WZGÓRZA

W BLASKU MIŁOSIERDZIA

 

3/800                   -         10 stycznia r. B.

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA „WZGÓRZA W BLASKU MIŁOSIERDZIA”

„Błogosławieni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią”

 

 

2

 

10 stycznia 2021 r.

Niedziela Chrztu Pańskiego

Uroczystość

 

6

 

Jezus rzekł: Jeśli się kto nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do Królestwa Bożego. Rzekł również: Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony, a kto nie uwierzy, będzie potępiony.

Wszyscy, którzy otrzymali chrzest zanurzający w Chrystusa - zostali zanurzeni w Jego śmierć, razem z Nim pogrzebani i wkroczyli w nowe życie, jak Chrystus powstał z martwych dzięki chwale Ojca.

Jako odrodzeni przez wiarę i chrzest - umarliśmy dla grzechu, a żyjemy dla Boga w Chrystusie Jezusie, Panu naszym.

Apostoł Piotr napisał: Nawróćcie się i niech każdy z was ochrzci się w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a weźmiecie w darze Ducha Świętego.

 

7

 

Czytania Niedzieli Chrztu Pańskiego

   … co oczywiste – koncentrują się na wydarzeniu Chrztu Jezusa. Ta Ewangeliczna scena to pierwsze publiczne pokazanie się Jezusa. Czytania pierwsze i drugie pozwalają zrozumieć głębiej jego sens. Tak, sens.

Można oczywiście zbyć całą tę scenę podsumowując ją w stylu „jakoś Jezus musiał swoją działalność rozpocząć” i uważać, ze nie ma co robić z tego rabanu. Tymczasem w tej scenie chodzi chyba o coś więcej, niż zwyczajny start....

…Wydaje się niektórym, że misją chrześcijan jest przekonać świat do prawdy. Ale to niezupełnie tak. Owszem, celem jest, by wszyscy poznali i przyjęli Jezusa. Ale środkiem do niego jest miłość, nie połajanki. Inaczej nie słodycz miłości rozlewamy, ale gorzką żółć...

 
5
 
W dzisiejszym numerze:
- Chrzest w Jordanie
- Świadectwo chrztu
- Duchowe narodziny dla Boga
- Chrzest zobowiązuje i daje moc
- O głosie w martwej puszczy
- Brak wizyty po kolędzie to przełom w mentalności księży
- Wschodni bracia
- Ten nowy rok
- Za oknem zima
- Chrzestni: trudny wybór, trudne pytania
- Święci i błogosławieni w tygodniu

 

 

 

 

 

Chrzest w Jordanie

 
3Ilu ludzi przybiegło do rzeki,
ilu się razem kąpało!
Czy tylko chcieli umyć uszy,
ręce, dwie nogi, ciało?
Czy tylko chcieli umyć plecy,
włosy, szyje, zęby?
 
Czy tylko wszyscy wołali:
— Święty Janie, umyj nam gęby,
podbródki, chudszym wystające żebra,
wodą błyszczącą w słońcu,
jakby była ze srebra!?
 
Tylu ludzi zbiegło się do rzeki,
podchodzili tak jak do wody.
Może chcieli bez szamponu,
bo taniej, na święta umyć brody.
 
Tym, co teraz powiem,
wszystkich wzruszę:
chcieli umyć nie tylko ciało,
ale także zaniedbane dusze.
 
Nagle Jezus w rzece przystanął
wśród brudasów jasny jak anioł.
Kiedy przyjdzie kąpać się w rzece,
miednicy, łazience, jeziorze,
 
Ty, który mówisz wprost z nieba,
obmyj nam serca, Boże.
A serce pamiętać każde musi,
by nie dokuczać mamusi.
 
„ABC księdza Twardowskiego.

 

 

 

8

 

Świadectwo chrztu

Niedziela Chrztu Pańskiego kończy liturgiczny okres Bożego Narodzenia. W tym roku czas świąteczny był dla wielu wyjątkowo trudny i mało świąteczny. Doświadczamy i widzimy, jak w ciągu kilku miesięcy zmieniło się nasze życie i myślenie, a także rzeczywistość wokół nas. Jak wiele jest też niepewności i lęku. Jezus narodził się dokładnie w tym miejscu, w którym jesteśmy. Jest Emmanuelem, czyli Bogiem z nami. I my mamy się narodzić na nowo w naszej wierze w takiej rzeczywistości, jaka nas otacza.

Chrzest Jezusa to początek Jego publicznej działalności, która doprowadzi Go do krzyża, i początek tworzenia wspólnoty, z której wyrośnie Kościół. W kontekście naszego życia osobistego i społecznego trzeba wrócić do naszego chrztu jako źródła udziału w Jezusowej drodze śmierci i zmartwychwstania oraz udziału w życiu Kościoła. Darmowa łaska Boża i świadectwo innych przyprowadziły nas do Kościoła, w którym otrzymaliśmy chrzest. Chrzest to również wezwanie do dawania osobistego świadectwa tej wiary, która „zwycięża świat” (1 J 5,4). Ale o jakim zwycięstwie mówimy? Mówimy o zwycięstwie wiary, nadziei i miłości nad grzechem i nicością. Dzięki nadziei „zwycięstwo pochłonęło śmierć” (1 Kor 15,54). Dzięki miłości zwycięstwo dokonuje się przez każdy gest dobra i przebaczenia, obecności i pamięci, nawet jeśli nie można teraz być osobiście. Dzięki wierze zwycięstwo dokonuje się w prawdzie świadectwa i życia. Powrócić do chrztu to zachować wiarę i iskierkę nadziei, które rozpalą miłość.

To jest nasze świadectwo chrztu. Nie tylko wpisane w parafialnej księdze, ale przede wszystkim wpisane w nasze serce i codzienne życie. „Szukajcie Pana, gdy się pozwala znaleźć” (Iz 55,6). Może teraz trzeba pójść inną drogą, bo ta, którą szliśmy dotąd, już się skończyła i nie wystarcza? A może drogi, którymi kroczyliśmy dotąd, tylko wydawały się nam Jego drogami (por. Iz 55,8)?                                                             

Krzysztof Popławski OP – „wiara.pl”

 

 

 

9

 

Duchowe narodziny dla Boga

Król Francji Ludwik IX uważał za najważniejsze miejsce w swoim życiu kościół, w którym został ochrzczony. Nie katedrę, gdzie został ukoronowany na króla Francji, ale chrzcielnicę w rodzinnej miejscowości, gdzie otrzymał godność dziecka Bożego.

Święto Chrztu Pana Jezusa, które dziś przeżywamy, przypomina nam nasz własny chrzest i jest okazją do tego, aby za tę wielką łaskę Bogu podziękować. Do każdego z nas w chwili naszego chrztu wypowiedział Bóg z miłością te same słowa, które skierował do Chrystusa. Tyś jest mój umiłowany syn! Tyś jest moją umiłowaną córką!

Poprzez chrzest Bóg uczynił nas swymi przybranymi dziećmi, braćmi i siostrami Chrystusa i świątyniami Ducha Świętego. W chwili chrztu Bóg zgładził obciążający nas grzech pierworodny oraz wycisnął na naszej duszy niezatarte znamię dziecka Bożego.

Rodzicom zawdzięczamy życie naturalne, fizyczne. W chwili chrztu Bóg podzielił się z nami życiem boskim, które nazywamy łaską uświęcającą. Jest ona dla nas „biletem” do nieba. Poprzez chrzest Bóg udzielił nam łask koniecznych dla naszego duchowego rozwoju: łaski do wzrastania w wierze, łaski do pogłębiania naszej nadziei i łaski do wzrastania w miłości.

Bogactwu darów otrzymanych na chrzcie musi zawsze towarzyszyć świadomość, że był on tylko początkiem naszej duchowej przygody z Bogiem. Dlatego za chrztem powinno iść nasze życie zgodne z Ewangelią oraz nieustanne pogłębianie naszej przyjaźni z Bogiem poprzez modlitwę i wzrastanie w wierze, nadziei i miłości.

Obserwując codzienne życie, można dojść do smutnego wniosku, że wielu współczesnych wyznawców Chrystusa o obowiązkach wynikających z chrztu zapomina. Weźmy chociażby naszą ojczyznę. Pewien cudzoziemiec zadał mi kiedyś takie pytanie: „Dlaczego, proszę księdza, tyle u was zła, kłótni politycznych i religijnych, pogardy dla odmienności drugiego człowieka? Przecież jesteście narodem katolickim i szczycicie się św. Janem Pawłem II. Dlaczego tak mało jest zgody, miłości, szacunku do człowieka, pomimo tylu kazań, pielgrzymek, rekolekcji, spowiedzi, przyjętych komunii?”.

Nie jest wcale lepiej z chrześcijanami żyjącymi na świecie. Kiedy jeden z hindusów zachęcany był przez misjonarza do przyjęcia chrześcijaństwa, z jego ust padły następujące słowa: „Znam Ewangelię, czytam ją nieraz i podziwiam, ale nie widziałem zbyt wielu ludzi żyjących według tej pięknej nauki. Niech mi ojciec wierzy, kocham Chrystusa, ale nie lubię chrześcijan, bo nie widziałem ich prawdziwie chrześcijańskiego życia”.

Gorzkie są te słowa, ale często niestety prawdziwe. Ktoś porównał życie współczesnych chrześcijan do kamienia na dnie rzeki. Cały mokry. Wystarczy go jednak rozłupać, a przekonamy się, że wewnątrz jest suchy. Do jego wnętrza nie dotarła nigdy kropla wody, choć leżał w wodzie może setki lat...

Przywołajmy w tej chwili moment naszego chrztu, kiedy rodzice przynieśli nas do kościoła i w naszym imieniu prosili kapłana o ten sakrament. Czy wiemy, w jakim kościele byliśmy ochrzczeni? Czy odwiedzając ten kościół, zatrzymujemy się przy chrzcielnicy, miejscu, w którym staliśmy się dziećmi Bożymi? Czy znamy datę naszego chrztu i czy w jego rocznicę dziękujemy Bogu za tak wielką łaskę? A przede wszystkim, czy staramy się żyć tak, jak powinni to czynić prawdziwi synowie i prawdziwe córki Boże?

W chwili chrztu Bóg wypowiedział z miłością do nas te same słowa, które skierował do Chrystusa: „Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie” (Mt 3,17). Zapytajmy samych siebie: Czy Bóg jest z nas zadowolony? Czy ma w nas „upodobanie”? Czy raduje się z naszego życia, z naszej modlitwy, wiary, nadziei i miłości?

Odnówmy zatem dzisiaj przyrzeczenia chrztu, które w naszym imieniu złożyli rodzice. Odnówmy naszą przyjaźń i bliskość z Chrystusem. Starajmy się być takimi synami i córkami, w których Bóg ma upodobanie.

Do Chrystusa, który jest z nami obecny i patrzy na nas z miłością, módlmy się słowami modlitwy:

Strzeż nas, Panie, abyśmy nie byli:
tymi, którzy dużo mówią, a nie podejmują niczego,
tymi, którzy podejmują wszystko, a niczego nie kończą,
tymi, którzy zawsze obiecują, a nigdy nie dotrzymują słowa,
tymi, którzy nic nie robią, a wciąż krytykują, tymi,
którzy ubolewają nad okrucieństwem obecnych czasów i ludzkim egoizmem,
a nie podejmują niczego, by wspomagać innych,
tymi, którzy marzą, by otrzymywać, a nic nie dawać,
tymi, którzy umieją prosić, a nie chcą dziękować.
Modlimy się do Ciebie, Panie.

ks. Marian Bendyk – „Ekspres Homiletyczny”

 

 

 

10

 

Chrzest zobowiązuje i daje moc

Moc Chrystusa nie zna ograniczeń czasu ani przestrzeni. W naszych czasach wielu sceptyków zostało przekonanych o prawdziwości nauki Jezusa, podobnie jak stało się to w przypadku ich poprzedników żyjących w pierwszym wieku.

Przykładem takiego człowieka jest Clive Staples Lewis, profesor uniwersytetu w Oksfordzie, agnostyk, który przez wiele lat zaprzeczał boskości Jezusa. On także poddał się Jezusowi jako Panu i Zbawicielowi po zbadaniu ogromu dowodów na jego bóstwo. Przez lata napisał wiele książek podtrzymujących przesłanie chrześcijaństwa, m.in. wydane po polsku O wierze i moralności chrześcijańskiej czy Listy starego diabła do młodego.

Podobne doświadczenie przeszedł również Lew Wallace. Ten słynny generał i geniusz literacki był znanym ateistą. Spędził dwa lata, przesiadując w najlepszych amerykańskich i europejskich bibliotekach, szukając informacji, które na zawsze zniszczyłyby chrześcijaństwo. Pisał właśnie drugi rozdział książki, która miała przedstawić jego argumenty, gdy w pewnym momencie padł na kolana i zawołał do Jezusa: „Mój Pan i mój Bóg”. Zetknąwszy się z niezbitymi dowodami, nie mógł już dłużej zaprzeczać, że Jezus Chrystus jest Synem Bożym. W późniejszym czasie napisał książkę Ben Hur, jedną z najznamienitszych powieści dotyczących czasów Chrystusa, jakie kiedykolwiek powstały.

Wiele innych kobiet i mężczyzn w XX wieku poświęciło swe życie misji szerzenia chrześcijaństwa, często padając ofiarą tortur. Richard Wurmbrand, jeden z najbardziej znanych przywódców chrześcijańskich w Rumunii, spędził 14 lat w więzieniu i był wielokrotnie torturowany za prowadzenie podziemnego Kościoła w czasie rządów komunistów. Nawet po międzynarodowej interwencji, która zapewniła mu opuszczenie Rumunii, wciąż otrzymywał śmiertelne pogróżki ze strony komunistów. Ale te próby uciszenia go się nie powiodły. Nie ustawał w głoszeniu dobrej nowiny o Chrystusie.

Podobny przypadek miał miejsce w Korei. Joon Gon Kim, znany przywódca chrześcijański, był świadkiem zamordowania własnej żony i ojca przez komunistów z jego wioski. On sam został pobity do nieprzytomności i porzucony na pewną śmierć. Przeżył jednak i błagał Boga, aby dał mu miłość do jego wrogów. W rezultacie przyprowadził do wiary w Chrystusa 30 komunistów, włączając w to osobę odpowiedzialną za śmierć członków jego rodziny.

Wszyscy ci ludzie znaleźli spełnienie i radość w Jezusie. W chwili, gdy Go poznali i Mu się oddali, zmieniło się ich życie. Każdy z nich wywarł jakiś pozytywny wpływ na swoje otoczenie. Powstaje jednak pytanie, co po nawróceniu stało się ich siłą.

Odpowiedź daje dzisiejsze święto. Chrzest Pański staje się niczym innym jak ukazaniem drogi każdego człowieka. Chrzest jest to pierwszy i najpotrzebniejszy sakrament, który: gładzi grzechy, daje życie nadprzyrodzone (łaska uświęcająca), czyni nas członkami Kościoła katolickiego, daje udział w kapłaństwie Chrystusa. Co zatem konkretnie powinno wynikać chrztu, który każdy z nas przyjął?

Jan Paweł II w czasie jednej z katechez mówił:

O ile życie sakramentalne chrześcijanina stanowi wielokrotne i doraźne wezwanie do katechezy – do intensywniejszej i ściślej ukierunkowanej katechezy – należy powiedzieć, że to otwarcie na katechezę, jakie niesie z sobą chrzest, zmierza nie tylko do katechezy okazjonalnej, ale nade wszystko do katechezy systematycznej: do tego, co ojcowie Kościoła nazywali już «nauczaniem religijnym». Nie chodzi w tym nauczaniu o zdobycie wiedzy «o religii» (w tym wypadku chrześcijańskiej), ale o możliwie wszechstronne zgłębianie treści wiary – tych treści, które zawierają się w słowie Boga objawiającego, a bywają systematycznie nauczane przez Kościół (magisterium i życie).

Trzeba więc dziś, wspominając swój własny chrzest, zapytać: Jak wygląda moje zgłębianie Bożych prawd? Kiedy ostatni raz w moim ręku była książka religijna czy gazeta?

Natomiast w czasie katechezy w 1992 roku papież mówił:

Można powiedzieć, że w chrzcie i w pozostałych sakramentach rzeczywiście Kościół otwiera człowiekowi oczy na sens jego własnej egzystencji w sposób żywy i istotny.

Powstaje jednak pytanie, czy rozmyślam nad swoim życiem chociażby w postaci rachunku sumienia. Chrzest zobowiązuje każdego z nas do gorliwego odkrywania Bożych zamysłów.

I jest wśród wielu zadań wynikających z chrztu jeszcze jedno, bardzo ważne. W dniu swoich imienin w 1993 roku Jan Paweł II mówił, dziękując za życzenia:

Trzeba ufać modlitwie, która wspiera w nas łaskę chrztu św., która wspiera nasze ludzkie siły na tej drodze, która się od chrztu św. w naszym życiu rozpoczyna.

Człowiek, który pragnie nie zmarnować łaski chrztu, musi się gorliwie i systematycznie modlić.

Kiedy dzisiaj wszyscy przenosimy się oczami wyobraźni na miejsce chrztu Jezusa, warto się przyglądnąć swojemu zanurzeniu w Bożą łaskę. Na początku nowego roku należy uczynić bilans i wyciągnąć wnioski oraz zapytać siebie, jakim jestem chrześcijaninem, a jakim powinienem być.

ks. Janusz Mastalski – „Ekspres Homiletyczny”

 

 

 

11

 

O głosie w martwej puszczy

Chrzcicielu! Janie!
– Wieluż was było
– wielu -?
– a tyś jeden usłyszał wołanie.
Prościłeś tę miedzę po prawdzie marną
– którą przyjdzie On
i przyniesie wiedzę słodką
i pożywną jak pszeniczne ziarno.
Aż zajarzyły w mroku ślepia łakome
i pełne uroku: Salome!
Lecz wpierw, poznałeś,
chrzcicielu przypodobany Panu,
że do wieczystego celu,
że właśnie w samą wieczność płyną fale Jordanu.

Emil Zegadłowicz

 

 

 

12

 

Brak wizyty po kolędzie to przełom w mentalności księży

Kolęda – wizyta księdza u parafian – była na pewno ostatnim bastionem „starego porządku” Kościoła w Polsce. Ksiądz pojawiający się w naszych domach raz do roku był już ugruntowaną tradycją i pewnego rodzaju symbolem naszego udziału w życiu Kościoła (tragiczne, ale tak było). Dziś jej nie ma.

Pandemia wirusa z koroną przewartościowała świat. Zmienia się na naszych oczach dosłownie wszystko. Jak na dłoni widać, że nie byliśmy przygotowani do pandemii, która wpłynęła na każdą dziedzinę ludzkiego życia. Teleporady lekarskie i wszechobecne maseczki stały się symbolem roku 2020 roku.

Kościół także, w miarę swoich możliwości, próbuje odnaleźć się w tym pandemicznym świecie. Wychodzi mu to raz lepiej, raz gorzej. Transmisje internetowe i wzmożona aktywność parafii w Internecie to na pewno symboliczne i pozytywne przejawy tych zmian. Lista umiejętności lub bezradności w dostosowaniu się do norm sanitarnych mogłaby być długa. Najgorsze jednak, że nie będzie kolędy… O zgrozo!

Ostatnio natknąłem się na artykuł p. Terlikowskiego, który jasno wskazywał, że obecna sytuacja w Kościele w Polsce oznacza koniec pewnej epoki (epoki Wyszyńskiego, Jana Pawła II i ks. Blachnickiego). Trzeba autorowi przyznać rację. Faktycznie obecne pokolenia dzieci i młodzieży te historyczne i wielkie dla Kościoła polskiego postacie wkładają już raczej między półki z podręcznikami do historii. Nie ma się co dziwić.

Już moje pokolenie jest tym, które pamięta schorowanego św. Jana Pawła II, z pełnym bólu wyrazem twarzy, pozdrawiającym ludzi z okna papieskiego apartamentu. Gdyby nie formacja seminaryjna, pewnie jak większość moich znajomych, nie poznałbym wcale nauczania papieża Polaka i jego wpływu na Kościół i świat. Kard. Wyszyński, nawet dla wprawionych seminarzystów i księży XXI wieku jest też raczej symbolem obozu ducha w czasach bez ducha, czasach antyreligijnego komunizmu. Mało kto sięga do jego nauczania, a szkoda.

Ks. Blachnicki natomiast miał i owszem dobry program formacyjny, swego czasu przyciągał do Kościoła tłumy, a wielu z jego duchowych dzieci stanowi dziś w Kościele ogromne zaplecze duszpasterskie (cała formacja Oazy Rodzin), ale powiedzmy sobie szczerze, że 3 tygodniowe obozy religijne dla dzieci i młodzieży naszych czasów nie są już żadną atrakcją (w Egipicie all inclusive jakoś lepiej). Te czasy faktycznie minęły. Do tego pandemia, ograniczenia w ilości wiernych i utrudnienia w przeżywaniu wiary w sposób tradycyjny przeobraziły Kościół. Przeobraziły diametralnie i nawet mało bystry obserwator musi dojść do takich wniosków.

Jak w tym wszystkim odnaleźli się księża? mocno chcę zaznaczyć, że jest to moja subiektywna ocena, poparta własną refleksją, kilkoma obserwacjami i dyskusjami z kolegami – duszpasterzami. Księża poradzili sobie słabo albo nie odnaleźli się w tym wcale. I wiem, że takim wnioskiem mogę zaraz podnieść wielkie larum w kręgach kościelnych, ale mam prawo do takiej oceny. Sam w początkach pandemii nie potrafiłem znaleźć dla siebie miejsca.

Święta wielkanocne, które z perspektywy kapłana, przyzwyczajonego do pełnego kościoła podczas Triduum, były w jakimś sensie przerażające (choć duchowo mnie ubogaciły) stały się symbolem tego czasu. Potem każdy próbował się odnaleźć w nowej rzeczywistości (jedni ograniczyli się do absolutnego minimum, inni udawali że kompletnie nic się nie zmieniło, a ambitniejsi próbowali swoich sił w Internecie, by jakoś mieć kontakt z parafianami). I choć jak wspomniałem transmisje internetowe i profile społecznościowe parafii w mediach są absolutnym pozytywem (łatwiejszy kontakt, nowoczesność) to nieodparcie mam wrażenie, że na tym koniec. Nic więcej. I kiedy już zacząłem myśleć, że nawet starsi kapłani jakoś sobie z nową rzeczywistością zaczynają radzić, przyzwyczajając się trochę do pustych ławek z uwagi na obostrzenia, nagle cios: nie ma kolędy! I wszystko runęło!

Moim zdaniem właśnie brak klasycznie rozumianej wizyty duszpasterskiej jest przełomem: i w rzeczywistości Kościoła i w mentalności księży. Nie chodzi już o same skutki tak postawionej sprawy (dla jasności – innego wyjścia nie było). Chodzi o zmianę perspektywy na przyszłość. Kolęda – wizyta księdza u parafian – była na pewno ostatnim bastionem „starego porządku” Kościoła w Polsce. Ksiądz pojawiający się w naszych domach raz do roku był już ugruntowaną tradycją i pewnego rodzaju symbolem naszego udziału w życiu Kościoła (tragiczne, ale tak było). I wiem, że od lat ta kwestia ulegała zmianom, a ilość osób, które ochoczo i z entuzjazmem reagowała na „Przybieżeli do Betlejem” w swoich drzwiach, malała. Nie można jednak zaprzeczyć, że takim symbolem Kościoła wizyta duszpasterska była.

Boję się tylko, że nieco starszym kapłanom świat się zawalił lub zawali w lutym… i mogę się na nowo nie odnaleźć.

Dziś jej nie ma. I można się trudzić, zapraszając parafian na wspólną modlitwę do Kościoła (co jest piękne i wymowne, bo pokazuje, że o modlitwę tutaj chodzi), ale swoim zasięgiem już nie będzie tym samym. Problem jest. Bo nie przygotowaliśmy ludzi na taką zmianę i sami jako duchowni nie jesteśmy przygotowani. Przerażać powinien fakt, że ludzie nie mają w świadomości, że kolęda – czyli spotkanie z kapłanem – może odbyć się właśnie w formie wspólnej modlitwy w kościele (tak pięknej i potrzebnej).

Przeraża fakt, że wielu podchodzi do tematu jakby już go nie było (nie trzeba prasować obrusa i kupować świeczek oraz zastanawiać się czy woda święcona jest gazowana czy nie). Przeraża, bo nikt na to nie był gotowy. Ani z jednej ani z drugiej strony. Przeraża kapłanów, bo nagle styczeń stał się jakimś czasem biernym. Przeraża duszpasterzy, bo (powiedzmy wprost) pieniędzy będzie mniej, i to nie tylko tych w portfelu osobistym, ale i w puli parafialnej (jak wiele można było z tych kopertowych wpływów zrobić). Przeraża, bo – to chyba najtrudniejsze – skoro jeden raz mogło kolędy nie być, to po co wpuszczać księdza za rok.

Mam wrażenie, że większość parafii swoje diecezjalne wskazania biskupie zastosowała bez większej refleksji. I nie dlatego, że do tej refleksji nie jesteśmy zdolni, ale że boimy się wniosków. Nagle „ostatni bastion starego porządku” okazał się niepotrzebnym przeżytkiem (z małymi wyjątkami – i to chcę mocno podkreślić!)? Pytanie rzucam w świat. Może ktoś sobie na nie odpowie. Ja też próbuję. Pocieszenie budzi fakt, że wielu spośród moich młodych kapłańskich kolegów (mam tylko niecałe 6 lat kapłaństwa) już dawno wyzuło się ze złudzeń o wartości tych 3-minutowych spotkań (bo przecież na dłuższe spotkania czasu na prawdę nie było). I że w większości wszyscy myśleliśmy o tym, by podjąć jakąś próbę reorganizacji lub chociaż ulepszenia tego – potrzebnego jakże – spotkania. Boję się tylko, że nieco starszym kapłanom świat się zawalił lub zawali w lutym… i mogę się na nowo nie odnaleźć. I że odbiorcy tego wielkiego przedsięwzięcia duszpasterskiego już innej formy nie zaakceptują.

Luźna to refleksja. Może nie wnosząca wiele, a może ukazująca bardzo dużo. Sam nie wiem. Sam robię, co mogę, by odnaleźć siebie i innych w nowej rzeczywistości Kościoła. Raz wydaje mi się, że odnoszę sukces. Następnym razem widzę same porażki. Coś robić trzeba, bo fundament jest niezmienny – wiara w Chrystusa i otwarcie na Jego łaskę (nie ważne czy dla tłumów czy dla jednostek; czy z kolędą czy bez). Po ludzku po prostu trudniej…

ks. Paweł Nowacki – „deon.pl”

 

 

 

13

Liturgia celebrowana przez abp. Eugeniusza Popowicza w cerkwi w Olchowcu.

 

Wschodni bracia

„Macie tu cerkiewną liturgię?” – zapytała. „Tak!” „I uznajecie prymat papieża? Jakież to wspaniałe!” Kim są grekokatolicy, którzy przechowują tożsamość niepodzielonego Kościoła? I dlaczego papież zna ich Mszę na pamięć?

Beskid Niski. W południowym słońcu lśnią dzwony cerkwi w Łosiu. Obok stoi smagany wiatrem wielki krzyż. Z jednej strony data 988 – „chreszczenia Rusi”, z drugiej papieskie zawołanie „Totus Tuus”. Czytelny symbol wiary grekokatolików. Przed II wojną w wiosce mieszkało ich aż 1050.

– Gdy przyjechała tu wycieczka nauczycieli z Białegostoku, jedna z kobiet zapytała: „Macie tu cerkiewną liturgię?” „Tak!” „I jednocześnie uznajecie prymat papieża?” „Tak!” „Jakież to wspaniałe!” – zawołała zachwycona. W tym krzyku była wielka tęsknota za jednością – opowiadał mi przed kilkunastu laty archimandryta ojciec Roman Piętka, proboszcz neounickiej parafii w Kostomłotach (zmarł przed dziewięciu laty).

Gdy podobne pytanie usłyszał od pewnej kobiety abp Jan Martyniak, uśmiechnął się: „Proszę pani, w naszej liturgii za papieża modlimy się aż siedmiokrotnie, a wy?”.

U studni

„Spotkajmy się u studni z wiecznie żywą wodą” – śpiewało Stare Dobre Małżeństwo, myśląc o klimatach pośmiertno-eschatologicznych. Grekokatolicy co roku praktykują podobne spotkania. W styczniu wiele rzek i studni wschodniej Polski zamienia się w biblijny Jordan. Rzeka chrztu Jezusa płynie przez Beskid Niski, Bieszczady, Roztocze, Podlasie, wody śmierci zmieniają się w strumienie życia, a zmarznięty tłumek śpiewa: „Hraj pisnju, Jordane, radujsia, Iwanie”.

Święto Jordanu jest jednym z dwunastu wielkich świąt (świadczy o tym między innymi poprzedzająca je wigilia, w czasie której wierni poszczą). To w styczniu najczęściej słyszymy o grekokatolikach. Niezwykle barwna uroczystość idealnie nadaje się na reportaż. Kamery i obiektywy rejestrują zazwyczaj smagane wiatrem kikuty drzew owocowych, spróchniałe deski łemkowskich chyży i wsie, po których pozostało wspomnienie. Między rzekami Osławą (na wschodzie) a Popradem (na zachodzie) mieszkało przed II wojną ponad 100 tys. Łemków (liczbę oszacowano, podsumowując ludność ukraińskiej grupy językowej). Grekokatolicy stanowili grupę dominującą – prawie 85 proc. mieszkańców. Pozdrawiali się okrzykami „Christos rażdajetsia!” w czasie Bożego Narodzenia i „Christos woskries!” na Paschę. Do dziś zza okien cerkwi możemy usłyszeć śpiew: „Mnogaja lita”.

Pamięć niepodzielonego Kościoła

25 listopada Stolica Apostolska utworzyła w Polsce nową greckokatolicką eparchię (diecezję). Dotychczas funkcjonowały dwie: przemysko-warszawska i wrocławsko-gdańska. Po utworzeniu nowej: olsztyńsko-gdańskiej, dotychczasowa eparchia wrocławsko-gdańska otrzymała nazwę wrocławsko-koszalińskiej. Nową eparchię obejmie 47-letni bp Arkadiusz Trochanowski, który dotąd był proboszczem parafii greckokatolickiej w Wałczu.

– W 988 roku odbył się chrzest Rusi Kijowskiej. Książę Włodzimierz Wielki, przyjmując wschodnie chrześcijaństwo, uznawał prymat papieża – wyjaśnia biskup Arkadiusz. – Tak było w I tysiącleciu chrześcijaństwa, a Ukraiński Kościół Greckokatolicki jest spadkobiercą tego wydarzenia.

– W swoim sercu, ciele i pamięci przechowujemy tradycję i tożsamość Kościoła niepodzielonego z pierwszego tysiąclecia. W tamtym czasie pomiędzy Rzymem a Konstantynopolem nie było żadnej schizmy – dopowiada abp Swiatosław Szewczuk, zwierzchnik Kościoła katolickiego obrządku bizantyjsko-ukraińskiego.

To wspólnota działająca na terenie Ukrainy (3 miliony wiernych) oraz wśród diaspory ukraińskiej (5,5 miliona). Nazwę Kościół greckokatolicki wprowadziła cesarzowa Maria Teresa w 1774 roku (to wówczas zaniechano określania duchownych unickich mianem popów i zrównano ich w prawach z duchowieństwem łacińskim). Niektórzy używają nazwy Kościół ukraińskokatolicki, ale jest ona myląca, bo sugeruje, że Kościół ten funkcjonuje jedynie u naszych wschodnich sąsiadów.

Kim są unici?

Piotr dotarł do Rzymu. Na kanwie tamtejszej kultury i łaciny wykształcił się sposób sprawowania nabożeństw, nazywany rzymskim. Jego brat, Andrzej, wedle tradycji przyniósł światło wiary Grekom. Tu zakorzenił się obrządek grecki (zwany bizantyjskim). Mimo różnorodności Kościoły w pierwszym tysiącleciu pozostawały w jedności. W roku 1054 doszło do zerwania wspólnoty i ukształtowały się dwa niezależne ośrodki władzy: w Rzymie i Konstantynopolu. Po wiekach podjęto próbę przywrócenia jedności. W 1596 r. ruscy hierarchowie zawarli unię brzeską, na mocy której cerkiew prawosławna na terytorium Rzeczypospolitej Obojga Narodów uznała zwierzchnictwo papieża.

Przystępującym do unii pozwolono zachować ryt bizantyjski, język liturgiczny staro-cerkiewno-słowiański, kalendarz juliański, dyscyplinę kościelną (w tym tradycję żonatego duchowieństwa) oraz strukturę administracyjną. Przyjęcie Kościoła ruskiego do wspólnoty z Rzymem nastąpiło 23 grudnia 1595 r., a jego pierwszy synod zwołano po 31 latach.

Kolejni carowie nie uznawali unitów i czynili wszelkie starania, by włączyć ich do Cerkwi prawosławnej. Po 1839 roku Cerkiew unicka na obszarze Cesarstwa Rosyjskiego zachowała się jedynie w Królestwie Polskim na Chełmszczyźnie. W styczniu 1874 Rosjanie zamordowali 26 unitów w Pratulinie i Drelowie, a grekokatolicy na terenie zaboru przenieśli się do podziemia.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości Kościół greckokatolicki rozwijał się przede wszystkim na ziemiach byłego zaboru austriackiego.

Wyrzuceni

Na łemkowskim kermeszu (odpuście) pod śliczną cerkwią w zaszytym w Beskidzie Olchowcu usłyszałem: „Gdy w czasach stalinowskich z pobliskich PGR-ów w Miejscu Piastowym ruszyły ciężkie maszyny, by rozebrać cerkiew, olchowianie stanęli w jej obronie. Położyli się na kamieniach mostu. Dzięki ich uporowi pod koniec lat 70. w cerkwi popłynęły wschodnie hymny i zaczęto odprawiać nabożeństwa”. Ten sam los miał spotkać wiele cerkwi, a grekokatolicy padli ofiarą krwawych prześladowań. Nic dziwnego, że w latach 1946–1990 Kościół ten stał się największą podziemną organizacją religijną w ZSRR.

Do Beskidu Niskiego wracam regularnie. Moim przewodnikiem jest zazwyczaj o. Grzegorz Nazar, proboszcz greckokatolickiej parafii w Gorlicach. – Na terenie powiatu mieszka około 2 tysięcy unitów. Modlą się w kilkunastu cerkwiach. Wrócili tu po wysiedleniu – opowiada. – W ramach akcji „Wisła” wysiedlono niemal wszystkich. Pozostały pojedyncze rodziny. Często starsi, schorowani Łemkowie zostawali na Ziemiach Odzyskanych, a na Łemkowszczyznę wracały ich dzieci, które wraz z mlekiem matki wyssały ogromną tęsknotę do swej małej ojczyzny. W 90 proc. musieli… wykupywać swe dawne zagrody. Znam małżeństwo z Bednarki, które było wysiedlane aż trzykrotnie.

Po wysiedleniu do ZSRR w 1946 r. biskupów i kurii przemyskiej papież Pius XII mianował kard. Augusta Hlonda delegatem specjalnym dla obrządków wschodnich w Polsce. Jego uprawnienia przejął Prymas Tysiąclecia, który umożliwił funkcjonowanie grekokatolikom w ramach struktury Kościoła rzymskokatolickiego. W 2014 roku Kościół ten liczył w Polsce około 55 tysięcy wiernych w 124 parafiach.

Przedsionek nieba

Wierni kłaniają się nisko w czasie liturgii. Czyniąc znak krzyża, biją przed ikonostasem pokłony, dotykając samej ziemi. – Oni żegnają się odwrotnie – słyszałem często od rzymskich katolików. Dlaczego? Przy znaku krzyża wypowiadamy, słowa: „W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”, przy słowie „Ducha” dotykając lewego ramienia. Wschodni chrześcijanie czynią tak samo, z tym że modlą się: „Wo imia Otca i Syna, i Swiataho Ducha”. Proste? Jak „amiń” w pacierzu.

Ponieważ Kościoły rzymsko i greckokatolicki reprezentują to samo wyznanie i zachowują pełną jedność, możemy przyjąć w cerkwi Komunię św., która jest udzielana pod dwiema postaciami.

Chrzest, bierzmowanie i Komunia św. są ze sobą ściśle połączone. Niemowlęta są nie tylko chrzczone, ale i niezwłocznie bierzmowane. Udzielana jest im też Komunia.

Papież Franciszek zna Mszę greckokatolicką na pamięć. W niższym seminarium salezjanów jego nauczycielem był ksiądz unita, a młody Bergoglio poznał bizantyjską liturgię jako ministrant. W swej kaplicy w Kolegium św. Marty ma ikonę – prezent od patriarchy Swiatosława.

Greckokatoliccy księża mogą mieć żony, jeśli związek małżeński zawarli przed przyjęciem święceń. Biskupów powołanych spośród ślubujących bezżenność zakonników obowiązuje celibat.

Budynek cerkwi przypomina układem świątynię Starego Testamentu. Najważniejszą częścią jest ukryte za ikonostasem „sanktuarium”, odpowiednik Świętego Świętych, do którego arcykapłan mógł wejść jedynie raz w roku. Miejsce zwane „niebiosami niebios” jest zastrzeżone jedynie dla kapłanów i mężczyzn asystujących przy nabożeństwach. Kobiety nie mają tu wstępu. To tu sprawowany jest sakrament Eucharystii. Sanktuarium znajduje się zawsze we wschodniej części świątyni. Wierni stoją w nawie odpowiadającej miejscu, gdzie kapłani Starego Testamentu przynosili ofiary. Tu wszystko jest symbolem. Eucharystyczny pokarm przenoszony jest z ołtarza przez tzw. Rajskie Wrota (zwane też Carskimi), a sama brama zdobiona jest ikoną Zwiastowania i ikonami Czterech Ewangelistów.

Widać, słychać i czuć

Świątynię wypełnia słodkawy zapach mirry i woń spalonej parafiny. Sprawowanie wschodniej liturgii angażuje wszystkie zmysły człowieka. Wzrok (feeria barw na ikonach i migoczące płomyki świec, barwy szat liturgicznych), słuch (śpiewy i muzyczna oprawa tekstów) i węch (specyficzna woń kadzidła i woskowych świec).

Zerkam na ikony, pielęgnowany przez Wschód symbol chrześcijaństwa sprzed podziału.

– Pamięć niepodzielnego Kościoła zawsze kształtowała tożsamość naszego Kościoła – podsumowuje abp Szewczuk. – Świadomość komunii z Kościołem rzymskokatolickim i następcą świętego Piotra to część naszej tożsamości. Nieprzypadkowo nasz Kościół został nazwany unickim. Nosimy w sobie – jako podstawową – ideę pojednania chrześcijan.•

Marcin Jakimowicz - „wiara.pl”

 

 

 

14

 

Ten nowy rok

Nie da się zachować neutralności wobec Dziecka. Aby je przyjąć, trzeba się zaangażować, stracić wiele ze swego, zaryzykować. Albo i nie.

Kolejny zwykły dzień. Za oknem błoto i deszcz, brr (czy moment, w którym pogoda zaczyna przeszkadzać, to znak, że jesteśmy za połową życia?). Czyszczę komputer ze świątecznych życzeń, porządkuję otrzymane pocztówki, przepisuję notki ze starego kalendarza. Noworoczne postanowienie 2020 wydają się jak z odległej galaktyki. Rok temu nikt nie wyobrażał sobie, że będziemy akurat w tym miejscu… Choć przecież niepewność co do przyszłości czy pewne okrucieństwo historii, która nie ogląda się na pojedyncze życie – czyż nie są to stałe elementy ludzkiego doświadczenia?

Boże Narodzenie zresztą w szczególny sposób to doświadczenie przewartościowuje: bo Bóg, stając się człowiekiem, dzieli je z nami. Dzieli tę niepewność ludzkiego losu i to, że osobiste wybory wydają się nic nie znaczyć wobec decyzji wielkich tego świata. To Dziecko rodzi się i dorasta w takich właśnie warunkach, w pewnym sensie nie lepszych i nie gorszych od naszych. Ludzie, którzy w Jezusa uwierzyli, przyjęli Jego naukę – również.

Oczywiście czasem angażujemy się w taką czy inną rewolucję, uznając, że do nas należą zmiany na lepsze, kroki w dobrym kierunku, że jak nie my, to kto. Tyle tylko, że sprawczość takich inicjatyw to proces, przerasta zazwyczaj czas jednego życia, przestrzeń, w której działa jeden człowiek. Niemal z definicji jest ponad nasze siły – przekonaliśmy się nie raz.

Boże Narodzenie w szczególny sposób przewartościowuje i to doświadczenie niemocy: bo Bóg, stając się człowiekiem, pokazał słabość, która pokonała największego wroga – śmierć. Wpatrując się w Boże Dzieciątko, wiemy, że nie przegramy. Że żaden zamęt, niemoc, grzech – nie pokonają tej miłości, którą Bóg ma ku nam.

Nie da się żyć tak, jakby to się nie stało. Chcąc nie chcąc, jesteśmy postawieni wobec tej alternatywy: wiary, że Bóg stał się człowiekiem i wszystkich tego konsekwencji dla nas, albo odrzucenia tego, niewiary. Dzisiaj zresztą pewnie rodzaj niewiary wydaje się jakoś wygodny, na czasie – nie trzeba za nikogo świecić oczami, wobec wszystkich można przywołać na twarzy wyrozumiały grymas zrozumienia, fanatykami nie jesteśmy, w żadnym razie.

Boże Narodzenie zmienia jednak i to: bo nie da się zachować neutralności wobec Dziecka. Aby je przyjąć, trzeba się zaangażować, stracić wiele ze swego, zaryzykować. Albo i nie.

Na szczęście w tym nowym roku, jak i we wszystkich poprzednich nie wszystko sprowadza się do tego, co da radę uczynić człowiek. Jak napisał w jednym z komentarzy ks. Włodzimierz Lewandowski: „Niegodziwość ludzi na ziemi i pusty stół to dla człowieka ściana. Dla Boga punkt wyjścia”.

Katarzyna Solecka – „wiara.pl”

 

 

 

15

 

Za oknem zima

Śledząc historie naszych skoczków możemy odkryć wiele podobieństw między tą dyscypliną sportu i życiem duchowym.

Śnieg pada…, cieszą się dzieci. W tym roku z tą radością trochę inaczej. Wielu spogląda za okno ze smutkiem. Choć obostrzenia zostały trochę poluzowane większość i tak siedzi w domu. Z zimowych atrakcji pozostaje wyjście na dwór i lepienie bałwana. Sanki, zwłaszcza na nizinach, odpadają. Tam zaś, gdzie wyrasta jakaś górka, podobno już pojawili się stróże prawa, strofując dzieciaki nie zachowujące bezpiecznego dystansu społecznego między sobą. Pozostaje książka i komputer. Znając życie większości zadowoli się komputerem.

Zimowych radości dostarczyli nam za to polscy skoczkowie. Turniej Czterech Skoczni zgromadził przed telewizorami sporą widownię. Jeżeli dobrze policzyć co trzeci Polak śledził ich zmagania. Skokami lidera naszej reprezentacji zachwyceni byli komentatorzy wszystkich stacji. Czego nie zauważyli niektórzy politycy, próbując – zupełnie niepotrzebnie – wbić klin między naszych i niemieckich skoczków. A wystarczyło posłuchać pełnych zachwytu i emocji reakcji niemieckich dziennikarzy. Świat sportu, na całe szczęście, wolny jest od polityki, a jeśli jest w nim na politykę miejsce, to na przykład w kwestii finansowania szkoleń młodego narybku. Historia Andrzeja Stękały najlepszym tego dowodem. Niestety, wielu polityków chętnie grzeje się w ich blasku, zapominając za kilka minut o złożonych obietnicach.

Nie tylko sportowcom. Barbara Zielińska-Sabała, zarówno w poświęconej TOPR-owi książce, jak i w późniejszych wywiadach, z wielkim bólem pisała i mówiła o wynagrodzeniach ratowników jednej z najlepszych na świecie tego typu formacji. Są oklaski, wspólne zdjęcia i deklaracje, o których już w Poroninie nikt nie pamięta.

Śledząc historie naszych skoczków możemy odkryć wiele podobieństw między tą dyscypliną sportu i życiem duchowym. Niewielu zdaje sobie sprawę jak wielu monotonnych ćwiczeń wymaga choćby dobre odbicie z progu. Najlepszy kąt, według specjalistów, to czterdzieści stopni. Ale na każdej skoczni jest inna długość najazdu i kąt jego nachylenia. Stąd problemy wielu sportowców z wybiciem. Aby dojść do perfekcji trzeba przez wiele miesięcy, aż do znudzenia, powtarzać kilka prostych na pozór ćwiczeń, aż nadejdzie moment, gdy ukształtuje się pewien mechanizm, nazywany powtarzalnością. Ona, prócz warunków na skoczni, jest jednym z warunków sukcesu. Podobnie jest z życiem duchowym.

Gdy mówimy o życiu duchowym, modlitwie, wielu – jak asa z rękawa – wyciąga argument „z klepania pacierza” sugerując, że jego codziennie powtarzanie nie ma sensu. Zapominając przy okazji, że z modlitwą jak z dobrym skokiem. Sukces jest owocem monotonnej powtarzalności. Oczywiście jeśli w tym przypadku o sukcesie w ogóle możemy mówić. Bo – podobno – sukces nie jest żadnym z imion Boga. Jeżeli już nim cokolwiek jest, to przełożenie modlitwy na codzienne wybory i czyny. Tu jesteśmy jak nastoletni Kamil czy inni. Kiedyś będzie medal. Póki co, czy się komuś chce, czy nie, krótka deska z czterema kółkami i tysiące razy powtarzane ćwiczenie. Czyli poranny i wieczorny pacierz. Nudne to, prawda? Ale innej drogi nie ma.

Jesteśmy po serii noworocznych życzeń. (Wrr, sms masowy… Jak ja je kocham…) Jak zdążyliśmy już zauważyć, ono samo nie spada z nieba. Trzeba mu pomóc. Monotonnie, wytrwale ćwicząc, walcząc z nudną powtarzalnością i pojawiającym się wówczas zniechęceniem. Niekiedy, a może najczęściej, latami. Tę otwierającą drogę do szczęścia umiejętność Jezus nazywa wytrwałością. Jej nam potrzeba. Reszta będzie dodana.

Święty Antoni Pustelnik, którego za niespełna dwa tygodnie będziemy w liturgii Kościoła wspominać, pięćdziesiąt lat żył w samotności powtarzając każdego dnia, setki razy, jedno zdanie: „Panie Jezu, Synu Dawida, ulituj się nade mną”. Po pięćdziesięciu latach usłyszał głos Boga…

Cieszmy się zimą za oknem i uczmy się dobrze nudzić.

ks. Włodzimierz Lewandowski – „wiara.pl”

 
 
 
 
16
 
 
Chrzestni: trudny wybór,
trudne pytania

Mamy problem z chrzestnymi. Przy każdym kolejnym dziecku zauważamy, jak kurczy nam się wybór. Ludzie, którzy spełniają wszystkie warunki określone przez Kościół, powoli stają się mniejszością. Coraz częściej stawiamy sobie trudne pytania.

Czy określenie „rodzice chrzestni” jest prawidłowe?

NIE, ale…

To może być zaskakujące, ale ani prawo kanoniczne, ani obrzędy chrztu wcale nie mówią o „rodzicach chrzestnych”. Mowa jest jedynie o „chrzestnych”. Określenie „matka chrzestna”, „ojciec chrzestny” jest tylko zwyczajowe, ale i piękne, bo podkreśla znaczenie i silny duchowy związek chrzestnych z ochrzczonym. Dlatego choć nie jest określeniem prawnym, nie ma powodu, by z niego rezygnować.

Czy ksiądz może ingerować w nasz wybór chrzestnych?

TAK

Daje mu do tego prawo Instrukcja duszpasterska Episkopatu o udzielaniu sakramentu chrztu św. dzieciom z 1975 r. Nakazuje ona księżom, by:

– doradzali rodzicom w poszukiwaniu chrzestnych

– sprzeciwiali się, jeśli rodzice wybierają chrzestnych, kierując się ich zamożnością, a nie troską o religijne wychowanie dziecka

– żądali od chrzestnych potwierdzenia ze strony ich proboszcza, że rzeczywiście prowadzą życie religijne i spełniają kryteria wymagane przez Kościół

To oznacza, że ksiądz nie może jedynie wpisać do ksiąg metrykalnych nazwisk chrzestnych, podanych przez rodziców. Jego obowiązkiem jest zainteresować się, czy wybór rodziców podjęty został prawidłowo. Choć na pierwszy rzut oka wygląda na ograniczenie („ksiądz się wtrąca”), to w rzeczywistości jest dla rodziców dziecka szansą: jeśli sami mają problem ze znalezieniem chrzestnych, ksiądz ma obowiązek im w tym pomóc.

Czy rozwodnik może być chrzestnym?

TO ZALEŻY

Jeśli osoba rozwiedziona po ślubie kościelnym nie żyje w nowym związku, może wówczas przystępować do spowiedzi, otrzymać rozgrzeszenie i przyjmować Komunię św. W tej sytuacji bycie osobą rozwiedzioną nie jest przeszkodą, by zostać chrzestnym.

Zupełnie inna jest sytuacja, gdy ktoś po ślubie kościelnym i rozwodzie wchodzi w kolejny związek. Jeśli nie decyduje się „białe małżeństwo”, nie może otrzymać rozgrzeszenia sakramentalnego. Tymczasem prawo kanoniczne wymaga od chrzestnych, żeby pomagali dziecku w prowadzeniu chrześcijańskiego życia i byli jego przykładem. Dlatego nie pozwala, by ludzie, którzy nie żyją pełnią wiary i życia sakramentalnego, zostawali chrzestnymi. Dotyczy to nie tylko rozwodników w powtórnych związkach, ale tych wszystkich, którzy z różnych powodów żyją w związkach niesakramentalnych.

Kan. 874 – § 1.3. Do przyjęcia zadania chrzestnego może być dopuszczony ten, kto jest katolikiem, bierzmowanym i przyjął już sakrament Najświętszej Eucharystii oraz prowadzi życie zgodne z wiarą i odpowiadające funkcji, jaką ma pełnić.

Czy niekatolik może być chrzestnym

NIE. Ale…

Chrzestnym może być tylko katolik. Deklaruje on przy chrzcie, że pomagać będzie rodzicom w katolickim wychowaniu dziecka, a niemoralne byłoby wymaganie takiej deklaracji od osoby, która katolikiem nie jest.

Żyjemy jednak w duchu ekumenizmu, chrzest jest sakramentem wzajemnie uznawanym przez różne denominacje chrześcijańskie, a małżeństwa mieszane przestały należeć do rzadkości. Zdarza się, że wujek katolickiego dziecka jest protestantem lub prawosławnym. Choć nie może on zostać chrzestnym, może zostać tak zwanym „świadkiem chrztu”, bez praw i obowiązków, nakładanych przez Kościół katolicki. Jeśli decydujemy się na takiego świadka chrztu, wówczas chrzestny jest już tylko jeden.

Co ważne: świadkiem może być wyłącznie osoba, która nie jest katolikiem. Nie może nim być katolik, który z powodów moralnych (na przykład życie w związku niesakramentalnym) nie może zostać chrzestnym.

KPK 874 – § 2

Ochrzczony, należący do niekatolickiej wspólnoty kościelnej, może być dopuszczony tylko razem z chrzestnym katolikiem i to jedynie jako świadek chrztu.

Czy chrzestnych musi być dwóch?

NIE

Wspomnieliśmy wcześniej, że przy chrzcie może być obecny jeden chrzestny i jeden świadek. Dotyczy to tych, którzy w swoim otoczeniu mają niekatolików, którzy mogą być świadkami.

Okazuje się jednak, że zwyczajowe wybieranie dwóch chrzestnych dla dziecka nie jest niezbędne dla ważności sakramentu chrztu. Prawo kanoniczne stwierdza, że przyjmujący chrzest powinien, jeśli to możliwe, mieć chrzestnego: nie pojawia się tu określenie „musi”. Chrzestny może być więc tylko jeden, a jeśli nie ma go w ogóle, również nie jest to przeszkodą w udzieleniu sakramentu.

Trudno jednak stosować to prawo w sytuacji, gdy tyle osób wokół nas mogłoby być świadkami wiary dla naszych dzieci.

KPK 872

Przyjmujący chrzest powinien mieć, jeśli to możliwe, chrzestnego.

  

Czy chrzestnymi może być dwóch mężczyzn albo dwie kobiety?

NIE

W odróżnieniu od sakramentu małżeństwa, w którym płeć świadków nie ma znaczenia, chrzestnymi nie mogą być osoby tej samej płci. Kodeks prawa kanonicznego stwierdza, że należy wybrać tylko jednego chrzestnego lub chrzestną, albo dwoje chrzestnych. Wprawdzie niektórzy w Polsce próbują interpretować „dwoje” jako „dwie osoby”, ale łaciński tekst Kodeksu prawa kanonicznego rozwiewa wątpliwości. Czytamy w nim bowiem o „jednym chrzestnym i jednej chrzestnej” (Patrinus unus tantum vel matrina una vel etiam unus et una assumantur).

KPK 873

Należy wybrać jednego tylko chrzestnego lub chrzestną, albo dwoje chrzestnych.

Czy można być chrzestnym „na odległość”?

NIE

Prawo kanoniczne nie przewiduje, by pełnomocnik zastępował chrzestnego – choć również wprost tego nie zakazuje. Niektórzy powołując się ów brak zakazu, przekonują, że jeśli chrzestny nie dotarł na uroczystość z przyczyn losowych albo mieszka na drugim końcu świata, może w jego miejscu stanąć „chrzestny zastępczy”. Ów „chrzestny zastępczy” miałby spełniać funkcje podczas liturgii, ale nie staje się chrzestnym z pełnią obowiązków.

Taka interpretacja nie ma uzasadnienia nie tylko w Kodeksie prawa kanonicznego, ale również w obrzędzie udzielenia sakramentu chrztu, który wyraźnie zakłada fizyczną obecność chrzestnych i nie wspomina o nikim, kto by ich zastępował. Zresztą szukanie „chrzestnego zastępczego”, nawet w takich wypadkach losowych, mija się z celem. Skoro dziecko może być ochrzczone tylko w obecności jednego chrzestnego lub świadka, to po co?

Czy chrzest bez chrzestnych jest ważny?

TAK

Chrzestni są pomocą dla rodziców w wychowaniu dziecka w wierze, ale nie są warunkiem ważności udzielonego sakramentu. Najlepszym przykładem chrztu bez chrzestnych jest „chrzest z wody”, udzielany w niebezpieczeństwie śmierci nawet bez obecności księdza.

W przypadku nagłego pogorszenia stanu zdrowia dziecka czy bezpośredniego zagrożenia życia dziecko ochrzcić może każdy (nawet niewierzący!), jeśli ma intencję uczynienia tego, co w tym akcie czyni Kościół. Niezbędne jest tylko polanie głowy dziecka czystą wodą i wypowiedzenie słów: „Ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego”. O takim chrzcie trzeba poinformować proboszcza miejscowej parafii, żeby wpisał fakt udzielenia sakramentu do ksiąg metrykalnych oraz dopełnił pozostałych obrzędów (np. namaszczenie olejem świętym).

Chrzest z wody jest ważny, dlatego – jeśli zagrożenie życia minie – nie wolno go powtarzać. Dziecko przynosi się do kościoła na obrzęd włączenia go do wspólnoty. Namaszcza się je krzyżmem, nakłada białą szatę, zapala świecę: podczas tej uroczystości chrzestni już mogą pełnić swoją rolę, z zachowaniem wszelkich warunków.

  

Czy dziecku adoptowanemu mogę wybrać nowych chrzestnych, czy musi mieć tych, których nie znamy?

NIE, ale…

Chrzest udzielany jest tylko raz i nie można go powtarzać. Dlatego w przypadku adopcji należy dołożyć wszelkich starań, żeby sprawdzić, czy taki sakrament miał miejsce. Jeśli dziecko zostało ochrzczone przed adopcją, nie można ochrzcić go ponownie ani wybrać innych chrzestnych. Ewentualne powtórzenie obrzędów nie ma żadnych skutków, bo dziecko już było uwolnione od grzechu pierworodnego.

W przypadku adopcji często zdarza się, że rodzice adopcyjni nie wiedzą, czy dziecko zostało ochrzczone i nie są w stanie tego sprawdzić. Wówczas udziela się tak zwanego chrztu warunkowego. Ksiądz wypowiada wtedy formułę: „Jeśli nie jesteś ochrzczony, ja ciebie chrzczę”. Przy ceremonii są obecni wybrani przez rodziców chrzestni na zwykłych warunkach.

Bywa jednak, że rodzice wiedzą, że ich dziecko adoptowane chrzest przyjęło. Nie znają jednak jego chrzestnych lub nie chcą, by dziecko miało kontakt z rodziną biologiczną. Zależy im jednocześnie na tym, by uczestniczyć w obrzędzie inicjacji chrześcijańskiej dziecka. Księża mogą zaproponować wtedy uroczystość przyjęcia ochrzczonego już dziecka do wspólnoty. Mogą być na niej obecni świadkowie (tu w znaczeniu potocznym, nie jak wcześniej innego wyznania), którzy wprawdzie według prawa kościelnego nie będą chrzestnymi, ale w życiu dziecka pełnić będą taką rolę.

Wybrani przez nas chrzestni się nie sprawdzają. Czy możemy ich zmienić?

NIE

Prawo kanoniczne nie przewiduje możliwości zmiany chrzestnych. Może sytuacja, kiedy się „nie sprawdzają”, jest okazją do wspólnego rachunku sumienia, do szczerej rozmowy, do wyjaśnienia sobie naszych oczekiwań – dla dobra dziecka?

A jeśli nie mogę znaleźć żadnego kandydata na chrzestnego?

Takie sytuacje zdarzają się niestety coraz częściej. Przede wszystkim: nie rezygnuj z chrztu dziecka. Warto iść do księdza i szczerze o tym porozmawiać: brak odpowiednich kandydatów na chrzestnego nie jest przecież winą ani dziecka, ani jego rodziców. Pamiętaj, że brak chrzestnych nie jest przeszkodą dla udzielenia sakramentu chrztu. A może podczas rozmowy z księdzem okaże się, że nie zauważamy jakichś możliwości. Dziś rzadko pamięta się na przykład o tym, że chrzestnymi dla dziecka mogą być choćby jego dziadkowie czy nasi przyjaciele. Mało kto wie również, że w prawie kanonicznym nie ma przeszkód, by chrzestnym został ksiądz lub siostra zakonna – choć niektóre zgromadzenia lub przełożeni mogą nie wyrażać na to zgody ze względu na obowiązki wiążące się z funkcją chrzestnego.

Warto również zachować rozwagę i nie przypisywać chrzestnym zbyt dużej roli w życiu dziecka. Chrzestni mają pomagać w wychowaniu religijnym dziecka, ale nie są tymi – choć takie myślenie wciąż pokutuje! – którzy w razie śmierci rodziców zaopiekują się dzieckiem. Funkcja chrzestnych nie ma żadnych konsekwencji w prawie rodzinnym i nie ma znaczenia w postępowaniach w sprawie ustanowienia rodziny zastępczej czy w adopcji.

Monika Białkowska – Przewodnik Katolicki

 

 

 

Święci i błogosławieni w tygodniu

 
 

 

 

 


NIEDZIELNA EUCHARYSTIA – 6.30, 8.00, 9.30 – dla młodzieży,
11.00 – rodzinna, z dziećmi, 12.30, 16.00, 19.00, poniedziałek - sobota – 7.00, 7.30, 18.00.
Kancelaria (tel. 126452342) czynna:
(oprócz I piątku i świąt): godz. 8-9 i 16-17.15 (oprócz sobót)
Redakcja „Wzgórza w Blasku Miłosierdzia”: Władysław Wyka red. nacz.,
Wydaje: Parafialny Oddział Akcji Katolickiej nr 1 Archidiecezji Krakowskiej
- Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach 1a,
Nr k. bank – 08 1240 2294 1111 0000 3723 9378, tel.; 0-12-645-23-42.
NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:
strona internetowa parafii:
oraz milosirdzia-parafia.pl - PO Akcji Katolickiej
adres parafii:
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.,
strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl
adres gazetki:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.