W BLASKU MIŁOSIERDZIA
8/1075 – 19 kwietnia 2026 r. A.
INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA

Niedziela, 19 kwietnia 2026
III NIEDZIELA WIELKANOCNA
(rok A)


- Papież w przesłaniu z Afryki: „Świat niszczy garstka trzymających władzę”

Papież w przesłaniu z Afryki:
„Świat niszczy garstka trzymających władzę”
W sercu ogarniętego kryzysem regionu Kamerunu papież Leon XIV wygłosił mocne przesłanie o pojednaniu. - Biada tym, którzy naginają religie i samo imię Boga do celów wojskowych, ekonomicznych i politycznych, wciągając to, co święte, w to, co jest najbardziej brudne i mroczne - mówił podczas spotkania modlitewnego w Bamendzie. - Świat jest niszczony przez garstkę trzymających władzę – dodał.
Jak podkreślił, to właśnie mieszkańcy tej części Kamerunu – mimo cierpienia – dziś uczą świat pojednania i jedności ponad podziałami religijnymi. Leon XIV nawiązując do doświadczeń lokalnej wspólnoty, zapewnił, że „Bóg nas nigdy nie opuścił! W Nim, w Jego pokoju, zawsze możemy zacząć od nowa!”. Podziękował wiernym za ich wytrwałość pośród dramatycznych doświadczeń przemocy, zauważając, że to oni sami stają się zwiastunami pokoju. „Jestem tutaj, aby głosić pokój, a tymczasem widzę, że to wy głosicie go mnie i całemu światu” – powiedział papież.
Leon XIV zwrócił przy tym uwagę na współpracę międzyreligijną w regionie: „Kryzys, który wstrząsnął tymi regionami Kamerunu, bardziej niż kiedykolwiek zbliżył wspólnoty chrześcijańskie i muzułmańskie, do tego stopnia, że wasi przywódcy religijni zjednoczyli się i powołali Ruch na rzecz Pokoju, poprzez który starają się pośredniczyć między zwaśnionymi stronami”. Leon XIV podkreślił, że takie inicjatywy są wzorem dla innych regionów świata.
Nawiązując do ewangelicznych Ośmiu Błogosławieństw wskazał, że błogosławieni są ci, którzy wprowadzają pokój, ostrzegł natomiast inicjujących wojny i konflikty. „Biada jednak tym, którzy naginają religie i nawet samo imię Boga do własnych celów wojskowych, ekonomicznych i politycznych, wciągając to, co święte, w to, co jest najbardziej brudne i mroczne. Tak, drodzy bracia i siostry, wy, złaknieni i spragnieni sprawiedliwości, wy, ubodzy, miłosierni, cisi i czystego serca, wy, którzy płakaliście, jesteście światłością świata!
Leon XIV wyraził też wdzięczność osobom niosącym pomoc ofiarom przemocy, szczególnie kobietom i siostrom zakonnym zaangażowanym w tę pomoc. Zwrócił uwagę na dramatyczną niesprawiedliwość współczesnego świata: „Potentaci wojenni udają, że nie wiedzą, iż wystarczy chwila, aby zniszczyć, ale często nie wystarczy całego życia, by odbudować. Udają, że nie widzą, iż potrzeba miliardów dolarów, by zabijać i niszczyć, ale nie znajduje się niezbędnych środków na leczenie, edukację i podnoszenie na duchu” – podkreślał papież.
Wezwał do nawrócenia i opamiętania się tych, którzy wykorzystują innych i ich zasoby. „Ci, którzy okradają waszą ziemię z jej zasobów, zazwyczaj znaczną część zysków inwestują w broń, w spiralę destabilizacji i niekończącej się śmierci. To świat odwrócony na opak, wypaczenie Bożego stworzenia, które każde uczciwe sumienie musi potępić i odrzucić” – mówił Leon XIV i wskazał, że trzeba wybrać nawrócenie. „Świat jest niszczony przez garstkę trzymających władzę, a wspierają go w istnieniu niezliczone rzesze solidarnych braci i sióstr!” – zaznaczył dobitnie.
Cytując Franciszka i jego adhortację Evangelii gaudium, Leon XIV przypomniał, że każdy człowiek jest „misją na tym świecie” i nie może uchylać się od jej wypełniania. Zachęcił wiernych do wspólnego działania na rzecz pokoju i budowania relacji opartych na miłości bliźniego.
„Jesteśmy potomstwem Abrahama” – mówił. „Pokoju nie trzeba wymyślać: trzeba go przyjąć, akceptując bliźniego jako brata i siostrę. Nikt nie wybiera swoich braci i sióstr: musimy się tylko wzajemnie przyjmować! Jesteśmy jedną rodziną i mieszkamy w tym samym domu, na tej cudownej planecie, o którą przez tysiąclecia troszczyły się starożytne kultury” – podkreślał papież.
Region Północno-Zachodni ze stolicą w Bamendzie znajduje się w części Kamerunu dotkniętej tzw. kryzysem anglofońskim, który od 2016 roku prowadzi do napięć i przemocy między siłami rządowymi a separatystami. Konflikt ten szczególnie dotyka ludność cywilną, powodując liczne przesiedlenia oraz pogłębiając podziały społeczne i religijne.
Źródło: Vatican News / mł – za „deon.pl”

Po co Kościołowi potrzebna jest polityka i czy bez niej nie dałoby się żyć?
Kościół zawsze angażował się w politykę, ale też starał się trzymać rozsądny dystans, traktując te interwencje jako konieczne opowiedzenie się po stronie ludzi marginalizowanych. Robił to w imię Ewangelii i z poczucia obowiązku. Stąd na życzliwość Kościoła mogli kiedyś liczyć niewolnicy, potem uciskani chłopi, robotnicy, migranci i inni. Przez całą historię były to jednak interwencje okazjonalne, dokonywane w miarę potrzeby. W naszych czasach nastąpiło wyraźne przesunięcie: Kościół przestał „interweniować” w politykę, a zaczął nią „żyć”, a nawet rościć sobie prawo do jej „kreowania”.
Przed paru dniami, 10 kwietnia, w Katedrze Wawelskiej obchodzono rocznicę katastrofy w Smoleńsku. Od tamtego dnia upłynęło już sporo lat, ale każdej rocznicy wciąż towarzyszą wielkie emocje, umiejętnie podsycane przez niektóre środowiska polityczne i wiernej im sporej części duchowieństwa. Tym razem jednak kard. Grzegorz Ryś, sprawujący Eucharystię w katedrze, zaskoczył wszystkich: mówił o Ewangelii, o ciemnej nocy, która zapanowała nad światem, i o zmartwychwstałym Jezusie, który pośrodku tej nocy przyszedł do apostołów i wciąż przychodzi do nas wszystkich.
Niby stara prawda, a brzmi jak coś nowego
Odwołując się do Ewangelii, biskup krakowski nie powiedział niczego nowego, właściwie nawet zrobił to, co było jego – jako duchownego – obowiązkiem, a jednak w komentarzach medialnych od razu odtrąbiono zmianę: przejście do Ewangelii od tzw. „prawdy smoleńskiej”, która dla wielu na długie lata zstąpiła Ewangelię. Przekaz, jaki popłynął z krakowskiej katedry, był zaproszeniem do pojednania, co w opinii wielu w tym miejscu i przy takiej uroczystości było skandaliczną pomyłką i słowami, których raczej tam nie chciano usłyszeć.
