W BLASKU MIŁOSIERDZIA

6/1063 – 25 stycznia 2026 r. C.

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA

 

 

 

III NIEDZIELA ZWYKŁA (rok A)

25 stycznia 2026 r.

  

Dziś po raz siódmy obchodzimy w Kościele Niedzielę Słowa Bożego,

ustanowioną przez papieża Franciszka we wrześniu 2019 r. listem apostolskim Aperuit illis. Papież napisał w nim m.in.: "Ustanawiam III Niedzielę Zwykłą w ciągu roku jako poświęconą celebracji, refleksji oraz krzewieniu Słowa Bożego. Staje się ona odpowiednim momentem tego okresu roku, w którym jesteśmy wezwani do wzmocnienia więzi z wyznawcami judaizmu oraz do modlitwy o jedność chrześcijan. Nie jest to przypadek: celebrowanie tej Niedzieli wyraża charakter ekumeniczny, ponieważ Pismo Święte wskazuje tym, którzy się w nie wsłuchują, drogę do przebycia, aby dojść do trwałej i autentycznej jedności".

Dziś zakończenie Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan.

 

 

 

 

Czytania:
Pierwsze czytanie: Iz 8,23b-9,3
Psalm: Ps 27
Drugie czytanie: 1 Kor 1,10-13.17
Ewangelia: Mt 4,12-23
Ewangelia:
Mt 4, 12-23 - Na Jezusie spełnia się zapowiedź Izajasza
Słowa Ewangelii według Świętego Mateusza
Gdy Jezus posłyszał, że Jan został uwięziony, usunął się do Galilei. Opuścił jednak Nazaret, przyszedł i osiadł w Kafarnaum nad jeziorem, na pograniczu ziem Zabulona i Neftalego. Tak miało się spełnić słowo proroka Izajasza:
«Ziemia Zabulona i ziemia Neftalego, na drodze ku morzu, Zajordanie, Galilea pogan! Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmierci wzeszło światło».
Odtąd począł Jezus nauczać i mówić: «Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie».
Przechodząc obok Jeziora Galilejskiego, Jezus ujrzał dwóch braci: Szymona, zwanego Piotrem, i brata jego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: «Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi». Oni natychmiast, zostawiwszy sieci, poszli za Nim. A idąc stamtąd dalej, ujrzał innych dwóch braci: Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego, Jana, jak z ojcem swym Zebedeuszem naprawiali w łodzi swe sieci. Ich też powołał. A oni natychmiast zostawili łódź i ojca i poszli za Nim.
I obchodził Jezus całą Galileę, nauczając w tamtejszych synagogach, głosząc Ewangelię o królestwie i lecząc wszelkie choroby i wszelkie słabości wśród ludu.
Komentarz do czytań:
III niedziela roku A... Z racji pochodzenia pogardzani stali się pierwszymi adresatami Dobrej Nowiny.
Nad mieszkańcami kraju mroków zabłysło światło... Różnie to w polskich miastach i wsiach bywa ale chyba wszędzie są dzielnice "lepsze" i "gorsze". W pierwszych mieszkają zacniejsi, porządniejsi, w drugich ludzie zwyczajni, prości, albo "ci z marginesu".  W Palestynie czasów Jezusa też była "porządna" Judea, starająca się wiernie trwać przy tradycji przodków  i "byle jaka" Galilea, z której - wiadomo - nic dobrego nie może pochodzić, bo to prawie pogaństwo. A Jezus, choć urodził się w judzkim Betlejem, całą młodość spędził w galilejskim Nazarecie. I tam rozpoczął swoją publiczna działalność, tam najpierw nauczał, tam działał pierwsze cuda. I jako swoich Apostołów też powołał ludzi stamtąd....  Bóg chyba szczególnie kocha tych, których "lepsi" uważają za niewiele wartych...
Dość często w swoim patrzeniu na chrześcijaństwo przyjmujemy postawę zachowawczą. Chcemy bronić wiary tam, gdzie ona jeszcze jest. Tymczasem wiara w Chrystusa to wspaniała oferta. Jeśli ktoś tego nie widzi i nie rozumie, nie ma chyba sensu przekonywać go do pozostania przy wierze. Bo zawsze będzie myślał, że robi Bogu łaskę. A jest dokładnie odwrotnie. I o tym są chyba czytania tej niedzieli.
Urzekająca swoim prostym pięknem Ewangelia tej niedzieli. Jezus, po aresztowaniu Jana,  wraca z Judei do Galilei. I tam odbędzie się święto Ewangelii... Upokorzona niegdyś kraina zostanie wywyższona. Taki jest Bóg. Dźwiga poniżonych, brata się ze zwykłymi ludźmi, mędrzec nie jest dla niego bardziej wartościowy niż prostaczek.
Nawracajcie się - wzywa tej niedzieli Jezus. Czyli? Nie chodzi o duchowe wytresowanie się; o umiejętność zaciśnięcia zębów i odmówienia sobie tego, czego chcę, czego pożądam. Chodzi o zmianę sposobu myślenia; by pociągało nas to, co dobre, piękne i szlachetne, a to, co złe... Cóż, byśmy widzieli, że zakazany owoc jest robaczywy i nagniły.
 
 
 
3
 
 
 
W dzisiejszym numerze
- Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką
- Nadchodzi zmiana
- Zanurzenie w Chrystusie
- Dlaczego ludzie odchodzą od Kościoła?
- Pójdźcie za Mną...
- Piękna katastrofa, czyli nawrócenie św. Pawła, Apostoła
- Homilia św. Jana Chryzostoma, biskupa
- O tym, że wszystko dźwigać nam trzeba przez wzgląd na życie wieczne
- Duszpasterz świeckich - św. Franciszek Salezy
- W czym tkwi sekret siły człowieka wierzącego?
- Problemy Kościoła przeszkodą w dążeniu do jedności. Bp Ważny: dzisiaj ekumenizm ma trochę „pod górkę”
- Kolęda, czyli jak to zrobić lepiej
- Liturgia to nie drugorzędna sprawa. Wymaga światła wiary
- Święci i błogosławieni w tygodniu

 

 

 

Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką

  

Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką. Światło dla Galilei.
Możemy za psalmistą powtarzać: Pan moim światłem i zbawieniem moim.
Jezus przychodzi do krainy niejednoznacznej, opuszcza Nazaret, osiada w Kafarnaum, gdzie nachodzą się na siebie ludzie, zwyczaje, tradycje i religie. Nieprzypadkowo Galilea jest nazywana Galileą pogan.
I oto zaczyna się głoszenie dobrej nowiny, przepowiadanie słowa z mocą. Królestwo Boże jest blisko. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię.
Jezus będzie zwiastował obecność Królestwa, kiedy będzie dokonywał znaków i cudów, które jako zadanie, mają prowadzić do wiary. Prośmy o tę wiarę większą na dzisiejsze czasy.
ks. Wenancjusz Zmuda – „Mateusz.pl”

 

 

 

Nadchodzi zmiana

Na brzegu jeziora Genezaret, a w zasadzie na brzegu zdarzeń i codziennych zmagań, być może nawet niepowodzeń, staje Nauczyciel i wszystko się zmienia. Dzieje się tak, ponieważ On widzi więcej, więcej też rozumie i ma moc zaprosić do udziału w swoim boskim planie. Tego jednak zawsze się obawia miłośnik rutyny, który kocha jedynie to, co zna. Przed tym chce uciec przelękniony pasjonat bezpieczeństwa oraz przekonania, że u nas zawsze tak było, dlatego nic nie zmieniajmy. Ryzykowną więc rzeczą jest słyszeć, a jeszcze trudniejszą usłyszeć i wziąć odpowiedzialność za słowo. A to znaczy za nowy sens i drogę, które słowo odsłania. Jezus rozumie codzienne zmagania rybaków i zna ich serca.

Dlatego też słowa; „pójdźcie za Mną”, „zostawcie łodzie”, padają na podatny grunt. Nadchodzi zmiana. Nowe życie rybaków, w którym nie będą już łowić ryb, ale ludzi dla królestwa Bożego. Nowe życie i pójście za Nim oznacza śmierć starego, starych nawyków, łatwych ścieżek i dotychczasowych myśli. W szkole Jezusa otworzą się im oczy na ludzkie cierpienie, lęki, samotność, na moc i bezbronność Boga, który objawił się w Nauczycielu. W szkole Jezusa wszystkiego się nauczą i wszystkim zostaną obdarowani, ale też wszystko stracą w godzinie krzyża. Będą rozbici i zranieni śmiercią i beznadzieją, ale On znowu przyjdzie, bo On zawsze wraca.

 Przyjdzie do nich do Galilei, znowu stanie na brzegu jeziora. Jego słowo będzie o miłości, która wszystko przetrzyma, wszystko przebaczy i we wszystko wierzy. Będzie nowym początkiem, zaproszeniem do życia dalej, po przejściach, do życia z Nim. Zmiana budzi lęk, bo jest początkiem nieustannych odkryć i zaskoczeń, radości i bólu, tracenia i znajdowania. Każdy, kto usłyszał Jezusowe „pójdź za Mną”, wie, że to dopiero początek tej drogi, ale też obietnica życia, które ma znaczenie.

