W BLASKU MIŁOSIERDZIA

36/1092 – 16 sierpnia 2026 r. A.

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA

 

 

 

 

 

Niedziela, 16 sierpnia 2026 r.

 

 

 

 XX NIEDZIELA ZWYKŁA (rok A)

 

 

Kolor szat liturgicznych: zielony

 

 
 
Czytania:
Pierwsze czytanie: Iz 56,1.6–7
Psalm: Ps 67
Drugie czytanie: Rz 11,13–15.29–32
Ewangelia: Mt 15,21–28
 
Ewangelia:
Wiara niewiasty kananejskiej
Mt 15, 21-28
Słowa Ewangelii według Świętego Mateusza
Jezus podążył w okolice Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych stron, wołała: «Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko nękana przez złego ducha». Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem.
Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: «Odpraw ją, bo krzyczy za nami».
Lecz On odpowiedział: «Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela».
A ona przyszła, padła Mu do nóg i prosiła: «Panie, dopomóż mi».
On jednak odparł: «Niedobrze jest zabierać chleb dzieciom, a rzucać szczeniętom».
A ona odrzekła: «Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą okruchy, które spadają ze stołu ich panów».
Wtedy Jezus jej odpowiedział: «O niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak pragniesz!» Od tej chwili jej córka była zdrowa.
 
Komentarze:
Czy zależy mi na zbawieniu tych, którzy są mi obcy? A co z wrogami? Modlę się o ich zbawienie? Jestem uczniem Chrystusa. Dla Niego nie było dla obcych obojętności, a dla wrogów nienawiści...
Odpraw ją, bo krzyczy za nami - mówią uczniowie do Jezusa. Jezus nie chciał uzdrowić jej córki, bo była poganką. A On był posłany tylko do zagubionych z Izraela. Ale w końcu ulitował się nad nią. Dla niego to nie jest tak, że krzyk wołającego o pomoc jest tylko niewygodą, którą najlepiej byłoby uciszyć, sprawę zamieść pod dywan....
Wrogowie Pana Boga jeszcze mogą stać się Jego przyjaciółmi. Bóg nikogo nie odtrąca. Każdego chce zbawić. I Żyda i poganina. Dziś moglibyśmy powiedzieć: chce zbawienia i zwolennika władzy i zwolennika opozycji. I dlatego i my nie powinniśmy nikogo odtrącać. Raczej powinniśmy się starać w każdym człowieku widzieć naszego brata w Chrystusie. Różnice między nami były są i będą. Choć wielkie, czasem zdaje się, że uniemożliwiające sensowny dialog, Bóg kocha nas wszystkich.
Może się też czasem wydawać, że ktoś jest nieprzejednanym wrogiem Boga. Może i tak. Ale spokojnie. Bóg trzyma rękę na pulsie. Gdy nadejdzie odpowiednia pora, może go do siebie przyprowadzić. Pytanie, czy my z tego będziemy się cieszyli, czy obrazimy się, jak Bóg mógł kogoś takiego przygarnąć...
Kto jest narodem wybranym? Izrael czy Kościół? A jeśli Kościół, to czy Izrael został ostatecznie odrzucony? Dla nas takie pytania rzadko mają znaczenie. No, może tylko w dyskusjach na temat antysemityzmu. Ale powinno nas zastanowić, że Bóg chce zbawienia wszystkich. Bez wyjątku. O tym są czytania tej niedzieli. Nie powinniśmy żadnej kategorii ludzi spisywać na straty.
Ani złe urodzenie ani życiowe perturbacje przed nikim nie zamykają możliwości zbliżenia się do Boga.
Jest w tych czytaniach jeszcze jedna ważna prawda: choć Bóg ma swoje plany potrafi ustąpić przed błagającym Go człowiekiem.
 
Patron dnia:
Święty Stefan Węgierski, król
urodził się ok. 969 r. Według legendy chrztu udzielił mu św. Wojciech. W 995 roku Stefan poślubił bł. Gizelę, siostrę św. Henryka II, cesarza Niemiec. Po śmierci ojca w 997 r. i pokonaniu wielmożów objął rządy. Rządził państwem węgierskim przez 41 lat. Stworzył organizację kościelną i gorliwie szerzył chrześcijaństwo. Zostawił po sobie pamięć doskonałego, mądrego prawodawcy. Stefan zmarł w Ostrzychomiu 15 sierpnia 1038 roku. Wyróżniał się nabożeństwem do Matki Bożej, którą zwykł nazywać "Wielką Panią Węgrów"
 
 
 
 
 
W dzisiejszym numerze:
- Kobieto, wielka jest Twoja wiara. Konkluzja dzisiejszej Ewangelii.
- O „Las Meninas” i Kananejce
- Wytrwałość w proszeniu Kananejki
- Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny
- Leon XIV: Miłość jest najpiękniejszą ozdobą człowieka
- Czy internet zabiera nam zdolność do zachwytu?
- Święci i błogosławieni w tygodniu
 
 
 
 
 

 

Kobieto, wielka jest Twoja wiara.

Konkluzja dzisiejszej Ewangelii.

 

Jezus przemierza ziemię pogan, Tyr i Sydon, dzisiejsze tereny Libanu. Zabiera nas w podróż niezwykłą między jednym a drugim rozmnożeniem chleba. Docieramy do ziemi pogan. Pojawia się Kananejka, która prosi za swoją córką, która potrzebuje uwolnienia, uzdrowienia, egzorcyzmu. Która potrzebuje Jezusa Mesjasza.

Ta niezwykła kobieta daje nam przykład modlitwy wytrwałej. Modlitwy, która dobija się o miłosierdzie. Która jest modlitwą skuteczną. Która nie przeraża się trudnościami.

Używa wobec Jezusa tytułu mesjańskiego: „Panie, Synu Dawida, ulituj się nad nami". Ulituj się nade mną, nad moją córką.

Ona pada do stóp Jezusa. Ona oddaje Mu pokłon. Ona uznaje w Jezusie Mesjasza. Uznaje Zbawiciela.

Ta kobieta spoza Izraela jest dla nas przykładem wytrwałości, co jest nam dzisiaj bardzo potrzebne. Ona jest także potrzebna, żeby być otwartym na drugiego, który może do nas przybyć z różnej szerokości geograficznej, żeby razem, wspólnie szukać Jezusa.

 

ks. Wenancjusz Zmuda

 

 

 

 

 

 

O „Las Meninas” i Kananejce

Las Meninas (Panny dworskie) to jeden z najsłynniejszych obrazów Velázqueza. Wyjątkowy pod wieloma względami, i trudny do interpretacji. Na pierwszym planie widzimy infantkę Małgorzatę, otoczoną przez dwórki, karlice i psa. Jest tam także sam malarz, który sportretował siebie przy pracy. W lustrze zawieszonym na tylnej ścianie odbijają się postaci króla Filipa IV i jego małżonki. To tylko lustrzane odbicie, muszą więc stać po „naszej stronie” obrazu.

Czyj to portret? Kto jest modelem, a kto widzem? Gdzie znajduje się centrum tej sceny?

Podobną zagadkę odnajdujemy w dzisiejszej Ewangelii. Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się jasne: Kananejka prosi Jezusa o pomoc dla swojej córki, a On początkowo odrzuca jej błaganie. Z czasem sens tej sceny zaczyna się zmieniać. Kobieta, którą porównano do psów, staje się wzorem wiary dla innych. Uczniowie chcą się jej pozbyć: „Odpraw ją, bo krzyczy za nami!”. Tymczasem jej pokorna odpowiedź: „Nawet szczenięta jedzą okruchy spadające ze stołu ich panów”, ujawnia przed nami logikę Bożego działania.

Nasze oczy i uszy mogą nas mylić. To, co wydaje się najważniejsze, nie zawsze znajduje się w centrum wydarzeń, czasami kryje się na obrzeżach.

Jezus i kobieta kananejska mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać. Oboje doświadczają odrzucenia i niezrozumienia. Oboje nie skupiają się na sobie, lecz pragną nieść ratunek innym. Są gotowi przyjąć upokorzenie, aby wypełnić swoją misję. A w sytuacji, gdy mogliby się obrazić, wycofać lub zrezygnować, okazują jeszcze większą wytrwałość. W zadziwiający sposób ich drogi stają się do siebie podobne.

Jezus rozpoznaje w Kananejce rysy własnej misji. Widzi w niej tę samą niezłomność, która prowadzi także Jego. Dlatego jej wiara spotyka się z miłosiernym wysłuchaniem.

A co my powinniśmy zrobić, aby odkrywać takie nieoczywiste podobieństwa? Poszerzyć perspektywę (sic!). Nie skupiać się wyłącznie na tym, co znajduje się w centrum obrazu, lecz dostrzegać również tych, którzy pozostają na jego obrzeżach. Tak właśnie postępuje Jezus. Obok owiec z domu Izraela dostrzega też pogan. I także od nich pozwala nam się uczyć.

 

Paweł Zybura OP – „wdrodze.pl”

 

 

 

 

Wytrwałość w proszeniu Kananejki

 

Słuchając dzisiejszej Ewangelii, truizmem byłoby zwrócić uwagę na determinację i wytrwałość w proszeniu Kananejki. Choć oczywiście jest ona dla nas przykładem tejże wytrwałości w proszeniu Boga, to pozostanie na tym poziomie byłoby krzywdzące zarówno dla tej kobiety, jak i dla całej Ewangelii. Zwróćmy uwagę na nieco inny aspekt, choć również połączony z wymienionym. Zadajmy sobie pytanie o przyczynę i istotę tej wytrwałości i natarczywości.

 

Każdy chyba z nas spotkał się w swoim życiu z ludźmi, którzy po doświadczeniu, w którym nie zostali wysłuchani przez Boga, zaczęli się od Niego oddalać. Najczęściej sytuacja taka ma miejsce przy okazji choroby lub wypadku kogoś bliskiego, dla nich ważnego. Po wielu latach „nienarzucania się” Panu Bogu nagle pojawiają się modlitwy, posty, nawet akty wynagradzające – wszystko zmotywowane szczerym pragnieniem pomocy osobie kochanej. Motywacją jest miłość. I właśnie tutaj możemy dostrzec pierwszy klucz do dzisiejszej Ewangelii: Kananejka nie przychodzi do Jezusa dla siebie. Przychodzi dla swojej córki. Jej miłość staje się źródłem wytrwałości, a wytrwałość prowadzi ją coraz głębiej w wiarę.

 

 Analogicznie dzieje się w dzisiejszej Ewangelii – Kananejka rozdziera powietrze swoim krzykiem, wołając do Jezusa, aby zwrócił na nią uwagę. Sam moment spotkania z Jezusem jest skutecznie blokowany przez uczniów, którzy, chcąc pozbyć się tej kobiety, proszą Jezusa, aby ją odesłał. To jednak nie następuje. Greckie słowo określające krzyk kobiety zostanie użyte w Ewangelii jeszcze dwa razy – gdy Jezus zawoła Łazarza, aby wyszedł z grobu, i gdy tłum będzie domagał się ukrzyżowania Jezusa.

 

Powodem, dla którego jest w tej kobiecie tak wielka moc, jest miłość – miłość do dręczonej przez złego ducha córki. W tej scenie spotykają się dwie rzeczywistości: miłość i wiara. Nie stają się tym samym, ale wzajemnie się umacniają. Miłość do córki prowadzi Kananejkę do Jezusa, a wiara pozwala jej wytrwać wtedy, gdy nie otrzymuje od Niego natychmiastowej odpowiedzi.

 

Jezus, wchodząc w ten niewybredny dialog z Kananejką, nie upokarza jej ani nie odrzuca. Prowadzi rozmowę, która wydobywa i objawia jej wiarę, a zarazem pozwala uczniom zobaczyć, że Boże działanie nie zamyka się w granicach ich dotychczasowego rozumienia misji Jezusa. Jezus dialoguje z Kananejką, aby Jego uczniowie zobaczyli, że wiara, miłość i nadzieja nie są rzeczywistościami zarezerwowanymi wyłącznie dla tych, którzy od początku należeli do ludu Przymierza.

 

Kananejka, choć poganka („niewierna”), staje przed Jezusem i otrzymuje łaskę, o którą prosi. I właśnie tutaj pojawia się paradoks tej Ewangelii: ta, która z perspektywy religijnej nie należy do ludu Izraela, okazuje się mieć wiarę, którą sam Jezus nazwie wielką. „O niewiasto, wielka jest twoja wiara!” – to właśnie te słowa Jezusa stanowią punkt kulminacyjny całej sceny.

 

Kananejka nie znała Jezusa tak, jak znali Go Jego uczniowie. Usłyszawszy jednak o Nim, przychodzi i woła. Nie ma za sobą religijnego doświadczenia Izraela, nie ma „stażu” wiary, nie może powołać się na lata modlitwy ani na przynależność do wspólnoty. Ma jednak coś, co popycha ją ku Chrystusowi – miłość do córki i zrodzoną z niej wiarę.

 

I tutaj Ewangelia zaczyna dotykać także nas. Bo sytuacja chrześcijanina jest w pewnym sensie odwrotna. My nie musimy dopiero usłyszeć o Jezusie na rynku między straganami. Znamy Jego imię od dzieciństwa. Jesteśmy ochrzczeni, często prowadzono nas do konfesjonału i do Komunii Świętej. Wielu z nas było ministrantami czy bielankami. A jednak czasem coś pęka. Z różnych powodów zaczynamy się oddalać. Z całej plejady okazji do spotkania z Jezusem pozostaje Pasterka, błogosławieństwo palm czy posypanie głowy popiołem w Środę Popielcową.

 

Traktujemy Boga jak element folkloru, niczym łowicką wycinankę czy malunek na szkle, a później mamy pretensje, że On nas nie traktuje poważnie. Może jednak problem jest gdzie indziej: nie w tym, że Bóg przestał traktować nas poważnie, ale w tym, że my przestaliśmy poważnie traktować relację z Nim. Oczywiście Bogu daleko jest do ludzkich przejawów złości czy złośliwości. Dla Niego każda taka sytuacja jest okazją do pojednania i poruszenia serca, ale z naszej strony potrzebny jest ten moment niezwykłej cierpliwości i miłości – do Niego, ale i do naszych bliskich.

 

 To jest ten kluczowy punkt. Kananejka, zbyta milczeniem Jezusa i niewybrednymi komentarzami uczniów, mogłaby się poddać, powiedzieć, że Jezus jest nieczuły, i obsmarować Go w lokalnych mediach – jeżeli takowe by istniały. Uzyskałaby trochę pieniędzy na leczenie córki, popularność i szacunek w środowisku, a na przyszłość miałaby świetny argument, gdy Ewangelia dotarłaby do tego regionu: „No cóż, próbowała, ale to nie dla niej…”.

 

My również możemy tak zareagować, kiedy Bóg nie odpowiada w taki sposób, jakiego oczekujemy. Możemy uznać Jego milczenie za obojętność, Jego brak natychmiastowej odpowiedzi za odmowę, a własne rozczarowanie uczynić argumentem przeciw Niemu. I może warto w tym miejscu zapytać siebie: czy ja również nie stawiam Boga na ławie oskarżonych wtedy, gdy nie otrzymuję tego, o co proszę?

 

Kananejka tego nie robi. Nie rozumie jeszcze wszystkiego, nie zna odpowiedzi na wszystkie pytania, ale pozostaje przy Jezusie. Miłość daje jej siłę, a wiara i nadzieja pozwalają jej trwać. Dlatego stanie się dla uczniów przykładem wiary.

 

Dzisiejsza kolekta mszalna jest wezwaniem do Boga, aby wlał w nasze serca gorącą miłość ku Niemu – po co? Po to, abyśmy miłowali Boga we wszystkim i ponad wszystko. Tę modlitwę Kościół zanosi już od przeszło 1300 lat. Prosimy więc nie tylko o to, aby Bóg spełnił nasze prośby, ale o serce zdolne trwać przy Nim – także wtedy, gdy nie rozumiemy Jego działania i gdy wydaje się, że Bóg milczy.

 

 Wspomnijmy Ewangelię z zeszłej niedzieli: Piotr chodzi po wodzie, ale pomimo tego, że Jezus jest przed nim fizycznie obecny, ulega lękowi i zaczyna tonąć. Wtedy woła: „Panie, ratuj mnie!”. I Jezus natychmiast wyciąga rękę.

 

Jakże blisko jest to wołanie Piotra do wołania Kananejki: „Panie, dopomóż mi!”. Oboje znajdują się w sytuacji bezradności. Oboje wołają do Jezusa. Oboje pokazują nam, że wiara nie polega na tym, że Bóg zawsze natychmiast robi to, czego od Niego oczekujemy. Wiara polega również na tym, że mimo wszystko zwracamy się do Niego.

 

Piotr i Kananejka są różni. Jedno jest uczniem Jezusa, druga – poganką. Jedno jest blisko Niego, druga dopiero do Niego przychodzi. A jednak oboje doświadczają próby wiary. I może właśnie dlatego Ewangelia dzisiejszej niedzieli nie jest tylko opowieścią o wytrwałości w proszeniu. Jest pytaniem o to, czy potrafię trwać przy Chrystusie wtedy, gdy nie rozumiem Jego odpowiedzi.

 

 Potrzebujemy głębokiej miłości, która pobudza nadzieję i wiarę, a te z kolei dają wytrwałość w czasie, gdy, jak się zdaje, nie ma odpowiedzi od Boga.

 

 Jezus mówi o tym, że jest posłany do nas, a Jego misja, zapowiedziana najpierw wobec Izraela, otwiera się także na pogan, którzy przez wiarę zostają włączeni w zbawienie. My zaś, ochrzczeni, już należymy do wspólnoty Kościoła. Nie zapominajmy o tym – Jezus chce nam pomagać, ale musimy współpracować z Nim nie tylko od święta, lecz także na co dzień. Nie bójmy się wiernie przy Nim trwać i wybierać to, co On nam wskazuje.

 

 Uczmy się od Kananejki nie tylko przychodzić do Jezusa wtedy, gdy wszystko zawodzi, ale trwać przy Nim także wtedy, gdy wydaje się, że milczy. Niech miłość prowadzi nas do wiary, wiara do nadziei, a nadzieja do wytrwałości. Po to, abyśmy nie przypominali sobie o Jezusie jedynie od święta, ale żyli w nieustannej bliskości z Nim.

Redemptorysta Prowincji Warszawskiej, obecnie Prefekt Studentatu Prowincji Warszawskiej Redemptorystów – Kraków

o. Wacław Zyskowski CSsR – „redemptor.pl”

 

 

 

 

Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny

 

Tak dobrze znana nam uroczystość, dla nas, Polaków, posiadająca podwójny wymiar: maryjny i narodowy... Tak dobrze znana, a przecież niosąca w sobie pewien paradoks. Bo choć wyznajemy w niej prawdę znaną i uznawaną w Kościele, i to nie tylko katolickim, ale i prawosławnym, od czasów niepamiętnych, to przecież w formie dogmatu została ona ogłoszona stosunkowo niedawno, bo w roku 1950. Sformułowanie „czasy niepamiętne” jest tu jak najbardziej stosowne, bowiem istnieje wiele wiekowych świątyń pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Choćby Kościół Mariacki w Krakowie, który zaczęto budować właśnie pod tym wezwaniem już w XIII wieku, siedem wieków przed ogłoszeniem dogmatu.

 

 Oczywiście, mógłby ktoś zaoponować: jak to, czasy niepamiętne? Przecież znana jest nam doskonale historia, jak to Matka Boża, gdy czuła, że zbliża się kres Jej ziemskiej wędrówki, wezwała Apostołów, by jeszcze raz zobaczyć tych przyjaciół, braci Jej Syna, i pożegnać się z nimi. Przybyli wszyscy poza jednym – Tomaszem, który spóźnił się, bo miał najdalej ze wszystkich. Gdy dotarł, ciało Maryi spoczywało już w grobie. Zdołał uprosić pozostałych, by pozwolili mu jeszcze raz spojrzeć na Jej oblicze. Gdy otworzono grób, okazał się pusty – rosły w nim tylko białe lilie. Jakie więc czasy niepamiętne? Już Apostołowie wiedzieli, zobaczyli, że ciało Maryi, to pierwsze na świecie tabernakulum, nie uległo skażeniu rozkładem, że Maryja z duszą i ciałem została wzięta do niebieskiej Ojczyzny.

 

Historia ta z pewnością jest wzruszająca i nie ma powodu, by z góry odrzucać ją jako nieprawdziwą... Gdyby nie fakt, że pojawia się dopiero kilka wieków po czasach apostolskich. Gdyby nie to, że tradycje są różne – jedni mówią, że Matka Boża dożyła swych dni w Efezie, inni twierdzą, że wróciła do Jerozolimy, by odejść z tego świata blisko miejsca, w którym umarł i zmartwychwstał Jej Syn. Gdyby nie to, że owo spóźnienie św. Tomasza Apostoła jest podejrzanie charakterystyczne – przypomnijmy sobie, co działo się po zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa, gdy również nie było go z innymi Apostołami...

 

 Mamy więc swoisty paradoks. Niby od zawsze, ale... od kiedy? Z całą pewnością możemy jednak powiedzieć, że gdy papież Pius XII ogłaszał dogmat o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny, nie wziął się on znikąd. Wprost przeciwnie – cała procedura przygotowująca jego ogłoszenie, a zwłaszcza ankieta przeprowadzona wśród biskupów całego świata, potwierdziła starożytność tej wiary i jej powszechność wśród katolików.

 

Skoro jednak tak, skoro było wiadomo, że chrześcijanie – nie tylko katolicy, ale i prawosławni – tę prawdę wyznają, po co było ogłaszać ją w formie dogmatu? Zwłaszcza że można było się spodziewać, iż może to dodatkowo pogłębić podziały istniejące pomiędzy uczniami Chrystusa. Czy rzeczywiście potrzeba było dogmatu, który na katolików nakłada obowiązek przyjęcia go umysłem i sercem? Czy nie można było pozostawić tej sprawy tak, jak była?

 

 I tu pojawia się kolejny paradoks związany z tym dogmatem. Bo choć mówi on o Najświętszej Maryi Pannie, o wyjątkowym przywileju udzielonym Jej przez Boga, to tak naprawdę mówi o nas. O wszystkich ludziach.

 

 Rok 1950, rok ogłoszenia dogmatu... Świat, a zwłaszcza Europa, dymi jeszcze zgliszczami domów zburzonych podczas II wojny światowej. Groby są jeszcze świeże, wiatr ciągle rozwiewa popioły ludzkich ciał spalonych w obozach koncentracyjnych, niemal każda rodzina przeżywa jeszcze żałobę po utraconych bliskich. Ciągle jeszcze nie milkną echa tych strasznych czasów, gdy zdeptano godność człowieka, gdy życie ludzkie nie miało żadnej wartości, gdy wydawano wyroki na całe narody. Gdy zabicie człowieka – kobiety czy mężczyzny, dziecka czy dorosłego, naukowca czy wieśniaka, bogatego czy biednego – było łatwiejsze od pstryknięcia palcami. Gdy miliony wymordowano w obozach, gettach i podczas pacyfikacji, a tysiące zginęły w wybuchach dwóch bomb atomowych...

 

I gdy to wszystko jeszcze trwało, już wyciągał ku ludziom swoje krwawe pazury kolejny zbrodniczy system. System, w którym jednostka była niczym – „bzdurą”, jak wołał jeden z piewców tego systemu, Majakowski. System, w którym tylko partia była ową milionopalcą ręką zaciśniętą w miażdżącą pięść. I ta pięść znów pozbawiała życia i zdrowia miliony. Listy skazanych podpisywano przy porannej kawie, nie patrząc nawet na nazwiska. Bohaterowie byli stawiani przed zbrodniczymi, pokazowymi sądami, pozbawiani godności i życia, wymazywani z pamięci, grzebani w bezimiennych grobach.

 

I jakby tego wszystkiego było mało, mędrkowie tego świata zaczęli szerzyć filozofię, według której istnienie człowieka było pozbawione jakiegokolwiek sensu. Filozofię, która potraktowana dosłownie prowadziła nawet niektórych swoich twórców do samobójczej śmierci.

 

 Oto wtedy właśnie Ojciec Święty decyduje się ogłosić dogmat o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny. Bo dogmat ten przypomina, że życie każdego człowieka ma ogromną wartość, ma sens i kierunek. Że nie jesteśmy marionetkami meandrów historii ani zabawkami w rękach ślepego losu. Dogmat ten mówi, że Maryja jako pierwsza spośród ludzi (niejako poza kolejnością), dostąpiła już w pełni tego, do czego powołani jesteśmy wszyscy. Że, po pierwsze, niezależnie od okoliczności naszego poczęcia, pojawiliśmy się na tym świecie, bo tak chciał Bóg. Każdego z nas zapragnął i każdego obdarzył swoją miłością. Miłością, która przekracza czas i przestrzeń, bo jest wieczna i do wieczności nas prowadzi. Miłością, która jest potężniejsza niż wszelkie zło, bo Syn Boży umarł dla naszego zbawienia. Miłością, która jest potężniejsza niż śmierć, bo On zmartwychwstał, a w Nim i my zmartwychwstaniemy, zaproszeni tam, gdzie nasza Matka już na nas czeka. Możemy też z ufnością wierzyć, że Ta, która dostąpiła tego wyjątkowego przywileju i jako pierwsza z ludzi została z duszą i ciałem wzięta do chwały nieba, oręduje za nami i oczekuje nas w domu Ojca.  By nas – gdy nasz czas nadejdzie – w progu tego domu nas przyjąć i wziąć w swoje ramiona.

 

Właśnie dlatego dogmat ten został ogłoszony w tamtym strasznym czasie. Nie mówił nic nowego o Maryi, ale nam przypomniał o godności, jaką został obdarowany każdy człowiek. Godności Bożego dzieła i dziecka, godności kogoś, za kogo Syn Boży nie zawahał się przelać swojej Przenajświętszej Krwi, godności kogoś, kto powołany jest do wieczności i właśnie z perspektywy wieczności odczytuje sens swojego istnienia.

 

 Dziś świętujemy tę prawdę. Jako dzieci cieszymy się tym, że nasza Matka nie została dotknięta ziemskim rozkładem, że zawsze była i pozostaje na wieki cała piękna, że każdy z nas może powiedzieć – jak dzieci czasem mówią – że właśnie moja Mama jest najpiękniejsza.

 

 Ale to świętowanie powinno każdego z nas sprowokować do postawienia sobie pytania: jak ja tę swoją godność traktuję? Czy dbam o jasność tego wizerunku dziecka Bożego w sobie, czy może jest on brudny, skalany moimi grzechami? Czy wierzę, że sens mojego istnienia przychodzi z wieczności, czy może tylko to życie tutaj, na ziemi, ma dla mnie znaczenie? Czy ufam, że wszystko, co dzieje się tu, odbija się echem w wieczności i że dopiero tam otrzymam odpowiedzi na wszystkie moje pytania? Czy może raczej obrażam się na Boga, gdy nie rozumiem cierpienia, bólu i samotności?

 

Ale też zapytajmy: jak szanujemy tę godność w naszych braciach i siostrach? Czy nie depczemy jej obmową, napastliwą krytyką, pociąganiem ich do grzechu naszym słowem, przykładem, a może kuszeniem? Czy pomagamy innym dostrzec na nowo tę godność, zwłaszcza gdy sami przestają ją szanować, gdy tracą nadzieję, gdy świat się od nich odwraca? Dziś, gdy nasze świętowanie obejmuje także wymiar narodowy – wspomnienie Cudu nad Wisłą, walki jednoczącej wszystkich Polaków – zapytajmy również, czy szanujemy godność tych, którzy może myślą inaczej. Czy patrzymy na drugą stronę naszych politycznych sporów z pogardą, o której coraz częściej mówi się publicznie i bez żadnego wstydu, czy też dostrzegamy w tych drugich naszych rodaków, a przede wszystkim dzieci Boże, może zagubione, ale wciąż odkupione tą samą Krwią Chrystusa? Czy, wpatrując się w telewizor i słuchając kolejnej debaty, przeklinam tych, których tam widzę, czy może raczej odmówię za nich „Zdrowaś Maryjo”, bo przecież czyż nie ta sama Matka czeka na nas w domu Ojca?

 

 Przychodzimy dziś do świątyń, przynosimy kwiaty, zdobimy flagami nasze domy... Niech jednak przede wszystkim szacunek dla godności – mojej i tego, kto jest obok mnie – a może także pragnienie jej przywrócenia przez pojednanie z Bogiem i pojednanie z człowiekiem, będzie najpiękniejszym kwiatem złożonym u stóp naszej wziętej do nieba Matki. Amen.

 

o. Jacek Dembek CSsR

Misjonarz Prowincji Warszawskiej Redemptorystów – Tuchów

 

 

 

 

Leon XIV: Miłość jest najpiękniejszą ozdobą człowieka

 

 

Nasze prawdziwe piękno nie polega na ukrywaniu oznak upływającego czasu, lecz na tym, by także na naszym ciele były wyryte znaki miłości, która nigdy nie ustaje – wskazał Leon XIV. Papież przewodniczył Mszy św. w parafii św. Tomasza z Villanova w Castel Gandolfo w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.

 

Leon XIV przypomniał nauczanie Kościoła, że Maryja „po zakończeniu biegu ziemskiego życia została wzięta z ciałem i duszą do chwały niebieskiej”. We Wniebowzięciu – wskazał – dopełniła się pełnia łaski, którą została obdarzona w chwili Niepokalanego Poczęcia.

Prawdziwe piękno nie ukrywa upływu czasu

 

Papież nawiązał do dzieł sztuki przedstawiających Maryję jako piękną młodą kobietę unoszącą się ku niebu. „Obraz ten wskazuje, że w sercu Maryi spotykają się niebo i ziemia, czas i wieczność” – mówił.

 

eon XIV zestawił ten obraz z doświadczeniem starzenia się człowieka. Z biegiem lat ciało staje się mniej sprawne, pojawiają się zmarszczki i siwe włosy. Nie oznacza to jednak utraty prawdziwego piękna.

 

„Prawdziwe piękno nie polega na ukrywaniu oznak upływającego czasu, lecz na tym, by także na naszym ciele były wyryte znaki miłości, która nigdy nie ustaje” – podkreślił.

 

Piękno ukryte w zmarszczkach

 

Ojciec Święty przestrzegł przed współczesnymi kanonami piękna, naznaczonymi hedonizmem i konsumpcjonizmem. Mogą one prowadzić do marnowania sił na to, co nie ma prawdziwego znaczenia i nie trwa wiecznie.

 

Jak zauważył, w codziennym życiu spotykamy osoby, których twarze naznaczone są wiekiem i cierpieniem, a mimo to promieniują pogodą ducha, życzliwością i pokojem. Z drugiej strony można spotkać ludzi atrakcyjnych zewnętrznie, lecz „wewnętrznie twardych i chłodnych”.

 

Papież zachęcił, by dostrzegać piękno „zarówno w czułej twarzy dziecka, jak i w zmarszczkach osoby starszej, w energiczności człowieka młodego, jak i w stateczności osoby dorosłej”. Każda z tych rzeczywistości może ukazywać „małe prześwity nieba”.

Miłość najpiękniej ozdabia człowieka

 

Leon XIV podkreślił, że to właśnie miłość jest najpiękniejszą ozdobą człowieka. Prawdziwa miłość „przemienia, przeobraża, uszlachetnia i wznosi ku górze”, a także „czyni nas lekkimi, wolnymi i bliskimi Bogu”.

 

Tajemnicy Wniebowzięcia – zaznaczył – nie trzeba szukać daleko. Można ją dostrzec w rodzicach wracających zmęczonych z pracy, ale szczęśliwych, że są z dziećmi; w dziadkach znajdujących siłę, by troszczyć się o wnuki; w młodych starających się żyć uczciwie i w czystości, nawet jeśli oznacza to pójście pod prąd.

 

Można ją zobaczyć także w tych wszystkich, którzy każdego dnia „przyczyniają się do tego, by przynosić odrobinę nieba na ziemię i prowadzić ziemię ku niebu”.

 

Na zakończenie Papież zachęcił do wpatrywania się w Maryję, którą Bóg ukoronował chwałą z duszą i ciałem i dał wierzącym jako „Matkę, Przewodniczkę, Towarzyszkę drogi i Opiekunkę na drodze do nieba”.

 

 

 

 

 

Czy internet zabiera nam zdolność do zachwytu?

 

Czy internet zabiera nam zdolność do zachwytu? "Algorytm uczy nas, czym należy się zachwycać"

 

Internet każdego dnia podsuwa nam setki pięknych obrazów – idealne krajobrazy, wnętrza, twarze i miejsca, o których jeszcze chwilę wcześniej nie wiedzieliśmy. A jednak im więcej widzimy, tym trudniej naprawdę się zatrzymać i czymś zachwycić. Czy ekran smartfona sprawia, że świat oglądamy, zamiast go doświadczać? Czy algorytmy wpływają nie tylko na to, co widzimy, ale także na nasz gust i to, co uznajemy za piękne? I czym różni się prawdziwy zachwyt od krótkiej ekscytacji, po której po prostu scrollujemy dalej? O naturze, "programowaniu" naszego zachwytu, cyfrowym cynizmie i chrześcijańskiej sztuce kontemplacji rozmawiają Magdalena Urbańska i Agata Rusek w kolejnym odcinku cyklu "Katoliczka w sieci".

 

Magda Urbańska: Agato, uśmiecham się lekko pod nosem, myśląc o naszym dzisiejszym temacie, bo wczoraj - bardzo spontanicznie - wybraliśmy się z rodziną na plażę. Pogoda nad polskim morzem nie rozpieszcza, więc chcąc wykorzystać to, że było powyżej 20 stopni (serio, u nas nie ma upałów, zapraszamy! [śmiech]), po prostu zapakowaliśmy się szybko i ruszyliśmy przed siebie. Byłam strasznie zmęczona całym minionym tygodniem, więc świadomie zostawiłam w domu telefon i wiesz co? Te trzy godziny nad morzem pozwoliły mi niesamowicie odpocząć! Mogłam patrzeć jak dzieci bawią się w wodzie, oglądać meduzy pływające przy brzegu, a na sam koniec - zachwycać się z nastoletnim synem tym, jak zachodzące słońce odbijało się w tafli wody! Gdybym zabrała telefon, mogłabym Ci pokazać teraz jaki to był oszałamiający widok - te iskierki światła w wodzie. Ale wiesz co? Tak sobie myślę, że gdybym go wyciągnęła, mój syn poszedłby w odstawkę. Skupiłabym się na zdjęciach, nie na wspólnym zachwycie… A tak. Ja i nastolatek, podziwiający coś wspólnie. To było fantastyczne doświadczenie!

 

Agata Rusek: Madziu, widzę to oczami wyobraźni i mam podobne doświadczenie za każdym razem, gdy bardzo, ale to bardzo świadomie zostawiam telefon w domu, np. wychodząc na spacer. To jest jak wyrwanie się z jakiejś niewoli kolekcjonowania chwil i powrót do rzeczywistości, do skupienia na relacji, na otoczeniu, na byciu. Dla mnie każdorazowo to szansa na zauważenie. A jednocześnie zobacz, jak mocno jesteśmy już uwikłani w to obserwowanie świata przez pryzmat smartfonowego okulara - myślę, że bardzo słusznie zauważyłaś, że gdybyś miała wtedy telefon, to próbowałabyś uchwycić to piękno natury i zamiast na byciu z dzieckiem w tej chwili, skupiłabyś się na pstrykaniu zdjęć. Przypuszczam, że wiele z nas łapie się na takiej obserwacji swojego zachowania. I w tym kontekście ciągle mnie zastanawia, na ile prawdziwa jest teoria, że współczesny odbiorca jest zmęczony filtrami i że teraz wszyscy tęsknią za surowością, za nieretuszowanym, za prawdziwym kadrem. Bardzo, ale to bardzo bym chciała, żeby to była prawda, ale pracuję w mediach od lat i myślę, że na dzień dzisiejszy to wciąż pobożne życzenie. Oczywiście, jeśli zapytasz ludzi w jakiejś społecznej ankiecie, co wolą, to najprawdopodobniej każdy powie, że preferuje naturalność. Tylko że deklaracje to jedno, a realne wybory to zupełnie co innego. Kciuki nie kłamią - jak to się mawia w branży. Bo gdy scrollujesz - każdemu się zdarza, nie udawajmy - to nie zatrzymasz się na kadrze surowym, bez niczego. Zatrzymasz się na tym nasyconym, ciepłym, w którym filtr jest delikatny i nieostentacyjny, ale jednak ma w sobie to i owo podkręcone. Naturalny kadr zatrzyma Cię tylko wtedy, kiedy pojawi się argument spoza obrazka, np. zdjęcie wrzucił Twój mąż, widać na nim Wasz kawałek plaży albo po prostu naprawdę chcesz zobaczyć, gdzie psiapsi spędziła weekend. Ale ten sam kadr przegrywa w natłoku obrazów, jakie w niewyobrażalnej ilości udostępniamy sobie aktualnie w internetach - tak samo jak przegrywa szept w pokoju, w którym wszyscy mówią normalnie.

 

Magda Urbańska: Wczoraj na plaży widziałam wiele osób leżących na kocu, wpatrujących się w smartfon i poczułam smutek. Nie dlatego, że oni coś tracili, bo to ich życie, ich wybór, ale dlatego, że tak wiele razy ja w ten sposób różne rzeczy traciłam... Widziałam siebie w tych ludziach i te wszystkie okazje, gdy wokół mnie działy się piękne rzeczy, a ja ich nie zauważywałam. Nie odpoczęłam, bo nie pozwoliłam oczom i myślom odetchnąć. Nie poczułam niczego głębszego, bo się zagłuszyłam byle czym. Często to sobie robię, bardzo nieświadomie, kolejny raz wpadając w pułapkę “zerknę na chwilę". Wczoraj odebrałam od życia bardzo cenną lekcję… Wystarczyło oderwać się od ekranu, by wzbudzić w sobie zachwyt!

 

Agata Rusek: Nie żebym Cię łapała za słowa, ale zatrzymałabym się na moment przy wyrażeniu: "wystarczyło". Obawiam się bowiem, że nie mamy dziś za bardzo świadomości, dlaczego warto to robić, albo może nawet trafniej będzie, jeśli powiem: coraz mniej mamy w sobie sprawczości, by ten telefon odkładać. Od lat, naprawdę od lat mam swoją rutynę higieny cyfrowej, staram się serwować sobie raz po raz pełen detoks od obecności telefonu w życiu. Po takim poście od smartfona moje samopoczucie, moje doświadczenie, że znowu widzę barwy, cieszę się życiem i go w pełni smakuję, jest niesamowite. Każdorazowo jestem zachłyśnięta pięknem świata. I co? I po kilku tygodniach wracam do stanu sprzed detoksu. Raz, bo pracuję z telefonem, ale nawet wtedy, gdy nie muszę z niego korzystać zawodowo, to zbyt często wpadam w pułapkę scrollowania. Mimo całej świadomości mechanizmów wmontowanych we współczesną technologię i mimo doświadczania na własnej skórze błogosławieństwa odcięcia od niebieskiego ekranu. Więc, kiedy mówisz “wystarczyło tylko", to ja sobie myślę, że bez systemowego wsparcia czasem ta jednostkowa decyzja wcale nie wystarczy.

 

Magda Urbańska: Patrząc szerzej na nasz dzisiejszy temat myślę też o tym, że telefon zabrał nam nie tylko pewnego rodzaju spontaniczność i to, że zostawiając go w domu możemy zauważyć i poczuć coś, co zwykle nas w jakiś sposób omija… Moi synowie to książkoholicy (po mamusi [śmiech]). Ostatnio w jednej z powieści dla dzieci syn przeczytał zdanie, że największą karą jaką może dostać jeden z bohaterów książki jest szlaban na wyjścia z domu i na czytanie książek. Moje dziecko skomentowało to słowami, że to straszna kara i że to już jest okrucieństwo! A mnie to oburzenie ucieszyło, bo widzę - że mimo tego, że sam lubi grać w swojego ukochanego Minecrafta - to nie stracił kontaktu z pięknem. Z tym co żywe, nie tylko generowane przez AI. Książki, latanie z kolegami po drzewach. Wiele dzieci to jeszcze w sobie ma… Naprawdę! Nie jest ich wcale tak mało, przynajmniej w klasie mojego młodszego syna. Znam jednak wiele dzieci, dla których jedynym oknem na świat jest smartfon i patrzenie na nich w pewien sposób mnie boli… Tak wiele tracą, przez zamknięcie się na doświadczenia wyłącznie internetowe. Owszem, można znaleźć zdjęcia znad morza, ale nic nie zastąpi tego, że wpatrujesz się w nie na żywo. Możesz włączyć melodię imitującą śpiew ptaków, ale to nadal nie to samo, co spokojny spacer po ogrodzie. Nie dajmy sobie wmówić, że żywy kontakt da się czymś zastąpić… Moim zdaniem  nie da. I mimo tego, że mam tę świadomość i mam też świadomość jak smakuje życie bez telefonu w ręce, nadal daje złapać się w sieć - metaforycznie i dosłownie.

 

Agata Rusek: Dokładnie. Ty to widzisz, ja to widzę, wszystkie to widzimy i wszystkie koniec końców lądujemy w tym “pluszowych kajdankach", o których rozmawiałyśmy w poprzednim odcinku. Więc może cała rzecz jest w tej naszej ludzkiej skłonności do komfortu? Bo weź ten zachwyt naturą, o którym mówisz. Och, jaki ten mech w lesie piękny, ach, jakbym pojechała pod namiot, jaka ja jestem stęskniona za naturą - myślisz. A potem idziesz po tym mchu, gryzą Cię mrówki, kłują igły, w nocy jest zimno, coś obślizgłego chodzi w przedsionku, a gdy jeszcze rano się okazuje, że woda w strumyku jest lodowata - to wiele z nas ta natura już wcale tak nie zachwyca jak na zdjęciu. Wygodniej jest zachwycać się zdjęciem mchu, niż po nim spacerować. Wygodniej jest, gdy dźwięk ptaków śpiewa mi wtedy, gdy tego chcę ja, a nie, że budzi mnie o czwartej nad ranem doniosłym skrzekiem [śmiech].

 

Dlatego moja teza na dziś jest nieco inna, niż zapowiada nasz tytuł. Ja się nie tyle obawiam, że internet zabija w nas zachwyt, co obawiam się czegoś innego: że internet nas wychowuje. Że wychowuje nas do zachwytu tym, co sztuczne i wygodne - i robi to konsekwentnie, cierpliwie, po kilka godzin dziennie, skutecznie od małego. A my to wychowywanie nagminnie bagatelizujemy, bo przecież “ja tylko oglądam ładne kadry, nikomu krzywdy nie robię". Co więcej: nas wszystkich, z telefonami w ręku, to algorytm coraz częściej “uczy", czym w ogóle należy się zachwycać. Podsuwa mi przed oczy trzysta razy jedną rzecz w beżowym stylu i zero razy tę w krzykliwym neonie - i po pół roku realnie wykształca mój gust. Ani się obejrzymy, a mamy swoje ulubione typy krajobrazów, wnętrz, twarzy, nawet swoje ulubione typy pobożności. Nikt mnie do niczego nie zmusił, nikt niczego nie zakazał. Ja po prostu zostałam na tym wychowana i nie zauważyłam momentu, w którym ktoś mi wkodował taki a nie inny program zachwytu. Dlatego tak bardzo uwielbiam w naszym Kościele to, że on jest ufundowany na realnej obecności. Żywa wspólnota to szansa, by wciąż i wciąż dotykać nowego, innego, odmiennego.

 

Magda Urbańska: Wiesz co? To mi podsuwa też inny wątek. Tak wspomniałam o tych książkach… Moje dzieci nie używają już słowników, czy encyklopedii, jak ja 30 lat temu. Wolą zapytać wujka Google, który podsunie im odpowiedź w 30 sekund, przecież dziś ja sama też robię to samo! Czy to źle? Nie wiem, myślę, że ma to swoje jasne i ciemne oblicze. Cieszę się, gdy potrafią coś nie tylko znaleźć, ale ocenić, że dana informacja jest rzetelna i prawdziwa. To jest dziś dla mnie ważniejsze niż sposób, w jaki ją znajdują. Widzę jednak, że mają w sobie dość mocno rozbudzony głód poszukiwania. Czytania, zwiedzania, czy prostych wygłupów w wodzie, w której pływają meduzy, więc mogą przyjrzeć się im z bliska. Wiele dzieci to ma, ale - tu pewnie część czytelników się obrazi - rodzice to w nich zagłuszają. Wiem, że łatwiej jest dziecku dać komputer czy tablet, niż pójść z nim na spacer. Wiem, przecież jestem pracującą mamą i sama to widzę. Wiem, że samej też mi się czasem nic nie chce i marnuję czas na scrollowanie. A co by się stało, gdybym zamiast tego wybrała spacer? Choćby 15 minut… Co by było, gdybym powiedziała dziecku, żebyśmy razem upiekli gofry, zamiast dawać mu tablet? Albo co jeśli usiądę z dzieckiem i poczytamy wspólnie książkę? No ejże, wróćmy do tego, co przed erą smartfona było “normalnością". Wracam myślami do wczorajszej plaży… Obok nas bawiły się trzy małe dziewczynki - na oko od 4 do 10 lat. Były przeraźliwie głośne, ale mnie osobiście wcale to nie przeszkadzało, bo one piszczały na widok meduz, które pływały przy brzegu. Jej, jaki to był zachwyt w czystej postaci! Uśmiechałam się szeroko patrząc na ich radość!

 

Agata Rusek: Wyobrażam sobie ten pisk! Choć mogłabym się w meduzy wpatrywać godzinami w akwarium, to na żywo pewnie byłabym unisono z ich wrzaskiem, bynajmniej nie z zachwytu [śmiech]. Ale myśląc o tej naturalnej reakcji, przychodzi mi do głowy jeszcze jeden wątek. Taki, z którym my, dorośli w internecie, mamy ogromny problem, a o którym mówimy chyba za rzadko: w sieci każdy Twój zachwyt można wyśmiać albo porównać. Jadę z dziećmi nad Bałtyk, jest zimno, jest pięknie, jestem szczęśliwa, jak nie wiem co, wrzucam pocztówkę z plaży dla znajomych, i pyk, zawsze znajdzie się ktoś, kto napisze, że na Malediwach taniej, cieplej i ładniej. Albo nawet nikt nie musi nic skomentować ani z nikim nie musisz się porównywać. Obżarci memami opartymi na szyderstwie i kpinie, często niezauważalnie sami siebie ograbiamy z zachwytu takim wkodowanym auto-malkontenctwem. “Było pojechać do Włoch". “Phi, ciekawe ile pasożytów przywieziemy z tej plaży". “Taniej by było na działkę pojechać". Cynizm jest jak smog. Nie widzimy dziada, ale on nas powolutku wykańcza. Widzisz to?

 

Magda Urbańska: Tak, widzę, w sobie również [śmiech]. Choć codzienna praktyka wdzięczności coraz skuteczniej ubija we mnie tego dziada…

 

Agata Rusek: Kołacze mi jeszcze jedna myśl. Zachwyt często potrzebuje czasu, kontemplacji. Trzeba przy czymś postać, wrócić drugi raz, trochę się przy tym ponudzić, dać temu na siebie podziałać, żeby to się w nas zakorzeniło. Takie jest przynajmniej moje chrześcijańskie doświadczenie. Podejrzewam zresztą, że dziś nagminnie mylimy dwie różne rzeczy: zachwyt i ekscytację. Ekscytacja jest głośna, natychmiastowa i zawsze każe sięgnąć po następną. Zachwyt bywa cichy i robi coś odwrotnego: unieruchamia, zakorzenia. Po zachwycie się milczy albo mówi się coś głupiego, bo nic mądrego nie przychodzi do głowy. Ale chodzi o to, że w tym zachwycie chce się trwać. Po ekscytacji zazwyczaj… scrolluje się dalej. Widać to też w postawie serca i ciała. Zachwyt zakłada, że jestem mniejsza od tego, na co patrzę; że to mnie przerasta i ja uznaję, że coś nie mieści się w kategoriach, którymi ja jestem w stanie się posługiwać. Myślę, że w zachwyt jest wmontowana pokora. W internetach z kolei jestem cały czas ustawiona w pozycji recenzentki: kciuk w górę, kciuk w dół, przesuń dalej, oceń, zdecyduj, czy warte twojej sekundy. To też zaburza naturę, którą wszczepił nam Pan Bóg. Wydaje mi się, że nie da się jednocześnie oceniać i zachwycać, bo to są jednak dwie różne pozycje wobec świata i tylko jedna z nich długoterminowo nas buduje.

 

Często wracam do myśli, że natura jest jednym wielkim palcem wskazującym na piękno i wielkość swojego Stwórcy. I w tym kontekście myślę, że problem z dzisiejszymi podkręconymi kadrami, którymi się otaczamy, tkwi w tym, że one najczęściej zamykają po prostu na sobie. Nie są palcem, tylko stacją końcową. Zachwyć się i zostań. Zachwyć się i kliknij. Zachwyć się i kup sobie taki sam sweter. Nie chcę przy tym się puszyć, że internet mi zachwyt tylko zabiera, bo to byłoby chyba nie do końca uczciwe postawienie sprawy. Zobaczyłam przecież dzięki niemu rzeczy, których nie zobaczyłabym w życiu i które rzeczywiście mnie zachwyciły: zdjęcia z teleskopu, stworzenia z dna oceanu wyglądające jak pomysł żartownisia, ludzi, których umiejętności mnie wzruszają. Rzecz w tym, że te zachwyty przychodzą do mnie nieograniczonym kanałem dostępu. Po dwóch sekundach zasypuje je czterdzieści następnych, przepięknych rzeczy i to jest chyba dokładnie ten moment, w którym cud zmienia się w treść, którą tylko i wyłącznie przyswajam. A zachwyt jest z natury kompletnie bezużyteczny. Nic nie produkuje, nie da się go zmierzyć, nie da się nim przesycić, można tylko w nim trwać. Ten Boży zachwyt, o którym myślę, jest nie do ogarnięcia, ale jednak nie powoduje zgagi. Taka adoracja na przykład jest, po ludzku patrząc, ćwiczeniem w byciu bezużyteczną i w karmieniu się zachwytem. Siedzisz, patrzysz i nie przejesz tego piękna, choćbyś lata spędziła przed Najświętszym Sakramentem. Pytanie tylko, czy potrafisz to piękno zauważyć i na Nim się skupić.

 

Magda Urbańska: Ja bym powiedziała, że tutaj dużo zależy od tego, czy potrafisz pielęgnować w sobie ciszę.

 

Agata Rusek: O! I to chyba będzie dobra zapowiedź naszego kolejnego odcinka.

 

Magda Urbańska, Agata Rusek – „deon.pl”

 

 

 

 

 

 

 

Nie zabierajmy dzieciom wakacji

 

Jak tam wakacje? Pewnie tęsknisz już za szkołą, co? Czy kupiłeś już nowy plecak? I jak tam, już zaraz do szkoły, nie? – te pytania w ciągu ostatniego tygodnia padały w stronę jednego z moich synów wiele razy. W ulubionej piekarni, gdzie mój 10-latek lubi dyskutować z jedną z ekspedientek, pojawiają się praktycznie za każdym razem, gdy się tam pojawiamy. Mój syn zawsze odpowiada tak samo: nie, przecież jest środek wakacji, ja mam jeszcze zaplanowane półkolonie. Dziecko kontra dorośli? Czy może bycie tu i teraz kontra wybieganie w przyszłość?

 

Przyznaję, że wyprawkę ogarnęliśmy jeszcze w lipcu, korzystając z niższych i promocyjnych cen w pobliskim supermarkecie. Kupione i schowane na dno szafy poczekają do września, gdy będzie można ucieszyć się nowymi kredkami (młodszy syn) i choćby chwilowym porządkiem w plecaku i na półkach (to starszy!). Nie lubię zostawiać dużych zakupów na ostatni moment, ale to tyle wybiegania w przyszłość. Budzi się we mnie ogromne pragnienie tego, by dzieci miały szansę cieszyć się tymi wakacjami do końca, by im ich nie zabierać, nie skracać i nie wzbudzać w nich poczucia winy, że jeszcze trwają (pozdrawiam każdego rodzica, któremu przez myśl w ciągu wakacji wiele razy przeszło „czekam już na wrzesień”, jestem jedną z was!). Mimo tego, że czas wakacji wielu z nas się dłuży i myślami lądujemy już w pikającym dzienniku elektronicznym i znanej rutynie, to może właśnie teraz warto powiedzieć sobie STOP. Wakacje się jeszcze nie skończyły, więc mamy szansę na to, by złapać choćby mikro relację z dzieckiem, by odpocząć, zrobić coś wspólnie, pooddychać resztkami wakacji tak, byśmy mogli je mile wspominać… Wszak życie to nie zdobywanie kolejnych umiejętności czy gromadzenie rzeczy, ale chwile, które mogliśmy spędzić z tymi, których kochamy.

 

Moi synowie bardzo zaskoczyli mnie tym, jak cieszą ich proste rzeczy. Wyprawy komunikacją miejską do biblioteki w sąsiednim mieście, gdzie cała ściana jest zapełniona ich ulubionymi audiobookami; lody zjedzone w pobliskim parku; spontaniczny wypad na plażę; wspólne gotowanie obiadu itd… Tego naprawdę jest sporo i wciąż budzi we mnie pewną refleksję nad tym, że mnie takie drobiazgi przestały cieszyć, bo myślami jestem gdzieś tam – w pracy, w obowiązkach, zobowiązaniach, planach. Tymczasem lody w parku smakują lepiej, gdy zje się je bez pośpiechu, siedząc na ławce przy rzece, a życie, które właśnie się dzieje nie jest czasem przetrwania. Jest czymś, nad czym naprawdę warto się zatrzymać i to docenić.

 

Codzienność składa się z małych chwil, wakacje miną równie szybko jak i ten rok szkolny, na którego wielu już wyczekuje z tęsknotą. Takie jest życie, znamy przecież to powiedzonko: święta, święta i po świętach, prawda? O wakacjach można powiedzieć dokładnie to samo, z tą różnicą, że często mówimy o nich w ten sposób zanim rzeczywiście się skończą. Trochę to rozumiem, bo sama ćwiczę mocną gimnastykę jak połączyć pracę z poświęceniem swojego czasu dzieciom. Jak pozwolić im się cieszyć, gdy samemu jest się po prostu zmęczonym? Może to jest właśnie najbardziej odpowiednie pytanie w tych wszystkich rozważaniach… Zmęczenie było i będzie – niedługo zmęczą nas zajęcia dodatkowe, kartkówki i sprawdziany, które mają zastąpić brak zadań domowych i przez które rodzice – szczególnie starszych dzieci - dostają białej gorączki w trakcie roku szkolnego. Czujesz już to napięcie? No to odetchnij, póki jest na to czas!

 

Życie samo nie zwolni, ale my możemy to zrobić. Relacje z dzieckiem też nie stworzą się z niczego, ale my możemy o nie zadbać. Pytanie czy potrafimy powiedzieć sobie STOP, gdy nasz mózg analizuje już wrzesień… Choćby na chwilę, na te jedne lody w parku zjedzone bez pośpiechu, by nasze dzieci mogły wspominać wakacje z uśmiechem…

 

Magdalena Urbańska – „deon.pl”

 

 

 

 

 

 

 

Święci i błogosławieni w tygodniu

16 sierpnia - św. Stefan Węgierski, król

16 sierpnia - św. Roch

16 sierpnia - bł. Maria Sagrario od św. Alojzego Gonzagi, dziewica i męczennica

17 sierpnia - św. Jacek, prezbiter

17 sierpnia - święci Alipiusz i Posydiusz, biskupi

17 sierpnia - św. Klara z Montefalco, dziewica

17 sierpnia - św. Joanna Delanoue, zakonnica

17 sierpnia - bł. Augustyn Anioł Mazzinghi, prezbiter

18 sierpnia - bł. Sancja Szymkowiak, zakonnica

18 sierpnia - św. Helena, cesarzowa

18 sierpnia - św. Albert Hurtado, prezbiter

18 sierpnia - błogosławieni prezbiterzy i męczennicy z Rochefort

19 sierpnia - św. Jan Eudes, prezbiter

19 sierpnia - św. Bernard Tolomei, opat

19 sierpnia - bł. Gweryk, opat

19 sierpnia - św. Ludwik, biskup

19 sierpnia - św. Sykstus III, papież

19 sierpnia - kościół katedralny w Ełku

20 sierpnia - św. Bernard z Clairvaux, opat i doktor Kościoła

20 sierpnia - bł. Władysław Mączkowski, prezbiter i męczennik

20 sierpnia - bł. Alojzy od Świętego Sakramentu (Jerzy Häfner), prezbiter i męczennik

20 sierpnia - Samuel, prorok

21 sierpnia - św. Pius X, papież

21 sierpnia - bł. Brunon Zembol, zakonnik i męczennik

21 sierpnia - bł. Wiktoria Rasoamanarivo

22 sierpnia - Najświętsza Maryja Panna Królowa

22 sierpnia - święci męczennicy Agatonik i Towarzysze

22 sierpnia - bł. Franciszek Dachtera, prezbiter i męczennik

23 sierpnia - św. Róża z Limy, dziewica

23 sierpnia - bł. Bernard z Offidy, zakonnik

23 sierpnia - bł. Władysław Findysz, prezbiter i męczennik

23 sierpnia - św. Filip Benicjusz, prezbiter

 

 

NIEDZIELNA EUCHARYSTIA W KOŚCIOŁACH W OKOLICY

Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach

niedziele i święta: 6.30, 8.00, 9.30, 11.00, 12.30 (oprócz VII i VIII), 16.00, 19.00,

dni powszednie – 7.00, 7.30, 18.00.

Parafia Matki Bożej Pocieszenia, ul. Bulwarowa 15a

niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00, 18:00, 20:00

 dni powszednie: 7:00, 15:00, 18:00

Parafia Matki Bożej Częstochowskiej, os. Szklane Domy 7,

niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 17:00 (oprócz VII i VIII),

19:00 (oprócz VII i VIII), 20:30

dni powszednie: 6:30, 8:00, 18:00

Parafia Matki Bożej Królowej Polski, Arka Pana, ul. Obrońców Krzyża 1

niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 16:00, 17:30, 19:00,

dni powszednie: 6:00, 6:30, 7:00, 7:30, 8:00, 11:00, 18:00

Bazylika Krzyża św. - klasztor

                               (pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Wacława)

niedziele i święta: 06.30, 08.00, 09.30, 11.00, 12.30, 14.00 (oprócz VII i VIII)

dni powszednie: 06.30, 07.30, 08.30, 16.00 (w piątki), 18.00.

Parafia św. Bartłomieja Apostoła, Mogiła, ul. Klasztorna 11,

niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 14:00 (oprócz VII, VIII), 16:30, 18:00

dni powszednie: 6:00, 7:00 (oprócz VII i VIII), 7:30, 8:30, 18:00

Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Teatralne,

niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00 (oprócz VII i VIII), 18:00, 19:30

dni powszednie: 6:30 (oprócz VII i VIII), 7:00, 18:00

Parafia św. Stanisława Biskupa Męczennika, Kantorowice 122,

niedziele i święta: 9:00, 11:00, 18:00, dni powszednie: 8:00, 17:00, (18.00- lato)

Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Lubocza,

niedziele i święta: 8:00, 10:30, 17:00, dni powszednie: 7:00, 17:00

Parafia Matki Bożej Wspomożenia Wiernych, Prusy,

niedziele i święta: 7:30, 9:30, 11:30,

dni powszednie: 18:00 (pon., śr., pt.), 6:30 (wt., czw., sob.)

Parafia św. Maksymiliana Marii Kolbego, Mistrzejowice,

niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 10:30, 11:00, 13:00, 17:00, 19:00

dni powszednie: 6:30, 7:00, 7:30, 18:00

NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:

strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl

adres gazetki:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.