W BLASKU MIŁOSIERDZIA

35/1091 – 9 sierpnia 2026 r. A.

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA

 

 

 

 

 

Niedziela, 9 sierpnia 2026 r.

 

  

 XIX NIEDZIELA ZWYKŁA (rok A)

 

 Kolor szat liturgicznych: zielony

 

 

 

Czytania:
Pierwsze czytanie: 1 Krl 19,9a.11–13a
Psalm: Ps 85
Drugie czytanie: Rz 9,1–5
Ewangelia: Mt 14,22–33
 
Ewangelia:
Jezus chodzi po jeziorze
Mt 14, 22-33
Słowa Ewangelii według Świętego Mateusza
Gdy tłum został nasycony, zaraz Jezus przynaglił uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał.
Łódź zaś była już o wiele stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się, myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli.
Jezus zaraz przemówił do nich: «Odwagi! To Ja jestem, nie bójcie się!»
Na to odezwał się Piotr: «Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie!»
A On rzekł: «Przyjdź!» Piotr wyszedł z łodzi i krocząc po wodzie, podszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: «Panie, ratuj mnie!»
Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: «Czemu zwątpiłeś, człowiecze małej wiary?»
Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył. Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc: «Prawdziwie jesteś Synem Bożym».
 
Komentarze:
Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się... Te słowa, które usłyszeli uczniowie widząc idącego po wodzie Jezusa słyszy dziś pewnie wielu chrześcijan. Przeżywających kłopoty osobiste, ale i martwiących się Kościołem, naszym krajem czy całym światem. Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się.
„Cały świat jest pełen śladów Boga” – śpiewała dawniej młodzież z pewnej piosence. To prawda. „Każda rzecz zawiera Jego myśl”. Ale trzeba pamiętać, że Bóg tak naprawdę nie jest w przyrodzie. Jest ponad nią. Jest Panem stworzenia, ono jest jego dziełem, dziełem Jego wszechmocy, mądrości i paru innych...  Czy właśnie ta myśl łączy czytania liturgii słowa tej niedzieli? Na pierwszy rzut oka wydaje się, że tak. Po namyśle można jednak powiedzieć, że chyba chodzi o coś więcej. O wskazanie, że Bóg jest Bogiem (s)pokoju. I ten swój pokój chce wprowadzać w świat.
Bóg trzyma rękę na pulsie.
Bóg trzyma rękę na pulsie. Wie co robi, wie czemu to i owo dopuszcza. My... Chcemy Panu Bogu dać wszystko. Najlepiej tu i teraz. Bez ociągania się. Niech króluje. I gdy się nie udaje popadamy w zniechęcenie. Tracimy wiarę we własne umiejętności, tracimy wiarę, że w ogóle się da... A czytania tej niedzieli mówią nam: spokojnie: Bóg wie co robi. Nie musimy Go wyręczać. Mamy - jak Eliasz - zrobić tylko to, co do nas należy. A w obliczu niebezpieczeństw nie musimy załamywać rąk i poddawać się Trzeba ufać, że On czuwa. Jeśli uzna za słuszne, pozwoli nam nawet chodzić po wzburzonej wodzie...
 
 

 

 

 

W dzisiejszym numerze:
- Wierność Bogu – to prawdziwy sukces w wierze. Zważaj na drogowskazy
- O naturze zwątpienia
- „Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami”
- Farbowane lisy, czyli nacjonaliści przebrani za chrześcijan !!!
- Samotność osób konsekrowanych. Kapucyn: Życie w pojedynkę rzadko jest sielanką
- Aplikacja albo wykluczenie. Czy jeszcze naprawdę mamy wybór?
- Sztuczna inteligencja vs prawdziwe człowieczeństwo. Dlaczego AI nie nauczy nas kochać
- Bł. Edmund Bojanowski: walczył o Polskę, troszcząc się o ubogich i o następne pokolenia
- Święci i błogosławieni w tygodniu

 

 

 

 

 

Wierność Bogu – to prawdziwy sukces w wierze. Zważaj na drogowskazy

 

Nie znasz drogi do celu lepiej, niż ten, kto je stawiał

 Bóg objawia się Eliaszowi nie w gwałtownej wichurze, nie w trzęsieniu ziemi, nie w ogniu. Przychodzi do proroka w łagodnym powiewie wiatru...

 Nie tak dawno Eliasz pokonał proroków Baala. Wydawało się, że cały Izrael porzuci teraz bożki, a powróci do Boga prawdziwego. Tymczasem przyszło mu uchodzić przed gniewem możnej protektorki tego kultu, Izebel (Jezabel)... Co poszło nie tak?

 Zniechęcony prorok idzie na pustynię i kładzie się, by umrzeć. Mało obchodzi go anioł, który daje mu jeść. Dopiero gdy ten każe mu iść do Bożej góry Horeb, podnosi się i idzie. I tam spotyka Boga w owym powiewie zefirku... Potem jeszcze usłyszy, że nie na Horebie jego miejsce. Że ma wrócić i namaścić dwie osoby na królów. A Elizeusza na proroka po sobie. Niewiele znaczące w porównaniu z tym, co zrobił z prorokami Baala. Ostatecznie, okazuje się, sukcesu w walce o Bożą sprawę nie osiągnie. Niepotrzebnie się starał?

 

Rozgorączkowany Eliasz, spokojny Bóg. Eliasz, jak często człowiek, chciałby po swojemu. Ma swoją miarę tego, co wielkie, co ważne. A Bóg patrzy inaczej. Nie spieszy się. Działa spokojnie. Przez różne drobiazgi...

 Nie rozumiemy czasem, czemu Bóg nie wpiera naszych gorliwych starań o krzewienie wiary czy o jej czystość. Dziwimy się, że nie wspiera swoimi łaskami naszych świetnych pomysłów. A przecież dobrze wiemy, że nie sukcesy są istotne, ale pełnienie woli Boga. O sukces, ten ostateczny, Bóg zatroszczy się już sam....

 

Andrzej Macura – „wiara.pl”

 

 

 

 

O naturze zwątpienia

 Piotr nie przywołuje Jezusa, lecz prosi, by to Jezus rozkazał mu przyjść do siebie. Jezus przystaje na jego prośbę i woła: „Przyjdź”. Ta scena ukazuje wiarę jako rzeczywistość, która upodabnia nas do Chrystusa. Wiara jest darem nadprzyrodzonym, dzięki któremu zostajemy przez Ducha Świętego uformowani na obraz Syna Bożego. Tak jak Jezus kroczy po jeziorze, tak i wierzący Piotr, posłuszny głosowi Pana, jest w stanie postawić stopę na wzburzonych falach. Przychodzi jednak moment zwątpienia, wskutek którego Piotr zaczyna się pogrążać w odmętach. Nie wynika to ze słabości wiary – nadprzyrodzonego daru – ale ze słabości Piotra, który wątpi.

 Czy jednak jest możliwe wierzyć bez wątpliwości? Czy oznacza to, że należy wierzyć bez zadawania pytań? Jeśli wczytamy się w tekst Ewangelii, zauważymy, że Piotrowi pewnego rodzaju wątpliwość towarzyszyła od początku tej sceny. Najpierw uczniowie się boją i myślą, że postać, którą zobaczyli, to zjawa. Kiedy zaś Jezus przemówił do uczniów, Piotr powiedział: „Jeśli to Ty jesteś…”. Prośba Piotra jest warunkowa, jak gdyby chciał się upewnić, że to faktycznie Pan. Apostoł nie wyskakuje z łodzi i nie rzuca się w fale bez namysłu, lecz zaczyna iść dopiero wtedy, gdy słyszy rozkaz Pana. Jego wiara nie jest ślepym i bezrefleksyjnym brnięciem w to, co sam uznał za słuszne. W przeciwieństwie do tej refleksyjności późniejsze wątpienie Piotra nie dotyczy tego, czy faktycznie ma do czynienia z Panem, ale tego, czy on, Piotr, może, nawet z Bożą pomocą, stawić czoło burzy. Wątpienie, które spycha go w fale, nie wynika z pytania o Mesjasza, ale z przeniesienia wzroku z Tego, w którego uwierzył i komu zawierzył, na trwającą wokół burzę. Ale i to wątpienie nie ma ostatniego słowa, bo to zawsze należy do Pana.

 

Paweł Jamróz OP – „wdrodze.pl”

 

 

 

 

 

„Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami”

 Słowo Boże jest darem, który pomaga nam odkrywać dobroć Boga. Dzisiejsze czytania, zwłaszcza historia o Eliaszu na górze Horeb oraz Ewangelia o Jezusie chodzącym po wodzie, przypominają nam, w jaki sposób Bóg przychodzi, aby być blisko człowieka. Nie zawsze dzieje się to w sposób dostrzegalny ani taki, jakiego człowiek się spodziewa, chociaż i o tej zwyczajnej, codziennej drodze Boga do człowieka nie należy zapominać. Dla każdego z nas może to być całkowicie inne doświadczenie. Ważne jednak, aby pamiętać, że Bóg może objawić się inaczej, niż byśmy tego chcieli. Przypomina nam o tym słowo proroka Izajasza: „Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami – wyrocznia Pana. Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje górują nad waszymi drogami i myśli moje nad myślami waszymi”. (Iz 55,8-9).

  Ponieważ Bóg jest inny niż nasze wyobrażenia o Nim, także Jego drogi do serca człowieka mogą być inne. Prorok Eliasz spodziewał się Boga w Jego potędze. Oczekiwać, że Bóg objawi się w sposób spektakularny. Być może oczekiwał, że objawi się w ogniu, wichurze albo trzęsieniu ziemi. Bóg wybrał jednak inną drogę i przyszedł w szmerze łagodnego powiewu. To słowo przypomina nam o naszych doświadczeniach, kiedy pytamy Boga o Jego potęgę w czasie choroby, utraty pracy, rozpadu małżeństwa albo wtedy, gdy nie doświadczamy owoców naszej modlitwy. Przychodzi wtedy pokusa, by zwątpić w to, czy Bóg może jeszcze coś uczynić w naszej sprawie, bo przecież nie daje o sobie znać swoją mocą. Dzisiejsze słowo jest dane właśnie na takie doświadczenia i przypomina nam, że On jest bliżej nas, niż myślimy, ale często mówi do nas w ciszy. Przychodzi niezauważalnie: w drugim człowieku, w Piśmie Świętym, w sakramentach Kościoła. Jednym z największych zagrożeń i niebezpieczeństw w naszym życiu duchowym jest to, że przez hałas świata przestajemy słyszeć głos Boga.

  Dzisiejsza Ewangelia jest dla nas również słowem umocnienia w chwilach najbardziej wymagających w naszym życiu. Jezus uświadamia nam, że nigdy nie obiecał życia bez burz, ale obiecał, że będzie z nami w każdej chwili. W Ewangelii św. Jana czytamy następujące słowa: „Jeżeli Mnie prześladowali, to i was będą prześladować; jeżeli moje słowo zachowali, to i wasze będą zachowywać”. (J 15,20).

 Jezus posyła swoich uczniów na jezioro, a burza, która ich spotkała, nie była dla nich karą. Była częścią ich drogi. Podobnie jest i w naszym życiu, kiedy doświadczamy życiowych burz. Nie powinniśmy jednak odczytywać każdej życiowej burzy jako Bożej kary. Są one częścią naszej drogi i naszego powołania. Nie każda porażka jest znakiem, że Bóg nas opuścił, i nie każdy zamęt oznacza brak Boga. Współczesny uczeń Jezusa także doświadcza przeciwnego wiatru i wysokich fal. Istotne jest jednak, aby pamiętać, że w tych życiowych przeciwnościach nie jest sam oraz że nie jest skazany na swoje słabości ani nawet porażki.

 Najpiękniejsze zdanie, które daje nam dzisiaj Jezus, to słowa: „Odwagi! Ja jestem. Nie bójcie się!” (Mt 14,27).

 One są sercem tej Ewangelii. Słowa „Ja jestem” (por. Mt 14,27) przywołują objawione Mojżeszowi imię Boga i ukazują Boską tożsamość Jezusa. Jego Imię przypomina nam, że Bóg już nieraz przeprowadził człowieka przez trudności. Ten, który prowadził Mojżesza i Eliasza, jest teraz z nami i chce nas prowadzić. To jest największa Dobra Nowina i Boża obietnica.

  Jest jeszcze jedna prawda, która może stać się dla nas wskazówką. Piotr nie tonie dlatego, że wyszedł z łodzi, ale dlatego, że przestał patrzeć na Jezusa. Ewangelista Mateusz dopowiada jednak jeszcze jeden ważny szczegół – Piotr „na widok silnego wiatru uląkł się”, Piotr zwątpił (por. Mt 14,30-31). To właśnie wtedy zaczął tonąć. Być może rzadko zwracamy uwagę na to, że uczeń Jezusa rzeczywiście potrafił stawiać kroki po wodzie. Ewangelista Mateusz jasno ukazuje, że Piotr po wodzie podszedł do Jezusa. Zrobił to, co po ludzku jest niemożliwe. Dopóki patrzył na Jezusa, potrafił iść po wodzie. Zaczął tonąć, ponieważ przestraszył się i zwątpił, odrywając wzrok od Jezusa.

 

 Ten fragment Ewangelii jest kolejnym obrazem naszego życia. Czasami musimy iść naprzód właśnie wtedy, gdy szaleje największa burza. Wiara nie polega na tym, że znikają przeciwności, ale na tym, że nawet pośród nich wiemy, na Kogo patrzeć. A kiedy zdarzy się, że spojrzymy w innym kierunku, nie zapominajmy wołać do Jezusa, tak jak uczynił to Piotr. Jego modlitwa nie była długa.

 Powiedział tylko: „Panie, ratuj mnie!” (Mt 14,30).

 I to wystarczyło, a Jezus natychmiast wyciągnął go z wody. Pamiętajmy, że Jezus nie czekał, aż Piotr stanie się doskonały. Najpierw go uratował. Tak właśnie działa Bóg i taką drogą przychodzi do nas. Niech dzisiejsze słowo Boże będzie dla nas umocnieniem i pocieszeniem.

  o. Łukasz Drożak CSsR

Prefekt postulatu Prowincji Warszawskiej Redemptorystów oraz misjonarz i duszpasterz w Parafii Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny (Sanktuarium Matki Bożej Tuchowskiej) – Tuchów

 

 

 

 

 

 

Farbowane lisy, czyli nacjonaliści przebrani za chrześcijan

Na przestrzeni wieków chrześcijaństwo miało różnych wrogów i ma też dzisiaj wielu zdeklarowanych przeciwników. Największym jednak wrogiem Ewangelii byli zawsze ci, którzy podszywając się pod chrześcijan, szerzyli nienawiść i traktowali religię jako narzędzie do osiągnięcia i utrzymania władzy – farbowane lisy.

Nie brakowało ich w historii Kościoła. Wystarczy wspomnieć mroczne karty średniowiecznych krucjat, gdy pod znakiem krzyża dokonywano rzezi niewinnych, czy czasy inkwizycji, gdy płonące stosy miały rzekomo służyć chwale Bożej, a w rzeczywistości umacniały ziemskie wpływy.

Zanim Hitler doszedł do władzy, niemiecki Episkopat potępił nazizm i zakazał katolikom wstępowania do NSDAP, a wiernym, którzy otwarcie popierali narodowy socjalizm i nosili mundury partyjne, odmawiano sakramentów. Nie trwało to jednak długo. Kościół stracił czujność i dał się oszukać. Watykan, reprezentowany przez kardynała Eugenio Pacellego (późniejszego Piusa XII), podpisał z III Rzeszą traktat, na mocy którego niemieccy biskupi zostali zobowiązani do składania przysięgi lojalności wobec rządu Rzeszy. Kościołowi zabrakło odwagi. Dopiero po 75 latach niemieccy biskupi przyznali: „Nasi poprzednicy stali się współwinni zbrodniom Hitlera”.

