W BLASKU MIŁOSIERDZIA

28/974 – 7 lipca 2024 r. B.  

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA

 

2

 

Niedziela, 7 lipca 2024 r.

XIV niedziela zwykła (B)

 
 
Czytania:
Pierwsze czytanie: Ez 2,2-5
Psalm: Ps 123
Drugie czytanie: 2 Kor 12,7-10
Ewangelia: Mk 6,1-6
 
 
5
 
 
EWANGELIA
Mk 6, 1-6
Jezus lekceważony w Nazarecie
Słowa Ewangelii według Świętego Marka
Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy zaś nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze; a wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: «Skąd to u Niego? I co to za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce! Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry?» I powątpiewali o Nim.
A Jezus mówił im: «Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony».
I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu. Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał.
 
 
1
 
 
Komentarz do Ewangelii
Im więcej dasz komuś serca tym bardziej cię nienawidzi. Znasz to?
Czytania tej niedzieli to opowieści o odrzucaniu Boga; o lekceważeniu Go mimo świadomości, kim jest i doświadczanych od Niego dobrodziejstw.
Bez Jezusa nic nie możemy uczynić dla Królestwa Bożego. On nas wybrał i przeznaczył, abyśmy mocą Jego Ducha przynosili owoc dla sprawy zbawienia. Moc Boża przejawia się przez nas, gdy uznajemy, że to nie naszą siłą, ale dzięki Duchowi Świętemu wykona się wola Boga. Właśnie wtedy jesteśmy mocni z powodu Chrystusa, gdy jesteśmy słabi i bezsilni.
Niestety, łatwiej niż swoich, słuchamy obcych nauczycieli. Bywa, że nawet Bóg przestaje być autorytetem, bo jest bliski. A brak wiary uniemożliwia dzianie się cudom.
 
 
4
 
 
W dzisiejszym numerze:
- Wystarczy łaski
- Będę się chlubił z moich słabości
- Moje niedowiarstwo
- Stan życia, relacje, praca. Ignacy Loyola podpowiada, jak rozeznać wolę Bożą w życiu
- Nie żyje księżna Renata Habsburg Lorena de Zulueta, żywiecka habsburżanka
- Święci i błogosławieni w tygodniu:

 

 

3

 

Wystarczy łaski

Różne mogą się pojawiać przeszkody, uniemożliwiające nam doświadczanie Bożej mocy. Napotkać możemy „bezczelne twarze”, które z zewnątrz z niedowierzaniem patrzą w naszym kierunku i negują wszelkie przejawy Ducha. Opór wobec łaski przychodzić może także z wnętrza, kiedy „zatwardziałe serca” wydają się niezdobytym królestwem naszego prywatnego krytyka, akceptującego jedynie racjonalne wyjaśnienia. A jednak jesteśmy „stawiani na nogi”, aby słuchać słowa, które posyła nas z misją pomimo zewnętrznego i wewnętrznego buntu.

Zlekceważenie prorockiej misji, w której od chwili chrztu mamy udział, nierzadko przychodzi z najbliższego środowiska. Trudno jest być świadkiem w swoim domu, wśród bliskich i krewnych, którzy znają nas od lat. Niełatwo dzielić się wiarą ze swoją wspólnotą, w pracy, tam gdzie codziennie podejmujemy – z różnym skutkiem – swoje obowiązki. Nierzadko jesteśmy uwięzieni w schematach i zaszufladkowani; ciasno obwiązani pajęczynami generalizacji i wielkich kwantyfikatorów: „on nigdy…”, „a ona zawsze…”. Możemy codziennie patrzeć w twarze proroków, a Bożych słów szukać daleko, poza zwykłością naszej rzeczywistości. Pielgrzymujemy czasem setki kilometrów w poszukiwaniu świętych miejsc, a okazuje się, że prawdziwe cuda dzieją się tuż obok: przy śniadaniu, w tramwaju, w sąsiednim pokoju czy w biurze.

