W BLASKU MIŁOSIERDZIA

7/1064 – 1 lutego 2026 r. C.

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA

 

 1

 

IV NIEDZIELA ZWYKŁA (rok A)

1 lutego 2026 r.

 

Czytania:
Czytania:
Pierwsze czytanie: So 2,3; 3,12-13
Psalm: Ps 146
Drugie czytanie: 1 Kor 1,26-31
Ewangelia: Mt 5,1-12a
 
Ewangelia:
Mt 5, 1-12a - Błogosławieni ubodzy w duchu
Słowa Ewangelii według Świętego Mateusza
Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie. Wtedy otworzył usta i nauczał ich tymi słowami:
«Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.
Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni.
Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię.
Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni.
Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią.
Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą.
Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi.
Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.
Błogosławieni jesteście, gdy wam urągają i prześladują was i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe o was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wielka jest wasza nagroda w niebie».
Komentarz do czytań:
Postawić na swoim. Nawet wbrew wszystkim innym. To logika, którą kieruje się świat. Chrześcijanin kieruje się inną: postawić w swoim życiu na Bożym. Z logiką świata ma tylko jeden punkt styczny: człowieka z jego pragnieniami. Czytania IV niedzieli zwykłej roku A są właśnie o owej chrześcijańskiej logice zwyciężania mimo porażek.
Bóg ma upodobanie w tym co słabe, niewiele znaczące, zmarginalizowane.... Dlaczego? Odpowiedź na to pytanie może brzmieć: bo to, co jest słabe, nie jest szlachetnie urodzone, jest bez stanowiska.... Bo ci nieudacznicy i popychadła tyle nie kalkulują po ludzku, a swoją nadzieję składają w Bogu.
Sukcesy, znaczenie, wielkość... Bóg częściej wybiera to, co w oczach świata małe, liche, niewiele znaczące. Czasami daje temu małemu ogromny wzrost, ale częściej pozwala mu pozostać w cieniu... Prawdą jednak jest, że owo małe, liche, niewiele znaczące, jest po prostu piękne....
Pokora... Wielka siła, pomagająca realnie patrzyć na siebie i otaczający nas świat. Że w modzie dziś sukcesy i chwalenie się nimi, nawet jeśli ich nie ma? Że "największe", "najlepsze", "jednorazowe", "zjawiskowe" bywa tylko mocno reklamowaną miernością? Dla chrześcijanina w tym życiu nie chodzi jakieś sukcesy, pierwsze miejsca czy zwycięstwa. Chodzi o wierność. Bogu, Ewangelii. To ona jest największym sukcesem i zwycięstwem chrześcijanina. I ona pozwala znaleźć się z gronie tych, którzy wygrali. Swoje życie wieczne...
 
Patron dnia:
Święta Brygida z Kildare, dziewica
urodziła się między rokiem 452 a 456 w Irlandii. Już od dzieciństwa tęskniła za życiem poświęconym Bogu. Od nieznanego z imienia biskupa otrzymała welon, symbol dozgonnego dziewictwa. Zaczęła gromadzić przy sobie dziewice o podobnych ideałach. Założyła dla nich w Kildare, pierwszy klasztor w Irlandii. Klasztor ten niebawem zasłynął i dał początek wielu innym. Brygida niosła pomoc cierpiącym i ubogim. Zmarła w Kildare 1 lutego 523 lub 524 r.

 

5

 
W dzisiejszym numerze
- Chrześcijanin to człowiek błogosławieństw
- Zdrowia, szczęścia, pomyślności
- Na ścieżkach błogosławieństw
- Caritas Archidiecezji Krakowskiej wysyła pomoc do Kijowa
- Przyjaźń ponad wiekami - święte Brygida z Kildare i Wiridiana
- Science fiction?
- Kapłan czy celebryta? „Ja jestem tylko portierem, który otwiera drzwi” – oto prawdziwy abp. Fulton Sheen
- Po pierwsze – nie przeszkadzać
- Święci i błogosławieni w tygodniu
 
 
 
8
 
Chrześcijanin to człowiek błogosławieństw.
Wczytując się w początek kazania na górze, trzeba nam dostrzec, zobaczyć Jezusa, który jest jak nowy Mojżesz.
Ewangelia Mateusza, kierowana głównie do Żydów, zwana jest również Pięcioksięgiem, bo mamy pięć wielkich mów Jezusa.
Zaczynamy słuchać tej pierwszej. Jezus głosi nowe prawo, głosi błogosławieństwa. Maluje w ten sposób niezwykły obraz samego siebie, bo On jest tym, który w sposób doskonały realizuje to słowo. On, który jest całkowicie u Ojca, który jest cichego i pokornego serca, którego to serce jest czyste, którego serce jest miłosierne. Serce to jest w stanie znieść prześladowania. Właśnie to serce ukazuje nam wielką miłość Boga do człowieka.
Warto popatrzeć na te błogosławieństwa i poszukać słowa dla siebie: którego błogosławieństwa na dzisiaj najbardziej potrzebuję?
I przy tym wszystkim trzeba nam sobie zadać pytanie: czego na moich ustach i w moim sercu jest więcej – błogosławieństwa czy tego drugiego? A to drugie to przekleństwo, a przekleństwo to przekreślanie swojego życia.
Błogosławieństwa dotykają spraw ludzkich, dotykają naszej codzienności.
Słowo pragnie nas prowadzić. Dajmy się Jemu prowadzić, dajmy się prowadzić Jezusowi, Dobremu Pasterzowi.
ks. Wenancjusz Zmuda – „mateusz.pl”
 
 
9
 
Zdrowia, szczęścia, pomyślności
Klasyczne życzenia, jakie składają sobie ludzie z okazji imienin, urodzin czy Nowego Roku, brzmią: zdrowia, szczęścia, pomyślności. Warto dziś zastanowić się nad tym, czym jest szczęście.
Ktoś uważany jest za szczęśliwego, jeżeli ma zdrowie, pieniądze czy pracę. Gdy komuś brakuje pieniędzy albo ma problemy zdrowotne lub finansowe, powszechnie uważa się, że opuściło go szczęście.
W dzisiejszej Ewangelii słyszymy część nauczania Jezusa, którą możemy śmiało nazwać jedną z najważniejszych katechez, jakie wygłosił. Jest to nauka o tym, co znaczy być błogosławionym lub – w innym tłumaczeniu – co znaczy być szczęśliwym.
W Starym Testamencie „błogosławiony” (hebr. ’ašrê – eszer) to człowiek znajdujący się w stanie szczęśliwości. Nie odnosi się tego określenia do Boga, lecz zawsze do ludzi. Jezus posługuje się właśnie tym słowem w czasie Kazania na Górze. Na język polski możemy je przetłumaczyć jako „szczęśliwy”. Jednak szczęście, o którym mówi Jezus, jest czymś więcej niż stanem zależnym od zewnętrznych okoliczności. Jest to wewnętrzna postawa, która motywuje do życia i podejmowania właściwych decyzji, nawet wtedy, gdy okoliczności zewnętrzne nie są sprzyjające.
Wielu ludzi nie jest w stanie tego zrozumieć. Jak bowiem ktoś ubogi, smutny, cichy, łaknący sprawiedliwości, miłosierny, czystego serca czy wprowadzający pokój może uważać się za szczęśliwego? Czyż szczęście, jak potocznie rozumie je ten świat, nie polega na posiadaniu bogactwa, życiu bez zmartwień i trosk doczesnych albo na władzy? Szczęście według mentalności tego świata to wolność od wszelkich ograniczających zasad, a także życie według logiki „oko za oko, ząb za ząb”. Przejawem tak rozumianego szczęścia bywa „wolna miłość”, nieskrępowana zasadami moralnymi w dziedzinie życia seksualnego. Wyrazem szczęścia w oczach świata jest także demonstracja siły oraz dominacja nad słabszymi.
W nauczaniu o błogosławionych Jezus przełamuje te stereotypy. Pokazuje, że prawdziwe szczęście istnieje wtedy, gdy nie jest ono budowane kosztem cierpienia, poniżania i niszczenia godności drugiego człowieka. Człowiekiem szczęśliwym jest ten, kto potrafi budować pokój i sprawiedliwość oraz okazywać miłosierdzie. Szczęście to umiejętność pocieszania smutnych i strapionych. Człowiek szczęśliwy to ktoś pokorny, a tym samym gotowy przyjąć pocieszenie i pomoc, gdy potrzebuje wsparcia. Szczęście to radość życia z czystym sercem i prawym sumieniem. Człowiek szczęśliwy to ten, kto żyje z przekonaniem, że wysiłek i duchowa walka mają sens. Szczęście według nauczania Jezusa to także gotowość ponoszenia kosztów, takich jak obelgi, wyszydzanie, a nawet prześladowania ze względu na wiarę w Boga – ze względu na prawdę, dla której warto oddać życie.
W ostatnim zdaniu dzisiejszej katechezy Jezus ukazuje motywację tego wszystkiego, co możemy nazwać zabieganiem o szczęście: „Wielka jest wasza nagroda w niebie”. Oznacza to, że szczęście mierzy się miarą wieczności, a nie tylko doczesnego zysku.
Czy możliwy jest taki styl życia, jaki proponuje Jezus? Odpowiedzi na to pytanie poszukiwał także papież Franciszek. Daje on nam następującą wskazówkę:
„Chociaż słowa Jezusa mogą wydawać nam się poetyckie, to jednak są one przeciwstawne temu, co czyni się zazwyczaj i co czyni się w społeczeństwie. I chociaż to orędzie Jezusa nas pociąga, świat prowadzi nas do innego stylu życia. Błogosławieństwa nie są bynajmniej czymś lekkim ani powierzchownym. Wręcz przeciwnie – możemy nimi żyć tylko wtedy, gdy Duch Święty przenika nas całą swoją mocą i uwalnia nas od słabości egoizmu, lenistwa czy pychy” (Gaudete et exsultate, nr 65).
Taki styl życia jest możliwy dla kogoś, kto nie pokłada zaufania wyłącznie we własnych siłach, lecz pozwala się prowadzić Duchowi Świętemu.
Dzisiejsza Ewangelia pokazuje nam, że szczęście nie zależy od tego, co mamy w szafie, jakim samochodem jeździmy, w jakich egzotycznych krajach byliśmy na wakacjach czy jaki jest stan naszego konta w banku. Szczęście nie polega jedynie na tym, co możemy otrzymać i czym się nasycić. Jeśli chcemy być szczęśliwi, powinniśmy nauczyć się czynić dobro dla innych, nawet jeśli nie widzimy od razu efektów. Czynienie dobra ze względu na to, że jest dobrem, staje się źródłem prawdziwego szczęścia.
Papież Franciszek mówi o tym w następujący sposób:
„Czasem wydaje nam się, że podejmując wysiłki, nie osiągnęliśmy żadnego rezultatu, jednak misja nie jest jakąś sprawą lub projektem przedsiębiorstwa, nie jest organizacją należącą do organizacji pozarządowych, nie jest przedstawieniem, aby policzyć, ilu ludzi wzięło w nim udział dzięki naszej propagandzie; jest czymś o wiele głębszym, przekraczającym wszelką miarę. Może Pan posłużyć się naszym zaangażowaniem, by udzielić błogosławieństw w innym miejscu świata, dokąd nigdy nie pójdziemy. Duch Święty działa, jak chce, kiedy chce i gdzie chce; my oddajemy samych siebie, nie zamierzając oglądać widocznych rezultatów. Wiemy tylko, że nasze oddanie się jest konieczne. Nauczmy się odpoczywać w czułości ramion Ojca pośród naszego ofiarnego i twórczego zaangażowania. Idźmy naprzód, dajmy z siebie wszystko, ale pozwólmy, aby to On uczynił nasze wysiłki tak owocnymi, jak Jemu się podoba” (Evangelii gaudium, nr 279).
To jest postawa człowieka żyjącego duchem błogosławieństw. Czyni on dobro ze względu na wartość, jaką jest dobro, a nie ze względu na oczekiwany zysk czy związaną z nim sławę. Kroczy drogą przebaczenia, ponieważ w ten sposób chce budować pokój. Żyje w prawdzie, aby budować sprawiedliwość. Troszczy się o czyste serce, by zachować prawe sumienie. Nie boi się krytyki ani prześladowań, ponieważ wie, że jego nagroda jest w niebie.
Nasze rozważanie zakończmy wierszem – modlitwą przypisywaną św. Matce Teresie z Kalkuty, która wyraża styl życia w duchu błogosławieństw:
Ludzie są często nierozsądni, irracjonalni i egocentryczni – i tak im wybacz.
Jeśli jesteś miły, ludzie mogą oskarżać cię o egoistyczne, ukryte motywy – bądź miły mimo wszystko.
Jeśli odniesiesz sukces, zdobędziesz niewiernych przyjaciół i prawdziwych wrogów – i tak odnieś sukces.
Jeśli jesteś uczciwy i szczery, ludzie mogą cię oszukać – bądź mimo to szczery i uczciwy.
To, co tworzysz latami, inni mogą zniszczyć w ciągu jednej nocy – twórz mimo wszystko.
Jeśli znajdziesz spokój i szczęście, niektórzy mogą być zazdrośni – i tak bądź szczęśliwy.
Dobro, które czynisz dzisiaj, jutro może zostać zapomniane – mimo wszystko czyń dobro.
Daj z siebie wszystko, a to i tak może nie wystarczyć – mimo wszystko dawaj z siebie wszystko.
W ostatecznym rozrachunku jest to sprawa między tobą a Bogiem – i tak nigdy nie było to między tobą a nimi.
o. Paweł Drobot CSsR
Misjonarz Prowincji Warszawskiej Redemptorystów, rektor kościoła św. Benona, przełożony domu zakonnego,
moderator Szkoły Nowej Ewangelizacji Sursum Corda – Warszawa
 