Tomasz Zamorski OP – „wdrodze.pl”

 

 

 

Zanurzenie w Chrystusie

Pan moim światłem i zbawieniem moim (Ps 27,1a)

 To wspaniałe odkrycie, którego trzeba w swoim życiu dokonać. Pan, czyli Bóg dla psalmisty, a według Ewangelii Jezus Chrystus. Jak jednak osoba może być światłem?! Zwykle kojarzymy światło z czymś, co nam oświeca przestrzeń wokół nas, pozwala widzieć drogę, którą możemy kroczyć. Zarówno światło, jak i droga jest czymś. Natomiast zarówno dla Izajasza, proroka żyjącego 8 wieków przed Jezusem Chrystusem, jak i dla Ewangelisty światłem jest osoba. W Ewangelii św. Jana czytaliśmy w dniu Bożego Narodzenia: Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi (J 1,9). Te słowa św. Jan odnosi do Jezusa – Słowo? Światło?, które przyszło na świat. Światło jest metaforą odsłonięcia się prawdy, widzenia prawdziwej rzeczywistości, którą daje Chrystus jako Logos, Słowo niosące prawdę ostateczną.

Nieco dalej w tej samej Ewangelii sam Jezus mówi o sobie: Ja jestem drogą i prawdą, i życiem (J 14,6). Chrystus sam jako Osoba jest światłem, światłem-prawdą! Jednocześnie nie oświeca On niczego na zewnątrz, ale drogę, którą jest On sam i cel, czyli życie, jakim jest także On. Co jednak znaczy, że Jezus jest światłem?

 Pierwsze i drugie czytania ukazują swoisty dramat światła i ciemności (cienista kraina śmierci). Światło rozjaśnia mroki, jakie zapanowały nad krainą ludzi. W Biblii światło stanowi także metaforę życia, a ciemność metaforę śmierci. Szeol, miejsce przebywania zmarłych, jest krainą mroku i braku życia, co dla Żydów było równoznaczne z brakiem dostępu do Boga. Dlatego też obszar zamieszkały przez pogan jest nazwany u Izajasza krajem mroków, bo nie znali oni Boga prawdziwego. Święty Paweł w słynnej przemowie na Areopagu ateńskim nawiązał do tej metafory, mówiąc o zamyśle Bożym odnoszącym się do pogan: Określił właściwie czasy i granice ich zamieszkania, aby szukali Boga, czy nie znajdą Go niejako po omacku. Bo w rzeczywistości jest On niedaleko od każdego z nas (Dz 17,26n).

 Człowiek osamotniony w swoim życiu, pozbawiony prawdziwej więzi ze źródłem swojego istnienia, błąka się, nie znając prawdziwego sensu swojego życia i jego celu. Rzuca się wówczas na to, co uchwytne, szukając w tym swojego szczęścia, ale to wszystko przemija, a wraz z przemijaniem pozostaje pustka. W takiej dramatycznej sytuacji nie jest dla człowieka światłem naga prawda o beznadziejności, jak to przedstawił Kohelet: Marność nad marnościami, powiada Kohelet, marność nad marnościami – wszystko marność (Koh 1,2). Prawda, która ma być dla człowieka światłem, musi zawierać w sobie nadzieję na wyjście z mroków, czyli nadzieję zbawienia, nadzieję na „nowość”. Kohelet jest smutnym mędrcem, bo nic zgoła nowego nie ma pod słońcem (Koh 1,9). U Izajasza natomiast światło niesie z sobą nowość, którą jest wyzwolenie i wynikająca z niego radość: Pomnożyłeś radość, zwiększyłeś wesele. Rozradowali się przed Tobą, jak się radują we żniwa, jak się weselą przy podziale łupu. Bo złamałeś jego ciężkie jarzmo i drążek na jego ramieniu, pręt jego ciemiężcy (Iz 9,2n).

 Proroctwo Izajasza odnosiło się bezpośrednio do ciężkiej sytuacji politycznej w tym czasie, ale było powtarzane przez wieki jako zapowiedź przyszłego wyzwolenia ostatecznego, mesjańskiego. I właśnie w perspektywie tak rozumianego proroctwa św. Mateusz mówi o obecności Jezusa w Kafarnaum i jego okolicach: I obchodził Jezus całą Galileę, nauczając w tamtejszych synagogach, głosząc Ewangelię o królestwie i lecząc wszelkie choroby i wszelkie słabości wśród ludu (Mt 4,23). W tym kontekście padają słowa Jezusa: Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie (Mt 4,17). Jezus przynosi prawdę o ostatecznym wyzwoleniu, o nadejściu oczekiwanego od wieków królestwa Bożego. Taka prawda, ewangelia – dobra nowina, staje się światłem, bo niesie w sobie nadzieję i bliską perspektywę wyzwolenia. Taka nadzieja pobudza serce do przemiany, do wyjścia z zastarzałych schematów myślenia i działania. Bez niej człowiek nie ma chęci na zmianę, nie widzi sensu przemiany i nawrócenia. Taką atmosferę wyczuwa się dzisiaj u wielu ludzi. Trzeba im wskazać prawdę, która jest nadzieją, bo tylko taka prawda staje się światłem. Bo gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje (Mt 6,21). Otóż Chrystus przyniósł ze sobą nadzieję, perspektywę, światło.

 Ale tutaj pojawia się trudność związana z niezrozumieniem u ludzi. W naszym ludzkim rozumieniu stale oczekujemy czegoś z zewnątrz, przynajmniej czegoś, co otrzymuje potwierdzenie z zewnątrz. A królestwo Boże, jakie On przynosi, nie polega na niczym, co by miało przyjść z zewnątrz. Święty Paweł powie na ten temat później: królestwo Boże – to nie sprawa tego, co się je i pije, ale to sprawiedliwość, pokój i radość w Duchu Świętym (Rz 14,17). Królestwo Boże to tajemnica Bożego życia w nas. Na świecie, niestety, często nie otrzymujemy żadnego potwierdzenia, że prawdziwie zbliżamy się do Chrystusa, a wręcz przeciwnie, właśnie wtedy bywamy doświadczani, odrzucani, prześladowani, wyśmiewani... Ale to wszystko Pan Jezus zapowiedział: podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą do królów i namiestników. Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa (Łk 21,12n). Jest to doświadczenie i zarazem pokusa zwątpienia, ale jednocześnie szansa na oczyszczenie: okazuje się wówczas, że nic, co moglibyśmy otrzymać, nie jest w stanie zapewnić nam prawdziwej radości, nic naprawdę nie jest nasze. Nasza może być jedynie więź z Chrystusem i tylko On naprawdę jest naszym zbawieniem, a tym samym nadzieją i światłem:

 Pan moim światłem i zbawieniem moim (Ps 27,1a).

 Święty Paweł przypomina o tej prawdzie Koryntianom, którzy prowadzili między sobą spory. Mówi im, że tylko Jezus Chrystus za nich umarł i tylko w Jego imieniu zostali ochrzczeni. Cała reszta może jedynie służyć ich coraz pełniejszemu zakorzenieniu się w Nim, czyli pełnej realizacji chrztu: zanurzeniu w Chrystusie.

Włodzimierz Zatorski OSB (ur. 1953) benedyktyn, fizyk, teolog, filozof.

Fragment książki „Rozważania liturgiczne.

 

 

 

Dlaczego ludzie odchodzą od Kościoła?

Dlaczego ludzie odchodzą od Kościoła? Bardzo różne słyszymy próby odpowiedzi na to pytanie. Jeden z duszpasterzy, po sezonie kolędowym, po zakończeniu odwiedzin u swoich parafian, pochylił się raz jeszcze nad własnymi notatkami z takich właśnie duszpasterskich spotkań domowych. Temat odchodzenia od wspólnoty pojawiał się często. W tym roku ów duszpasterz spotykał jednak nie tylko rodziców, żalących się, że dzieci czy wnuki – tak ogólnie - odwracają się od praktykowania wiary. Spotkał też kilka osób, które kiedyś były bardzo zaangażowane w działalność jakiejś grupy duszpasterskiej, a zniechęcone lub zawiedzione zrezygnowały, odeszły… Odeszły nie tak całkowicie i radykalnie z Kościoła – wszak przyjęły księdza po kolędzie – ale odeszły z grupy; ze wspólnoty, w której wcześniej z zapałem działały. Dlaczego odeszły? Oto streszczenia konkretnych głosów konkretnych osób.

Daria była bardzo zaangażowana w zbiórki charytatywne. Dbała, by wszystko było zrobione dobrze. Pomagała też w prowadzeniu parafialnej księgowości. Pewnego razu zauważyła, że pieniądze zbierane na misje zagraniczne zostały przeznaczone na remont salki na plebanii. Gdy zapytała o to wprost, usłyszała, że to drobne przesunięcie oraz że nie powinna się tym martwić. Ale martwiła się. Dla niej to nie była drobnostka. Stwierdziła, że nie może publicznie zbierać kolejnych datków, jeśli zasady są traktowane tak luźno. Odeszła po cichu, ze smutkiem i z przekonaniem, że nie powinna być częścią czegoś, co według niej jest wewnętrznie sprzeczne.

Marek we wspólnocie duszpasterskiej szukał przede wszystkim głębi i autentyczności. Natomiast nie do końca prawdziwe wydawały mu się zawsze uśmiechnięte twarze i przesadnie pobożny język, w którym zamykano całą rzeczywistość. Pewnego wieczoru, na spotkaniu małej grupy, zebrał się na odwagę. Opowiedział o swojej walce z depresją i o uczuciu pustki, które go nie opuszczało. W odpowiedzi – zamiast empatii – usłyszał pouczające rady: Twój problem polega na tym, że nie skupiasz się na radości Pana… Musisz po prostu zostawić to przy krzyżu i do tego nie wracać… Te „rady” brzmiały w uszach Marka jak unieważnienie jego bólu. Poczuł się niezrozumiany i bardziej samotny niż kiedykolwiek. Odszedł z przekonaniem, że nie może być sobą wśród ludzi, którzy – jak w teatrze – odgrywają role szczęśliwych i bezproblemowych.

Łukasz zafascynował się Biblią, więc z gorliwością zaczął uczęszczać na spotkania biblijne. Zadawał wówczas pytania, które – jak się okazało – wykraczały poza standardowe interpretacje. On był po prostu ciekawy. Prowadzący spotkanie odpowiadał natomiast z pozycji kogoś zagrożonego, a grupa w większości reagowała na pytania Łukasza, jak by ktoś podważał ich wiarę. Łukasz akceptowałby proste nie wiem jako tymczasowe odpowiedzi na swoje pytania, a najczęściej słyszał, że niektórych rzeczy po prostu nie da się zrozumieć lub, że o to w ogóle nie powinien pytać. Odszedł, bo nie znalazł przestrzeni do dociekania i – jak sam powiedział – zasypała go hałda dogmatów.

Sylwia jest kobietą sukcesu. W swojej pracy zawodowej zarządza projektami, wyznacza cele i skutecznie je realizuje. Zaproszona przez koleżankę do wspólnoty modlitewnej, chciała tam wnieść choć trochę tej swojej energii. Jednak szybko zderzyła się ze ścianą. Wspólnota – w jej oczach – dryfowała bez celu. Jedynym widocznym celem było przetrwanie do następnego miesiąca. Nie było wizji rozwoju, strategii dotarcia do nowych ludzi, żadnych mierzalnych wskaźników postępu. Sylwia zrozumiała, że marnuje swój potencjał, próbując mobilizować ludzi, którzy zadowalają się stagnacją. Odeszła…

Streszczone tu historie na pewno same w sobie nie są „czarno-białe”. Ich bohaterowie z jednej strony znaleźliby zwolenników, całkowicie przyznających im rację, z drugiej strony natomiast usłyszeliby również głosy, że zamiast domagać się czegoś gotowego i dojrzałego, mogliby sami bardziej postarać się wnieść do wspólnoty te ideały, których nie zastali tam na miarę swoich – może wygórowanych - oczekiwań. Nie należy dziwić się, że w społeczności Kościoła spotkamy ludzi różnych, bardzo różnych – różnych w intensywności pragnień i oczekiwań, różnych w pomysłach na ich realizowanie, różnych w sposobach przeżywania codziennych wyzwań, wreszcie różnych stopniem zwykłej ludzkiej dojrzałości. Wobec tej ludzkiej różnorodności na pewno warto – w ramach liturgicznej cykliczności zestawów czytań – na nowo usłyszeć Jezusowe Nawracajcie się oraz Pójdźcie za Mną.

Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie. Od tego się zaczyna. Fundamentem („zasadą” treściowo pierwszą) jest prawda, że bliskie jest królestwo niebieskie. Rybak łowi, stosując przynętę, Jezus „łowi”, wskazując na lepszą rzeczywistość niż codzienne doświadczenie Jego słuchaczy. Ta lepsza rzeczywistość nie jest odległa – jest BLISKO. Interesuje mnie to? Jeśli nie, nic dziwnego, że nie słyszę imperatywu nawracajcie się. Jeżeli natomiast oferta „lepszego królestwa” (niż moje dotychczasowe życie) jest dla mnie interesująca, zatrzymuję się wobec wezwania nawracajcie się. To wezwanie do zmiany. Zdecydowanie i niezaprzeczalnie, pierwsze „oficjalne” Jezusowe orędzie to ZMIENIAJCIE… Kogo? Siebie… Dlatego siebie, że tylko zmiana siebie jest możliwa (moja wina… moja wina...)(„kogoś” nie zmienię i warto pogodzić się z tym).

Mądre komentarze podpowiedzą nam, że chodzi tu o zmienianie myślenia, zmienianie umysłu, zmienianie nawykowych sposobów postrzegania, reagowania, przeżywania. Załóżmy więc roboczo, że słyszę i akceptuję dotychczasowe orędzie – słyszę i akceptuję iż można żyć lepiej i wymaga to mojego zaangażowania w zmienianie własnego myślenia. Staję więc w gotowości i pytam co dalej?… Dalej Jezus mówi: Pójdźcie za Mną. Czyli zmienianie, do którego dopiero co wezwał, nie jest jakąś dowolną czy przypadkową aktywnością. Nie jest ono statycznym gotowym projektem, a jednak jednocześnie jest wystarczająco jasne i określone – chodzi o wędrowanie za Jezusem i uczenie się interpretowania swojego życia w świetle Jego spojrzenia. Postępów na tej drodze nie będzie bez mojego zaangażowania, nie ma takiej możliwości. Królestwo niebieskie rzeczywiście jest bliskie, ale nie można otrzymać go z zewnątrz bez własnego wysiłku (nie można za kimś pójść, nie idąc…). Co wynika z tego pójścia? Czasem przez długi czas wydaje się, że nic. A czasem okazuje się, że ów długi czas (z którego nic nie wynikało) potrzebny był, aby istotnie coś dostrzec i skutecznie ZMIENIĆ… Daria, Marek, Łukasz, Sylwia nie zastali we wspólnotach tego, czego się spodziewali. A może bardziej to Jezus Chrystus spodziewał się, że dzięki ich osobistej wierze obdaruje owe wspólnoty tym, czego tam brakuje? Z kolei ludzie, którzy zawiedli Sylwię, Łukasza, Marka, Darię, formalnie identyfikowali się ze wspólnotą Kościoła, ale czy naprawdę, radykalnie szli za Jezusem i nie mają sobie nic do zarzucenia?

Szczere pragnienie pełnienia woli Bożej z pewnością jest wolą Bożą – mawiali święci mistycy.

Inni dodawali:

Uważaj na swoje myśli – stają się one słowami.

Uważaj na swoje słowa – stają się one czynami.

Uważaj na swoje czyny – stają się one nawykami.

Uważaj na swoje nawyki – stają się one charakterem.

Uważaj na swój charakter – staje się on twoim przeznaczeniem.

W świetle takich słów być może łatwiej zrozumieć i przyjąć, dlaczego Jezus rozpoczyna swą działalność wezwaniem do zmieniania myślenia i pójścia za Nim.

o. Jarosław Krawczyk CSsR

Misjonarz Prowincji Warszawskiej Redemptorystów – Toruń

 

 

 

Pójdźcie za Mną...

"Lud, który siedział w ciemności ujrzał światło wielkie,

i mieszkańcom cienistej krainy śmierci światło wzeszło..." (Mt 4,16)

A. Przeczytać

Po uwięzieniu św. Jana Chrzciciela Jezus powrócił do Galilei. Odepchnięty przez mieszkańców rodzinnego Nazaretu zatrzymał się w Kafarnaum, nad jeziorem Genezaret, które utworzyły wody Jordanu w pobliżu swoich źródeł. Jezioro obfite było w ryby, stąd nad jego brzegami uwijało się przy łodziach i sieciach wielu rybaków. To spośród nich Jezus wezwał pierwszych apostołów: Szymona (Piotra), Andrzeja, Jakuba, Jana, a „oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim”. Towarzyszyli Mu w podróży po Galilei, gdzie Jezus, niejako kontynuując misję Jana Chrzciciela, głosił Ewangelię i uzdrawiał chorych, wzywając wszystkich do nawrócenia.

B. Przemyśleć

Czy nie jest często tak, że słuchając przemówień lub kazań pośród tłumu ludzi, potrafimy docenić wartość zasłyszanych słów, potrafimy się nimi zachwycić, przekazać innym, zapamiętać, ale słowa te odnosimy do wszystkich: do całej ludzkości, do narodu, do parafian. To „wszyscy” mają zrozumieć, „wszyscy” mają tym żyć. I gdzieś w tym tłumie słuchających zaczyna brakować mnie samej. Wszyscy, to również ja, a jednak tłum przygniata i sprawia, iż wydaje mi się, że - jak mała kropla wody - ja nie jestem w tym wszystkim ważna. Wszyscy mają tak żyć, ale to moje jedno małe, szare życie nic nie zmieni. Jeśli mnie zabraknie, nie zauważy tego nikt, nikt tego nie odczuje. Więc po szczerych oklaskach wracam do domu i wszystko jest jak dawniej.

Dopiero kiedy usłyszę w konfesjonale lub rozmowie może tylko parę słów, ale będą skierowane wprost do mnie, tylko do mnie, wtedy dopiero będę wiedzieć, że to chodzi o moje życie. Nawet jeśli nie posłucham, nie odpowiem - będę czuła, że naprawdę jest ważne, co z tym zrobię.

Są ludzie, którzy mają taki dar mówienia czy pisania, iż wydaje nam się, że mówią wprost do mnie. W wieczornej ciszy przeczytam w książce może tylko jedno zdanie i zmieni ono moje życie. Są też ludzie, którzy mają taki dar spotkania, że wystarczy popatrzeć im w oczy, a poczuję, że jestem dla nich ważna. Takim Darem dla nas był Jan Paweł II. Wielu z nas spotykało kardynała Wojtyłę, gdy pasterzował krakowskiej archidiecezji, i każdy z nas czuł się wyróżniony, wybrany, ważny. Nawet jeśli spotkanie trwało minutę, czułam, że ta minuta jest tylko dla mnie i przez to trwała całe wieki. Człowiek nie chce być anonimowy. Chce, by ktoś obok niego przystanął. By go zauważył i zapamiętał. Chce się choć przez chwilę poczuć dla kogoś ważny. Ta, nawet krótka, chwila pomaga żyć, pomaga przenosić góry.