A jeśli nawet środowisko będzie skore przyjąć tajemnicę, którą niesiemy, to czy łaska nie zostanie uwięziona w naszym wnętrzu, zanim zdoła zrobić najmniejszy krok w kierunku świata? Okazuje się, że wrogowie mieszkający w sercu są bardziej brutalni i wyrafinowani od tych, z którymi mierzymy się na zewnątrz. Jak przekonać samych siebie, że nie trzeba być doskonałym, aby podjąć współpracę z łaską? Jak pogodzić się z tym, że pewne słabości mogą zostać z nami aż do śmierci? Jak uwierzyć w końcu, że właśnie tam, gdzie mieszkają nasze niedostatki, tam szczególnie chce działać Jego moc?

Paweł Koniarek OP – „wdrodze.pl”

 

 

6

 

Będę się chlubił z moich słabości

Święty Paweł pisze: „Najchętniej będę się chlubił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa. Dlatego mam upodobanie w moich słabościach, w obelgach, niedostatkach, prześladowaniach, uciskach z powodu Chrystusa, albowiem ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny”. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że oceniamy siebie na podstawie naszej użyteczności społecznej. Jak długo potrafimy ubogacać innych, jak długo potrafimy czynić dobro zawodowe, rodzinne czy też to, którego się nikt nie spodziewa, gdyż jest ono wyłącznie dziełem naszej życzliwości skierowanej do drugiego człowieka, tak długo potrafimy cenić siebie wysoko i czujemy się dobrze. Kiedy te możliwości znikają, kiedy już nie potrafimy ubogacać naszego otoczenia, pomagając najbliższym, nasza wartość we własnych oczach spada.

Dochodzi do tego, że człowiek, który staje się ciężarem dla innych, nie dostrzega sensu swojego życia. Jeśli jesteśmy komuś potrzebni, potrafimy mimo słabości, mimo poważnych chorób mobilizować siły, nawet przez długi czas, aby tylko móc służyć. Obserwujemy to na przykład wtedy, gdy matka jest chora, nawet bardzo, ale mobilizuje swoje siły, aby służyć dzieciom. Podobnie postępuje kochający ojciec. Rodzice potrafią czasem walczyć z chorobą kilka długich lat, aby tylko być ze swoimi dziećmi.

Święty Paweł mówi jednak o tym, że życie człowieka ma głęboki sens również wówczas, gdy nie jest bezpośrednio nastawione na pomoc najbliższym. Człowiek kaleki, chory, zmęczony życiem, dotknięty starością już niewiele pomaga. W pewnych sytuacjach sam czeka na pomoc. I wtedy, z punktu widzenia czysto doczesnego, życie jakby traci sens. Jeśli jeszcze dojdzie do tego cierpienie, pokusa zastosowania eutanazji jest wielka. Dlaczego mam zawadzać? Ja już nikomu nie jestem potrzebny, ja ludziom przeszkadzam. Święty Paweł mówi właśnie o takiej sytuacji i w świecie wiary wzywa nas do odkrycia prawdy, że jesteśmy potrzebni nie tyle innym ludziom, ile Bogu. Jeśli odkryjemy, że jesteśmy narzędziem w ręku Boga nawet wtedy, kiedy jesteśmy bezradni i gdy potrzebujemy pomocy zdrowych i mocnych ludzi, życie nasze nabiera sensu.

Rozmawiałem z człowiekiem już blisko dziewięćdziesięcioletnim po jego reanimacji. Z uśmiechem powiedziałem, że ma za dużo przyjaciół wśród lekarzy, bo gdy był już prawie cały w niebie, a tylko jego pięta została na ziemi, jeszcze potrafili go przytrzymać i sprowadzić z powrotem. A on mi odpowiada: „No właśnie; i po co? Ja już tak chętnie bym umarł, a teraz tylko będę ciężarem dla tych wszystkich, którzy się muszą mną opiekować. I po co?”. Rozmawialiśmy przez pewien czas na temat tego jednego pytania: „Po co?”. Wtedy wszedł lekarz, który go reanimował i rzekł: „Jak to po co? To jest egoizm, proszę pana. Nie pan tu jest najważniejszy. My tu się także liczymy. Pan jest nam potrzebny. Zawdzięczamy panu bardzo wiele i chcemy, aby pan dalej był z nami”.