 
11
 
Na ścieżkach błogosławieństw
Jezus nie mówi przecież „bądź ubogi w duchu”, „bądź smutny”, „bądź miłosierny”. Mówi „błogosławieni ubodzy w duchu, bo”, „błogosławieni smutni, bo”, „błogosławieni miłosierni, bo”.
Dla tych, którzy chcieliby do tych rozmyślań wrócić i dla tych, którzy w czasie wakacji ich nie zauważyli
Jak mam żyć, żeby podobać się Bogu? To pytanie zadaje sobie wielu gorliwych chrześcijan. Bo choć ogólnie znamy Bożą wolę – pamiętamy przecież o przykazaniach – problem tkwi w szczegółach. Co z tego, że nikogo nie potraktowałem siekierą, jeśli ranię ludzi swoimi słowami? Co z tego, że nikomu niczego nie zabrałem z jego domu, jeśli sprzedałem mu samochód ze skrzętnie ukrytymi usterkami? Co z tego, że gorliwie mówię o Ewangelii, jeśli swoim życiem do niej zniechęcam?
Jak więc żyć, żeby podobać się Bogu? W kontekście odpowiedzi na to pytanie często wskazuje się drogę ośmiu błogosławieństw. Ale...To chyba nie do końca tak....
To nie jest droga, na którą można po prostu wejść, jak wjeżdża się przez bramkę na autostradę. To raczej droga, którą dane jest człowiekowi iść albo nie, droga na którą rzuca człowieka los. Będąc już na niej, stając przed koniecznością dokonania konkretnych wyborów, można ją zaakceptować, cieszyć się nią, lub się zbuntować. Dlaczego tak?  
    Błogosławieni ubodzy!
    Błogosławieni, którzy się smucą!
    Błogosławieni cisi
    Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości!
    Błogosławieni miłosierni!
    Błogosławieni czystego serca!
    Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój!
    Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości!
    Zapomniane błogosławieństwo
Jezus nie mówi przecież „bądź ubogi w duchu”, „bądź smutny”, „bądź miłosierny”. Mówi „błogosławieni ubodzy w duchu, bo”, „błogosławieni smutni, bo”, „błogosławieni miłosierni, bo”. Osiem błogosławieństw to styl życia. Przeżywając konkretne życiowe trudności możesz go przyjąć albo nie. Ale te trudności niekoniecznie muszą cię dopaść. Możesz zwyczajnie nie mieć okazji, by w takiej konkretnej trudnej sytuacji się sprawdzić. Z pozoru różnica drobna, ale jednak ustawiająca człowieka w zupełnie innej pozycji.
Bo chrześcijanin nie musi wybierać drogi cierpiętnictwa. Powinien jednak pytać czy i gdzie, na którą ze ścieżek ośmiu błogosławieństw, rzucił mnie dziś los. I patrząc na swoją sytuację przez ich pryzmat znajdować trudne szczęście płynące ze świadomości, że oto z pozoru zły los okazał się dla mnie łaskawy. Bo dał mi szansę stać się błogosławionym.
Zanim  wejdziemy na konkretne ścieżki jeszcze rzut oka na mapę. Dokładniej, na jej legendę. Wyjaśnijmy dwa umieszczone na niej znaczki.
Co znaczy „błogosławieni”? Napisano na ten temat całe elaboraty. Dla nas będzie to znaczyło po prostu „szczęśliwi”. Może i szczęściem płynącym jakoś z Boga, ale to bez znaczenia. Każde dobro to przecież ostatecznie Jego dar. Więc wystarczy, jeśli być błogosławionym znaczyć będzie dla nas po prostu być szczęśliwym....
A po drugie.... Zauważmy, że choć na pierwszy rzut oka tego nie widać, właściwie każde z ośmiu błogosławieństw zbudowane jest na zasadzie „czego człowiekowi brak, to dostanie”; każdemu brakowi opisanemu w pierwszej części błogosławieństwa odpowiada zapowiedź daru ten brak likwidującego w drugiej jego części. To ważne. Pomaga  bowiem nie wikłać się w rozważania na temat odcieni znaczenia słów, a zobaczyć konkret.
No to zaczynamy?
Spokojnie, jeszcze nie dziś. To dopiero propozycja. Jak do każdej wakacyjnej wyprawy trzeba się jeszcze trochę przygotować. Niekoniecznie pakując walizki.  Ale dając sobie parę dni na zastanowienie się, czy w ogóle chcę się w taką kałabanię pakować. Bo Jezusowe osiem błogosławieństw wywraca widzenie świata do góry nogami. Dowiesz się, że niedostatek jest bogactwem, strata zyskiem, a upokorzenie wywyższeniem. Że kałuże błota na drodze mogą być piękne, gdy idzie się nią służyć bliźnim. Że nieważne, czy sąsiedzi cię pozdrawiają, a proboszcz rozpoznaje, ale czy Jezus spotykając cię, na twój widok się uśmiechnie. Jesteś na coś takiego gotowy?
    Błogosławieni ubodzy!
    Błogosławieni, którzy się smucą!
    Błogosławieni cisi
    Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości!
    Błogosławieni miłosierni!
    Błogosławieni czystego serca!
    Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój!
    Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości!
    Zapomniane błogosławieństwo
 