Dziś Jezus staje przede mną. Owszem, naucza tłumy, owszem, umiera za wszystkich. Ale to nie tak. To nie tylko tak. Bo dzisiaj staje przede mną i mówi mi po imieniu. Staje przede mną i wcale nie zaczyna od kazań, od pretensji, od wytykania błędów. Nie ustala terminu poprawy, zakresu obowiązków. Staje przede mną i mówi: „Chodź”. Pójdź ze mną. Potrzebuję ciebie, chciałbym żebyś mi pomógł... Jak On to robi, że kiedy człowiek usłyszy wołanie Boga, czuje się tak, jakby nikogo więcej na świecie nie było, tylko my oboje, jakby nikogo nie kochał tak mocno jak mnie, nikogo nie potrzebował tak bardzo jak mnie, nikt nie był dla Niego tak ważny jak ja. Tak, można to potem zgubić, można jak Piotr powiedzieć: nie znam Go, jak inni uciec spod krzyża - to prawda. Bo to już nasza słabość, niewierność. Ale choćbyśmy daleko odeszli i bardzo zbłądzili, w pamięci pozostanie tęsknota za tą Miłością, a jeśli wiemy gdzie wrócić, to już jest bardzo dużo, to już jest na czym budować od nowa.

Pójdź za Mną. Oczywiście, że wzywał tak biskupów, kapłanów i rzesze świętych. Ale najpierw poszedł nad jezioro, gdzie pracowali zwykli prości ludzie. Jak ty i ja. Przyszedł do ich miejsc pracy, przeszedł koło ich domu. I powiedział: chodź. No, chodź ze Mną. Uda się. Razem się nam uda...

Słyszysz? Dzisiaj woła ciebie...

C. Przemodlić

- Módlmy się za tych, których Bóg wybrał sobie szczególnie, wyłącznie dla Siebie: za biskupów, kapłanów, siostry zakonne. Aby na to wezwanie odpowiedzieli całym sobą: oddali Mu cały swój czas i całe swoje serce. Aby w trudnych chwilach szukali wsparcia bardziej w Bogu niż w ludziach, a w chwilach radości dawali innym bardziej Boga niż siebie.

- Za małżonków, aby wybierając drugiego człowieka na towarzysza życia, na dobre i złe, aż po grób, nie zapomnieli, że ofiarowując mu siebie całego, zawsze można dać jeszcze więcej. Można wnieść w to życie Boga, który życiu rodzinnemu nada zupełnie inną wartość. Nieskończoną.

- Módlmy się za ludzi bardzo ciężko pracujących - czy to zawodowo czy pośród rodziny i innych potrzebujących - którym zbyt wielkie zmęczenie i brak czasu utrudnia intelektualny kontakt z Biblią, religijną prasą i książką, aby pamiętali, że modlić się można całym życiem, swoją pracą i zmęczeniem też. Ale zawsze konieczne jest świadomie odpowiedzieć na wezwanie Boga. I pójść za Nim. Całym sercem.

Bogumiła Szewczyk

 

 

 

Piękna katastrofa,

czyli nawrócenie św. Pawła, Apostoła

„Zostałem zdobyty przez Chrystusa Jezusa” (Flp 3,12). Pod Damaszkiem Paweł złożył broń. Nie mógł oprzeć się Temu, kto pokochał go do tego stopnia, że oddał za niego życie. Wiara nie jest ideą, ale przemieniającym spotkaniem. Czasem bardzo bolesnym.

    Zniósł wszelkie trudności dla Chrystusa. Homilia św. Jana Chryzostoma, biskupa, ku czci św. Pawła.

Św. Paweł:

Upadek pod Damaszkiem stworzył nowego Pawła. Jak do tego doszło? Po pierwsze nagle. To było totalne zaskoczenie. Po kilku latach Apostoł napisze: „Bóg może swoją mocą uczynić nieskończenie więcej, niż prosimy czy rozumiemy” (Ef 3,20). Nie wiemy, czy spadł z konia czy z wielbłąda. Na pewno upadł na ziemię. To obraz człowieka, który stracił panowanie nad sobą, nie potrafi już iść dalej o własnych siłach, nie jest w stanie kierować swoim życiem. Paweł spotyka Jezusa zmartwychwstałego, który zwraca się do niego osobiście, bezpośrednio, po imieniu. Ambitny „zbawiciel” świata odkrywa w Jezusie siłę większą niż cała reszta: pokorną miłość Boga, miłość gotową na wszystko, miłość ukrzyżowaną, pokonującą zło dobrem. Imię, które wydawało mu się przekleństwem, staje się błogosławieństwem. Paweł uznaje swoją porażkę, podpisuje bezwarunkową kapitulację. Nie chce już sam zbawiać świata. Pyta pokornie: „Co mam czynić, Panie?”. Chce być tylko sługą i świadkiem Jezusa Chrystusa. Bez Damaszku nie ma Apostoła Pawła, nie ma jego misji. Bóg wziął go w swoje dłonie niczym miecz, którego już nigdy nie wypuścił.

My:

Nikt nie lubi przegrywać. Presja na sukces, na zwycięstwo, na maksimum przyjemności w jak najkrótszym czasie jest wszechobecna. Przenosimy te oczekiwania na życie religijne. Potrzebujemy Boga, aby pomógł nam zwyciężać, szukamy miękkiej poduszki pod głowę. A przecież w centrum naszej wiary jest krzyż. Jezus nie odniósł żadnego spektakularnego sukcesu. Po ludzku przegrał. Skończył na szubienicy między przestępcami na wysypisku śmieci za murami świętego miasta. W najgęstszej ciemności narodziło się światło. Krzyż uczy, że chwile po ludzku przeklęte mogą okazać się błogosławione. Życiowe katastrofy mogą stać się naszym Damaszkiem. Mogą być tym momentem, w którym Bóg łamie naszą pychę, wytrąca z ręki busolę samowystarczalności. To może być piękna katastrofa, jeśli tylko pogodzę się z tym, że trzeba stracić swoje życie, aby je odzyskać, jeśli zgodzę się na to, że Bóg wie lepiej, iż nie muszę mieć wszystkiego pod kontrolą. Cierpienie, strata, upadek na twarz – to nie są rzeczy miłe, wręcz wydają się prowadzić na granicę rozpaczy. Ale nieraz to jedyny skuteczny sposób na nawrócenie, na zaufanie nadziei większej niż podpowiada zdrowy rozsądek. Chrystus jest na dnie każdego ludzkiego piekła. Jest blisko każdego, kto został tam wrzucony, przemieniając dla niego ciemności w światło.

Porządki:

Jak przeżywam swoje niepowodzenia, mniejsze czy większe katastrofy? Jak reaguję na załamanie się moich planów, na towarzyskie kompromitacje, na krytyczne słowa skierowane pod moim adresem? Jak traktuję cierpienie swoje lub bliskich? Bogu można wykrzyczeć swój ból. Modlitwa nie musi być zbiorem grzecznych słówek. Może być jękiem na dnie: „Jezu ratuj!”. Czy wołałem szczerze w ten sposób?

Benedykt XVI w encyklice o nadziei pisał: „Właśnie tam, gdzie ludzie, usiłując uniknąć wszelkiego cierpienia, starają się uchylić od wszystkiego, co może powodować ból, tam, gdzie chcą zaoszczędzić sobie wysiłku i bólu związanego z prawdą, miłością, dobrem, staczają się w życie puste, w którym być może już prawie nie ma bólu, ale coraz bardziej dominuje mroczne poczucie braku sensu i zagubienia. Nie unikanie cierpienia ani ucieczka od bólu uzdrawia człowieka, ale zdolność jego akceptacji, dojrzewania w nim, prowadzi do odnajdywania sensu przez zjednoczenie z Chrystusem, który cierpiał z nieskończoną miłością”.

ks. Tomasz Jaklewicz – „wiara.pl”

 

 

 

Homilia św. Jana Chryzostoma, biskupa

(Homilia 2 ku czci św. Pawła)

Paweł zniósł wszelkie trudności dla Chrystusa 

Kim jest człowiek, jak wielka jest szlachetność naszej natury, do jak wielkiego męstwa zdolne jest stworzenie, ze wszystkich ludzi najlepiej ukazuje nam święty Paweł. Każdego dnia doskonalszy, każdego dnia gorliwszy. Z nowym wciąż zapałem walczy z grożącymi niebezpieczeństwami. Mówi o tym wyraźnie: "Zapominam o tym, co za mną, a wytężam siły ku temu, co przede mną".

Kiedy spodziewał się bliskiej śmierci, wzywa braci do współradowania się z nim: "Tak też i wy powinniście się cieszyć i radować ze mną". Wystawiony na niebezpieczeństwa, obelgi i wszelkiego rodzaju upokorzenia cieszy się nimi i pisze do Koryntian: "Mam upodobanie w moich słabościach, w obelgach i prześladowaniach". Nazywa je orężem sprawiedliwości i twierdzi, że stąd wywodzą się jego największe osiągnięcia.

Dla wrogów nieosiągalny. Ze wszystkich ich zasadzek wyprowadza zwycięstwa. Zewsząd narażony na plagi, niesprawiedliwości, złorzeczenia odbywa jakby nieustający tryumf i po całej ziemi raz po raz wznosi znak zwycięstwa. Raduje się tym i dziękuje Bogu: "Bogu niech będą dzięki, że nam pozwala zawsze zwyciężać".

Bardziej pragnął obelg i wynikających z głoszenia Ewangelii upokorzeń niż my zaszczytów. Śmierci bardziej niż my życia; ubóstwa niż my bogactw, bardziej trudów niż ktokolwiek spoczynku. Jednego tylko unikał, jednego się lękał: obrazy Boga. Poza tym niczego więcej. Dlatego niczego bardziej nie pragnął, jak tylko zawsze podobać się Bogu.

Cieszył się miłością Chrystusa, darem najwyższym. Mając ją uważał się za najszczęśliwszego z ludzi. Bez niej nie chciał być wśród władców ni książąt. Wraz z nią wolał być ostatnim, owszem, nawet odrzuconym, niż bez niej wśród możnych i okrytych dostojeństwem.

Jedno tylko było dla niego najwyższą katuszą, stracić ową miłość. To było dla niego gehenną, prawdziwą karą, nieskończonym i nie do zniesienia nieszczęściem. Przeciwnie, mieć ją, oznaczało życie, świat cały, szczęście aniołów, dobra obecne i przyszłe, królestwo, wszelkie obietnice i w ogóle niekończące się dobro. Wszystkiego, co nie miało związku z miłością Chrystusa, nie uważał ani za przyjemne, ani za przykre.

Wszystkim, co doczesne, pogardzał jak przegniłą trawą. Nawet tyrani i rozpasany tłum – to w jego oczach natrętne owady. Za dziecinne igraszki uważał śmierć, kary i tysięczne cierpienia, byleby tylko mógł cierpieć dla Chrystusa.

 

 

 

O tym, że wszystko dźwigać nam trzeba przez wzgląd na życie wieczne

1. Synu, nie załamuj się z powodu trudów, jakie podjąłeś dla mnie, nie zniechęcaj się żadnym cierpieniem, ale w każdym wypadku niech cię wspiera i pociesza myśl o mojej obietnicy. Ja mam moc, aby ci wynagrodzić wszystko ponad spodziewanie i ponad miarę.

Niedługo będziesz się tu trudził, nie zawsze ból będzie cię przygniatał. Poczekaj trochę, a wkrótce ujrzysz koniec niedoli. Przyjdzie pora, gdy ustanie trud i krzątanina. Małe i krótkie jest wszystko, co razem z czasem przemija.

2. Czyń swoje, jak czynisz, pracuj wiernie w winnicy mojej Mt 20,4.7; 21,28, ja będę twoją zapłatą Rdz 15,1. Pisz, czytaj, śpiewaj, wzdychaj, milcz, módl się, znoś dzielnie trudności: życie wieczne godne jest tego wszystkiego i godne większych jeszcze trudów.

Nadejdzie ukojenie dnia pewnego, o którym wie tylko Pan, i nie będzie już ani dnia, ani nocy, ale światło wiekuiste, jasność nieskończona Ap 22,5, pokój trwały, odpoczynek niezawodny Iz 25,8.

Nie będziesz wtedy mówił: Któż mnie wybawi z tego śmiertelnego ciała? Rz 7,24. Nie będziesz wołał: Biada mi, że ciągle jeszcze jestem tutaj Ps 120(119),5. Bo śmierć spiesznie przybędzie, a zbawienie się spełni, nie będzie troski, tylko błoga szczęśliwość i obcowanie dusz w szczęściu i chwale.

3. O, gdybyś mógł ujrzeć wieczną nagrodę świętych w niebie i chwałę, jaka otacza tam tych, których niegdyś na świecie uważano za godnych pogardy, a niegodnych jakoby samego życia! Wtedy na pewno umniejszyłbyś siebie do samej ziemi i chciałbyś raczej stać niżej od wszystkich niż wyżej od jednego.

Nie pragnąłbyś w życiu dni szczęśliwych, ale cieszyłbyś się, że możesz cierpieć dla Boga, i to uważałbyś za zysk największy, że ludzie mają cię za nic.

4. Gdybyś w tym zasmakował, gdyby to właśnie doszło do głębi twego serca, jakże śmiałbyś choćby jeden raz narzekać? Czyż dla życia wiecznego nie warto znieść wszystkich trudów? To nie byle co utracić albo zdobyć Królestwo niebieskie!

Wznieś więc oczy ku niebu. Oto ja, a ze mną wszyscy święci, którzy toczyli w życiu ciężkie boje Hbr 10,32, a teraz radują się, cieszą, odpoczywają spokojnie Ap 14,13 i zostaną ze mną na zawsze w Królestwie mego Ojca Mt 26,29.

Tomasz a Kempis, 'O naśladowaniu Chrystusa' – „Opoka.pl”

 

 

15

 

Duszpasterz świeckich - św. Franciszek Salezy

Nie złość się nigdy na siebie ani na własne niedoskonałości. Takie gniewy, smutki i kwasy, skierowane przeciw sobie samemu, zmierzają do pychy.

Miarą kochania Boga jest kochanie Go bez umiaru – takie było życiowe motto św. Franciszka Salezego (1567–1622). Pochodził z Sabaudii – księstwa położonego u zbiegu Francji, Włoch i Szwajcarii. Szlachetnie urodzony, studiował prawo i teologię w Paryżu i w Padwie. Mimo oporów zamożnej rodziny został księdzem, a następnie biskupem Genewy. Zasłynął jako gorliwy, mądry i łagodny duszpasterz. Wraz ze św. Joanną de Chantal, wdową i matką czwórki dzieci, założył zakon klauzurowy wizytek. W działalności duszpasterskiej skutecznie posługiwał się słowem pisanym, dlatego papież Pius XI ogłosił go w 1923 r. patronem dziennikarzy i katolickiej prasy.

Bodaj największą zasługą Salezego było stworzenie podstaw duchowości świeckich. Wymiana listów z osobami, dla których był kierownikiem duchowym, zaowocowała powstaniem arcydzieła religijnego piśmiennictwa „Filotea, czyli droga do życia pobożnego”. To pionierski przewodnik dla świeckich, którzy dążą do chrześcijańskiej doskonałości, żyjąc w świecie. Autor akcentuje powszechne powołanie do świętości: „Jest to błąd przeciwny wierze, wprost herezja, chcieć rugować życie pobożne z obozu żołnierskiego, z warsztatu rękodzielniczego, z dworu książąt, z pożycia małżeńskiego”.

Każdy człowiek powinien odnaleźć swoją drogę. „Inaczej ma się ćwiczyć w pobożności szlachcic, inaczej rzemieślnik lub sługa, inaczej książę, inaczej wdowa, panna lub mężatka. I nie dosyć na tym. Potrzeba jeszcze, żeby każda jednostka dostosowała sposób praktykowania pobożności do swych sił, zajęć i obowiązków. Pobożność nie psuje niczego, gdy jest prawdziwa, lecz owszem – doskonali wszystko”. Tak więc nikt nie wymaga od nas rzeczy niemożliwych, uczy mądry bp Franciszek. Kimkolwiek jestem, gdziekolwiek żyję, mogę odnaleźć własną drogę pobożności. Pracując, piorąc, gotując, wychowując dzieci, przy komputerze i na roli…

Niektóre rady zapisane w „Filotei” trącą myszką, ale większość zachowuje niezmienną aktualność. Wynotowuję jedną perełkę: „Nie złość się nigdy na siebie ani na własne niedoskonałości. Chociaż bowiem rozum domaga się, byśmy po każdym upadku czuli żal i smucili się, jednakże nie dopuszczajmy do tego, by to uczucie było cierpkie i niepokojone, niecierpliwe i gniewliwe. Wielu bowiem wpada w złość dlatego, że się złościli, martwią się tym, że się martwili, są rozdrażnieni tym, że dali się ogarnąć rozdrażnieniu. Takie gniewy, smutki i kwasy, skierowane przeciw sobie samemu, zmierzają do pychy i pochodzą jedynie z miłości własnej, która trapi się i niecierpliwi na widok naszej niedoskonałości. (…) Gdy więc upadnie twoje serce, podnoś je słodko, upokarzając się głęboko przed Bogiem na widok swej nędzy i nie dziwiąc się wcale swemu upadkowi, gdyż nic w tym dziwnego, iż ułomność jest ułomną, słabość słabą, a nędza nędzną”.

Mądry kierownik duchowy to naprawdę wielki skarb. Są tacy jeszcze?

    Pobożność we wszystkich powołaniach i stanach. Z "Wprowadzenia do życia pobożnego" św. Franciszka Salezego.

ks. Tomasz Jaklewicz – „wiara.pl”

 

 

 

W czym tkwi sekret siły człowieka wierzącego?

Otwieramy starą Księgę Sędziów, aby po raz kolejny odkryć, że słowo Boga jest aktualne, mówi o nas.

To nie jest jakaś księga historyczna. Twoje i moje życie jest tutaj, ukryte w dziejach kolejnego sędziego, który ma na imię Samson. Samson – słynny biblijny strongman. Człowiek obdarzony ogromną mocą. Posłuchajmy, co mówi Pismo:

    Gdy znów zaczęli Izraelici czynić to, co złe w oczach Pana, wydał ich Pan w ręce Filistynów na czterdzieści lat. W Sorea, w pokoleniu Dana, żył pewien mąż imieniem Manoach. Żona jego była niepłodna i nie rodziła (Sdz 13, 1–2).

Historia podobna do poprzednich, które słyszeliśmy, z jednym wyjątkiem. Izraelici znowu czynili to, co jest złe w oczach Pana, i Pan wydał ich w ręce przeciwników, tym razem Filistynów, na czterdzieści lat. Tyle że do tej pory Izraelici zazwyczaj wołali do Boga, szukali u Niego pomocy. Tym razem – nie. Dlatego Bóg przejmuje inicjatywę: wybiera Samsona, by pokazać na jego przykładzie, w czym tkwi sekret siły człowieka wierzącego. Na czym polega różnica między człowiekiem wierzącym a człowiekiem niewierzącym? Czy tylko na tym, że chodzi on do kościoła, czy na czymś jeszcze? Anioł wszedł w życie żony Manoacha i powiedział do niej:

    Oto teraz jesteś niepłodna i nie rodziłaś, ale poczniesz i porodzisz syna. Lecz odtąd strzeż się: nie pij wina ani sycery i nie jedz nic nieczystego. Oto poczniesz i porodzisz syna, a brzytwa nie dotknie jego głowy, gdyż chłopiec ten będzie Bożym nazirejczykiem od chwili urodzenia. On to zacznie wybawiać Izraela z rąk filistyńskich”. Urodziła więc owa kobieta syna i nazwała go imieniem Samson. Chłopiec rósł, a Pan mu błogosławił. Duch Pana zaś począł na niego oddziaływać w Obozie Dana między Sorea a Esztaol (Sdz 13, 3–5.24–25)

Dowiadujemy się, że Samson jest nazirejczykiem, tak samo jak Samuel i Jan Chrzciciel. Księga Liczb podpowiada, że tego typu człowiek „nosi na swej głowie [znamię], poświęcenia dla Pana” (Lb 6, 7). Bóg zażądał od rodziców Samsona, aby nie ścinali dziecku włosów.

Samson okazuje się człowiekiem niezwykle odważnym, silnym. Zachowuje się tak, jakby chciał sprowokować Filistynów do konfrontacji. Bóg dopuszcza do sytuacji konfliktowych z Samsonem, żeby Filistyni zaatakowali Izraelitów. Wówczas nazirejczyk staje w ich obronie, okazując swą potężną siłę. Jest mnóstwo epizodów, które o tym świadczą. Na przykład jest potężniejszy od dzikiego lwa, którego rozerwał gołymi rękami na kawałki, gdy zwierzę stanęło mu na drodze. Przypuszcza także atak na Filistynów i niszczy ich zasoby zboża przy pomocy różnych sztuczek. Łączy inteligencję z ogromną siłą fizyczną. Gdy jednego razu Filistyni z pomocą izraelskich zdrajców usiłowali usidlić Samsona, zastawiając na niego pułapkę w miejscowości, w której ten zatrzymał się na odpoczynek, Samson nie tylko uwolnił się z opresji, ale i swą potężną siłą zniszczył im fortyfikację i ogrodzenie, bramę miejską zaś – by ośmieszyć swych wrogów – poniósł na sam czubek lokalnej góry, tamtejszego Giewontu.

Samson jest człowiekiem potężnym, pełnym Bożej energii, lecz ma pewną słabość – kobiety...

*

A jak to było z Samsonem i kobietami, przeczytają Państwo w "Kazaniach pasyjnych" księdza Roberta Skrzypczaka. Bo to właśnie z tej książki, wydanej nakładem Espritu, pochodzi powyższy fragment.

ks. Robert Skrzypczak – „wiara.pl”

 

 

16

           

 

Problemy Kościoła przeszkodą w dążeniu do jedności. Bp Ważny: dzisiaj ekumenizm ma trochę „pod górkę”

Jeśli chodzi o ekumenizm w Polsce, trochę się cofnęliśmy. Przed laty, kiedy byłem młodym księdzem, łatwiej nam było porozumiewać się w tej kwestii – powiedział ordynariusz sosnowiecki bp Artur Ważny w rozmowie z Polskifr.fr. W dniach 18-25 stycznia br. przeżywamy Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Centralne obchody zaplanowano na 24 stycznia w archikatedrze poznańskiej.

Bp Ważny nawiązał do swoich wyjazdów z młodzieżą sprzed lat, choćby na spotkania ekumenicznej Wspólnoty Taizé.

– Mieliśmy dużą ciekawość w sobie, po latach zamknięcia za ‘żelazną kurtyną’, ale i głębszą świadomość swojej tożsamości katolickiej i to spotkanie z chrześcijaninem, który inaczej patrzy na Jezusa bardzo nas ubogacało – wskazał biskup sosnowiecki. – Dzisiaj niektórzy nie umieją sobie z tym poradzić. Spotykając się bowiem z kimś inaczej wierzącym, inaczej patrzącym na Chrystusa, przeżywają swoisty lęk przed utratą swojej identyczności, nie umieją zmierzyć się z różnorodnością albo radykalnie odrzucają tego drugiego, widząc w nim zagrożenie”. Biskup dodał, że dostrzega w Kościele „wiele strachu przed innym, obcym”.

Zachwycić się Chrystusem i opowiadać o Nim

Trwający w Polsce rok liturgiczny przeżywany jest pod hasłem „Uczniowie-misjonarze”. Zachwyt nad Chrystusem i opowiadanie o Nim innym to ważny czynnik na ekumenicznej drodze, ponieważ jako chrześcijanie wszyscy mamy być uczniami-misjonarzami Jezusa, a to wynika bezpośrednio z sakramentu chrztu.

– Widzimy, że to jest bardzo ważne – bycie uczniem, czyli mocne przylgnięcie do Jezusa, budowanie z Nim więzi, relacji, zapalenie serca Jego miłością. Z tego rodzi się bycie misjonarzem i nie da się jednego od drugiego oddzielić” – zaznaczył.

– Życzę wszystkim, żebyśmy się bardziej zaprzyjaźnili z Jezusem, żeby to było naprawdę dla nas bardzo ważne – osobista relacja z Nim. Z tego będzie się rodzić zapał, żeby o Nim opowiadać, żeby mieć takie pragnienie, aby więcej ludzi mogło Go poznać – mówił bp Artur Ważny, który wierzy, że zakończony 6 stycznia Rok Jubileuszowy Nadziei będzie procentował w życiu chrześcijan.

Problemy Kościoła przeszkodą w ewangelizacji i dążeniu do jedności

Bp Ważny wskazał, że jedną z przeszkód na drodze do budowania jedności między chrześcijanami jest – oprócz wielu czynników – również sekularyzacja społeczeństwa, której wszyscy podlegamy. Przy całym dobrodziejstwie nowych technologii, natychmiastowa możliwość dostępu do wielu dóbr, propozycji i miejsc, które dawniej były poza zasięgiem, tworzy iluzję samowystarczalności i pokusę niezależności, także od Boga, jeśli w ogóle się Go uwzględnia.

Ordynariusz sosnowiecki zwrócił uwagę także na fakt, że wyraźny jest również negatywny wpływ powszechnej cyfryzacji, zwłaszcza na młode pokolenie, które w ciągu chwili może skorzystać z tak wielu propozycji oraz poznaje niezliczoną ilość idei i poglądów, których nie umie samo ocenić czy zintegrować. W ten sposób młodzi nierzadko tracą powoli swoją tożsamość i nie potrafią także nawiązywać realnych więzi z innymi, co utrudnia budowanie wspólnoty. Nie można jednak obrażać się na nową rzeczywistość, ale trzeba umieć się w niej odnaleźć i ją dobrze wykorzystywać.

Zdaniem bp. Ważnego nieodpowiedzialna „fascynacja” nowoczesnością dotknęła również rodziców, którzy korzystając z niedostępnych dla nich wcześniej możliwości, zapomnieli – czy potem już nie chcieli lub nie umieli – przekazać ugruntowanych wartości czy żywej wiary swoim dzieciom czy już wnukom, zapominając o tym, co najważniejsze. Młodzież albo już nie zna Kościoła, albo nie dostrzega „w Kościele jakiejś alternatywy”, także dlatego, że trudno im znaleźć tutaj ciekawe propozycje, adekwatne do ich oczekiwań i dylematów.

– Chociaż gdy znajdą się duszpasterze czy liderzy, którzy dają im trochę czasu, uwagi, zainteresowania, to widzę, że pojawiają się lokalne grupy młodych, które do Kościoła się garną. Zawsze tak było i jest także dzisiaj – zaznaczył biskup.

Europa zachodnia a Polska

Jak podkreślił bp Artur Ważny, młodzi na zachodzie Europy często „wzrastają w środowisku bardzo zlaicyzowanym”. Wielu młodych w ogóle nie miało przekazu wiary, ale ten świat, w którym żyją, nudzi ich, „jest bardzo płytki”. Tak ważne więc pozostaje świadectwo innych chrześcijan, a nawet wierzących rówieśników, którzy nie są chrześcijanami. Ci – wyznając wiarę w Boga – inspirują młodych wyrastających z korzeni chrześcijańskich, do odpowiedzi na metafizyczne i duchowe pytania oraz do poszukiwania swojej kulturowej i religijnej tożsamości, a także sensu życia.

– Odkrywają, że ten sens można znaleźć w Panu Bogu, o którym nie słyszeli, który nie był przekazywany przez środowisko rodzinne, i próbują za tym iść – wskazał.

Biskup jednocześnie podkreślił, że w Polsce bywa też odwrotnie, bo „niejednokrotnie rodzina czy środowiska kościelne” stają się „utrudnieniem, przeszkodą czy nawet zaprzeczeniem doświadczenia żywej relacji z Bogiem. Bardziej wtedy można tutaj zauważyć pewien rodzaj udawania, obłudy, zagubienia, rytualizmu, zwyczaju, kultury. Młodzi są bardzo wyczuleni na autentyczność i nie można ich oszukać, stąd widzą, że tam nie ma życia, miłości, doświadczenia żywego Boga i oni to odrzucają. Trudno im się więc dziwić, że rozpoznają te miejsca – dotychczas często dające możliwość spotkania z Chrystusem – dom i Kościół – jako miejsca, które dla nich nie są w tym względzie ważne”. Dobrze, jeśli po drodze spotkają świadków wiary, zwłaszcza swoich rówieśników.

– Potrzebni są więc odważni uczniowie-misjonarze, takich spotkałem w Paryżu – podsumował bp Artur Ważny, który towarzyszył uczestnikom 48. Europejskiego Spotkania Młodych Taizé w stolicy Francji, które odbyło się na przełomie 2025 i 2026 roku.

Polskifr.fr/dm

 

 

17

 

Kolęda, czyli jak to zrobić lepiej

Od strony wiernych obowiązki są trzy: być w przygotowanym domu w wyznaczonej odgórnie godzinie, być miłym i się uśmiechać, wręczyć kopertę. Od strony księży obowiązków jest więcej: poświęcić mieszkanie. Cichcem albo bez krycia się uzupełnić administracyjne rubryczki. Przepytać o stan religijności domowników, obejrzeć zeszyty szkolne. Wziąć kopertę.

Czyli de facto kolęda to jednocześnie obrzęd błogosławieństwa, administracja, pieniądze i kontrola praktyk religijnych.  Na ogół nie ma czasu na rozmowy o wierze. Nie ma czasu na to, żeby spokojnie usiąść i porozmawiać przez dłuższą chwilę. Ksiądz jest w robocie, musi lecieć, inni czekają, każdy to niby rozumie. Ale ile w tym jest prawdziwego spotkania? I co można zrobić, żeby było go więcej?

Po pierwsze: postawić na spotkanie, nie wizytację

To kwestia zaplanowania i wiem, że są w Polsce mniejsze (i większe też) parafie, w których kolędowy plan jest tak ułożony, żeby w każdym domu naprawdę mieć czas na rozmowę (jeśli domownicy w nią wejdą, ale nie odbiera im się tej możliwości napiętym grafikiem). Ale w wielu miejscach jest raczej wizytacja: termin z góry wyznaczony jak wizyta pana od prądu: ten i ten dzień, między tą a tą godziną, proszę przygotować biały obrus, świece, wodę święconą. A gdy ksiądz przyjdzie, całość na galowo i baczność, potem administracyjne pytanka jak w ankiecie GIS: a ile osób mieszka, a w jakim wieku dzieci, a gdzie państwo pracują – po których wizytowany parafianin czuje się jak numerek w statystyce, a nie jak człowiek we wspólnocie.

Mam wrażenie, że w zbyt wielu parafiach kolęda jest trudnym zimowym maratonem, zapychającym grafik do późnych godzin, wysysającym energię, którego końca czeka się z utęsknieniem. Opowieści o stu odwiedzonych w ciągu dnia mieszkaniach słyszę co jakiś czas od znajomych księży. To mniej więcej wydajność kontroli instalacji gazowej.

Ludziom brakuje relacji; mówią to psychologowie i papież też. Żyjemy w czasach, kiedy dziko potrzebne są autentyczne spotkania na żywo z drugim słuchającym nas i mówiącym o sobie człowiekiem. Kościół powinien być przykładem tego, jak się to robi. Na kolędzie też. Może potrzebne jest jakieś zróżnicowanie; może ministranci przy zbieraniu informacji, kto księdza zaprasza mogą też zaznaczać, czy chodzi o samo błogosławieństwo mieszkania, dla wielu osób ważne i wyczekiwane, czy o dłuższą rozmowę, a potem można uwzględniać to w grafiku? A może rozwiązaniem jest szybka kolęda ze zbieraniem zaproszeń do domów, do których później wróci się porozmawiać na spokojnie? Później – w kwietniu, maju, lipcu, wrześniu. By się poznawać, budować relację, a nie tylko ocenić stan stada (i duszpasterza).

Po drugie: nie w kwadrans, nie z przymusem, nie jak kontroler od gazu

Proboszcz ma odwiedzać rodziny, poznawać ich troski. To bardzo dobra idea. Tylko niech to się nie odbywa w kwadrans i z przymusem. Wiadomo, idealnie nigdy nie będzie; nie każdy z każdym musi się lubić, jak do rodziny przychodzi akurat ten wikary, z którym rodzina się średnio lubi, rozmowa raczej kleić się nie będzie, a kolęda zamknie się w kilku podstawowych czynnościach.

Ale naprawdę nie jest fajnie, gdy na kolędzie ksiądz zachowuje się jak oschły kontroler, przepytując o intensywność praktyk religijnych wszystkich członków rodziny, wprowadzając klimat niezręczności i zawstydzenia, uzupełniając tabelki w kartotece i wypełniając rolę urzędnika, a nie duszpasterza, który ma być relacyjny, choć trochę relacyjny. I niby nie, ale jednak czeka na tę kopertę, co podskórnie czuć.

Choć jeszcze gorsze jest wrażenie, że ten gość w sutannie został do wizyty zmuszony, nie lubi tego, wcale nie chce tu być i nie cieszy go spotkanie z parafianami, a całość jest przykrym obowiązkiem, na którego koniec ksiądz tylko czeka, podtrzymując się na duchu wizją wyjazdu w góry albo na narty w Alpach, żeby odreagować i odpocząć te wszystkie przykrości i niewygody związane z chodzeniem po domach.

Po trzecie: niby nieobowiązkowe spotkanie, ale odmowa przyniesie konsekwencje

Często podkreśla się z ambon, że wizyta duszpasterska jest dla chętnych, że ksiądz bez zaproszenia nie przyjdzie. A jednocześnie wierni dobrze wiedzą, jakie są konsekwencje tego, że się na przykład w tym roku na kolędę nie znalazło czasu albo że tak bardzo niefajny jest duszpasterz, że się naprawdę nie chce go zapraszać do domu.

Tylko, że jak się oceni konsekwencje, to wychodzi, że jednak lepiej wytrzymać, nawet jeśli z zaciśniętymi zębami. I ludzie przyjmują księdza z obowiązku albo z przezorności: brak kolędy jest odnotowany w aktach, po co robić sobie problemy ze ślubem, pogrzebem, bierzmowaniem czy byciem chrzestnym. Albo ze… strachu: że potem proboszcz wyczyta z ambony i ochrzani po nazwisku (serio wciąż bywają takie historie).

Po czwarte: poznawać się nawzajem, a nie tylko ksiądz ludzi

Tylko kilka razy podczas kolędy udało mi się naprawdę spotkać z drugim człowiekiem, który przyszedł w sutannie i podczas rozmowy powiedział coś o sobie coś bardziej osobistego niż „u-mnie-dużo-pracy-ale-wszystko-dobrze”. I trochę mi żal, że tak jest.

Oczywiście, że jeśli nie znamy się lepiej, nie będziemy się sobie wzajemnie w kwadrans zwierzać z problemów, ale dość niezręczna jest sytuacja, gdy parafianie potrafią otwarcie powiedzieć o swoich troskach, a ksiądz pytania o swoje życie po prostu zbywa lub opowiada anegdotki z życia plebanii. To jasne, że nie każdemu i nie zawsze mam ochotę opowiadać swoje prywatne sprawy, ale każdy człowiek ma taką przestrzeń w sobie, którą bezpiecznie może podzielić się z obcym, uchylając trochę drzwi do swojego życia. Brakuje tego w kolędzie: tej relacyjności, prostej i zwykłej.

Po piąte: Zaufanie i dyskrecja jako katalizator szczerości

Fajnie by było, gdyby na kolędzie zastosować taką zasadę, jaka jest stosowana podczas kręgów Domowego Kościoła: możesz podzielić się wszystkim, ale to, co osobistego mówisz, nie wychodzi poza krąg, z takim wyjątkiem, że chcesz się jakimś wartościowym odkryciem podzielić z ludźmi spoza kręgu – ale wtedy dzielisz się tylko „zanonimizowaną” myślą, nie mówiąc, kto jest jej autorem.

Gdyby podobnie było na kolędzie, rozmawiałoby się ludziom – świeckim i duchownym – o wiele łatwiej. Wiem, że w samych księżach dużo jest obaw, że jak ksiądz o czymś w jednym domu na kolędzie powie (że jedzie z bratankami na narty na przykład, bo to lubi), to potem cała parafia będzie o tym wiedziała. Albo jak nagada na proboszcza, to zaraz ktoś uprzejmy o tym proboszcza powiadomi i będą kłopoty. Podobnie jest w drugą stronę: ile można powiedzieć, na ile się odsłonić, wyrazić swoje zdanie, czy w ogóle można być szczerym? Szczerość z księdzem na kolędzie może się bardzo nie opłacić, o czym niestety słyszę od ludzi co roku: gdy ktoś wikaremu powie szczerze, co myśli o nowej parafialnej inwestycji, a potem proboszcz nie wiedzieć czemu na niego krzywo patrzy.

Widzę w Polsce różne pomysły i rozwiązania. Dużo zależy od proboszczów i ich podejścia. Są miejsca, w których naprawdę relacje są na pierwszym miejscu, są takie, w których jest bardzo źle. Zmiany następują trochę miejscowo i eksperymentalnie. I jestem ciekawa, co zmieni się w najbliższych latach - i czy w ogóle cokolwiek.

Marta Łysek – „deon.pl”

 

 

 

Liturgia to nie drugorzędna sprawa.

Wymaga światła wiary

Dyskusja wywołana raportem kard. Arthura Roche’a o tradycyjnej liturgii, rozdanym kardynałom podczas konsystorza i odpowiedzią biskupa Schneidera nie jest jedynie wewnątrzkościelnym sporem o formy. Sprawa domaga się spojrzenia w świetle wiary — bo pytania o liturgię dotykają samego serca Kościoła i jego stosunku do Boga.</em>

Kościół nigdy nie zakazywał prawowiernych rytów

Jednym z najbardziej uderzających faktów historycznych, który warto dziś przypomnieć, jest ten, że Kościół przez wieki nie rozwiązywał napięć liturgicznych przez zakazywanie prawowiernych rytów. Przeciwnie — chronił je, uznając, że jedność wiary może wyrażać się w różnorodnych formach modlitwy.

Tak było po Soborze Trydenckim, gdy św. Pius V nie zniszczył lokalnych tradycji, lecz pozwolił im trwać. Ograniczył tylko te młodsze z nich, co do których istniała obawa, że mogły nasiąknąć wpływami protestanckimi. Różnorodność nie była w Kościele postrzegana jako zagrożenie, ale jako przejaw życia Tradycji.

Na tym tle współczesne próby wygaszenia prastarego rytu Kościoła katolickiego metodami administracyjnymi muszą budzić niepokój.

Tradycyjny ryt rzymski to dobro wspólne Kościoła

W debacie często pojawia się sugestia, że tradycyjny ryt rzymski jest sprawą wąskiej grupy wiernych — „preferencją estetyczną” lub prywatną duchowością. Takie ujęcie jest jednak nieporozumieniem.

Ten ryt nie należy do żadnego środowiska ani nurtu. Jest częścią duchowego dziedzictwa całego Kościoła, ukształtowaną przez modlitwę pokoleń świętych, męczenników i zwykłych wiernych. Dlatego wymaga nie tylko tolerancji, ale realnej ochrony — tak jak chroni się inne dobra wspólne Kościoła.

Co znamienne, dziś to właśnie młodzi wierni, których Kościół tak poszukuje, coraz częściej odnajdują w tej formie liturgii Boga, którego zdaje się tak bardzo brakować w kulturze pośpiechu i hałasu.

Co mówi kard. Roche?

W swoim raporcie kard. Arthur Roche podkreśla, że reforma liturgiczna po Soborze Watykańskim II była wyrazem organicznego rozwoju Tradycji. W tym duchu zaznacza, że dopuszczenie starszych ksiąg liturgicznych przez kolejnych papieży miało charakter duszpasterskiej koncesji, która nie zakładała ich promowania.

Kardynał wyraża także obawę, że silne akcentowanie odrębnych praktyk liturgicznych może utrwalać podziały, zamiast budować jedność Kościoła wokół wspólnej celebracji.

Te argumenty zasługują na uważne wysłuchanie. Nie wyczerpują jednak całego problemu.

Dlaczego liturgia nie jest sprawą drugorzędną

Jednym z największych błędów w tej debacie jest traktowanie liturgii jako tematu drugiego planu — dodatku do „prawdziwego życia Kościoła”. Tymczasem Sobór Watykański II przypomniał coś dokładnie przeciwnego: liturgia jest „źródłem i szczytem” życia chrześcijańskiego.

Marginalizowanie jej znaczenia — nawet w imię duszpasterskiej skuteczności — prowadzi do praktyk znanych sprzed Soboru, gdy liturgia bywała sprowadzana do rutyny prawnego obowiązku, a nie przestrzeni realnego spotkania z Bogiem.

Gdy zanika wymiar sacrum, liturgia łatwo staje się wydarzeniem czysto horyzontalnym: poprawnym, wspólnotowym, ale duchowo płytkim.

Światło wiary i droga do pokoju

Spór wokół raportu kard. Roche’a pokazuje, że Kościół stoi dziś przed wyborem: czy potraktuje różnorodność liturgiczną jako "problem do rozwiązania", czy jako dar wymagający mądrej troski.

Światło wiary podpowiada, że pokój liturgiczny nie rodzi się z wykluczania, lecz z uznania ciągłości i wspólnego dziedzictwa. Kościół, który potrafi zachować „rzeczy stare i nowe”, daje świadectwo dojrzałości — i zaufania do działania Ducha Świętego także poza schematami.

W tym sensie obecna debata nie jest zagrożeniem, ponieważ Duch Święty działa w Kościele i daje mu mądrość. Jest szansą, by na nowo zapytać, czym naprawdę jest liturgia: narzędziem jedności czy sercem wiary. Tej debaty potrzebuje też papież, by przyjrzeć się temu co porusza ludzi Kościoła, gdy spontanicznie angażują się w sprawy wiary.

Tomasz Rowiński – „aleteia.pl”

 

KARA BOŻA

Największego grzesznika Bóg sił nie pozbawia,

Tylko na karę własnym siłom go zostawia.

Adam Mickiewicz

 

 

 

Święci i błogosławieni w tygodniu

25 stycznia - Nawrócenie św. Pawła, Apostoła

26 stycznia - święci biskupi Tymoteusz i Tytus

26 stycznia - święci Robert, Alberyk i Stefan, opaci

26 stycznia - św. Paula, wdowa

27 stycznia - bł. Jerzy Matulewicz, biskup

27 stycznia - św. Henryk de Ossó y Cervelló, prezbiter

28 stycznia - św. Tomasz z Akwinu, prezbiter i doktor Kościoła

29 stycznia - św. Aniela Merici, dziewica

29 stycznia - bł. Bolesława Lament, dziewica

29 stycznia - św. Józef Freinademetz, prezbiter

29 stycznia - bł. Archaniela Girlani, dziewica

29 stycznia - św. Walery, biskup

29 stycznia - św. Sulpicjusz Sewer, biskup

30 stycznia - św. Hiacynta, dziewica

30 stycznia - św. Teofil, męczennik

30 stycznia - bł. Bronisław Markiewicz, prezbiter

30 stycznia - katedra w Świdnicy

31 stycznia - św. Jan Bosko, prezbiter

1 lutego - św. Brygida z Kildare, dziewica

1 lutego - św. Rajmund z Fitero, opat

1 lutego - św. Weridiana

1 lutego - bazylika prymasowska w Gnieźnie

 

 

NIEDZIELNA EUCHARYSTIA W KOŚCIOŁACH W OKOLICY

Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach

niedziele i święta: 6.30, 8.00, 9.30, 11.00, 12.30 (oprócz VII i VIII), 16.00, 19.00,

dni powszednie – 7.00, 7.30, 18.00.

Parafia Matki Bożej Pocieszenia, ul. Bulwarowa 15a

niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00, 18:00, 20:00

dni powszednie: 7:00, 15:00, 18:00

Parafia Matki Bożej Częstochowskiej, os. Szklane Domy 7,

niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 17:00 (oprócz VII i VIII),

19:00 (oprócz VII i VIII), 20:30

dni powszednie: 6:30, 8:00, 18:00

Parafia Matki Bożej Królowej Polski, Arka Pana, ul. Obrońców Krzyża 1

niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 16:00, 17:30, 19:00,

dni powszednie: 6:00, 6:30, 7:00, 7:30, 8:00, 11:00, 18:00

Bazylika Krzyża św. - klasztor

                              (pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Wacława)

niedziele i święta: 06.30, 08.00, 09.30, 11.00, 12.30, 14.00 (oprócz VII i VIII)

dni powszednie: 06.30, 07.30, 08.30, 16.00 (w piątki), 18.00.

Parafia św. Bartłomieja Apostoła, Mogiła, ul. Klasztorna 11,

niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 14:00 (oprócz VII, VIII), 16:30, 18:00

dni powszednie: 6:00, 7:00 (oprócz VII i VIII), 7:30, 8:30, 18:00

Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Teatralne,

niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00 (oprócz VII i VIII), 18:00, 19:30

dni powszednie: 6:30 (oprócz VII i VIII), 7:00, 18:00

Parafia św. Stanisława Biskupa Męczennika, Kantorowice 122,

niedziele i święta: 9:00, 11:00, 18:00, dni powszednie: 8:00, 17:00, (18.00- lato)

Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Lubocza,

niedziele i święta: 8:00, 10:30, 17:00, dni powszednie: 7:00, 17:00

Parafia Matki Bożej Wspomożenia Wiernych, Prusy,

niedziele i święta: 7:30, 9:30, 11:30,

dni powszednie: 18:00 (pon., śr., pt.), 6:30 (wt., czw., sob.)

Parafia św. Maksymiliana Marii Kolbego, Mistrzejowice,

niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 10:30, 11:00, 13:00, 17:00, 19:00

dni powszednie: 6:30, 7:00, 7:30, 18:00

NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:

strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl

adres gazetki:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.