WZGÓRZA

W BLASKU MIŁOSIERDZIA

 

33/779                   -         16 sierpnia 2020 r. A.

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA „WZGÓRZA W BLASKU MIŁOSIERDZIA”

„Błogosławieni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią”

 

2

 

 

XX NIEDZIELA ZWYKŁA

16 sierpnia 2020 r.A.

 

Kto jest narodem wybranym? Izrael czy Kościół? A jeśli Kościół, to czy Izrael został ostatecznie odrzucony? Dla nas takie pytania rzadko mają znaczenie. No, może tylko w dyskusjach na temat antysemityzmu.

Ale powinno nas zastanowić, że Bóg chce zbawienia wszystkich. Bez wyjątku. O tym są czytania tej niedzieli. Nie powinniśmy żadnej kategorii ludzi spisywać na straty.

 

5

 

 

W dzisiejszym numerze:
- Jedną nogą w niebie
- Kobieta
- Panie, dopomóż mi!
- Słoń w jarzębinie
- Co to jest Didache? I dlaczego te pisma są tak ważne dla chrześcijan?
- Ogień nad Wisłą
- W stronę nieba
- Święci i błogosławieni w tygodniu.

 

 

 

4

 

Jedną nogą w niebie

Wniebowzięcie... to zapowiedź naszego losu. Przejdziemy przez śmierć, ale po zmartwychwstaniu z duszą i ciałem przez całą szczęśliwą wieczność będziemy w niebie.

„Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny, święte jest imię Jego”. To wołanie Maryi z Magnificat, przytoczone w Ewangelii uroczystości Jej wniebowzięcia, chyba najlepiej ujmuje sens tego obchodu. Zwykła młoda dziewczyna z Nazaretu przez realizację Bożego planu stała się Matką Boga. Niesamowita sprawa. Ten, który jest „Bogiem z Boga, światłością ze światłości, Bogiem prawdziwym z Boga prawdziwego”; który jest zrodzony z Ojca, a nie przez Niego stworzony, który jest współistotny Ojcu, przyjął ludzką naturę tak konsekwentnie, że choć nie przestał być Bogiem, jest też w pełni człowiekiem. Jest, bo przecież umierając i zmartwychwstając nie pozbył się ludzkiej natury. Dziś, siedząc po prawicy Ojca ciągle jest zarówno prawdziwym Bogiem, jak i prawdziwym człowiekiem. Jak to ujął Sobór Chalcedoński: „Jednorodzonego należy wyznawać w dwóch naturach, bez zmieszania, bez zmiany, bez rozdzielania i rozłączania. Nigdy nie zanikły różnice natur przez ich zjednoczenie, ale została zachowana właściwość obu, tworzących jedną osobę i jedną hipostazę. Nie można Go dzielić na dwie osoby ani ich w Nim rozróżniać, ponieważ jest jeden i ten sam Syn Jednorodzony, Słowo Boże, Pan Jezus Chrystus, jak przedtem prorocy nauczali o Nim, jak sam Jezus Chrystus o tym nas pouczył i jak nam przekazał Symbol Ojców”. A to wszystko dzięki „tak” Maryi. Naprawdę wielkie Jej, a przez Nią i nam, rzeczy uczynił Bóg. W uroczystości wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny pojawia się jednak jeszcze jeden, niesamowity powód do chwalenia Boga: Maryja nie umarła, a z ciałem i duszą została wzięta do nieba. Niezwykły dar dla Maryi, ale i obietnica dla nas. Choć umrzemy, my też kiedyś z duszą i ciałem mamy być w niebie. Los Maryi jest zapowiedzią naszego losu. Tak, naprawdę, wielkie rzeczy czyni dla nas Bóg.

Prawda o wniebowzięciu Maryi została nam przekazana przez Tradycję, a jako dogmat ogłoszono ją dopiero w XX wieku. Nie ma o niej wzmianki na kartach Nowego Testamentu, ale piszą się o niej chrześcijańscy pisarze, także autorzy apokryfów. Siłą rzeczy biblijne czytania tej uroczystości nie odnoszą się więc wprost do wniebowzięcia Maryi. Są jednak arcyciekawe. Każą nam widzieć w Maryi ikonę Kościoła: wezwanie dla każdego z nas i – zachowując oczywiście odpowiednie proporcje – w jej losie zapowiedź naszego losu.

 

 

1

 

Kobieta

Kiedy Jezus po raz pierwszy rozsyłał dwunastu, by głosili Ewangelię, powiedział do nich: „Nie idźcie do pogan. Idźcie raczej do owiec, które poginęły z domu Izraela”.

Kiedy Jezus po raz drugi rozsyłał apostołów, by głosili Ewangelię, powiedział do nich: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody”.

Skąd ta zmiana? Najpierw „nie do pogan, tylko do domu Izraela”, a potem „wszystkie narody”? Jak Pan Jezus do tego doszedł? Co się wydarzyło, że zmienił zdanie? Co było pomiędzy pierwszym i drugim rozesłaniem?

Było między innymi spotkanie z kobietą kananejską. Kobieta woła: „Ulituj się nade mną!”. Jezus trzyma się swego: „Jestem posłany do owiec, które poginęły z domu Izraela”. Kobieta nalega: „Panie, dopomóż mi”. Jezus obstaje: „Niedobrze jest zabierać chleb dzieciom i rzucać psom”. Kananejka wypowiada najważniejsze słowa, jakie kiedykolwiek powiedziała w życiu: „Tak, Panie, ale i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów”.

I jak tu po takim dictum nie iść do wszystkich? Byłaby to małoduszność.

Czy było to potrzebne Jezusowi? Roman Brandstaetter w książce Jezus z Nazaretu twierdzi, że nie. „Jezus, który tylko czekał na ów pokorny pokłon, złożony przez pogańską niewiastę Domowi Wybraństwa, oczyścił jej duszę z wszeteczeństwa i nicości i wypełniwszy oczyszczone miejsce swoją Obecnością, rzekł rozkazującym głosem: Niewiasto, wielka jest twoja wiara. Niech ci się stanie tak, jak chcesz”.

Brandstaetter twierdzi, że było to potrzebne uczniom: „I rzeczywiście, ujrzeli, że gojim są ludźmi równie cierpiącymi, jak synowie Izraela, że wśród gojim, jak wśród synów Abrahama, są ślepcy, głusi, kalecy, chromi, opętani przez szatanów, że gojim, jak synowie Abrahama, łakną zdrowia, pełni życia, zbawienia od chorób, od zła i równie jak synowie Abrahama są głodni współczucia, litości i cudów”.

Choć może Jezusowi to spotkanie też było potrzebne? Moglibyśmy wtedy mówić, że spotkanie Jezusa z Kananejką było wstrząsem dla Niego, że było nowym otwarciem, poszerzeniem Jego myśli i serca. Że spotkanie Jezusa z kobietą kananejską wszystkim wyszło na dobre. Że dużo zawdzięczamy tej kobiecie.

Tomasz Golonka OP - ur. 1965, dominikanin, przeor, proboszcz parafii pw. Przemienienia Pańskiego w Katowicach. „wdrodze.pl”

 

 

3

 

Panie, dopomóż mi!

Wśród wielu badań ankietowych, jakie były prowadzone w ostatnich latach w Polsce, można odnaleźć również te dotyczące modlitwy. Okazuje się, że większość z nas preferuje modlitwę prośby. Na pytanie dotyczące treści tych modlitw statystyczny Polak najczęściej odpowiada: na pierwszym miejscu prosimy o zdrowie, następnie o szczęście i miłość w rodzinie, o pracę, o pieniądze, a także o szczęśliwą śmierć (szczególnie starsi). Wśród modlitw zanoszonych przez współczesnych Polaków można odnaleźć bardzo proste formuły, ale także słowa wzruszające, pełne nadziei i miłości. Oto kilka przykładów.

Chory na raka krwi siedmioletni Piotruś modlił się w szpitalu słowami: „Kochany Panie Jezu, tak bardzo chciałbym jeszcze wyjść na podwórko i zagrać w piłkę. Nie pozwól mi umrzeć! Jestem jeszcze taki mały. Co powie mama i tata? Zapłaczą się na śmierć. Wiem, że mnie nie zostawisz!". Jakże piękna i wzruszająca modlitwa dziecka, które prosi o życie! Rodzice do dziś pokazują słowa modlitwy napisanej przez ich syna na kartce.

Czternastoletnia Małgosia, obserwująca rozpad małżeństwa rodziców, z wielką żarliwością zanosiła do Boga prośbę: „Panie Jezu, nie pozwól, aby moja rodzina się rozpadła. Ja tak bardzo potrzebuję i mamy, i taty. Nieważne, kto jest bardziej winien. Zadziałaj, proszę Cię, a ja codziennie będę odmawiała różaniec, dziękując Ci. Jest mi bardzo trudno być w domu, gdy ciągle są kłótnie. Wiem, że mnie zrozumiesz! Pomóż!”.

Jakże nie wzruszyć się modlitwą matki, która po wypadku swojego dziesięcioletniego syna modliła się pełna ufności: „Boże, Ty nie możesz być okrutny. Mój Mareczek jest moim sensem życia. Kocham go nad życie. Skoro mi go dałeś, to mi go teraz zostaw i uratuj. Nie potrafię bez niego żyć. Nie możesz pozostać głuchy na moje prośby. Bądź miłosierny!”.

A jakże bliska jest niektórym modlitwa, którą zanosiła pewna matka za swojego czterdziestoletniego syna niechodzącego do kościoła: „Panie Jezu, tak chciałam go wychować po katolicku. Uczyłam go modlitw, prowadziłam do kościoła. Nie wiem, co się stało, dlaczego odwrócił się od Ciebie i Kościoła. Ufam Ci jednak! Wierzę, że pomożesz mu wrócić. Tak boli serce matki, gdy syn staje się inny! Proszę Cię dla niego o łaskę wiary!”.

I wreszcie nachalna modlitwa kobiety z dzisiejszej Ewangelii: „A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: Panie dopomóż mi. (...) Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida” (Mt 15).

Wbrew pozorom wszystkie przytoczone modlitwy łączy kilka cech, które mogą posłużyć jako pewnego rodzaju instruktaż chrześcijańskiej modlitwy prośby. We wszystkich przypadkach proszący przyszli do Pana, aby błagać Go o łaskę graniczącą z cudem. Kobieta kananejska, podobnie jak pozostali proszący, miała świadomość, że tylko Bóg jest w stanie jej pomóc. Wiara w moc Chrystusa powinna przyświecać każdemu, kto prosi Go o zmiłowanie. Brak ufności czy zwątpienie stają się przeszkodami w skutecznym wypraszaniu łask. Każdy z nas, prosząc Boga o konkretne sprawy, powinien bezgranicznie wierzyć, że zostanie wysłuchany. Inaczej nie będzie w tej modlitwie żarliwości i potrzebnego zaangażowania!

Drugą wspólną cechą przytoczonych postaw modlitewnych jest ich konsekwencja, wręcz nachalność! Wszyscy cytowani autorzy modlitw nie zrażali się brakiem odpowiedzi. Kobieta kananejska wręcz krzyczała, aby zwrócić na siebie uwagę Mistrza z Nazaretu. Taka desperacja może towarzyszyć tylko człowiekowi w pełni przekonanemu o mocy Boga. Można więc powiedzieć, że skuteczna modlitwa jest nieustającym krzykiem człowieka potrzebującego, niezrażonego pozornym milczeniem Stwórcy. Cytowana matka modląca się o nawrócenie syna zanosiła prośby przez cztery lata, nie przejmując się brakiem efektów. Można więc stwierdzić, że wiara i konsekwencja czynią cuda! Ewangeliczna kobieta kananejska wyczuwała, że gdy będzie prosić wytrwale, nie odejdzie bez odpowiedzi. Była tak zdesperowana, że pozwoliła sobie nawet na rodzaj pertraktacji z Jezusem. Chciała niejako umotywować prośbę, znając swoją niegodność.

I jest jeszcze jedna wspólna cecha przytaczanych dziś modlitw. Wszystkie one zostały wysłuchane. Siedmioletni Piotruś po długiej chorobie wrócił do zdrowia i obecnie studiuje! Małgosia uratowała małżeństwo swoich rodziców, którzy po dwóch latach separacji wrócili do siebie. Dziesięcioletni syn obudził się ze śpiączki, choć lekarze powiedzieli matce, że nie miał prawa. Matka jednak wie, dlaczego wyzdrowiał – to wyproszony cud. Obchodzący z daleka kościół syn pod wpływem czteroletnich modłów matki zaczął przystępować do spowiedzi i Komunii Świętej i nie potrafi racjonalnie wytłumaczyć tego faktu. Mówi, że jakiś wewnętrzny głos mu podpowiedział drogę nawrócenia. Jego mama wie, komu dziękować. I wreszcie kananejska kobieta, która usłyszała: „O niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz” (Mt 15).

Jeśli czegoś uczy dzisiejsza Ewangelia, to właśnie modlitewnej postawy wytrwałości, która wynika z wiary i zaufania Bogu. Trzeba więc z wielką determinacją nieustannie wołać: Panie, dopomóż mi!

ks. Janusz Mastalski–„Ekspres Homiletyczny”

 

 

6

 

Słoń w jarzębinie

Mieć fantazję a być fantastą to jednak spora różnica.

Powędrowałem trochę po górach. Po co? Ot, by nakarmić oczy i serce pięknem. Zobaczyłem między innymi czerwieniejącą już jarzębinę. I tak jakoś przypomniał mi się związany z jarzębiną właśnie nieco absurdalny kawał.

– Wiesz czemu słoń ma czerwone oczy?

– Nie, nie wiem.

– Żeby się mógł dobrze schować w jarzębinie.

– Hmm...

– Co, nie widziałeś nigdy słonia w jarzębinie?

– No nie, nigdy!

– No widzisz jaki to skuteczny kamuflaż?

Głupie, co? Też tak przez całe lata myślałem. Aż odkryłem, że mądre. Obnażające mechanizm manipulacji, jakiej czasem ulegamy. Ot, na przykład:

– Dlaczego w naszych społeczeństwach tylu homofobów?

– Nie wiem.

– Bo sami są homoseksualistami i nie chcą tego przyznać; boją się i to ukrywają.

– Hmm....

– Co, nie spotkałeś się z czym takim?

– Nie, nigdy!

– No widzisz jak się skutecznie kamuflują?

Jak łatwo zauważyć w przykładzie ze słoniem i jarzębiną, cały absurd takiej argumentacji rodzi się z tego, że nie podjęliśmy dyskusji na temat koloru oczu słoni. Wydawać się to może nieistotne, bo spór zdaje się toczyć o co innego: o to czy słonie ukrywają się w jarzębinie czy nie. Ale nie prostując pierwszego mamy utrudnione zadanie. Nawet przetrząśnięciem tysiąca jarzębin nie udowodnimy, że słoń nie ukrył się w tysiąc pierwszej. W logice obranej przez adwersarza dopiero pokazując zdjęcia oczu słoni (są raczej piwne i od biedy przypominają kolor niedojrzałej jarzębiny ;-) ), możemy mocniej argumentować, że rzekome ukrywanie się słoni w jarzębinie to jakieś brednie. Bo na to, że słonie to nie ta szerokość geograficzna, że słoń jest wielki a jarzębiny niekoniecznie, jest argument: świetnie się ukrywają.

Takich pułapek w naszych publicznych dyskursach jest więcej. Ot ostatnio: pułapka myślenia „bo zupa była za słona”. Starsi pamiętają, młodszym wyjaśniam: chodziło o akcję plakatową wymierzoną w przemoc w rodzinie. Na plakatach matka z dziećmi. Wyraźnie poobijani – domyślnie – przez ojca i męża oprawcę. Wszyscy zgodziliśmy się i zgadzamy, że nic nie usprawiedliwia bicia. Tak mi się wydawało. A tu proszę: demonstranci spod znaku LGBT, a wcześniej politycy w mediach społecznościowych rzucają hasło: „j... PiS” i jakie komentarze? To słuszny gniew, zasłużyli sobie na niego – krzyczą co gorliwsi przeciwnicy (nie wszyscy oczywiście) obozu rządzącego. Czyli co? Jednak istnieją powody, dla których można niektórym przylać? Może za słona zupa to jeszcze nie powód do łomotu, ale niewyprasowana koszula już jednak tak?

To tylko taki „wnerw” (podarujmy sobie oryginalne nazywanie tego zachowania, bo wulgarne) – argumentuje całkiem sporo komentatorów. Tylko? Rozumiem, że gdyby podobne hasła wykrzykiwano pod adresem PO, LGBT, TVN czy Gazety Wyborczej byłoby to seanse nienawiści. Rodem z hitlerowskich marszów najpewniej. Ale tym z PiS to się należy, oni sami są sobie winni... Przecieram ze zdumienia oczy. To mówią rzekomi obrońcy uciśnionych? Tak, należy im się. Dokładnie tak samo, jak żonie, która przesoliła zupę i do której mąż grożąc pięścią krzyczy: „Zobacz co zrobiłaś! Zobacz jak mnie zdenerwowałaś! To wszystko twoja wina!!!”.

Na marginesie. Wspomniane słowo na „j” w podwórkowych środowiskach, w których się w dzieciństwie obracałem, było najwulgarniejszym z określeń stosunku płciowego. Najwulgarniejszym, bo zawierającym w sobie także pewną sugestię przemocy; tak można mówić o gwałcie. I chyba takie jest też znaczenie tego słowa dziś. Czy używanie go nie jest w takim razie jakimś seksizmem, mrugnięciem oka w stronę kultury macho, w której silniejszy może ze swoją ofiarą robić co chce? A używają go ci, którzy deklarują odrzucenie rzekomej dominacji heteroseksualnych mężczyzn. Paranoja....

Najbardziej podstawową pułapką, w jaką wpada dziś wielu ludzi jest jednak przekonanie, że myśl, słowo, stwarzają. Przyczyniło się do tego pewnie gadanie o pozytywnym myśleniu i temu podobne. Bóg oczywiście tak potrafi, ale człowiek na pewno nie. Kto nie wierzy może spróbować np. przez „chcę” wygrać w lotto albo machając rękami wznieść się w powietrze. Owszem, myśl ludzka może kreować rzeczywistość, ale tylko wtedy, gdy szanuje rządzące światem prawa. Ot, architekt może sobie wymyślić nie wiadomo jaką budowlę, ale jeśli w jej konstrukcji nie uwzględni praw fizyki, budowla albo nie powstanie wcale albo szybko pozostaną po niej ruiny. Tymczasem – na przykład – często się dziś mówi, że facet, który czuje się kobietą, kobietą jest. Naprawdę?

Jeśli będę zbyt często powtarzał, że trzeba się do nie zwracać „Wasza Wysokość” to może tak zaraz do psychiatryka nie trafię, ale na pewno ludzie będą na mnie dziwnie patrzyli i niejeden paluchem na czole wykreśli kółeczko. Nie sądzę jednak, by strażnik Biebrzańskiego Parku Narodowego odstąpił od wypisania mi mandatu za biwakowanie na terenie parku, jeśli zadeklaruję, że jestem czarnym bocianem. Rzeczywistość jest jaka jest i nasze chcenie niczego tu nie zmieni. Jeśli chcemy coś sensownego zbudować, musimy ją uwzględniać. Bez tego – powtórzę – nie powstaje nic albo tylko ruiny.

Myślę, że bardzo ważnym jest, by, zawsze szanując bliźnich, jednak trzeźwo nazywać rzeczy po imieniu. Krowi placek z plackiem ziemniaczanym nie mają wiele wspólnego. Wiązany na szyi krawat to jednak nie to samo, co wiązany na szyi stryczek. A wędrowanie między barem a stolikiem z kuflem w ręce (raz pełnym raz pustym) trudno nazwać pielgrzymowaniem.

Andrzej Macura - „wiara.pl”

 

 

7

 

Co to jest Didache?

I dlaczego te pisma są tak ważne dla chrześcijan?

Didache to wczesnochrześcijański utwór, będący kompilacją wielu źródeł, który zawiera opis religijnych praktyk.

Zaraz po Nowym Testamencie Didache jest jednym z najbardziej wpływowych zbiorów wczesnochrześcijańskich pism, który pozwala nam na wgląd w początki chrześcijaństwa.

Greckie słowo „didache” oznacza „nauczanie” i jest skróconą formą tytułu często tłumaczonego jako „Nauczanie Pana do narodów przekazane przez dwunastu apostołów”. Wielu uczonych nazywa to po prostu „nauczaniem dwunastu apostołów”.

Didache jest zbiorem chrześcijańskich pism, o których wspominają różni pisarze we wczesnym Kościele, i który jest często łączony z Nowym Testamentem. Dla przykładu, św. Atanazjasz i Rufin dodają „Nauki” do literatury mądrości i innych ksiąg deuterokanonicznych.

Naukowcy uważają, że zbiór powstał w I wieku, a niektórzy twierdzą, że zawiera nauki, które zostały przekazane przez apostołów.

W opublikowanym w 1894 r. komentarzu do Didache Charles Hoole wyjaśnia niektóre z dowodów łączących teksty z tym wczesnym okresem chrześcijaństwa:

   W bardzo odległym okresie, najprawdopodobniej przed końcem I wieku, istniało dzieło przekazane przez tradycję ustną, które miało być ucieleśnieniem słownych nauk pierwszych apostołów. Samo wyrażenie „nauczanie apostołów” występuje w Dziejach Apostolskich 2:42, a użycie tego słowa w odniesieniu do nauczania lub doktryny jest powszechne w Nowym Testamencie, tak że byłoby naturalnym tytułem dla zbioru powiedzeń lub nakazów, które zostały przekazane przez tradycję jako reprezentujące werbalne nauczanie apostołów. Możemy przypuszczać, że to dzieło, po tym jak istniało przez pewien czas w tradycyjnej formie, było wcielone w pismo i było używane do tworzenia części najwcześniejszych książek chrześcijańskich.

Treść Didache skupia się na rytualnych instrukcjach dotyczących na przykład chrztu, Komunii świętej i postu. Zawiera także duchowe napomnienie o dwóch drogach, Drodze Życia i Drodze Śmierci.

Przede wszystkim jednak jest to wczesny dowód potwierdzający różne katolickie wierzenia i nauki, często używany do pokazania fragmentu tego, w co wierzyli wcześni chrześcijanie.

            Philip Kosloski - „”alteia.pl”

 

 

8

 

Ogień nad Wisłą

Polska nie musi stać się „drugą Irlandią” czy „drugim Chile”. Nie musi – co jednak, jeśli będzie to konieczna droga do odnowy Kościoła w Polsce?

Kościół w Polsce jest na prostej drodze do tego, by powtórzył się u nas scenariusz irlandzki, amerykański czy chilijski. Taką opinię coraz częściej słychać nad Wisłą, także wśród życzliwych Kościołowi lub mocno związanych z nim osób. W tym porównaniu chodzi oczywiście o ujawnianie kolejnych przypadków nadużyć seksualnych w Kościele, krycie sprawców, ignorowanie krzywdy ofiar wynikające ze źle rozumianej troski o dobro Kościoła oraz towarzyszącą temu sekularyzację i masowy odpływ wiernych.

Ciche odejścia

Nie przesądzając na razie, czy jest to nieuchronna kolej rzeczy, czy tylko publicystyczna figura, warto powiedzieć, że wszystkie trzy modelowe przypadki (Irlandia, USA i Chile) różnią się między sobą zasadniczo – i jeśli chodzi o kontekst społeczny, i skalę przestępstw czy innych nadużyć, i konsekwencje dla praktyk religijnych. A to oznacza, że trudno przykładać jedną miarę do wszystkich Kościołów lokalnych, w tym do Kościoła w Polsce. Być może najbliższa nam analogia to procesy, jakie miały miejsce w Irlandii ze względu na podobne (tam nawet dużo większe) zrośnięcie religii z wszelkimi obszarami życia społecznego i politycznego. Dziś w Irlandii to już wspomnienie, ale jeszcze 30–40 lat temu „katolicka Irlandia” była pojęciem bardziej adekwatnym niż „katolicka Polska”. W takim klimacie, nawet jeśli skala nadużyć nie była taka sama jak w USA lub Chile, tąpnięcie musiało być wstrząsem dużo bardziej odczuwalnym niż w zróżnicowanej etnicznie i religijnie Ameryce. Wstrząsem przyspieszającym proces i tak „pełzającej” już po cichu sekularyzacji. W Polsce tego terminu użył przed laty ks. prof. Janusz Mariański z KUL. „Pełzająca”, czyli niekoniecznie dostrzegalna na pierwszy rzut oka (pełne kościoły, tłumne procesje, liczne pielgrzymki), lecz raczej – niechętnie zauważana. Bo łatwiej policzyć wiernych przychodzących ciągle do świątyni niż tych, którzy systematycznie co roku, niezauważeni przez nikogo, znikają z ław kościelnych. A i w przypadku tych praktykujących – łatwiej poprzestać na „liście obecności” (i nie chodzi tylko o hurtowe udzielanie sakramentu bierzmowania) niż wejść w głąb tego, czym ci ludzie żyją, na ile ich obecność jest wyrazem żywej wiary, a na ile przyzwyczajeniem (co nadal jest dobrym punktem wyjścia dla formacji) lub nawet przykrym obowiązkiem. Czy dziś „pełzająca sekularyzacja” nad Wisłą dostała tego samego paliwa, które dwie, trzy dekady temu przeorało Zieloną Wyspę?

Poduszka

Wydaje się, że wstrząs jest nieunikniony. – Nie mam żadnych przesłanek, by uznać, że w polskim Kościele postępowano inaczej niż w amerykańskim albo irlandzkim – mówił w różnych miejscach o. Adam Żak SJ, koordynator episkopatu ds. ochrony dzieci i młodzieży. Z drugiej zaś strony, w Polsce mamy pewną „poduszkę”, która daje nadzieję na przejście przez trudny czas oczyszczenia bez takich turbulencji. Nie chodzi rzecz jasna o to, by owa „poduszka” zapewniła ochronę przestępcom i wszystkim nadużywającym władzy w Kościele. Przeciwnie, chodzi o to, że dzięki niej nawet najbardziej bulwersujące przypadki nadużyć niekoniecznie muszą przełożyć się na puste kościoły i wymarłe parafie. Mamy w Polsce kapitał ludzi, świeckich i duchownych, dojrzałych wspólnot i grup, w których wiara wiąże się z osobistym doświadczeniem, wyborem i przekazywaniem jej dalej, a także – coraz częściej – z niezgodą na trwanie w chorej zmowie milczenia wokół nadużyć. Nie ma odwrotu od oczyszczenia Kościoła z „herezji klerykalizmu” (określenie papieża Franciszka) i mentalności pozwalającej kryć sprawców przy ignorowaniu bólu ofiar. Jest za to szansa, że uda nam się przejść przez ten proces w sposób wzorcowy i nieodrzucający ludzi z Kościoła. Są tylko pewne warunki. Pierwszy to natychmiastowa i szeroko zakrojona interwencja Watykanu (dochodzenie w diecezji kaliskiej powinno być tylko punktem wyjścia, a nie dojścia) oraz realna współpraca biskupów ze Stolicą Apostolską. Ksiądz Piotr Studnicki, kierownik biura delegata episkopatu ds. ochrony dzieci i młodzieży, mówi otwarcie, że Kościół w Polsce nie poradzi sobie z pedofilią bez pomocy Watykanu. Drugi warunek to nazywanie rzeczy po imieniu i własne śledztwa dziennikarskie również mediów katolickich. Trzeci – zapewnienie wszelkiej potrzebnej opieki duchowej i psychologicznej ofiarom przestępstw seksualnych, których sprawcami byli ludzie Kościoła, danie im poczucia przynależności, a nie traktowania jak wrogów. I czwarty – maksymalny wysiłek, by istniejące już wspólnoty ewangelizacyjne i formacyjne dostały nową motywację i wsparcie biskupów i by świeccy przejęli realną odpowiedzialność oraz władzę tam, gdzie nie są potrzebne święcenia kapłańskie. To dużo jak na to, do czego przywykliśmy, i zarazem to niezbędne minimum, którego wymaga prawdziwe dobro Kościoła. Tego minimum zabrakło m.in. w Irlandii. I dlatego oczyszczenie było tam tak bolesne.

Instytucja pod ochroną

Żeby dobrze zrozumieć, z czego „spadł” Kościół irlandzki, przywołajmy parę obrazków. Éamon de Valera, jeden z ojców niepodległości Irlandii, późniejszy jej premier i prezydent, w dniu św. Patryka w 1943 roku tak kreślił swoją wizję szczęśliwego narodu i państwa: „Zrobimy z Irlandii dom dla ludzi, którzy cenią sobie dobrobyt materialny tylko jako podstawę dla rzetelnego i prawego życia, Irlandię dla ludzi, którzy zadowalają się małym i poświęcają swój wolny czas sprawom duchowym (…). Irlandia ma stać się domem dla ludzi, którzy żyją tak, jak Bóg chce i życzy sobie, by żyli ludzie”. Irlandia w tamtych czasach rzeczywiście przypominała trochę krainę z bajki de Valery. Pełne kościoły, seminaria pękające w szwach (co drugi chłopak po zdaniu matury wybierał seminarium duchowne) i realny wpływ Kościoła na życie polityczne oraz kulturowe. Bezkompromisowy zakaz aborcji, niedopuszczalność rozwodów i sprzedaży środków antykoncepcyjnych były naturalną konsekwencją uznania moralnego przewodnictwa Ewangelii i głoszących ją pasterzy.

Zapalnikiem przemian okazało się ujawnienie przez media w latach 90. podwójnego życia cieszącego się zaufaniem biskupa i popularnego księdza. „Biskup Éamonn Casey ma dziecko!” – donosiły media. Popularny hierarcha miał ponadto przeznaczać kościelne pieniądze na wychowanie potomka. Kolejnym ciosem dla wspólnoty wiernych było ujawnienie podwójnego życia księdza Michaela Cleary’ego – ulubieńca mediów. Okazało się, że przez lata żył z kobietą, z którą miał dwoje dzieci. Irlandczyków dobiła wreszcie fala oskarżeń duchownych o wykorzystywanie seksualne nieletnich. Nikt wtedy nie przypuszczał, że problem wykracza poza duchowieństwo i obciąża także inne grupy zawodowe. Największe znaczenie miał szok, że duchowi przewodnicy mogą dopuścić się takich czynów i pójść do więzienia (co stało się faktem). Jednak najgorsze okazało się właśnie zamiatanie spraw pod dywan. Wierni zaczęli tracić zaufanie do duchownych, bo nie widzieli właściwej reakcji na ujawniane skandale. Starano się bronić instytucji, a nie prawdy. Kościół hierarchiczny przyznał się w końcu do błędu, ale wcześniej stracił wiarygodność. I było trochę za późno, żeby zapobiec złym skutkom wielkiego społecznego rozczarowania. Niespodziewany kryzys odsłonił narastające tak naprawdę od lat 60. stopniowe załamywanie się wizerunku kraju jako nieskazitelnej przestrzeni żywej wiary. Kryzys okazał się wprawdzie okazją do oczyszczenia ze złudzeń, hipokryzji i niezdrowego samozadowolenia, ale kosztem pustoszejących świątyń. To pytanie zadajemy sobie również w Polsce: czy taka musi być zawsze cena przebudzenia we wspólnocie chrześcijan?

Jest płomień

Nie ma wątpliwości, że Kościół irlandzki nie posypałby się tak mocno, gdyby spełnił wówczas te cztery warunki, o których wspomniałem wcześniej. Oczywiście łatwo się mówi z perspektywy lat. My dziś jesteśmy mądrzejsi o wiedzę i doświadczenie Irlandczyków oraz o nowe procedury i determinację papieża, by walczyć z nadużyciami, ale przecież widzimy wyraźnie, że mimo tego kapitału pewne błędy powtarzamy w Polsce niemal podręcznikowo. Cała nadzieja – poza procedurami i ogólną atmosferą nacisku na oczyszczenie – leży w tej „poduszce” bezpieczeństwa, której zabrakło Irlandczykom. Kościół irlandzki nie uderzyłby tak mocno o ziemię, gdyby swojej siły nie opierał niemal wyłącznie na społecznej pozycji i katolicyzmie kulturowym, ale również na ruchach odnowy oraz wspólnotach charyzmatycznych i ewangelizacyjnych. W Polsce mamy to szczęście, że niemal w każdym dużym ośrodku miejskim i w licznych małych miejscowościach istnieją zarówno ruchy formacyjne i apostolskie, jak i nowe wspólnoty wiary. W Irlandii w takiej skali tego nie było i nie ma. To przekonanie wyraził również przed laty o. Bartłomiej Parys SVD, znający bardzo dobrze Irlandię: „Przestroga dla nas jest taka, że na dłuższą metę, gdyby Kościół w Polsce czekał jakiś kryzys, to ten katolicyzm kulturowy nie jest w stanie utrzymać ludzi przy Kościele”. Jeśli coś jest w stanie zatrzymać ludzi, gdy na jaw będą wychodzić nadużycia, to właśnie środowiska żywej wiary, która jest żywa wtedy, gdy jest przekazywana dalej. To są środowiska, które potrzebują nie podejrzliwości czy wizytacji, ale towarzyszenia i mądrego rozeznawania charyzmatów. To jest siła, która może uchronić Kościół w Polsce nie przed bolesnym oczyszczeniem (którego potrzebujemy), ale przed radykalną laicyzacją. Nie jesteśmy skazani na „drugą Irlandię”. Co jednak, jeśli będzie to konieczna droga do odnowy Kościoła nad Wisłą? •

Jacek Dziedzina –„wiara.pl”

 

 

10

 

W stronę nieba

Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny było w sztuce przedstawiane bardzo różnie.

Artyści mieli bowiem dość dużą dowolność w pokazywaniu tego wydarzenia bez obawy, że ich dzieło zostanie zakwestionowane przez teologów. Działo się tak dlatego, że choć istniała dawna tradycja wiary we wniebowzięcie, dogmat o nim został ogłoszony dopiero 1 listopada 1950 roku. „Ogłaszamy, orzekamy i określamy jako dogmat objawiony przez Boga: że Niepokalana Matka Boga, Maryja, zawsze Dziewica, po zakończeniu ziemskiego życia z duszą i ciałem została wzięta do chwały niebieskiej” – czytamy w konstytucji apostolskiej Piusa XII Munificentissimus Deus.

Jednym z najchętniej powielanych pomysłów było pokazanie pustego grobu z pochylonymi nad nim apostołami i Maryją na chmurze nad nimi. Zwykle apostołowie są na tych obrazach zaskoczeni. Bonawentura Emler (1831–1862), malarz z Wiednia, postanowił ukazać uczniów Jezusa jako w pełni świadomych tego, co się dzieje. Pozdrawiają Matkę Bożą, machając do Niej rękami. Na pustym grobie pozostał ślad Jej obecności – kwiaty lilii – symbolizujący czystość Matki Bożej.

Maryja już nie widzi apostołów, patrzy w górę, a Jej myśli zapewne podążają już ku spotkaniu z Synem. Jej postać otacza złota mandorla – aureola oznaczająca rzeczywistość nieba. Pas chmur, na których stoi, dodatkowo oddziela niebo od ziemi.

Temu ważnemu wydarzeniu artysta nadał „oprawę liturgiczną”. Większość otaczających Matkę Bożą aniołów przygrywa Jej na różnych instrumentach lub śpiewa, spoglądając w partyturę. Jeden z aniołów, namalowany z prawej strony, klęcząc, okadza kadzidłem osobę Wniebowziętej

Leszek Śliwa – „wiara.pl”

 

 

 

Święci i błogosławieni w tygodniu

 

16 sierpnia - św. Stefan Węgierski, król
16 sierpnia - św. Roch
16 sierpnia - bł. Maria Sagrario od św. Alojzego Gonzagi, dziewica i męczennica
17 sierpnia - św. Jacek, prezbiter
17 sierpnia - święci Alipiusz i Posydiusz, biskupi
17 sierpnia - św. Klara z Montefalco, dziewica
17 sierpnia - św. Joanna Delanoue, zakonnica
17 sierpnia - bł. Augustyn Anioł Mazzinghi, prezbiter
18 sierpnia - bł. Sancja Szymkowiak, zakonnica
18 sierpnia - św. Helena, cesarzowa
18 sierpnia - św. Albert Hurtado, prezbiter
18 sierpnia - błogosławieni prezbiterzy i męczennicy z Rochefort
19 sierpnia - św. Jan Eudes, prezbiter
19 sierpnia - św. Bernard Tolomei, opat
19 sierpnia - św. Gweryk, opat
19 sierpnia - św. Ludwik, biskup
19 sierpnia - św. Sykstus III, papież
19 sierpnia - kościół katedralny w Ełku
20 sierpnia - św. Bernard z Clairvaux, opat i doktor Kościoła
20 sierpnia - bł. Władysław Mączkowski, prezbiter i męczennik
20 sierpnia - bł. Alojzy od Świętego Sakramentu (Jerzy Häfner), prezbiter i męczennik
20 sierpnia - Samuel, prorok
21 sierpnia - św. Pius X, papież
21 sierpnia - bł. Brunon Zembol, zakonnik i męczennik
21 sierpnia - bł. Wiktoria Rasoamanarivo
22 sierpnia - Najświętsza Maryja Panna Królowa
22 sierpnia - święci męczennicy Agatonik i Towarzysze
22 sierpnia - bł. Franciszek Dachtera, prezbiter i męczennik
23 sierpnia - św. Róża z Limy, dziewica
23 sierpnia - bł. Bernard z Offidy, zakonnik
23 sierpnia - bł. Władysław Findysz, prezbiter i męczennik

23 sierpnia - św. Filip Benicjusz, prezbiter

 

 

 

NIEDZIELNA EUCHARYSTIA – 6.30, 8.00, 9.30 – dla młodzieży, 11.00 – rodzinna, z dziećmi, 12.30, 16.00, 19.00, poniedziałek - sobota – 7.00, 7.30, 18.00.

Kancelaria (tel. 126452342) czynna:

(oprócz I piątku i świąt): godz. 8-9 i 16-17.15 (oprócz sobót)

Redakcja „Wzgórza w Blasku Miłosierdzia”: Władysław Wyka red. nacz.,

Wydaje: Parafialny Oddział Akcji Katolickiej nr 1 Archidiecezji Krakowskiej

- Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach 1a,

Nr k. bank – 08 1240 2294 1111 0000 3723 9378, tel.; 0-12-645-23-42.

NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:

strona internetowa parafii:

www.wzgorza.diecezja.krakow.pl

oraz milosirdzia-parafia.pl - PO Akcji Katolickiej

adres parafii:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.,

strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl

adres gazetki:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.