No właśnie – przy zaangażowaniu Kościoła w sprawy polityczne często dochodzi do sytuacji, gdy przestaje on mówić to, co powinien, a zaczyna głosić to, co inni chcą usłyszeć. Politycy zabiegają o przychylność Kościoła, bo doskonale nadaje się on do ocieplenia własnego wizerunku, a że duchowni bywają naiwni, dają się nabrać na pozorne gesty: darowizny, dotacje, wzniosłe słowa, które w rzeczywistości wpisane są w logikę pozyskania – a potem utrzymania przy sobie – wyborców. Niestety, specyfiką polskiej polityki nie jest pokazywanie siebie w dobrym świetle, ale innych w świetle negatywnym. Angażując się w tę grę, Kościół nie tylko legitymizuje, ale nawet podsyca… nienawiść. Konsekwencją tego jest brak dystansu, opowiadanie się po jednej stronie politycznej sceny, a ostatecznie utrata wiarygodności. Dlatego choć „jedna jaskółka wiosny nie czyni”, mimo wszystko przypomnienie prawdy o Jezusie przez kard. Rysia niesie spory zastrzyk nadziei.
Mimo wszystko niełatwo się z politycznej sieci wyplątać
Niestety, to nie tylko duchowni naiwnie przechadzają się po świecie polityki – politycy także potrzebują poparcia Kościoła. I to nie tylko w Polsce, gdzie z upodobaniem zajmują pierwsze miejsca w kościołach albo pchają się do ambony, aby na koniec mszy powiedzieć parę bzdurnych słów. O poparcie Kościoła zabiega nawet prezydent USA, który z katolicyzmem nie ma nic wspólnego, oraz jego „wice”, który jest konwertytą na katolicyzm i czuje się upoważniony, aby radzić papieżowi, żeby „był bardziej ostrożny” w słowach. O jakie słowa chodziło? O krytykę wojny, a właściwie tego, który ją rozpętał.
W polityce nie ma przyjaciół. Są tylko ci, którzy „udzielają poparcia”. Kto tego nie robi – jest wrogiem. W naszym kraju Kościół ostatnio dość „wzorcowo” zachowywał dyscyplinę partyjną, ale na świecie już nie jest z tym tak łatwo.
Amerykański (zły) sen
Prezydentowi USA dość łatwo jest zaatakować papieża, bo ten jest Amerykaninem. Już podczas kampanii i wkrótce po wyborach ze strony administracji zdarzały się niesmaczne incydenty, choć sam Trump, licząc na katolickich wyborców, na pewnym etapie kampanii trochę się do Kościoła przymilał. Dziś jego relacje z duchowieństwem w USA są napięte. Wielu księży, którzy wcześniej popierali Trumpa, teraz staje przed poważnym dylematem. Wielu jednak milczy, obawiając się przeniesienia politycznego konfliktu na płaszczyzny ich parafii. Nie ma co jednak udawać. Problematyczne stały się dość głupawe żarty z wykorzystaniem obrazów kreowanych przez sztuczną inteligencję: Trump w stroju papieża czy ostatnio prezentujący się jak Chrystus. Problem jest jednak głębszy, bo nawet unikający kontrowersji papież Leon, skrytykował „złudzenie wszechmocy” napędzające obecny konflikt z Iranem. Słowa te – i to jest typowe dla świata polityki – rozsierdziły prezydenta, bo były dowodem na to, że ktoś wyłamał się z „dyscypliny partyjnej” i przestał się z nim zgadzać. A w polityce, choć nie ma przyjaciół, są jednak wrogowie.
Czy papież powinien milczeć?
Zależy kto udziela odpowiedzi na tak postawione pytanie. Prezydent USA uważa, że tak – „bo powinien być wdzięczny”. W rzeczywistości jednak milczenie papieża byłoby cichym przyzwoleniem na wojnę albo dowodem na to, że nie zdaje sobie prawy z tego, co dzieje się na świecie. Pamiętamy przecież, jak bardzo mieliśmy za złe papieżowi Franciszkowi, że jednoznacznie nie potępił Rosji za jej agresję. Tamto milczenie rzuciło się cieniem na cały pontyfikat Franciszka. Dobrze więc, że Leon XIV nie wybrał drogi milczenia, tym bardziej że – niestety – cały świat od początku prezydentury Trumpa bardziej niż o prawdę, dba o poprawność polityczną, często ocierając się o śmieszność, gdy zamiast szaleństwa nazwać szaleństwem, przymila się do Ameryki w obawie o to, że prezydent z gniewem zmarszczy brwi i postraszy nowymi cłami. W takiej sytuacji głos papieża Leona jest proroczy, a przede wszystkim wypowiedziany w stosownej chwili, bo pomimo całej kontrowersji obecności Kościoła w świecie polityki, właśnie nadszedł taki moment, w którym Kościół powinien wmieszać się w politykę: stać się i wyrzutem sumienia, i głosem rozsądku.
Jakub Kołacz SJ – „deon.pl”
Dyrektor Wydawnictwa WAM i DEON.pl. W latach 2014-2020 przełożony Prowincji Polski Południowej Towarzystwa Jezusowego.

Milczenie papieża i krzyk świata
Nic nie wskazuje na to, by amerykański prezydent, który od kilku dni publicznie krytykuje papieża Leona XIV szybko skończył swój spektakl. Po tym, jak papież w Niedzielę Palmową mówił, że Jezus nie słucha modlitw prowadzących wojny, a potem uznał groźby Trumpa mówiącego o „zniszczeniu całej cywilizacji irańskiej” za niedopuszczalne, Trump skrytykował Leona XIV zarzucając mu „schlebianie radykalnej lewicy”, zgodę na to, by Iran miał broń atomową oraz to, że „papież jest słaby w walce z przestępczością i fatalny w polityce zagranicznej”. Trump sugerował też, że to dzięki niemu Leon XIV został papieżem, ponieważ jak dowodził, kardynałowie uczestniczący w konklawe wybrali na głowę Kościoła katolickiego Amerykanina, aby ułatwić sobie relacje z prezydentem USA.
Leon XIV w reakcji na te słowa zapowiedział, że będzie dalej opowiadał się za pokojem i podkreślił, że nie jest politykiem. „Nie chcę wdawać się z nim w dyskusję” – oświadczył i zapowiedział, że w dalszym ciągu będzie „głośno sprzeciwiać się wojnie, dążąc do promowania pokoju, dialogu i wielostronnych relacji między państwami w celu poszukiwania sprawiedliwych rozwiązań problemów”. Można uznać, że papież poszedł za wskazówką wyrażoną w Księdze Przysłów: „Nie odpowiadaj niemądremu jego głupotą, abyś się nie stał do niego podobny” (Prz 26, 4). W starszych tłumaczeniach nieco dosadniej: „Nie odpowiadaj głupiemu według jego głupoty”.
W obronie Leona XIV stanęła m.in. Giorgia Meloni, premier Włoch. Oświadczyła ona, że „papież jest głową Kościoła katolickiego, jest właściwe i normalne, by wzywał do pokoju i potępiał każdą formę wojny”. Słowa oburzenia popłynęły właściwie z całego świata, ale Trump nie zamierza się wycofywać. Brnie dalej. I wciąż opowiada tą samą bajkę, której przekaz jest prosty: „tylko ja mam rację, a wy wszyscy wokół się mylicie”. Problemem w odniesieniu do Trumpa nie jest wcale to, że krytykuje on papieża, ile na sposób, w jaki to robi. Nigdy dotąd żaden polityk nie posunął się w swojej krytyce aż tak daleko. Wielu się z papieżami nie zgadzało, ale słów o ich nieudolności nikt publicznie nie wypowiadał.