To wykoślawione chrześcijaństwo coraz bardziej dochodzi do głosu również dzisiaj za przyczyną wypowiedzi polityków z ugrupowań określanych jako skrajna prawica: „Imigranci to chwasty, które trzeba z polskiej ziemi powyrywać. Nie chcemy Żydów ani muzułmanów. Deportować Ukraińców. Polska dla Polaków!”

Przed dziesięciu laty po Mszy św. w białostockiej katedrze skandowano: „Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę! A na drzewach zamiast liści będą wisieć syjoniści!” Nie mówiąc już o zeszłorocznej wypowiedzi pana Brauna, że „Auschwitz z komorami gazowymi to fake”.

Zdarza się, że takim deklaracjom towarzyszą wezwania „Szczęść Boże” i „Niech Żyje Chrystus Król”. To obraża nie tylko uczucia religijne świadomego katolika, ale wzbudza w nim strach przed powrotem faszyzmu. Jeśli powróci, to jak zachowają się nasi biskupi? Czy księża będą nadal udzielali sakramentów zwolennikom nieludzkiej ideologii?

Kościół katolicki w Polsce wielokrotnie wypowiadał się oficjalnie w sprawie niektórych wypowiedzi oraz działań polityków skrajnej prawicy. Zdecydowanie odciął się od nacjonalistycznych haseł. Nikogo jednak ze wspólnoty Kościoła nie wykluczył. Dlaczego teraz o tym piszę? Bo właśnie teraz, gdy największa partia opozycyjna przeżywa poważne trudności, partie skrajnie prawicowe zyskują wśród katolików nowych zwolenników. Sondaż z początku sierpnia daje tym partiom prawie 25% poparcia. To niepokoi i stawia pytanie o jakość formacji wiernych w Kościele katolickim, o jakość nauczania religii w szkołach. Ponad połowa wyborców zdecydowanych głosować na skrajną prawicę uważa się za kulturowych katolików, a jedna trzecia z nich przyznaje, że chodzi regularnie na niedzielną Eucharystię.

Czym różni się od chrześcijaństwa promowana przez tych polityków religia? Tak religia, bo trudno nazwać świeckim programem politycznym to, co proponują.

Ewangelicznej miłości do drugiego człowieka, a w szczególności miłości do nieprzyjaciół, przeciwstawiają walkę z wrogami ojczyzny, których dopatrują się w każdym, kto nie myśli tak, jak oni. Tropią spiski, odmawiają praw kobietom, mniejszościom żyjącym w Polsce i obcokrajowcom. Podsycają lęk przed obcymi. Ten, kto się z nimi nie zgadza, ryzykuje przypięcie etykiety komunisty, syjonisty albo masona.

Odmawiają osobom o innej orientacji seksualnej godności i szacunku, promują antysemityzm i ksenofobię. Źródłem prawdy nie jest dla nich Pismo Święte i nauka Kościoła, lecz jednolita tradycja narodowa, której Kościół powinien być podporządkowany. Nie mają na celu przemiany ludzkich serc, lecz budowanie państwa, w którym dzięki jednej religii będzie można wszystko trzymać pod kontrolą. Zamiast szerzenia pokoju i dążenia do dialogu wybierają drogę agresji i wzbudzania lęku.

Prawdziwe chrześcijaństwo poznaje się po owocach, nie po hasłach na sztandarach. Ktokolwiek używa imienia Boga, by siać nienawiść, gardzić drugim człowiekiem czy negować cierpienie uchodźców, dopuszcza się świętokradztwa. Zamienia krzyż Chrystusa w sztachetę wyrwaną z płotu. Nie dajmy się nabrać tym współczesnym faryzeuszom, którzy z zawołaniem „Szczęść Boże” na ustach chcą zbudować polityczny kapitał na strachu i ksenofobii.

Jeśli pozwolimy farbowanym lisom pisać naszą teologię i budować naszą przyszłość, obudzimy się w świecie, w którym z Ewangelii nie zostanie nic oprócz jej karykatury. Zachowajmy czujność, by nienawiść nie zatruła naszych serc.

Wojciech Żmudziński SJ – „deon.pl”

Dyrektor Europejskiego Centrum Komunikacji i Kultury w Warszawie Falenicy. Redaktor portalu jezuici.pl Studia teologiczne i biblijne odbył na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie, a studia z zarządzania oświatą na Uniwersytecie Fordham w Nowym Jorku. Pracował we Włoszech jako wychowawca w ośrodku dla narkomanów oraz prowadził w Gdyni Poradnię Profilaktyki Uzależnień. Przez 21 lat kierował placówką doskonalenia nauczycieli Centrum Arrupe, w latach 2002-2007 był dyrektorem Gimnazjum i Liceum Jezuitów w Gdyni, a w latach 2019-2024 socjuszem Prowincjała. Autor książek z dziedziny edukacji i duchowości.

 

 

 

 

 

 

 

 

Samotność osób konsekrowanych. Kapucyn: Życie w pojedynkę rzadko jest sielanką

 

Samotność osób konsekrowanych. Kapucyn: Życie w pojedynkę rzadko jest sielanką

"Przecież nie masz żony, dzieci ani kredytu, więc masz święty spokój" - z takim komentarzem często spotyka się brat Łukasz Podsiadły OFMCap. W obszernym i szczerym wpisie na Facebooku kapucyn tłumaczy, że życie zakonne wcale nie jest wolne od trosk. Pisze o odpowiedzialności za ludzi, duchowym ciężarze posługi oraz samotności, która może dotykać także osoby konsekrowane.

 

Brat Łukasz Podsiadły OFMCap napisał na Facebooku, że życie zakonnika, które wyraża się m.in. poprzez "brak klasycznej rodziny i zobowiązań finansowych" wcale nie musi automatycznie oznaczać życia wolnego od trosk.

Zakonnik rozpoczął od tego, że pod jego postami często pojawia się komentarz: "Przecież Ty nie masz żony, dzieci ani kredytu... masz święty spokój".

 

Brat Łukasz pisze, że "w życiu zakonnym czy parafialnym mit o beztrosce pęka bardzo szybko. To nieustanna dbałość o finanse, dopinanie budżetu, rachunki za ogrzewanie potężnych murów, walka z przeciekającymi dachami czy organizacja kosztownych remontów. Do tego dochodzi pełna odpowiedzialność za ludzi, posługę i finanse bez sztywnych godzin pracy i bez wyraźnej granicy między życiem prywatnym a służbą".

Słuchanie ludzkich dramatów i towarzyszenie w cierpieniu

 

Kapucyn podkreśla również, że od ciężaru materialnego o wiele ważniejszy jest ciężar "duchowy i psychiczny":

 

"Słuchanie ludzkich dramatów, towarzyszenie w cierpieniu, długie godziny w konfesjonale, modlitewna odpowiedzialność za innych i szukanie woli Bożej w momentach, gdy po ludzku brakuje sił. Noszenie w sobie najtrudniejszych historii, o których z nikim nie można porozmawiać ze względu na tajemnicę spowiedzi czy dyskrecję, bywa ogromnym, cichym brzemieniem" - czytamy na Facebooku.

Zakonnik pisze, że "do tego dochodzi niepisana presja funkcjonowania pod nieustanną obserwacją, gdzie otoczenie często oczekuje stałej gotowości, nienagannego uśmiechu i niezłomnej siły, nie dając prawa do chwili zmęczenia, słabości czy kryzysu".

 

"Można być codziennie otoczonym setkami ludzi, wysłuchiwać ich historii, a jednocześnie doświadczać głębokiego osamotnienia w tłumie. Relacje w posłudze bywają przecież asymetryczne i jakże cenne jest wtedy posiadanie przyjaciół, którzy zapytają po prostu: «A jak Ty się dziś czujesz?»".

 

Kapucyn podkreśla, że nie pisze tego dlatego, by "żalić się" na to, co jest wpisane w zakonne życie, ponieważ "Bóg błogosławi w nim na różne sposoby". Zaznacza jednak, że warto najpierw zastanowić się, zanim "wyda się osąd o czyimś życiu".

