WZGÓRZA W BLASKU MIŁOSIERDZIA

 

35/781                   -         30 sierpnia 2020 r. A.

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA „WZGÓRZA W BLASKU MIŁOSIERDZIA”

„Błogosławieni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią”

 

2

 

Słowo Boże jest ogniem spalającym wszystko, co nie pozwala panować Jezusowi ukrzyżowanemu. Słowo czyni nasze ciała ofiarą żywą, świętą i miłą Bogu. Słowo Pańskie odnawia nasz umysł mądrością krzyża i sprawia, że tracimy życie z powodu Chrystusa i Ewangelii. Odtąd w całym postępowaniu nosimy śmierć Jezusa na swoim ciele i śmierć wykonuje swoje dzieło w nas - aby życie Jezusa mogło się przejawiać w nas i przez nas dla innych.  

 

XXII niedziela zwykła roku A....

Jeśli Bóg z nami, któż przeciwko nam?

Hmmm... Może się okazać, że wszystko. Jedni, niewierzący, powiedzą, żeś fanatyczny talib. Inni, wierzący, powiedzą być może, żeś niemiłosierny faryzeusz, który zbyt wiele od siebie innych wymaga. Ale najważniejsze, by być wiernym Bogu. On kiedyś nas osądzi. Nie z odniesionych sukcesów. Z tego, czy byliśmy wierni Chrystusowi, Jego prawu. Ta wierność mimo przeciwności to zawsze było, jest i będzie nasze największe zwycięstwo.

Jeśli Bóg z nami, któż przeciwko nam! – wołał w jednym ze swoich listów św. Paweł. Czytania tej niedzieli dają na to pytanie zaskakująca odpowiedź: wszyscy. Wszyscy przeciw nam. Wydawałoby się, iż znajomość z Bogiem jest gwarancją, że człowieka nic złego nie może spotkać. I poniekąd jest to prawda. Ale w czytaniach tej niedzieli znajdujemy ważne dopowiedzenie do tej prawdy: jeśli wiernie służysz Bogu, konsekwentnie zmierzasz ku krzyżowi. Jeśli możesz liczyć na łatwe życie, to dopiero w wieczności.

 

4

 

W dzisiejszym numerze:
- Szczęśliwe cierpienie
- U korzeni lęku
- Logika obłędu
- Każdy ma swoją pustynię
- Święci i błogosławieni w tygodniu.

 

 

 

3

 

Szczęśliwe cierpienie

Zaparcie się siebie i wzięcie krzyża (por. Mt 16,24) to jedno z najtrudniejszych wymagań stawianych przez Jezusa, kojarzone często z trudem i cierpieniem, których to staramy się unikać. Dlatego św. Piotr, słysząc od Jezusa, że ten będzie cierpiał i zostanie zabity, robi Mu wyrzuty. „Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie” (Mt 16,22). Zachowuje się tak, jak większość z nas, gdy doświadczamy zła – chce go uniknąć. Piotr nie myśli tylko o Jezusie, ale – możemy się domyślać – troszczy się również o siebie: wie, że śmierć Jezusa będzie dla niego cierpieniem. Jednak Jezus pokazuje Piotrowi, że ucieczka od tego, co ma na Niego przyjść, nie jest myśleniem Boga. Skoro tak, to nasuwa się pytanie: Czy Bóg chce cierpienia?

To źle postawione pytanie. Chrystus nie przyjął cierpienia dla niego samego. Podjął je, by usunąć z ludzkiego życia jego przyczynę, czyli grzech. By przez mękę, śmierć i zmartwychwstanie wysłużyć nam zbawienie. Zatem Jezus przez przyjęcie krzyża nie wybiera cierpienia, a tylko przyjmuje je jako konsekwencję swojego zbawczego dzieła. Jest to ofiara, którą jako arcykapłan składa Bogu dla naszego zbawienia.

Dlatego Jezus stawia nam wymaganie, by przyjąć krzyż i Go naśladować. Postępowanie według tego wskazania umożliwia nam uczestnictwo w Jego zbawczej misji. W praktyce wygląda to właśnie w ten sposób, że przyjmując trud i krzyż naszej doczesności, możemy swoje życie oddać Bogu, jak pisze św. Paweł, „na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną” (Rz 12,1). Dzięki temu cierpienie, od którego w doczesności nie da się zupełnie uciec, zyskuje cel i staje się łatwiejsze do uniesienia. Paradoksalnie podjęcie krzyża dodaje nam siły, by znosić cierpienie do czasu, gdy dopełni się nasze zbawienie, czyli osiągnięcie wiecznego szczęścia.                     

Mariusz Kulig OP – „drodze.pl”

 

 

 

5

 

U korzeni lęku

Kryteria psychologiczne czy społeczne prowadzą do powierzchownych rozwiązań. Ale gdy wolność i miłość Chrystusa zmartwychwstałego dotkną korzeni ludzkiego lęku przed śmiercią, czujemy się uratowani od wewnątrz.

Zmagamy się z własnymi wadami. Ileż razy zniechęca nas fakt powracania do tych samych błędów, nieraz boleśnie beznadziejnych. Tymczasem Chrystus umarł i zmartwychwstał. Wieść o Zmartwychwstałym przeznaczona jest dla ludzi zniewolonych strachem przed śmiercią.

Jak powiada autor Listu do Hebrajczyków, człowiek na skutek lęku przed śmiercią przez całe swe życie podlega niewoli czynienia zła. Póki nie jesteśmy świadomi tej sytuacji, kerygmat nie rozwinie w nas swej mocy. Człowiek, grzesząc, doświadczył w sobie egzystencjalnej śmierci. Grzech, wbrew temu, co się zazwyczaj ludziom wydaje, niszczy człowieka od wewnątrz, wytwarzając wokół niego rodzaj śmiercionośnego środowiska. Uwięziony w tym kręgu, nie jest zdolny do wyjścia z siebie i otwarcia się na drugą osobę, aby wejść w jej świat. Tego rodzaju doświadczenie śmierci stoi na przeszkodzie, by pokochać drugiego w sytuacji, gdy tamten swym innym podejściem do spraw życiowych może mi zagrażać, przeszkadzać, czegoś zabraniać bądź zbytnio wymagać.

Zazwyczaj czujemy się gotowi kochać kogoś, kto w zamian nas doceni i dowartościuje. Chcielibyśmy kochać więcej i bardziej, ale uniemożliwia nam to jakiś wewnętrzny hamulec. Czasem czujemy się spętani jak niewolnicy. Nie pomagają ani zachęty, ani groźby. W każdym grzechu jest zawarta szczypta kłamstwa, zabójstwa i ateizmu. Grzesząc, doświadczamy w sobie skutków zerwania z Dawcą życia. Człowiek tymczasem istnieje w mierze, w jakiej Bóg daje mu istnienie z miłości. Odrzucenie Boga stanowi korzeń zła. W efekcie człowiek czyni zło, którego nie chce. Dopiero w Chrystusie odsłania się cała prawda o człowieku: zarówno o otchłani, w jakiej się zatracił, jak i o wielkości zbawienia. Kryteria psychologiczne czy społeczne prowadzą do powierzchownych rozwiązań. Ale gdy wolność i miłość Chrystusa zmartwychwstałego dotkną korzeni ludzkiego lęku przed śmiercią, czujemy się uratowani od wewnątrz. Inaczej możemy wciąż zmieniać scenerię życia, partnerów, prace – nic nas nie odłączy od śmiertelnej pustki w sobie. Nasze społeczeństwo proponuje zdrowy styl życia, rozrywki, kult młodości, gwarancje posiadania – nic nie pomaga. Jad śmierci nie traci na intensywności, a nawet się wzmaga. Stąd plaga samotności, narkotyków, przemocy, depresji.

W takiej sytuacji kerygmat apostoła brzmi jak wspaniała nowina. Możesz żyć! Tu i teraz jest ci dawane za darmo życie. Chrystus przełamał pierścień śmierci i grzechu, zwyciężył tego, który dzierżył władzę nad śmiercią, byś mógł przekroczyć barierę niemożności, dotarł wreszcie do drugiej osoby i pokochał ją.

W człowieku uwolnionym od lęku przed umieraniem rodzi się chrześcijańska miłość w wymiarze krzyża, nawet do nieprzyjaciela. W taki sposób kocha Jezus! Tak ukochał nas Bóg, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami.

ks. Robert Skrzypczak –„wiara.pl”

 

 

 

6

 

Logika obłędu

Gdy „człowiek ma swoje prawa” zastąpić twierdzeniem „ofiara ma swoje prawa”, można usprawiedliwić każde świństwo.

Sporo ostatnio na świecie różnych protestów. Mieliśmy trochę u nas, mamy za wschodnią, ale i za zachodnią granicą. Różnie wyglądają. Jedni protestując nie podnoszą ręki na cudze. Dla innych czyjaś własność nie ma znaczenia. Najbardziej zadziwiają obrazki z protestów w USA. Demonstranci, niszczący wszystko co stanie im na drodze albo agresywnie domagający się od innych, żeby przyłączyli się do ich protestu. A wszystko niby w obronie praw. Nie no, tacy Polacy czy ostatnio zwłaszcza Białorusini zachowują się podczas demonstracji o niebo mądrzej. Nikt raczej nie wyładowuje swojej frustracji rozwalając czy podpalając zaparkowane na ulicy samochody. Nikt nie demoluje i nie plądruje sklepów. Czy tym ludziom na zachodzie już kompletnie odbiło, że takie rzeczy robią?

Problem chyba w hierarchii wartości. U podstaw chrześcijańskiej, gdy chodzi o stosunek do bliźniego, jest Chrystusowy nakaz miłowania. Doprecyzowany takimi ogólnymi zasadami jak ta, by nie czynić drugiemu, co mnie niemiłe, że dobry cel nie uświęca niemoralnych środków i że szacunek do człowieka jest wyrazem miłości bliźniego. Niestety, w sercu chyba wielu ludzi, także nominalnie chrześcijan, nie ma takiej świadomości. Podstawą bywa „ja mam prawo”, „mnie się należy”. Tyle wystarczy, by już zupełnie nie umieć się dogadać. Bo jeśli dla kogoś podstawową wartością jest jego egoistyczne „ja”, to choćbyśmy niby mówili to samo, nie będziemy mówić tego samego ani myśleć o tym samym. Przykładem choćby przekonanie chrześcijan o tym, że ludzki rozum i wola musi szanować rzeczywistość, a twierdzenia innych, że ludzkie „chcę” jest bezwzględnie stwórcze. Albo przeświadczenie, że sumienie ma odkrywać Boże prawo a przekonanie innych, że jest ono twórcą moralnych zasad.

Niestety, modnym stało się robienie z siebie ofiary i na tej podstawie żądanie dla siebie różnych praw. Jestem ofiarą, więc wolni mi więcej niż innym. Także bezkarnie niszczyć czyjąś własność. Nie przeszkadza to, że prawdziwymi ofiarami byli prapradzkadkowie: nic nie szkodzi, ja z tego względu mam traumę. Bo mój prapraprapra dziadek był niewolnikiem, a moja praprababka zginęła w Auschwitz. Phi, pewnie są w Polsce tacy, których praprapradzadek zginął pod Austerlitz, pradziadków wielu po Powstaniu Styczniowym wywieziono na Syberię, wielu też siedziało a nawet straciło życie w hitlerowskich obozach koncentracyjnych i stalinowskich gułagach, o zamykanych w Polskich więzieniach już nie mówiąc. To daje nam prawo do demolowania czego się da i lania innych w mordę? Obłędna logika. Niemców i Rosjan to powinniśmy bić na okrągło. A i Szwedów byłoby za co, prawda? Gorzej, w takiej logice „resortowe dzieci” też powinny uważać. Bo „twój ojciec mojemu ojcu” itd... Obłędna to logika.

Widzę jednak w tym wszystkim także bardziej prozaiczny problem. Wiem, to złośliwość z mojej strony, ale... Może należałoby przeprowadzić badania, czy przypadkiem taka bezmyślna agresja na ulicach nie jest wprost proporcjonalna do ilości wypalonej trawki czy wciągniętej heroiny? Znam takie sytuacje. Dziwiłem się czasem, że gadam z człowiekiem „online”, a wydaje się kompletnie nieprzemakalny na argumenty. Sprawa wyjaśniała się, gdy dzwonił. No tak, znów wypił. I jak tu gadać jak z mądrym? Jak ktoś „nie jest pod wpływem” można dyskutować, szukać argumentów, wykazywać, odwoływać się do zasad podstawowych, ale jak gadać z pijanym czy naćpanym, albo z gościem na głodzie czy trzęsącym się ze strachu, że niebawem znów na nim będzie? Dziwnie się czuję, kiedy ja, wierzący, podobno z definicji odrzucający rozum na rzecz wiary, muszę tegoż rozumu bronić przed tymi, którzy wyżej od niego stawiają egoizm i rozedrgane emocje; dla których bycie ofiarą, i to nawet w dziesiątym pokoleniu, jest podstawą wszelkich ludzkich praw. No.. ale co zrobić? Tak to już z tym podobno kochającym rozum światem jest.

Andrzej Macura – „wiara.pl”

 

 

 

7

 

Każdy ma swoją pustynię

Jon Evans / CC 2.0 Pustynia – to nazwane i nienazwane fobie, poczucie straty i zawodu, błędne postawy i błędne gesty, drogi naokoło i drogi do nikąd, słuszne lub urojone poczucie winy; rozczarowania, które nie zawsze wyprowadzają z błędu; cierpienia i niezaspokojone potrzeby, dla których jeszcze nie znaleziono imienia, ale które można by sprowadzić do wspólnego mianownika: dłużej już się nie da, mimo, że by się chciało.

Niepowodzenia zawodowe, brak pracy, kłopoty z krążeniem, awans, który nas ominął…

Co oznacza słowo pustynia? W rozumieniu Biblii pustynia nie oznacza „przestrzeni wypełnionej piaskiem”. Pustynia jest raczej obrazem samotności, opuszczenia, wypalenia.

Być na pustyni oznacza: nie mieć nikogo, nie móc się porozumieć, uginać się pod ciężarem, nie znajdować w niczym radości, być osowiałym, „wewnętrznie skurczonym” (Anselm z Canterbury). Pustynia to bezradność i uzależnienie od innych, rozpacz i uczucie, że ziemia zapada się pod stopami, wewnętrzna pustka i ogołocenie.

Pustynia to nie termin geograficzny, ale obraz egzystencji człowieka, także dzisiaj.

Tomasz Sartory, znany teolog katolicki, opisał kiedyś „sytuację pustyni” dzisiejszego człowieka w następujący sposób:

"Człowiek współczesny nie przemierza suchego, bezludnego kraju w dosłownym tego słowa znaczeniu. Mieszka w miastach. Ale czyż właśnie te gęsto zaludnione miasta nie są miejscami największej samotności i opuszczenia? Czyż nowoczesne mrówkowce nie stały się właśnie symbolem nowoczesnego odludzia? W wielu jednoosobowych celach ludzie urządzali sobie z czasem z coraz większą perfekcją i luksusem swoje pustelnie.

Te cztery ściany, w których, zazwyczaj samotni, czekają na telefon, na wizytę, na coś, co przerwie rozpacz osamotnienia. Któż może w nieskończoność czytać, słuchać płyt, oglądać telewizję, czy też przygotowywać smakołyki na grillu. Tu mamy kawałek nowoczesnej pustyni, miejsce osamotnienia i opuszczenia".

Zgadza się: samotność przybrała dziś przerażające rozmiary. Zewnętrznie ludzie coraz bardziej przybliżają się do siebie, ich serca jednak oddalają się od siebie. Sieć stosunków międzyludzkich porwana jest na strzępy. Jakże wielu z nas ma poczucie, że traci grunt pod nogami, czuje się opuszczonymi! Jakże wielu z nas nie ma się komu zwierzyć, załamuje się, traci odwagę, ulega poczuciu bezradności, niemożności przedsięwzięcia czegokolwiek, chciałoby najchętniej „ze sobą skończyć”.

Na pustyni każdy jest całkiem sam. Dotyczy to ludzi biednych w tym samym stopniu, co bogatych. Nie ma tu nikogo, do kogo można by zaraz zadzwonić, zapytać, poprosić o radę czy informację. Pustynia jest nudna i jednostajna, ciągle to samo: słońce, wiatr i piach.

Nie ma nic, co by mogło odwrócić naszą uwagę. Nie ma nikogo oprócz nas samych.

Pustynia nikogo nie pozostawia bez echa. Stanowi całą rozpiętość fizycznych i duchowych cierpień, defekty psychiczne, granice naszego temperamentu. Także niepowodzenia i upadki, nieporozumienia i niezrozumienia, pogarda i pomówienie – wszystko to kryje w sobie słowo: pustynia.

Pustynia to wszystko, co „przekreśla” nasze życie, co nas „krzyżuje”, co nam wchodzi w drogę: wszystko, co nas trapi, oczernia i hańbi, co przekreśla nasze plany, wszystko co nas męczy, hamuje i przeszkadza nam, co obraca w niwecz nasze trudy, wszystko, co nie pozwala nam się cieszyć, co nas boli, co nam kaleczy życie, nas nieomal zabija.

Niepowodzenia zawodowe, brak pracy, kłopoty z krążeniem, awans, który nas ominął; człowiek, który nam działa na nerwy albo odwrotnie: do którego czujemy nadmierną sympatię; ktoś, z kogo należałoby zrezygnować, ale się nie potrafi; uporczywe myśli i depresje; córka, która nie przeszła do następnej klasy, syn, który nie daje sobie rady w Ameryce, „niechęć do słuchania o kimkolwiek z samego tylko rozczarowania”, niemożność zaufania Bogu, bo nic się nie udało – cały ten barwny bałagan może kryć się pod pojęciem pustyni, przez którą musimy iść, co dzień, co godzinę.

Pustynia – to nazwane i nienazwane fobie, poczucie straty i zawodu, błędne postawy i błędne gesty, drogi naokoło i drogi do nikąd, słuszne lub urojone poczucie winy; rozczarowania, które nie zawsze wyprowadzają z błędu; cierpienia i niezaspokojone potrzeby, dla których jeszcze nie znaleziono imienia, ale które można by sprowadzić do wspólnego mianownika: dłużej już się nie da, mimo, że by się chciało.

Matka, która dosłownie rozbija się o chłód własnego dziecka; oszukana dziewczyna; rodzina, w której nikt już ze sobą nie rozmawia; żona, którą mąż zdradza, lub po prostu zostawia, wyrzuca jak „zużyty mebel”...

Tak można by przytaczać szereg przykładów. Pustynia jest w ludzkim życiu realnie obecna. Jest częścią człowieka, życia, każdego życia, jak głowa jest częścią ciała. Nikt, patrząc na swoje życie nie może powiedzieć z czystym sumieniem: „Jestem bezgranicznie szczęśliwy. W moim życiu wszystko dotąd szło jak z płatka!” To byłoby wprowadzanie samego siebie w błąd, oszukiwanie samego siebie. Byłby to człowiek, który nigdy naprawdę nie żył. „Bezgranicznie szczęśliwy” to bajeczka dla grzecznych dzieci.

Pustynia jest tak stara jak sama ludzkość. Doświadczały jej już wielkie postaci biblijne. Abraham, Mojżesz, Eliasz, Dawid, Jan Chrzciciel, Chrystus, Paweł – każdy z nich miał swoją pustynię, taką czy inną. Jedni doświadczali jej dłużej, inni krócej, jedni w większym, inni w mniejszym stopniu.

Na przykład Eliasz, prorok Starego Testamentu, miał wszystkiego dość i pragnął umrzeć, jak czytamy w Pierwszej Księdze Królewskiej (19,1nn). Jonasz nie poszedł do Niniwy i uciekł do Tarszisz (= Gibraltar), uważany wtedy za „koniec świata”. Św. Paweł, apostoł narodów, wzdychał nad swoim „nieszczęśliwym ciałem” (Rz 8,23); a Jezus wzdychał nad „złym i cudzołożnym plemieniem” (Mk 9,23; Mt 17,17; Łk 12,50; Mt 26,38).

Przez cóż musiał przejść Dawid, który drogo musiał zapłacić za swoje cudzołóstwo, albo Jeremiasz, ten wspaniały i wrażliwy człowiek, który oddał Bogu swoje ostatnie siły! Jakże wzdychali przed laty autorzy psalmów równo 2700 lat temu: Jahwe, jak możesz do tego dopuścić, żeby złość ludzka tak nas prześladowała, abyśmy dusili się w błocie, aby woda sięgała nam po szyję, żeby porywał nas prąd! „Zbudź się Panie, dlaczego śpisz...?”

Prawo pustyni przewija się przez całą historię Kościoła, począwszy od Ojców Pustyni a skończywszy na św. Janie od Krzyża (1542–1591), wielkiej św. Teresie z Avila (1515–1582) i św. Ignacym Loyoli (1491–1556) aż do św. Edyty Stein (1891–1942). Najwyraźniej pustynia to ważna brama do przyszłości człowieka.

Z prawem pustyni spotykamy się też w naszym codziennym życiu. W tej pustyni przypominamy wyschniętą i popękaną ziemię, która woła o wodę. Ale czyż nie jest z drugiej strony prawdą: kto jest spragniony, ma nadzieję na to, że dostanie coś do picia?

Pustynia, jeśli się na niej wytrwa, może stać się wielką życiową szansą. Okazuje się potem, że była to niepowtarzalna możliwość, aby dorosnąć, zdobyć wiedzę inaczej nieosiągalną. Pustynia ma niezwykłe znaczenie dla wewnętrznego dojrzewania człowieka, można wręcz powiedzieć: nieocenioną wartość.

„Ludzie pokryci bliznami mają w sobie szczególny żar” (Gisbert Greshake), można było przeczytać swego czasu na jednej z kart kalendarza. Oznacza to: Ludzie Ci nauczyli się, że rany to jednocześnie egzamin z życia, klasówka z życia, aby wypróbować siłę, wewnętrzne przekonanie, charakter człowieka. W tym duchu pisze też Georg Moser, zmarły w 1988 biskup diecezji Rottenburg-Stuttgart, w swej książce: "Auf dem Weg zu mir selbst":

"Cierpienie może uczynić nieczułym i zgorzkniałym; potrafi jednak też otworzyć nam oczy i podarować nam głębsze i klarowniejsze spojrzenie na świat. Burząc fasady i łamiąc lód na powierzchni naszej egzystencji, otwiera nas na nowe doświadczenia i nowe horyzonty".

Doświadczenia pustyni nie da się niczym zastąpić. Ktoś kiedyś powiedział:

"Gdy zastanawiam się nad swoim życiem muszę przyznać: Najcenniejszymi godzinami mojego życia były te, kiedy wydawało mi się, że jestem w sytuacji bez wyjścia".

Często odkrywamy, że to, co z pozoru wygląda na nieszczęście, okazuje się wkrótce szczęściem.

Adalbert Ludwig Balling, misjonarz z zakonu Mariannhill, wyraża tę myśl w następujący sposób:

'Odnowa i nawrócenie możliwe są tylko dla tego, kto krzyżowi mówi tak.

Bez krzyża – bez bólu, bez trudu i wysiłku nie ma prawdziwego postępu, również w życiu duchowym. Droga do wewnętrznej reformy prowadzi przez Golgotę. Napis w katedrze w Schleswig jest wyrazem prastarego doświadczenia: „Musimy codziennie umierać, aby nie umrzeć, kiedy będziemy umierać”'.

Nam, ludziom współczesnym trudno to pojąć. Myślimy „perfekcjonistycznie”. Wszystko musi być doskonałe i stawać się jeszcze doskonalsze: mieszkanie i wyposażenie, od robota kuchennego po telewizor. Do tego świata nie pasuje żaden krzyż, żaden ból, żadne cierpienie, żadna pustynia. Są jak gruba krecha, co przekreśla nasze osiągnięcia. Zdarzyło się to już uczniom: słowa o krzyżu wydawały im się ciemne, tak, że nie mogli ich zrozumieć (por. Łk 9,45).

Zrozumieć tego się nie da, można w to tylko uwierzyć. Wiara to jednak więcej niż wiedza. Wiara jest łaską i Bóg chce byśmy o nią prosili. Kto się modli, pokona przeciwności lub może już je pokonał. Ale – nie każdy cierpiący znajduje drogę do wyzwalającej modlitwy.

Anton Kner, Reinhard Abeln

„wiara.pl”

Święci i błogosławieni w tygodniu

 

30 sierpnia - św. Małgorzata Ward, męczennica
30 sierpnia - święci Gwaryn i Amadeusz, biskupi
30 sierpnia - św. Junipero Serra, prezbiter
30 sierpnia - przebicie serca św. Teresy od Jezusa, dziewicy i doktora Kościoła
30 sierpnia - bł. Ghebre Michał, prezbiter i męczennik
30 sierpnia - bł. Alfred Ildefons Schuster, biskup
30 sierpnia - Rebeka, żona Izaaka
31 sierpnia - św. Józef z Arymatei
31 sierpnia - św. Nikodem
31 sierpnia - św. Arystydes Marcjanus, męczennik
31 sierpnia - św. Jan z Riły, pustelnik
31 sierpnia - św. Rajmund Nonnat, kardynał
31 sierpnia - bł. Piotr Tarrés y Claret, prezbiter
31 sierpnia - kościół katedralny w Bydgoszczy
 
1 września - bł. Bronisława, dziewica
1 września - św. Teresa Małgorzata Redi od Najświętszego Serca Jezusa, dziewica
1 września - Najświętsza Maryja Panna, Królowa Pokoju
1 września - św. Dulcelina
1 września - Jozue, praojciec
1 września - Gedeon, sędzia Izraela
1 września - Rut
2 września - błogosławieni męczennicy Jan Franciszek Burté, Apolinary Morel, Seweryn Girault oraz Towarzysze
2 września - św. Beatrycze z Silvy, dziewica
2 września - św. Wilhelm, biskup
2 września - bł. Ingrida Szwedzka, zakonnica
3 września - św. Grzegorz Wielki, papież i doktor Kościoła
3 września - św. Marinus, pustelnik
3 września - św. Feba z Kenchr, wdowa
3 września - bł. Gerard z Jerozolimy, zakonnik
3 września - bł. Brygida od Jezusa Morello, zakonnica
4 września - błogosławione męczennice z Nowogródka - Maria Stella i Towarzyszki
4 września - św. Rozalia, dziewica
4 września - Najświętsza Maryja Panna Matka Pocieszenia
4 września - błogosławieni Jan Karol M. Bernard du Cornillet, Jan Franciszek Bonnel de Pradal i Klaudiusz Ponse, prezbiterzy i męczennicy
4 września - św. Bonifacy I, papież
4 września - bł. Katarzyna z Racconigi
4 września - bł. Maria od św. Cecylii Rzymianki, zakonnica
4 września - Mojżesz, prorok i prawodawca
4 września - kościół katedralny w Łomży
5 września - św. Matka Teresa z Kalkuty, dziewica i zakonnica
5 września - św. Wiktoryn, męczennik
6 września - św. Magnus z Füssen

6 września - bł. Michał Czartoryski, prezbiter i męczennik

 

 

 

NIEDZIELNA EUCHARYSTIA – 6.30, 8.00, 9.30 – dla młodzieży, 11.00 – rodzinna, z dziećmi, 12.30, 16.00, 19.00, poniedziałek - sobota – 7.00, 7.30, 18.00.

Kancelaria (tel. 126452342) czynna:

(oprócz I piątku i świąt): godz. 8-9 i 16-17.15 (oprócz sobót)

Redakcja „Wzgórza w Blasku Miłosierdzia”: Władysław Wyka red. nacz.,

Wydaje: Parafialny Oddział Akcji Katolickiej nr 1 Archidiecezji Krakowskiej

- Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach 1a,

Nr k. bank – 08 1240 2294 1111 0000 3723 9378, tel.; 0-12-645-23-42.

NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:

strona internetowa parafii:

www.wzgorza.diecezja.krakow.pl

oraz milosirdzia-parafia.pl - PO Akcji Katolickiej

adres parafii:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.,

strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl

adres gazetki:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.