Upłynęły miesiące. Spotkałem pielęgniarkę, która opiekuje się owym człowiekiem. Powiedziała mi: „Proszę księdza, to są najpiękniejsze rekolekcje, jakie przeżyłam. Nie spotkałam jeszcze chorego człowieka, od którego tak wiele bym otrzymała. Ktokolwiek podejdzie do tego łóżka, aby spełnić najprostsze posługi należne człowiekowi obłożnie choremu, odchodzi tak ubogacony, że to się w głowie nie mieści. Ten człowiek poprzez swą postawę w cierpieniu i poprzez przyjęcie posługi mówi więcej, niż mówił i działał, gdy był w pełni sił. On jest narzędziem w ręku Boga”.

To jest właśnie to, o czym mówi św. Paweł: „Ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny”. Już nie własną siłą. To Bóg się nami posługuje. Jemu jesteśmy potrzebni. Warto to sobie uświadomić, odkrywając własne słabości i ograniczenia. Trzeba więc także z tego punktu widzenia popatrzeć na ludzi często bezradnych, czekających na pomoc otoczenia i pozostających w zasięgu pokusy opuszczenia tej ziemi jak najszybciej.

Człowiek żyje tak długo, jak długo jest potrzebny Bogu. I jeśli nam się wydaje, że nie jesteśmy już przydatni ludziom, to na pewno jesteśmy potrzebni Bogu. On nas kocha i doskonale wie, że w niebie jest o wiele lepiej. Gdyby nie to, że jesteśmy Mu potrzebni, to nie pozostawiałby nas tu ani jednej sekundy dłużej. W wielu wypadkach ten zamiar Boga jest dla nas zakryty, jest tajemnicą. Święty Paweł potrafił to odkryć. Wielu ludzi z pomocą łaski także potrafi to odkryć. I wtedy mówią: „Bądź wola Twoja”.

A my w tym świecie, który jest nastawiony tylko na działanie i na sukcesy doczesne, musimy umieć zobaczyć i tę drugą stronę. Człowiek jest potrzebny nie tylko ludziom; on jest zawsze potrzebny Bogu. I ten, który się począł, i ten kaleki i chory, i ten, który dokonał bardzo wielu dobrych czynów, a teraz jest już zniszczony przez sklerozę. Zawsze jesteśmy potrzebni Bogu. Jeśli już nie będziemy, w jednej sekundzie przeniesie nas do innego świata. To jest ten wymiar, o którym świat ludzi niewierzących nie ma pojęcia. Człowiek niewierzący nigdy tego kazania nie zrozumie.

Człowiek wierzący, który odkrywa prawdę, że jest narzędziem potrzebnym Stwórcy, wie, że wszystko w życiu może mieć głęboki sens, a Bóg nawet nasze słabości potrafi wykorzystać do swoich celów. Podziękujmy Bogu za wiarę, która nas tu zgromadziła i złóżmy jej wyznanie.

ks. Edward Staniek – „Ekspres Homiletyczny”

 

 

7

 

Moje niedowiarstwo

Dzisiejsza Ewangelia porusza bardzo istotną kwestię dotyczącą życia każdego z nas. Ci, którzy obserwowali cuda zdziałane przez Chrystusa, „powątpiewali o Nim” (Mk 6).

Jezus był wręcz zdziwiony ich niedowiarstwem.

Wydaje się, że historia się powtarza. Współczesny człowiek coraz częściej nie dowierza Bogu, szczególnie wtedy, gdy nie spełnia On zanoszonych do Niego próśb lub boleśnie doświadcza. Skąd się bierze ten pociąg do niedowiarstwa? Powodów można znaleźć wiele. Spróbuję przedstawić przynajmniej cztery.