 

"Życie w pojedynkę rzadko jest sielanką"

 

Brat Łukasz zaznacza, że takie "uproszczenia", które kieruje się często w stronę osób zakonnych dotyczą również ludzi samotnych, których również często postrzega się jako osoby prowadzące łatwiejsze życie.

 

"Nie brakuje głosów, że «mają lekko», bo po pracy wracają do cichego mieszkania i odpowiadają tylko za siebie. A przecież brak współmałżonka czy dzieci nie zwalnia z konieczności opłacania rachunków, mierzenia się z drożyzną, lękiem o zdrowie czy opieką nad rodzicami w podeszłym wieku" - pisze kapucyn i dodaje:

 

"Dźwiganie wszystkich decyzji całkowicie w pojedynkę, brak kogoś, z kim można po prostu pomilczeć pod jednym dachem, uciszyć lęk przed przyszłością czy po ludzku podzielić się ciężarem dnia, bywa wyjątkowo wyczerpującym doświadczeniem. I choć wielu ludzi odkrywa, jak dobrze czują się sami ze sobą, to jednak życie w pojedynkę rzadko jest sielanką".

 

"Bóg nie obiecywał nam życia bez ciężarów"

 

Zakonnik podkreśla, że tak naprawdę "żaden stan życia i powołania nie daje automatycznej gwarancji beztroski".

 

"Bóg nie obiecywał nam życia bez ciężarów, ale obiecał, że w każdym powołaniu będzie nam towarzyszył. Zmieniają się jedynie warunki i okoliczności, a także rodzaj trudów, z jakimi przychodzi się nam mierzyć" - podzielił się kapucyn.

 

Na koniec napisał, że "zamiast oceniać, kto ma w życiu ciężej, warto pamiętać, że każdy nosi swój własny, często niewidzialny dla innych ciężar".

 

"Każdy potrzebuje czasem po prostu odrobiny zrozumienia i życzliwości" - zakończył.

 

Brat Łukasz / Facebook / DEON.pl / pk

 

 

 

 

 

 

Aplikacja albo wykluczenie. Czy jeszcze naprawdę mamy wybór?

 

Nikt nie zmusza nas do zakładania kont w mediach społecznościowych czy instalowania kolejnych aplikacji. A jednak coraz częściej okazuje się, że bez nich trudno normalnie funkcjonować – załatwić sprawy urzędowe, skorzystać z promocji, odebrać informacje ze szkoły czy utrzymać kontakt z bliskimi. Gdzie kończy się wygoda, a zaczyna cyfrowy przymus? Czy bycie offline stało się dziś luksusem? I co na temat technologii, wolności oraz nowych form wykluczenia ma do powiedzenia chrześcijaństwo? O "pluszowych kajdanach", cyfrowym wykluczeniu i duchowości w świecie aplikacji rozmawiają Magdalena Urbańska i Agata Rusek w kolejnym odcinku cyklu "Katoliczka w sieci".

 

Agata Rusek: Powiem Ci szczerze, że mało jest zdań, które doprowadzają mnie do takiej szewskiej pasji, jak to poczciwe "przecież nikt cię nie zmusza". Zazwyczaj słyszę je w wersji rozbrajająco życzliwej – "oj przestań, kto cię zmusza zakładać konto/apkę? Nic nie musisz instalować, nie musisz nosić telefonu, wolna wola!". No i formalnie rzecz biorąc, jest to zdanie absolutnie prawdziwe. Nikt nie stoi nade mną z pałką. Nie ma ustawy o obowiązku posiadania Facebooka. Tylko że gdzieś między tą teoretyczną wolnością a moim codziennym funkcjonowaniem rozciąga się przepaść, w której mieszka proza życia: siedem grup rodzicielskich, kod rabatowy na mleko, kolejka do lekarza, e–recepta, BLIKI czy inne kody z aplikacji banku, którą trzeba mieć, bo inaczej nie zapłacisz mniej. I nagle się okazuje, że "przecież nie musisz" znaczy dokładnie tyle co: "możesz, tylko ponieś koszty". A koszty ponosi się w czasie, w pieniądzach albo w wykluczeniu. Mnie się zawsze przypomina wtedy, że wolność w ujęciu chrześcijańskim nie tyle jest brakiem kajdanek, co zdolnością do wybrania dobra. Tylko żeby coś wybrać, trzeba to najpierw mieć w zasięgu ręki i mieć zasoby – finansowe, czasowe, duchowe – by z tego korzystać. Widzisz to?

 

Magda Urbańska: Oj tak. Widzę to bardzo wyraźnie. Dla mnie to nie do końca jest wybór, bo owszem, mogę nie instalować Facebooka, ale wtedy zostanę odcięta od informacji. Nawet ksiądz nam to kiedyś zrobił [śmiech], zakładając zamkniętą grupę dla rodziców dzieci pierwszokomunijnych. Nie gdzie indziej, jak na Facebooku właśnie. Żyjemy w takim, a nie innym systemie przepływu informacji, więc ten wybór nie jest do końca wolny. Myślę też teraz np. o moim tacie, który mieszka kawałek drogi od nas. Chcąc częściej widzieć wnuki, zainstalował Messengera, bo może dzięki niemu zadzwonić "na kamerkę" – tam gdzie aktualnie jest, a jednocześnie zobaczyć w okienku swoje wnuki. Technologia dała nam więc ogromnie dużo, w pozytywnym sensie, ale nałożyła też na nas pewną smycz…

 

Agata Rusek: Ja to nazywam pluszowymi kajdanami. Bo one nie obcierają. Nikt cię nie prowadzi w nich na komisariat, przeciwnie – są miękkie, wygodne i nieustannie przypominają ci, ile na nich zaoszczędziłaś. Chcesz tańsze mleko? Aplikacja. Pieluchy, szampon, kawa, paliwo? Aplikacja, kod, zeskanuj, potwierdź. I żeby było jasne: ja z tych kodów korzystam, nie jestem tu żadną heroiną oporu, mam czworo dzieci i doskonale wiem, ile robi różnicy złotówka na opakowaniu. Ale mam też taką upartą myśl z tyłu głowy, że oto ktoś wystawił mi rachunek, o którym nawet nie zostałam poinformowana. Że różnica między ceną "normalną" a "aplikacyjną" to jest po prostu cena mojej uwagi, moich danych i mojej dyspozycyjności – tylko podana od drugiej strony, czyli jako rabat, a nie jako opłata. Mówiłyśmy o tym ostatnio, że ten telefon w kieszeni nigdy nie jest dla nas neutralny, nie leży w naszych kieszeniach grzecznie jak portfel – on zawsze w jakiś sposób coś zabiera (uwagę, czas, spokój serca). Więc płacę dwa razy: raz danymi, drugi raz sobą.

 

Magda Urbańska: Moje dzieci dzwonią ze słowami "mamo, daj bliczka na wodę i lody dla mnie i kolegi" [śmiech]. Jakże to jest wygodne, że mogą w każdym sklepie kupić to, czego potrzebują, gdy nie zabrali z domu gotówki. Mama dyktuje kod BLIK i sprawa ogarnięta. Ja to widzę jako ogromny krok do – w pewien sposób – łatwiejszego życia. To, że mogę sprawdzić promocje i rabaty w aplikacji, zamiast chodzić po sklepach też jest fajne – szczególnie dla mnie, wrażliwego introwertyka [śmiech]. Ale jest tak jak mówisz, to ma też drugą stronę. Pluszowe kajdanki, bardzo gra mi w sercu to określenie. Wielokrotnie wspominałyśmy tutaj, jak wiele zależy od naszej autorefleksji, świadomości. Na ile damy się wciągnąć w te wszystkie aplikacje, a na ile np. wyłączymy wszystkie powiadomienia i sięgamy do nich tylko wtedy, gdy sami tego chcemy i rzeczywiście potrzebujemy? Kto z nudów nie siedział godzinami na Vinted, niech pierwszy rzuci kamieniem…

 

Agata Rusek: Myślę, że ten temat całkiem dobrze ilustruje pewna scenka z naszych historii rodzinnych. Jak wiesz, mamy czworo dzieci, każde w innej klasie, w innym przedszkolu albo w innej szkole. W efekcie na swoim telefonie mam siedem aktywnych grup rodzicielskich w różnych komunikatorach, które, chcąc nie chcąc, MUSZĘ śledzić (przynajmniej do pewnego momentu, w którym dzieciaki nie ogarniają same swoich szkolnych spraw). Muszę więc śledzić te grupy, bo inaczej moje dziecko jako jedyne nie przyniesie kasztanów [śmiech], nie będzie miało stroju na apel i nie dowie się, skąd i o której startuje wycieczka. I dla wszystkich, którzy pomyślą, że przecież takie informacje powinny być w Librusach czy innych dziennikach elektronicznych, odpowiem głosem kogoś, kto dzieci w publicznych placówkach edukacyjnych rzeczywiście ma, że może owszem i być powinny, ale praktyka pokazuje, że nie zawsze są. [śmiech] Ale nie to jest clue, które chciałam pokazać. Bo rzecz w tym, że jedna z tych grup rodzicielskich jest na Facebooku. Na portalu, na którym przez całe lata konta mieć nie chciałam i byłam bardzo, ale to bardzo zdeterminowana, by tego nie robić. Przez dobry rok się broniłam – dowiadywałam się o wszystkich informacjach bezpośrednio u innych rodziców, esemesami, wyłapując na korytarzu kątem ucha, że na plastykę w przyszłym tygodniu trzeba będzie karbowaną tekturę i że trwają rozmowy o potencjalnych kosztach wycieczek klasowych. Przez rok prowadziłam własny, ręczny wywiad środowiskowy. Po roku się poddałam. Nie dlatego, że zmieniłam zdanie o Facebooku. Poddałam się, bo policzyłam godziny i z przykrością musiałam przyznać, że nie stać mnie na energię, którą muszę poświęcać, by dbać o odpowiedni poziom poinformowania. Zatem formalnie: nikt mnie nie zmusił. Po prostu – ponieważ większość rodziców zdecydowała, że im najbardziej pasuje prywatna grupa rodzicielska na Facebooku, to ja miałam wybór między moimi zasadami a moim czasem. I po roku wybrałam czas, bo czasu miałam mniej. Tylko czy to naprawdę była wolność?

 

Magda Urbańska: Szacun, że wytrzymałaś aż rok [śmiech]. Ja bym wymiękła po tygodniu. Właśnie liczę grupy, które dotyczą codzienności moich dwóch synów. Dwie z parafii (były trzy, ale pierwsza komunia już za nami ufff), dwie ze szkoły (klasowe, dla rodziców), Librus, aplikacja obsługująca zajęcia w szkółce pływackiej i SMS–y z domu kultury, do którego jeden z synów chodzi na zajęcia. Dużo, prawda? Tym bardziej, że mamy z mężem taki układ, że to ja czytam te wszystkie informacje na komunikatorach i w tych aplikacjach. Zostawiłam mężowi instrukcję, gdy w trakcie roku szkolnego zniknęłam na rekolekcjach ignacjańskich. Sama zdziwiłam się wtedy, ile tego jest i pomyślałam, jak wiele czasu i myśli mi to "zabiera", gdzieś pomiędzy innymi czynnościami. Zobaczenie tego ogromu rzeczy, które ogarniam "pomiędzy" i mieszczę w swojej głowie i sercu mnie samą zszokowały!

 

Agata Rusek: Wiesz co mnie w tym temacie dodatkowo mocno uwiera? Myśl, że mnie ten przymus jeszcze jakoś aż tak bardzo nie boli, że mam zasoby, by sobie z nim realnie – lepiej lub gorzej – ale jednak radzić. Ja te wszystkie apki ogarniam, mam sprzęt, mam kompetencje, mam odruch, żeby sprawdzać w ustawieniach, komu co udostępniam. Pluszowe kajdany działają na mnie dokładnie tak, jak zostały zaprojektowane – czyli prawie ich nie czuję. Ale wystarczy, że pomyślę o kimś, kto ma osiemdziesiąt lat, kto pamięta świat, w którym rachunek płaciło się na poczcie, a gdy się szło do lekarza, to się przychodziło do przychodni i stawało w kolejce. Taka osoba dziś bardzo często nie nadąża za tempem, w którym co pół roku zmienia się interfejs, a bank czy sklep robi "ulepszenie aplikacji" i nagle wszystko jest gdzie indziej. I ona nie ma jak z tego wysiąść, bo wysiadanie sporo kosztuje: droższe mleko, dłuższa kolejka, wizyta u lekarza wywalczona przez telefon, którego nikt nie odbiera. Więc kiedy słyszę, że bycie poza siecią to kwestia wyboru, to się irytuję. Czyjego wyboru? Mi to zaczyna wyglądać jak luksus – a luksus, przypomnę, to jest coś, na co po prostu jednych stać, a drugich nie. I coś mi mówi, że Kościół, który od dwóch tysięcy lat ma dziwną słabość do tych z końca kolejki, powinien mieć w tej sprawie zdanie głośniejsze niż ma.

 

Magda Urbańska: A czego byś oczekiwała od Kościoła? Masz coś konkretnego na myśli?

Agata Rusek: Wiesz co, Papież Leon XIV w swojej ostatniej encyklice już ten kierunek dla nas, dla Kościoła pokazuje – bo woła: technologia może pogłębiać nierówności społeczne. I myślę, że to jest pierwsza rzecz: Kościół, a w nim my, wierni, powinniśmy dostrzegać nowe rodzaje wykluczenia (tu, np. cyfrowego) i nowe ryzyka podziałów, mówić o nich i im przeciwdziałać. Marzy mi się więcej takiej ewangelicznej czujności w nas, pokazywania, że to, co Jezus mówił o życiu w prawdzie, to, czego uczył o godności człowieka – w czasach kolejnej hiper rewolucji technologicznej warto na nowo odczytywać i mówić o tych nowych wyzwaniach na kazaniach, w konfesjonałach, podczas rekolekcji. Uwrażliwiać, pobudzać do wzajemnej troski, pomagać zrozumieć…

 

Magda Urbańska: Wiesz co? Przypomniała mi się teraz rozmowa ze znajomym księdzem. Dał młodzieży przygotowującej się do bierzmowania propozycję rachunku sumienia przed spowiedzią. Sam ten rachunek napisał, zresztą czytałam go i zrobił to bardzo dobrze! Postawił tam pytania o korzystanie ze smartfona. Nie tylko o hejt czy naruszanie czyjejś prywatności, ale też te, czy smartfon nie zabiera mi relacji, czy nie oszukuję kogoś korzystając z czata GPT, czy nie zaniedbuję szkoły, obowiązków scrollując godzinami itd. I wiesz co? Ludzie się zbuntowali! Że jak to? Czego ten ksiądz chce? Przecież to jest normalne, wszyscy tak robią, wszyscy korzystają, a wyrażanie swojej opinii nie jest hejtem (nawet jeśli w rzeczywistości jest). Byłam w szoku. Nie z powodu tego buntu, ale zdałam sobie wtedy sprawę, że rzeczywiście – on jest pierwszą i jedyną osobą w Kościele, z mojego najbliższego otoczenia, która mówi o tym wprost. Myślę, że temat wykluczenia cyfrowego i te obszary, o których ty wspominasz, to dla nas i dla Kościoła bardzo odległa przyszłość. Niestety.

 

Agata Rusek: No dobrze, ale nie chcę, żeby to była rozmowa, po której pójdziemy się położyć i przykryć kocem. Mam więc w głowie trzy rzeczy, które uważam za sensowne w tych dziwnych czasach. Co robić z pluszowymi kajdanami? Po pierwsze: nazywać. Wiem, że to brzmi jak mało, ale ja jestem święcie przekonana, że człowiek, który wie, że jest w kajdanach, jest w zupełnie innej sytuacji niż ten, który uwierzył, że sam sobie tak ładnie dobrał bransoletki. Nazwanie przymusu przymusem nie zdejmuje go, ale przestaje z niego robić moją winę i moją wadę charakteru. Druga rzecz to pilnować, żeby zawsze mieć w zasięgu realnego wyboru jakąś ścieżkę analogową w użytku – jesteś we wspólnocie, to dbaj o kontakt z ludźmi, przychodź na spotkania, by być w kontakcie. Idziesz na spacer, by się zrelaksować – zostaw telefon, zabierz męża/żonę i choćby pomilcz. No i dbaj o bliźnich, którzy są najbardziej narażeni na wykluczenie cyfrowe – zaglądnij od czasu do czasu w telefon babci i zobacz, ile apek sobie przypadkiem zainstalowała. Porozmawiaj z nią o nich. Wyjaśnij. Pomóż odinstalować. No i trzecia rzecz – pamiętajmy, że chrześcijaństwo nigdy nie obiecywało nam świata bez przymusu. Ono się w ogóle narodziło w czasach, w których mało kto miał wybór, a mimo to od początku upierało się, że jest w nas, w ludziach, kawałek, do którego zniewolenie nie ma wstępu. Więc może dziś pytanie nie brzmi "jak wyjść z sieci", tylko "co we mnie jest wolne od wpływu" – i czy potrafię to wskazać palcem.

 

Magda Urbańska: Aż mi się ciśnie na usta słowo "rozeznawanie" [śmiech] i cytat z mojego ulubionego świętego, Ignacego Loyoli, byśmy korzystali z rzeczy stworzonych na tyle, na ile nam rzeczywiście służą. Gdy słucham tego, co mówisz, mam takie poczucie, że pierwszy krok – czyli nazwanie naszych pluszowych kajdanek – jest najtrudniejszy, bo nie oszukujmy się… Wielu z nas korzysta z różnych udogodnień i funkcji w smartfonie bezrefleksyjnie i nie zawsze są to takie sytuacje, że ktoś owe kajdanki traktuje jak bransoletkę. Pytanie, czy nad wszystkim trzeba usiąść i rozmyślać godzinami? Zdecydowanie nie, ale warto mieć świadomość tego, jak smartfon na nas działa, jak wciągają nas kolejne migające powiadomienia z entej aplikacji i czy rzeczywiście potrafimy ten telefon odłożyć, choćby na jeden dzień i o nim kompulsywnie nie myśleć. To trochę tak jak z alkoholem, czy słodyczami. Postaw sobie w lodówce ulubione piwo, albo kup ulubioną czekoladę i zobacz czy będziesz w stanie nie wypić czy nie zjeść ich przy pierwszej możliwej okazji. To jest trudne, bo w ogóle samoświadomość, rezygnacja z czegoś nie są dziś w modzie. Przekładając to na korzystanie z technologii: czy potrafię nie sięgać co chwilę po telefon? Ja się ciągle tego uczę, z różnym skutkiem… Ale wiesz co, Agatko, gdy tak myślę o tych wyzwaniach związanych z telefonem, to pojawia mi się w głowie pewna wątpliwość: czy przypadkiem technologia nie zabiera nam też zdolności do zachwytu?

 

Agata Rusek: O! To też jest temat rzeka! Idealny na kolejny odcinek.Magdalena Urbańska

Z wykształcenia pedagog i doradca rodzinny. Z wyboru żona, matka dwóch synów. Nie potrafi żyć bez kawy i dobrej książki. Autorka książki "Doskonała. Przewodnik dla

 

Magdalena Urbańska – „deon.pl”

Z wykształcenia pedagog i doradca rodzinny. Z wyboru żona, matka dwóch synów. Nie potrafi żyć bez kawy i dobrej książki. Autorka książki "Doskonała. Przewodnik dla nieperfekcyjnych kobiet". Prowadzi bloga oraz Instagram.

 

Agata Rusek –„deon.pl”

Żona, mama, córka, z zawodu animatorka społeczności lokalnych, z zamiłowania doktorka nauk społecznych, w wolnych chwilach pisze bloga "Dobra Wnuczka" i prowadzi konto na Instagramie. Razem z mężem od lat zaangażowana w Ruch Spotkań Małżeńskich i wrocławską Wspólnotę Jednego Ducha.

 

 

 

 

 

Sztuczna inteligencja vs prawdziwe człowieczeństwo.

Dlaczego AI nie nauczy nas kochać

 

Choć cała encyklika Magnifica Humanitas Leona XIV ma podtytuł „O trosce o osobę ludzką w dobie sztucznej inteligencji”, to dopiero w trzecim rozdziale zatrzymuje się on nad fenomenem chatbotów, które niespodziewanie stały się naszą codziennością i choć zaczęły rozwiązywać mnóstwo problemów, z którymi się zmagaliśmy, tak równocześnie stworzyły nowe, często znacznie bardziej poważne i wnikające w samo sedno naszego człowieczeństwa i myślenia o świecie. Papież nie próbuje powiedzieć, że technologia jest zła, ale zwraca uwagę na niespotykane dotąd wyzwania z nią związane.

Inteligencja z naciskiem na sztuczna

 

Papież przypomina o pewnych podstawowych cechach AI, które mnie jako informatykowi wydają się zupełnie oczywiste. Mam jednak świadomość, że wiele osób, nawet jeśli na poziomie intelektu zdaje sobie z nich sprawę, łatwo o nich zapomina w swoich interakcjach z modelami językowymi. Tymczasem kluczowe jest zawsze mieć z tyłu głowy, że „systemy sztucznej inteligencji nie przeżywają doświadczenia, nie posiadają ciała, nie odczuwają radości i bólu, nie dojrzewają w relacji, nie znają od wewnątrz tego, co znaczą miłość, praca, przyjaźń i odpowiedzialność. Nie mają również świadomości moralnej: nie oceniają dobra i zła, nie ujmują ostatecznego sensu sytuacji, nie biorą na siebie ciężaru konsekwencji. Mogą naśladować języki, zachowania i oceny, mogą symulować empatię albo zrozumienie, ale nie rozumieją tego, co wytwarzają, ponieważ nie żyją w sferze afektywnej, relacyjnej i duchowej, w których człowiek staje się mądry. Także wtedy, gdy narzędzia te przedstawiane są jako zdolne do „uczenia się”, ich sposób działania różni się od sposobu właściwego osobie ludzkiej. Nie jest to doświadczenie kogoś, kto pozwala kształtować się życiu i wzrasta w czasie poprzez dokonywanie wyborów, popełnianie błędów, przebaczanie i wierność; jest to raczej statystyczne dostosowanie na podstawie danych i informacji zwrotnych, które może być bardzo skuteczne, ale nie oznacza wewnętrznego wzrostu.” (MH 99)

 

Myśląc o moich uczniach, często zastanawiam się nie tylko nad tym czy nie rozwalają sobie oni procesu uczenia się w szkole, bo przecież AI może „przyzwyczajać nas do zbyt daleko idącego delegowania zadań i do szukania gotowych odpowiedzi, osłabiając osobisty osąd i kreatywność” (MH 100), ale też nad tym czy nie spotyka ich w tych interakcjach coś gorszego, bo „istnieje ryzyko nie tylko tego, że jakaś osoba uwierzy, iż rozmawia z inną osobą, lecz tego, że utraci samo pragnienie rzeczywistego szukania drugiego człowieka.” (MH 100)

 

Jeśli celem naszego życia jest kochać i być kochanym, w co głęboko wierzę, to sztuczna inteligencja może nam ten proces bardzo zaburzyć. Może co prawda symulować zrozumienie dla naszych potrzeb i pragnień, ale nie nauczy nas przyjmowania drugiej osoby taką, jaka jest, rezygnacji z siebie, troski i empatii. „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (J 15,13). AI nie tylko nie odda za nas życia, ale, jak pokazało wiele już przypadków, gotowa jest nas tego życia pozbawić, aktywnie wspierając myśli samobójcze. To nie znaczy, że w całości trzeba je odrzucić, ale trzeba mieć świadomość wszystkich jej ograniczeń.

 

Niedoskonałość

 

Papież zauważa, że tu już nie chodzi tylko o analogię noża, którym możemy ukroić kromkę chleba, ale też śmiertelnie kogoś zranić. Mamy do czynienia z czymś głębszym, bo „zagrożenie nie polega jedynie na tym, że niektóre technologie mogą być źle używane, lecz na tym, że paradygmat technokratyczny, w którym jesteśmy zanurzeni, wzmocniony przez rewolucję cyfrową i AI, sprawia, iż za słuszną i normalną zaczyna uchodzić wizja antyludzka, wedle której pełnia życia miałaby polegać na tym, by więcej posiadać, zmniejszać kruchość, eliminować to, co nieprzewidywalne, i wszystko kontrolować.” (MH 112)

 

Zupełnie niespodziewanie w ostatnich dniach dostałam namacalny obraz tej rzeczywistości. Zapowiadał się zwyczajny wieczór z puzzlami w gronie znajomych, ale już na samym początku przy układaniu ramki pojawiły się wyzwania. Nie mogliśmy skończyć, bo ciągle coś nam nie pasowało i zastanawialiśmy jak to możliwe, że sprawia nam to tyle problemów. Nagle zauważyliśmy, że choć mamy cztery rogi, to dwa z nich są identyczne, a jednego brakuje. Wtedy otworzyły się nam oczy i zaczęliśmy dostrzegać kolejne dublujące się puzzle. Ewidentnie dostaliśmy wybrakowaną partię! Przychodziły nam do głowy różne rozwiązania sytuacji – oddać zakup do sklepu albo może wydrukować brakujące kawałki z pomocą AI. Wybraliśmy jednak inną drogę, chyba tę najtrudniejszą. Przez dwa dni zmagaliśmy się z ułożeniem całości mimo ogromnych luk w obrazie (pewnie ok 1/3 kawałków brakowało) i powtarzających się klocków. Ostatecznie udało się skończyć nasze dzieło przedstawiające kobiecą postać pozbawioną prawie całego korpusu, prowadzącą oskubane nieco gąski, z czego jedną bez głowy. Coś jednak było w tym zachwycającego i jednocześnie przypominającego o tym jak dzisiaj funkcjonuje nasz świat. „Wszystko to, co jawi się jako ograniczenie – niezdolność, choroba, starość, cierpienie, podatność na zranienia – bywa odczytywane przede wszystkim jako defekt, który należy skorygować, a nie jako przestrzeń, w której człowiek dojrzewa i otwiera się na relację. Tymczasem trzeba pamiętać, że człowieczeństwo rozkwita nie pomimo ograniczenia, lecz bardzo często poprzez ograniczenie.” (MH 118)

 

Najgłębsze ludzkie doświadczenie

 

Słuchając tego, co ludzie przeżywają podczas rekolekcji ignacjańskich, widzę bardzo wyraźnie, że to nie mądre przemyślenia i barwne wyobrażenia na modlitwie zmieniają nasze życie, ale doświadczenie kruchości i bezradności, które pozwalają nam w końcu otworzyć się na działanie Kogoś, kto jest większy od nas. „To właśnie w naszej ograniczoności znajdują miejsce współczucie, szczera troska o potrzeby innych, wielkoduszność, która potrafi zaskoczyć nawet pośród mroku i porażki, doświadczenie duchowe oraz adoracja Boga.” (MH 119) Szczególnie w chwilach rozważania męki Jezusa, staje się jasne, że „człowieka nie ocala wzmocniona samowystarczalność, lecz relacja, która wyzwala, oraz komunia, która przemienia.” (MH 128)

 

Papież przypominam nam też o czymś, co jest ważną prawdą psychologiczną. Często przypominamy o niej, mówiąc na rekolekcjach o uczuciach: „Także wtedy, gdy ograniczenie objawia się jako ból wewnętrzny, mądrość życiowa uczy, by go nie usuwać ani nie tłumić, lecz go integrować. Aby całkowicie stłumić ból, trzeba by w gruncie rzeczy wygasić również miłość i pragnienie. Kto bowiem kocha i pragnie, nie może uniknąć przejścia przez próbę i cierpienie.” (MH 120) To właśnie nadzieja na pozbycie się tego bólu, pustki i samotności bardzo często skłania nas do sięgnięcia po łatwo dostępne środki, jakimi dzisiaj okazują się narzędzia AI. Zdają się one być pozbawione tych trudności, które mamy w relacji z drugim człowiekiem, który nas nie rozumie, sam jest niedoskonały i może łatwo nas zranić.

 

Systemy sztucznej inteligencji komunikują się też z nami w sposób skrajnie przeciwny do relacji z Panem Bogiem. Podczas gdy On często milczy i pokazuje nam tylko mały kroczek naszej drogi, AI podaje nam stos gotowych rozwiązań rozpisanych na trzy klarowne punkty z dowolną liczbą alternatyw i robi to w ciągu milisekund. Pokusa pójścia na skróty jest więc ogromna, ale tylko w relacji z Bogiem i drugim człowiekiem pozostajemy w pełni ludźmi w najgłębszym tego słowa znaczeniu i doświadczyć możemy miłości, która nadaje sens wszystkiemu innemu. 

 

Ewa Bartosiewicz – „deon.pl”

 Ewa Bartosiewicz - informatyk i teolog. Podróżniczka i marzycielka. Wielka fanka serialu The Chosen i zielonej herbaty. Nieustannie zakochana w Jezusie i zapalona do głoszenia Jego Ewangelii. Prowadzi bloga "Spojrzenie serca".

 

 

 

 

 

 

Bł. Edmund Bojanowski: walczył o Polskę, troszcząc się o ubogich i o następne pokolenia

 

Mężczyźni z rodziny Edmunda Bojanowskiego walczyli w powstaniu listopadowym. On sam postanowił zawalczyć o Polskę inaczej – wychowaniem następnych pokoleń i pracą z ubogimi.

 

Edmund Bojanowski jest pierwszym na ziemiach polskich świeckim, który założył zakon. I jakby tego było mało, jest to zakon żeński – Zgromadzenie Sióstr Służebniczek Niepokalanego Poczęcia NMP. Pomyśleć, że wszystko zaczęło się od epidemii…

 

Pomór cholery w 1849 r.

 

Cholera przyjechała do poznańskiego pociągiem, a dokładnie linią, jaką w lipcu 1848 r. połączono stolicę Wielkopolski ze Szczecinem. Było lato, więc bardzo wiele osób udawało się koleją do kurortu wypoczynkowego, nie bacząc na to, że szaleje tam ta choroba. Przywleczona do Poznania, w krótkim czasie przyczyniła się do śmierci ponad tysiąca osób w samym tylko mieście, po czym powędrowała w jego okolice.

 

Dotarła też do Grabonoga, czyli majątku Teofila Wilkońskiego, przyrodniego brata Edmunda Bojanowskiego. Brak higieny oraz ubóstwo przekładające się na słabe wyżywienie sprawiły, że cholera zebrała tam w 1849 r. obfite żniwo. Umierali wszyscy, także ludzie w sile wieku, więc w wioskach pozostały dziesiątki sierot.

 

Edmund widział to doskonale, gdyż na wieść o szerzącej się chorobie postanowił zająć się pielęgnacją chorych. Za własne pieniądze kupował im leki, jedzenie, mył i pielęgnował zarażonych, dbał o to, by zdążyli się wyspowiadać i przyjąć wiatyk, płacił za lekarza.

 

Jednak nie był w stanie w pojedynkę pomóc całej masie dzieci, które zostały same. Zresztą już wcześniej widział potrzebę opieki nad najmłodszymi mieszkańcami wsi, nie tylko tymi pozbawionymi rodziny.

 

Ochroniarki

 

Edmund Bojanowski jest jednym z tych wspaniałych przedstawicieli polskiego ziemiaństwa, którzy byli osobami głęboko wierzącymi, widzieli potrzebę kształcenia niższych warstw społecznych i w tym widzieli wyraz prawdziwego patriotyzmu. Mężczyźni z jego rodziny walczyli w powstaniu listopadowym, on sam postanowił zawalczyć o Polskę inaczej – wychowaniem następnych pokoleń i pracą z ubogimi.

 Był świadomy, że najlepiej zacząć edukację i pracę nad rozwojem w jak najmłodszym wieku, stąd myśl o ochronkach dla dzieci była mu bliska, zanim jeszcze wybuchła zaraza.

 Epidemia była tylko impulsem przyśpieszającym realizację planu. W następnym roku po jej wybuchu, w maju 1850 r., powstało pierwsze przedszkole dla wiejskich dzieci. Do pracy w nim zobowiązały się trzy wiejskie dziewczyny (Bojanowski chciał, żeby opiekunki pochodziły z tego samego środowiska co dzieci, żeby łatwiej było się im porozumieć), które nazwał ochroniarkami.

 Wydarzenia te uważane są za początek zgromadzenia, które w chwili śmierci założyciela, a więc nieco ponad dwadzieścia lat później, liczyło kilkaset sióstr i 22 domy. Pod naciskiem zaborców, kasujących zgromadzenia czynne, zakon podzielił się na cztery prowincje. Podział ten zresztą utrzymuje się do dziś.

 

Edmund Bojanowski i jego pomysł na wychowanie

 

Chociaż Bojanowski nigdy się nie ożenił i nie miał własnych dzieci, nie zabrakło mu intuicji co do tego, jak je wychowywać. Zabronił stosowania kar cielesnych, co trudno mieściło się w ówczesnej mentalności. Zalecał m.in. nauczanie, ale w formie zajęć nie dłuższych niż 30 minut, bo zdawał sobie sprawę, że dzieci nie potrafią skupić się na dłużej.

 Ponadto zalecał dużo ruchu na świeżym powietrzu, prace dostosowane do możliwości wychowanków i zabraniał wykonywania za dzieci czynności, do których były już zdolne. Spory nacisk kładł na wychowanie religijne, ale pogłębione, a nie jedynie ograniczające się do wyuczonych praktyk.

 Sam żył skromnie, całym sobą angażując się w prace, które miały służyć edukacji i wychowaniu religijnemu chłopów i niższych warstw społecznych. Nieco krzywo patrzono na to, że osoba świecka zakłada zakon. Na szczęście Stolica Apostolska nie miała takich wątpliwości – doceniono tam za to całokształt działalności Bojanowskiego.

 

Edmund Bojanowski i jego seminaryjny falstart

 

On sam zamarzył pod koniec życia o kapłaństwie, ale pobyt w seminarium skończył po niecałym roku, gdyż zaostrzyła się gruźlica płuc, na którą cierpiał od wielu lat. Zmarł rok po opuszczeniu uczelni, w 1871 r., mając nieco ponad 50 lat.

 Dzieła, które rozpoczął, zwłaszcza założone przez niego zgromadzenie, świetnie się rozwijają do dziś, a jego pomysł na wychowanie dzieci pozostaje wciąż aktualny.

Pielgrzymowali tu Stanisław Kostka i Edmund Bojanowski. Sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia

 

Elżbieta Wiater – „aleteia.pl”

 

 

 

 

 

 

Święci i błogosławieni w tygodniu

 

9 sierpnia - św. Teresa Benedykta od Krzyża (Edyta Stein), dziewica i męczennica, patronka Europy

9 sierpnia - św. Irena, cesarzowa

9 sierpnia - św. Marianna Cope z Molokai, zakonnica

9 sierpnia - bł. Jan Guarna z Salerno, prezbiter

9 sierpnia - bł. Jan z Alwerni, prezbiter

9 sierpnia - bł. Franciszek Jägerstätter, męczennik

10 sierpnia - św. Wawrzyniec, diakon i męczennik

10 sierpnia - bł. Amadeusz Portugalski, zakonnik

10 sierpnia - św. Filomena, męczennica

10 sierpnia - bł. Edward Detkens, prezbiter i męczennik

10 sierpnia - bł. Edward Grzymała, prezbiter i męczennik

11 sierpnia - św. Klara, dziewica

11 sierpnia - Najświętsza Maryja Panna Świętolipska

11 sierpnia - św. Zuzanna, dziewica i męczennica

11 sierpnia - bł. Alojzy Biraghi, prezbiter

12 sierpnia - św. Joanna Franciszka de Chantal, zakonnica

12 sierpnia - bł. Innocenty XI, papież

12 sierpnia - bł. Izydor Bakanja, męczennik

12 sierpnia - bł. Karol Leisner, prezbiter i męczennik

12 sierpnia - bł. Wiktoria Díez y Bustos de Molina, dziewica i męczennica

12 sierpnia - bł. Florian Stępniak, prezbiter i męczennik

12 sierpnia - bł. Józef Straszewski, prezbiter i męczennik

13 sierpnia - święci męczennicy Poncjan, papież, i Hipolit, prezbiter

13 sierpnia - św. Maksym Wyznawca

13 sierpnia - bł. Marek z Aviano, prezbiter

13 sierpnia - błogosławieni męczennicy Filip Munarriz, prezbiter, i Towarzysze

13 sierpnia - Najświętsza Maryja Panna Kalwaryjska

14 sierpnia - św. Maksymilian Maria Kolbe, prezbiter i męczennik

14 sierpnia - św. Meinard, biskup

14 sierpnia - św. Antoni Primaldo i Towarzysze, męczennicy z Otranto

14 sierpnia - archikatedra w Gdańsku-Oliwie

15 sierpnia - Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny

15 sierpnia - Najświętsza Maryja Panna z Rokitna

15 sierpnia - Matka Boża Zwycięska

15 sierpnia - Najświętsza Maryja Panna z Kalwarii Pacławskiej

15 sierpnia - św. Tarsycjusz, męczennik

16 sierpnia - św. Stefan Węgierski, król

16 sierpnia - św. Roch

16 sierpnia - bł. Maria Sagrario od św. Alojzego Gonzagi, dziewica i męczennica

 

NIEDZIELNA EUCHARYSTIA W KOŚCIOŁACH W OKOLICY

Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach

niedziele i święta: 6.30, 8.00, 9.30, 11.00, 12.30 (oprócz VII i VIII), 16.00, 19.00,

dni powszednie – 7.00, 7.30, 18.00.

Parafia Matki Bożej Pocieszenia, ul. Bulwarowa 15a

niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00, 18:00, 20:00

 dni powszednie: 7:00, 15:00, 18:00

Parafia Matki Bożej Częstochowskiej, os. Szklane Domy 7,

niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 17:00 (oprócz VII i VIII),

19:00 (oprócz VII i VIII), 20:30

dni powszednie: 6:30, 8:00, 18:00

Parafia Matki Bożej Królowej Polski, Arka Pana, ul. Obrońców Krzyża 1

niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 16:00, 17:30, 19:00,

dni powszednie: 6:00, 6:30, 7:00, 7:30, 8:00, 11:00, 18:00

Bazylika Krzyża św. - klasztor

                               (pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Wacława)

niedziele i święta: 06.30, 08.00, 09.30, 11.00, 12.30, 14.00 (oprócz VII i VIII)

dni powszednie: 06.30, 07.30, 08.30, 16.00 (w piątki), 18.00.

Parafia św. Bartłomieja Apostoła, Mogiła, ul. Klasztorna 11,

niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 14:00 (oprócz VII, VIII), 16:30, 18:00

dni powszednie: 6:00, 7:00 (oprócz VII i VIII), 7:30, 8:30, 18:00

Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Teatralne,

niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00 (oprócz VII i VIII), 18:00, 19:30

dni powszednie: 6:30 (oprócz VII i VIII), 7:00, 18:00

Parafia św. Stanisława Biskupa Męczennika, Kantorowice 122,

niedziele i święta: 9:00, 11:00, 18:00, dni powszednie: 8:00, 17:00, (18.00- lato)

Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Lubocza,

niedziele i święta: 8:00, 10:30, 17:00, dni powszednie: 7:00, 17:00

Parafia Matki Bożej Wspomożenia Wiernych, Prusy,

niedziele i święta: 7:30, 9:30, 11:30,

dni powszednie: 18:00 (pon., śr., pt.), 6:30 (wt., czw., sob.)

Parafia św. Maksymiliana Marii Kolbego, Mistrzejowice,

niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 10:30, 11:00, 13:00, 17:00, 19:00

dni powszednie: 6:30, 7:00, 7:30, 18:00

NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:

strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl

adres gazetki:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.