WZGÓRZA

 

W BLASKU MIŁOSIERDZIA

 

10/756                   -         8 MARCA 2020 r. A.

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA „WZGÓRZA W BLASKU MIŁOSIERDZIA”

„Błogosławieni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią”

 

 

6

 

 

II Niedziela

 

 

Wielkiego Postu

 

 

8            marca 2020 r. A.

 

Pan Bóg rzekł do Abrama: "Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę". Najpierw jest wezwanie do opuszczenia ziemi rodzinnej, więc swojego świata i swojego poczucia bezpieczeństwa.

Stało się to udziałem Abrahama i jest udziałem uczniów Jezusa aż po dziś dzień. Potem następuje stopniowe zbliżanie się do Boga i Jego tajemnic. W końcu przychodzi chwila światła, odsłania się Tajemnica, a rozum zaproszony jest do pokory. Wiara bywa traceniem siebie i swojego świata.

 

2

 

 
W dzisiejszym numerze:
- Słuchajcie Boga.
- Przeżyć przemienienie.
- Droga przemienienia.
- Koronawirus, a Komunia święta.
- Wielki Post to czas na niewygodne pytania również dla nas księży.
- Totalne ryzyko powołania.
- Ojcowskie nakazy.
- Na czym polega modlitwa głębi serca?
- Kocham swoją teściową. Ja nie żartuję!
- Zaproszenie na wakacje 2020 r.
- Święci i błogosławieni w tygodniu.

 

 

12

 

Słuchajcie Boga.

 

Rozdźwięk między ideałami a życiem? To nic takiego. Nie doświadcza go tylko ten, kto swoje ideały mocno już spłaszczył. Gorzej jeśli chrześcijanie tak wykręcają nauczanie swojego Mistrza, dostosowując je do „zdroworozsądkowych” zasad, że trudno je w nich rozpoznać. W czytaniach II niedzieli Wielkiego Postu znajdujemy mocne wezwanie do słuchania Boga. Wezwania domagającego się konkretnych życiowych decyzji, a przynajmniej poważnego rozważenia, a nie potakiwania, w którym nie ma krztyny chęci do autentycznego wprowadzania słów Boga w życie.

Pierwsze czytanie to początek nowego etapu historii zbawienia. Bardzo często zastanawiając się nad istnieniem zła w świecie wierzący pytają, czy Bóg naprawdę nie mógłby go jakoś zlikwidować jednym pstryknięciem swoich palców. Nie może? Pewnie nie chce.

Pierwsze rozdziały Księgi Rodzaju to opowieść o plenieniu się zła, które Bóg próbuje naprawić „po ludzku”. Naszymi metodami. Potop jest właśnie po to. Wytępić złych, zostawić dobrych. I co to dało? Zło odrosło. Zraniło bowiem ludzka naturę zbyt głęboko. I każdy, nawet dobry człowiek ma skłonność do zła. A Bóg do niczego nie chce przymuszać. Nie po to stworzył człowieka wolnym. Chce, by dobro wypływało z wolnych ludzkich wyborów. I odbudowaniu w człowieku pragnienia dobra, odbudowaniu na powrót zaufania do Boga, który do dobra wzywa, służy cała historia zbawienia.

Pan Bóg rzekł do Abrama: „Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę. Uczynię bowiem z ciebie wielki naród, będę ci błogosławił i twoje imię rozsławię: staniesz się błogosławieństwem. Będę błogosławił tym, którzy ciebie błogosławić będą, a tym, którzy tobie będą złorzeczyli, i Ja będę złorzeczył. Przez ciebie będą otrzymywały błogosławieństwo ludy całej ziemi”. Abram udał się w drogę, jak mu Pan rozkazał, a z nim poszedł i Lot.

 

 

 

1

 

Przeżyć przemienienie.

 

W jednym ze swych esejów znany polski socjolog prof. Paweł Śpiewak pisał o religijnej postawie Polaków w następujący sposób:

Nasz stosunek do Kościoła to zaawansowana schizofrenia. Nie życzymy sobie, by Kościół mieszał się do polityki. Nie chcemy go widzieć przy władzy. Uważamy, że jego wskazania w dziedzinie społecznej i politycznej są niewiele warte, a co ważne, nie życzymy sobie takich pouczeń z ambony. Ponad połowa wiernych nie chce żadnych porad dotyczących indywidualnego postępowania. (...) Wyjątkowo wstrzemięźliwie korzystamy z prasy katolickiej. (...) Prasa katolicka to obecnie jedynie 2% nakładu całej prasy polskiej, podczas gdy przed wojną było to aż 27%. (...) Z drugiej strony Polacy oczekują od Kościoła, że będzie kimś w rodzaju terapeuty, który da wsparcie i wysłucha w obliczu spraw ostatecznych, usprawiedliwi złe postępowanie, rozgrzeszy i uspokoi sumienie, a jednocześnie nie będzie się wtrącał niepytany do spraw klienta. Można rzec, że wielu wiernych zachowuje tradycyjny szacunek dla instytucji Kościoła, jest obyczajowo głęboko z nim związana, jednak często zachowuje się jak klient supermarketu, który wybiera z półki to, co mu odpowiada. I z tego powodu nie odczuwa poczucia winy.

Wydaje się, że te słowa są odzwierciedleniem postawy wielu katolików w naszej ojczyźnie. Tym bardziej dzisiejsza Ewangelia niesie ze sobą ważne przesłanie: daj się zabrać Chrystusowi na górę, by odkryć, co się w życiu naprawdę liczy!

Apostołowie, uczestnicząc w przemienieniu Mistrza, zrozumieli, że Jego postawa i nauka to sama prawda! Cud, który objawił się przed ich oczami, przemienił także ich życie. Otrzymali znak, który upewnia, wzmacnia, ale także przerasta, skoro Jezus musiał ich uspokajać, mówiąc: „Wstańcie, nie lękajcie się” (Mt 17). Zatem w kontekście wydarzenia z góry Tabor można zapytać, co to znaczy dać się wziąć Chrystusowi na górę oraz co trzeba na niej odkryć, aby przemienić siebie i swoje życie.

W Taizé można znaleźć piękne słowa modlitwy, które brzmią następująco:

Dobrze jest słuchać Twego słowa, Panie,

bez osłabnięcia i bez roztargnienia,

gdy przepaść milczenia zewsząd mnie otacza

jak morze i pogłębia jeszcze tę wielką pustkę,

w której niekiedy wznosi się Twój głos,

jak delikatny, prawie nieśmiały szmer nieustający.

Modlitwa ta pokazuje, że oddanie się Chrystusowi polega między innymi na czujności, która jest niczym innym jak odczytywaniem woli Bożej. Apostołowie, którzy poszli wraz z Jezusem na górę Tabor, może nawet nie rozumieli tej drogi i jej celu. Zawierzyli jednak swojemu przewodnikowi, mając pewność, że taka jest wola Boga! Nasze podporządkowanie się Bożym nakazom czy podszeptom jest wyrazem osobistej wiary, nadziei i miłości. Wędrówka na „górę wysoką” (Mt 17) jest często okupiona wysiłkiem i na pierwszy rzut oka nie jawi się jako coś ważnego, przynoszącego korzyść! Zrządzenia Opatrzności są wielokrotnie niezrozumiałe, a dla wielu pozbawione logiki. Kiedy ginie ktoś młody lub po roku rozpada się małżeństwo, ludzie dopatrują się niekonsekwencji Boga. A to jest właśnie droga na górę, droga do odkrycia Mistrza i Przyjaciela. Tylko poprzez wysiłek istnieje szansa dotarcia do Niego! Nie można więc zaprzepaścić możliwości, które daje Pan. We wszystkich wydarzeniach dnia codziennego jest zaproszenie do pójścia za Jezusem po to, aby uwierzyć tak jak Apostołowie na górze Tabor, że jest to umiłowanym Syn. To z kolei prowadzi do przemiany własnego życia! Na czym ma ona polegać?

Apostołowie po zobaczeniu Jezusa z jaśniejącą twarzą chcieli od razu budować namioty! W ten sposób pragnęli włączyć się czynnie w to zbawcze wydarzenie! Pokazali więc, że w odpowiedzi Bogu ważna jest aktywność, która prowadzi do przemiany własnego postępowania! Nie pozostali obojętni wobec przemienionego Mistrza!

Oto, co ma się dokonać w nas! Nie możemy z religii i Kościoła uczynić (jak pisał prof. Śpiewak) supermarketu, w którym w zależności od nastroju czy samopoczucia wybieramy dowolnie jakąś normę moralną lub nabożeństwo. Zaangażowanie w sprawy religijne to podstawowy obowiązek człowieka, który rozumie, czym jest w swej istocie wiara! Trzeba też głębiej pojmować prawdę o Kościele! Jego fundamentem jest ten sam Chrystus, o którym na górze Tabor Ojciec powiedział: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie” (Mt 17). Nie można więc oddzielać posłuszeństwa wobec Chrystusa od posłuszeństwa Kościołowi!

W drugą niedzielę Wielkiego Postu wyruszamy wraz z apostołami na Górę Przemienienia, aby odkryć prawdziwy sens ludzkiej egzystencji: posłuszeństwo Synowi Bożemu. Miernikiem tego posłuszeństwa jest nasza postawa wobec Kościoła! Obyśmy umieli wznosić się ponad własne uprzedzenia i ambicje, stawiając objawianą w Kościele wolę Bożą na pierwszym miejscu! Wtedy z pewnością będziemy świadkami przemienienia Pańskiego, biorąc udział w zbawczych konsekwencjach tego wydarzenia!

ks. Janusz Mastalski

„Ekspres Homiletyczny”

 

 

 

8

 

Droga przemienienia.

 

„Dlaczego i po co tu jestem?”, „Jaki jest sens mego życia?”, „Dokąd zmierza moje istnienie?” – też stawiasz sobie takie pytania? Pytam, bo słyszę je nie tylko od ludzi niewierzących, lecz również od takich, którzy bywają regularnie na mszy świętej, modlą się, czytają słowo Boże.

Niełatwo znaleźć odpowiedzi. Słowa – nawet najpiękniejsze – nie wystarczą, by uciszyć tęsknotę za spełnieniem, szczęściem, nasyceniem, za przestrzenią bez ograniczeń, bez ludzkich słabości, grzechu, cierpienia, gdzie trwa wieczna radość, gdzie perspektywa przemijania i śmierci nie mąci wewnętrznego pokoju.

Bóg to wie. Dlatego zaprasza: „Abrahamie (…) wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca”; „Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką osobno”; „wezwał [nas] świętym wezwaniem, nie dzięki naszym czynom, lecz stosownie do własnego postanowienia i łaski”. Dlatego wyprowadza poza codzienność, poza tu i teraz, by dotknąć swoją obecnością, bliskością, prowadzeniem…

Doświadczenie Nieziemskiego wyrywa z człowieka okrzyk: „Dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty”. Zabiwakujemy, spróbujemy się zakorzenić, zostać… Chwilo, trwaj!

Lecz Bóg się nie zatrzymuje. I tobie nie pozwoli się zatrzymać. Mówi: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie”.

Nie w miejscu, a w Osobie – w Jego naśladowaniu, w nieustannym wyruszaniu za Nim w drogę możesz znaleźć to, za czym tak bardzo tęsknisz. Będzie to nieustanne opuszczanie swojego teraz, swojego miejsca, swojego miasta, swojej niewoli, przekraczanie codzienności. Jedynie droga za Nim do ziemi obiecanej, do miejsca świętego, na górę, do światła będzie odpowiedzią na głód serca.

Jezus przemienia się, by zaprosić w drogę. Te krótkie chwile – gdy dajesz się porwać Słowu, czujesz ciepło krzewu gorejącego, widzisz światło góry Tabor – wskazują kierunek. One nie uchronią cię przed Ogrójcem czy Golgotą, przed ciemnością i posuchą, bezsensem i odrzuceniem. Jednak odpowiadając na ich zew, stajesz się innym człowiekiem, pozwalasz Bogu przemieniać cię na Jego obraz i podobieństwo.

Nie zatrzymuj się. Wyjdź, by poczuć smak wieczności, widok spełnienia, światło nieziemskiego pokoju.

Paweł Kozacki OP - ur. 1965, prowincjał polskich dominikanów, duszpasterz, przez wiele lat redaktor naczelny miesięcznika "W drodze". Mieszka w Warszawie.

 

 

 

10

 

Koronawirus, a Komunia święta.

 

Wobec realnego rozprzestrzeniania się koronawirusa w świecie i wzrostem zachorowań, Kościół podjął wytrwałą modlitwę i pokutę w intencji chorych, umierających oraz o ratunek od Boga dla zagrożonych. Ponieważ istnieje wiele dróg przenoszenia się tego wirusa, a dodatkowo komunikacja między ludźmi jest dzisiaj bardzo intensywna, trzeba nam się zastosować w okresie trwania zagrożenia do dodatkowych apeli i wskazówek. Zasadą ogólną jest szczególna dbałość o zachowanie podstawowych zasad higieny: częste i dokładne mycie rąk, unikanie bezpośredniego kontaktu z osobami zainfekowanymi, unikanie wielkich zgromadzeń ludzkich.

Także w przestrzeni sakralnej i duszpasterskiej musimy zadbać o prewencję i bezpieczeństwo. Dlatego zawieszone zostały, na czas nieokreślony, spotkania grup, duszpasterstw i stowarzyszeń, które odbywają się zwykle w pomieszczeniach parafii. Zachęcamy, aby zdrowi spotykali się w domach prywatnych na modlitwie i spotkaniach formacyjnych. Natomiast przychodzący do kościoła na nabożeństwa niech będą zupełnie zdrowi. Chorzy, niech pozostaną w domach i jednoczą się z nami duchowo także przez Komunię duchową, której celem jest zjednoczenie się z Jezusem na drodze pozasakramentalnej. Trzeba wtedy wzbudzić w sobie wiarę w prawdziwą obecność Chrystusa w Eucharystii, skierować ku Niemu swoją miłość, a także mieć w sercu pragnienie, aby Jezus mógł duchowo wejść w nasze życie. Komunia duchowa, zwana także Komunią pragnienia, sprawia wtedy w nas duchowe owoce, podobne do tych które przynosi Komunia sakramentalna.

Podczas Mszy św. w kościele będziemy wszyscy w tym okresie przyjmować Komunię św. na rękę, wyłącznie w postawie stojącej. To jest starożytny sposób, praktykowany przez Kościół od czasów apostolskich. Komunia św. ma wtedy charakter duchowego posiłku, posilamy się Chrystusem, tak jak codziennym chlebem. Stajemy przed Bogiem z pustymi rękami i prosimy, aby On Sobą nas napełnił. Przyjmowaniu Komunii św. zawsze powinno towarzyszyć przeżycie. Skupiamy swoją uwagę na Chrystusie. On jest najważniejszy, Jego przyjmujemy. I jeszcze jedno: nie ma lepszego, lub gorszego sposobu przyjmowania Komunii św. Obowiązuje nas sposób ustalony w danym kościele i do niego mamy się dostosować. Pamiętajmy! Obowiązuje nas nauka Kościoła, a nie prywatne objawienia, choćby bardzo pobożne. Jeśli stawiasz się wyżej i twierdzisz, że sam wiesz lepiej, już zgrzeszyłeś pychą.

Przygotuj zatem swoje ciało i przyjmij przed przyjęciem Komunii św. odpowiednią postawę: bez pośpiechu, bez przepychania się, czy podchodzenia z boku, ustaw się w procesji eucharystycznej w kierunku ołtarza. Gdy osoba przed tobą przyjmuje Komunię, przyklęknij na jedno kolano lub - gdy nie możesz tego uczynić - zrób skłon głową. Nie zwlekaj, by nie opóźniać rozdawania Ciała Pańskiego.

Następnie, stojąc już przed kapłanem, wyciągnij przed siebie obie ręce na wysokość ramion: lewa twoja dłoń, wklęsła, otwarta ku górze – niech utworzy tron dla Chrystusa, prawa niech będzie dla niej podparciem od dołu. Gdy kapłan wypowiada słowa: „Ciało Chrystusa”, ty odpowiadasz z wiarą: „Amen”. Wtedy kładzie on Hostię w zagłębieniu twojej górnej dłoni, a ty, ujmując Hostię palcami drugiej ręki – w obecności kapłana – wkładasz Ją do swoich ust. Ważne jest, abyś zawsze przyjmował Komunie świętą przy szafarzu, a dopiero potem wrócił na swoje miejsce. Ważnym elementem jest jeszcze jeden istotny szczegół: po otrzymaniu Komunii św. na dłoń, robisz jeden krok w bok (np. w prawo) i dopiero teraz – w bliskości kapłana – spożywasz Hostię. W ten sposób umożliwiasz następnej osobie sprawne podejście do Komunii św. To wymaga jednak trochę praktyki.

Po przyjęciu Komunii św. wszyscy w ławkach stoimy! Jednoczymy się wówczas z tymi, którzy jeszcze przyjmują Chrystusa. Gdy ostatnia osoba przyjmie Komunię św., siadamy. Rozpoczyna się czas indywidualnej modlitwy, podziękowania i uwielbienia Pana. Adoruj Jezusa, który do ciebie przyszedł. On cię posila. Przyjmij Jego siłę. Proś, aby wypełnił cię po brzegi. Jest to właściwy czas na pieśń dziękczynienia, ale także na chwilę modlitwy w ciszy. Tego ci życzę!                                                                                         

Twój ks. Proboszcz

 

 

 

13

 

Wielki Post to czas na niewygodne pytania również dla nas księży.

 

Kto pierze moją pościel i prasuje moje koszule? Ile osób musi mnie obsługiwać, bym mieszkał w schludnym pokoju i dobrze się odżywiał? Jeśli mi powiesz: „popatrz najpierw na siebie zanim zaczniesz krytykować innych”, odpowiem: „popatrzyłem i zachęcam do tego także moich braci w kapłaństwie i w zakonnym powołaniu”.

Pobielane wapnem krawężniki, spracowane dłonie robotników ściskane przez wielkiego wodza, dzieci ubogich matek głaskane ręką przystrojoną w zegarek, na który żadnej z nich nie będzie nigdy stać. W oddali ci, których nie dopuszczono zbyt blisko, bo mogliby się źle zachować. Skąd my to pamiętamy?

To nie tylko wspomnienia sprzed wielu lat. Wciąż żyjemy w społeczeństwie, w którym pozory są mile widziane, a ubodzy są bardzo potrzebni tym, którzy mają władzę. Także w Kościele ubodzy zawsze byli skarbem i są nim do dzisiaj. Wielu z nas woli jednak tym skarbem nie być.

Wybitny pod wieloma względami Lew Tołstoj chciał tak bardzo zbliżyć się do chłopstwa i pokazać jak niezmiernie kochał lud, że przebierał się w chłopskie ciuchy i wędrował pośród wiejskich chat pozdrawiając ubogich. Za nim szedł sługa niosąc strój na zmianę, aby wielki pisarz mógł powrotną drogę odbyć pociągiem. W czystym hrabiowskim ubranku. Czy nie podobnie wygląda dziś solidarność z ubogimi podczas trwającej kampanii wyborczej? Czy zakonnicy ślubujący ubóstwo są naprawdę ubodzy, czy tylko uchodzą za takich ze stroju i z nazwy? Czy żyjący w dobrobycie chrześcijanie potrafią zdobyć się w Wielkim Poście na wyrzeczenia, czy tęsknią za życiem ludzi ubogich? To tylko kilka pytań, jakie przyszły mi do głowy, gdy czytałem życiorys mojego ulubionego pisarza.

Od dziesiątek lat jezuici angażują się w tak zwaną preferencyjną opcję na rzecz ubogich. W latach siedemdziesiątych wielu moich zachodnich współbraci zamieszkało w ubogich dzielnicach lub podjęło słabo płatną pracę w fabryce. Nie zawsze był to jednak styl dziadka Tołstoja, bo byli wśród nich tacy, którzy chcąc upodobnić się do ubogiego Chrystusa, nie jedli lepiej niż ubodzy, nie leczyli się u prywatnych lekarzy, nie jeździli samochodami, a w domu zakonnym, prócz książek, nie mieli nic.

Byli też tacy, którzy robili dużo szumu wokół solidarności z ubogimi, ale w niczym nie byli do nich podobni. Mieli zabezpieczony byt i chodzili na kolacje do drogich restauracji. Promując w Kościele opcję na rzecz tych, którym brakuje podstawowych środków do życia, popadali w ideologię i głosząc Chrystusową Ewangelię usprawiedliwiali jednocześnie swój własny dobrobyt. I tu nie sposób nie postawić sobie kolejnego pytania. Jak żyją dziś w Polsce zawodowi głosiciele Ewangelii?

Nie jest to miejsce, bym podawał przykłady kaznodziei głoszących wyższość ubóstwa Łazarza nad bogactwem ubierającego się w purpurę (por. Łk 16, 19-31), a jednocześnie wydających na siebie krocie pieniędzy. Nikt też nie upoważnił mnie do sądzenia głoszących Słowo.

Dlaczego uważam, że powinni żyć ubogo, jeśli Ewangelia obiecuje nam życie w obfitości? W tej obfitości nie chodzi jednak o majętne i beztroskie życie, o powodzenie, lecz o wyzbycie się wszystkiego i o bogactwo duchowe. Nie da się naśladować ubogiego Jezusa, jeśli nie doświadczy się niedostatku, braku podstawowych środków do życia, prześladowań i bezsilności.

Wielki Post to czas na niewygodne pytania również dla nas księży. Kto pierze moją pościel i prasuje moje koszule? Ile osób musi mnie obsługiwać, bym mieszkał w schludnym pokoju i dobrze się odżywiał? Jeśli mi powiesz: „popatrz najpierw na siebie zanim zaczniesz krytykować innych”, odpowiem: „popatrzyłem i zachęcam do tego także moich braci w kapłaństwie i w zakonnym powołaniu”. Naśladowanie Chrystusa zakłada także krzyż. I to nie taki, który spada na człowieka niespodziewanie i trzeba sobie z nim jakoś radzić, ale krzyż świadomie wybrany.

Pozory są wirusem, na który nikt nie jest uodporniony i z którym trzeba walczyć. Zależy nam na ludziach ubogich i chętnie im pomagamy, ale pragnienie naśladowania ubogiego Chrystusa wydaje się nam zbyt abstrakcyjne, mało rozsądne. Niech okres Wielkiego Postu będzie dla nas księży czasem radykalnych decyzji, aby pozory nie były przez nas mile widziane.

Autor: Wojciech Żmudziński SJ

„deon.pl”

socjusz przełożonego Prowincji Wielko­polsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego, współpracownik portalu DEON.pl oraz Jezuici.pl.

 

 

 

14

 

Totalne ryzyko powołania.

 

Nie opróżniaj konta! Za to wyrzuć kartę bankową i bankomatową. Pozbądź się komórki i dostępu do internetu. Zostaw dom, a w nim na stole książeczkę ubezpieczeniową i ruszaj w nieznane. Dokąd?

Dowiesz się potem. Mniej więcej tak, wpisując to w kontekst naszej współczesności, należałoby oddać sens polecenia, jakie od Boga usłyszał Abram. Totalne szaleństwo! A Biblia pisze bardzo prosto, tak lakonicznie, że łatwo prześlizgnąć się przez to zdanie: „Abram udał się w drogę”. Ani słowa o przemyśleniach, wątpliwościach, jakichkolwiek pytaniach. Tymczasem w mentalności ludów starożytnego Bliskiego Wschodu to przynależność do domu ojca określała tożsamość człowieka. W pojęciu „dom” kryły się także ziemie i cały majątek. Udając się w drogę, Abram zrezygnował z dziedzictwa i prawa do rodzinnego majątku. Co więcej, porzucił wszystko, co w tamtej kulturze budowało poczucie bezpieczeństwa. Całego siebie złożył w ręce Pana.

Historycy czasów biblijnych datują życie Abrama mniej więcej na 2 tys. lat przed Chr. Jego wyjście z domu ojca wpisało się w okres wielkiej wędrówki, zwanej migracjami ludów Amurru. On sam wędrował szlakiem karawan. Pochodził z Ur, starożytnego miasta, które założyli jeszcze Sumerowie. Najpierw z ojcem Terachem powędrował do Charanu. I tam osiedli. Było to bogate handlowe centrum, swoisty przeładunkowy lądowy port położony w północno-wschodniej Mezopotamii. Tu spotykały się karawany, które przychodziły od południa z Egiptu i z południowego wschodu z Mezopotamii.

To ten Charan porzucił Abram, bo – jak potem o całym jego losie, łącznie z bezdzietnością, napisze św. Paweł Apostoł – „wbrew nadziei uwierzył nadziei”. Uwierzyć w postawie Abrama znaczy nie tylko przyjąć umysłem, uporządkować argumenty za i przeciw, a potem tylko głosić. Uwierzyć to znaczy położyć całego siebie dla sprawy, do której jest się przekonanym. Dopiero czas miał pokazać, że miał rację. Bóg spełnił wszystkie swe obietnice. Ale u początku drogi powołania wszystko było niejasne i mgliste, dramatyczne i nieznane, również kraj, do którego miał iść, nie znając nawet jego nazwy.

ks. Zbigniew Niemirski

„wiara.pl”

 

 

 

15

 

Ojcowskie nakazy

 

Człowiek przekonany o własnej wolności, mający swoje zdanie i własne zapatrywania na wiele spraw, z niechęcią odnosi się do narzucanych mu opinii. Niechętny jest też stawianym mu wymaganiom. Nieraz postrzega je jako niemal zamach na osobistą wolność. Nawet dzieci wydają się czasem zaskoczone, że nagle postawiono im kategoryczny zakaz lub nakaz. Zresztą niejeden rodzic, spodziewając się gwałtownych reakcji dziecka, rezygnuje ze zdecydowanych żądań. „Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej” – to nakaz dany przez Boga Abramowi. „Jego słuchajcie” – nakazuje Bóg świadkom przemienienia Jezusa na górze Tabor. „Weź udział w trudach i przeciwnościach znoszonych dla Ewangelii” – nakazywał Paweł Tymoteuszowi.

Trudno sobie wyobrazić tekst biblijny bez nakazów. Szczytów sięgają one w Dekalogu. Lud Boży zdawał sobie sprawę z wagi Bożych nakazów i przykazań. Znamienne świadectwo tego znajdujemy w Księdze Psalmów: „Nakazy Pana słuszne – radują serce, przykazanie Pana jaśnieje i oświeca oczy” (19,9).

Nakazy odgrywają istotną rolę w historii zbawienia. Przede wszystkim ukazują Boga jako Ojca nakazującego, czyli wymagającego, by człowiek pełnił Jego wolę. Obraz Boga Ojca nakazującego nie sprzeciwia się obrazowi Boga Miłującego. Ojciec nigdy nie przestał miłować swojego Jednorodzonego Syna, a jednak przyjął Jego śmierć krzyżową jako akt posłuszeństwa Syna wobec woli Ojca. Bóg stawia człowiekowi nakazy z troski o niego, zwłaszcza o jego zbawienie. Ta troska zaś pochodzi z Bożej miłości.

Bóg jest najwyższym przykładem dla wszystkich, którym w udziale przypadła rola formułowania i ogłaszania wszelkiego rodzaju nakazów. W szczególny sposób przypada ona ojcom i matkom. W ich rodzicielskiej miłości musi być miejsce na stanowcze, aczkolwiek roztropne nakazy i zakazy wobec dzieci; na ich egzekwowanie.

Wydawanie nakazów przypada przełożonym, zwierzchnikom, pracodawcom. Nakazy ich, aby były konstruktywne, muszą być dyktowane dobrem ogólnym, a także dobrem człowieka, do którego są adresowane. Nie mogą więc być pozbawione miłości i służby człowiekowi. Nadto muszą budzić zaufanie zarówno do samego nakazodawcy, jak i do treści jego nakazów. Tylko nakazy zbudowane w podobny sposób mają szansę na realizację. Dzieci, młodzież, podwładni i wszyscy wykonawcy nakazów mają prawo znać ich motywacje i cele. W końcu jednak adresat nakazu powinien wykazać pewną uległość, posłuszeństwo, pokorę i zaufanie. Taką postawę zajmujemy wobec nakazów Boga, zaś nakazy ludzkie powinny być im podobne, by zasługiwały na przyjęcie i wypełnienie.

Bóg nakazujący, miłujący i zbawiający człowieka uświadamia nam, że nie tylko odnowa życia religijnego, ale także życia rodzinnego i społecznego nie obędzie się bez poważnego respektowania wiarygodnych nakazów.

ks. Jan Waliczek

„wiara.pl”

 

 

 

16

 

Na czym polega modlitwa głębi serca?

 

W tej modlitwie łaska Boga pozwala nam skupić uwagę na Duchu Świętym, który mieszka w każdym z nas. Jak to osiągnąć?

Modlitwa głębi serca, podobnie jak modlitwa Jezusowa, pochodzi z czasów ojców pustyni i stanowi istotę nauczania zawartego w Chmurze niewiedzy, przewodniku modlitwy napisanym przez anonimowego angielskiego mnicha w XIV wieku.

Oto co napisał ów mnich: „Podnieś twoje serce do Boga w pokornym ruchu miłości, mając na celu tylko Jego samego, nie patrząc na żadne z Jego dóbr. Niech każda myśl poza Nim będzie dla ciebie wstrętna i niech nic prócz Niego nie zajmuje twojego umysłu ani twojej woli” ("Chmura niewiedzy"). 

Ta forma modlitwy stała się popularna w XX wieku, po części za sprawą trapistów, między innymi ojca Basila Penningtona, który napisał w książce "Modlitwa prowadząca do środka", że jest ona „bardzo prostą metodą, techniką – jeśli lubisz to słowo – mającą na celu nawiązanie kontaktu z tym, c o r z e c z y w i s t e, c o i s t n i e j e” ("Modlitwa prowadząca do środka").

W tej modlitwie łaska Boga pozwala nam skupić uwagę na Duchu Świętym, który mieszka w każdym z nas. Jak to osiągnąć? Trzeba starać się wyrzucić z serca wszelkie nieistotne myśli i skupić się na jednym słowie określającym to zamieszkiwanie, takim jak „Bóg”, „Jezus”, „Duch”, „wiara” lub „moc”. Jest to modlitwa w ciszy, praktykowana indywidualnie i w samotności. Samotność można jednak znaleźć w najdziwniejszych miejscach.

Modlitwa głębi serca – ćwiczenie: znajdź słowo w swoim sercu

  • Znajdź wygodnie miejsce, gdzie nikt nie będzie ci przeszkadzał.
  • Wykonaj ćwiczenie oddechowe jako wstęp do medytacji, powtarzając Ojcze nasz ze świadomością, że wdychasz Boga, a wydychasz lęki i stres.
  • Zacznij od dowolnie wybranej krótkiej modlitwy, prosząc Boga o pomoc w skupieniu. Proś, żeby pomógł ci wyciszyć umysł i ożywić serce.
  • Znajdź słowo, które pojawia się w twoim sercu. Jeśli nie pojawi się żadne, skup się na słowie „Bóg”.
  • Zrób wdech, mówiąc to słowo.
  • Zrób wydech, mówiąc to słowo.
  • Trwaj, powtarzając to słowo w myślach, skupiając się na nim w sercu, które czerpie z powtarzanego słowa coraz większą moc. Potem uwolnij to słowo i usiądź w jego obecności, jak się siada ze starym przyjacielem.
  • Pozwól, żeby spoczęło w tobie.

Tekst pochodzi z książki "Prosty sposób na spotkanie Boga. Odkryj jak kwadrans modlitwy może zmienić twoje życie

                           „deon.pl”

 

 

 

17

 

Kocham swoją teściową. Ja nie żartuję!

 

"Mój mąż powiedział, że się zakochał. Płakałam, tłumaczyłam mu, że robi błąd, nie słuchał. Pomogła mi teściowa. Wzięła go na rozmowę i powiedziała mu coś ważnego. Ocaliła moje małżeństwo" - mówi mi Hanna.

Stary dowcip mówi, że teściowa powinna mieć dwa zęby: jeden, żeby otwierać nim piwo, a drugi - żeby bolał. Zgodnie z innym kawałem kryzysom w związku zawsze winne są w równym stopniu dwie osoby: żona oraz teściowa. W tych wytworach czarnego humoru zapisano obraz teściowych powszechny u znacznej części społeczeństwa: zgodnie z "tradycyjnym" przekazem teściowa to osoba wredna, wtrącająca się w życie młodego małżeństwa, a także niesłychanie zaborcza. Na szczęście jednak rzeczywistość często wygląda zupełnie inaczej. W Dniu Teściowej postanowiłam oddać głos tym, którzy z matką swojego współmałżonka mają bliską, wartościową relację. Poznajmy ich opowieści.

Weronika, 50 lat: chciałabym być taka jak ona

Moja teściowa była moją nauczycielką w liceum medycznym. Zawsze elegancka, miała piękne paznokcie, opowiadała o tym, że kobieta może pogodzić pracę z pacjentami i wychowanie dzieci - tylko potrzeba się dobrze zorganizować. Dużo wymagała, ale potrafiła docenić. Kiedy poznałam mojego męża na prywatce, nie wiedziałam, że jest jej synem - ale też był taki zadbany, pachnący, ułożony. Kiedy się zaręczyliśmy, ona się ucieszyła, mówiąc, że teraz on będzie musiał o mnie zadbać (a nie, że ja o niego!!!). Pomagała nam w wychowaniu dzieci, kiedy chorowały, podawała im leki. Była uczynną i elegancką kobietą. Nie miała łatwego życia - kilka razy poroniła, wcześnie została wdową, ale nie zgorzkniała. Do każdego miała szacunek, była też zaradna, umiała zrobić coś z niczego, bo nie miała dużo pieniędzy. Kiedy umarła (miała raka i udar), myślałam, że chciałabym być taka jak ona, że teściowa może być wspaniałą osobą.

Monika, 38 lat: teściowa jest mi bliska jak nikt

Kiedy wychodziłam za mąż, nie znałam dobrze rodziny ze strony męża. Nie chciałam, żeby ktoś się wtrącał w nasze życie, bo moi rodzice mieli się nie wtryniać. Mój ojciec był alkoholikiem, matka nie okazywała mi matczynego ciepła. Chciałam tak bardzo "po naszemu". Potrzeby poznawania matki męża nie miałam. Po co mi to miało być? Ale po ślubie mój ojciec zaczął się ode mnie domagać pieniędzy, żeby spłacić swojego brata. Wstydziłam się tego. Moja teściowa jednak zaczęła wtedy mnie wspierać, pomagać mi, mówić, że znajdą się te pieniądze, a jak nie, to mogę ich nie dawać, bo tak prawdę mówiąc, nic się ojcu nie należy. Okazało się, że miała podobną sytuację i w ogóle wiele przeszła ze swoją rodziną. Powiedziałam jej o rzeczach, których nie wiedział nikt, nawet moja koleżanka, z którą mieszkałam na osiedlu całe życie. Teściowa jest mi bliska tak, jak nikt nie był nigdy. Koleżanka czasem się śmieje, że gdyby żmija ugryzła jej teściową, to żmija by zdechła, a ja do swojej teściowej dzwonię, gdy mam jakiś problem, potrzebuję porady, co z dziećmi, co z pracą itd. Z teściową jestem bliżej, niż kiedykolwiek byłam ze swoją matką - teściowa nigdy nie mówiła mi, że to, co było w domu, to moja wina, ale też nie poucza mnie i nie wymaga, żebym była służącą jej syna.

Jan, 28 lat: gdyby nie teściowa, nie byłbym magistrem

U mnie było tak, że pozytywnie się zaskoczyłem. Moja obecna żona zaszła w ciążę na początku drugiego roku studiów. Baliśmy się, że nie ogarniemy małego dziecka i nauki. Mama mojej wtedy jeszcze dziewczyny, gdy się dowiedziała (powiedzieliśmy jej razem) powiedziała do mnie: "Dlaczego zbałamuciłeś moją córkę?". Myślałem, że nas wyrzuci, a ona potem powiedziała, że nie myślimy, ale ona nam pomoże. Poszedłem do pracy, ale teściowa powiedziała, żebym jednocześnie uczył się zaocznie, bo warto mieć magistra. Ania została na studiach dziennych. Teściowa zajmowała się wnuczką, nigdy nie robiła nam wyrzutów (poza tamtą pierwszą rozmową). Skończyliśmy studia, pracujemy, myślimy o drugim dziecku. Teściowa też chce być babcią trzeci raz (brat żony też ma już dziecko). Wspaniale zajmuje się małą, nigdy nie myśleliśmy o niani czy żłobku. Ślub wzięliśmy cztery dni po obronie Ani.

Hanna, 43 lata: teściowa ocaliła moje małżeństwo

Nie wiem, czy młodsze osoby to zrozumieją. Może będę oceniona, może ktoś powie, że postąpiłam nieżyciowo i głupio. Każdy ma prawo do takiej oceny, ale uważam, że czasami mężczyźni się gubią, bo nie wiedzą, czego się od nich chce. Ja chciałam, żebyśmy z moim Markiem zbudowali dom. Chciałam, żeby nasze dzieci miały swoje pokoje, kawałek podwórka, żeby żyło nam się lepiej niż mnie z moimi rodzicami (mama nie pracowała, była na rencie, tata nie miał stabilnego zatrudnienia, ciągle żonglował pracą). Suszyłam mężowi głowę, żeby pracował, żebyśmy coś osiągnęli. Wpadliśmy na pomysł, żeby wyjechał za granicę - i pracował w Norwegii przy zbiorze warzyw. Pieniądze były, dom kupiony i odmalowany, ale okazało się, że on poznał tam "babę". Powiedział mi o tym, gdy wrócił z roboty, która miała być przedostatnim wyjazdem tam… bo pieniądze już były zebrane. Powiedział, że się zakochał, mogę sobie wziąć ten dom, on mi będzie płacił, ale nie zmieni zdania. Płakałam, tłumaczyłam mu, że robi błąd, ale on nie słuchał. Moja mama powiedziała, żebym sprzedała ten dom i wróciła z dziećmi do nich, ale warunki byłyby dużo gorsze, poza tym z różnych powodów nie chciałam tego. Pomogła mi teściowa. Wzięła Marka na rozmowę i powiedziała mu, że nigdy nie przyjedzie do niej na święta z kochanką i że nie tak go wychowała. Powiedziała też, że ojciec Marka miał romans, a ona cierpiała z tego powodu (mój mąż nic o tym nie wiedział). To silna, stała kobieta - jej słowa otrzeźwiły go. Przez cały czas, kiedy ja miałam pretensje i żale, ona była po mojej stronie, bo ją też doświadczyło życie z mężczyzną. Po dwóch latach nasze małżeństwo jest lepsze niż w dniu ślubu. Teściowa je ocaliła, bo umiała powiedzieć synowi, co naprawdę jest ważne, i zdradzić swoją tajemnicę.

Mateusz, 33 lata: to była cudowna przemiana

Nie wiem, czy to się nadaje, bo moja teściowa była na początku beznadziejna, życzyłem jej najgorszych rzeczy. Krytykowała mnie, dorobiła sobie klucze od naszego domu, kilka razy powiedziała sąsiadkom, że co jak co, ale zięć jej się nie udał. Po utracie pracy (nie z mojej winy) przeszedłem załamanie nerwowe. Myślałem, że będzie mnie dociskać, bo jej córka zasługuje na to, co najlepsze (ja chętnie wszystko bym jej dał). A ona przeszła jakąś cudowną przemianę. Widząc mnie słabego, bez pracy, przeprosiła mnie i mówiła, że widzi we mnie dobrego człowieka, że czasem są trudności, ale trzeba zacisnąć zęby. Od tamtej pory mamy świetne układy. Nie mogę powiedzieć na nią nic złego - pomaga nam, gdy o to prosimy, ale nie atakuje, nie wymaga Bóg wie czego. Od tamtej pory wierzę, że człowiek może się zmienić.

Oczywiście "w przyrodzie" zdarzają się także trudne i obciążające relacje z teściowymi. W takiej sytuacji nie musimy się z nią przyjaźnić ani zwierzać ze swoich problemów. Zawsze jednak należy pamiętać, że jest ona jedną z najważniejszych osób w życiu naszej żony czy naszego męża, a często także naszych dzieci.

A jeśli relacje układają się przynajmniej poprawnie, to warto złożyć jej dzisiaj życzenia.

Niektóre imiona zostały zmienione.

Angelika Szelągowska-Mironiuk - psycholog i copywriter. Wierząca i praktykująca. Prowadzi bloga katolwica.blog.deon.pl

 

 

 

8

 

Zaproszenie na wakacje 2020 r.

 

Serdecznie zapraszamy do udziału w   wakacyjnych rekolekcjach   rowerowych pod hasłem: „Eucharystia daje życie”

Termin: od 6 do 14 lipca w Bodzentynie (Świętokrzyskie). Nocleg: Powiatowe Szkolne Schronisko Młodzieżowe w Bodzentynie, ul. Wolności 1A.

Koszt udziału w rekolekcjach: 600 zł, rodzeństwo 550zł. W tym: przejazd autokarem, transport rowerów, pobyt, wyżywienie, ubezpieczenie, bilety wstępu.

Co będziemy robić?: przede wszystkim podziwiać piękno przyrody okolic Kielc i Gór Świętokrzyskich - poruszając się pieszo i na rowerze m.in. zobaczymy: zabytki Bodzentyna, klasztor i okolice Św. Katarzyny, nawiedzimy klasztor na Św. Krzyżu i w Wąchocku, zwiedzimy „Ekomuzeum” w Starachowicach, odwiedzimy Nową Słupię, odwiedzimy dworek S. Żeromskiego w Ciekotach, popływamy w kąpielisku „Wilków” oraz odwiedzimy park Rozrywki „Sabat Krajno” w Krajno-Zagórze oraz kilka innych miejsc, wszystko zależy od warunków atmosferycznych i energii uczestników wyjazdu. Ponadto codzienna Eucharystia, modlitwa, konferencje, zajęcia plastyczne, sportowe, zabawy, dyskoteki i ognisko itp.

W czasie wycieczek rowerowych poruszamy się w małych bezpiecznych grupach - do 13 osób z opiekunem - jedziemy wyznaczonymi szlakami i ścieżkami rowerowymi według przewodnika rowerowego pt. „Kielce - Góry Świętokrzyskie. Ścieżki, szlaki i trasy rowerowe. Przewodnik – atlas” wyd. JP, Kielce 2017 oraz z mapy: „Wschodni szlak rowerowy Green velo”. Dzienny całkowity dystans: 10, 20, 30 do 45 km. Dystans dostosujemy do możliwości dzieci.

Co zabieramy ze sobą?: sprawny rower i kask rowerowy, 1 dętkę rowerową, kamizelkę odblaskową (zapewnia organizator), ubranie i obuwie sportowe, kurtkę przeciwdeszczową, przybory toaletowe, strój kąpielowy oraz dużo pozytywnej energii.

Wiek uczestnictwa: po klasie V SP.

Zapisy i karta uczestnika wyjazdu do odbioru u ks. Piotra Gębki.

Zapisy do Świąt Wielkanocnych (wpłata I. raty 200 zł. przy zapisie).

ZAPRASZAMY !!!

 

 

 

Święci i błogosławieni w tygodniu.

 


8 marca - św. Jan Boży, zakonnik

8 marca - św. Stefan z Obazine, opat

8 marca - św. Beata, dziewica i męczennica

8 marca - bazylika katedralna w Pelplinie

9 marca - św. Franciszka Rzymianka

9 marca - św. Dominik Savio

10 marca - św. Symplicjusz I, papież

10 marca - świętych Czterdziestu Męczenników z Sebasty

10 marca - św. Makary, biskup

11 marca - św. Konstantyn, prezbiter

11 marca - św. Sofroniusz, biskup

12 marca - św. Maksymilian, męczennik

12 marca - św. Alojzy Orione, prezbiter

12 marca - katedra polowa Wojska Polskiego w Warszawie

13 marca - św. Krystyna, męczennica

13 marca - św. Patrycja z Nikomedii, męczennica

13 marca - św. Nicefor, biskup

14 marca - św. Matylda

15 marca - św. Klemens Maria Hofbauer, prezbiter

15 marca - św. Ludwika de Marillac, zakonnica

15 marca - bł. Artemides Zatti, zakonnik
 
 
 
   ------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

poniedziałek - sobota – 7.00, 7.30, 18.00.
Kancelaria (tel. 126452342) czynna:
(oprócz I piątku i świąt): godz. 8-9 i 16-17.15 (oprócz sobót)
Redakcja „Wzgórza w Blasku Miłosierdzia”: Władysław Wyka - red. nacz.,
Wydaje: Parafialny Oddział Akcji Katolickiej nr 1 Archidiecezji Krakowskiej
- Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach 1a,
Nr k. bank – 08 1240 2294 1111 0000 3723 9378, tel.; 0-12-645-23-42.
NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:
strona internetowa parafii:
oraz milosirdzia-parafia.pl - PO Akcji Katolickiej
adres parafii:
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.,
strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl
adres gazetki:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

 ---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------