W Wielki Piątek kard. Grzegorz Ryś w Kalwarii Zebrzydowskiej pytał, czy wyczuwamy granice, które trzeba postawić złu. „Czy mamy takie poczucie, że dochodzimy do takiego momentu, w którym musimy wreszcie powiedzieć: dość, dalej nie można, moja nienawiść musi zamarznąć?” – pytał kardynał i stwierdził, że dziś, niestety prawie nic nie zatrzymuje człowieka przed eskalacją zła, nienawiści, niechęci. Zauważył, że granice ciągle są przesuwane i pewne społeczne zachowania czy postawy byłyby niewyobrażalne dla pokolenia rodziców przed 20 laty czy dla pokolenia dziadków przed 50 laty.
Przypomniało mi się to wystąpienie właśnie teraz. Politykę kiedyś uprawiano raczej w zaciszach gabinetów. Dziś „robi się” ją w mediach społecznościowych. Znamy to doskonale z rodzimego podwórka. Im dosadniejszy wpis, tym lepiej. Kolejne riposty nie są dysputą merytoryczną, ale właśnie przesuwaniem granic, sondowaniem, na jak wiele można sobie jeszcze pozwolić. Brak reakcji powoduje, że to co jeszcze wczoraj było nieakceptowalne, dziś już jest. W gruncie rzeczy nie ma już miejsca na debatę ad meritum – w jej miejsce wchodzą argumenty ad personam. W tej dziedzinie Donald Trump jest arcymistrzem. Problemem jest nawet nie to, że uważa się za najmądrzejszego człowieka na świecie, ale to, że ma na takowe działanie przyzwolenie. Świat boi się – i wydaje się, że słusznie – jego reakcji.
Powróciłem w tych dniach do lektury książki znakomitego polskiego psychiatry Antoniego Kępińskiego. „Psychopatologie”, to wydana w latach 70. XX w. ostatnia książka geniusza psychiatrii. Na jej kartach Kępiński opisywał różne typy osobowości. W rozdziale dotyczącym typu paranoidalnego (urojeniowego) pisał: „Współżycie z psychopatą paranoidalnym nie jest łatwe, żyje się z nim stale w cieniu podejrzenia. Nigdy nie wiadomo, co za nowe pomysły się w jego głowie wylęgną, które rzekomo mają bez reszty wyjaśnić tajemnice otoczenia”. A kilka stronic wcześniej diagnozował: „Najczęściej pod fasadą urojeniową kryje się lek przed ludźmi. Często patrzy się na nich w górę, jak w dzieciństwie, są oni znacznie potężniejsi, więcej mogą niż w rzeczywistości. Ich świat jest inny, oni więcej wiedzą, knują spiski, kierują ludźmi jak marionetkami”.
Wypisz, wymaluj amerykański prezydent, którego lęki sprawiają, że wszędzie węszy spiski i przesuwa granice. Można byłoby retorycznie zapytać: co z wojnami, które miał zakończyć w 24 godziny? Jak na razie pootwierał jedynie nowe fronty, a przecież mówi, że walczy o pokój. A papież mówi: „Dość bałwochwalstwa samego siebie!”. A to psychopatę paranoidalnego musi boleć.
Tomasz Krzyżak – „deon.pl”

Od smutku do nadziei, od zwątpienia do wiary
Liturgia słowa trzeciej niedzieli Wielkanocy prowadzi nas bardzo konkretną drogą: od smutku do nadziei, od zwątpienia do wiary oraz od śmierci do życia. W pierwszym czytaniu spotykamy apostoła Piotra. Nie jest to już ten sam Piotr, który zaparł się Jezusa. Nie jest to już człowiek, który się boi i lęka. Jego życie się odmieniło. Teraz staje odważnie i ogłasza: „Tego właśnie Jezusa wskrzesił Bóg”. Dzięki spotkaniu ze Zmartwychwstałym Panem jego życie nabrało nowego sensu. Jest w stanie głosić Chrystusa Zmartwychwstałego, a także – ze względu na Jego imię – oddać swoje życie.
Ewangelia pokazuje nam coś bardzo ludzkiego. Dwóch uczniów idzie do Emaus. Są rozczarowani, zawiedzeni, pełni niespełnionych nadziei. Wierzyli, że Jezus odmieni wszystko, a teraz wszystko wygląda na porażkę. I właśnie w tę ciemność ich życia wchodzi Jezus. Idzie obok nich. Niestety, na tym etapie uczniowie Go nie rozpoznają. To bardzo aktualne doświadczenie: Jezus jest blisko, działa, prowadzi, a my tego nie dostrzegamy, bo jesteśmy skupieni na własnych planach, oczekiwaniach i rozczarowaniach.
Nie rozpoznali Go, bo byli zamknięci w swoim smutku i w obrazie Boga, który nie spełnił ich oczekiwań. Wtedy Jezus robi coś niezwykłego: najpierw wyjaśnia Pisma, a potem łamie chleb. To nie jest przypadek, że tak uczynił. Pokazuje niejako rytm naszego spotkania z Bogiem: najpierw słowo, które tłumaczy życie i porządkuje serce, a potem Eucharystia, w której Bóg daje samego siebie. I dopiero wtedy otwierają się oczy – nie wcześniej.
Wiara nie zaczyna się od widzenia, ale od słuchania – od momentu, w którym Słowo zaczyna dotykać serca i rozpalać je od środka. To właśnie wtedy rodzi się pytanie: „Czy serce nie pałało w nas, gdy mówił do nas w drodze?”. Prawdziwe spotkanie z Bogiem zawsze coś w nas porusza, coś w nas zmienia, a także ożywia.
Drugie czytanie przypomina nam, że nie zostaliśmy zbawieni czymś powierzchownym czy przypadkowym. Zostaliśmy wykupieni drogocenną krwią Chrystusa. To znaczy, że każdy z nas ma ogromną wartość w oczach Boga – nie przez to, co robi, ale przez to, kim jest w Jego miłości.
Co to oznacza dla nas dzisiaj, gdy rozważamy to Słowo Boże? Jezus idzie z nami nawet wtedy, gdy Go nie widzimy. W chwilach zwątpienia, zmęczenia i zagubienia nie znika – to raczej nasze oczy bywają przesłonięte. Słowo Boże ma moc rozpalać serce, ale trzeba naprawdę słuchać – nie tylko wiedzieć coś o Bogu, ale pozwolić, by On mówił do naszego życia. I wreszcie Eucharystia otwiera oczy. To najgłębsze spotkanie z Jezusem dokonuje się nie tylko w myślach, ale w realnym doświadczeniu Jego obecności.
Na końcu Ewangelii dzieje się coś bardzo ważnego: uczniowie wstają jeszcze tej samej godziny i wracają do Jerozolimy. Z człowieka smutnego rodzi się świadek. Spotkanie z Jezusem nie może zostać tylko dla mnie – ma ono mobilizować mnie do pójścia dalej, do wyjścia, do dzielenia się, do życia, które świadczy o tym, że On naprawdę żyje.
Dlatego warto dziś zadać sobie kilka pytań: czy moje serce jeszcze pała? Czy naprawdę słucham Słowa Bożego? Czy rozpoznaję Jezusa w Eucharystii?
Jezus cały czas idzie obok nas. Wciąż do nas mówi, wciąż działa i wciąż chce otwierać nasze oczy, abyśmy potrafili Go zobaczyć i iść za Nim.
o. Rafał Nowak CSsR – „redemptor.pl”
Redemptorysta Prowincji Warszawskiej, obecnie duszpasterz Polskiej Misji Katolickiej w Niemczech – Stuttgart
Bóg wyjechał
Gdzie, kiedy, w jakim właściwie celu – nie wiadomo. Ale wyjechał na pewno i zostawił nas tutaj, owszem, z bogactwem, ale samotnych.
Dla jednych to próba obrony transcendencji Boga: Przecież On nie będzie się babrał w naszej rzeczywistości. Owszem, Bóg jest, ale daleko, nie tutaj, na pewno nie tutaj. Skandalem jest myśleć o wcieleniu jako o czymś możliwym. Ściągać Boga na ziemię? Boga. Na ziemię. Myśl skandaliczna.
Dla innych to próba obrony Jego wszechmocy: ileż to już razy brzmiało i jeszcze zabrzmi w naszych ustach odmieniane przez wszystkie przypadki: „Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł”. To prawda, stworzył ten świat, ale zaraz potem go opuścił i stąd ten dramat, który nam się przydarza. Pogodzić cierpienie, którego doświadczamy, i istnienie dobrego Boga – zadanie zbyt trudne. Wyjechał na pewno.
Jeszcze inni mówią, że ta przeczuwana „chwilowa” nieobecność to w rzeczywistości nieobecność totalna: Boga nie ma. Jak u Camusa – absurd istnienia w obcym i nieprzyjaznym świecie spotyka się z próbą nadania sensu. Ludzie pracują i rozwijają się, ale Bóg nigdy nie wróci, nie rozliczy nikogo.
Być może najbardziej dramatycznie nasze obawy formułuje Kleofas podczas drogi do Emaus, gdy zarzuca Bogu nieobecność: „Ty jesteś chyba jedynym z przebywających w Jerozolimie, który nie wie, co się tam w tych dniach stało”.
A jednak Ewangelia nie jest opowieścią o Bogu, który nas zostawia.
Jest dobrą wiadomością o Bogu, który powierza nam wszystko, włącznie z własnym Synem, i ufa, do końca ufa, że rozpoznamy Jego miłość. Dobrze ujął to poeta Rilke:
Dzieli nas tylko cienka ściana, Panie, przypadkiem; bo pewnego czasu sprawi ust Twych lub moich jedno zawołanie, że bez hałasu runie ta cała ściana. Z Twoich obrazów jest wybudowana.
Łukasz Janik OP – „wdrodze.pl”

Pierwsze kazanie papieża
Jego okoliczności były niezwykłe. Oto do Jerozolimy na dzień Pięćdziesiątnicy, jedno z dwóch największych świąt żydowskich, tysiącami przybywali pątnicy ze wszystkich stron świata. Frygia, Pamfilia, Egipt, Libia – to tylko kilka z krain, które wymienia autor Dziejów Apostolskich.
Nie przybyli oczywiście, by słuchać św. Piotra, bo w tym dniu wspominali przymierze, jakie Bóg zawarł z Noem, a potem z Mojżeszem, przekazując mu Torę, i cieszyli się zbiorami pszenicy. Ale gdy Piotr zaczął przemawiać, i to przemawiać właśnie do nich, odbyła się swoista audiencja generalna. Była pierwsza, bo dopiero co na zebranych w Wieczerniku zstąpił Duch Święty. To On dał tym, jeszcze przed chwilą rozmodlonym, ale i zalęknionym odwagę i moc. To w tej mocy „stanął Piotr razem z Jedenastoma i przemówił donośnym głosem”.
A o czym było to pierwsze kazanie? Że o Jezusie Chrystusie, to oczywiste i zrozumiałe: Jezus Nazarejczyk, wydany, przybity do krzyża i zabity, został wskrzeszony, bo było niemożliwe, aby nad Nim panowała śmierć. Ale w tym kazaniu, głoszonym do Żydów, było też coś bardzo ważnego. Święty Piotr pokazuje słuchaczom, że Zmartwychwstanie nie powinno było być dla nich zaskoczeniem, bo wieścił je już jeden z psalmów: „Nie zostawisz duszy mojej w Otchłani ani nie dasz Świętemu Twemu ulec skażeniu”.
W kontekście orędzia Starego Testamentu Jezus Chrystus nie jest kimś na kształt wiedźminowego dziecka niespodzianki. Wręcz przeciwnie. On jest spełnieniem i wypełnieniem proroctw, które mówiły i o Jego narodzinach, i o publicznej działalności oraz o zbawczej męce i chwalebnym zmartwychwstaniu. Jest niezaprzeczalnym faktem, że tylko Jezus Chrystus wśród założycieli wielkich religii nie pojawia się znikąd. Wręcz jest oczekiwany. By w pełni zrozumieć sens Jego posłannictwa, trzeba je studiować w kontekście ksiąg Starego Testamentu. Zapominanie o tym niesie ryzyko wypaczenia i przekłamania. Papieska Komisja Biblijna uczy, a wręcz ostrzega w tym względzie, że Jezus Chrystus bez Starego Testamentu jest niczym meteor przybywający przypadkowo i nie wiadomo skąd.
Ks. Zbigniew Niemirski – „wiara.pl”

Nie mam ani kapłańskich dłoni, ani ust.
Czy na pewno?
Byłem świadkiem ciekawej rozmowy dwojga starszych osób. Pojawiła się w niej kwestia przyjmowania Komunii Świętej na rękę oraz zdanie, które szczególnie przykuło moją uwagę.
Czy istnieją kapłańskie dłonie? A kapłańskie usta? A może cały kapłański człowiek? Owszem! I nie trzeba mieć do tego święceń. Uczestniczymy w kapłańskie samego Jezusa przez nasz chrzest.
Nie mam kapłańskich dłoni
Czekałem spokojnie w kolejce do lekarza, gdy kątem ucha usłyszałem, jak pewien starszy pan mówił do swojej znajomej:
„Kościół zezwala na Komunię na rękę, ale przecież nie muszę jej tak przyjmować!”.
Starsza pani odpowiedziała:
„Ja sobie tego nie wyobrażam! Przyjmuję tylko do ust. Przecież nie mam kapłańskich dłoni!”.
Miałem ochotę podejść i powiedzieć: „Ust kapłańskich w sumie też pani nie ma”, ale bezczelny bywam tylko w myślach. A potem pomyślałem, że skłamałbym.
Ta pani ma i usta, i ręce – cała jest kapłańska.
Czyżbym był za święceniami dla kobiet? Nie!
Fundamentem jest chrzest
Papież Leon w ostatnich tygodniach, podczas audiencji generalnych, omawia dokumenty Soboru Watykańskiego II, w tym konstytucję dogmatyczną Lumen Gentium, która traktuje o wszystkich członkach Kościoła. W jej 9. punkcie przeczytamy:
Albowiem wierzący w Chrystusa, odrodzeni nie z nasienia skazitelnego, lecz z nieskazitelnego przez słowo Boga żywego (por. 1 P 1, 23), nie z ciała, lecz z wody i Ducha Świętego (por. J 3, 5-6), ustanawiani są w końcu „rodzajem wybranym, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem nabytym… co niegdyś nie był ludem, teraz zaś jest ludem Bożym” (1 P 2, 9-10).
Wierzący uczestniczą w kapłaństwie nie przez sakrament święceń, lecz przez sakrament chrztu!
O zgrozo! Czy katolicyzm oferuje zatem kapłaństwo wszystkim?
Tak i nie.
Religia kapłańska?
Co do zasady katolicyzm nie jest religią stricte kapłańską. Co przez to rozumiem?
W religiach naturalnych kapłani to grupa ludzi, dzięki którym inni mają jakikolwiek przystęp do bóstwa. Składają oni ofiary przebłagalne, zanoszą modły i zapewniają przychylność sił wyższych. W chrześcijaństwie jest tylko jeden Kapłan – Jezus, który złożył doskonałą ofiarę z samego siebie, zapewniając nam swobodny przystęp do Ojca i stając się jedynym pośrednikiem między Bogiem a ludźmi.
My, jako wierzący, uczestniczymy w tym jednym kapłaństwie Jezusa. Chrzest jest tego fundamentem: całe nasze życie może być modlitwą i ofiarą dla Boga, którą duchowo składamy podczas Eucharystii. W bierzmowaniu otrzymujemy moc, by świadczyć o Jezusie wobec świata. Możemy też głębiej wejść w służbę na rzecz Boga i Kościoła poprzez sakramenty małżeństwa lub święceń.
Choć tradycyjnie prezbiterów nazywamy kapłanami, nie są oni nimi w pogańskim rozumieniu tego słowa: nie działają jako jedyni pośrednicy, lecz – to ważne rozróżnienie – działając w osobie Chrystusa-Głowy (in persona Christi Capitis), sprawują sakramenty, które są pamiątką i uobecnieniem tego, co uczynił Jezus. Bazują na pierwotnym, chrzcielnym udziale w jedynym kapłaństwie Chrystusa i realizują jego kapłaństwo służebne wobec ludu.
Wracając do kapłańskich rąk…
W Kościele namaszczenie jest bardzo ważnym i głębokim gestem, który towarzyszy wielu sakramentom, ale nie w każdym ma taką samą wagę.
Podczas chrztu każdy z nas przyjął namaszczenie głowy: to obrzęd wyjaśniający chrzest, który jest zanurzeniem w śmierć i zmartwychwstanie Jezusa. Przez niego stajemy się chrześcijanami, czyli „namaszczonymi” – to właśnie symbolizuje olej na głowie dziecka.
W bierzmowaniu namaszczenie czoła ma już znaczenie nie tylko symboliczne, lecz sakramentalne: to przez ten widzialny znak dokonuje się niewidzialne udzielenie łaski daru Ducha Świętego.
Podobnie dzieje się w sakramencie namaszczenia chorych: namaszcza się w nim olejem dłonie osoby cierpiącej, by w ten widoczny sposób spłynęła łaska umocnienia i zjednoczenia z cierpiącym Jezusem.
W sakramencie święceń sytuacja jest podobna jak przy chrzcie. Obrzęd namaszczenia dłoni ma wymiar symboliczny i wyjaśniający, ale nie sprawia, że dłonie księdza otrzymują „nadprzyrodzone moce”.
To sakramenty wtajemniczenia chrześcijańskiego grają główną rolę: chrzest, bierzmowanie i Eucharystia. Człowiek potrzebuje też uzdrowienia – duchowego, moralnego i fizycznego – w sakramentach pokuty i namaszczenia chorych. Na tym fundamencie część z nas przyjmuje sakramenty służące komunii: małżeństwo, by rozwijał się Kościół domowy, oraz święcenia, by nie zabrakło szafarzy sakramentów i głosicieli Słowa. Wszyscy jednak uczestniczymy w tej samej prorockiej, królewskiej i kapłańskiej misji Jezusa.
Dariusz Dudek – „aleteia.pl”

Księża w polskiej diecezji poszczą o chlebie i wodzie. Mają trzy intencje
O chlebie i wodzie, w konkretnej intencji. Księża z diecezji siedleckiej podejmują regularny post, prosząc m.in. o świętość i modląc się za osoby skrzywdzone przez duchownych.
Przypomnienie o comiesięcznym dniu modlitwy pojawiło się w ogłoszeniach zamieszczanych na stronie diecezji siedleckiej. Jak czytamy w ogłoszeniu, ta wyjątkowa praktyka duchowa, jaką jest post o chlebie i wodzie połączony z modlitwą, dotyczy wszystkich księży z diecezji. Mają kilka intencji: proszą o świętość, przepraszają za zło i polecają skrzywdzonych przez duchownych, modlą się też o nowe powołania kapłańskie.
Publikujemy cały komunikat [pisownia oryginalna]
"W Diecezji Siedleckiej każdy trzeci piątek miesiąca jest dniem modlitwy kapłanów. Tego dnia podejmujemy modlitwę i post, aby prosić dobrego Boga o świętość dla nas kapłanów, ale także przepraszać za grzechy popełnione przez naszych braci kapłanów, w tym także za odejścia z kapłaństwa. Polecamy w naszej modlitwie także tych, którzy zostali skrzywdzeni przez naszych współbraci w kapłaństwie. Wreszcie chcemy prosić dobrego Boga o nowe powołania do kapłaństwa i do życia konsekrowanego w naszej Diecezji. Dlatego przypominamy i zachęcamy, aby trzeci piątek miesiąca (17 kwietnia 2026 r.) był dla nas kapłanów dniem postu o chlebie i wodzie. Tego dnia zadbajmy o adorację Najświętszego Sakramentu i o naszą osobistą modlitwę w tych intencjach."
„Gdy człowiek patrzy w głąb siebie i odnajduje tam pragnienie pochodzące od Boga, wówczas ma poczucie, że bez problemu udźwignie to wezwanie. Patrząc w przyszłość, czuje nadzieję, nawet jeśli równocześnie widzi związane z tym wyborem trudności”.

"Pamiętaj, że jesteś nikim". Co traumy dzieciństwa robią z nami w dorosłości?
Dla wielu dorosłych dzieciństwo nie było czasem beztroski, odkrywania świata i samych siebie, tylko doświadczeniem, do którego powraca się w najgorszych koszmarach. Gdzie strach, emocjonalne zaniedbanie i przemoc były narzędziami w “procesie wychowania”. Publikujemy fragment książki Ewy Kozy - “Dobrze wychowani. Jak wytresowano milenialsów”.
Ewa Koza: Od dziecka dużo mówiłaś, ale tylko do ludzi, którzy byli ci przyjaźni. Nie byli nimi twoi rodzice.
Karolina: Nie byli. Powiem coś, z czym borykałam się przez wiele lat: ja nie kocham moich rodziców. Nie kocham ich, bo ich nie znam. Nie miałam przestrzeni na zbudowanie z nimi bliskiej relacji, ponieważ moi rodzice byli wielkimi nieobecnymi. Krótko po tym jak mnie urodziła, mama zachorowała na nerki i przez pół roku była w szpitalu. Zajmowała się mną głównie babcia, dziadkowie mieszkali z drugiej strony tej samej kamienicy. Rodzice zawsze byli zajęci – jak nie pracą, to podróżami. Co prawda mama wzięła trzyletni urlop wychowawczy, ale kompletnie nie pamiętam wspólnego czasu z nią. Mam przebłyski tylko jednego wspomnienia: mam kilka lat, jestem w typowym dziecięcym łóżeczku ze szczebelkami i bardzo płaczę, ale nikt nie przychodzi. Ojciec żył w przekonaniu, że dziecka nie wolno przytulać, bo wychowa się mazgaja. “Samo zaczęło płakać, to i samo przestanie” – zabraniał matce mnie przytulać, babcia robiła to częściej, chociaż jej też nie pozwalano. Jak miałam trzy lata, ojciec zdecydował, że idzie na studia i praktycznie wyprowadził się do miasta oddalonego o sto kilometrów od domu. Nauka zajmowała mu sporo czasu i uwagi, a ja byłam elementem przeszkadzającym. Adekwatnie do wieku, biegałam po domu jak pędziwiatr, w związku z czym ojciec wypracował sobie swój rytm dobowy. Po powrocie z pracy jadł i kładł się spać, wstawał o 21.00 czy 22.00, gdy już spałam, i uczył się. Niby był, ale dla mnie go nie było. Na weekendy wyjeżdżał na zajęcia. Z tego powodu bardzo kocham piątki. Mama wracała sama z pracy, a ojciec jechał prosto na uczelnię. To były najpiękniejsze dni w moim życiu.
Dlaczego? Przecież będąc w domu, dla ciebie i tak był nieobecny.
Ponieważ służył – sam sobie nadał taką rolę – tylko do tego, żeby mnie strofować. Dla niego wszystko i zawsze było źle. Całe życie próbował mnie zastraszyć, a ponieważ jest bardzo wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną, również wyglądem podkreślał swoją siłę. Ma gruby, tubalny głos, jest sprawny komunikacyjnie. Całe życie się nade mną pastwił. Czegokolwiek się podjęłam, zawsze słyszałam, że mi to nie wyjdzie, bo jestem za głupia. Kiedyś powiedział, że mam chore ambicje, bo chcę być kimś, kim nigdy nie będę, i muszę sobie to uświadomić. Nie boję się powiedzieć, że mój ojciec ma problem ze zdrowiem psychicznym, ale nigdy nie poszedł po pomoc. Stosuje przemoc, jest człowiekiem dominującym, błyskawicznie podporządkował sobie całą rodzinę. Kompletnie nie radzi sobie z emocjami, nie umie nimi zarządzać, zawsze regulował je za pomocą alkoholu. W jego obecności mogłam się wszystkim bawić – mogłam wziąć pędzelek i pomalować farbkami pół mieszkania. Jemu to w ogóle nie przeszkadzało, bylebym tylko nie zaczęła płakać. Teraz, z perspektywy osoby dorosłej, wiem, że on nie wiedział, co się wtedy robi. Dostałam więc zakaz płakania, “bo to denerwuje tatę”. A co się dzieje, jak powiesz dziecku, że ma nie płakać? Pierwsze, co zrobi, to zacznie ryczeć. Jak tylko zaczynałam, on wrzeszczał, że mam przestać. Albo krzyczał na mnie, albo go nie było. Krótko po tym, jak skończył studia – miałam wtedy siedem czy osiem lat – rodzice kupili ziemię z lasem, takie miejsce do odpoczynku, dwieście kilometrów od domu. Od tego momentu w zasadzie zniknęli z mojego życia. Wyjeżdżali tam praktycznie co weekend, zostawiając mnie pod opieką dziadków, a gdy dziadek zmarł, zostawałam z samą babcią. Jeździli tam przez okrągły rok, nawet zimą. Zawsze znaleźli pretekst, żeby wyrwać się z domu. Praktycznie ich nie widywałam. Od poniedziałku do piątku funkcjonowali w trybie praca, na weekend znikali. Wcześniej, gdy miałam sześć lat, wyjechali na trzy tygodnie w podróż po Azji. Jak zawsze zostawili mnie z dziadkami. Pamiętam, że przyszedł do nich znajomy, popatrzył na mnie i powiedział: “Chyba musisz bardzo tęsknić za mamą i tatą”. Pomyślałam: “Nie, ja w ogóle za nimi nie tęsknię”.
Wiadomo ci, czy oni chcieli zostać rodzicami?
Mama chciała, ojciec nie. Dla matki dziecko było paszportem do lepszej przyszłości, uwiązaniem męża. Ona traktowała mężczyzn jak inwestycję. Uczyła mnie, że ładna miska jeść nie daje. Facet nie musi być przystojny, ważne, żeby miał pieniądze.
Mówisz, że ojciec regulował emocje za pomocą alkoholu. Jak odnajdywała się w tym matka?
Oboje są wysokofunkcjonującymi alkoholikami (osoby, które pomimo nadużywania alkoholu utrzymują pozory normalnego życia i skutecznie funkcjonują w społeczeństwie, realizując obowiązki zawodowe i osobiste – przyp. red.). Co ciekawe, mój ojciec po alkoholu jest najlepszym człowiekiem na świecie. Gdy pił, stawałam się jego ukochaną córeczką, najzdolniejszą i najwspanialszą. W ogóle wszyscy byli wtedy super. W przeciwieństwie do innych dzieci, w domach których też była przemoc i które bały się, że po alkoholu będzie kolejna awantura, ja, jak wiedziałam, że szykuje się impreza, byłam przeszczęśliwa.
Rodzice pili i do tej pory piją razem. Tyle że to zawsze były okoliczności imprezowe. Wychowywano mnie na nieustających balangach. Dlatego jestem nauczona spać w każdych warunkach. Hałas mi nie przeszkadza. Uwielbiałam imprezy w naszym domu, wtedy było wesoło, było radośnie. Miałam wrażenie, że wszyscy dobrze się bawimy.
Ojciec stosował przemoc tylko wobec ciebie?
Głównie wobec mnie, ale również wobec mojej matki. To była przemoc psychiczna. Nigdy nie podniósł na mnie ręki, ale doprowadził mnie do nerwicy. Całe liceum byłam na lekach. Wtedy mi powiedziano, że mam problemy z sercem. Dzisiaj, świadoma tego, jakie leki brałam, wiem, że to była nerwica, która manifestowała się zaburzeniami pracy serca. Ojciec o tym nawet nie wiedział, matka to przed nim ukrywała. Wychowywała mnie w przekonaniu, że tacie nie można zawracać głowy, on jest przepracowany, zmęczony, w ogóle jest królem, bo jest inżynierem. Jest epicentrum wszystkiego. I to, co tata powie, jest święte. On uważał, że kobiety nie nadają się do przedmiotów ścisłych, w związku z czym próbował mnie uczyć matematyki. To był koszmar. To były ciągnące się po pięć, sześć godzin monologi, w których notorycznie powtarzał, że jestem tępa. Bardzo często używał w odniesieniu do mnie dwóch słów: “tłuk” i “tłumok”. Mówił, że skończę co najwyżej piątą klasę podstawówki.
Lubił dawać mi kary. Sam bardzo brzydko pisze, ale mnie za brzydkie pismo kazał w nocy przepisywać zeszyt do polskiego albo napisać tysiąc razy: „Będę ładnie pisała”. To było wycieńczające. Zaczynałam płakać, co eskalowało napięcie, bo przecież ojciec nienawidził płaczu. Atmosfera robiła się nie do zniesienia. Nigdy nie pozwalał mi skończyć wcześniej, bo – jak powtarzał – trzeba być konsekwentnym i trzeba wytrwać. Do dziś tak działam. Jestem w stanie wytrzymać nawet w najbardziej niekomfortowych warunkach, nie porzucam projektów, które rozpoczęłam, zawsze doprowadzam je do końca. W tym wszystkim była moja milcząca matka. Ja ślęczałam nad zeszytem, ona – będąc w tym samym pomieszczeniu – nagle stawała się nieobecna. Zachowywała się tak, jakby nie chodziło o jej dziecko.
A jeśli była babcia albo dziadek?
Oni starali się odezwać. Zawsze się o mnie upominali, ale ojciec szybko to ucinał, mówił: “To nie wasze dziecko”, i wyrzucał ich z domu. Nie pamiętam, co zrobiłam, ale raz usłyszałam, że dostanę pasem. To było dziwne, bo ojciec nigdy mnie nie uderzył. Wiem, że byłam już wtedy dziewczynką, która zaczynała mieć świadomość własnej seksualności. To ważne, bo ojciec powiedział, że mam zdjąć majtki i wypiąć tyłek. Nie chciałam tego zrobić, nie dlatego, że bałam się razów, ale dlatego, że wstydziłam się rozebrać przed facetem. Stał nade mną kilka godzin, trzy, może cztery, a ja ryczałam. W końcu musiałam zdjąć te majtki, wtedy powiedział: “To wszystko, teraz się ubierz”. Później z dumą opowiadał o tym w towarzystwie. Powtarzał, że żeby wychować dziecko, trzeba je poniżyć. Mówił, że właśnie w tym celu wymyślił tę karę, bo dziecka nie boli bicie – to nie jest wychowawcze – dziecko boli poniżenie. I to, że każe mu się zdjąć majtki, jest najlepszym środkiem wychowawczym, ponieważ tak poniżone dziecko będzie robiło wszystko, co mu się każe. Mój ojciec był przeciwnikiem bicia dzieci. Uważał, że robią to tylko słabi ludzie.
Matka nie próbowała go hamować?
Przy mnie nigdy się nie odezwała. Czasem słyszałam, jak kłócili się o mnie w nocy. Próbowała stanąć po mojej stronie, ale ojciec jest bardzo sprawny retorycznie. Tak tragiczne, że aż zabawne jest to, że winę za wszelkie problemy wychowawcze zrzucał na matkę. Notorycznie krzyczał: “Zobacz, jak ją wychowujesz. To ty jesteś matką!”. To, że jego zdaniem byłam tępa, było jej winą. “Bo pozwalasz, żeby dziadkowie odrabiali z nią lekcje, i rośnie ci taki tłumok, a ty się nawet nie wstydzisz!”. Próbowała się bronić, ale ostatecznie zawsze ustępowała. Matka czuła się od niego zależna, choć całe życie pracowała zawodowo. Ojciec nigdy mnie nie przeprosił i nie zmienił swojego zachowania w stosunku do mnie. Miałam trzydzieści lat, gdy powiedział: “Pamiętaj, że jesteś nikim, a twoja praca jest kompletnie bezwartościowa. To dobrze, że dobrze na niej zarabiasz, dobrze, że ludzie są tak głupi, że ci za to płacą, ale ty nie jesteś nikomu potrzebna”. Kiedy obroniłam doktorat – rodzice nie wiedzieli, że go robię – wzięłam oprawioną pracę i pojechałam do nich, żeby ją pokazać. Mama mi pogratulowała, widziałam, że była dumna. Prawie się popłakała z radości. Ojciec powiedział tylko: “No, jestem zaskoczony”. Słowo “gratuluję” nie przeszło mu przez gardło. Kilka godzin później, gdy wróciłam do siebie, zadzwoniła mama – mocno wstawiona, wiadomo, trzeba było opić sukces córki – i powtórzyła, że jest dumna, że mi gratuluje. Wiem, że ona jest stłamszona przez ojca, całe życie dbała, żeby w domu był spokój. Zawsze powtarzała, że chce mieć spokojną rodzinę, i nieustannie pytała: „Po co ty się tak z tym ojcem kłócisz? Nie możesz się zgadzać na to, co on mówi? Byłby spokój”. Więc do tego, że on się nade mną pastwił, ona dokładała swoje: “Pastwi się nad tobą, bo na to zasługujesz, bo go prowokujesz”. To wpojone w dzieciństwie poczucie winy za cudze emocje towarzyszy mi do dziś. Muszę je za każdym razem świadomie od siebie odseparować, żeby nie nieść na plecach ciężaru całego świata. Zdaniem moich rodziców winę za ich zły stan psychiczny ponoszę ja, poprzez swoje nieudane życie.
Ewa Koza – „deon.pl”

Napisałam poradnik o pierwszej spowiedzi. Przerosło mnie to, co dostałam w zamian
Mówi się, że wierzących ludzi jest coraz mniej. Że dzieci przystępują do pierwszej komunii dla tradycji albo drogich prezentów. Kilka dni temu poproszono mnie o napisanie krótkiego poradnika dla rodziców, których dzieci przygotowują się do pierwszej spowiedzi świętej. Napisałam, wypuściłam w świat. Przerosło mnie to, co dostałam w zamian.
Poradnik dla rodziców o pierwszej spowiedzi. Temat wydawał się oklepany, choć dla wielu nadal kontrowersyjny. Moim zadaniem było pokazanie, jak wesprzeć dziecko, które się boi, tak by unaocznić rodzicom, jak ważna jest ich rola w katolickim wychowaniu i mądrym wsparciu swoich pociech. Pochodziłam z tym jakiś czas, usiadłam, napisałam. Poszło z głębi serca i doświadczenia, które jako mama nastolatka nabyłam w ostatnich latach. Tekst przejrzał znajomy ksiądz, by nikomu nie podsuwać pod nos czegoś, co zawierałoby podstawowe błędy (które zdarzyć mogą się każdemu). Potem puściłam go w świat – ten wirtualny i realny. Przerosło mnie to, co dostałam w zamian.
Mówi się, że wierzących ludzi jest coraz mniej. Dzieci przystępują do pierwszej komunii dla tradycji (albo drogich prezentów), a narzeczeni biorą ślub w kościele, by mieć ładne zdjęcia z uroczystości. To nieprawda. Albo przynajmniej nie cała prawda. To, co zobaczyłam, puszczając w świat prosty poradnik dla rodziców, albo współorganizując rekolekcje dla narzeczonych w mojej wspólnocie małżeństw, pokazało mi, że są ludzie, którzy bardzo poważnie szukają głębi, przygotowując siebie (albo dzieci) do sakramentów.
Kościół jest bardzo różnorodny. Różne są więc też przygotowania do sakramentów. Wiele razy słyszałam zarzuty, że spotkania dla narzeczonych to kato-lipa. Odpowiadałam wtedy spokojnie: być może masz takie doświadczenie, bo nie byłeś u nas w Gdyni. Trochę z przekorą, trochę z uśmiechem, ale moje doświadczenie pokazuje, że są takie miejsca w Kościele, gdzie ludzie wkładają kawał dobrej roboty w to co robią i że jest to niezwykle wartościowe dla odbiorców. Zawsze przy takich rozmowach wspominam pewnego mężczyznę, który kilka lat temu podszedł do mnie po konferencji o kryzysach i konfliktach w relacjach i ze wzruszeniem powiedział, że nie spodziewał się, iż takie treści usłyszy w Kościele.
To były najpiękniejsze słowa, jakie mogłam usłyszeć i najlepsze podziękowanie za trud, stres i czas, które poświęciliśmy dla tych ludzi. Dziś mam w sobie takie przekonanie, że i ja powinnam dziękować i mówić głośno o dobru, które dostaję. Podziękować za mądre kazanie; za spowiedź, w której dano mi przestrzeń na spokojne wypowiedzenie tego, co trudne; za rewelacyjne podejście do mojego dziecka, które za dwa tygodnie przyjmie pierwszy raz sakramenty spowiedzi i komunii świętej.
Nie twierdzę, że wszędzie jest rewelacyjnie, a oskarżenia są wyssane z palca. Mam świadomość tego, że często ludzie nawalają, że nie zawsze wychodzą do innych ci, którzy mają odpowiednie przygotowanie (merytoryczne, duchowe, psychologiczne…). I wtedy jest kicha. Nie oszukujmy się jednak: jeśli komuś zależy na głębi, to ją znajdzie. Wystarczy wejść na forum swojego miasta i poczytać opinie o różnych miejscach i inicjatywach organizowanych w okolicy. Nie żyjemy pod kamieniem, a Kościół to nie szkoła rejonowa i możemy pójść tam, gdzie rzeczywiście otrzymamy to, czego oczekujemy. Zakładając, że chcemy podjąć wysiłek, który wiąże się z poszukiwaniami czy dojazdami…
Nie dajmy sobie wmówić, że nie ma obok ludzi z pragnieniami dobrego przygotowania do sakramentów. Jest nas więcej, niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać, a prawda jest taka, że ci, którzy przychodzą na takie przygotowania z tradycji (lub innych niereligijnych pobudek) niekoniecznie są większością, choć może są bardziej krzykliwi i widoczni. To nie oznacza, że nie ma obok nikogo, kto mógłby iść ze mną ramię w ramię i wesprzeć mnie na mojej duchowej drodze. Czasem wystarczy poszukać, zapytać, dobrze się rozejrzeć. Nie szukajmy powodów do narzekań, ale sposobów, by sięgnąć po to, czego dziś potrzebujemy. Warto, nie tylko dla pięknych zdjęć i garści dobrych wspomnień.
Magdalena Urbańska – „deon.pl”

Święty na dzisiaj
- Graf z Watykanu - św. Leon IX
Urodził się 21 czerwca 1002 w Egisheim w Alzacji, w hrabiowskiej rodzinie, jako Bruno von Egisheim-Dagsburg.
Był duchownym na dworze cesarza Konrada II, a gdy skończył 24 lata mianowano go biskupem Toul we Francji. Tam pełnił swą posługę w niebywale aktywny sposób, próbując reformować podległą mu diecezję w duchu kluniackim, co zaowocowało tym, że cesarz Henryk III wyznaczył go w 1048 roku na sejmie w Wormancji na papieża.
Po przybyciu do Rzymu w stroju pątnika, Bruno najpierw boso udał się do grobu świętego Piotra, 12 lutego 1049 roku oficjalnie został zaś wybrany na stolicę Piotrową i przyjął miano Leona IX.
Jako głowa Kościoła nie zrezygnował ze swych reformatorskich zapędów. Odnowa moralna społeczeństwa oraz kleru szczególnie leżała mu na sercu, dzięki czemu uznaje się go dziś za prekursora reformy gregoriańskiej, wprowadzonej w pełni podczas pontyfikatu Grzegorza VII. Zreorganizował Leon IX papieską kurię, powołał także do życia kolegium kardynalskie, które liczyło wówczas siedemdziesięciu dostojników, co wynikało z uwarunkowań historycznych – tylu bowiem członków miała liczyć rada starszych w Izraelu.
Nazywano Leona „papieżem podróżującym” z uwagi na fakt, iż często przebywał poza Watykanem. Uważał bowiem, że papież powinien głosić światu Dobrą Nowinę osobiście, dlatego też bardzo często brał udział w uroczystościach wyświęcania nowych kościołów, a także od czasu do czasu, kierowany nostalgią, udawał się z powrotem w swoje rodzinne, niemieckie strony.
Czasy, w których przyszło mu żyć nie należały do najspokojniejszych. Z jednej strony Cesarstwo Niemieckie nie godziło się na dominującą rolę papieża w Italii, z drugiej zaś zagrożeniem byli Normanowie, którzy wcześniej służyli jako zaciężni żołnierze w Bizancjum podczas walk z Arabami, teraz zaś próbowali utworzyć własne państwo, grabiąc i plądrując ziemie należące do Państwa Kościelnego.
Leon IX wyruszył nawet na wyprawę przeciw najeźdźcom, nie otrzymał jednak obiecanego, militarnego wsparcia wojsk bizantyjskich, w związku z czym przegrał bitwę pod Civitate w 1053 roku i dostał się do niewoli. Fiaskiem zakończył się więc jego plan zakładający trójstronny sojusz pomiędzy papieżem, cesarzem niemieckim i bizantyjskim, który miał być skierowany przeciw Normanom. Co gorsza, istniejące wcześniej konflikty między kościelnymi dostojnikami ze Wschodu i Zachodu, zaczęły za jego pontyfikatu narastać jeszcze bardziej.
Ciężko chory – najprawdopodobniej na malarię – został Leon po dziewięciu miesiącach zwolniony z niewoli, po czy wkrótce, 19 kwietnia 1054 roku zmarł.
Piotr Drzyzga – „wiara.pkl”

Święci i błogosławieni w tygodniu
NIEDZIELNA EUCHARYSTIA W KOŚCIOŁACH W OKOLICY
Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach
niedziele i święta: 6.30, 8.00, 9.30, 11.00, 12.30 (oprócz VII i VIII), 16.00, 19.00,
dni powszednie – 7.00, 7.30, 18.00.
Parafia Matki Bożej Pocieszenia, ul. Bulwarowa 15a
niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00, 18:00, 20:00
dni powszednie: 7:00, 15:00, 18:00
Parafia Matki Bożej Częstochowskiej, os. Szklane Domy 7,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 17:00 (oprócz VII i VIII),
19:00 (oprócz VII i VIII), 20:30
dni powszednie: 6:30, 8:00, 18:00
Parafia Matki Bożej Królowej Polski, Arka Pana, ul. Obrońców Krzyża 1
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 16:00, 17:30, 19:00,
dni powszednie: 6:00, 6:30, 7:00, 7:30, 8:00, 11:00, 18:00
Bazylika Krzyża św. - klasztor
(pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Wacława)
niedziele i święta: 06.30, 08.00, 09.30, 11.00, 12.30, 14.00 (oprócz VII i VIII)
dni powszednie: 06.30, 07.30, 08.30, 16.00 (w piątki), 18.00.
Parafia św. Bartłomieja Apostoła, Mogiła, ul. Klasztorna 11,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 14:00 (oprócz VII, VIII), 16:30, 18:00
dni powszednie: 6:00, 7:00 (oprócz VII i VIII), 7:30, 8:30, 18:00
Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Teatralne,
niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00 (oprócz VII i VIII), 18:00, 19:30
dni powszednie: 6:30 (oprócz VII i VIII), 7:00, 18:00
Parafia św. Stanisława Biskupa Męczennika, Kantorowice 122,
niedziele i święta: 9:00, 11:00, 18:00, dni powszednie: 8:00, 17:00, (18.00- lato)
Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Lubocza,
niedziele i święta: 8:00, 10:30, 17:00, dni powszednie: 7:00, 17:00
Parafia Matki Bożej Wspomożenia Wiernych, Prusy,
niedziele i święta: 7:30, 9:30, 11:30,
dni powszednie: 18:00 (pon., śr., pt.), 6:30 (wt., czw., sob.)
Parafia św. Maksymiliana Marii Kolbego, Mistrzejowice,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 10:30, 11:00, 13:00, 17:00, 19:00
dni powszednie: 6:30, 7:00, 7:30, 18:00
NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:
strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl