WZGÓRZA

 

W BLASKU MIŁOSIERDZIA

 

2/748                   -         12 stycznia 2020 r. A.

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA „WZGÓRZA W BLASKU MIŁOSIERDZIA”

„Błogosławieni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią”

 

2

 

 

II Niedziela zwykła A

 

Jan Chrzciciel, który przygotowywał drogi dla Pana, sam też musiał długo przygotowywać się na spotkanie z Nim. Pościł, umartwiał się, by w końcu umieć rozpoznać w Jezusie Mesjasza, Baranka Bożego. Ta chwila stała się ukoronowaniem całego jego życia.

I my podczas każdej Eucharystii słyszymy słowa Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata. Patrzymy na Hostię, wiedząc, że to Jezus. Obyśmy umieli sercem zobaczyć i rozpoznać w Nim naszego jedynego Pana i Zbawiciela..

 

3

 

 

W dzisiejszym numerze:

- Tak.
- Istota dawania świadectwa.
- Przepis na Kościół.
- Nie zabijaj słowem.
- Ratunku! Mój mąż za dużo pracuje!
- Bój o przeszłość.
- Święty Egipcjanin - św. Antoni, opat.
- Święci i błogosławieni w tygodniu.

 

5

 

Tak.

Kiedy Jan mówi: „Oto Baranek Boży”, wszyscy wiedzą, do jakiego wydarzenia i czasu się odnosi. Przywołuje pierwszego baranka, którego Izraelici spożyli w Egipcie przed wyjściem, w czasie Paschy, a jego krwią pomazali futryny drzwi swoich domów. Tamten baranek był znakiem, ochroną i posiłkiem na drogę. Był również zapowiedzią. Był figurą. Prawdziwego i jedynego Baranka, którym jest Jezus Chrystus. On jest prawdziwym pokarmem i prawdziwym napojem. „Jego Ciało za nas wydane umacnia nas, gdy je spożywamy, a Krew za nas wylana obmywa nas, gdy ją pijemy”. Gładzi grzech świata.

Co to za grzech? Grzech pierwszy i każdy następny. Grzech Adama, w którym Adam powiedział Bogu, Stwórcy i Ojcu wszechrzeczy: „nie”. Drugi Adam, „Syn Boży, Chrystus Jezus nie był »tak« i »nie«, lecz dokonało się w Nim »tak«. Albowiem ile tylko obietnic Bożych, w Nim wszystkie są »tak«” (por. 2 Kor 1,19). Jan mówi, że to mąż, który przewyższa go godnością. Nie tylko Jana. Wszystkich nas przewyższa. Każdego z osobna i wszystkich nas razem wziętych. „On jest obrazem Boga niewidzialnego, Pierworodnym wobec każdego stworzenia, bo w Nim zostało wszystko stworzone – i to, co na ziemi, i to, co w niebiosach, byty widzialne i niewidzialne. On jest początkiem i wszystko w Nim ma istnienie. Zechciał bowiem Bóg, by w Nim zamieszkała cała pełnia”. Jan zobaczył nad Nim Ducha i zaświad- czył – On jest Synem Bożym. Świadectwo Jana jest jednoznaczne, bezkompromisowe.

Jan zapłacił za nie własną krwią. Szczęśliwy Jan. Wiedział, kim jest, i znał swoje miejsce. Nie był Światłem – był lampą. Nie był Słowem – był głosem. To sztuka wiedzieć, kim się jest i znać swoje miejsce. Nie być ani krok za, ani krok przed. By znać swoje miejsce, trzeba być na „tak”. Wobec Boga, Stwórcy i Ojca wszechświata. I wobec stworzenia. Całego stworzenia. I tego, kim się jest. A Duch „mocy, miłości i trzeźwego myślenia” namaszcza i naznacza – „mocą Bożą i mądrością Bożą”. „Niech się tak stanie, niech się stanie”.

Tomasz Golonka OP

„W drodze”

 

 

6

 

Istota dawania świadectwa.

Kilkanaście lat temu św. Jan Paweł II pisał:

„Dziś bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy pielgrzymów pokoju, świadków powszechnej solidarności, potrafiących zapomnieć o własnym interesie indywidualnym i grupowym, o własnym życiu. Nie może być pokoju we wspólnym domu tego świata, jeśli chociaż jeden z narodów, nawet ten najmniejszy, zostanie zapomniany czy wręcz wykluczony”.

W dobie ciągłych niepokojów i partykularnych interesów słowa papieża są nadal aktualne. Brzmią one w szczególny sposób w kontekście dzisiejszej Ewangelii, która ukazuje św. Jana Chrzciciela jako świadka Jezusa Chrystusa. W słowach wypowiedzianych przez tego, który ochrzcił Syna Bożego: „Ja to ujrzałem i daję świadectwo, że On jest Synem Bożym” (J 1), zawarte jest ważne przesłanie, które potwierdza św. Jan Paweł II. Współczesnemu człowiekowi, rodzinie, młodzieży, dzieciom, potrzebne jest świadectwo ludzi głęboko wierzących.

Cywilizacja, którą tworzymy, przepełniona jest wielką liczbą świadków różnych systemów i sekciarskich poglądów. Coraz więcej ludzi zaczyna wierzyć przepowiedniom i kabałom. Można wręcz powiedzieć, że istnieje moda na wróżenie i astrologię oraz numerologię. Nawet w polskiej telewizji powstał program, w którym „na żywo” można sobie powróżyć z kart lub z gwiazd. Ponownie odżywa moda na przepowiednie Nostradamusa, który przed wielu wiekami napisał „losy świata”. Ich interpretacja jest w naszych czasach sprytnie manipulowana. Gdy do tego dojdzie fascynacja znakami zodiaku, można odnieść wrażenie, że słowa Jezusa: „Ja jestem Prawdą” zdają się blednąć przy ogromnej ilości „prawd” lansowanych przez kabalarzy, wróżki czy numerologów. Są nawet tacy chrześcijanie, którzy bardziej ufają przepowiedniom niż samemu Bogu. Jakże wielu zapomniało o pierwszym przykazaniu, które przestrzega przed zaufaniem domorosłym prorokom.

Najlepszym dowodem potwierdzającym te słowa jest przykład kobiety, która pod wpływem wróżki wniosła o rozwód z mężem, bowiem karty „powiedziały”, że z tego małżeństwa nic nie będzie. Ze względu na dzieci mąż nie wyraził aprobaty na takie rozwiązanie, a sąd doprowadził do zgody zwaśnionych małżonków. Od tego czasu minęło parę lat. Obecnie są zgodną, kochającą się rodziną.

W czasach Jezusa pojawiało się także wielu pseudoproroków, którzy uważali siebie za wysłańców Boga, a nawet za bogów. Święty Jan Chrzciciel mógł sam mieć takie pokusy. W imię prawdy wybrał jednak drogę świadectwa, która doprowadziła go do śmierci męczeńskiej. Dziś nikt z nas nie musi oddawać życia za wiarę. Trzeba jednak wejść na drogę świadectwa. Jest to droga wyraźnego i pełnego jednoznaczności mówienia o Jezusie w środowisku, w którym żyjemy. W dzisiejszej Ewangelii czytamy, że św. Jan daje świadectwo o Jezusie. Jest zatem aktywny, szuka okazji do pokazania innym, że Chrystus jest Panem.

Naśladując św. Jana Chrzciciela, trzeba w sposób systematyczny uaktywnić się w świadectwie. Co to konkretnie oznacza? Nie chodzi przecież o to, abyśmy wychodzili z domu i prowadzili ze wszystkimi napotkanymi rozmowy o Chrystusie. Ważniejsze są czyny i wybory, których dokonujemy na oczach bliźnich. Dla przykładu: matka czy ojciec, którzy mówią do swoich dzieci o ważności Eucharystii, a wysyłając je do kościoła w niedzielę, sami pozostają w domu, stają się także świadkami, tylko że nie Chrystusa, ale obłudy. Na tym wręcz książkowym przykładzie widać, iż każde świadectwo, nawet to najmniejsze, wymaga pewnego wysiłku i wyrzeczenia.

Święty Jan Paweł II pisał w jednym z orędzi misyjnych (1996):

„Nieodłącznym i istotnym elementem tożsamości chrześcijanina-świadka jest obecność krzyża. Bez niego nie jest możliwe autentyczne świadectwo. Przyjęcie krzyża to nieodzowny warunek dla wszystkich, którzy postanawiają konsekwentnie iść za Chrystusem. [...] Niesie bowiem „krzyż” ten, kto naśladuje Chrystusa przez wierne świadectwo i przez cierpliwą, wytrwałą pracę codzienną. Niesie „krzyż”, kto idzie pod prąd, kierując się w swoich wyborach przykazaniami Bożymi, mimo niezrozumienia, niepopularności, osamotnienia; niesie „krzyż” także ten, kto proroczo piętnuje niesprawiedliwość, naruszanie wolności”.

Patrząc dziś na św. Jana Chrzciciela, pomyślmy o naszym osobistym świadectwie! Wymaga ono od każdego poświęcenia i jednoznacznego wyboru. Wymaga także aktywności w szukaniu okazji do ukazywania prawdziwych wartości. Módlmy się, abyśmy nie dali się zwieść tym, którzy na ludzkiej naiwności zbijają ogromny kapitał. Izajasz usłyszał wezwanie Boga: „ustanowię cię światłością dla pogan” (Iz 49). Bądźmy i my taką światłością dla naszych najbliższych!                                                                          

ks. Janusz Mastalski

„Ekspres homiletyczny”

 

 

7

 

Przepis na Kościół

Jakość wspólnoty Kościoła zależy od właściwej proporcji między jej dwoma fundamentalnymi składnikami: duchownymi oraz świeckimi. Zbyt dominująca obecność biskupów, kapłanów, diakonów, osób życia konsekrowanego grozi klerykalizmem. Przesadna zaś aktywność laikatu skutkuje zeświecczeniem

Wciąż aktualne jest pytanie o faktyczny udział świeckich w kształtowaniu wspólnoty Kościoła. Świeccy czytający podczas Liturgii Słowa, nadzwyczajni szafarze Eucharystii, katechiści, liderzy grup, prezesi stowarzyszeń katolickich, katecheci w szkole, członkowie rad duszpasterskich i parafialnych – to tylko niektóre przykłady zaangażowania świeckich w życie Kościoła, do których już w polskiej przestrzeni duszpasterskiej zdążyliśmy się przyzwyczaić. To jednak za mało, aby zachować odpowiednią proporcję.

Rozumienie Kościoła

Gdy patrzymy na Kościół w Polsce, trudno się oprzeć wrażeniu, że jest zbyt sklerykalizowany. Wystarczy zwrócić uwagę choćby na samo rozumienie słowa „Kościół”: w przestrzeni publicznej, mediach, ale i w naszych codziennych rozmowach utożsamiany jest on w głównej mierze z duchowieństwem – Kościół się wypowiedział, zrobił, zabronił, zaangażował, przeżywa kryzys. W tych i podobnych stwierdzeniach przed naszymi oczyma staje przede wszystkim Kościół w wymiarze hierarchicznym: biskupi, kapłani, zakonnicy. Być może takie rozumienie powoduje postawy antyklerykalne, nader często obecne wśród świeckich deklarujących swoją przynależność do Kościoła. Łatwiej krytykować wspólnotę, z którą tak do końca się nie utożsamiam. Zresztą o urzędowym podejściu do Kościoła świadczą wizyty w kancelarii parafialnej. Świecki petent przychodzi do urzędnika – odpowiednio przygotowanego duchownego, który reprezentuje urząd zwany Kościołem. Przyszedł załatwić sprawę, poprosić o dokument, zamówić usługę. Żąda, płaci, otrzymuje. Te z pewnością przejaskrawione stwierdzenia oddają w pewnym stopniu smutną rzeczywistość postrzegania i rozumienia Kościoła. Należy stwierdzić, że odpowiedzialność za taki stan rzeczy leży po stronie zarówno świeckich, jak i duchownych. Skutkuje to dystansowaniem się świeckich od spraw Kościoła. Faktem jest, że jeszcze do niedawna ksiądz był od wszystkiego. Proboszcz dbał nie tylko o wymiar duchowy parafii, ale również o sprawy socjalne – pomagał załatwiać leki, rozdzielał dary żywnościowe, a nawet organizował materiały budowlane. Ówczesna aktywność duchownych, przy jednoczesnym zakazie działania grup i stowarzyszeń religijnych zrzeszających świeckich, cały ciężar odpowiedzialności przeniosła na tych pierwszych. Dziś, ze strony świeckich, taka postawa wydaje się dość wygodna: niech się tym proboszcz martwi. Ze strony duchownych można odnieść wrażenie, że niejednokrotnie towarzyszy im pewna uzasadniona obawa – by nie powiedzieć: lęk – przed zbytnim zaangażowaniem świeckich w życie parafii i Kościoła. Jej przyczyną są doświadczenia Kościoła na zachodzie Europy. Tam przesadny udział świeckich doprowadził do wielu nadużyć, chociażby w wymiarze celebrowania liturgii. Zbytnie zeświecczenie pozbawiło wspólnoty doświadczenia sacrum. Właściwie rozumiany udział świeckich w życiu Kościoła przy zachowaniu odpowiednich proporcji jest konieczny do prawidłowego funkcjonowania całej wspólnoty.

Widoczny czas przemian

Obecność świeckich w Kościele w dzisiejszym kształcie jest zjawiskiem stosunkowo nowym. Jeszcze pokolenie przedsoborowe pamięta, że udział świeckich był mocno ograniczony w porównaniu z tym, czego doświadczamy dzisiaj. Należy jednak przyznać, że w świadomości Kościoła od samego początku nieduchowni zajmowali szczególne miejsce. Papież Pius XII prawie na 20 lat przed Soborem Watykańskim II nauczał: „Wierni (...) świeccy zajmują miejsce w pierwszych szeregach Kościoła. Dla nich Kościół stanowi życiową zasadę społeczności ludzkiej. Dlatego to oni, i przede wszystkim oni, powinni uświadamiać sobie coraz wyraźniej nie tylko to, że należą do Kościoła, ale że sami są Kościołem, to znaczy wspólnotą wiernych żyjących na ziemi pod jednym przewodnictwem papieża oraz biskupów pozostających z nim w łączności. Oni są Kościołem”. Widocznym przełomem były, oczywiście, Sobór Watykański II i całe późniejsze nauczanie Kościoła, w którym wyraźnie podkreślono udział i zaangażowanie świeckich. Wystarczy wspomnieć Konstytucję dogmatyczną o Kościele „Lumen gentium”, Dekret o apostolstwie świeckich „Apostolicam actuositatem”, adhortację apostolską Jana Pawła II o powołaniu i misji świeckich w Kościele i świecie „Christifideles laici” czy Katechizm Kościoła Katolickiego. Ponadto sam Kodeks prawa kanonicznego w wielu miejscach daje odpowiednią przestrzeń wiernym świeckim, wyznaczając im obowiązki, nadając prawa i przywileje.

Udział w misji Chrystusa

Przy żadnej parafii z pewnością nie brakuje społeczników, którzy chętnie pomogą lokalnym duszpasterzom w parafii przy organizacji spotkań, pielgrzymek, prowadzeniu grup, załatwieniu spraw gospodarczych. To ważne elementy, które jednak nie mogą być pozbawione głębi i duchowego znaczenia. Potrzeba świadomego uczestnictwa świeckich w misji Kościoła. Do wspólnoty zostaliśmy włączeni przez sakrament chrztu św. Dzięki niemu tworzymy Kościół i jesteśmy za niego odpowiedzialni. W obrzędzie chrztu obok polania wodą ważną częścią jest namaszczenie krzyżmem. Towarzyszą temu następujące słowa: „Bóg wszechmogący, Ojciec naszego Pana, Jezusa Chrystusa, który cię uwolnił od grzechu i odrodził z wody i z Ducha Świętego, On sam namaszcza ciebie krzyżmem zbawienia, abyś włączony do ludu Bożego wytrwał w jedności z Chrystusem Kapłanem, Prorokiem i Królem na życie wieczne”. Słowa te wyrażają istotę uczestnictwa świeckich w życiu Kościoła. Jeśli pytamy, jak i w jakiej mierze świeccy mają być obecni w życiu Kościoła, to odpowiedź kryje się w świadomym udziale świeckich w misji kapłańskiej, prorockiej i królewskiej Chrystusa. Tak to jest rozumiane we wspomnianych dokumentach soborowych oraz w całym późniejszym nauczaniu Kościoła. Nie można o tym zapomnieć również w duszpasterskim podejściu do świeckich. Ich uczestnictwo w misji kapłańskiej Chrystusa wyraża się chociażby przez wydawanie coraz obfitszych owoców ducha, składanie duchowych ofiar, pełnienie posługi lektora czy akolity, przewodniczenie modlitwom liturgicznym. Dawanie świadectwa wierze, zaangażowanie w dzieło ewangelizacji, apostolstwo, dzieło katechizacji – to przejawy udziału w misji prorockiej. Kiedy zaś świeccy angażują się w budowanie królestwa Bożego, opartego na sprawiedliwości, miłości i pokoju, podejmują walkę z królestwem grzechu i zła, współdziałają w wykonywaniu władzy zgodnie z przepisami prawa, mają swój udział w misji królewskiej. Takie osadzenie całego zagadnienia gwarantuje kroczenie bezpieczną drogą. W poszukiwaniu właściwych rozwiązań oraz zachowaniu proporcji między zaangażowaniem duchownych i świeckich ukazanie obecności świeckich w perspektywie potrójnej misji Chrystusa jest sprawą zasadniczą. Wydaje się, że takiego podejścia brakuje zarówno świeckim, jak i duchownym. Ci pierwsi nie zawsze do końca są świadomi daru otrzymanego na chrzcie. Być może przyczyną tego jest fakt, że nikt im tego nie wyjaśnia. Duchowni zaś obawiają się niejako „podzielić” swoim udziałem w misji Chrystusa. Jednakże uczestnictwo świeckich w niczym nie uszczupla powierzonej im misji w Kościele. Wręcz przeciwnie – przy zachowaniu odpowiednich proporcji i właściwym rozumieniu uczestnictwa w misji Chrystusa odpowiednie zaangażowanie świeckich i duchownych jest dobrym przepisem na wspólnotę Kościoła.

„Niedziela”

 

 

8

 

Nie zabijaj słowem.

Dzisiaj odpowiedzialność za słowo wydaje się o wiele większa niż kiedykolwiek wcześniej. Skoro praktycznie każdy ma dostęp do mediów społecznościowych, wszystko, co mówimy, może w mgnieniu oka dotrzeć do tysięcy osób.

Widoczne jest to zwłaszcza podczas rozpraw sądowych, gdy retoryka niekiedy przesądza o wyroku. Wypowiedź św. Augustyna ma jednak również znaczenie metaforyczne. Słowo może motywować człowieka do rozwoju, zachęcać go do czynienia dobra, a także pomóc mu w odnalezieniu sensu. Za pomocą słowa można też doprowadzić kogoś do załamania, odebrać mu chęć życia. Dlatego z tym, co mówimy i piszemy, wiąże się wielka odpowiedzialność.

Dzisiaj odpowiedzialność za słowo wydaje się o wiele większa niż kiedykolwiek wcześniej. Skoro praktycznie każdy ma dostęp do mediów społecznościowych, wszystko, co mówimy, może w mgnieniu oka dotrzeć do tysięcy osób. Rozmowy, które do tej pory toczyły się w cztery oczy, ewentualnie w niewielkim gronie znajomych, dzisiaj prowadzone są w przestrzeni publicznej. A ponieważ łatwiej napisać coś przykrego o kimś niż powiedzieć to, patrząc mu w oczy, hejt leje się szerokim strumieniem i topi ludzką godność. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, by wszystko natychmiast oceniać. Jak Cezar w starożytnym Rzymie decydujemy o tym, czy skierujemy kciuk w górę – i w ten sposób wyrazimy swoją aprobatę, czy też w dół, by skazać jakąś ideę na śmierć. Naszym sprzymierzeńcem jest anonimowość, która pozwala na chwilę zapomnieć o odpowiedzialności. W końcu nawet jeśli publicznie wylejemy swoje żale, nikt nie będzie wiedział, kto jest autorem raniących słów.

Hejt w imię idei

Przerażające jest to, że różne formy hejtu pojawiają się w grupach, których zadaniem jest łączenie ludzi dążących do dobra. Przykładowo w grupie preferującej ekologiczny styl życia, w której wiele osób dzieli się tym, jak udało im się oszczędzić trochę wody czy ograniczyć zużycie plastiku, zamiast usłyszeć słowa wsparcia ktoś może się spotkać z ostrą krytyką tylko dlatego, że jeszcze nie udało mu się osiągnąć doskonałości. Ktoś kupił ser na wagę do własnego pojemnika – obrywa, że w ogóle je ser i w ten sposób sprawia, iż zwierzęta cierpią. Ktoś pije wodę z kranu i nosi ją do pracy w wielorazowej butelce, żeby nie kupować wody mineralnej – dowiaduje się, że popełnił „zbrodnię”, bo kupił butelkę specjalnie zamiast wykorzystać to, co już miał w domu. W ten sposób trudno przekonać kogokolwiek do zmian na lepsze, a o wiele łatwiej skutecznie zniechęcić. Jeżeli chcemy edukować innych w jakimkolwiek temacie, przede wszystkim musimy dać im przestrzeń do tego, by stawiali małe kroki, doceniać postępy i godzić się na niedoskonałość.

Cel nie uświęca środków

Chyba najgorsze, co można sobie wyobrazić, to obrażanie innych, rzekomo w imię Boga. Niestety, zarówno w internecie, jak i w realnym życiu można spotkać ludzi, którzy krytykują innych za wszelkie błędy, przekonani, że robią to dla ich dobra. Rzucają cytatami z Biblii jak granatami, podają przykłady świętych tak często, że słuchacz zaczyna ich nienawidzić, zastraszają przerażającą perspektywą piekła. Często jednak nie zdają sobie sprawy z tego, że w imię troski o duszę drugiego w rzeczywistości zabijają w nim resztki wiary.

Szlachetność czy egoizm?

Czy to znaczy, że nikogo nie można upomnieć? W żadnym wypadku. Problem polega na tym, by zrobić to w odpowiedni sposób. Święta Teresa z Lisieux wiedziała, w czym rzecz. W „Dziejach duszy” napisała: „Wolałabym sama być tysiąc razy upomniana, niż upominać innych, czuję jednak, że trzeba, by sprawiało mi to przykrość, kiedy bowiem działa się pod wpływem natury, jest rzeczą niemożliwą, by dusza, której błędy się odkrywa, zrozumiała swój brak słuszności, widzi bowiem tylko jedno: siostra – zobowiązana do kierowania mną – gniewa się, i wszystko spada na mnie, choć jestem pełna najlepszych intencji”. Jeśli upominając kogoś, czujemy smutek i na długo przed rozmową zastanawiamy się, jak najdelikatniej przekazać uwagę, jeśli widzimy w tym przykrą konieczność, od której najchętniej byśmy uciekli – istnieje szansa, że jesteśmy na dobrej drodze. Jeżeli jednak czujemy choć cień triumfu, niczego nie zrozumieliśmy z Ewangelii. Nie miłość drugiego nami kieruje, ale egoizm, więc może lepiej zamilknąć.

Miłość zamiast oceny

Jak zatem głosić Ewangelię? Przede wszystkim życiem. Jeżeli ludzie o innych poglądach będą w nas widzieli terrorystów, którzy zmuszają innych do zmiany poglądów, trudno im będzie uwierzyć w to, że Bóg, w którego wierzymy, jest dobry. Jeśli w Kościele będą widzieli spory, a nie chęć współpracy, nie uwierzą, że naszym celem jest jedność. Dopóki będziemy ich tylko zasypywać logicznymi argumentami na istnienie Boga, nie zrozumieją, że w wierze chodzi o osobiste spotkanie z Tym, który jest Miłością. Co zatem możemy zrobić? Pracować nad sobą, robić swoje najlepiej, jak potrafimy, i każdego dnia próbować trochę bardziej kochać. Jeśli będziemy faktycznie żyć Ewangelią na co dzień – ludzie to zobaczą. Wyczują obecność Boga pośród nas i sami zapragną Go szukać. To chyba jedyny sensowny sposób działania. Tanie moralizatorstwo się nie sprawdza, a już na pewno nie daje życia. Doprawione elementami hejtu może zabić nadzieję. A jak żyć i jak wierzyć bez nadziei?

Anna Bruzda

„Niedziela”

 

 

 

9

 

Ratunku! Mój mąż za dużo pracuje!

Praca do późna, wycięte z życia weekendy, brak dyspozycyjności i uwagi. Tak wygląda codzienność par, w których jedno z małżonków dużo pracuje. Oto kilka porad, jak zmienić swoje podejście do tej sytuacji, aby zyskała na tym rodzina.

Wiele osób nie raz usłyszało od swojej drugiej połówki: „Ciebie nigdy nie ma… Liczy się tylko twoja praca, twoje dokumenty, twoja firma, rodzina jest zawsze na drugim miejscu… Mam wrażenie, że się ze mną nudzisz” itp. Odpowiedź przychodzi wręcz automatycznie: „Nie sądzisz, że trochę przesadzasz? Zastanów się, dla kogo tak haruję? Pomyśl, że za parę lat będzie nam łatwiej. Teraz jest czas, w którym muszę się wykazać… to wszystko”.

W tym przypadku, jak zresztą i w wielu innych, istotne jest, aby każde z małżonków z empatią i miłością pochyliło się nad drugim, starając się zrozumieć jego sposób funkcjonowania, odczucia oraz wizję małżeńskiego życia.

Słynne „we dwoje” żony

Trzeba zrozumieć, jak ogromne oczekiwania mają kobiety względem małżeństwa. Dla większości z nich szczęście powinno rozpocząć się w dniu ślubu. Kobieta nie może się go doczekać. Z przejęciem opowiada narzeczonemu o tym, co będą razem robili: „We dwoje będziemy się dzielić myślami… we dwoje uwijemy przytulne gniazdko dla naszych maluszków… we dwoje będziemy się modlić”.

„We dwoje” to magiczna fraza, niesie w sobie szaloną nadzieję. Dlatego też zdarza się, że żona ma potrzebę nieustannej obecności męża, a każda rozłąka wydaje się jej trudna do zniesienia. Nawet kiedy pracuje, nie potrafi odciąć się od męża, dzieci, czy domu, a myśl o tych, których kocha nigdy jej całkowicie nie opuszcza.

Chwilą, na jaką bardzo czeka, jest weekend, a w szczególności niedziela – dzień jej „wybranka”. W narzeczeństwie niedziele były bliskie jej sercu, ponieważ wtedy mogła spotykać się ze swoim przyszłym mężem, a kiedy wieczorem ukochany odchodził, ona myślała, że po ślubie cały będzie należał do niej. I oto ten właśnie wyjątkowy dzień staje się dla mężczyzny okazją do majsterkowania albo dokończenia zaległej pracy. Jak w takim wypadku ma nie czuć się oszukana?

Jak „działa” mąż?

Zazwyczaj mężczyzna odczuwa mniejszą potrzebę stałego towarzystwa ukochanej osoby niż kobieta (chyba, że czuje się odtrącony). Wystarczy mu obecność z przerwami. Jego psychika jest bardziej rozczłonkowana niż psychika żony, w życiu funkcjonuje w poszczególnych segmentach, pogrąża się całkowicie w aktualnie wykonywanej czynności. Jeżeli jest w biurze, to nie ma go gdzie indziej… a telefon od żony niekoniecznie doprowadza go do euforii. Kiedy jest z przyjaciółmi, cieszy się ich towarzystwem, nie myśląc bez przerwy o osobie, która czeka na niego w domu.

Oczywiście, kobieta jest świadoma, że jej mąż ma pilne zobowiązania zawodowe albo dużą potrzebę relaksu (jej również może to dotyczyć), ale irytuje ją fakt, że czasami ma wrażenie, że „mąż to kocha” (bardziej niż ją), że nie doskwiera mu jej nieobecność, że za nią nie tęskni. Jeżeli dojdziemy do punktu, w którym każde z małżonków postawi się na miejscu drugiego, łatwo będzie znaleźć rozwiązanie.

A gdyby oboje zdobyli się na kilka drobnych gestów?

Mąż może, na przykład, zanotować w kalendarzu chwile zarezerwowane dla żony, ofiarowując jej w ten sposób swój czas. Może jej również opowiedzieć, że są takie dni, kiedy wolałby zostać w domu niż iść do pracy. A co jakiś czas może zrobić jej niespodziankę i wrócić z pracy przed nią czy też zabrać ją do jakiegoś romantycznego miejsca na weekend we dwoje i być cały tylko dla niej, wynagradzając jej w ten sposób chwile nieobecności.

Ze swej strony żona nie powinna kwestionować miłości męża dlatego, że ten za dużo pracuje. Ostatecznie tym, co sprawia, że kobieta zżyma się na pracę męża, traktując ją jako zaborczą rywalkę jest poczucie odtrącenia czy bycia mniej ważną. Może ona przekonać się o tym, jak mąż ją kocha, kiedy jest on w jej ramionach, ponieważ w tym momencie cały należy do niej i błędem byłoby odrzucać go (w ramach kary za wcześniejszą nieobecność) czy mieć do niego pretensje o obowiązki zawodowe.

Nie można również zapominać, że to, co małżonkowie robią oddzielnie, muszą wykonywać w duchu jedności małżeńskiej. Święty Jan Chryzostom tłumaczył, że kiedy chrześcijańska para małżonków rozdziela się, by każde mogło zająć się swoim zadaniem, jest niczym Trójca Święta, która nigdy nie przestaje być mniej zjednoczona w działaniu każdej z Osób.

Denis Sonet

„Aleteia”

 

 

1

 

Bój o przeszłość

Wyznawcy judaizmu włączali się do Kościoła niejako z drugiej strony. Oni znali biblijną historię zbawienia. Jak ich przodkowie oczekiwali Mesjasza. Oni w Panu Jezusie uznali Oczekiwanego, Osobę, w której spełniały się biblijne zapowiedzi.

Uczniowie Chrystusa, którzy przyjęli Jego orędzie zbawienia, wywodzili się najpierw z wyznawców judaizmu. Rz 15,4–9

Potem wieść o zbawieniu docierała do pogan. Obie grupy jednoczyła nowość. Ważnym elementem orędzia było to, co zostało zapisane w księgach Starego Testamentu, o czym pisze św. Paweł do chrześcijańskiej wspólnoty Rzymu: „To, co niegdyś zostało napisane, napisane zostało dla naszego pouczenia, abyśmy dzięki cierpliwości i pociesze, jaką niosą Pisma, podtrzymywali nadzieję”.

Apostoł Narodów był świadom, że członkami wspólnot, które zakładał, zostawali najpierw byli wyznawcy judaizmu, a potem poganie. Ci drudzy dołączali do grona uczniów Chrystusa, przyjmując orędzie o zbawieniu, ale nie mieli pojęcia o tym, co Stary Testament pisał o oczekiwanym Mesjaszu. Oni dopiero potem mieli usłyszeć o raju i grzechu pierworodnym, o patriarsze Abrahamie, królu Dawidzie, dawnych prorokach i zapowiedziach mesjańskich. Natomiast wyznawcy judaizmu włączali się do Kościoła niejako z drugiej strony. Oni znali biblijną historię zbawienia. Jak ich przodkowie oczekiwali Mesjasza. Oni w Panu Jezusie uznali Oczekiwanego, Osobę, w której spełniały się biblijne zapowiedzi.

Dziś patrzymy tak łatwo w przyszłość. Mówimy o niej, choć jej nie znamy. Nieznana przyszłość kusi określeniami typu postęp, nowoczesność. Ale skąd bierzemy pewność, że podpowiadana nam droga jest drogą postępu, a nie ślepą ścieżką, która wiedzie do zagłady? Czy sprawdziliśmy, że to, co nazywa się postępem, jest nim naprawdę? W istocie to, co konserwatywne, więc niejako zachowawcze i będące przeszłością do odrzucenia, ma siłę przetrwania. Słowa i etykiety łatwo mogą mylić i zmieniać porządki znaczeń. Ideolodzy współczesnego tzw. postępu są świadomi i mówią o tym, że ważnym polem bitwy jest bój o słowa. Wygranie tego pola umożliwi dalsze zdobycze.

Święty Paweł nie walczył o słowa, to nie był ten czas. Ale miał świadomość, że chrześcijaństwo zakorzenia się w słowie kiedyś zapisanym w Starym Testamencie. Ale on walczył o to, by jego słuchacze, wsłuchani w Stary Testament – czyli owo kiedyś, uznali w Jezusie z Nazaretu oczekiwanego Mesjasza – czyli to, co ma być jutro, co ma być przyszłością. Apostoł Narodów dążył do tego, by słuchający go Żydzi i poganie w Jezusie z Nazaretu uznali Zbawcę ludzkości. Ci pierwsi mieli Stary Testament, „napisany dla naszego pouczenia”, ci drudzy mieli się tego dopiero nauczyć. Dla jednych i drugich ważnym faktorem była przeszłość, jej znajomość i ocena jej ważności.

 

 

10

 

Święty Egipcjanin - św. Antoni, opat


Pokusa łatwego chrześcijaństwa – wiary, która niewiele kosztuje – jest wciąż żywa. Lekiem na tę pokusę jest pustynia. Warto powalczyć o jej skrawek pośrodku naszych ważnych spraw.

Jego postać została przysłonięta przez imiennika, żyjącego prawie 1000 lat później, czyli św. Antoniego z Padwy. A szkoda, bo Antoni Pustelnik, zwany również Opatem lub Wielkim, to postać barwna i ważna w historii Kościoła. Jego żywot spisany przez św. Atanazego stał się pierwszym i szeroko znanym manifestem życia pustelniczego.

   Powołanie św. Antoniego

Żył w Egipcie na przełomie III i IV wieku. Pochodził z bogatej koptyjskiej rodziny. Po śmierci rodziców zastanawiał się – podobnie jak ewangeliczny bogaty młodzieniec – co zrobić ze swoim życiem. Pewnego dnia usłyszał słowa Ewangelii: „Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną” (Mt 19,21). Postąpił zgodnie z radą Jezusa. Rozdał majątek ubogim i zamieszkał w grobowcu na skraju rodzinnej wioski. Później dla uniknięcia rozgłosu przeniósł się w głąb pustyni, aby tam w ascezie i samotności szukać Boga. Wiele osób odwiedzało jego pustelnię.

Jedni szukali rady mądrego pustelnika, inni pragnęli naśladować jego styl życia. Niektórzy osiedlali się w pobliżu. Powstawały pierwsze wspólnoty eremitów. Takie były początki życia zakonnego. Z biegiem lat, stuleci pojawiły się reguły i rozmaite formy organizacyjne. Ideał życia monastycznego od czasów Antoniego pozostaje jednak wciąż taki sam: odejście od świata, asceza, milczenie, kontemplacja, praca, poddanie się zakonnej regule i przewodnikowi duchowemu. Słowem – rezygnacja z wielu dóbr doczesnych, po to, aby odnaleźć Dobro Najwyższe.

Niektórzy twierdzą, że pierwsi mnisi byli uciekinierami szukającymi na pustyni schronienia przed rzymskimi prześladowaniami. Inni uważają, że ruch monastyczny rozwinął się jako protest przeciwko spadkowi jakości życia chrześcijan po ustaniu rzymskich prześladowań. Ten drugi pogląd wydaje się bliższy prawdzie. Kiedy cesarz Konstantyn wydał w roku 313 edykt mediolański, chrześcijanie mogli wreszcie wyjść z podziemia. Z biegiem czasu chrześcijaństwo stawało się religią cieszącą się w cesarstwie przywilejami. Pojawiało się coraz więcej chrześcijan tylko z nazwy. Wiara potaniała, a nawet zaczęła się po ludzku opłacać. Życie pustelnicze było próbą przeciwstawienia się temu trendowi, było poszukiwaniem radykalnej gorliwości. Jako że czasy męczenników przeszły już do historii, ich miejsce stopniowo przejmowali mnisi. To oni stawali się „bożymi atletami” odrzucającymi bezpieczne, wygodne życie, aby stawiać czoła duchowi świata i wznieść się na wyżyny kontemplacji.

Pokusa łatwego chrześcijaństwa – wiary, która niewiele kosztuje – jest wciąż żywa. Lekiem na tę pokusę jest pustynia. Warto powalczyć o jej skrawek pośrodku naszych ważnych spraw. Kto doświadczył pustyni, wraca z niej inny. Odróżnia fatamorganę od oazy, docenia smak wody, kawałka chleba. Wie, że wszystko jest darem. Tęskni za głębią.

ks. Tomasz Jaklewicz

 

 

 

Święci i błogosławieni w tygodniu.

 

19 stycznia - św. Józef Sebastian Pelczar, biskup
19 stycznia - św. Henryk z Uppsali, biskup i męczennik
19 stycznia - św. Mariusz, męczennik
19 stycznia - błogosławieni Jakub Sales, Wilhelm Saltemouche i inni, męczennicy jezuiccy
19 stycznia - św. Makary Wielki, opat
19 stycznia - św. Kanut Leward, król i męczennik
20 stycznia - św. Fabian, papież i męczennik
20 stycznia - św. Sebastian, męczennik
20 stycznia - św. Eustachia Calafato, dziewica
20 stycznia - bł. Euzebiusz z Ostrzyhomia, prezbiter
20 stycznia - bł. Angelo (Anioł) Paoli, prezbiter
21 stycznia - św. Agnieszka, dziewica i męczennica
22 stycznia - św. Wincenty, diakon i męczennik
22 stycznia - św. Wincenty Pallotti, prezbiter
22 stycznia - bł. Laura Vicuña, dziewica
22 stycznia - bł. Wilhelm Józef Chaminade, prezbiter
23 stycznia - błogosławieni Wincenty Lewoniuk i Towarzysze, męczennicy z Pratulina
23 stycznia - bł. Henryk Suzo, prezbiter
23 stycznia - bł. Mikołaj Gross, męczennik
23 stycznia - św. Ildefons, biskup
24 stycznia - św. Franciszek Salezy, biskup i doktor Kościoła
24 stycznia - bł. Paula Gambara Costa, tercjarka
25 stycznia - Nawrócenie św. Pawła, Apostoła
26 stycznia - święci biskupi Tymoteusz i Tytus
26 stycznia - święci Robert, Alberyk i Stefan, opaci

26 stycznia - św. Paula, wdowa

 

 

 

NIEDZIELNA EUCHARYSTIA – 6.30, 8.00, 9.30 – dla młodzieży, 11.00 – rodzinna, z dziećmi, 12.30, 16.00, 19.00,

poniedziałek - sobota – 7.00, 7.30, 18.00.

Kancelaria (tel. 126452342) czynna:

(oprócz I piątku i świąt): godz. 8-9 i 16-17.15 (oprócz sobót)

Redakcja „Wzgórza w Blasku Miłosierdzia”: Władysław Wyka - red. nacz.,

Wydaje: Parafialny Oddział Akcji Katolickiej nr 1 Archidiecezji Krakowskiej

- Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach 1a,

Nr k. bank – 08 1240 2294 1111 0000 3723 9378, tel.; 0-12-645-23-42.

NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:

strona internetowa parafii:

www.wzgorza.diecezja.krakow.pl

oraz milosirdzia-parafia.pl - PO Akcji Katolickiej

adres parafii:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.,

strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl

adres gazetki:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.