W BLASKU MIŁOSIERDZIA
30/1086 – 5 lipca 2026 r. A.
INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA
Niedziela, 5 lipca 2026 r.
XIV NIEDZIELA ZWYKŁA (rok A)
Kolor szat liturgicznych: zielony
Czytania:
Pierwsze czytanie: Za 9,9–10
Psalm: Ps 145
Drugie czytanie: Rz 8,9.11–13
Ewangelia: Mt 11,25–30
Ewangelia:
Jezus cichy i pokornego serca
Mt 11, 25-30
✠ Słowa Ewangelii według Świętego Mateusza
W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: «Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie.
Wszystko przekazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn i ten, komu Syn zechce objawić.
Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem słodkie jest moje jarzmo, a moje brzemię lekkie».
Komentarze:
Chrześcijańska pokora źródłem pokoju społecznego. Najpierw o królu, który jedzie na osiołku, potem o życiu wedle ducha, potem wezwanie do przyjęcia jarzma. Co te czytania mają ze sobą wspólnego? Łączy je chyba głownie pogodny klimat, klimat prostoty, pokoju i radości. Ale przede wszystkim są one o Bogu, który myśli na opak. To znaczy zupełnie inaczej niż my, ludzie. I ma nieprzystającą do ludzkiej hierarchię ważności (!).
Skomplikowana ta Chrystusowa Ewangelia? Nie. Trzeba tylko według niej poukładać hierarchię wartości.
Wszystko wtedy staje się proste, jasne i nieskomplikowane... By iść za Jezusem nie trzeba doktoratów. Może nawet wręcz przeciwnie.
Bóg kocha słabe środki. Pewnie dlatego, że na ich tle wyraźniej widać, że to On działał, nie sam człowiek. Kto ma oczy otwarte, ten to dostrzega. Kto nie chce widzieć, może odwrócić wzrok. Bóg nie przytłacza siła argumentów. Czeka na ludzkie serce....
I dlatego też "tajemnicę królestwa oznajmia prostaczkom". Nie że "mądrzy i roztropni" nie widzą. Widzą tyle samo, co wszyscy. Mądrzy i roztropni częściej odwracają wzrok, zatykają uszy. Słyszą uchem, ale nie przyjmują sercem...
"Mądrzy i roztropni" mają też tendencję do komplikowania wszystkiego tak, że nawet przeciętnie inteligentny człowiek we wszystkim tym się gubi. Nie rozumie, czemu wyraźnie białe nagle staje się dla mędrców szare, a takież samo staje się to, co było czarne. I wszystko jest szarością. Nie rozumie tej żonglerki prawdami, zasadami.... Ale dlatego ma szanse przyjąć naukę Jezusa taką, jaka naprawdę jest.
Czy łagodnością można zmienić świat? Wedle logiki dzisiejszego świata zmienić go może raczej siła, przemoc, pieniądz, manipulacja.... A Bóg, przez Chrystusa, zmienił świat po ludzku przegrywając...
Andrzej Macura
W dzisiejszym numerze:
- „Przyjdźcie do Mnie wszyscy”
- Słodkie jarzmo i lekkie brzemię
- Abp Damiano: ignorowanie migrantów to zdrada Ewangelii – Lampedusa
- O szacunek dla ludzkiego życia
- Czy naprawdę w Polsce zaczyna brakować księży?
- Filmy wszech czasów: Dom Gucci
- Followers to nie przyjaciel. Oto największe złudzenie social mediów
- Całe szczęście, że nie jesteś wujkiem
- Święci i błogosławieni w tygodniu
„Przyjdźcie do Mnie wszyscy”.
Zanim doczytamy zaproszenie Jezusa: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy”. Jacy? Utrudzeni, obciążeni. Po co? Żeby doświadczyć mocy umocnienia od Jezusa.
Warto dostrzec, że ten sam fragment Ewangelii u św. Łukasza, nazywany Hymnem Radości, jest odpowiedzią Jezusa na radość uczniów, którzy wracają z misji.
Powrót uczniów, rozradowanie się Jezusa w Duchu Świętym: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi”. To wszystko ma trochę inny kontekst w Ewangelii św. Mateusza.
Jezus obchodzi wioski i miasta. To jest ciąg dalszy tego, co było w mowie misyjnej. Jezus daje słowo i to słowo realizuje.
Realizuje także pośród uwięzienia Jana Chrzciciela, który znalazł się w więzieniu. Kiedy przed Jezusem pojawiają się uczniowie, Jezus mówi: proroctwa się realizują. Ślepi widzą, chromi chodzą, trędowaci są oczyszczeni, ubogim głosi się dobrą nowinę. I jest to błogosławieństwo szczególne dla nas dzisiaj: błogosławiony, kto we Mnie nie zwątpi.
Jezus, przyjaciel celników i grzeszników, staje wobec niewiary Korozain, Betsaidy i Kafarnaum. Jakby wobec tego wszystkiego, co się dzieje, mówi: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi”.
I Tobie, i mnie czyni to niezwykłe zaproszenie: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy utrudzeni i obciążeni. Weźcie moje jarzmo na siebie”.
Jarzmo prawa często tę wiarę zabijało. Jarzmo Jezusa daje poznać, że oto słowo, które realizuje się we mnie i w Tobie, dzieje się mocą nie moją, nie Twoją, lecz mocą Jezusa.
Dać się zaprząc w Jezusowe jarzmo, to znaczy wziąć swój krzyż, krzyż codzienności, krzyż tego wszystkiego, co oddziela mnie od Boga, i mieć odwagę oraz pokorę postępować za Jezusem.
ks. Wenacjusz Zmuda – „mateusz.pl”
Słodkie jarzmo i lekkie brzemię
Naród Wybrany, przebywający na wygnaniu i uciemiężony jarzmem niewoli, oczekiwał swojego Wybawiciela – Mesjasza – Wodza. Rabini mówili o jarzmie Tory. Jezus wskazuje na swoje słodkie jarzmo i lekkie brzemię, w postaci miłości Boga i bliźniego, jako doskonałe wypełnienie Prawa Bożego. Jezus, „cichy i pokornego serca”, jest zarówno wzorem nauczyciela, jak i idealnym uczniem w szkole swojego i naszego Ojca w niebie.
„Pokój ludom obwieści”. Prorok Zachariasz (hebr. Zecharja – „Jahwe pamięta”; VI w. przed Chr.) w swoim mistycznym przeżyciu, pełnym apokaliptycznych wizji, „widzi” przyszłego, obiecanego Mesjasza – Króla. Król opisany w tym fragmencie księgi jest przyszłym ziemskim władcą, zdolnym zapoczątkować pokojowe panowanie jako rezultat Bożego zwycięstwa i panowania. Jakże Jego obraz jest radykalnie różny od triumfalnych i pełnych megalomanii wyobrażeń Izraelitów, przebywających aktualnie w ziemi niewoli, „skutych żelazem i nędzą”. „Pokorny – jedzie na osiołku, na oślątku, źrebięciu oślicy… łuk wojenny zostanie złamany”. W większości przypadków złamanie łuku wojennego było obrazem zwycięskiego podboju. W tym fragmencie proroctwa wspomniana czynność zapobiega przyszłej bitwie i wyraża dążenie do pokoju „aż po krańce ziemi”. W innych tekstach biblijnych Starego Testamentu ta sama idea wyrażona została za pomocą obrazu przekucia mieczy na lemiesze i włóczni na sierpy (Iz 2,4).
„Wy nie żyjecie według ciała, lecz według Ducha”. Według tradycji żydowskiej, gdy przyjdzie Mesjasz, wszyscy członkowie Bożego ludu otrzymają Ducha, który będzie w nich działał. Duch, stanowiący nową podstawę chrześcijańskiego życia, pochodzi od Boga, to znaczy z tego samego źródła, z którego wypływają inne przejawy dzieła zbawienia. Człowiek ochrzczony nie tylko przebywa „w Duchu”, lecz Duch również w nim zamieszkuje. Św. Paweł używa zamiennie wyrażeń „Duch Boży”, „Duch Chrystusowy” i „Chrystus”, chcąc wyrazić wieloaspektowy charakter chrześcijańskiego doświadczenia uczestnictwa w życiu samego Boga. Szczególna więź z Chrystusem możliwa jest jedynie dzięki „uduchowieniu” i „przebóstwieniu” człowieka. Chrześcijanin, który należy już do Chrystusa, jest nowym stworzeniem, otrzymującym moc do „życia dla Boga” dzięki życiodajnemu działaniu Jego Ducha. Bóg już wskrzesił Jezusa i wydarzenie to jest pewnym znakiem, że kiedyś zmartwychwstaną również pozostali. Ludzie żyjący według ciała, jako istoty grzeszne polegające wyłącznie na własnych siłach, umrą, lecz ci, którzy żyją mocą Ducha, zmartwychwstaną dzięki Niemu.
„Uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych”. Jezus w sposób uroczysty i publiczny objawia Bożą mądrość. Została ona jednak objawiona ludziom prostym, niewykształconym i pokornym, którzy bez żadnych wstępnych założeń, uprzedzeń i warunków przyjmują niezasłużony dar bycia wybranymi adresatami oraz obdarowanymi ścisłą zażyłością z Bogiem Ojcem i Bogiem Synem. „Wszystko przekazał Mi Ojciec mój”. Tylko Jezus stanowi osobowy wymiar Bożego objawienia i tylko On – Syn – zna Ojca oraz może Go objawić tym, którym zechce. Tymi wybranymi są utrudzeni i obciążeni (am ha’arec). Rabini mówili o jarzmie Tory. Jezus wskazuje na swoje słodkie jarzmo i lekkie brzemię, w postaci miłości Boga i bliźniego, jako doskonałe wypełnienie Prawa Bożego. Przedkładanie Boga i drugiego człowieka ponad siebie wymaga jednak wielkiej pokory i cichości serca.
Pokorny Jezus jest zarówno wzorem nauczyciela, jak i idealnym uczniem w szkole swojego Ojca. „Wszystko przekazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn i ten, komu Syn zechce objawić”.
Profesor nadzwyczajny Istituto Superiore di Teologia Morale (antropologia filozoficzna – specjalność bioetyka), Accademia Alfonsiana, obecnie wykładowca teologii moralnej (bioetyka) w Instytucie Teologicznym Księży Misjonarzy – Kraków
o. Edmund Kowalski CSsR „redemptor.pl”
Roman Koszowski /Foto Gość Lampedusa
Pomnik „Brama Lampedusy – Brama Europy”
Abp Damiano: ignorowanie migrantów to zdrada Ewangelii - Lampedusa
Cmentarz, Brama do Europy i molo w Favaloro – to trzy przystanki jutrzejszej podróży Leona XIV na Lampedusę, wyspę, która stała się symbolem gościnności migrantów szukających ratunku przed morzem. To „znak uwagi i ciągłości” wobec wspólnoty, „która zawsze wyróżniała się gościnnością”. Tak arcybiskup Agrygentu, Alessandro Damiano podsumował w wywiadzie dla SIR znaczenie wizyty papieża.
Papież Leon przybywa na Lampedusę 13 lat po Papieżu Franciszku, który wybrał wyspę jako cel swojej pierwszej podróży apostolskiej. Jakie znaczenie ma ta wizyta dla mieszkańców Lampedusy?
Wizyta papieża Leona XIV na Lampedusie jest znakiem troski i ciągłości. Troski o wspólnotę wyspiarską, która zawsze wyróżniała się gościnnością, oraz kontynuacji proroczego wyboru dokonanego przez papieża Franciszka trzynaście lat temu, kiedy wybrał Lampedusę jako cel swojej pierwszej podróży apostolskiej.
Cmentarz, Brama do Europy i molo Favaloro to przystanki na trasie wizyty. Jaki jest ich plan?
Ojciec Święty rozpocznie swoją wizytę duszpasterską od spaceru ścieżkami cmentarza na Lampedusie i zatrzymania się przy grobach migrantów. Będzie to pierwszy przystanek podczas jego krótkiej wizyty na wyspie. Myśl i modlitwa za tych, którym się nie udało, za wielu mężczyzn, kobiety i dzieci, którzy szukając lepszego życia, znaleźli śmierć. Jest to również wyraz uznania dla pobożności wspólnoty, która nigdy nie uchylała się od obowiązku zapewnienia godnego pochówku zmarłym na morzu, czego przykładem są wszystkie inne gminy prowincji Agrigento. Drugi etap obejmuje natomiast spotkanie z tymi, którym udało się dotrzeć na Lampedusę. Przed Bramą do Europy i w pobliżu molo Favaloro – które z tej okazji zostanie poświęcone papieżowi Franciszkowi – Leon XIV spotka się kolejno z rodziną, która dotarła na Lampedusę i jest teraz w pełni zintegrowana, oraz z grupą migrantów w tranzycie, gośćmi tego newralgicznego punktu wyspy. Trzeci etap wreszcie to spotkanie ze wspólnotą i Eucharystia na stadionie, będąca podsumowaniem całej wizyty. W modlitwie, „jeden w jednym Chrystusie”, Kościół pielgrzymujący na ziemi zjednoczy się z liturgią niebiańską w jednym dziękczynieniu.
Trzynaście lat temu papież Franciszek potępił „globalizację obojętności” na Morzu Śródziemnym, które stało się cmentarzem. Co zmieniło się od tego czasu?
Niestety, w porównaniu z sytuacją sprzed 13 lat niewiele się zmieniło. Ojciec Święty, oprócz potępienia – idąc w ślady swojego poprzednika – „globalizacji obojętności”, potępił również pokusę „globalizacji bezsilności”. Przyzwyczajanie się do myśli, że nic nie może się zmienić, lub ignorowanie wielu ludzi, którzy wciąż tracą życie i o których nikt nie mówi (poza nielicznymi wyjątkami), oznacza zdradę Ewangelii i nieuznawanie losu całych populacji. Papież powtórzył to podczas swojej niedawnej podróży do Hiszpanii i na Wyspy Kanaryjskie, wzywając Kościół, aby nie ignorował żadnego miejsca, gdzie głód, pragnienie, przemoc, strach lub wygnanie nadal podważają ludzką godność.
Mieszkańcy Lampedusy zawsze wyróżniali się hojnością w przyjmowaniu migrantów. Jaką sytuację zobaczy papież Leon?
Społeczność Lampedusy zawsze wyróżniała się gościnnością. Położenie geograficzne wyspy zawsze sprzyjało tej charakterystycznemu dla niej wymiarowi. Przez całą historię wyspy ci, którym udało się wylądować i zatrzymać przed kontynuowaniem podróży, mieli możliwość zjedzenia posiłku i bycia przywitanym, niezależnie od pochodzenia czy przekonań religijnych. Tak było jeszcze kilka lat temu. W ostatnich latach przyjmowanie migrantów stało się zinstytucjonalizowane. Migranci w tranzycie nie spotykają się już ze wspólnotą, ale z personelem odpowiedzialnym za różne etapy, które – w ciągu niewiele ponad jednego dnia – pozwalają im dotrzeć do ośrodków recepcyjnych zlokalizowanych w innych miejscach. Papież Leon spotka się ze wspólnotą oddaną pracy, naznaczoną doświadczeniami przyjmowania i tragedii, które nie zacierają się w ich umysłach i sercach.
Wielu młodych ludzi nie doświadczyło wizyty papieża Franciszka i istnieje ryzyko, że zostaną przytłoczeni wyłącznie negatywną narracją o migrantach. Czego oczekują od papieża Leona?
Niestety, istnieje ryzyko przytłoczenia negatywną narracją o migrantach. I niestety, pewien sposób relacjonowania wydarzeń – zwłaszcza gdy w wiadomościach pojawiają się cudzoziemcy – ją napędza. Wierzę, że młodzi ludzie, a wraz z nimi cały Kościół w Agrygencie, oczekują od papieża Leona XIV zachęty do zachowania wartości, które uczyniły naszą ziemię piękną: gościnności, gotowości do podejmowania ryzyka, hojności. Wartości te pozwoliły wielu ludziom doświadczyć migracji nie jako inwazji, ale jako okazji, by pozwolić Bogu spotkać się z nimi.
Co powiecie Papieżowi? Czy jest jakaś nadzieja, którą wiążecie z tą wizytą?
Podziękuję Papieżowi w imieniu Kościoła w Agrygencie. Jego wizyta na Lampedusie będzie kolejnym znakiem nadziei, ponieważ przypomni całemu światu, że Kościół nadal towarzyszy ludzkości i wskazuje na Ewangelię jako drogę ucieczki przed pokusami obojętności i bezsilności.
pb – „wiara.pl”
Henryk Przondziono /Foto Gość
O szacunek dla ludzkiego życia
W lipcu papież Leon XIV zachęca nas do modlitwy o uznanie wyjątkowej i niepowtarzalnej wartości każdego człowieka, a także by nasze społeczeństwa otwarły się na ochronę życia poprzez miłość, czułość i odpowiedzialność.
W intencji modlitewnej na lipiec papież Leon XIII zachęca nas do modlitwy o uznanie wyjątkowej i niepowtarzalnej wartości każdego człowieka, a nasze społeczeństwa otwarły się na ochronę życia poprzez miłość, czułość i odpowiedzialność.
Życie ludzkie jest świętym darem, który zasługuje na przyjęcie, ochronę i troskę na każdym etapie. Niemniej jednak w wielu częściach świata nadal utrzymuje się obojętność, wykluczenie i przemoc, zagrażające godności człowieka, zwłaszcza osób szczególnie wrażliwych. Gdy szacunek dla życia maleje, narasta kultura odrzucenia, pozostawiając wielu bez opieki, wsparcia i uznania, których potrzebują.
W intencji modlitewnej na lipiec papież Leon XIII zachęca nas do modlitwy o uznanie wyjątkowej i niepowtarzalnej wartości każdego człowieka, a nasze społeczeństwa otwarły się na ochronę życia poprzez miłość, czułość i odpowiedzialność.
Poniżej publikujemy tłumaczenie modlitwy na język polski.
W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.
Panie życia,
stworzyłeś nas z miłości i powołałeś do życia w pełni.
Każdy człowiek jest świętym darem, który odzwierciedla Twoje oblicze
od pierwszej chwili swego istnienia
aż po ostatni oddech swej ziemskiej drogi.
Dziś prosimy Cię o łaskę uznania i strzeżenia
wyjątkowej i niepowtarzalnej wartości każdego człowieka.
Naucz nas przyjmować życie bez warunków,
z czułością wspierać to, co kruche,
towarzyszyć każdemu etapowi życia z szacunkiem
i odważnie bronić tych, którzy nie mają głosu.
Wybacz nam, Panie,
gdy popadamy w obojętność lub kulturę odrzucenia,
gdy przestajemy widzieć w drugim istotę godną miłości.
Daj nam nowe serce, zdolne zawsze wybierać życie,
i hojne ręce, które będą je chronić konkretnymi czynami.
Uczyń swój Kościół żywym świadectwem Ewangelii życia,
otwartym domem, gdzie każde życie jest świętowane,
gdzie nikt nie czuje się niepotrzebny
i gdzie godność jest zawsze szanowana i strzeżona.
Panie Jezu,
spraw, abyśmy kochali życie tak, jak Ty je kochasz:
z czułością, wiernością, darem z siebie.
Abyśmy potrafili głosić słowami i czynami,
że każde ludzkie życie jest godne pełnego daru z nas samych.
Amen.
Leon XIV - BP Stolicy Apostolskiej – „wiara.pl”
Ksiądz katolicki zastanawia się nad czymś, podpierając ręką brodę
Monika Wisniewska facebook
Czy naprawdę w Polsce zaczyna brakować księży?
W czerwcu 2026 roku kard. Grzegorz Ryś, metropolita krakowski, poprosił księży archidiecezji, którzy w tym roku osiągali wiek emerytalny, o pozostanie w posłudze jeszcze przynajmniej rok. Prośba ta koresponduje z danymi – krakowskimi, ale i ogólnopolskimi – na temat liczebności duchowieństwa.
W archidiecezji kard. Rysia w tym roku na emeryturę powinno przejść 16 księży a tylko 4 zostało wyświęconych. Oczywiście, według prawa kanonicznego, posługa księdza nie kończy się w 65. roku życia, proboszczowie powinni składać rezygnację dopiero po 75. urodzinach. Jednak w praktyce Kościół bierze pod uwagę wyznaczony w świeckim porządku prawnym wiek emerytalny. Dlatego też gest krakowskiego kardynała zwraca uwagę, jest on znakiem zmiany. Przyjrzyjmy się jej.
Liczba księży i kleryków
Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego SAC co roku publikuje dane na temat liczebności polskich księży. W 2023 roku do polskich diecezji inkardynowanych było 23 612 księży, o 153 mniej niż rok wcześniej, a liczba księży posługujących duszpastersko w parafiach spadła w tym samym roku do 18 553. Liczba alumnów diecezjalnych zmniejszyła się ponad pięciokrotnie między 1992 a 2024 rokiem – z 5 367 do 984 osób. W 2024 roku święcenia kapłańskie przyjęło 235 mężczyzn, o 50 mniej niż rok wcześniej. Według danych podanych jesienią 2025 roku przez ks. Tomasza Koprianiuka, dyrektora Krajowego Biura Organizacyjnego Światowych Dni Młodzieży, liczba seminarzystów spadła z 1690 w 2023 roku do 1453 w 2025 (974 w seminariach diecezjalnych, 479 w zakonnych).
Warto dodać, że liczba księży w Polsce wciąż jeszcze przewyższa stan z początku lat 80. W stosunku do 1981 roku, kiedy księży było 20 676, ich liczba do 2011 roku wzrosła o niemal 10 tysięcy (48 procent), głównie w związku ze wzrostem powołań w latach 80. i 90. Roczniki wyświęcone w tym okresie osiągają dziś wiek emerytalny; jednocześnie napływ nowych kleryków jest kilkukrotnie niższy. Proporcja z Krakowa pomiędzy zapowiadanymi emeryturami, a nowo wyświęconymi, odzwierciedla tę różnicę w skali diecezji.
Liczba wiernych
Problem dotyczy nie tylko liczby księży, ale też liczby wiernych korzystających z ich posługi. Wskaźnik dominicantes (odsetek katolików uczestniczących w niedzielnej Mszy) wynosił w 2019 roku 36,9 procent, a w 2023 roku spadł do 29,02 procent. W 2024 roku odnotowano niewielki wzrost – do 29,6 procent (communicantes: 14,6 procent) – ale poziom pozostaje wyraźnie niższy niż przed kilkoma laty. Do tego dochodzi prognoza demograficzna GUS: do 2060 roku liczba ludności Polski ma się zmniejszyć o 6,6 miliona osób względem 2024 roku, głównie w związku ze wzrostem umieralności pokolenia wyżu demograficznego z lat 80. i utrzymującą się niską dzietnością (w 2025 roku współczynnik dzietności spadł do najniższego poziomu w historii pomiarów).
Liczba księży będzie więc w najbliższych latach spadać szybciej niż liczba ludności Polski w ogóle, natomiast liczba praktykujących wiernych może zmniejszać się szybciej niż jedno i drugie, ponieważ do samej demografii dochodzi proces spadku praktyk religijnych, przebiegający niezależnie od niej. Rzecz jasna prognozy te mają charakter hipotetyczny.
Czy rzeczywiście brakuje już księży?
Ks. Wojciech Węgrzyniaka, krakowski biblista prowadzącego blog wegrzyniak.com, opublikował tam jakiś czas temu artykuł pod tytułem „Mało księży?”. Węgrzyniak formułuje tezę, że miarodajnym wskaźnikiem zapotrzebowania na księży nie jest ich liczba względem ogółu ludności, tylko względem wiernych faktycznie praktykujących – a ta relacja od dekad się poprawia.
W 1980 roku, przy dominicantes na poziomie 51 procent, w Polsce było – co już sobie powiedzieliśmy – około 20 tysięcy księży; obecnie, przy dominicantes na poziomie 29 procent, jest ich ponad 31 tysięcy. Jako przykład ks. Węgrzyniak podaje diecezję koszalińsko-kołobrzeską, gdzie mimo najniższego w kraju wskaźnika dominicantes (17,5 procent) na jednego księdza przypada około 260 praktykujących katolików przy 1500 ochrzczonych ogółem – przy czym za pełny etat duszpasterski uznaje obsługę około tysiąca praktykujących. Przywołuje też porównanie międzynarodowe: w 1980 roku diecezja krakowska miała jednego księdza na 1300 katolików, angielska diecezja Nottingham – jednego na 558, a francuska Angers – jednego na 721; dziś proporcje w Polsce są, jego zdaniem, korzystniejsze niż wtedy.
Jako przyczyny odczucia braku księży wskazuje: rozbudowę sieci parafii i kaplic ponad realną potrzebę; wykonywanie przez księży zadań niewymagających święceń (prowadzenie stron internetowych parafii, organizacja wyjazdów, funkcje administracyjne); a także możliwy spadek gotowości do poświęcenia, dotyczący zarówno duchownych, jak i społeczeństwa w ogóle. Ksiądz Węgrzyniak proponuje konkretne kroki: wycofanie z niedzielnych Mszy księży, którzy jedynie koncelebrują; ograniczenie liczby Mszy tam, gdzie jest niskie uczestnictwo; przeniesienie zadań administracyjnych na świeckich; łączenie zbyt małych parafii.
Sposoby reorganizacji
Decyzja kard. Rysia o wydłużeniu posług jest doraźnym narzędziem administracyjnym, mieszczącym się w kompetencjach biskupa diecezjalnego. W tym samym okresie w archidiecezji krakowskiej funkcję ekonoma – po raz pierwszy w jej historii – objęła osoba świecka, co można odczytywać jako element szerszego przesuwania zadań administracyjnych z księży na specjalistów spoza grona duchowieństwa.
Można stawiać dalsze pytania w tym kierunku: czy każda parafia wymaga osobnego, rezydującego proboszcza, czy możliwe jest łączenie parafii w większe jednostki duszpasterskie obsługiwane przez zespół księży; czy liczba Mszy niedzielnych, ustalana często w okresie wyższej frekwencji, odpowiada dzisiejszej liczbie uczestników; czy prowadzenie kancelarii parafialnej, obsługa cmentarza, księgowość czy katecheza szkolna nie mogłyby w większym stopniu zostać przekazane przeszkolonym świeckim.
Wdrożenie takich zmian wymaga uprzedniego dobrego ich przemyślenia – nie każde nowe rozwiązanie musi być koniecznie optymalne. Decyzja o wydłużeniu posługi księży emerytowanych w 2026 roku odracza problem o rok – co jednak będzie za rok? Na dziś wydaje się, że prośba zostanie po prostu ponowiona. Nie powinno być to zresztą odbierane jako gorszące, kapłaństwo nie jest przecież pracą zawodową, a powołaniem.
Tomasz Rowiński – „aleteia.pl”
Filmy wszech czasów: Dom Gucci
Mankiewicz by tego nie wymyślił!
Herman J. Mankiewicz. Scenarzysta „Obywatela Kane”. Filmu uchodzącego za najlepszy obraz w dziejach kina. Rzecz jasna z kapitalnym, nagrodzonym Oscarem, scenariuszem.
A jednak to życie pisze najlepsze, najbardziej zaskakujące, nieprawdopodobne scenariusze, czego dowodem historia włoskiej rodziny Gucci. Projektantów, właścicieli domu mody, czy w końcu znanej marki, której logo zaczęło pojawiać się absolutnie na wszystkim – z piórnikami, zakładkami do książek, czy kredkami szkolnymi włącznie. Cóż, każdy – nawet dzieciaki z podstawówki – chciałyby mieć coś z Gucci.
A czego chcieli Gucci? Zwłaszcza zaś, grana przez Lady Gagę, Patrizia, będąca główną bohaterką nakręconego w 2021 roku filmu „Domu Gucci”? Odpowiedź jest oczywista: wszystkiego!
Im więcej masz, tym więcej chcesz. Im więcej jest do wzięcia, tym bardziej próbujesz to zdobyć. Nie patrząc na nic. Idąc – czasem dosłownie - po trupach.
Jest ten, wyreżyserowany przez Ridley’a Scotta film, swoistą przypowieścią. O chciwości, nienasyceniu, chorych ambicjach, bogactwie, ale i o tym, co bogactwo robi z ludźmi. Wszystkie te ogromne jachty biznesmanów, wyspy, kupowane na wyłączność przez aktorów, kapiące od złota posiadłości oligarchów…
Widzieliśmy to nie raz i pewnie jeszcze nie raz zobaczymy. I przeczytamy. O kolejnych sporach w rodzinach, procesach spadkobierców, pozwach sądowych, pojawiających się znikąd nieślubnych dzieciach.
Czasem emocje, jak u Szekspira, czasem medialny cyrk, jak z tandetnej operetki. Tak bywa w życiu, więc tak jest i w kinie. Scott to rozumie i bawi się stylami, nawiązaniami. Na ścieżce dźwiękowej przeplata operowe arie ze szlagierami italo disco. Bo tacy właśnie są jego Gucci. Żyją w pałacach, otaczają się sztuką, a jednocześnie majątek robią na tym, co sprzedaje się na bazarach. Na podróbkach ich markowych torebek, butów, okularów, bo przecież, jak już się rzekło, każdy – nawet dzieciaki z podstawówki – chciałyby mieć coś z Gucci.
Ogląda się to świetnie. W obsadzie, prócz wspomnianej Lady Gagi, Al Pacino, Jerremy Irons, Salma Hayek, Jared Leto, Adam Driver… - gwiazdy, gwiazdy, gwiazdy. Skandale, skandale, skandale. Oscary, Oscary, Oscary?
Tych ostatnich zabrakło, ale takie mamy czasy, że nagradza się raczej filmy i twórców poprawnych genderowo, politycznie, tylko czy ktoś za lat dwadzieścia-trzydzieści będzie chciał jeszcze oglądać te ich „dzieła”? Śmiem wątpić. Do „Domu Gucci” będziemy natomiast wracać z przyjemnością. Sam to niedawno zrobiłem, więc i Państwu polecam, dając jednocześnie znać, że on-line film jest dostępny na wielu różnych platformach streamingowych. Na których konkretnie - sprawdzić można np. na upflix.pl. W telewizji zaś „Dom Gucci” pojawi się w niedzielę. W Polsacie. O godz. 20:00.
Piotr Drzyzga – „wiara.pl”
Followers to nie przyjaciel. Oto największe złudzenie social mediów
Zbyt szybko chcemy zbudować relację, która w codzienności budowana byłaby latami. Zbyt wiele i za szybko mówimy o sobie innym ludziom - również o bardzo intymnych sprawach - nie myśląc o tym, że w zasadzie to zupełnie obcy człowiek. Z tęsknoty za relacjami karmimy się ich namiastką. Znaczna część ludzkich relacji tka się obecnie w social mediach. To jest bardzo kuszące, bo łatwiej jest posiedzieć i pogadać na Insta z followersami niż z człowiekiem, z którym mieszkasz. Sama widzę, że ciągnie mnie do internetu, gdy relacje w życiu codziennym rodzą napięcia i trudności. Od trudu chcę się odciąć, oderwać, zapomnieć - mówi Magda Urbańska w rozmowie z Agatą Rusek w kolejnym odcinku serii "Katoliczka w sieci".
Dobre relacje też mogą się zacząć w sieci
Magda Urbańska: Agato, a może na początku tego odcinka zdradzimy, jak się poznałyśmy? To przecież mocno pasuje do naszego dzisiejszego tematu.
Agata Rusek: Tak, między innymi przez ciebie musiałam zweryfikować mój zdecydowany i nieprzejednany pogląd, że w internetach nie da się utkać żadnej sensownej relacji [śmiech]. A tu proszę!
Magda Urbańska: To jak to było? Najpierw był Instagram, później rozmowy przez komunikatory, spotkanie na żywo, a teraz też wiele różnych wspólnych działań. Zaczęło się jednak od „spotkania” w sieci, wszak na co dzień dzieli nas jakieś 520 kilometrów przez Polskę... Czuję, że takie relacje jak nasza nie zdarzają się w świecie wirtualnym zbyt często.
Agata Rusek: A dla mnie ta nasza - ośmielę się powiedzieć - przyjaźń, która zaczęła się rzeczywiście kompletnie wirtualnie i przez długie miesiące była zwykłym “obserwowaniem się” na Instagramie, to jest taki pstryczek w nos od Pana Boga dla mnie; wiesz, taki z kuksańcem w bok od dobrego Ojca i hasłem: “ej, weź, córcia, zluzuj”. Bo choć ja naprawdę nadal nie wierzę w dialog w internecie i uważam, że za epidemię dzisiejszej samotności jest w dużej mierze odpowiedzialna źle zaprojektowana technologia, to jednak ta moja, nieco wymuszona, przygoda z social mediami i choćby z naszą relacją pokazała mi, że podejście “social media to zło” jest niechrześcijańskie.
Gdybym mogła, bez mrugnięcia okiem zlikwidowałabym social media
Magda Urbańska: Niechrześcijańskie?!! No nie rób mi tu teraz samobiczowania!
Agata Rusek: To nie samobiczowanie, to efekt tego, że mnie jezuickim rozeznawaniem skaziłaś i to w realu! [śmiech]. A to moje nieprzejednane stanowisko, że social media to zło, można nazwać niechrześcijańskim, bo jest to stwierdzenie wykluczające i zamykające w wierze. Z jednej strony zamyka na Pana Boga (no bo jest podszyte przekonaniem, że oto technologia jest większa niż moc Pana Boga) i zamyka na bogactwo ludzkich historii, możliwości, dróg, rozeznania, wolności. Często powtarzam, że gdybym miała taką moc, to zlikwidowałabym bez mrugnięcia okiem social media, bo uważam, że w obecnym kształcie przynoszą społeczeństwom więcej szkody niż pożytku. Ale jednocześnie dobitnie się przekonałam, że twierdzenie, iż w internetach nie da się zawrzeć sensownych relacji, jest błędne. Więc ten twój ukochany św. Ignacy i jego “o tyle, o ile” idealnie się tutaj sprawdza. Dzisiaj nie ośmieliłabym się stwierdzić, że nie da się zawrzeć przyjaźni czy znaleźć miłości przez internet, ale jednocześnie uważam, że relacje budowane tylko w sferze online pozostają obarczone pewną ułomnością.
Magda Urbańska: Wszyscy potrzebujemy relacji. Nie zawsze zdajemy sobie sprawę z tego, jak bardzo. Często – zupełnie nieświadomie – zaczynamy budować je tam, gdzie wydaje się to najłatwiejsze, czyli w świecie wirtualnym. Łatwo tutaj pokazać się tylko z tej najlepszej strony – albo chociaż z tej, z której chcemy dać się poznać. Czy ta relacja nie jest szczera? Niekoniecznie, przecież w codziennym życiu też inaczej postrzega nas mąż, a inaczej pani w osiedlowym sklepie. Każdy widzi nas w jakimś konkretnym kontekście, nawet my sami nie znamy siebie jako całości. Jednak te wirtualne znajomości są w pewien sposób inne… W moim odczuciu często budzą w nas, internetowych odbiorcach, złudne poczucie przynależności. Na przykład, dołączając do jakiejś internetowej akcji, zapychamy brak wspólnoty w Kościele. Zbyt szybko chcemy zbudować relację, która w codzienności budowana byłaby latami. Zbyt wiele i za szybko mówimy o sobie innym ludziom - również o bardzo intymnych sprawach - nie myśląc o tym, że w zasadzie to zupełnie obcy człowiek. Z tęsknoty za relacjami karmimy się ich namiastką.
Żyjemy w kulturze przymusu bycia online i natychmiastowych odpowiedzi
Agata Rusek: Tak, pełna zgoda, ale wiesz, ja bym w ogóle spojrzała na to zagadnienie szerzej, nie tylko przez pryzmat social mediów, ale technologii w ogóle. Zobacz, jak przez upowszechnienie komunikatorów zmienił się sposób naszego komunikowania się ze sobą, wyrażania naszych myśli, prowadzenia rozmów. Jaką mamy dziś rozwiniętą infrastrukturę “przymusu obecności online” i pseudo-konieczności natychmiastowych odpowiedzi. Kiedy tak zerkniemy z dystansu na historię cywilizacji, to jednak relacje międzyludzkie tkały się powoli. Kontakt bezpośredni miałaś z ograniczonym kręgiem ludzi, których znałaś i widywałaś w sąsiedztwie. To byli ludzie z krwi i kości, z którymi - czy ci się to podobało czy nie - musiałaś nauczyć się koegzystować, a przez to siłą rzeczy poznawałaś ich głębiej.
Ja nie twierdzę, że to było zawsze super i ćwierkały ptaszki, ale nie mam wątpliwości, że ówczesne warunki sprzyjały temu, żeby z ludźmi budować silne więzi. Silne, bo oparte na prawdzie, na rzeczywistości. Relacje na odległość też budowały się znacznie wolniej i z przestrzenią na tęsknotę, a samo pisanie listu czy oczekiwanie na telefon pomagało wyrazić siebie, uporządkować własne myśli, skupić się na tym, co istotne. Oczywiście nie gloryfikuję minionych czasów, ale widzę, jak technologia przez presję szybkości komunikacji i oparcia jej na emocjach, sprawia, że w relacjach coraz częściej nie potrafimy w głęboki dialog, który prowadzi do dobrego poznania. Przy czym - anegdotycznie - przypomina mi się dzieciństwo i mój list wysłany do wakacyjnej sympatii z kolonii, w którym deklarowałam mu swoje “wieczne zakochanie”. Wysłałam go w sierpniu, odpowiedź od chłopaka przyszła w październiku, ale ja już zdążyłam się we wrześniu odkochać [śmiech]. Dziś jest inaczej: wysyłasz tweeta, że kochasz, a jeśli on ci nie odpowie natychmiast, to znak, że nie kocha. Usuwasz człowieka z listy obserwujących i już.
Magda Urbańska: Tak, czasy się zmieniły i nasze relacje również… Pamiętam, jak wyjeżdżając na obozy harcerskie nie miałam przez dwa tygodnie żadnego kontaktu z rodziną. Jeśli ktoś bardzo tęsknił, mógł wysłać pocztówkę z Lubiatowa, która doszła już po jego powrocie do domu [śmiech]. Dziś dzieci dostają w rękę smartfona i ten kontakt jest non stop - niestety… Z drugiej strony jest tak, jak mówisz: jeśli nie dostaniesz natychmiastowej odpowiedzi, to blokujesz gościa. Nie ma otwartości na to, że ktoś może nie chcieć korzystać ze swojego telefonu 24 godziny na dobę. Że nie żyje z telefonem jak ze smyczą na szyi. I że może chcieć przemyśleć odpowiedź, zanim ją wyśle.
Widzisz człowieka na Instagramie i nie wiesz, czy wygenerowała go AI, czy nie
Agata Rusek: Jest jeszcze jedna rzecz, która też dobrze pokazuje, jaki wpływ na nasze więzi międzyludzkie ma dynamika rozwoju współczesnej technologii. Mam na myśli wszechobecność awatarów, rozmaitych AI-sposobów na fałszowanie lub podkręcanie rzeczywistości i budowanie swojej wirtualnej tożsamości, co dramatycznie dewastuje fundament ludzkich relacji, czyli wzajemne zaufanie. I właśnie w social mediach najbardziej jaskrawo zaczyna to być widać. Niby VLOP-y [Very Large Online Platform, czyli Bardzo Duża Platforma Internetowa, podlegająca surowym regulacjom - przyp.red] oczekują, że każdy będzie oznaczał materiały wygenerowane przez AI, ale oczywiście - i mówię to z ogromnym smutkiem - weryfikacja tego praktycznie nie istnieje. W efekcie rośnie w social mediach ilość kont, za którymi nie wiadomo, kto stoi. Nie wiesz, czy to wygenerowany bot, czy tylko czyjeś “podrasowane” zdjęcie prawdziwej osoby, która chce się w internecie pokazać. Nie wiesz, czy napisane lub wypowiadane przez nią słowa są rzeczywiście jej własne, czy może wyplute przez chataGPT. Tych wątpliwości jest bardzo dużo i lawinowo redefiniują wartość zaufania i wiarygodności w naszych społeczeństwach. Swoją drogą, mam nadzieję, że jeszcze za mojego życia będę świadkiem wielkiego powrotu ludzkości z wirtualu do realu, bo na dłuższą metę człowiek bez relacji nie jest w stanie szczęśliwie funkcjonować. A jeśli nie będzie widział w social mediach przestrzeni na bezpieczne relacje oparte na wzajemnym zaufaniu, relacje, to koniec końców wróci tam, gdzie może ich naprawdę doświadczyć, gdzie może spotkać człowieka z krwi i kości.
Magda Urbańska: Znaczna część ludzkich relacji tka się obecnie w social mediach. I z autopsji wiem, że budowanie takich wirtualnych więzi jest bardzo kuszące. Bo łatwiej jest posiedzieć i pogadać na Insta z followersami niż w kuchni z nastoletnim dzieckiem, które od rana działa na twój układ nerwowy, prawda?
Ciągnie mnie do internetu, gdy relacje w życiu codziennym rodzą napięcia i trudności
Sama tego mocno doświadczam, że ciągnie mnie do internetu, gdy relacje w życiu codziennym rodzą napięcia i trudności. Od trudu chcę się odciąć, oderwać, zapomnieć. Wyciszyć zawiedzione oczekiwania i ból. Gdy na Instagramie masz ludzi, którzy zawsze cię chwalą, czekają na twoje kolejne wpisy, czujesz się dla nich ważny, potrzebny, w jakiś sposób doceniony - łatwo wtedy wpaść w pułapkę myślenia, że te internetowe relacje są lepsze. Owszem: one nie budzą napięć i dają pozytywnego kopa - jednak w moim odczuciu nie są lepsze. I mogą być ogromną pułapką, bo rodzi się w nas - twórcach - coś w rodzaju pychy. Nie idę do przodu, nie walczę o relacje z najbliższymi. Mam swój internetowy świat, który zapycha moje braki. Stoję więc w miejscu, zamiast zawalczyć o to, co jest najbardziej życiodajne.
Kulisy social mediów. Jak algorytm ucina zasięgi katolickim twórcom
Agata Rusek: To, o czym mówisz, dotyczy zarówno twórców publicznych, jak i tych, którzy dzielą się sobą zupełnie prywatnie, czy to w social mediach, czy na rozmaitych komunikatorach. Przestrzeń wirtualna sprzyja temu, by pokazywać najlepszą wersję siebie, unikać dyskomfortu wpisanego w naturalny kontakt, wyrażać, co tylko chcesz i jak tylko chcesz bez konsekwencji w realu. Dlaczego mamy dziś tak wiele hejtu i podziałów społecznych? Bo wszyscy mówią, a niewielu słucha, a skoro każdy może mówić, co mu się podoba i nie bardzo się musi obawiać odpowiedzialności za słowo, to i autorefleksji w ludziach brak.
Mamy niezbite dowody naukowe na to, że współczesna technologia dzieli nas i polaryzuje. I jeszcze do tego dochodzi kwestia skali: to, że masz tysiąc, dziesięć czy sto tysięcy obserwujących nie znaczy, że tych wszystkich ludzi rzeczywiście znasz. Niedawno rozmawiałam z pewną nastolatką, która na swoim prywatnym koncie ma blisko 3000 osób obserwujących. Zapytałam, skąd tyle znajomości, a ona zaczęła się śmiać i stwierdziła, że nie ma pojęcia, kim jest większość tych ludzi, bo na przestrzeni kilkunastu lat było dla niej naturalne wymienianie się obserwacjami z ludźmi, którzy uczestniczyli w tych samych wydarzeniach, byli w tej samej szkole, jeździli w te same miejsca na wakacje. No i ona nie zastanawia się dziś nad tym, że w ten sposób umożliwia zupełnie obcym ludziom podglądanie jej bardzo prywatnego życia.
Obcy ludzie potrafią się obrazić za to, że nie przyjęłam ich do grona znajomych
Magda Urbańska: To jest bardzo ciekawe, co mówisz o tej nastolatce. Mam dwa konta na Facebooku. Jedno prywatne, drugie związane z moją działalnością w sieci. I wiesz co? Ludzie, których nigdy nie poznałam osobiście i których nie przyjmuję do grona “znajomych” na moim prywatnym Facebooku potrafią się za to obrazić… Mają takie wyobrażenie, że jeśli rozmawialiśmy 3-4 razy przez Messenger, to mogą mnie traktować jako swoją bliską znajomą, wręcz przyjaciółkę. Dostaję masę takich zaproszeń na prywatnym koncie od osób, których często nawet nie kojarzę. Nie przyjmuję ich, bo to moje prywatne konto, założone prawie 20 lat temu dla rodziny i bliskich znajomych. To prawda, że prawie nic tam nie ma, ale mimo to wpuszczam tam tylko ludzi, do których mi po prostu emocjonalnie bliżej.
Ile swojej wiary można pokazać w sieci? „Sacrum zawsze będzie doświadczeniem bez widzów”
Ile swojej wiary można pokazać w sieci? „Sacrum zawsze będzie doświadczeniem bez widzów”
Agata Rusek: Myślę, że warto pamiętać o tym, że trochę inny charakter mają wirtualne relacje między ludźmi, którzy naprawdę się znają, a inny w przypadku budowania społeczności internetowej wokół jakiejś idei czy osoby. Często uwrażliwiam moje dzieci, które bardzo ufnie podchodzą do drugiego człowieka na to, że gdy ich ulubiony muzyk “odpowie” im na komentarz pod filmikiem, wcale nie oznacza, że to rzeczywiście ta osoba realnie ich słowa przeczytała i na nie zareagowała. Im większe gwiazdy, tym większy sztab social media managerów z mandatem do odpowiadania w pierwszej osobie na komentarze fanów. A jeszcze jak dorzucimy do tego możliwość obudowania takiego publicznego konta “agentami AI” i rozmaitymi automatyzacjami, które znacznie poszerzają skalę i możliwości toczenia “konwersacji” danej gwiazdy, polityka czy dowolnego guru z jego fanami, to obraz się robi coraz bardziej skomplikowany. Dlatego sama od wielu lat mam jeden osobisty patent na relacje w internecie.
Magda Urbańska: O, zdradź proszę, jestem tego bardzo ciekawa!
Agata Rusek: Pilnuję się bardzo, by ani w sercu, ani w głowie nie pomieszać porządków. Mam cudowne grono licznych obserwatorów na instagramowym koncie i dokładam wszelkich starań, by znajdowali u mnie dobre treści. Cieszę się każdorazowo z ich reakcji, staram utrzymywać kontakt i z niektórymi z biegiem czasu zawieram nawet przesympatyczne znajomości. Ale moimi znajomymi są tylko ci, z którymi mam kontakt poza instagramem, na przykład wiem, jaki jest ich adres lub mam do nich numer telefonu, z którego mogę skorzystać, by o coś zapytać czy umówić się na spotkanie w realu.
Taka jest różnica między prawdziwymi znajomymi a followersami
Wciąż noszę w sercu wydarzenie z początków mojej obecności w social mediach. Obserwowałam pewną zakonnicę, która tworzyła bardzo inspirujące dla mnie treści. Z biegiem czasu zaczęłyśmy dość często “rozmawiać” na instagramie. Doszło do tego, że w mojej głowie stała się moją znajomą. W pewnym momencie jednak kontakt się urwał. Szczerze mówiąc, początkowo nawet nie zauważyłam, że od kilku tygodni ta zakonnica nic nie publikuje. Zorientowałam się dopiero wtedy, gdy zaczęłam do niej pisać na Instagramie, ale po raz pierwszy nie miałam od niej żadnych reakcji. Zaniepokoiłam się, ponieważ bardzo ją lubiłam i uważałam się za jej znajomą. Ale ta sytuacja boleśnie mi pokazała, jak złudna była to relacja. Poza Instagramem nie miałam z nią przecież z nią żadnego kontaktu. Wiedziałam, w jakim jest zakonie, ale dotkliwie uświadomiłam sobie, że nawet nie mam odwagi zadzwonić tam i zapytać, czy wszystko w porządku. Bo w moim sercu natychmiast pojawiło się poczucie: “gdyby chciała mieć ze mną kontakt, to by się odezwała”. Więc zostawiłam tę relację i pobiegłam dalej w swoje życie. Emocjonalnie całkiem łatwo mi to przyszło. Po trzech miesiącach okazało się, że ta siostra miała bardzo ciężki wypadek. Na wiele tygodni trafiła do szpitala, a potem na rehabilitację. W tym trudnym dla niej czasie byli przy niej ludzie, którzy byli naprawdę jej znajomymi i przyjaciółmi, a nie, jak ja, obserwatorami tego, co zdecydowała się pokazać światu. Od tamtej pory bardzo pilnuję się, by nie mylić porządku wirtualnego z rzeczywistym.
Magda Urbańska: Mocne jest to, co teraz powiedziałaś… Pomyślałam o tym, jak zachowałabym się na Twoim miejscu. Myślę, że też miałabym problem z tym by zadzwonić do zakonu czy poszukać kontaktu do rodziny kogoś, kto nagle “zniknął” - w poczuciu, że pewnie zamilkł, bo tego chciał i już. I tu trochę nam się otorzył kolejny temat - o wirtualnych parafiach, kato-celebrytach i wspólnotach błogosławionego Chata z GPT. Ale o tym, na co zwracać uwagę, karmiąc duchowość online porozmawiamy w następnym odcinku.
Magda Urbańska, Agata Rusek – „deon.pl”
Całe szczęście, że nie jesteś wujkiem
„Całe szczęście, że nie jesteś wujkiem”. Jedno zdanie mojej siostrzenicy sprawiło, że zaczęłam myśleć o ciociach i wujkach zupełnie inaczej
O dniu Cioci i Wujka i co z tego dla nas wynika. Garść pomysłów na życzenia i sposób spędzania rodzinnego czasu.
– Całe szczęście, że nie jesteś wujkiem!
Moja siostrzenica powiedziała to z taką pewnością, jakby właśnie oznajmiała światu coś oczywistego.
– Dlaczego? – zapytałam.
– Bo wujkowie opowiadają żenujące dowcipy.
Roześmialiśmy się wszyscy. Moje dzieci zaczęły natychmiast wymieniać znajomych wujków i ich popisowe suchary. Ktoś przypomniał sobie dowcip o bocianie, ktoś inny historię opowiadaną przy każdym rodzinnym grillu. Przez kilka minut w naszym domu było naprawdę głośno.
A potem usłyszałam:
– Mamo, a czy wujek i ciocia mają swój dzień? Jak dziadek i babcia?
Dzień Cioci i Wujka? To dziś!
Przyznam, że sama musiałam się chwilę zastanowić.
Okazuje się, że obchodzimy go 3 lipca. To jedno z tych świąt, które nie mają państwowej rangi ani wielkiej kampanii reklamowej. Powstało po prostu jako sympatyczny pretekst, żeby zadzwonić do bliskich, odwiedzić ich albo powiedzieć: „Dobrze, że jesteś”. Polska data została wybrana lokalnie, a sam pomysł nawiązuje do amerykańskiego odpowiednika obchodzonego 26 lipca. Podobno wiąże się też z rocznicą ślubu brata inicjatora tego święta – czyli wujka jego dzieci.
Im dłużej o tym myślałam, tym bardziej dochodziłam do wniosku, że dzieci często patrzą na ciocie i wujków przez pryzmat drobiazgów.
Ciocia piecze najlepsze ciasto.
Wujek pozwala dłużej siedzieć przy ognisku.
Ciocia robi najładniejsze zdjęcia.
Wujek opowiada suche dowcipy.
To prawda. Ale przecież ich rola jest znacznie większa.
Święci wujkowie?
W wielu rodzinach to właśnie ciocia odbiera dzieci z przedszkola, kiedy rodzice utkną w pracy. To do wujka dzwoni się po pomoc przy przeprowadzce albo wtedy, gdy trzeba coś naprawić. Czasem są pierwszymi dorosłymi, którym nastolatek odważy się powiedzieć o swoim problemie. Bywają pomostem między pokoleniami i kimś, kto potrafi wesprzeć wtedy, gdy rodzicom zwyczajnie brakuje sił.
Zaczęłam się zastanawiać, czy Kościół ma patronów cioć i wujków.
Ku mojemu zaskoczeniu nie znalazłam świętego, który byłby oficjalnym patronem tej rodzinnej roli. Są jednak dwie piękne historie pokazujące, że więzi między wujkami, ciociami i siostrzeńcami potrafiły prowadzić do świętości.
Pierwsza dotyczy św. Karola Boromeusza. Był siostrzeńcem papieża Piusa IV. To właśnie jego wuj sprowadził go do Rzymu, gdzie Karol rozpoczął drogę, która ostatecznie zaprowadziła go do świętości. Ich relacja miała realny wpływ na historię Kościoła.
Druga historia jest jeszcze bardziej niezwykła. Św. Grzegorz Wielki dorastał w rodzinie, w której świętość była niemal rodzinną tradycją. Świętymi zostali jego rodzice, ale także... dwie ciotki. Pomyślałam wtedy, że gdyby ktoś kiedyś szukał nieoficjalnych patronów cioć i wujków, właśnie tam warto byłoby zajrzeć.
Po tej rozmowie z dziećmi doszłam do prostego wniosku.
Sposoby na docenienie wujka i cioci
Nie potrzeba wielkich prezentów ani wyszukanych obchodów. Większość cioć i wujków znacznie bardziej ucieszy telefon niż kosztowny upominek.
Może warto po prostu zadzwonić i przypomnieć wspólne wspomnienie z dzieciństwa. Albo podziękować za konkretną radę czy pomoc, której kiedyś nawet nie potrafiliśmy docenić. Dobrym pomysłem będzie także zaproszenie cioci lub wujka na kawę, spacer albo rodzinny obiad. A jeśli nie możecie się spotkać, zamiast kolejnego SMS-a nagrajcie krótką wiadomość głosową. Nawet drobny prezent z własnoręcznie narysowanej kartki potrafi sprawić więcej radości niż coś kosztownego kupionego w pośpiechu.
Jeśli szukacie kilku prostych słów, które można wkleić na kartkę albo dołączyć do rodzinnego zdjęcia, lub własnoręcznie narysowanego portretu, mogą brzmieć tak.
Życzenia dla cioci
Kochana Ciociu, dziękuję Ci za dobre słowa, otwarte serce i wszystkie chwile, kiedy mogłam na Ciebie liczyć. Niech Pan Bóg obdarza Cię zdrowiem, pokojem i codzienną radością, a Twoją dobroć wynagradza stokrotnie.
Życzenia dla wujka
Drogi Wujku, dziękuję Ci za obecność, życzliwość i wszystkie chwile, które wywoływały uśmiech. Nawet jeśli czasem opowiadasz żenujące dowcipy. Niech Pan Bóg obdarza Cię zdrowiem, pokojem serca i błogosławieństwem na każdy dzień.
Postanowiłam wcielić własny pomysł w życie. Wydrukowałam zdjęcie z ciocią, nakleiłam na elegancki, czerpany papier. Kiedy skończyłam pisać te życzenia, znów usłyszałam głos mojej siostrzenicy.
– Ale wiesz... jeden wujek jest wyjątkiem.
– Naprawdę?
– Tak. Ten, który opowiada najgorsze dowcipy... jest też najfajniejszym wujkiem.
Popatrzyła znacząco na mojego męża, a on wywołany do tablicy opowiedział swój słynny dowcip o bocianie. Nie, nie chcecie go usłyszeć.
Miriam Wysocka – „aleteia.org”
Święci i błogosławieni w tygodniu
NIEDZIELNA EUCHARYSTIA W KOŚCIOŁACH W OKOLICY
Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach
niedziele i święta: 6.30, 8.00, 9.30, 11.00, 12.30 (oprócz VII i VIII), 16.00, 19.00,
dni powszednie – 7.00, 7.30, 18.00.
Parafia Matki Bożej Pocieszenia, ul. Bulwarowa 15a
niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00, 18:00, 20:00
dni powszednie: 7:00, 15:00, 18:00
Parafia Matki Bożej Częstochowskiej, os. Szklane Domy 7,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 17:00 (oprócz VII i VIII),
19:00 (oprócz VII i VIII), 20:30
dni powszednie: 6:30, 8:00, 18:00
Parafia Matki Bożej Królowej Polski, Arka Pana, ul. Obrońców Krzyża 1
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 16:00, 17:30, 19:00,
dni powszednie: 6:00, 6:30, 7:00, 7:30, 8:00, 11:00, 18:00
Bazylika Krzyża św. - klasztor
(pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Wacława)
niedziele i święta: 06.30, 08.00, 09.30, 11.00, 12.30, 14.00 (oprócz VII i VIII)
dni powszednie: 06.30, 07.30, 08.30, 16.00 (w piątki), 18.00.
Parafia św. Bartłomieja Apostoła, Mogiła, ul. Klasztorna 11,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 14:00 (oprócz VII, VIII), 16:30, 18:00
dni powszednie: 6:00, 7:00 (oprócz VII i VIII), 7:30, 8:30, 18:00
Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Teatralne,
niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00 (oprócz VII i VIII), 18:00, 19:30
dni powszednie: 6:30 (oprócz VII i VIII), 7:00, 18:00
Parafia św. Stanisława Biskupa Męczennika, Kantorowice 122,
niedziele i święta: 9:00, 11:00, 18:00, dni powszednie: 8:00, 17:00, (18.00- lato)
Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Lubocza,
niedziele i święta: 8:00, 10:30, 17:00, dni powszednie: 7:00, 17:00
Parafia Matki Bożej Wspomożenia Wiernych, Prusy,
niedziele i święta: 7:30, 9:30, 11:30,
dni powszednie: 18:00 (pon., śr., pt.), 6:30 (wt., czw., sob.)
Parafia św. Maksymiliana Marii Kolbego, Mistrzejowice,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 10:30, 11:00, 13:00, 17:00, 19:00
dni powszednie: 6:30, 7:00, 7:30, 18:00
NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:
strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl