W BLASKU MIŁOSIERDZIA
33/1089 – 26 lipca 2026 r. A.
INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA

Niedziela, 26 lipca 2026 r.
XVII NIEDZIELA ZWYKŁA (rok A)
Kolor szat liturgicznych: zielony



Komentarze do czytań przygotowane przez Bractwo Słowa Bożego
Komentarz do pierwszego czytania
Salomon zasiadł na tronie swojego ojca, Dawida. Jego władza królewska została utwierdzona. Dziś czytamy, że został zachęcony przez Pana, aby prosić o to, czego potrzebuje. Salomon mógł poprosić Boga o wszystko, cokolwiek przyszłoby mu na myśl, jakiekolwiek pragnienia miał w sercu – o to wszystko mógł prosić Pana. Był człowiekiem świadomym siebie, stanął więc w pokorze przed Panem. Wiedział, że jest tylko sługą, niedoświadczonym życiowo młodzieńcem. Miał również poczucie ogromnej odpowiedzialności za niezliczoną ilość istnień, za swój lud, któremu przewodził. Dlatego poprosił o serce rozumne, gotowe do słuchania, by móc rozwiązywać spory, by odróżniać dobro od zła, rozpoznawać, co służy jego ludowi. Salomon nie prosił tylko dla siebie, nie skupił się na własnych pragnieniach, na swojej wygodzie ani na umocnieniu swojej pozycji władcy. To spodobało się Panu. Otrzymał serce mądre i pojętne, by rządzić ludem sprawiedliwie, ale przede wszystkim w łączności z Bogiem.
Można powiedzieć, że Salomon poprosił o Ducha Bożego, by go prowadził, by go wspomagał w realizacji powołania. A o co Ty prosisz Boga? Co jest dla Ciebie ważne? O jakich sprawach najczęściej mówisz Bogu?
Komentarz do psalmu
Boże Prawo jest doskonałe, przedziwne. Dla psalmisty lepsze jest niż wszelkie bogactwa tego świata. Człowiek wypełniający przykazania może radować się błogosławieństwem i pełnią łask, którymi obdarza go Pan.
Król Dawid w ostatnich słowach skierowanych do swojego syna mówił: „Będziesz strzegł zarządzeń Pana, Boga twego, aby iść za Jego wskazaniami, przestrzegać Jego praw, poleceń i nakazów, jak napisano w Prawie Mojżesza, aby ci się powiodło, co zamierzysz, i wszystko, czym się zajmiesz…” (1 Krl 2,3). Jest to niejako recepta na dobre i szczęśliwe życie, nie tylko skierowana do Salomona, ale też do każdego z nas. Respektowanie Prawa Bożego sprawia, że człowiekowi w życiu się powodzi. Może on wtedy w pełni realizować swoje powołanie.
Komentarz do drugiego czytania
Słyszymy dziś, że możemy być pewni współdziałania Boga z nami. Odpowiadając na Boże wezwanie do bliskości, relacji miłości, mając jednocześnie w sercu różne pragnienia, zamierzenia, plany, cele, czasami zapominamy, że nie jesteśmy w tym wszystkim sami, że Bóg działa w naszym życiu i pragnie dla nas dobra.
Dziś już w pierwszym czytaniu dostrzegliśmy, jak Bóg współpracuje z człowiekiem. Odpowiedział na modlitwę Salomona, dając mu o wiele więcej, niż o to prosił.
Bóg chce wspólnie działać z człowiekiem, dlatego że każdego powołał do konkretnej misji w Królestwie Bożym. Być powołanym według Bożego zamysłu, to być poznanym. – Bóg zna Cię po imieniu, zna Twoje wady i zalety, wie, na co Cię stać zarówno w dobrym jak i złym; przeznaczonym – Bóg Ojciec dał Ci Jezusa, abyś miał wzór do naśladowania, abyś dążył do doskonałości; wezwanym – Bóg zachęca, abyś szedł i głosił Dobrą Nowinę, abyś był świadkiem (tam gdzie żyjesz, w Twojej codzienności); usprawiedliwionym – Bóg wie, że na drodze zbawienia potkniesz się nie raz, dlatego Jezus jest Twoim obrońcą i usprawiedliwia Cię; obdarzonym chwałą – Bóg daje życie wieczne. Już teraz na ziemi możesz żyć w chwale Królestwa Bożego.
Komentarz do Ewangelii
Aby zrozumieć dzisiejszą ewangelię, trzeba abyśmy odpowiedzieli sobie na pytanie: co jest dla nas najcenniejsze w życiu? Zarówno skarb jak i perła były czymś bardzo wartościowym dla bohaterów przypowieści. Sprzedali wszystko, co mieli, aby kupić to, co wydało im się najcenniejsze. A ja, co jestem w stanie oddać, sprzedać w zamian za „posiadanie” Królestwa Bożego? Królestwo Boże jest pośród nas. Każdego dnia mamy do niego dostęp. Życie z Bogiem otwiera nam bramę do nieba, pokazuje przestrzenie dotąd nieodkryte. Niewyobrażalne rzeczy dzieją się na naszych oczach. Zwaśnieni godzą się, zatwardziali grzesznicy nawracają się, chorzy zostają uleczeni.
Aleksandra Mordel - „wiara.pl”

Najcenniejszą wartością w życiu jest rodzina
Jeden z polskich ośrodków badania opinii publicznej przeprowadził w ubiegłym roku ciekawe badanie dotyczące deklarowanej hierarchii wartości Polaków do 44. roku życia. Okazuje się, że dla zdecydowanej większości ankietowanych najcenniejszą wartością w życiu jest rodzina, następnie zdrowie, uczciwość, spokój, bezpieczeństwo finansowe, wolność i niezależność, ochrona prywatności oraz wiele innych ważnych rzeczy. Spośród 21 wymienionych wartości wiara znalazła się dopiero na 18. miejscu – przed sławą, bogactwem i kontaktem z kulturą. Wiara jest istotna dla połowy badanych (w tym bardzo ważna jedynie dla 19%), a dla jednej trzeciej (34%) pozostaje bez większego znaczenia.
Jezus mówi nam dzisiaj w przypowieściach o znalezionym skarbie i drogocennej perle, których odkrywcy potrafili poświęcić wszystko, co posiadali, aby wejść w posiadanie tego skarbu. Jezus mówi, że tym skarbem jest Królestwo niebieskie. Ma ono taką wartość, że dla jego osiągnięcia warto poświęcić wszystko. W tradycji katolickiej przypowieści te zachęcają do refleksji nad życiowymi priorytetami. Święci i męczennicy często przedstawiani są jako ci, którzy odkryli „perłę” wiary i oddali za nią wszystko. Historia Kościoła pełna jest przykładów osób, które, idąc za tym przesłaniem, osiągnęły świętość, rezygnując z ziemskich sukcesów na rzecz duchowego bogactwa. Królestwo Boże nie jest jednak jedynie zbiorem wartości czy zasad moralnych. Jest ono przede wszystkim życiem w jedności z Jezusem Chrystusem, który jest największym Skarbem człowieka. Warto dzisiaj postawić sobie pytanie: Czy Bóg rzeczywiście zajmuje pierwsze miejsce w moim życiu? Czy wiara prowadząca mnie do Niego jest dla mnie najcenniejszym skarbem?
Królestwo Boże wymaga mądrości i odwagi. W codzienności można przyzwyczaić się do perły. Można traktować ją jak jedną z wielu rzeczy. Można przestać doceniać jej wartość. Oczy z czasem przyzwyczajają się do patyny, która na niej osiada, i instynktownie zaczynają szukać czegoś błyszczącego. Perła, skarb, jakim jest Królestwo Boże, nie są dobrami, których nie można utracić. Możemy je odrzucić lub zaniedbać. Codziennie grozi nam zamiana tej perły na tanie świecidełka, substytuty (pseudowartości), które przynoszą jedynie krótkotrwałą przyjemność.
Pójście za Chrystusem zawsze wiąże się z ryzykiem i wymaga odwagi. Alessandro Pronzato sparafrazował dzisiejszą przypowieść z punktu widzenia współczesnego człowieka: „Królestwo Boże jest podobne do człowieka, który nabył polisę ubezpieczeniową przeciw ewentualnym wypadkom w zaświatach”. Jezus daje nam skarb i szczęście, a nie jedynie zabezpieczenie. Nie udziela gwarancji przeciw ryzyku, ale przeciwnie – proponuje największe ryzyko: ryzyko wiary.
Opowiada się w Indiach, że żył kiedyś pewien mędrzec. Szedł on wzdłuż piaszczystego wybrzeża oceanu i wieczorem doszedł do niewielkiej wioski rybackiej. Mijał ją ze śpiewem, a gdy zostawił ją już za sobą, jakiś człowiek zaczął za nim biec, wołając:
– Zatrzymaj się, proszę! Daj mi, proszę, drogocenną perłę!
Mędrzec zdjął swoją sakwę i spytał:
– O jakiej perle mówisz?
– O tej, którą masz w swoim worze. Śniłem tej nocy, że spotkam dziś wielkiego mędrca i że dostanę od niego drogocenną perłę, która uczyni mnie bogatym do końca moich dni.
Mędrzec zatrzymał się. Otworzył swój wór i rzeczywiście wyjął z niego piękną perłę. Była ogromna i jaśniała nadzwyczajnym blaskiem.
– Całkiem niedawno spostrzegłem tę wielką kulkę pośród ziaren piasku. Spodobała mi się, więc włożyłem ją do sakwy. Jest to zapewne ta rzadka perła, o której mówisz. Weź ją sobie, jest twoja.
Rybak był nadzwyczaj szczęśliwy. Pochwycił perłę i odszedł, tańcząc z radości. Mędrzec tymczasem wyciągnął się na piasku, by przespać na nim noc.
Ale rybak w swojej chacie nie spał. Raz po raz przewracał się na posłaniu, drżąc ze strachu, że ktoś mógłby mu ukraść taki skarb. Nie zmrużył oka przez całą noc.
A kiedy nastał ranek, wziął perłę i wyruszył śladem mędrca, aby go dogonić.
– Zwracam ci perłę, bo przyniosła mi więcej niepokoju niż bogactwa. Naucz mnie raczej tej mądrości, która pozwoliła ci ofiarować mi perłę z taką prostotą i wolnością. Bo to właśnie jest prawdziwym bogactwem.
Dzisiejsza liturgia pokazuje jednak, że człowiek sam z siebie nie potrafi rozpoznać tego Skarbu. Potrzebuje mądrości, o którą prosi Salomon.
Salomon w dzisiejszym pierwszym czytaniu nie prosi Boga o bogactwo ani o władzę. Prosi o mądrość, która polega na umiejętności rozróżniania dobra i zła. Dzięki tej mądrości potrafi właściwie wybierać. Skarb Królestwa Bożego posiądą ci, którzy uznali wiarę i związane z nią wartości za rzecz najważniejszą w życiu. Jeszcze bardziej – posiądą go ci, którzy wybrali samego Chrystusa jako największy Skarb swojego życia. Wybrali to, co uznali za najcenniejsze i co trwa na wieczność.
Czy idziesz śladem człowieka, który znalazł skarb ukryty w roli i zdobył go? Czy idziesz śladem poszukiwacza pereł, który potrafił oddać wszystko za jedną perłę? Czy widzisz w Bogu, który jest najwyższą Mądrością, swój skarb, najpiękniejszą perłę?
Prośmy dziś Boga o serce Salomona, abyśmy potrafili rozpoznać prawdziwy Skarb, którym jest Jezus Chrystus, i nigdy nie zamienili Go na to, co przemija.
Misjonarz Prowincji Warszawskiej Redemptorystów obecnie przełożony domu zakonnego w Łomnicy-Zdrój oraz Przewodniczący Centrum Apostolstwa i Duchowości Redemptorystów (CADR) – Łomnica-Zdrój
o. Piotr Andrukiewicz CSsR – „redemptor.pl”

Kochać dla kochania
Ciekawe, co odpowiedziałby człowiek, który sprzedał wszystko, by kupić jedną drogocenną perłę, gdyby go zapytano, dlaczego to zrobił? Że mu się podoba? Albo że jest wyjątkowo piękna?
Miłość to odpowiedź na piękno, które się ukazało i nas zachwyciło. W zasadzie nie może być innej przyczyny kochania. Nawet matka, która kocha swoje dziecko, kocha je nie z obowiązku albo z powodu relacji biologicznej, ale dlatego, że „coś w nim widzi”, choć może nikomu innemu poza nią nie jest to dane. Może jest i tak, że trzeba wpierw kochać, by dostrzec jeszcze więcej, niż widziało się na początku. Święty Augustyn napisał, że nie dochodzi się do prawdy inaczej niż przez miłość.
Kochać i dostrzegać piękno to dwie strony tego samego medalu. Kochamy kogoś, bo się nam podoba, a podoba się nam, bo go kochamy. Nie ma innego wytłumaczenia dla kochania niż kochanie. Pięknie wyraził to Bernard z Clairvaux: „Miłość sama przez się wystarcza; w sobie samej i ze względu na siebie znajduje upodobanie. Ona stanowi zasługę, ona też jest nagrodą dla siebie. Poza sobą nie szuka dla siebie uzasadnienia ani korzyści. Jej korzyścią jest miłowanie. Miłuję dlatego, bo miłuję, miłuję po to, by miłować”.
Ale kochać to ryzykować. Dostrzegać piękno, którego się nie widziało. Zgodzić się na to, że coś, co do nas nie należy, i coś, co od nas nie zależy, może zmienić nasze życie. Że po spotkaniu z Pięknem możemy albo sprzedać wszystko, albo odejść zasmuceni.
Paweł Jamróz OP – „wdrodze.pl”

Henryk Przondziono / Foto Gość Wieliczka
Słony rachunek - św. Kinga
Scena z legendy. Święta Kinga odnajduje swój pierścień w kopalni soli.
Jest opiekunką ubogich. Nawet zamknięta za murami klasztoru własnoręcznie szyła dla nich odzienie. Czy widział ktoś taką księżną?
Władza deprawuje – narzekamy. Tymczasem z domu świętej Kingi (zwanej też Kunegundą) pochodziło aż kilkoro świętych. Była córką samego króla węgierskiego Beli IV i Marii, córki greckiego cesarza. Z jej najbliższej rodziny na ołtarze trafili: święty Stefan i jego syn, królewicz Emeryk, święty Władysław i Elżbieta oraz błogosławione: Małgorzata, Jolanta i Konstancja – siostry Kunegundy. Kinga, pięcioletnia węgierska królewna, w 1239 została zaślubiona księciu sandomierskiemu Bolesławowi. Przybyła do Polski i w Wojniczu spotkała się z kandydatem na męża. Ślub nastąpił jednak dopiero po 1246 r., gdy Kinga ukończyła 12 lat. Podczas uroczystości weselnych nakłoniła męża, by na rok ślubował bezwzględną czystość. Bolesław zgodził się. Podobne śluby uczynił po roku, a po kilku latach w katedrze wawelskiej przysiągł dozgonną czystość. Stąd wziął się jego przydomek „Wstydliwy”.
Kinga zamieszkała w Sandomierzu. Wielu było zdumionych jej skromnością i pokorą. Podobno ubłagała ojca, by w wianie nie dawał jej złota i kosztowności, gdyż związane są z cierpieniem i łzami, ani roju służby, bo jest znamieniem pychy. Pragnęła tylko jednego skarbu – soli. Była ona wówczas bardzo droga, czasem dorównywała wartością złotu. Król Węgier zgodził się. Podarował córce najbogatszą kopalnię Siedmiogrodu w Marmarosz. Kinga biorąc ją w posiadanie, miała wrzucić do szybu swój zaręczynowy pierścień. Do nieznanej Polski wzięła z sobą doświadczonych górników węgierskich. Zaczęli szukać soli nad Wisłą. Znaleźli ją w Bochni. I wówczas, powiada legenda, zdarzył się cud. „W pierwszym bałwanie (bryle) soli, który wykopano, pierścień się on jej znalazł, który ujrzawszy Kunegunda i poznawszy, dziękowała Panu Bogu, który dziwy czyni tym, którzy Go miłują” – notował ks. Piotr Skarga.
Tyle legenda. Ale rzeczywiście za życia Kingi rozwinęło się wydobywanie soli. Do dziś w kopalni w Wieliczce na głębokości 101 metrów można pomodlić się w wykutej na cześć Świętej podziemnej kaplicy. Jest największa na świecie, cała wykonana z soli, może pomieścić nawet pięćset osób. Kinga była prawdziwą ewangeliczną solą ziemi. Na książęcym dworze panowała franciszkańska atmosfera. Kinga zafascynowana życiem Biedaczyny z Asyżu kilka razy dziennie modliła się w kaplicy, rano słuchała w kościele Mszy, odprawiała nocne czuwania. Wspierała nędzarzy i chorych. Odwiedzała ich w domach i szpitalach.
Były to czasy ogromnych niepokojów. Kinga aż trzykrotnie przeżyła najazd Tatarów. W 1287 roku broniła się przed nimi na pienińskim zamku. Po śmierci męża, rozdawszy swe kosztowności ubogim, wyjechała do Starego Sącza. Założyła tu klasztor klarysek i zamieszkała w nim do śmierci. Wprowadziła pacierze, kazania i pieśni w języku polskim. Była bardzo popularna: pienińscy przewodnicy do dziś opowiadają legendy o cudownym odkryciu Dunajca i Tatrach, które powstały z porzuconej korony księżnej.
Kanonizowana przez Jana Pawła II w Starym Sączu, jest patronką Polski i Litwy i opiekunką ubogich. Kroniki wspominają, że nawet zamknięta za murami klasztoru własnoręcznie szyła dla nich odzienie. Czy widział ktoś taką księżną?
Św. Kinga od samorządowców
Szczawnica, 02-09-2007. Kongregacja ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów zatwierdziła św. Kingę jako patronkę samorządowców w Polsce.
Dekret wydano na prośbę radnych ze Szczawnicy. Samorządowcy wybrali św. Kingę za swoją patronkę, ponieważ „sprawując władzę, okazała się prawdziwą matką, szczególnie wobec ubogich i uciśnionych”. Św. Kinga, córka króla węgierskiego Beli IV, żona Bolesława Wstydliwego, otaczana jest szczególnym kultem przez górali pienińskich.
W Pieninach szukała schronienia, uciekając przez Mongołami. Według licznych podań, znalazła je w XIII-wiecznym zamku pienińskim. W Starym Sączu założyła klasztor sióstr klarysek, gdzie zmarła w 1292 r. Beatyfikowana została przez papieża Aleksandra VIII w 1690 r. Ćwierć wieku później papież Benedykt XIII ogłosił ją patronką Polski i Litwy. Świętą ogłosił ją Jan Paweł II podczas pielgrzymki do ojczyzny w 1999 r.
Marcin Jakimowicz – „wiara.pl"

Mała droga pobożności
Fragment okładki książki Tomasza P. Terlikowskiego "La Salette. Objawienia, które wstrząsnęły Kościołem", wydanej nakładem Espritu.
Objawienie w La Salette, choć dokonało się niemal dwa wieki temu, pozostaje nadal aktualne i żywe.
W xix i xx wieku powoływało się na niego wielu katolickich intelektualistów. Podobnie dzieje się teraz, w xxi wieku – objawienie jest przywoływane i komentowane, a wiele jego interpretacji, szczególnie tych związanych z „sekretami”, zdobywa sobie nowych wyznawców. Tak jak w dziewiętnastowiecznej Francji, wielu dostrzega w nim zapowiedź rozpadu starego świata, co uznawane jest za „koniec czasów” w ogóle. Jednak jak się zdaje, nie taki sens przekazu – odrzucany zresztą przez biskupów, którzy badali wiarygodność objawienia – jest kluczowy dla tego objawienia. Ono (...) uświadamia znaczenie kultu maryjnego, ukazuje poprawne rozumienie opatrzności Bożej i wreszcie wskazuje „małą drogę pobożności”, która jest zapowiedzią choćby drogi św. Tereski od Dzieciątka Jezus czy naszej św. Faustyny (i wielu innych mistyczek). Maryja w La Salette uświadamia, jak drobne decyzje w naszym życiu określają rzeczywistość nie tylko naszej codzienności, ale także historię świata, a nawet przyszłość naszej planety. Nie ma grzechu, który nie wpływałby na przyszłość świata, a wierność Bożemu prawu w najdrobniejszych sprawach buduje lepszy świat.
Niezwykłą moc ma także historia życia obojga wizjonerów. Żadne z nich nie osiągnęło sukcesu. Maksymin nie został kapłanem, a Melania świętą zakonnicą. Ich życie rodzinne naznaczone było problemami. Można rzec, że koleje ich losu to ciąg zaprzepaszczonych szans. Nic im się nie udawało. Są zaprzeczeniem stereotypowego chrześcijańskiego modelu życia. To jednak tylko pozory. Melania i Maksymin są niezwykłym przykładem tego, że Pan Bóg, wybierając swoich posłańców, nie kieruje się ani ich możliwościami, ani pochodzeniem, ani zdolnościami, ale… własną wolą. Święty Paweł pouczał:
Przeto przypatrzcie się, bracia, powołaniu waszemu! Według oceny ludzkiej niewielu [tam] mędrców, niewielu możnych, niewielu szlachetnie urodzonych. Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców, wybrał, co niemocne, aby mocnych poniżyć; i to, co nieszlachetnie urodzone według świata oraz wzgardzone, i to, co [w ogóle] nie jest, wyróżnił Bóg, by to, co jest, unicestwić, tak by się żadne stworzenie nie chełpiło wobec Boga” (1 Kor 1, 26–29)
I trudno tych słów nie odnieść do wizjonerów z La Salette. Ich życie uświadamia nam, że wszystko, co mamy, co otrzymaliśmy od Boga, jest czystą łaską. Ani nasza wiara, ani religijne życie, ani zbawienie nie jest nagrodą za cokolwiek. Nie jest wyrazem docenienia naszych wysiłków, ale czystą łaską. „Kościół wielokrotnie nauczał, że nie jesteśmy usprawiedliwieni przez nasze uczynki lub nasze wysiłki, ale przez łaskę Pana, który podejmuje inicjatywę” – przypomina papież Franciszek. Ale jest jeszcze jedna rzecz, którą to objawienie, a może dokładniej losy jego świadków ukazują z całą mocą – mianowicie fakt, że miarą świętości nie jest ocena dokonywana przez oczy ludzkie, nie jest przystawanie bądź jego brak do aktualnych wymogów życia kościelnego, czy opinia sprawiedliwych, ale jest nim… ufne pójście za słowem Pana.
Melania i Maksymin, choć wiele rzeczy w życiu im nie wyszło, choć w wielu kwestiach zawiedli, zachowali wierność temu jednemu spotkaniu, które określiło całe ich życie. Tego samego, wierności Słowu, będzie od nas wymagał Pan na sądzie. Objawienie w La Salette przypomina o tym z niezwykłą mocą.
Powyższy tekst jest fragmentem książki Tomasza P. Terlikowskiego "La Salette. Objawienia, które wstrząsnęły Kościołem". Wydawnictwo: Esprit.
„deon.pl”

Dr Ewa Dąbrowska nie ma wątpliwości: organizm potrafi leczyć się sam
Współczesna onkologia coraz częściej dostrzega, że nowotwór to nie tylko błąd w genach, ale efekt środowiska, jakie tworzymy w naszym ciele. Medycyna akademicka zyskuje niespodziewanego sojusznika w postaci postu warzywno-owocowego, który potrafi „zagłodzić” komórki macierzyste raka. Metoda dr Ewy Dąbrowskiej, stosowana od blisko 40 lat, przestaje być traktowana wyłącznie jako alternatywa, a staje się naukowo udokumentowanym wsparciem w walce o życie.
Pierwszy raz do Radawy pojechałem w 2009 r. Pamiętam dokładnie datę, bo w czasie, gdy czekałem na pociąg zmarł Michael Jackson. Nie wybierałem się na znany w całej Europie zlot motocyklistów ani na koncerty w gminnym ośrodku wypoczynku i rekreacji. Jechałem na turnus leczenia dietą warzywno-owocową dr Ewy Dąbrowskiej.
Oprócz wielu „imprezowni”, z których miejscowość ta jest znana, w Radawie mieści się też Dom Ojca Pio. To ośrodek wczasowo-zdrowotny, w którym każdego roku setki osób próbują ratować swoje zdrowie. Nie poprzez zażywanie kolejnych leków, ale za pomocą zmiany nawyków żywieniowych.
Ośrodek prowadzi Jarosławskie Katolickie Stowarzyszenie Charytatywne im. Św. O. Pio, założone przez nieżyjącego już franciszkanina o. Albina Srokę. Zakonnik kierował się wizją ojca Pio, który obok swojego klasztoru w San Giovanni Rotondo założył szpital, który nazwał Domem Ulgi w Cierpieniu.\
Jeden guz zniknął a drugi skurczył się o dwa centymetry
Historia pana Edwarda pokazuje, jak radykalna zmiana żywienia wpływa na przebieg choroby. Pacjent z rzadkim rakiem ślinianki i zajętym językiem trafił pod opiekę chirurga onkologa. Przed operacją mężczyzna przez sześć tygodni stosował rygorystyczny post warzywno-owocowy. Wynik badania histopatologicznego przeprowadzonego w trakcie zabiegu wprawił lekarzy w osłupienie: po raku na języku nie było śladu, a guz skurczył się o dwa centymetry.
To nie magia, a biologia. Rak potrafi przeprogramować nasze komórki odpornościowe tak, by zamiast go niszczyć, chroniły go i karmiły – mówi dr Ewa Dąbrowska w rozmowie z Janem Pospieszalskim. Podczas postu mechanizm ten zostaje odwrócony. Organizm odcina dopływ cukru i czynników wzrostu, co sprawia, że komórka rakowa pęka jak bańka mydlana pod wpływem jadu naturalnych komórek cytotoksycznych.
Nobel za „samozjadanie” śmieci
Kluczem do uzdrowienia jest autofagia, za której odkrycie Yoshinori Ohsumi otrzymał w 2016 roku Nagrodę Nobla. To proces, w którym organizm, pozbawiony energii z zewnątrz, zaczyna sprzątać własne wnętrze. Rozpuszcza stare białka, niszczy wadliwe mitochondria i przetwarza je na nowe, zdrowe struktury. W ciele dorosłego człowieka może zalegać nawet do 6 kilogramów takich złogów i toksyn – podaje dr Ewa Dąbrowska.
Post działa jak „reset” na poziomie genów. Organizm najpierw spala cukier zgromadzony w wątrobie, co zajmuje około doby, a potem przechodzi na odżywianie wewnętrzne. Wtedy źródłem energii staje się tłuszcz oraz zdegenerowane tkanki. Zjawisko to pozwala nie tylko walczyć z rakiem, ale też cofać zmiany miażdżycowe, polipy czy blizny, które dosłownie znikają z powierzchni skóry i narządów.
Nowotwór to nie wyrok śmierci
Innym spektakularnym przypadkiem jest historia pacjenta z agresywnym rakiem nerki, u którego 21 lat temu zdiagnozowano przerzuty do drugiej nerki, wątroby i węzłów chłonnych. Lekarze dawali mu rok życia. Po zastosowaniu radykalnego postu przerzuty zniknęły, a guz w nerce uległ rozpadowi, pozostawiając jedynie bliznę. Mężczyzna do dziś cieszy się doskonałym zdrowiem i idealnymi wynikami krwi.
Doktor Dąbrowska podkreśla jednak, że metoda ta nie polega na rezygnacji z leczenia akademickiego. Jest to terapia komplementarna, która przygotowuje organizm do walki i niszczy to, czego często nie potrafi chemioterapia – komórki macierzyste raka. Te „nieśmiertelne” komórki posiadają pompy usuwające leki i systemy chroniące przed promieniowaniem, ale są bezbronne wobec polifenoli zawartych w warzywach i braku insuliny we krwi.
Insulina jako ukryty silnik choroby
Większość współczesnych chorób cywilizacyjnych, w tym nowotwory, ma wspólny mianownik: insulinooporność. Nadmiar spożywanego mięsa, nabiału i cukru sprawia, że poziom insuliny oraz czynnika wzrostu IGF-1 jest stale podwyższony. To sygnał dla komórek: „dzielcie się”, co sprzyja rozrostom guzów, torbieli czy mięśniaków macicy.
Post warzywno-owocowy w ciągu zaledwie kilku tygodni potrafi cofnąć stłuszczenie wątroby i przywrócić wrażliwość komórek na insulinę. To prowadzi do wyleczenia cukrzycy typu drugiego, nadciśnienia i otyłości. Organizm, który przestaje być „zalewany” paliwem, zaczyna efektywnie gospodarować własnymi zasobami, co widać nawet po wygładzaniu się zmarszczek i przypływie energii, której często brakuje sportowcom na tradycyjnej diecie.
Zielony jadłospis onkologiczny
W wersji onkologicznej postu dr Dąbrowska zaleca jeszcze silniejsze ograniczenie cukrów. Podstawą staje się zielenina, warzywa kapustne, brokuły oraz owoce o niskim indeksie glikemicznym, jak jagody czy czarna porzeczka. Co istotne, w trakcie postu należy całkowicie wykluczyć tłuszcz, nawet zdrową oliwę z oliwek, ponieważ jej spożycie przerywa proces autofagii.
Dopiero po zakończeniu sześcioetapowego oczyszczania można stopniowo wprowadzać zdrowe tłuszcze i białka roślinne. Ważne jest, by nie wracać do starych nawyków – zwłaszcza do nadmiaru mięsa i nabiału, które u osób z predyspozycjami genetycznymi mogą ponownie uruchomić procesy chorobowe. Dla zdrowego człowieka niedzielny obiad z mięsem nie jest problemem, ale dla pacjenta na granicy życia i śmierci dieta roślinna staje się kołem ratunkowym.
Dom Ojca Pio w Radawie
Miejscem, gdzie setki osób rocznie próbują odzyskać zdrowie według tej metody, jest Dom Ojca Pio w Radawie na Podkarpaciu. Ośrodek prowadzony przez Jarosławskie Katolickie Stowarzyszenie Charytatywne łączy medycynę z duchowością. Uczestnicy turnusów nie tylko zmieniają dietę, ale biorą udział w „ścieżkach zdrowia” – spacerach po urokliwej okolicy, które wspierają proces leczenia poprzez ruch.
W Radawie ogromną rolę odgrywa wymiar duchowy. Post, będący świadomym aktem wyrzeczenia, pomaga wyciszyć emocje i oczyścić psychikę. Ludzie odzyskują harmonię, potrafią przebaczyć dawne urazy, a ich relacje rodzinne ulegają poprawie. Jak zauważa dr Ewa Dąbrowska, post leczy ciało i duszę jednocześnie, bo oba te wymiary są ze sobą nierozerwalnie połączone.
Profilaktyka zamiast tabletek
Eksperci podkreślają, że nie trzeba czekać na diagnozę, by zacząć pościć. Wiele chorób, takich jak miażdżyca czy polipy jelita grubego, rozwija się po cichu przez dekady. Regularne posty, nawet krótkie, jak popularne dziś „okno żywieniowe” (16 godzin przerwy od jedzenia), pozwalają na bieżąco usuwać mikrozmiany, zanim staną się groźne.
Przywrócenie równowagi organizmowi to wielki dar, który każdy z nas ma zakodowany w genach. Zamiast leczyć tylko objawy za pomocą kolejnych tabletek, post uderza w przyczynę chorób cywilizacyjnych. To metoda bezpieczna, o ile przeprowadzana z głową, która uczy wdzięczności za cud, jakim jest ludzkie ciało. W dobie epidemii nowotworów zmiana stylu życia wydaje się nie tyle wyborem, co koniecznością.
Podkarpacie to jeden z najpiękniejszych regionów w Polsce
Do Radawy warto przyjechać nie tylko ze względu na leczniczą dietę. Podkarpacie posiada nieodparty urok, na który mało kto okazuje się odporny. Jedną z najprzyjemniejszych aktywności podczas turnusów są tzw. „ścieżki zdrowia”. Nazwa może nie kojarzy się za dobrze tym, którzy pamiętają słusznie miniony system, ale w radawowym slangu oznacza po prostu spacery po przepięknej okolicy, w jakiej znajduje się Dom Ojca Pio.
Niedaleko od Radawy znajdują się także liczne atrakcje turystyczne. W połowie drogi do Rzeszkowa znajduje się Markowa, a w niej przepiękny skansen, na który składają się chłopskie zagrody wraz z budynkami gospodarczymi oraz drewniany kościółek kryty gontem z I połowy XVII wieku.
Niedaleko jest też do Przeworska, średniowiecznego miasteczka, w którym znajduje się gotycka budowla – dawny kościół i klasztor Bożogrobców. Innym zabytkiem jest słynący z fresków kościół i klasztor bernardynów, który swego czasu odwiedzili królowie Stefan Batory i Jan III Sobieski. Okolice Przeworska należą do jednych z ciekawszych i najatrakcyjniejszych zakątków południowo-wschodniej Polski. Park Przeworski, zaplanowany w stylu ogrodów francuskich oraz sieniawski zespół parkowo-pałacowy z XVII wieku przyciągają turystów z całego świata.
Z Radawy można też wybrać się do Łańcuta, gdzie mieści się jedna z najpiękniejszych rezydencji arystokratycznych w Europie. Zamek w Łańcucie słynie ze znakomitych wnętrz mieszkalnych oraz niezwykle bogatej i interesującej kolekcji zaprzęgów. Zespół pałacowy otoczony jest malowniczym parkiem w stylu angielskim, w którym wznoszą się liczne pawilony i zabudowania gospodarcze, niegdyś ściśle związane z życiem łańcuckiej rezydencji.
Łukasz Sośniak SJ – „deon.pl”

Nie mam rodziny. Czy moje życie nie ma sensu a Bóg o mnie zapomniał?
Mają trzydzieści kilka lub czterdzieści lat, nie są po rozwodzie ani nie owdowieli, a ich życie po prostu ułożyło się bez rodziny. Często czują się tak, jakby utknęli w poczekalni, słuchając na weselach pytań o własny ślub lub spędzając niedzielne obiady w samotności. W Kościele słyszą czasem, że ich życie nabierze wartości dopiero po znalezieniu partnera lub wstąpieniu do zakonu, ale rzeczywistość misji chrześcijańskiej jest zupełnie inna. Każdy ochrzczony, niezależnie od stanu cywilnego, ma już teraz pełnoprawne miejsce i zadania we wspólnocie.
Do konfesjonałów regularnie pukają osoby, które nie założyły rodziny nie z własnego wyboru, lecz z powodu życiowych okoliczności. Pytają wprost, czy ich życie ma sens, skoro brakuje w nim fundamentu, jakim dla wielu jest małżeństwo i dzieci – pisze na Facebooku ks. Radek Rakowski. Wieczorna cisza w mieszkaniu i brak kogoś, komu można opowiedzieć o minionym dniu, potęguje poczucie bycia zapomnianym przez Boga. Ludzie ci widzą wokół siebie rówieśników, którzy realizują schemat, który nie jest ich udziałem.
Życie to nie poczekalnia
Kościół nieświadomie popełnia błąd, sugerując osobom samotnym, że ich obecny stan to jedynie przystanek przed czymś „prawdziwym”. Często pada zdanie: „może kogoś jeszcze poznasz”, co spycha życie singla na boczny tor oczekiwania. Innym razem proponuje się im drogę zakonną lub kapłańską jako jedyną alternatywę dla małżeństwa, co zawęża pole życiowej misji do zaledwie trzech ścieżek. Tymczasem nauczanie Kościoła wskazuje na znacznie szersze horyzonty.
Kościół
Leon XIV przypomina, że żaden ochrzczony nie jest obcy wobec misji Kościoła. Misja ta nie bierze początku w sakramencie małżeństwa ani w święceniach, lecz zaczyna się w momencie chrztu. Każdy wierny ma udział w działaniach wspólnoty zgodnie ze swoim obecnym stanem życia. Oznacza to, że wartość człowieka i jego rola nie są zawieszone do czasu zmiany statusu cywilnego, lecz trwają tutaj i teraz.
Wspólnota budowana przez samotnych
Praktycznym dowodem na te słowa są doświadczenia z poznańskiej Łaciny. Osoby, które przyszły tam same, z czasem stały się filarami lokalnej parafii, podejmując zadania, bez których to miejsce przestałoby funkcjonować. Nie stało się to na drodze oficjalnych nominacji, ale poprzez naturalne odkrycie własnej użyteczności i potrzeb wspólnoty. Dzięki takiemu zaangażowaniu ich życie nabrało głębszego sensu, a wieczory przestały być spędzane w izolacji.
Aktywność we wspólnocie nie jest magicznym sposobem na całkowite usunięcie tęsknoty za drugim człowiekiem, ale zmienia perspektywę patrzenia na własną codzienność. Ludzie ci przestają czuć się jak obserwatorzy cudzego szczęścia, a stają się twórcami wspólnego dobra. Ich zaangażowanie pokazuje, że poczucie sensu płynie z bycia potrzebnym i zauważonym przez innych.
Zaproszenie bez zobowiązań
Dla osób, które czują, że ich życie znajduje się w zawieszeniu, kluczowe jest uświadomienie sobie, że są kochane dokładnie takie, jakie są w tej chwili. Nie ma potrzeby deklarowania czegokolwiek ani składania obietnic, by sprawdzić swoje miejsce w Kościele. Można zacząć od zwykłej obecności na niedzielnej Mszy świętej o godzinie dziewiętnastej, by przyjrzeć się lokalnej wspólnocie.
Wspólna kawa po nabożeństwie lub udział w kursie Alpha to kolejne kroki, które pomagają w poszukiwaniu relacji i sensu bez narzuconej presji. Kurs Alpha jest szczególnie polecany osobom szukającym odpowiedzi na fundamentalne pytania w atmosferze wolności. To szansa na spotkanie ludzi w podobnej sytuacji i odkrycie, że samotność nie musi oznaczać wykluczenia z misji chrześcijańskiej.
Facebook/Radek Rakowski/łs – za „deon.pl”

„Święty dreszcz”. Nauka pokazuje, dlaczego potrzebujemy katedr, gór i liturgii
Wobec ogromu człowiek się kurczy – i dobrze mu z tym. To nie jest jedynie religijnie motywowana teza. Potwierdzają to badania naukowe.
Badania naukowe potwierdzają to, co duchowość intuicyjnie wie od wieków: doświadczenie zachwytu i piękna – czy to w górach, czy pod sklepieniem katedry – uczy nas pokory i zmniejsza nasze „ja”. To właśnie ów „święty dreszcz” otwiera ludzkie serce na ciszę, relacje z innymi i głębsze przeżywanie wiary.
Jak się kurczymy wobec ogromu?
W kalifornijskim Parku Narodowym Yosemite, u stóp potężnych granitowych ścian, turyści poproszeni o narysowanie samych siebie, kreślili wyraźnie mniejsze autoportrety niż osoby, którym to samo zadanie dano na zatłoczonym nabrzeżu w San Francisco. Podpisywali się też drobniejszym pismem, a gdy mieli wskazać na skali siedmiu kółek różnej wielkości to, które najlepiej oddaje ich „ja", wybierali mniejsze. Eksperyment ten, opisany w 2017 roku w „Journal of Personality and Social Psychology" przez zespół Yang Bai i Dachera Keltnera z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley, uchwycił coś, co religia przeczuwa naturalnie: wobec ogromu człowiek się kurczy – i dobrze mu z tym.
Czym właściwie jest zachwyt?
Keltner bada tzw. emocję “awe” od blisko dwudziestu lat. Wraz z Jonathanem Haidtem zdefiniował ją przez dwie cechy: postrzegany ogrom oraz „potrzebę akomodacji” – konieczność przebudowania dotychczasowych map umysłu, gdy to, co widzimy, przerasta nawykowe rozumienie świata. Polskie „zachwyt” oddaje „awe” tylko w połowie. Celniejszy jest niemiecki „Ehrfurcht”, splatający cześć (Ehre) z lękiem (Furcht) – właśnie ów święty dreszcz.
Sercem tego zjawiska jest mechanizm tzw. „małego ja": wobec czegoś przytłaczająco większego od nas nasze poczucie własnej ważności słabnie, a uwaga przenosi się z samego siebie na to, co dokoła. Zmniejszenie poczucia własnej ważności nie jest tu upokorzeniem; przeciwnie – otwiera na to, co większe. Co ciekawe, w tym samym badaniu osoby, które danego dnia przeżyły zachwyt o źródle duchowym, czuły się mniejsze niż wtedy, gdy zachwyt płynął skądinąd. Doświadczenie religijne skuteczniej wyciszało ich „ja”.
Kościół, który oddycha ciszą
Dokąd to prowadzi? Lekarz Arndt Büssing z Uniwersytetu Witten/Herdecke przebadał 250 niemieckich sióstr i braci zakonnych – między innymi jezuitów, franciszkanów i benedyktynów. Badanie opublikowano w 2024 r. w czasopiśmie naukowym „Journal of Religion and Health”. Ze swobodnych wypowiedzi ankietowanych wyłoniło się sześć źródeł zachwytu; najczęściej wskazywano drugiego człowieka, przyrodę i praktyki religijne. To, że na pierwszym miejscu znalazł się drugi człowiek, nie jest przypadkiem – w zebranych na całym świecie relacjach o zachwycie, które wspomniany wyżej psycholog Dacher Keltner opisał w książce „Awe” (2023), prym wiodło „piękno moralne”: odwaga, dobroć i siła charakteru zwykłych ludzi. Świadkowie wiary, święci i bohaterowie, są jego najczystszą postacią.
Zakonnicy mówili też o romańskich kościołach i małych kaplicach, które „oddychają ciszą”, o liturgii godzin i adoracji. Cisza nie znaczyła tu braku dźwięku, lecz wewnętrzne wyciszenie w rytmie wspólnej modlitwy. Strzeliste sklepienie, klęknięcie, powracające gesty rytuału – wszystko to na swój sposób sprowadza człowieka do właściwej miary: nie miażdży go, lecz obejmuje.
Zachwyt można wyćwiczyć
Czy to tylko doświadczenie osób konsekrowanych? Psycholog Sebastian Skalski-Bednarz wraz ze współpracownikami przebadał w latach 2021–2022 ponad tysiąc polskich katolików. Wyniki ukazały się na łamach czasopisma „Frontiers in Public Health”. Uczestnicy, którzy w trudnościach opierali się na zaufaniu do Boga i szukali w Nim wsparcia, byli bardziej zadowoleni z życia i cieszyli się lepszym samopoczuciem. Co ważne, postrzeganie przyrody i ciszy częściowo pośredniczyło w tej zależności: wiara sprzyja dobrostanowi także dlatego, że otwiera na uważne obcowanie z naturą i milczeniem. Ten efekt był w wynikach badania realny, choć niewielki.
Zachwytu można się też uczyć. Virginia Sturm i Dacher Keltner wykazali w 2020 roku, że starsi dorośli, którzy przez osiem tygodni odbywali cotygodniowe piętnastominutowe „spacery zachwytu”, z uwagą nastawioną na to, co budzi podziw, sygnalizowali większy przyrost emocji prospołecznych i wyraźniejszy spadek codziennego napięcia niż osoby spacerujące bez tego nastawienia. W przeglądowym artykule „Zachwyt jako droga do zdrowia" (2023) Maria Monroy i Dacher Keltner zebrali badania łączące takie chwile z lepszą kondycją – tak psychiczną, jak i fizyczną. Zatem każde z tych elementów – góra, las, rozgwieżdżone niebo – działa z podobną siłą, o ile pozwolimy sobie naprawdę je zobaczyć.
Dlaczego wznosimy świątynie?
Katedra, górski szczyt czy liturgia robią więc to samo, choć różnymi drogami. Każde na moment przekracza miarę pojedynczego życia i przypomina, że należymy do czegoś rozleglejszego. Nauka o zachwycie nie dowodzi istnienia Boga – ale tłumaczy, dlaczego człowiek od zawsze wznosił świątynie „sięgające” nieba i szukał ciszy, w której „ja" milknie.
Jarosław Kumor – „aleteia.pl”

Ta para staruszków w kilka minut pokazała mi, czym jest małżeństwo
To historia raczej zwyczajna. Zaobserwowana. Ale w tej swojej zwyczajności jakby niezwyczajna. Posłuchajcie…Warszawa. Zwykły powszedni dzień. Duże skrzyżowanie jednych z dwóch głównych ulic miasta. Jak to w dużej aglomeracji bywa, każdy gdzieś pędzi. Kwiaciarka ze swego stoiska na rogu obsługuje klienta. Właśnie kupił u niej trzy czerwone róże. Na pobliskim przystanku autobusowym kilkadziesiąt osób wyczekuje z utęsknieniem autobusu. Jest dość chłodno.
Kilkunastominutowe stanie w miejscu na mrozie może być rzeczywiście przykre. Światła zmieniają się cyklicznie, przepuszczając co minutę kolejny gigantyczny sznur warczących pojazdów. Są samochody, są motocykle, busy, ciężarówki. Każdy w określonym celu. Jadą. Pędzą. Raz na jakiś czas co bardziej niecierpliwy użyje klaksonu, aby pobudzić do jazdy kierowcę stojącego przed nim, który nie zauważył zmieniającego się na zielone światła. Pewnie zapatrzył się w telefon. Albo odpisywał na kolejką wiadomość z kategorii tych, które „nie mogą czekać”. Słowem: dzień, jak co dzień.
Para staruszków w tłumie
Na chodniku stoi para starszych ludzi. On w skromnym, acz eleganckim ocieplanym płaszczu. Z grubym szalikiem owiniętym wokół szyi, zasłaniającym także brodę i usta. Obok niego, idąca pod rękę kobieta. W spódnicy do kolan. W granatowej kurtce. Wełniana czapka. Spod której widać bardzo pogodne oczy. Porusza się wolno. Ale dostojnie.
Stoją w oczekiwaniu na światło dla pieszych. Wokół nich zdążyło się już zgromadzić kilka innych osób. Pierwsze samochody już się zatrzymują. Zaraz powinno zapalić się zielone. Jest. Ludzie ruszyli. Niektórzy biegną, widząc nadjeżdżający autobus. Inni długimi susami pokonują przejście w kilkanaście sekund. Ktoś rozmawia przez telefon. Młoda dziewczyna idzie, nie patrząc nawet przed siebie. Jest pochylona nad swoim smartfonem. Wspomniana para starszych ludzi idzie ostatnia.
Najlepsze z rozwiązań
Pan jakby chciał iść szybciej. Jakby przewidywał, że tym tempem mogą utknąć na wysepce rozdzielającej oba pasy ruchu. Najwyraźniej wolałby mieć to skrzyżowanie już za sobą. Kobieta idzie jakby pół kroku za nim. Nadal oparta. Można odnieść wrażenie, że celowo go spóźniająca. Wręcz wtulająca się w ramię swego mężczyzny. Jakby chciała mu coś zakomunikować. Zatrzymać. Spowolnić.
– Chodź. Bo nie zdążymy… – mówi zza opatulającego brodę wełnianego szalika mężczyzna.
– … – kobieta w pierwszej chwili próbuje przyspieszyć, aby zdążyć na mrugającym już zielonym. Po chwili jednak można odnieść wrażenie, że wraca do poprzedniego tempa.
– No, chodź. Znów będziemy stali i czekali – ponownie odzywa się starszy mężczyzna.
– Kochany, a powiedz mi, gdzie mam się spieszyć, kiedy jestem z tobą?
Mężczyzna zwalnia tempo i spogląda na małżonkę. Po zmarszczkach na oczach widać, że delikatnie się uśmiechnął. Już nic nie musi mówić. Oboje przystają na ulokowanej między pasami ruchu wysepce dla pieszych. Już czerwone. Poczekają. Ale razem.
Takich scenek jest więcej. Dzieją się wokół nas. Wystarczy poobserwować. Wystarczy posłuchać. Wystarczy popatrzeć. Jedne z piękniejszych rekolekcji wielkopostnych. I zarazem kurs przedmałżeński w pigułce. Ludzie, którzy przeżyli ze sobą z całą pewnością niejedno. Niejedną kłótnię. Niejeden kryzys. Niejedno „przepraszam”. A dziś? Dziś już im się nie spieszy. Nadal bycie razem jest dla nich najlepszym rozwiązaniem. Także na czekanie na zielone.
Stefan Czerniecki – „aleteia.pl”

Święci i błogosławieni w tygodniu
NIEDZIELNA EUCHARYSTIA W KOŚCIOŁACH W OKOLICY
Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach
niedziele i święta: 6.30, 8.00, 9.30, 11.00, 12.30 (oprócz VII i VIII), 16.00, 19.00,
dni powszednie – 7.00, 7.30, 18.00.
Parafia Matki Bożej Pocieszenia, ul. Bulwarowa 15a
niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00, 18:00, 20:00
dni powszednie: 7:00, 15:00, 18:00
Parafia Matki Bożej Częstochowskiej, os. Szklane Domy 7,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 17:00 (oprócz VII i VIII),
19:00 (oprócz VII i VIII), 20:30
dni powszednie: 6:30, 8:00, 18:00
Parafia Matki Bożej Królowej Polski, Arka Pana, ul. Obrońców Krzyża 1
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 16:00, 17:30, 19:00,
dni powszednie: 6:00, 6:30, 7:00, 7:30, 8:00, 11:00, 18:00
Bazylika Krzyża św. - klasztor
(pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Wacława)
niedziele i święta: 06.30, 08.00, 09.30, 11.00, 12.30, 14.00 (oprócz VII i VIII)
dni powszednie: 06.30, 07.30, 08.30, 16.00 (w piątki), 18.00.
Parafia św. Bartłomieja Apostoła, Mogiła, ul. Klasztorna 11,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 14:00 (oprócz VII, VIII), 16:30, 18:00
dni powszednie: 6:00, 7:00 (oprócz VII i VIII), 7:30, 8:30, 18:00
Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Teatralne,
niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00 (oprócz VII i VIII), 18:00, 19:30
dni powszednie: 6:30 (oprócz VII i VIII), 7:00, 18:00
Parafia św. Stanisława Biskupa Męczennika, Kantorowice 122,
niedziele i święta: 9:00, 11:00, 18:00, dni powszednie: 8:00, 17:00, (18.00- lato)
Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Lubocza,
niedziele i święta: 8:00, 10:30, 17:00, dni powszednie: 7:00, 17:00
Parafia Matki Bożej Wspomożenia Wiernych, Prusy,
niedziele i święta: 7:30, 9:30, 11:30,
dni powszednie: 18:00 (pon., śr., pt.), 6:30 (wt., czw., sob.)
Parafia św. Maksymiliana Marii Kolbego, Mistrzejowice,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 10:30, 11:00, 13:00, 17:00, 19:00
dni powszednie: 6:30, 7:00, 7:30, 18:00
NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:
strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl