30, 8:00, 11:00, 18:00
Bazylika Krzyża św. - klasztor
(pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Wacława)
niedziele i święta: 06.30, 08.00, 09.30, 11.00, 12.30, 14.00 (oprócz VII i VIII)
dni powszednie: 06.30, 07.30, 08.30, 16.00 (w piątki), 18.00.
Parafia św. Bartłomieja Apostoła, Mogiła, ul. Klasztorna 11,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 14:00 (oprócz VII, VIII), 16:30, 18:00
dni powszednie: 6:00, 7:00 (oprócz VII i VIII), 7:30, 8:30, 18:00
Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Teatralne,
niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00 (oprócz VII i VIII), 18:00, 19:30
dni powszednie: 6:30 (oprócz VII i VIII), 7:00, 18:00
Parafia św. Stanisława Biskupa Męczennika, Kantorowice 122,
niedziele i święta: 9:00, 11:00, 18:00, dni powszednie: 8:00, 17:00, (18.00- lato)
Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Lubocza,
niedziele i święta: 8:00, 10:30, 17:00, dni powszednie: 7:00, 17:00
Parafia Matki Bożej Wspomożenia Wiernych, Prusy,
niedziele i święta: 7:30, 9:30, 11:30,
dni powszednie: 18:00 (pon., śr., pt.), 6:30 (wt., czw., sob.)
Parafia św. Maksymiliana Marii Kolbego, Mistrzejowice,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 10:30, 11:00, 13:00, 17:00, 19:00
dni powszednie: 6:30, 7:00, 7:30, 18:00
NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:
strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl
adres gazetki:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.