 
10
 
Caritas Archidiecezji Krakowskiej wysyła pomoc do Kijowa. Agregaty i nagrzewnice już w drodze
162 agregaty prądotwórcze i 846 nagrzewnic – jeszcze przed niedzielną składką w parafiach 28 stycznia Caritas Archidiecezji Krakowskiej wysłała pierwszy transport z pomocą dla Kijowa. Kolejny ruszy w czwartek. „Poprzez ludzką troskę i empatię podąża ciepło miłości Chrystusa, aby ogrzać przemarzniętych i dodać im otuchy” – napisał abp Szewczuk do kard. Rysia.
Na kilka dni przed niedzielną składką w parafiach, 28 stycznia Caritas Archidiecezji Krakowskiej wysłała pierwszy transport z pomocą dla Ukrainy.
    „Staramy się działać jak najszybciej, żeby wesprzeć mieszkańców Kijowa i okolic, cierpiących z powodu braku prądu w ciężkim czasie zimowych mrozów” – mówi dyrektor, ks. Łukasz Ślusarczyk. Dzisiejszy transport wiezie do poszkodowanych 162 agregaty prądotwórcze i 846 nagrzewnic.
W czwartek o godz. 6.00 wyruszy kolejny. 4 busy z pomocą dla mieszkańców Kijowa oraz okolicznych miejscowości – Białej Cerkwi i Bojarki – poprowadzą ks. Łukasz Ślusarczyk, ks. Gracjan Hebda, prezes Fundacji Pomocy Osobom Niepełnosprawnym w Stróżach i dwaj bracia albertyni. Zabiorą 6 ton żywności (kasza, konserwy, cukier, makarony, zupy w proszku) oraz 10 agregatów prądotwórczych i 20 nagrzewnic.
    „W piątek o godz. 10.00 jestem umówiony w Kijowie na spotkanie z o. Jarosławem, odpowiedzialnym za organizację pomocy dla mieszkańców z ramienia arcybiskupa kijowsko-halickiego Swiatosława Szewczuka, a na poniedziałek planujemy już następny transport” – dodaje dyrektor krakowskiej Caritas.
Zwierzchnik Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego (UKGK), arcybiskup większy kijowsko-halicki Swiatosław Szewczuk skierował do metropolity krakowskiego list, w którym wyraża wdzięczność za błyskawiczną reakcję na apele i za gest solidarności z mieszkańcami Kijowa.
„Apel Eminencji do wiernych Archidiecezji Krakowskiej o datki na generatory dużej mocy i mobilne kotłownie, aby ogrzać tych, którzy cierpią z powodu zimna, współbrzmi ze słowami apostoła Pawła o jednym ciele, jednym duchu i jednej nadziei (por. Ef 4,4), budząc falę życzliwości w całej Polsce i innych krajach świata. W jednej chwili oczy chrześcijan zwróciły się w stronę Kijowa, dokąd poprzez ludzką troskę i empatię podąża ciepło miłości Chrystusa, aby ogrzać przemarzniętych i dodać im otuchy” – napisał.
Caritas Archidiecezji Krakowskiej wysyła pomoc do Kijowa. Agregaty i nagrzewnice już w drodze
Abp Szewczuk podziękował kardynałowi za wrażliwość i zachętę do konkretnej pomocy, którą skierował do wiernych Kościoła krakowskiego. „.Niech Pan obficie błogosławi Eminencji i całej Archidiecezji Krakowskiej oraz wszystkich zaangażowanych w ratowanie istnień ludzkich” – zwrócił się do kard. Grzegorza Rysia zwierzchnik Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego.
Źródło: KAI
 
 
12
 
Przyjaźń ponad wiekami - święte Brygida z Kildare i Wiridiana
1 lutego wspominamy dwie święte - Brygidę z Kildare i Wiridianę. Mimo iż daty ich życia dzieli prawie 700 lat historie dojścia do chwały ołtarzy są zaskakująco podobne.
O Brygidzie, choć zasłużonej dla Kościoła i czczonej jako patronce Irlandii nie zachowało się wiele informacji. Urodziła się ok. 453 r. i miała zostać ochrzczona przez świętego Patryka. Od wczesnej młodości pragnęła przyszła święta oddać się służbie Bogu. Kraj, w którym przyszła na świat był jeszcze wówczas na pół pogański, jednak jakiś nieznany z imienia biskup na prośbę Brygidy zgodził się nałożyć na nią welon- symbol dozgonnego dziewictwa.
Podobno w wieku 14 lat mniszka wybudowała sobie w Kildare celę pod dębem, z której stopniowo rozwinął się klasztor żeński. Wkrótce stał się on sławny i dał początek wielu innym. Tradycja nie przekazała nam więcej szczegółów z życia świętej. Zmarła w roku 523 lub 524, w wieku ok. 70 lat. Uważana jest za współapostołkę Irlandii i za matkę życia zakonnego na tej wyspie.
Ciało Brygidy spoczęło w pięknym, kamiennym sarkofagu w Klidare. W ikonografii przedstawiana jest jako przeorysza, rolniczka lub pasterka (ponieważ czczona była także jako patronka bydła). Jednym z niewielu śladów jaki został po patronce "Zielonej Wyspy" jest staroirlandzki hymn ku czci świętej, najdawniejszy pomnik literatury rodzimej, hagiograficznej tego kraju. Zachował się także fragment buta, który podobno miała nosić, obecnie pamiątka ta znajduje się w Messing.
Druga święta urodziła się Castelfiorentino w Toskanii, nie znamy jednak dokładnej daty. Wiemy natomiast, że pochodziła ze znakomitego rodu Attavanti. Wydaje się, że Wiridiana była pokrewną duszą Brygidy - podobnie jak ona od młodości pragnęła poświęcić się służbie Panu Bogu.
Po pielgrzymce do grobu św. Jakuba Apostoła w Compostella oraz grobów św. Piotra i Pawła w Rzymie Wiridiana postanowiła zamieszkać samotnie i oddać się życiu pustelniczemu. Tak też się stało i przez 34 lata mniszka wiodła żywot pełen pokuty z dala od życia miasta. Jej postawa zyskała sobie jednak sławę wśród mieszkańców rodzinnego Castelfiorentino.
O pustelnicy dowiedział się sam św. Franciszek z Asyżu, który osobiście ją odwiedził i zbudowany jej pobożnym życiem przyjął w poczet tercjarek III Zakonu. Dzięki temu Wiridiana korzystać mogła ze wszystkich przywilejów, jakie wówczas Stolica Apostolska udzieliła zakonowi franciszkańskiemu. Mniszka odeszła do Pana 1 lutego 1242. Na miejscu jej pustelni wystawiono kaplicę, do której złożono doczesne szczątki świętej. W roku 1378 przeniesiono je uroczyście do kolegiaty św. Wawrzyńca i Leonarda. Jej kult jest ciągle żywy, o czym świadczy fakt, że w mieście wybudowano w roku 1939 r. nowy kościół ku jej czci.
Nie tylko pragnienie służenia Bogu od młodych lat oraz wytrwałość i poświecenie w zakonnym życiu łączy obie święte, połączył je także kalendarz liturgiczny, który wyznaczył dzień 1 lutego jako wspomnienie tych "duchowych przyjaciółek".
Magdalena Konopka – „wiara”
 
 
14
 
Science fiction?
Choć Polskę spowija sieć światłowodów i masztów telefonii komórkowej, cyfrowe wykluczenie nie jest przeszłością. Przybrało inną formę.
Dałem upust wyobraźni. Zobaczyłem wejście na górski szlak. Przed nim tablica z informacją jaką aplikację należy ściągnąć, by przejść przez bramkę. Dalej, po jej przekroczeniu, należało wprowadzić dane w jakim kierunku i którym szlakiem zamierzam wędrować. Po pół godzinie marszu zszedłem na skraj widokowej polany by odpocząć i przekąsić małe co nieco. Gdy odkręcałem korek od termosu na ekranie telefonu pojawiło się, w małych odstępach czasowych, kilka pytań. Potrzebna pomoc? Zagubiłeś się? Dlaczego wszedłeś w teren zamieszkiwany przez rzadki gatunek motyla? Dlaczego nie odpowiadasz? Mamy wysłać straż parku?
Acha, pomyślałem, jestem śledzony i szybo wróciłem na szlak. Raz, by nie płoszyć rzadkiego gatunku motyli, dwa nie mieć do czynienia ze strażą parku.
Science fiction? Gdy przed laty czytaliśmy Orwella „Rok 1984” myśleliśmy podobnie. Nie przeczuwając jak szybko owoc literackiej wyobraźni stanie się rzeczywistością. Podobnie z książkami Stanisława Lema. Zresztą nie tylko literaci miewali wizje. Pamiętam opowieść starego gazdy. Wspominał dziadka, mającego pod koniec życia przekonywać: zobaczycie, przyjdą takie czasy, gdy jeden będzie stał w Studzionkach, drugi na Wierchach i będą ze sobą gadać. Jak, nie wiem. A przecież w tamtym czasie w Zasadnem nie było telefonu. Nawet tego tradycyjnego, na kablu.
Dziadek nie przewidział jednego. Że za pomocą geolokalizacji będzie można określić położenie pierwszego i drugiego z dokładnością do jednego metra. Korzysta z niej chociażby Facebook proponując zawarcie wirtualnej znajomości z kimś, kto w tramwaju siedzi na fotelu przed nami, a Google na osi czasu zapisze odwiedzane przez nas sklepy, wystawy, kina, by lepiej targetować reklamy. Oczywiście można tę funkcje wyłączyć. Ale by to zrobić trzeba mieć naście lat i być biegłym w obsługiwaniu ustawień smartfonu. Gdy tymczasem dla wielu ludzi mojego pokolenia i starszych szczytem umiejętności jest posługiwanie się książka telefoniczną i odczytywanie sms-ów w starej Nokii 3210. I to nie zawsze. Mojej świętej pamięci mamie musiałem kupić specjalny telefon. Gdy wcisnęła 2 dzwoniła do mnie, 3 – do opiekunki, 4 – do lekarza. Przed śmiercią i tego już nie potrafiła.
Wspominam w kontekście postępującej cyfryzacji życia. Profil zaufany, e-PIT, e-ZUS, e-dowód, e-pacjent i masa innych. Podczas ostatnich odwiedzin w urzędzie pani zapytała czy mam już założoną skrzynkę do odbioru korespondencji. A właściwie dwie: osobistą i dla parafii. Do tego piny, puki, klucze dostępu. Za chwilę dojdą kolejne do e-faktur. Niby ułatwienie, niby szybciej, niby bez jeżdżenia i stania w kolejkach. Tylko o człowieku coraz bardziej zagubionym, bezradnym, nierozumiejącym mechanizmów, prawdopodobnie w przyszłości karanym (bo nasze prawo jest strasznie restrykcyjne) za nieodebranie jakiejś faktury lub dokumentu, nikt nie mówi, nie widzi go. Nikt nie mówi o babci, która zgubiła kartkę z numerem kodu do odebrania lekarstwa w aptece i po raz kolejny musi zjawić się w gabinecie lekarskim. O staruszku odchodzącym z kwitkiem od notariusza, bo zapomniał kodu PUK do dowodu i nie może złożyć e-podpisu. O siedemdziesięcioletnim proboszczu, martwiącym się jak teraz będzie odbierał faktury za prąd, gaz i telefon. Bo on nigdy nie miał i już raczej nie zamierza mieć komputera.
Ostatniemu (poprzednim zresztą też) nie dziwię się. Pokolenie – podobnie jak ja – wychowane na książkach, notatkach, pisaniu podań, a przede wszystkim kontakcie człowieka z człowiekiem. W urzędzie, szkole, kościele, szpitalu.
Przy okazji wspominam dzień, gdy pojawiłem się jako pacjent na jednym ze szpitalnych oddziałów. Przyjmujący mnie lekarz zainteresowany był jedynie potwierdzeniem numeru PESEL. Cała reszta nie była rozmową z chorym. Była rozmową z pojawiającymi się na ekranie komputera wynikami. Na koniec wcisnął ENTER i wysłał mnie do pielęgniarki oddziałowej.
Wracając do proboszczów… Wielu z nich, w moim wieku i starszych, coraz częściej przejawia chęć wcześniejszego przejścia na emeryturę. Przypomnę: kanoniczny wiek to 75 lat. Bynajmniej nie dlatego, że zmęczeni są laicyzacją, antyklerykalizmem (tu, gdzie pracuję, prawie go nie ma), latami spędzonymi w szkole. Są zmęczeni i nie radzą sobie z postępującą, państwową i kościelną, biurokracją. Wiesz – słyszę – ja już tego nie ogarniam.
Nie dziwię się. O ile przed laty, gdy zaczynała się moja przygoda na wiara.pl, nie miałem problemu z nauczeniem się na pamięć kodu HTML, bo cały proces redagowania odbywał się „z palca”, dziś też już nie ogarniam. Nie tyle redakcyjnych mechanizmów, bo te nie zmieniają się (na szczęście) od kilku już lat. Nie ogarniam wszystkich związanych z cyfryzacją nowości.
Przed laty ukuto zwrot „cyfrowe wykluczenie”. Za dwoma słowami kryła się całkiem spora grupa niemająca dostępu do Internetu. Czym było przekonałem się w 2003 roku, gdy przyszedłem do Skrzynek. Mając pobrać zdjęcie z redakcyjnej bazy foto klikałem w obrazek i szedłem przygotować kolację. Bywało, gdzieś po 45 minutach, zdjęcie wreszcie miałem w komputerze. Dziś, niemalże na siłę, operator wcisnął mi 1 giga, bo podobno mniejszych prędkości położony we wsi światłowód już nie obsługuje. Co nie znaczy, że „cyfrowe wykluczenie” jest przeszłością. Nie jest. Przybrało inną formę. Wykluczona jest spora część społeczeństwa, która „nie ogarnia”. Przy czym nie chodzi o upośledzenie umysłowe. Chodzi o wiek. Mający swoje prawa i ograniczenia. Młodzi tego nie rozumieją. Ale zrozumieją szybciej, niż im się wydaje.
ks. Włodzimierz Lewandowski – „wiara.pl”
 
 
15 
 
Kapłan czy celebryta? „Ja jestem tylko portierem, który otwiera drzwi” – oto prawdziwy abp. Fulton Sheen
Był pierwszym biskupem, który otrzymał nagrodę Emmy, autorem ponad 60 książek, cenionym kapłanem i wybitnym intelektualistą. Mówiono o nim, że swoje liczne talenty w całości poświęcił głoszeniu Ewangelii, a świadectwem swojej wiary poruszył serca wielu ludzi, poczynając od prezydentów, a kończąc na zwyczajnych rodzinach.
Arcybiskup Fulton Sheen to jeden z najbardziej znanych hierarchów XX wieku. Jego niezwykła charyzma każdego tygodnia gromadziła przed odbiornikami radiowymi i telewizyjnymi trzydzieści milionów ludzi. Jaki był naprawdę? Przeczytaj fragment „Skarbu w glinianym naczyniu” – polskiego wydania autobiografii arcybiskupa.
Formowanie gliny
Glina musi zostać uformowana, a proces ten dokonuje się przede wszystkim w rodzinie, która jest środowiskiem bardziej uświęconym niż państwo. W moim przypadku formą, która kształtowała mnie od najwcześniejszych lat, była decyzja rodziców o tym, że chcą zapewnić dzieciom gruntowne wykształcenie.
Ich postanowienie nie wynikało z faktu, że sami byli ludźmi wykształconymi, lecz z faktu, że nimi nie byli. Mój tata Newton Sheen i moja mama Delia Fulton byli właścicielami sklepu żelaznego w El Paso w stanie Illinois, oddalonego o około pięćdziesiąt kilometrów od Peorii. Niestety pewnego dnia w wyniku nieszczęśliwego wypadku sklep spłonął w pożarze.
Mój ojciec – prawdopodobnie chcąc naprawić szkody i jakoś zarabiać na życie – przeprowadził się na farmę, którą odziedziczył po swoim ojcu. Od najmłodszych lat wykazywałem niechęć do wszystkiego, co wiązało się z życiem w tym miejscu. Była to dla mnie męczarnia.
Ludziom, którzy mnie znają, trudno jest sobie wyobrazić, że był w moim życiu czas, kiedy orałem pole pod zasiew kukurydzy, przygotowywałem siano, dopóki było gorąco, zaprzęgałem młode ogiery, szczotkowałem konie, czyściłem brudne boksy, doiłem krowy rano i wieczorem.
Jako rodzina prowadziliśmy proste życie, a w naszym domu panowała chrześcijańska atmosfera. Przed posiłkami i po posiłkach zawsze odmawialiśmy modlitwę dziękczynną. Kiedy mieliśmy gości, żadnemu z dzieci nie wolno było siadać do stołu bez marynarki i krawata. Każdego wieczoru odmawialiśmy różaniec, a raz w tygodniu odwiedzali nas księża z katedry.
Zapowiedź biskupstwa
Kiedy miałem około ośmiu lat, zostałem ministrantem w katedrze Najświętszej Maryi Panny w Peorii. Pewnego dnia wcześnie rano służyłem do mszy odprawianej przez wielkiego biskupa, Johna L. Spaldinga. Tego ranka upuściłem na marmurową podłogę ampułkę z winem.
Nawet huk atomowego wybuchu nie może się równać ze stukiem ampułki, która w obecności biskupa upada na marmurową posadzkę katedry. Byłem przerażony. Co powie biskup? Po skończonej mszy zawołał mnie do siebie, objął ramieniem i zapytał:
– Młody człowieku, do jakiej szkoły zamierzasz pójść, kiedy dorośniesz?
Dla ośmioletniego chłopca „dorosnąć” znaczyło pójść do szkoły średniej. Odpowiedziałem więc: - Do Instytutu Spaldinga. Było to liceum nazwane imieniem biskupa. (Trzeba przyznać, że udzieliłem bardzo dyplomatycznej odpowiedzi, chociaż wówczas nie zdawałem sobie z tego sprawy).
Biskup ponowił pytanie: – Chodzi mi o to, gdzie będziesz się uczył, kiedy będziesz dorosły. Czy słyszałeś może o Lowanium?
– Nie, wasza miłość – odpowiedziałem.
– W porządku, idź do domu i przekaż matce, co powiedziałem: że gdy dorośniesz, masz pojechać do Lowanium, a pewnego dnia zostaniesz tym, kim ja jestem.
Przekazałem mamie słowa biskupa, a ona wytłumaczyła mi, że Lowanium leży w Belgii i znajduje się tam jeden z najwspanialszych uniwersytetów na świecie. Więcej nie myślałem o stwierdzeniu biskupa. Przypomniałem sobie o nim dopiero w chwili, gdy dwa lata po otrzymaniu święceń kapłańskich przyjechałem do Lowanium, aby zacząć naukę na tamtejszym uniwersytecie.
Pomyślałem wtedy: „Ach, więc to jest to miejsce, do którego polecił mi jechać bp Spalding”. Nie pamiętałem o jego proroctwie dotyczącym biskupstwa, ponieważ ja chciałem tylko zostać kapłanem.
Największy skarb - powołanie
Jak to się stało, że w glinianym naczyniu zrodziło się i zaczęło rozwijać takie pragnienie? Cóż, skarb jest darem od Boga, glina na ten dar odpowiada. W dzień ostatniej wieczerzy nasz Pan powiedział do swoich uczniów: „Nie wyście mnie wybrali, ale Ja was wybrałem” [J 15, 16]. Bóg nie powierza tego świętego depozytu osobom o identycznych cechach, nie robi też tego zawsze w taki sam sposób. Każdemu daje inaczej.
Powołanie może pojawić się wcześnie, może pojawić się późno [ …]. Nie przypominam sobie, żeby w moim życiu był taki okres, w którym nie chciałem zostać księdzem. Kiedy byłem nastolatkiem, ojciec posyłał mnie i moich braci do pracy na jedną ze swoich farm.
Pamiętam, jak orałem pole na wiosnę i przyglądałem się młodej kukurydzy wschodzącej na moich oczach. Patrząc, jak czarna, żyzna ziemia obraca się pod pługiem, odmawiałem różaniec, prosząc o powołanie. Nigdy o tym nikomu nie wspominałem – nawet mamie i tacie, chociaż inni często mówili moim rodzicom, że zostanę księdzem.
Płomień powołania podsycało we mnie sprawowanie służby ministranckiej w kościele katedralnym, jak również przykład księży, którzy odwiedzali nasz dom prawie każdego tygodnia. Nie mogę też nie wspomnieć o różańcu, który odmawialiśmy w gronie rodzinnym codziennie przed pójściem spać.
Powołanie jest rzeczą tak świętą, że człowiek nie ma ochoty o nim opowiadać. Poczucie, że zostałem obdarowany skarbem, zawsze towarzyszyła świadomość kruchości glinianego naczynia, w którym ten skarb miał być przechowywany.
Elektroniczna Ewangelia
Urodziłem się w erze elektryczności, w której do przekazywania słowa Bożego używa się fal świetlnych. Radio jest jak Stary Testament, ponieważ słowa się w nim słucha, ale nie można go zobaczyć. Telewizja jest jak Nowy Testament, ponieważ można w niej zobaczyć słowo, które staje się ciałem i mieszka pośród nas.
Pierwszą wiadomość radiową przekazałem z nowojorskiego Radio City w dniu jego otwarcia. Pierwszy religijny program telewizyjny również poprowadziłem z Nowego Jorku w czasach, kiedy na całym mieście było bardzo niewiele telewizorów. Pracowałem w ogólnokrajowym radiu już od wielu lat, kiedy w 1951 roku moje horyzonty się poszerzyły, ponieważ jedna z komercyjnych stacji telewizyjnych postanowiła sprawdzić w praktyce pomysł pokazywania na wizji katolickiego księdza.
W niezliczonej ilości amerykańskich domów uciszano dzieci, kiedy pojawiałem się na ekranie – aż dziw bierze, że to młode pokolenie nie znienawidziło mojego nazwiska.
Wśród widzów mojego programu byli nawet mieszkańcy Białego Domu […]. Nagrodą za moją pracę było dla mnie poczucie, że dzięki niej choć jedna osoba znalazła się trochę bliżej Stwórcy. Ciekawie byłoby zachować setki tysięcy listów przychodzących do naszego biura, w których ludzie szukający Boga otwierali przede mną swoje serca.
Portier nieba
Nikt nie powinien fałszywie przypisywać mi zbyt wielu zasług, jeśli chodzi o nawracanie ludzi. Jak mówiłem, sam nie jestem w stanie nikogo uczynić chrześcijaninem. Ołowiany żołnierzyk, którym mały chłopiec bawi się na dywanie przed Bożym Narodzeniem, również nie staje się za dotknięciem ręki żołnierzem z krwi i kości.
Ja jestem tylko portierem, który otwiera drzwi. To Jezus wchodzi do środka i wykonuje prace ciesielskie, murarskie i remontowe. Przytaczam często tylko te przypadki, w których odniosłem pewien sukces jako portier. Nie wspominam o tych, których zawiodłem, ani o ludziach, którzy przyłączyli się do Kościoła, a następnie z niego odeszli.
Nie mówię też o sytuacjach, kiedy miałem możliwość przyciągnąć ludzi do Światła, ale nie wykorzystałem nadarzającej się okazji. Wiele lat temu ludzie dochodzili do wiary w Boga, obserwując porządek panujący we wszechświecie. Obecnie przywodzi ich do Niego doświadczenie nieporządku w swoim wnętrzu. To nie piękno stworzonego świata, lecz węże wijące się w sercu człowieka sprawiają, że szuka on wytchnienia właśnie w Chrystusie.
* Fragment pochodzi z książki „Skarb w glinianym naczyniu” abp Fultona Sheena, Wydawnictwo Esprit, 2020. Tytuł, lead, śródtytuły pochodzą od redakcji Aleteia.pl.
Za „aleteia.pl”
 
 
16
 
Po pierwsze – nie przeszkadzać
Jak tu nie kochać tej odrobiny anarchii czy jak kto woli warcholstwa, która pozwala przygotować się na najgorsze?
„Dostałaś już tę książeczkę? Do mnie dopiero teraz przyszła. A w Holandii już dawno rozsyłali” – moja koleżanka Maryla wie, o czym mówi. W Holandii mieszkają jej córki. Chodzi oczywiście o „Poradnik bezpieczeństwa.” „Dobrze, że wreszcie pomyśleli” – uważa Maryla. Dzwoni do mnie ktoś z rodziny: „Dostałaś już? Przeczytałam uważnie. Chyba muszę sobie kupić powerbanka.” Jeszcze jeden telefon. „3 litry wody na osobę. Szkoda, że nie piszą, co zrobić jak się skończą te trzy.” Mówię, że jakiś czas temu w „Naszym Dzienniku” ukazał się cykl artykułów z bardziej szczegółowymi informacjami odnośnie np. zaopatrzenia, ewakuacji, odnajdowania w nocy drogi w lesie itp. Chwila milczenia. Cóż, zapomniałam, że rozmawiam z osobą z innej bańki informacyjnej.
Czytam poradnik i już wiem, gdzie się schować – z dala od okien, w pobliżu ściany nośnej. Najbezpieczniej chyba w łazience. Na piwnicę nikt mnie nie namówi. To przy mojej klaustrofobii jeszcze gorsze niż zwiedzanie jaskini z tłumkiem turystów.
Przez chwilę myślę, że jeszcze nie mam plecaka ewakuacyjnego. Momencik… Jak słusznie zauważył pewien publicysta, jeśli mamy szykować plecaki ewakuacyjne, to nie po to, żeby je sobie na plecy założyć i w domu posiedzieć. Ich nazwa wskazuje, iż są one potrzebne przy ewakuacji. A zatem spece od bezpieczeństwa przewidują, że w razie – nie daj Boże – jakiejś obcej inwazji może dojść do masowej ewakuacji, migracji wewnętrznej. Na jaką skalę? I jak sobie z tym poradzimy? Tak, jak wtedy, kiedy przybywali do nas uchodźcy z Ukrainy - mogłaby brzmieć odpowiedź. Jednak liczba bezpiecznych przystani może się nam zmniejszyć. Dlatego, że – o czym już pisałam – stare domy, które stanowią znaczną część naszych zasobów, mogą być niebawem skazane na rozbiórkę.
Ot, mieszka sobie niemłode małżeństwo w starym domu, który - technicznie rzecz biorąc - mógłby sobie postać kilka, kilkanaście lat, a może nawet – o cudzie! - przeżyć położony w pobliżu blok z wielkiej płyty. Jego przystosowanie do zielonoładowych standardów jest jednak nieopłacalne. Cóż, starsi ludzie przeniosą się do swoich dzieci albo do domu opieki elegancko zwanego domem seniora, a starego domu nie kupi żaden przytomny człowiek, cóż dopiero deweloper. Może sąsiad, po cenie gruntu, żeby po wyburzeniu chałupy cieszyć się większym terenem rekreacyjnym. A przecież – w razie  masowej wewnętrznej migracji - mieszkający tu starsi ludzie mogliby w swoim domu podjąć jakąś rodzinę potrzebującą bezpiecznego miejsca pobytu na krótko lub na dłużej. Stać nas na pozbywanie się domów, niechby i starych? Czy jest to roztropne wobec przewidywanych zagrożeń?
Siedzę sobie spokojnie przy laptopie, w umiarkowanym ciepełku, ale na dworze mróz. A od czasu do czasu straszą mrozem jeszcze większym. W razie jakiegokolwiek konfliktu wojennego nastąpi uderzenie w infrastrukturę. Może w ciepłownię. Może zabraknie prądu. W poradniku radzą, żeby rozważyć zaopatrzenie się w agregat prądotwórczy. Cóż, agregat perpetuum mobile nie jest, bez paliwa nie ruszy. A właśnie zafundowaliśmy sobie wymianę źródeł ciepła na zależne od prądu. Z likwidacją tych, które zależne nie są.
Jak to wygląda w mieście? Po wzięciu mieszkania komunalnego do remontu punkt numer jeden – wyburzyć stary piec kaflowy albo i kominek. A w razie długotrwałego braku prądu, kiedy tradycyjny piec mógłby być zapasowym źródłem ciepła? Poradnik na stronie 29  podpowie: „Oszczędzaj ciepło, zbierz domowników w jednym pokoju.”
A na wsi? O ile mi wiadomo, wśród górali, a także w różnych „Republikach Królowego Mostu” w niejednym domu właściciel zrezygnował z upragnionej dotacji, byle mu nikt po piwnicy nie myszkował i nie odkrył, że obok obowiązkowego nowoczesnego pieca stoi poczciwy, stary kopciuch. Może jeszcze działa, a może czeka spokojnie, żeby w razie czego jednak domowników w jednym pokoju nie trzeba było gromadzić.
A my, mieszczuchy, w dodatku z ziem zaboru pruskiego? W naszym wiejskim domku mamy piec na pellet, prądozależny oczywiście. Taka mentalność. Jak kazali wymienić, to się wymienia i nie kombinuje. Jak napisane… Całkiem jak w tym prastarym kawale o chłopcu, który w czasach, kiedy nauczyciele w pruskich szkołach bili uczniów trzcinką albo (według księdza Bończyka) witką z leszczyny po gołym siedzeniu, dzięki oryginalnemu pomysłowi uniknął tej kary. Nauczyciel co prawda kazał zdjąć mu spodnie, nagle jednak zbladł i z wymierzenia kary zrezygnował. Kiedy inni uczniowie zapytali chłopaka, co się właściwie stało, ten przyznał się, że tam, gdzie plecy nazwę swą szlachetną tracą, umieścił napis: „Bicie po rzici surowo zabronione.”
No, jak kopciuchy surowo zabronione to trudno… I jak tu nie kochać tej odrobiny anarchii czy jak kto woli warcholstwa, która pozwala przygotować się na najgorsze? Choć z drugiej strony – czy nie byłoby jeszcze lepiej, gdyby na najgorsze pomogły się nam przygotować rozsądne, życiowe przepisy? A przynajmniej w tym nie przeszkadzały.
Maria Sołowiej – „wiara.pl”
 
 
4
 
Święci i błogosławieni w tygodniu

1 lutego - św. Brygida z Kildare, dziewica

1 lutego - św. Rajmund z Fitero, opat

1 lutego - św. Weridiana

1 lutego - bazylika prymasowska w Gnieźnie

2 lutego - Ofiarowanie Pańskie

3 lutego - św. Błażej, biskup i męczennik

3 lutego - św. Oskar, biskup

3 lutego - św. Maria Klaudyna od św. Ignacego Thevenet, dziewica

4 lutego - św. Joanna de Valois

4 lutego - św. Weronika

4 lutego - św. Katarzyna Ricci, dziewica

4 lutego - św. Jan de Brito, prezbiter i męczennik

4 lutego - św. Gilbert, prezbiter

4 lutego - św. Józef z Leonissy, prezbiter

4 lutego - św. Maria de Mattias, dziewica

5 lutego - św. Agata, dziewica i męczennica

6 lutego - święci męczennicy Paweł Miki i Towarzysze

6 lutego - św. Dorota, dziewica i męczennica

7 lutego - św. Ryszard, król

7 lutego - św. Teodor, żołnierz, męczennik

7 lutego - św. Koleta z Corbie, dziewica

7 lutego - św. Gwaryn, biskup

7 lutego - św. Jan z Triory, prezbiter i męczennik

7 lutego - bł. Pius IX, papież

7 lutego - bł. Klara Ludwika Szczęsna, dziewica

8 lutego - św. Hieronim Emiliani

8 lutego - św. Józefina Bakhita, dziewica

8 lutego - św. Idzi Maria od św. Józefa, zakonnik


NIEDZIELNA EUCHARYSTIA W KOŚCIOŁACH W OKOLICY
Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach
niedziele i święta: 6.30, 8.00, 9.30, 11.00, 12.30 (oprócz VII i VIII), 16.00, 19.00,
dni powszednie – 7.00, 7.30, 18.00.
Parafia Matki Bożej Pocieszenia, ul. Bulwarowa 15a
niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00, 18:00, 20:00
dni powszednie: 7:00, 15:00, 18:00
Parafia Matki Bożej Częstochowskiej, os. Szklane Domy 7,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 17:00 (oprócz VII i VIII),
19:00 (oprócz VII i VIII), 20:30
dni powszednie: 6:30, 8:00, 18:00
Parafia Matki Bożej Królowej Polski, Arka Pana, ul. Obrońców Krzyża 1
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 16:00, 17:30, 19:00,
dni powszednie: 6:00, 6:30, 7:00, 7:30, 8:00, 11:00, 18:00
Bazylika Krzyża św. - klasztor (pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Wacława)
niedziele i święta: 06.30, 08.00, 09.30, 11.00, 12.30, 14.00 (oprócz VII i VIII)
dni powszednie: 06.30, 07.30, 08.30, 16.00 (w piątki), 18.00.
Parafia św. Bartłomieja Apostoła, Mogiła, ul. Klasztorna 11,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 14:00 (oprócz VII, VIII), 16:30, 18:00
dni powszednie: 6:00, 7:00 (oprócz VII i VIII), 7:30, 8:30, 18:00
Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Teatralne,
niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00 (oprócz VII i VIII), 18:00, 19:30
dni powszednie: 6:30 (oprócz VII i VIII), 7:00, 18:00
Parafia św. Stanisława Biskupa Męczennika, Kantorowice 122,
niedziele i święta: 9:00, 11:00, 18:00, dni powszednie: 8:00, 17:00, (18.00- lato)
Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Lubocza,
niedziele i święta: 8:00, 10:30, 17:00, dni powszednie: 7:00, 17:00
Parafia Matki Bożej Wspomożenia Wiernych, Prusy,
niedziele i święta: 7:30, 9:30, 11:30,
dni powszednie: 18:00 (pon., śr., pt.), 6:30 (wt., czw., sob.)
Parafia św. Maksymiliana Marii Kolbego, Mistrzejowice,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 10:30, 11:00, 13:00, 17:00, 19:00
dni powszednie: 6:30, 7:00, 7:30, 18:00
NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:
strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl