W BLASKU MIŁOSIERDZIA

7/955 – 11 luty 2024 r. B.     

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA

 

6

 

Niedziela 11 lutego 2024 r.

VI Niedziela zwykła rok „B”

Czytania:
Pierwsze czytanie: Kpł 13, 1-2. 45-46
Psalm: Ps 32
Drugie czytanie: 1 Kor 10,31-11,1
Ewangelia: Mk 1,40-45
Uzdrowienie trędowatego
Mk 1, 40-45
Słowa Ewangelii według Świętego Marka
     Pewnego dnia przyszedł do Jezusa trędowaty i upadłszy na kolana, prosił Go: «Jeśli zechcesz, możesz mnie oczyścić». A Jezus, zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: «Chcę, bądź oczyszczony!» Zaraz trąd go opuścił, i został oczyszczony.
     Jezus surowo mu przykazał i zaraz go odprawił, mówiąc mu: «Bacz, abyś nikomu nic nie mówił, ale idź, pokaż się kapłanowi i złóż za swe oczyszczenie ofiarę, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich».
Lecz on po wyjściu zaczął wiele opowiadać i rozgłaszać to, co zaszło, tak że Jezus nie mógł już jawnie wejść do miasta, lecz przebywał w miejscach pustynnych. A ludzie zewsząd schodzili się do Niego.
 
 
1
 
 
VI niedziela zwyka
     Trąd to nie tylko bolesna choroba. To także społeczne wykluczenie. I wokół tego podwójnego problemu – choroby i wykluczenia – koncentrują się czytania VI niedzieli zwykłej roku B.
     Ta choroba nie tylko ruinuje zdrowie. Niszczy także więzi łączące chorego z bliźnimi. Jezus leczy. Nie tylko choroby fizyczne nie tylko dolegliwości duchowe. Leczy także to, co zniszczone zostało w naszych społecznościach.
     Nie po to stworzył Bóg człowieka, żeby cierpiał. Nie po to stworzył Bóg człowieka, żeby cierpiał. Tak, podlegamy bólowi, chorobom, krzywdom. Czasami bywa, że chcielibyśmy bardziej pomóc, ale dla ratowania innych - nie możemy. Ot, kiedy izolujemy zakaźnie chorych. Ale ostatecznie to ma się skończyć. Każdy trąd, który niszczy nasze życie, zostanie kiedyś uleczony...
 
 
5
 
 
W dzisiejszym numerze:
- Nie bojąc się dotknąć ran
- Zaufanie to skarb
- Dotknięci trądem
- Współpraca z Jezusem przy uzdrawianiu siebie
- Modlisz się o uzdrowienie, które nie przychodzi? Być może zapominasz o jednym
- Żyd spotkał Jezusa na Górze Tabor: Powiedział mi, że mnie kocha
- „Wielbi dusza moja Pana”. Te modlitwę wypowiedziała sama Maryja
- Prosisz Boga o konkretną łaskę? Módl się tą modlitwą, a wstawi się za tobą ojciec Pio
- Razem w duchowej bliskości: „Dzień solidarności z osobami skrzywdzonymi”
- Święta Scholastyka i jej duchowe córki, czyli mniszki trzymające władzę
- Ta starożytna modlitwa za wstawiennictwem św. Józefa podobno nigdy nie zawodzi
- Święci i błogosławieni w tygodniu
 
 
 
2
 

Nie bojąc się dotknąć ran

Pan Jezus uzdrawia trędowatego. Na pierwszych adresatach Ewangelii większe wrażenie niż na nas robił prawdopodobnie pewien szczegół tej historii – Chrystus ze współczuciem dotknął chorego. Dla Izraelitów było jasne, że trędowaci są nieczyści i nie wolno ich dotykać. Dla nieżydowskich słuchaczy równie oczywiste było, że zdeformowane ciało chorego jest czymś odpychającym, a dotykając go, można się zarazić.

Na jednym z dawnych przedstawień malarskich tej sceny zaraz za Chrystusem widać Jego uczniów z idącym na czele św. Piotrem. Ten, widząc, co się dzieje, podnosi rękę, naśladując gest Mistrza, który dotyka trędowatego. W tym geście Piotra jest zapowiedź tego, co przez wieki będzie robił Kościół, nie bojąc się ze współczuciem dotykać ludzkich ran.

Po pierwsze w sakramencie pokuty i pojednania. Trąd w Piśmie i Tradycji jest symbolem grzechu (wspomnijmy Miriam, siostrę Mojżesza, ukaraną za swą winę trądem). W spowiedzi Kościół dotyka i mocą Jezusa uzdrawia najgorsze i najbardziej odpychające z ludzkich ran – te spowodowane duchowym trądem grzechu.

Po drugie – wspólnota Kościoła przez wieki troszczy się o fizycznie cierpiących, pielęgnując i lecząc tych, którzy chorują, w tym oczywiście także trędowatych. Przychodzą tutaj na myśl św. Damian z Moloka’i, święta Matka Teresa z Kalkuty czy polska matka trędowatych dr Wanda Błeńska. Oni i wielu innych naśladowali Chrystusa ze współczuciem dotykającego chorego.

Gest Pana Jezusa jest uobecniany i przedłużany w jeszcze jeden mniej oczywisty sposób. Dzieje się to wtedy, gdy Jego uczniowie i uczennice starają się wchodzić z pomocą w miejsca i sytuacje, które w innych budzą lęk lub odrazę. Jak św. Dominik, gdy głosił Ewangelię wśród katarów. Jak św. Jan Boży, który chodził do prostytutek, zachęcając je do zmiany życia. Jak członkowie wspólnot działających w fawelach, wśród bezdomnych, narkomanów czy ludzi ulicy.

Także dziś Chrystus ze współczuciem dotyka i uzdrawia wiele osób poprzez swój Kościół.

Michał Golubiewski OP – „wdrodze.pl”

 

 

 

4

 

Zaufanie to skarb

Trędowaty, który podszedł do Jezusa, odznaczał się wyjątkową inteligencją. Wiedział, że ma do czynienia z prorokiem, i wiedział także, że ów prorok dysponuje mocą Boga i dlatego może go uzdrowić. I wiedział również o tym, że doświadczenie, które go spotkało, zostało uwzględnione w planach opatrzności Boga. Bóg miał na uwadze jakieś jego dobro. Obok mocy Boga dostrzegł więc trędowaty także mądrość i prawdziwą miłość Bożą. Nie wątpił on w to, że Jezus może go uleczyć. Zastanawiał się tylko nad tym, czy zechce to uczynić. Czy jego pragnienie spotka się z pragnieniem Jezusa? Czy tym razem jego wola będzie wolą Boga?

Podobała się Jezusowi prośba trędowatego i dlatego odpowiedział mu: „chcę”. Życzenie chorego zostało spełnione, ale Jezus natychmiast miał dwie prośby do uzdrowionego.

Pierwsza dotyczyła dyskrecji: nie mów nic nikomu. Druga zaś dotyczyła przekazu informacji: pójdziesz do kapłana i jemu dokładnie opowiesz, kto, gdzie i kiedy uzdrowił cię z trądu. Taka była wola Jezusa. Chciał On bowiem mieć zaufanego człowieka, który poinformuje o cudzie i który sam będzie jego świadkiem w świątyni jerozolimskiej.

Chrystus spełnił prośbę chorego, ale uzdrowiony nie spełnił Jego próśb. Nie zachował dyskrecji, o którą Jezus go prosił. Na własną rękę, pełniąc własną wolę, mówił o dobru, które otrzymał. A tym samym zgromadził przy Chrystusie ludzi, którzy szukali lekarza, a nie Bożej mądrości.

Nam się często wydaje, że o Bożych czynach należy trąbić na cztery strony świata. Jest to wielkie nieporozumienie. Prawdziwe dobro należy otoczyć tajemnicą. Dobro bowiem wymaga zaufania, a na zaufanie pracuje się długo, czasem całymi latami. A można je zniszczyć jednym słowem powiedzianym do słuchawki, przekazanym w Internecie bądź przechowywanym w formie listu w książce, która nieopatrznie zostanie przekazana koleżance.

Skarby Boga – te otrzymane bezpośrednio od Niego i te przychodzące ku nam przez ludzi – muszą być okryte tajemnicą. Nie mogą być ujawnione, jeśli nie ma polecenia osoby nimi zainteresowanej.

Jezus kilkakrotnie zabiega o nagłośnienie swych cudów, ale wtedy ci, którzy o Nim mówią, pełnią Jego wolę.

Dotykam ważnej sprawy zarówno z punktu widzenia troski o pielęgnowanie bogactwa osobowości człowieka, jak i z punktu widzenia społecznego. Dyskrecja jest kamieniem węgielnym zaufania człowiekowi. Jeżeli nie jest on dyskretny, jeśli nie rozumie wartości daru, nie można mu ufać. I to nie na zasadzie prośby o dyskrecję, ale na zasadzie wyczucia i świadomości tego, jak wielkim skarbem jest zaufanie.

Powtarzam, można je przeciąć jak nożycami jednym słowem, ale naprawienie zaufania jest rzeczą niezwykle trudną, a często nawet niemożliwą. Dotyczy to zaufania ludzi do nas i także zaufania Boga do nas, bo taki jest rozwój życia w miłości.

Wymiar społeczny zaufania jest równie ważny. Dlaczego w Polsce nie można podjąć żadnych większych dzieł, które mogłyby mieć szansę powodzenia w najbliższych dziesięciu czy dwudziestu latach? Dlatego, że takie dzieło wymaga w pierwszym etapie, czyli przez jakieś pięć lat, wielkiej tajemnicy. A tymczasem znalezienie siedmiu ludzi, którzy by rozumieli wartość dyskrecji i którzy by działali i współpracowali w wielkiej tajemnicy, dziś jest rzeczą prawie niemożliwą. Do takiego działania może najwyżej dojść jedna grupa. Ale nigdy nie będzie to dzieło społeczne na wielką skalę.

Szczególną rolę w niszczeniu dyskrecji odgrywają dziś reporterzy, którzy wszędzie chcą dotrzeć i ujawnić to, co zostało „zasadzone”. Nie chcą zrozumieć, że potrzeba wiele czasu, aby „sadzonki” wydały owoce.

Jezus testuje stopień zaufania człowieka uzdrowionego, a ten potyka się na prostej drodze i traci zaufanie Jezusa. Jeszcze dodatkowo utrudnia Jego misję, pełniąc swoją wolę, a nie wolę Bożą.

Otrzymaliśmy od Boga wiele, dlatego staje przed nami pytanie, w jakiej mierze Bóg i ludzie mogą nam zaufać. Pamiętajmy, że z punktu widzenia Ewangelii miarą wielkości człowieka jest stopień zaufania, którym Pan Bóg go darzy.

Niech to nasze dzisiejsze spotkanie przy ołtarzu będzie pieśnią dziękczynną niesioną Bogu za to, że nam zaufał i jednocześnie wielką prośbą, abyśmy na to zaufanie odpowiedzieli i nigdy Boga nie zawiedli.

ks. Edward Staniek – „Ekspres Homiletyczny”

 

 

3

 

Dotknięci trądem

Na rekolekcjach odprawianych w niewielkiej grupie uczestnicy odczytywali teksty Pisma św. mówiące o trądzie. Wieczorem dzielili się swoimi odkryciami. Jedna z uczestniczek, nie mówiąc o sobie, zwróciła uwagę na dziecko niechciane, odrzucone przez rodziców, któremu wmówiono, że nie może być kochane. W sercu tego dziecka została zakodowana biała plama trądu w taki sposób, że nie umie ono kochać. Gdy inni uczestnicy rekolekcji zapytali, czy dziecko niechciane nie może drogą spotkania z Jezusem szukać uleczenia ze swego nieszczęścia, nasza bohaterka odpowiedziała nieśmiało: „Najczęściej takie dziecko nie wierzy nawet w to, że Chrystus chciałby je uleczyć. Nie wierzy, bo w tej wierze byłoby jego uleczenie. Byłaby pewność, że Jezus je kocha. Zniszczona zdolność miłości człowieka rzutuje i na spostrzeganie miłości Boga do człowieka”. Są ludzie, którym bardzo trudno uwierzyć, że ich ktokolwiek kocha, nawet Bóg, mimo że dzień i noc niczego innego nie pragną tylko tego, by ich ktoś pokochał i wzniecił w nich wiarę, że i oni potrafią kochać.

Odważną książką, w której autorka spogląda w głąb swojego życia, nazwał rzecznik Watykanu Joaquín Navarro-Valls opublikowane w 2004 r. wyznania Aleksandry Borghese, znanej włoskiej dziennikarki. Książka Nowymi Oczami: Historia mojego nawrócenia, podobnie jak droga wiary dziennikarki, rozpoczyna się od momentu spotkania z Leonardo Mandadori, który stał się jej przyjacielem, a następnie wprowadził ją do Opus Dei. Pochodząca ze starej rzymskiej rodziny arystokratycznej Aleksandra Borghese zaczęła coraz lepiej poznawać osobistości Kościoła Włoch i Watykanu, co miało też wpływ na jej drogę dziennikarską, gdy zaproponowano jej posadę watykańskiego korespondenta „Panoramy”.

– Dlaczego napisałam tą książkę? Gdy człowiek spotyka Jezusa Chrystusa w ewangelicznej refleksji, w Eucharystii i w wielu innych doświadczeniach, jego życie zmienia się w sposób nieprawdopodobny - przekonuje dziennikarka.

– Patrząc z zewnątrz, moje życie za bardzo się nie zmieniło. Robię te same rzeczy, które robiłam wcześniej, ale patrzę na nie nowymi oczami – wyznaje. Nie chcąc zatrzymać dla siebie tego, co stało się najpiękniejszym doświadczeniem jej życia, Aleksandra Borghese postanowiła napisać książkę. – Chciałam użyć tę odrobinę talentu pisarskiego, który posiadam, by podzielić się nim ze wszystkimi – tłumaczy.

Dzień uzdrowienia stał się niezapomniany dla trędowatego z dzisiejszej Ewangelii. Możemy sobie wyobrazić olbrzymią radość człowieka, który do niedawna jeszcze był trędowatym. Jego radość była tak wielka, że pomimo upomnienia Jezusa zaczął opowiadać i rozgłaszać wszędzie wieść o olbrzymim dobru, które go spotkało. Nie posiadał się ze szczęścia i odczuwał potrzebę podzielenia się nim ze wszystkimi.

Każde nasze spotkanie z Chrystusem również jest niezapomniane. Uświadamia nam, że Jezus jako Zbawiciel ma moc uzdrowić nie tylko rozpadające się ciało człowieka, ale i jego duszę. Jak trędowaty z Ewangelii, mamy ze swej strony stać się apostołami głoszącymi Dobrą Nowinę i dzielić się wielkimi dobrami, które Pan uczynił w naszym życiu.

ks. Leszek Smoliński – „wiara.pl”

 

 

7

 

Współpraca z Jezusem przy uzdrawianiu siebie

15 czerwca 1994 roku św. Jan Paweł II, komentując dzisiejszą Ewangelię, mówił:

Jezus okazał współczucie cierpiącym i obłożnie chorym, objawiając wielką dobroć i wrażliwość swego serca pragnącego wykorzystywać również władzę czynienia cudów, aby pomagać cierpiącym na duszy i ciele. Dlatego dokonywał wielu uzdrowień, a chorzy garnęli się do Niego, by doznać Jego mocy uzdrawiania. Poprzez poświęcenie, z jakim Jezus chciał uwalniać od brzemienia choroby lub niedomagań przychodzących do Niego ludzi, ukazuje On nam szczególne zamiary miłosierdzia Bożego względem nich: Bóg nie pozostaje obojętny wobec cierpień związanych z chorobą i ofiaruje chorym swą pomoc w zbawczym planie, objawionym i urzeczywistnianym w świecie przez Słowo Wcielone.

Jakże więc nie wykorzystać tej uzdrawiającej mocy Boga! A dzisiejsza Ewangelia nie tylko ukazuje ową moc, ale także instruuje człowieka, jak z nią współpracować, jak ją wykorzystać.

I tak ewangelista zapisał, że „ludzie zewsząd schodzili się do Niego” (Mk 1). Uznali zatem, że są chorzy, potrzebują pomocy i mają szansę wyzdrowienia. Niestety współczesny człowiek wielokrotnie nie chce się przyznać do choroby (szczególnie duszy). Często ucieka od myśli, że właśnie mały guzek na jego ciele może być niebezpieczny. Po prostu go lekceważy. Podobnie jest z ludzkim sumieniem. Często te drobiazgi są powodem dramatów rodzinnych. Nie tak dawno opublikowano kilkadziesiąt powodów, dla których powstają problemy w domu. Oto niektóre z nich:

   Znajdowane w umywalce włosy.

   Pozostawione na lustrze łazienkowym ślady po kremie do golenia lub paście do zębów.

   Chrzęst wyłamywanych palców, które powodują niepokój partnera.

   Przeskakiwanie z kanału na kanał przy oglądaniu telewizji.

   Wchodzenie na dywan w brudnych butach.

   Niezasuwanie firanki po popatrzeniu przez okno.

   Podniesiona deska w toalecie.

   Palenie papierosów w sypialni lub pokoju, gdzie się często przebywa.

   Notoryczne spóźnianie się na obiad.

   Bałagan pozostawiony po rozebraniu się.

Na pierwszy rzut wydaje się, że są to rzeczywiście drobiazgi. Urastają one jednak do wielkiego problemu, z którego rodzą się awantury, a nawet rodzinne kryzysy. Podobnie jest z sumieniem. Pozornie niewielkie grzechy, niedociągnięcia czy zaniedbania stają się w pewnej chwili nałogiem, przyzwyczajeniem czy wręcz narzędziem odchodzenia od Boga, zasad, a także Kościoła. Zatem pierwszą radą z dzisiejszej Ewangelii jest zasada: uznaj swoją grzeszność, dostrzeż nawet najmniejsze objawy choroby.

Druga rada zawarta jest w słowach trędowatego: „Jeśli chcesz, możesz mnie uzdrowić” (Mk 1). Jest to tak naprawdę forma pełnej ufności i pokornej modlitwy o pomoc. Człowiek, który pragnie Bożego miłosierdzia, musi mocno wierzyć, że zostanie ono udzielone. Musi to być też modlitwa pełna pokory i poddania się woli Bożej. Nie może być tak jak w historii pewnego sknery, który modlił się żarliwie tymi słowami: „Panie Boże, jeżeli dasz mi wygrać milion złotych – bądź mi świadkiem – to sto tysięcy rozdam ubogim. Obiecuję Ci to z całego serca. Ale jeżeli mi nie wierzysz, to potrąć z góry tę sumę, a mnie ofiaruj tylko resztę”. Nie wystarczy zatem tylko uznać, że jest się potrzebującym. Trzeba jeszcze pełnej zawierzenia postawy modlitewnej i wołania o uzdrowienie. I to jest druga zasada zawarta w dzisiejszym ewangelicznym instruktażu.

Jest jeszcze jedna istotna wskazówka ukazana w owym biblijnym wydarzeniu. Wszyscy, którzy pragnęli być uzdrowieni, musieli na początek włożyć wysiłek, aby dotrzeć do Chrystusa. Każdy człowiek powinien pokonywać w sobie zniechęcenie, obawy czy zwykłe lenistwo po to, by docierać do Uzdrowiciela. Trzecią więc zasadą umiejętności korzystania z Bożego miłosierdzia jest osobisty wysiłek we współpracy z łaską Bożą. Musi to być wysiłek rzeczywisty, a nie pozorny. Dobrze ilustruje tę zasadę pewne opowiadanie.

Matka chciała wysłać małego Łukasza do sklepu po jakąś potrzebną drobnostkę. Ale malec – nie wiadomo z jakiego powodu – akurat w tym momencie nie miał ochoty do takiej posługi, więc z uporem godnym lepszej sprawy powtarzał: „Nie pójdę i koniec!”. Po kilkuminutowych perswazjach zdenerwowana matka wręczyła chłopcu pieniądze, karteczkę i torbę i wyprowadziła go na dwór. Dziecko stało jakiś czas nieruchomo i powtarzało to swoje „nie pójdę”, ale potem, widząc, że nie ma szans na przeforsowanie swojego widzimisię, poszło powoli w stronę sklepu, wyrzucając jeszcze na odchodnym: „Nóżkami idę, ale sercem stoję w miejscu!”.

Jeśli człowiek chce być uzdrowiony, musi zaangażować całego siebie do współpracy z Mistrzem z Nazaretu.

Dzisiaj każdy powinien pochylić się nad swoimi chorobami duszy i uznać, że tylko Bóg jest w stanie pomóc w ich przezwyciężeniu. Pomocą w tym mogą być pełne ufności słowa św. Jana Pawła II:

Niech nasza droga będzie wspólna. Niech nasza modlitwa będzie pokorna. Niech nasza miłość będzie potężna. Niech nasza nadzieja będzie większa od wszystkiego, co się tej nadziei może sprzeciwiać.

ks. Janusz Mastalski – „Ekspres Homiletyczny”

 

 

8

 

Modlisz się o uzdrowienie, które nie przychodzi?

Być może zapominasz o jednym

"Gotowość na zmianę życia po odzyskaniu zdrowia, czyli pragnienie głębokiej przemiany życia według Bożych przykazań i wskazówek, to warunek wejścia na drogę uzdrowienia" - pisze ks. Łukasz Plata w książce "Niemożliwe świadectwa. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego". Te pozornie niemożliwe historie są niezaprzeczalnym dowodem Bożej miłości i mocy, a także prawdy, że w Jezusie Chrystusie ratunek i pomoc mogą znaleźć zarówno ci, którzy już doświadczyli Jego dobroci, jak i ci, którzy jeszcze Go nie poznali.

Cuda i znaki to dzieła Ducha Świętego, który nieustannie pragnie nam przypominać, że Bóg nie chce śmierci grzesznika, ale stwarza mu okazje do nawrócenia. Stąd nie powinniśmy się obrażać na to wezwanie do nawrócenia ani (tym bardziej) bronić się przed zmianą. Nie trzeba upaść na samo dno lub stać się największym grzesznikiem na świecie, aby zacząć się nawracać. Nawrócenie to bowiem nie tylko odwrócenie się od grzechu, lecz także jeszcze większe zwrócenie się ku Bogu! To przylgnięcie do Niego przy pomocy Ducha Świętego i przy zaangażowaniu wszystkich swoich sił. Jeśli człowiek pragnie zmiany na lepsze, Bóg przychodzi ze swoją łaską i wzmacnia nią jego starania.

Pewnego razu poproszono mnie o modlitwę wstawienniczą nad mężczyzną, który miał raka płuc z przerzutami na żebra. Gdy przyjechałem do jego domu, spotkałem także jego żonę i córkę. Podczas rozmowy okazało się, że od dwudziestu pięciu lat żyją w związku niesakramentalnym, ponieważ ten był po rozwodzie. Nie zdążyłem jeszcze niczego powiedzieć, gdy oni jednogłośnie oświadczyli: "Proszę księdza, chcemy żyć tak, jak Pan Bóg przykazał. Chcemy przystąpić do sakramentów, dlatego deklarujemy, że będziemy żyć jak brat i siostra, jako białe małżeństwo". Postanowili całkowicie zmienić swoje dotychczasowe życie i zerwać z grzechem, więc wyspowiadałem oboje i wspólnie z tą kobietą oraz ich córką modliliśmy się wstawienniczo o uzdrowienie dla tego mężczyzny, gdyż lekarze dawali mu dwa tygodnie życia.

Pół roku po tej modlitwie zadzwoniła do mnie żona tego pana. Słyszałem w słuchawce płacz, ale były to łzy szczęścia, ponieważ po operacji lekarze ze zdumieniem stwierdzili, że wszelkie nacieki nowotworowe cofnęły się o siedemdziesiąt procent. Ten mężczyzna nie został całkowicie uzdrowiony, ale choroba na tyle się cofnęła, że przeżył jeszcze kolejne dwa lata. Odwiedziłem go przed śmiercią i nigdy nie zapomnę szczęścia wymalowanego na jego twarzy oraz wdzięczności, którą miał wobec Boga ze te dwa lata życia sakramentalnego, które od Niego otrzymał. Chwała Panu!

Gotowość na zmianę życia po odzyskaniu zdrowia, czyli pragnienie głębokiej przemiany życia według Bożych przykazań i wskazówek, to warunek wejścia na drogę uzdrowienia. To krok, który powinien uczynić ten, kto przychodzi prosić o zdrowie. Gdy osoba cierpiąca na jakąś chorobę żyje w grzechu (na przykład uporczywie trwa w nienawiści, odmawia przebaczenia), to stanowi to poważną przeszkodę do uzdrowienia. W pierwszej kolejności trzeba więc modlić się dla niej o skruchę i podjęcie decyzji o zerwaniu z grzechem. Trzeba takiej osobie ogłosić prawdę o tym, że uzdrowienie dzieje się przez nawrócenie, czyli - powtórzę, bo to niezwykle istotne - najpierw odwrócenie się od grzechu, a potem zwrócenie się do Jezusa przy pomocy Ducha Świętego i przy zaangażowaniu wszystkich swoich sił.

Jezus powiedział o sobie: "Ja jestem drogą, prawdą i życiem" (J 14,6). Kiedy więc stajemy w prawdzie o sobie i własnych grzechach, Chrystus prowadzi nas do prawdziwego Życia, które jest w Nim, i jednocześnie porządkuje nasze życie. W jaki sposób? Między innymi przez słowo Boże, które posiada ową porządkującą mądrość - może nam wskazać to, co najważniejsze, pomóc w odkryciu istoty problemu, może pokazać, jak postąpić i od czego zacząć. Ważne jest, aby dostrzegać w sobie nawet najdrobniejsze zmiany i nie zniechęcać się. Nie zawsze wszystko uporządkuje się od razu. Gdy modlimy się za innych, szczególnie o łaskę nawrócenia i przemiany, musimy pamiętać, że Bóg szanuje ich wolność i cierpliwie czeka. Jeśli trwamy w modlitwie, wcześniej czy później zobaczymy owoce.

"Szczęść Boże! W poprzedniej wiadomości prosiłam o modlitwę w intencji mojej koleżanki. I chcę księdzu powiedzieć, że modlitwa została wysłuchana! Życie mojej koleżanki zaczęło się układać i wiem, że to przez wstawiennictwo bł. Karoliny". Wcześniej odprawiłem w intencji tej koleżanki Mszę Świętą przez wstawiennictwo bł. Karoliny, zaś po jakimś czasie przyszła od tej dziewczyny kolejna wiadomość zawierająca poniższe świadectwo.

"Mam koleżankę, która parę lat temu zaczęła razem ze mną studia. Od dziewięciu lat była w związku chłopakiem, a od roku była z nim zaręczona. Mimo to wpadła w depresję, do czego przyczyniła się zarówno trudna sytuacja rodzinna u jej partnera, jak i nawał pracy (drugi kierunek studiów i natłok różnych obowiązków). Pisała do mnie mnóstwo wiadomości, w których wylewała swoje żale. Chciałam jej pomóc, doradzając jako przyjaciółka, jednak ciągle dręczyła mnie wiadomościami, ale sama nie podejmowała żadnych działań w kierunku poprawy swojej sytuacji.

W końcu stwierdziłam, że napiszę do księdza z prośbą o pomoc. Ku mojemu zaskoczeniu po odprawieniu przez księdza Mszy Świętej w jej intencji natarczywe wiadomości natychmiast ustały, a także ustabilizowała się jej sytuacja na studiach, zerwała też toksyczną znajomość ze swoim ówczesnym narzeczonym.

Obecnie ma innego, naprawdę dobrego chłopaka. Niedawno nawet zaprosili nas (mnie i mojego męża) na spotkanie. To był piękny wspólny czas! Widzę po niej - a znam ją od liceum - że wróciła ta wspaniała Ola, którą znałam z dawnych lat. Jej życie po prostu na nowo się poukładało. Wiem, że to dzięki modlitwie i wstawiennictwu bł. Karoliny. Chwała Panu! I Bóg zapłać z całego serca".

To jest właśnie to, co Bóg nam proponuje! On pragnie, aby nasze życie dobrze się układało, byśmy nieustannie odkrywali, że On jest naszym najlepszym Ojcem, a my Jego ukochanymi dziećmi.

Fragment książki ks. Łukasza Platy "Niemożliwe świadectwa. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego".

 

 

9

 

Żyd spotkał Jezusa na Górze Tabor:

Powiedział mi, że mnie kocha

Czułem, jakby ktoś miał wędkę i rzucił nią ze szczytu góry, a jej hak wbił się w moje serce. I wjechałem na górę Tabor. Wysiadłem z samochodu i podbiegłem do miejsca, gdzie był napis: Bazylika Przemienienia Pańskiego. Usłyszałem głos, który mówił: „Chodź i módl się ze mną”, ale nie wiedziałem, jak się modlić, więc zamknąłem oczy. I intelektem, zobaczyłem obraz - opowiada Greg, nawrócony ortodoksyjny Żyd.

- Wychowałem się w ortodoksyjnej żydowskiej rodzinie w Nowym Jorku. Chodziłem do synagogi, świętowałem każdy szabat i uczyłem się w szkole hebrajskiej - zaczyna opowiadać Greg Hershberg.

- Wiedziałem, że jestem Żydem i że to nie tylko religia, ale też narodowość. W pewnym momencie mojego życia na Bronksie było tak wiele antysemityzmu, że przestałem chcieć być Żydem. Szczerze mówiąc nie jestem pewien, czy kiedykolwiek wcześniej naprawdę byłem związany z judaizmem - dodaje.

Mężczyzna był bardzo zaangażowany w sztuki walki. - Są nie tylko sportem, ale też religią. Miałem swojego guru, który uczył mnie o wschodnich kultach - mówi.

Podróż do Izraela

- Ożeniłem się z pewną modelką i kiedy planowaliśmy podróż poślubną ten guru powiedział, że muszę pojechać do Izraela. Ale nie miałem wtedy szczególnych przemyśleń na temat tego kraju. Myślałem o Jamajce, ale nie o Izraelu - zaznacza.

- Choć to trudne do uwierzenia, następnego dnia, gdy jechałem pociągiem do pracy na Manhattanie usiadłem obok kogoś, kogo nigdy wcześniej nie widziałem, a on zapytał mnie, czy kiedykolwiek myślałem o podróży do Izraela? Pomyślałem, że może powinienem tam pojechać, choć byłem przekonany, że będę się tam źle bawił - mówi.

Greg w podróż poślubną ze swoją żoną pojechał finalnie do Izraela. Z lotniska Ben Guriona w Tel Awiwie udał się do Ejlatu.

- Nurkowałem w Morzu Czerwonym, chodziliśmy do restauracji, imprezowaliśmy, tańczyliśmy, świetnie się bawiliśmy. Potem przyjechaliśmy do Jerozolimy - mówi.

- Zaproponowałem żonie, żeby wynająć samochód i pojechać na północ. Powiedziałem jej, że słyszałem o górze Tabor, gdzie wydarzyło się coś naprawdę wyjątkowego - mówi.

Spotkanie z Jezusem na Górze Tabor. „Kocham cię”

I dodaje: - Więc pojechaliśmy, nie wiedząc dokąd zmierzamy. Spojrzałem na lewo i zobaczyłem tę górę. To było bardzo dziwne, ale góra „wołała moje imię”.

- Czułem, jakby ktoś miał wędkę i rzucił nią ze szczytu góry, a jej hak wbił się w moje serce. I wjechałem na górę. Wysiadłem z samochodu i pobiegłem do miejsca, gdzie był napis: Bazylika Przemienienia Pańskiego. Usłyszałem głos, który mówił: „Chodź i módl się ze mną”, ale nie wiedziałem, jak się modlić, więc zamknąłem oczy. I intelektem, zobaczyłem obraz - opowiada dalej Greg.

- Zobaczyłem otwierające się niebo i kogoś zstępującego z niego. Kogoś, kto lśnił jak słońce, a jego ubranie miało barwę białą jak światło i przytulił się do mnie, a pierwsza rzecz, jaką powiedział, to: „Kocham cię” - mówi Greg, płacząc.

Mężczyzna podkreśla, że długo płakał. - Ale to nie były łzy radości ani bólu. To było jak uświęcenie, oczyszczenie. Jakby cały ten bałagan i ta wschodnia myśl, cała ta bzdura, religia, po prostu wyszła z mnie - podkreśla.

- Wtedy nie wiedziałem nic o Duchu Świętym. Nie wiedziałem, że Bóg może wejść do serca i zamieszkać w nim jak w świątyni. Pomyślałem więc, że Bóg był tylko na górze, kiedy z Nim rozmawiałem, dlatego powiedziałem Mu: „Tak mi przykro, że choć nie chcę odejść, ale muszę już iść. Mam jednak nadzieję, że kiedyś będę mógł tu wrócić” - mówi Greg.

- Byłem w szoku, bo nauczono mnie jako młodego człowieka, że Jezus nie miał nic wspólnego z nami. Myślałem, że jest głową Kościoła katolickiego, a Mojżesz jest głową synagogi żydowskiej - mówi.

Genealogia Jezusa i poznanie Nowego Testamentu

Potem Greg poznał Nowy Testament. Spodziewając się, że zobaczy coś naprawdę chrześcijańskiego czy pogańskiego, zaczął czytać jeden fragment: a było tam napisane: „To jest genealogia Yeshuy (Jezusa) Mesjasza, Syna Abrahama. Syna Dawida”. - Byłem w szoku, bo była to czysta genealogia żydowska - dodaje.

- I szalone jest to, że Jezus, głowa „Kościoła” przyprowadził mnie niereligijnego Żyda do mojego judaizmu. Więc jeśli ktoś wierzy w Yeshue (Jezusa - red.), nie staje się mniej Żydem. A w pewnym sensie stajesz się nim bardziej! - podkreśla.

I mówi: - Nigdy nie oglądałem się za siebie. Jestem tak wdzięczny Bogu za to, co dla mnie zrobił. I czuję się tak wolny i bardziej żywy niż kiedykolwiek.

- Często mówię ludziom, że jeśli Bóg nie jest wystarczający, nic nie będzie wystarczające. Będziesz szukał i szukał po całym świecie, będziesz przechodził z jednego szczytu na drugi, będziesz przechodził od jednej rzeczy do drugiej, ale kiedy Go spotkasz, to koniec, udało się. Koniec poszukiwań - kończy Greg.

 

 

10

 

„Wielbi dusza moja Pana”.

Te modlitwę wypowiedziała sama Maryja

Magnificat to głęboka i piękna pieśń Maryi, w której wysławia Boże Miłosierdzie. Zaśpiewała ją podczas odwiedzin św. Elżbiety, kiedy była w stanie błogosławionym, a to zdarzenie opisał ewangelista Łukasz. Z czasem pieśń uwielbienia Matki Bożej stała się modlitwą, która towarzyszy wielu osobom w ich codziennej modlitwie. Znalazła również swoje miejsce w Nieszporach.

Magnificat:

«Wielbi dusza moja Pana,

i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy.

Bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej.

Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia,

gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny.

Święte jest Jego imię -

a swoje miłosierdzie na pokolenia i pokolenia [zachowuje] dla tych, co się Go boją.

On przejawia moc ramienia swego,

rozprasza [ludzi] pyszniących się zamysłami serc swoich.

Strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych.

Głodnych nasyca dobrami, a bogatych z niczym odprawia.

Ujął się za sługą swoim, Izraelem,

pomny na miłosierdzie swoje -

jak przyobiecał naszym ojcom -

na rzecz Abrahama i jego potomstwa na wieki».

(Łk 1, 46-55)

 

 

11

 

Prosisz Boga o konkretną łaskę?

Módl się tą modlitwą, a wstawi się za tobą ojciec Pio

Modlitwa często jest dla nas nie tylko zwykłą rozmową ze Stwórcą, ale też krzykiem rozpaczy i błaganiem o konkretną łaskę, która może zmienić nasze życie. W takich sytuacjach niezastąpionym wstawiennikiem jest święty zakonnik, ojciec Pio. Jego niezwykłe życie pokazuje, że Bóg nie odmawia swojej łaski tym, którzy gorąco Go proszą o pomoc.

Modlitwa o konkretną łaskę za wstawiennictwem ojca Pio

O Jezu, pełen łaski i miłosierdzia, Ty dla zbawienia dusz ludzkich podjąłeś mękę i umarłeś na krzyżu, aby wyjednać przebaczenie grzechów; pokornie błagam Cię: za przyczyną św. Ojca Pio, kapłana i stygmatyka, który wielkodusznie Ci służył, poświęcał swe życie i cierpiał dla ratowania grzeszników, udziel mi przebaczenia moich win i łaski... (wypowiedz, o jaką łaskę chodzi).

Dla większej chwały Twojej racz go wsławić chwałą świętości i przyciągnij wszystkich ludzi do swego miłującego Serca. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków.

(Trzy razy odmówić:) Chwała Ojcu i Synowi i Duchowi Świętemu, jak była na początku, teraz, zawsze i na wieki wieków. Amen.

 

 

12

 

Razem w duchowej bliskości:

„Dzień solidarności z osobami skrzywdzonymi”

Na początku Wielkiego Postu, Kościół katolicki w Polsce podejmuje wyjątkowe zadanie: zbliża się do osób, które doświadczyły przemocy seksualnej, poprzez obchody „Dnia modlitwy i solidarności z Osobami Skrzywdzonymi wykorzystaniem seksualnym”. W tym roku, inicjatywa ta, odbywająca się w pierwszy piątek Wielkiego Postu, jest nie tylko czasem refleksji i modlitwy, ale również konkretnym wezwaniem do działania.

Rok temu ta inicjatywa nosiła nazwę: „Dzień modlitwy i pokuty za grzech wykorzystania seksualnego”. W tym roku nazwa została zmieniona, by – jak powiedział abp Wojciech Polak, Delegat KEP ds. Ochrony Dzieci i Młodzieży – „poprzez tę nazwę ukazać, że osoby zranione są w centrum naszej modlitwy i naszych działań”.

Zachęcając do aktywnego uczestnictwa w tym dniu, Kościół w Polsce pragnie zaznaczyć, że osoby zranione nie są same. Ich ból i cierpienie znajdują odzwierciedlenie w sercach wszystkich wiernych. Konferencja Episkopatu Polski, reagując na apel papieża Franciszka, wyznaczyła tę datę, aby zintensyfikować modlitwy i pokutę za grzechy wykorzystania seksualnego, które naruszyły godność i niewinność wielu osób​​​​.

Dzień solidarności odbędzie się w pierwszy piątek Wielkiego Postu – 16 lutego.

Autentyczna pomoc dla Osób Skrzywdzonych

W tym dniu, w wielu miejscach, organizowane są specjalne msze, drogi krzyżowe oraz inne wydarzenia, podczas których wspólnota katolicka łączy się w modlitwie za osoby skrzywdzone oraz za nawrócenie sprawców​​.

Jest to również okazja, aby pamiętać o cierpieniu osób skrzywdzonych nie tylko w wymiarze duchowym, ale również w konkretnych działaniach wspierających ich drogę do uzdrowienia. Kościół w Polsce, poprzez swoje struktury takie jak Centrum Ochrony Dziecka czy Fundacja Świętego Józefa, oferuje pomoc psychologiczną, prawną, edukacyjną oraz duchową. To całościowe wsparcie jest dostępne nie tylko w dniu obchodów, ale przez cały rok​​​​.

 

 

15

 

Święta Scholastyka i jej duchowe córki,

czyli mniszki trzymające władzę

„I jest w tym głęboka sprawiedliwość, że więcej osiągnęła ta, która więcej kochała” – napisał o Scholastyce jej hagiograf, św. Grzegorz Wielki.

Wierzymy, że nie wyobrażasz sobie, by Aleteia znów miała zniknąć.

Pomóż nam ją ocalić i dalej rozwijać

Wesprzyj nas

Miała na imię Uczennica, czyli w jej rodzinnym języku (łacinie) Scholastyka. Jej brat Benedykt jest autorem Reguły, według której żyją mniszki i mnisi zachodniego Kościoła, i ich duchowym ojcem. Jego hagiografię spisał św. Grzegorz Wielki i to w niej znajdujemy piękną opowieść o sporze między rodzeństwem (cóż, święci też czasem się kłócą…).

Władza kobiet

Na krótko przed śmiercią Scholastyka odwiedziła brata. Zatrzymała się w domku poza murami klasztoru, by nie naruszyć klauzury. Benedykt przyszedł do niej z braćmi i spędzili na modlitwie i rozmowie o sprawach duchowych cały dzień. Była piękna, ciepła pogoda i kiedy słońce powoli zaczęło zbliżać się do horyzontu, opat wstał, by wrócić do klasztoru – tak nakazywała Reguła. Siostra błagała go, żeby na tę jedną noc został z nią. Tak dobrze się rozumieli, a tak rzadko się widywali, chciała jeszcze z nim pobyć i porozmawiać. Jednak brat był nieugięty: tak napisał w regule i nie chciał naruszać tego prawa.

Wtedy Scholastyka schyliła głowę, oparła czoło na dłoniach i ze łzami zaczęła się modlić do Boga, żeby wpłynął na decyzję Benedykta. Kiedy ją schylała, świeciło słońce, a kiedy podnosiła – za oknem rozległ się pierwszy grom i szum ulewnego deszczu. Rozpętała się taka burza, że jej brat nie był w stanie wrócić do klasztoru.

Był bardzo niepocieszony, bo jak to skomentował dalej autor żywotu: „Woli jego przeciwstawił się jednak cud zdziałany przez serce kobiety, której Bóg użyczył swojej wszechmocy. Nic dziwnego, że długo tęskniąc do brata, była owej godziny silniejsza od niego, bo według słów Jana „Bóg jest miłością”. I jest w tym głęboka sprawiedliwość, że więcej osiągnęła ta, która więcej kochała” (Grzegorz Wielki, Dialogi. Księga druga).

W tym komentarzu zamyka się pełnia prawdy o realnej władzy benedyktyńskich (i nie tylko) mniszek. Jednak opatki (czasem nazywane też ksieniami) panują nie tylko duchowo. Nie bez przyczyny przysługuje im prawo do używania takich samych insygniów, jak biskupowi: pastorału, pektorału (krzyża na piersi) i mitry. Na terenie należącym do opactwa ksienie mają taką samą władzę administracyjną, jak biskup. Prowadziły i prowadzą duchowo siostry w swoim klasztorze, mają dla nich konferencje, w pełni autonomicznie zarządzają opactwem.

Najlepsza cząstka

O tym, jak szeroki jest to zakres władzy, świadczy chociażby historia m. Magdaleny Mortęskiej. Żyła na przełomie XVI i XVII w., w czasach, kiedy na fali reformacji wiele klasztorów wewnętrznie umierało z braku powołań. Kiedy nasza bohaterka przyszła do opactwa w Chełmnie, były tam tylko trzy siostry, a żadna nie była benedyktynką.

Mortęska wprowadziła na nowo rygor wypływający z Reguły, ale oczyściła jej interpretację ze zbędnych naleciałości. Wprowadziła wymóg kształcenia sióstr, a ponieważ nie miały spowiedników na odpowiednim poziomie, założyła w Poznaniu seminarium duchowne i wsparła fundację jezuickiego kolegium w Toruniu.

Przy klasztorze powstała szkoła dla dziewcząt, bo reformatorka, sama będąca samoukiem, wiedziała jaką wagę ma dobre wykształcenie. Wkrótce było tam tak wiele powołań, że klasztor chełmiński zaczął fundować kolejne domy – w chwili śmierci opatki było osiem filii. Jedna mądra i Boża kobieta z szerokim zakresem władzy odnowiła życie polskich benedyktynek.

Współcześnie też nie brak wśród córek św. Scholastyki po Bożemu silnych i mądrych osobowości. Wspomnę dwie. Pierwsza z nich to świetny historyk, właściwie ktokolwiek pisze o dziejach żeńskiego życia zakonnego w Polsce, musi cytować jej dzieła – s. Małgorzata Borkowska. Ma świetny warsztat, a jednocześnie potrafi pisać lekko i przystępnie.

Druga to s. Barbara Dendor, przełożona klasztoru w Jarosławiu. Kiedy siostry tam wróciły, dom był prawie ruiną. Ona, budując w social media silną społeczność, zebrała i nadal zbiera fundusze na kolejne remonty, żeby mniszki miały gdzie mieszkać i czego żyć.

O św. Scholastyce mamy konieczne minimum wiedzy, by Kościół mógł ogłosić ją świętą. Żyła w cieniu brata, opiekując się swoimi siostrami. Jednak wystarczy ta jedna zapisana historia i świadectwo jej duchowych córek, by zobaczyć, że obrały najlepszą cząstkę – kochając, są wszechmocne wszechmocą Boga.

 

 

14

 

Ta starożytna modlitwa za wstawiennictwem św. Józefa

podobno nigdy nie zawodzi

Odmawiaj tę modlitwę do św. Józefa rano, przez dziewięć kolejnych dni, w takiej intencji, w jakiej chcesz.

Choć ani jedno słowo św. Józefa nie zostało zapisane w Piśmie Świętym, to jego milczący przykład posłuszeństwa, wierności i troskliwej opieki nad Jezusem i Maryją sprawiły, że stał się jednym z ukochanych świętych wielu katolików.

Nabożeństwo do św. Józefa zaczęło się rozwijać w trzecim lub czwartym wieku, jednak w modlitewniku „Pieta” można znaleźć modlitwę do Opiekuna Jezusa, której powstanie tradycja datuje na… rok 50! Modlitewnik ten podaje:

   W 1555 r. papież przesłał jej tekst cesarzowi Karolowi, który wyruszał na bitwę. Każdy, kto przeczyta tę modlitwę, usłyszy ją lub będzie ją miał przy sobie, nie umrze nagłą śmiercią ani nie utonie, trucizna na niego nie podziała ani nie wpadnie w ręce wrogów, ani nie zginie w ogniu, ani nie zostanie pokonany w walce. Odmawiaj tę modlitwę rano, przez dziewięć kolejnych dni, w takiej intencji, w jakiej chcesz. Nigdy nie słyszano, by ta modlitwa zawiodła.

Jednak by ta modlitwa za wstawiennictwem św. Józefa faktycznie była skuteczna i nie zawiodła, trzeba spełnić jeden ważny warunek: musimy w niej prosić o faktyczne duchowe dobro dla siebie bądź dla osób, które powierzamy Bogu za wstawiennictwem Józefa.

Modlitwa za wstawiennictwem św. Józefa

O, święty Józefie, którego opieka przed tronem Boga jest tak wspaniała, mocna i natychmiastowa, powierzam Ci wszystkie moje sprawy i pragnienia.

O, święty Józefie, pomóż mi przez Twoje potężne wstawiennictwo i wyproś mi u Twojego Boskiego Syna wszelkie duchowe błogosławieństwa, żebym – poddany Twojej niebiańskiej mocy – mógł złożyć moje dziękczynienie i hołd najbardziej kochającemu ze wszystkich ojców.

O, święty Józefie, nigdy nie zmęczę się kontemplowaniem Ciebie. A w Twoich ramionach zasypia Jezus. Nie ośmielę się zbliżyć do Ciebie, kiedy On spoczywa na Twoim sercu. Uściskaj Go mocno w moim imieniu, ucałuj Jego drogocenną głowę i poproś Go, by odwzajemnił ten pocałunek, kiedy będę wydawał moje ostatnie tchnienie. Święty Józefie, patronie odchodzących dusz, módl się za mnie. Amen.

 

 

 

                        Święci i błogosławieni w tygodniu

 

11 lutego - Najświętsza Maryja Panna z Lourdes
11 lutego - św. Grzegorz II, papież
11 lutego - św. Benedykt z Anianu, opat
11 lutego - św. Teodora II, cesarzowa
12 lutego - bł. Reginald z Orleanu, prezbiter
12 lutego - bł. Humbelina, mniszka
12 lutego - św. Melecjusz, patriarcha
12 lutego - bł. Józef Eulalio Valdés, zakonnik
13 lutego - bł. Jordan z Saksonii, zakonnik, prezbiter
13 lutego - św. Eulogiusz, patriarcha
14 lutego - święci Cyryl, mnich, i Metody, biskup, patroni Europy
14 lutego - św. Walenty, biskup i męczennik
15 lutego - św. Klaudiusz de la Colombiere, prezbiter
15 lutego - bł. Michał Sopoćko, prezbiter
15 lutego - św. Zygfryd, biskup
16 lutego - św. Daniel, męczennik
16 lutego - św. Juliana, dziewica i męczennica
16 lutego - bł. Piotr z Castelnau, mnich i męczennik
17 lutego - Siedmiu Świętych Założycieli Zakonu Serwitów Najświętszej Maryi Panny
18 lutego - bł. Jan z Fiesoli (Fra Angelico), prezbiter
18 lutego - św. Teotoniusz, zakonnik
18 lutego - św. Konstancja
18 lutego - św. Flawian, patriarcha