Pierwszą przyczynę doskonale ilustruje pewne autentyczne wydarzenie. Otóż dwóch pobożnych, ale nieopanowanych chrześcijan pokłóciło się na rynku o cenę i jakość pewnego towaru. Pierwszy w pasji uderza drugiego w twarz. Sądząc, że to jeszcze za mało, mówi: „Jeśli cię ktoś uderzy w policzek, nadstaw i drugi” – i buch go jeszcze raz. Drugi, również znając Ewangelię, bije go jeszcze mocniej i mówi: „Jaką miarą mierzysz, taką ci odmierzą”. Przechodzi koło nich głuchawy proboszcz razem ze swym młodym wikarym. Pyta: „O co się kłócą i biją ci parafianie?”. „Oni starają się praktycznie interpretować Ewangelię” – odpowiada wikary.

W tej anegdocie morał jest bardzo wymowny. Interpretowanie prawd ewangelicznych po swojemu sprawia, że człowiek staje obok Kościoła. Tworzy swoistą własną religię, wręcz prywatny Kościół. Tego typu eksperymenty muszą prędzej czy później skończyć się drogą ku niedowiarstwu.

Drugą przyczynę braku zawierzenia Bogu świetnie pokazuje zdarzenie, które miało miejsce w okresie komunizmu w Polsce. Do Warszawy przybyła z wizytą królowa Belgii Elżbieta. Po stolicy oprowadza ją w imieniu rządu Jarosław Iwaszkiewicz, prezes Związku Literatów Polskich. Zwiedzają również kościoły. W pewnej chwili królowa pyta: „Czy pan jest wierzącym, czy komunistą?”. Iwaszkiewicz miał na to odpowiedzieć: „Katolikiem jestem wierzącym, ale niepraktykującym, komunistą natomiast niewierzącym, ale praktykującym”.

Niedowiarstwo związane jest bardzo często z wyłącznie deklaratywną postawą religijną. Nie ma głębszego sensu wiara katolicka bez życia sakramentalnego. Jeśli ktoś chce się nazywać wierzącym, nie podejmując praktyk religijnych, nie rozumie, czym jest wiara. Nie ma prawdziwego zbliżania się do Boga bez spowiedzi, Komunii czy Mszy Świętej. Wierzyć oznacza między innymi praktykować, a zatem otwierać się na dialog z Bogiem. W takim dialogu nie ma miejsca na niedowiarstwo.

Trzecia przyczyna niedowierzania Bogu może leżeć w złym pojmowaniu wiary. Dość zabawnie tę prawdę ukazuje znana anegdota. Pewnemu jeźdźcowi z trudem przychodziło dosiąść swego konia. Któregoś dnia próbował kilka razy, ale wciąż bez rezultatu. Zaczął się modlić do świętych o pomoc. Odpoczął chwilę i z dobrym rozbiegiem podskoczył. Skok był tak dobry, że jeździec przeskoczył konia i spadł na drugą stronę. Wstał, otrzepał się i rozpoczął na nowo rozmowę ze świętymi: „Prosiłem was o pomoc, ale nie myślałem, że wszyscy naraz mi ją okażecie”.

Pojmowanie Boga i religii jako talizmanu oraz traktowanie wiary w kategoriach „wentyla bezpieczeństwa” jest spłyceniem głębokiej rzeczywistości i tajemnicy wiary w Boga Trójjedynego. Jest to nieraz wręcz prymitywne ujmowanie Bożej opieki.

Wśród wielu przyczyn niedowiarstwa można odnaleźć jeszcze jedno źródło. W zabawnym dialogu pomiędzy nauczycielem a uczniem ukryta jest pewna powszechna prawda. Katecheta pyta Jasia: „Ile jest sakramentów świętych?”. „Sześć”. „Mylisz się, Jasiu, bo jest siedem”. „Tatuś powiedział, że sześć, bo małżeństwo i pokuta to jeden sakrament”.

Na pierwszy rzut oka niewinny dialog. Zawiera on jednak sarkastyczne przesłanie: to, co zasadnicze, najważniejsze, jawi się jako coś trudnego, przepełnionego cierpieniem. Podejście do życia w perspektywie nieszczęścia rodzi cierpiętnictwo. Wszystko wydaje się dopustem Bożym, karą z wysoka, a nawet niesprawiedliwością. Takie podejście może prowadzić do niedowiarstwa.

Wśród Polonii amerykańskiej znana jest audycja Rosary Hour. Jest to katolicki program radiowy w języku polskim, nadawany przez sieć radiostacji w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, a przez Internet – na całym świecie. W czasie jednej z audycji zadzwonił słuchacz, mówiąc: „Kiedyś byłem człowiekiem głęboko wierzącym i praktykującym. Dziś przeżywam kryzys wiary. Nie wiem nawet, czy jestem wierzący, czy niewierzący. Raz przeżywam Boga jako kogoś bliskiego, innym razem Bóg znika z mojego serca i pozostawia mnie na pastwę bezradności i osamotnienia”. Otrzymał następującą odpowiedź: „Czas osamotnienia, bezradności i wrażenia, że Bóg jest nieobecny w naszym życiu, można uznać za chwilę błogosławioną. Tu bowiem zaczyna się wiara, która polega na zawierzeniu Bogu, na uznaniu, że On kieruje naszym życiem, jest kochającym Ojcem, pragnie naszego dobra nawet wówczas, gdy dopuszcza cierpienia, dzieli się z nami swoim wiecznym szczęściem. On jest z nami, mimo że nie odczuwamy Jego obecności. Tę prawdę ilustruje ewangeliczna scena burzy na jeziorze Genezaret. Uczniowie, będąc bezradni wobec żywiołu, myśleli, że się potopią. Obudzili więc Jezusa, który zarzucił im brak wiary, czyli zawierzenia, zaufania. On, Bóg-człowiek, nigdy nie śpi, zawsze wiernie i z miłością towarzyszy swoim wyznawcom”. Warto więc uwierzyć!

Ks. Janusz Mastalski – „Ekspres Homiletyczny”

 

 

8

 

Stan życia, relacje, praca. Ignacy Loyola podpowiada, jak rozeznać wolę Bożą w życiu

Jednym z największych darów Ignacego są „Reguły o rozeznawaniu duchów”, które stały się częścią „Ćwiczeń duchowych”. Mistyk pokazał w nich, jak Bóg mówi do nas przez nasze uczucia. Modlitwa, wzrastająca bliskość z Bogiem oraz wewnętrzne poznanie Jezusa i Jego działania są elementami rozeznającego serca.

Co powinniśmy zrobić? Na pewno niczego złego ani absurdalnego. Pomiędzy tymi dwoma biegunami rozpościera się jednak ogromny wachlarz możliwości.

Poster

Mierzymy się często z poważnymi decyzjami dotyczącymi wyboru szkoły, kariery, pracy, stanu życia, relacji, poważniejszych zobowiązań. Codziennie musimy także podejmować decyzje w sprawach mniejszego kalibru, które mają jednak związek z naszymi priorytetami i celami, a więc z tym, jak chcemy spędzić nasz czas, czemu poświęcić uwagę, co przełożyć na inny dzień. Jak dokonujemy tego typu wyborów? Jak ważymy konkurujące ze sobą wartości? Jak rozeznajemy właściwą ścieżkę?

Reklama

Duchowość ignacjańska dostarcza nam wskazówek, by twórczo odpowiedzieć na te pytania. Aby naśladować Jezusa, musimy przecież wiedzieć, jak podejmować dobre decyzje. Ignacy oferuje nam praktyczne narzędzia, by pomóc nam zmierzyć się z tym wyzwaniem.

Podstawowa wartość wyboru

Najpierw postuluje, abyśmy jasno zdali sobie sprawę z celów, do których dążymy. Ponownie wracamy do „Zasady i fundamentu”, aby uzyskać jasność co do wartości, które powinny oddziaływać na nasze wybory.

Wszystko na tym świecie jest nam podarowane, „abyśmy mogli łatwiej poznać Boga i bardziej ochoczo odpowiadali na Jego miłość”. Dlatego „naszym jedynym pragnieniem i jedynym wyborem powinno być to: chcę i wybieram to, co bardziej prowadzi mnie do pogłębienia życia z Bogiem”. Nasza miłująca relacja z Bogiem jest celem i końcem naszego życia.

Wszystkie nasze wybory są środkami, kolejnymi krokami na drodze do osiągnięcia tego celu. Zawieramy związek małżeński, wybieramy karierę, otwieramy biznes właśnie jako sposób na pogłębienie naszej relacji z Bogiem. Wszystkie te ważne wybory są tylko środkami, a nie celami samymi w sobie. Bardzo łatwo o tym zapomnieć i traktować wybory jak cele. Nasz pierwszy wybór czy decyzja to po prostu bycie naśladowcami Chrystusa. Wszystko inne – nasze wybory, małe i wielkie – są konsekwencją tej źródłowej decyzji.

Kiedy mamy cel wyraźnie przed oczami, wtedy będziemy w stanie zmierzyć się z zawiłościami związanymi z podejmowaniem decyzji. Jeden ze sposobówpolega na podejściu analitycznym. Wybierając pomiędzy jednym dobrem a drugim, możemy na kartce papieru sporządzić listę wszystkich argumentów za i przeciw w dwóch kolumnach. Jeśli czujemy się zakłopotani, możemy spytać o radę naszych przyjaciół.

Następnie podejmujemy decyzję, przedstawiamy ją Bogu w modlitwie, prosząc, by ją pobłogosławił i dał pocieszenie w postaci wewnętrznego pokoju. Ignacy nazywa ten typ podejmowania decyzji wyborem w trzeciej porze. Pierwsza i druga pora dotyczy decyzji naszego serca, kiedy potwierdzenie nie pochodzi z rozważania rozumu, lecz z rozeznania znaczenia różnych poruszeń: emocji i uczuć. To największy dar Ignacego, który może nam pomóc w podejmowaniu decyzji. Można go nazwać darem rozważającego serca.

Pierwsza pora wyboru jest decyzją, która posiada wyraźną jasność. Wiemy, co jest słuszne. Ignacy przytacza dwa przykłady takiego wyboru z Nowego Testamentu: nawrócenie Pawła pod Damaszkiem i powołanie celnika Mateusza. Obaj nie mieli wątpliwości co do tego, czego oczekiwał od nich Bóg (przynajmniej w tych sytuacjach).

Zapewne znamy ludzi, którzy nigdy nie mieli żadnych wątpliwości w związku z tym, co powinni zrobić w węzłowych punktach ich życia. Niektóre osoby już podczas pierwszej randki mają niezbitą pewność, że trafiły na swego współmałżonka właśnie dzięki takiej łasce. Inni na podobnej zasadzie nie wątpią w autentyczność ich powołania do życia zakonnego lub kapłańskiego. Być może sami mieliście tego typu doświadczenie, przynajmniej w niektórych momentach życia.

Z drugą porą wyboru mamy do czynienia wtedy, gdy preferowany wybór nie jest całkowicie jasny. Stajemy w obliczu dwóch alternatywnych działań, z których oba do pewnego stopnia wydają się atrakcyjne.

Nie mamy jednak daru niewzruszonej pewności, który z nich wybrać. W takim wypadku Ignacy radzi, że możemy rozeznać właściwy wybór poprzez obserwowanie wewnętrznych poruszeń ducha. W szczególności chodzi o uczucia „pocieszenia” albo „strapienia”. To one mogą wskazać właściwy kierunek działania. Ignacy zawsze z wielką pieczołowitością umieszcza słowo „duchowy” przed pocieszeniem i strapieniem. Według niego duchowe pocieszenie jest doświadczeniem, „kiedy w duszy powstaje wewnętrzne poruszenie, przez które dusza zapala się do miłości swego Stwórcy i Pana”.

Duchowe pocieszenie i strapienie

Ignacy opisuje pocieszenie jako każdy wzrost nadziei, wiary i miłości. Duchowe strapienie jest przeciwieństwem pocieszenia. Słowa, których używa Ignacy, by opisać to doświadczenie, obejmują: ciemności duszy, niepokój, poruszenie w kierunku rzeczy niskich i ziemskich, zamieszanie z powodu różnych miotań i pokus. Uzmysłowienie sobie ważności tych uczuć sięga do początków nawrócenia Ignacego na bardziej gorliwą wiarę chrześcijańską, kiedy uczył się zwracać baczniejszą uwagę na te poruszenia.

Druga pora wyboru nie polega na osiągnięciu prostego uczucia spokoju odnośnie do podejmowanej decyzji. Uczucia towarzyszące duchowemu pocieszeniu lub strapieniu należy starannie ocenić. Fałszywe pocieszenie może przywdziewać maskę spokoju ducha i zadowolenia z siebie. Nieraz strapienie może być chwilowym poczuciem niepokoju skłaniającym nas do obrania innego kierunku. Ignacy zwięźle wykłada, jak korzystać z jego porad dotyczących tej kwestii w „Regułach o rozeznawaniu duchów” na końcu „Ćwiczeń duchowych”.

Czasem wydaje się to niezwykle śmiałe (poniekąd nawet ryzykowne), aby zaufać naszym uczuciom do tego stopnia, jak czynił to Ignacy. Jego podejście do rozeznania jest jednak całkowicie zgodne z jego wizją chrześcijańskiego życia. Ignacjański horyzont otwiera nas na świat, który jest przeniknięty przez Boga, świat, którego Bóg

używa, aby nawiązać z nami kontakt.

Relacja serca

Pragniemy naśladować Jezusa. Uważnie przyglądamy się Mu w Ewangeliach, wchodzimy całym swoim jestestwem w te sceny, używając ignacjańskiej metody kontemplacji angażującej wyobraźnię. Dochodzimy do poznania, kim jest Jezus, i tęsknimy za tym, by umieścić Go w centrum naszego życia.

Podejmujemy decyzje w kontekście tej relacji miłości. Jest to relacja serca. Nasze serce podpowie nam, które decyzje zbliżają nas do Jezusa, a które od Niego oddalają.

Ignacjańskie rozeznanie bazuje na przekonaniu, że nasze chrześcijańskie wybory często przekraczają to, co tylko racjonalne lub rozsądne. „Serce ma swoje racje, o których rozum nie ma pojęcia” – powiedział Pascal. Można się z tym zgodzić, jeśli serce rzeczywiście zostało ukształtowane w szkole Chrystusa. Często mówi się, że ignacjańska duchowość formuje nas do bycia „kontemplatywnymi w działaniu”.

Możemy zrozumieć ten iście paradoksalny zwrot, jeśli zgodzimy się na to, że celem jest działanie, a rozeznanie to środek do uzyskania tego celu. Rozeznanie prowadzi nas w kierunku decyzji, które złączą nas jeszcze bardziej z Chrystusem i zacieśnią naszą współpracę z Nim dla dobra tego świata. Kontemplacja Jezusa odmalowanego w Ewangeliach jest podstawowym środkiem, który umożliwia rozeznanie.

Praktyka modlitwy opartej na wyobraźni uczy nas, kim jest Jezus, jak działa i jak dokonuje wyborów. Ten rodzaj kontemplacji formuje nasze serca i skłania nas w stronę decyzji, które prowadzą do większej zażyłości z Bogiem.

Reklama

* * *

Fragment pochodzi z książki „Czym jest duchowość ignacjańska?”, wydanej nakładem wyd. WAM.

 

 

9

 

Nie żyje księżna Renata Habsburg Lorena de Zulueta, żywiecka habsburżanka

Nie żyje księżna Renata Habsburg Lorena de Zulueta – poinformował w piątek wieczorem burmistrz Żywca Antoni Szlagor. Jak podkreślił, „wraz z jej odejściem kończy się jakże wspaniała historia żywieckiej gałęzi rodziny Habsburgów – wspaniałych polskich patriotów”.

„Dziś dotarła do mnie niesłychanie smutna wiadomość. W Madrycie zmarła księżna Renata Habsburg Lorena de Zulueta, najmłodsza córka pary arcyksiążęcej Karola Olbrachta Habsburga i Alicji Ankarcrony. Kochała Żywiec. (…) Wraz z odejściem księżnej Renaty kończy się jakże wspaniała historia żywieckiej gałęzi rodziny Habsburgów – wspaniałych polskich patriotów, którzy nigdy nie wyrzekli się polskości. Była ostatnią żyjącą osobą z rodziny Habsburgów, która wychowała się na żywieckim Zamku” – wskazał burmistrz Szlagor.

Samorządowiec powiedział, że księżna odeszła 18 czerwca. Jej pogrzeb odbędzie się 29 lipca w Madrycie.

 

 

10

 

Święci i błogosławieni w tygodniu:

7 lipca - błogosławieni męczennicy: Józef i Wiktoria Ulmowie oraz ich siedmioro dzieci
7 lipca - bł. Benedykt XI, papież
7 lipca - święci męczennicy Grzegorz Grassi, biskup, Herminia, dziewica, i Towarzysze
7 lipca - bł. Maria Romero Meneses, zakonnica
7 lipca - bł. Piotr To Rot, męczennik
7 lipca - św. Firmin z Amiens, biskup i męczennik
8 lipca - św. Jan z Dukli, prezbiter
8 lipca - św. Edgar Spokojny, król
8 lipca - św. Eugeniusz III, papież
8 lipca - św. Kilian, biskup i męczennik
8 lipca - bł. Piotr Eremita, zakonnik
8 lipca - święci Akwila i Pryscylla
9 lipca - święci męczennicy Augustyn Zhao Rong i Leon Mangin, prezbiterzy, i Towarzysze
9 lipca - św. Weronika Giuliani, dziewica
9 lipca - bł. Joanna Scopelli, zakonnica
9 lipca - święci Jan z Kolonii, prezbiter, Jan z Osterwijk, Mikołaj Pick, Willad i Towarzysze, męczennicy z Gorkum
9 lipca - św. Hadrian III, papież
9 lipca - bł. Adrian Fortescue, męczennik
9 lipca - bł. Fidelis Chojnacki, zakonnik i męczennik
10 lipca - św. Antoni Peczerski, opat
10 lipca - św. Jan Gwalbert, opat
11 lipca - św. Benedykt z Nursji, opat, patron Europy
11 lipca - św. Olga Mądra, księżna
11 lipca - św. Pius I, papież i męczennik
12 lipca - św. Brunon Bonifacy z Kwerfurtu, biskup i męczennik
12 lipca - święci Maria Zelia i Ludwik Martin, małżonkowie
12 lipca - święci Jazon i Sozypater, biskupi i męczennicy
13 lipca - święci Andrzej Świerad i Benedykt, pustelnicy
13 lipca - św. Teresa od Jezusa de Los Andes, dziewica
13 lipca - św. Klelia Barbieri, dziewica
13 lipca - św. Sylas (Sylwan), biskup
13 lipca - św. Ewagriusz z Pontu
13 lipca - bł. Marian od Jezusa Euse Hoyos, prezbiter
13 lipca - bł. Marianna Biernacka, męczennica
13 lipca - Joel, prorok
13 lipca - Ezdrasz, pisarz
14 lipca - św. Kamil de Lellis, prezbiter i zakonnik
14 lipca - św. Henryk II, cesarz
14 lipca - bł. Jakub de Voragine, biskup
14 lipca - św. Franciszek Solano, prezbiter
14 lipca - święci męczennicy Jan Jones i Jan Wall, prezbiterzy
14 lipca - bł. Angelina Marsciano, zakonnica