WZGÓRZA

W BLASKU MIŁOSIERDZIA

 

47/793                   -         22 listopada 2020 r. A.

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA „WZGÓRZA W BLASKU MIŁOSIERDZIA”

„Błogosławieni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią”

 

1

 

 

JEZUSA CHRYSTUSA,

KRÓLA WSZECHŚWIATA

Uroczystość

 

Ta niedziela nazywana jest uroczystością Chrystusa Króla. Czy Jezus rzeczywiście króluje? Owszem. Jeśli jednak ktoś wyobraża sobie, że jest to królowanie statyczne, polegające na zasiadaniu na tronie i odbieraniu hołdów, to jest w błędzie. Czytania tej niedzieli ukazują Jezusa, a Stary Testament ogólnie Boga, jako postać dynamiczną, jako tego, który walczy i wymierza sprawiedliwość; jako tego, któremu nie jest obojętny los słabych i uciśnionych. Boga, który po rewolcie zła, które sprowadziło na człowieka mnóstwo różnych nieszczęść przywraca światu pierwotny ład i harmonię.

 

 

2

 

XXXIV niedziela r. A

22 listopada 2020 r.

 

Ewangelia - Mt 25,31–46

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale i wszyscy aniołowie z Nim, wtedy zasiądzie na swoim tronie, pełnym chwały. I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie.

Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: "Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźmijcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata. Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie;byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie".

Wówczas zapytają sprawiedliwi: "Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?".

Król im odpowie: "Zaprawdę powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili". Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: "Idźcie precz ode mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom. Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść; byłem spragniony, a nie daliście Mi pić; byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie; byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie; byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście mnie". Wówczas zapytają i ci: "Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie?". Wtedy odpowie im: "Zaprawdę powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili". I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego”.

 

3

 

Pan mówi: Co uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tych potrzebujących - Mnieście uczynili. Pan oczekuje, że będziemy miłować się wzajemnie tak, jak On nas umiłował. Wiara działa przez miłość, a miłość nie ustaje w czynieniu dobra. Bez czynnej miłości bliźniego oddalamy się od Chrystusa... On ostrzega, że ci, którzy przeszli przez życie w twardym egoizmie, pójdą na wieczną karę...

 

4

 

 

Jezus jest Panem, Jezus jest Królem.

Nie Panem i Królem malowanym, który tylko by czekał na hołdy. On ciągle walczy o ludzi. Zależy Mu na nas. I doprowadzi nas kiedyś dożycia wiecznego. Do nieba, w którym nie będzie już żadnego zła. Nie tylko chorób, cierpienia, śmierci, ale i niesprawiedliwości, krzywd, ludzkiej podłości czy obojętności....

A do nieba będziemy się nadawali, jeśli zobaczymy go w najuboższych i najsłabszych. W kontekście sporów o aborcję, które tak zaogniły się w ostatnim czasie w Polsce trzeba jasno powiedzieć, że dla chrześcijanina tymi najsłabszymi są nienarodzone dzieci. One nie wyjdą na ulice protestować w walce o swoje życie. Nie napiszą żadnego manifestu na Facebooku ani na Twitterze. Stanąć w ich obronie, to bronić autentycznie najsłabszych. Z którymi identyfikuje się sam Jezus.

 

5

 

W dzisiejszym numerze:
- Hymn do Chrystusa, Króla Wszechświata
- Mizerne oczekiwania
- Postawa służby
- Podziękowanie
- Modlitwa do Jezusa Chrystusa naszego Króla i Pana
- Jesteśmy nauczycielami miłosierdzia
- To nie ludzie odchodzą z Kościoła, ale to Kościół odszedł od ludzi
- Żyjemy w chorym Kościele
- Pomocna dłoń
- Królowa w świecie bez Boga
- Święci i błogosławieni w tygodniu
 
 
 
6
 

Hymn do Chrystusa, Króla Wszechświata

Jezu, nasz Chryste, Ty Królu Wszechświata,
Do Ciebie dziś płyną pieśni uwielbienia,
Tyś jest Najwyższy, Boże Nieskończony,
Tyś Panem całego ludzkiego stworzenia.
Przed Tobą zgina się każde kolano,
Hołd Ci oddaje wiernych wdzięczny chór,
Boś Ty nam bramy otworzył zbawienia,
Zniweczył twardy grzechów naszych mur.
Dzisiaj Cię czcimy jak Króla Wszechświata,
Oddajemy najgłębsza uniżoną cześć,
Boś Ty naszym Stwórcą, Odwieczny nasz Boże,
Chcemy Ci w ofierze dar serc naszych nieść.
Zstąp dzisiaj nad Polskę, nasze miasta, wioski,
Na naszą Ojczyznę, nasz rodzinny kraj,
Osłaniaj potęgą swoich Boskich skrzydeł,
Zgodę, miłość braterską, pomyślność jej daj!

Teresa Zajewska

 

 

 

7

 

Mizerne oczekiwania

O królestwie to On właściwie mówił bez przerwy. Że jest podobne do czegoś tam, że przyjdzie, że niebawem. Słyszeliśmy to codziennie. Rozglądał się, uśmiechał i gotowa opowieść. Jakby brał w ręce zwyczajne, pospolite przedmioty, podnosił na wysokość oczu i mówił: Widzę królestwo Boże. Ziarno, pole, świecąca lampa, sieci - we wszystkim potrafił je zobaczyć. A my za Nim. Nie ma co, daliśmy się wciągnąć w te opowieści. Do tego jeszcze uzdrawiał chorych. To dlatego ciągnęły za nami tłumy ludzi ze wszystkich wiosek, przez które przechodziliśmy. Błyszczące oczy mówiły więcej niż słowa. Wreszcie coś się odmieniło w ich smutnym życiu. Nieoczekiwanie, niezasłużenie, taka łaska, taki cud, i to dla nich. Nic dziwnego, że nie chcieli odejść. Zapominali nawet o jedzeniu. No to On wziął nasz od biedy prowiant i nagle zrobiło się mnóstwo jedzenia dla wszystkich. Wtedy zaczęli mówić o Nim jak o Królu.

A w ogóle szliśmy do Jerozolimy. Nie wiem już, kto pierwszy na to wpadł, ale niedługo wszyscy byliśmy pewni: Idziemy po Królestwo. Tak, w Jerozolimie wszystko się okaże. Rzymianie, nasi kapłani, przemądrzali faryzeusze, wszyscy zobaczą Króla. A my będziemy przy Nim. I ostatni będą pierwszymi, jak to zresztą sam zapowiadał.

W Jerozolimie okazało się inaczej. Ledwie rozbudzone nadzieje umarły. Zawstydzeni prowincjusze, chyłkiem uciekaliśmy ze stolicy. I pewnie wrócilibyśmy do swojego starego życia, z zadrą w sercu i bolesną nauczką, żeby się jednak zbyt wiele nie spodziewać, ale nas zatrzymał. Na drodze, kiedy myśleliśmy, że rozmawiamy z nierozgarniętym pielgrzymem.

Potrzebowaliśmy jeszcze Ducha Świętego, żeby nam przypomniał, że przecież On wszystko dokładnie wyjaśnił. A nam dźwięczało to Królestwo w tonacji naszych mizernych oczekiwań. Takie się nam wydawały wielkie, że będziemy siedzieć na tronie, że po prawej i po lewej stronie. Ukołysała nas ta wizja i prawie nie zauważyliśmy, że staliśmy się wolni. Jak Król.

Wojciech Czwichocki OP - ur. 1966 w Bydgoszczy, dominikanin. Duszpasterz grupy postakademickiej 3/4, opiekun grupy medytacyjnej. Mieszka we Wrocławiu.

„drodze.pl”

 

 

 

10

 

Postawa służby

Obchodzimy dzisiaj uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata. Dla wielu współczesnych pojęcia: „królestwo”, „król” czy „władza absolutna” są obce, bowiem żyjemy w dobie kultu demokracji. O wszystkim decyduje głosowanie, każde słowo może być naruszeniem praw obywatelskich, a swoboda i wolność stają się sztandarowym przesłaniem mediów. I właśnie w takim momencie dziejowym przychodzi Jezus i mówi: „Jestem Królem, jestem Twoim Królem, który nie tylko rządzi, ale nade wszystko rozlicza”. Kiedy słuchamy dzisiejszej Ewangelii, nie sposób nie odkryć bardzo konkretnych rozliczeń.

Najpierw Jezus wymienia swoisty katalog działań, które są przepustką do królestwa Bożego. Tak naprawdę wszystkie te postawy związane są z prozą życia i w konsekwencji nie wymagają heroizmu. To często drobiazgi, które jednak wymagają od człowieka ofiary, wyrzeczenia czy po prostu jednoznacznego wyboru. W prozie życia przekłada się to na sposób myślenia w kategoriach: Ty, a nie ja. Czyż nie jest to piękna postawa, gdy człowiek myśli o drugim w perspektywie daru? Można powiedzieć tak: „Ty pojawiasz się w moim życiu i oczekujesz ode mnie mojej cząstki, mojej bliskości i wrażliwości”. Można w tym miejscu przytoczyć pewien negatywny przykład, który stanowi ilustrację omawianej postawy.

Rodzice pracujący zawodowo, robiący karierę i pieniądze przed imieninami córeczki wpadli do sklepu z zabawkami i tłumaczą sprzedawczyni:

– Cały dzień jesteśmy oboje poza domem. Szukamy czegoś, co małą ucieszy, długo ją zajmie i rozwieje uczucie samotności. Ona jest taka smutna.

– Przykro mi – odpowiedziała ekspedientka – ale rodziców nie sprzedajemy.

To bardzo sugestywny przykład. Ukazuje, o co chodzi w byciu darem dla drugiego.

Jezus przekazuje dzisiaj jeszcze jedną ważną rzecz. „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25). Chodzi więc o jednoznaczną postawę służby, bez względu na osobę. Owi najmniejsi to wszyscy obcy, których człowiek spotyka w swoim życiu.

Jakże w tym miejscu nie przytoczyć przykładu z życia św. Jana Pawła II. On też zasiadał na tronie, można powiedzieć, że jak król. Ale zawsze z niego schodził, aby być bliżej każdego potrzebującego. Któż z nas nie pamięta dziewczyny z Czadu, która w czasie Światowych Dni Młodzieży w Częstochowie przedarła się przez ochronę i wtuliła głowę w ramiona papieża. Święty Jan Paweł II, wyraźnie wzruszony, tulił biedną i – jak się potem okazało – prześladowaną chrześcijankę. To było właśnie takie zejście z tronu, odpowiedź na potrzebę drugiego człowieka. Czynił to wielokrotnie w szpitalach, podczas spotkań z chorymi, więźniami, a także z prostymi ludźmi, którym spotkanie z nim dawało umocnienie, nadzieję i siły.

Jest takie afrykańskie przysłowie: „Wielu małych ludzi w wielu małych miejscowościach, którzy czynią wiele małych rzeczy, może przemieniać oblicze świata”. Zawarte w nim przesłanie najlepiej ilustruje dzisiejsze wezwanie do służby. Liczy się najmniejszy gest okazany choćby najmniej znaczącemu w świecie człowiekowi.

I jest jeszcze jeden ważny aspekt rozliczenia, o którym mówi Chrystus: „Idźcie precz ode mnie (...)” (Mt 25). To ważne zdanie, bowiem likwiduje przekonanie, że Pan będzie pobłażliwy. Oczywiście możemy sięgać po miłosierdzie Boże, ale z drugiej strony lekceważenie wezwań Stwórcy nie może pozostać bez konsekwencji. Może więc warto w perspektywie dzisiejszej uroczystości stanąć przed Jezusem i modlić następującymi słowami:

Jezu, Królu wszystkich ludzi, pomóż mi walczyć ze znieczulicą
i wybieraniem tego, co wygodne. Nie dozwól, abym szufladkował ludzi
na lepszych i tych gorszych, którzy do niczego się nie przydadzą.
Daj siłę bycia otwartym dla każdego i daj mi, Królu i Panie, wrażliwość,
dzięki której mógłbym odpowiedzieć na potrzeby każdego napotkanego człowieka.
Proszę Cię o to, bo wiem, że jestem słaby i lubię sobie wybierać tych ludzi,
których lubię, albo którzy mogą mi coś załatwić.
Daj mi miłość obdarzającą, która sprawi, że będę umiał
i chciał służyć innym, nie tylko bliskim.

Niech pointą dzisiejszych rozważań będą słowa św. Jana Pawła II skierowane do Polaków podczas audiencji w ostatnią niedzielę roku liturgicznego w 1984 roku:

Dzień dzisiejszy jest wielkim świętem Kościoła. Kościół kończy rok liturgiczny, patrząc w kierunku Królestwa Jezusa Chrystusa; Jego królowania, które wciąż się realizuje na ziemi, z roku na rok. Każdy rok jest jakimś etapem realizacji tego Królestwa, które Pan Jezus głosił i które potwierdził swoim krzyżem i swoim zmartwychwstaniem. Równocześnie ten dzień i to święto, które dziś przeżywamy, wskazuje nam na ostateczne, wieczne perspektywy tego Królestwa. To jest jedyne królestwo, które nigdy nie przeminie, do którego wszystkie doczesne państwa, władania, królestwa ostatecznie się sprowadzają i w Nim znajdą niejako swoje zbawcze ujście. To wszystko, co w doczesnym życiu człowieka i w doczesnym życiu społeczeństw jest związane z nadziejami, ale także i z cierpieniami, to wszystko w Bożym Planie Zbawienia swoje ostateczne ujście znajdzie w wiecznym, eschatologicznym Królestwie Bożym, do którego wprowadził nas Chrystus i do którego stale nas Chrystus prowadzi przez Kościół. To jest wielkie święto Kościoła. Można powiedzieć, że jest to równocześnie wielkie święto ludzkości, bo właśnie ten dzień mówi ludzkości, a w tej ludzkości ludom, narodom i ludziom o ich ostatecznym przeznaczeniu.

ks. Janusz Mastalski – Ekspres Homiletyczny”

 

 

 

11

 

Podziękowanie

 
Miłujący każdego
Kto dobro czyni
Kto barwi lub rozświetla Wszechświat
choćby odrobiną piękna!
Niedościgniony Mistrzu
Dzięki za wszelkie przejawy piękna
cieszące umysł ciało i duszę
Przyjmij dziękczynienia
za nieskończone cuda stworzone przez Ciebie
Za czarodziejska tajemnicę Wszechświata!
W poczuciu dotyku piękna
Miłość bliźniego się wplata
Alleluja!

           

 

 

12

 

Modlitwa do Jezusa Chrystusa

naszego Króla i Pana

Jezu Chryste, Królu Wszechświata, Panie nasz i Boże,
Odkupicielu rodzaju ludzkiego, nasz Zbawicielu! T
y, który mówiłeś, że Królestwo Twoje nie jest z tego świata,
który wzywałeś nas do szukania Królestwa Bożego
i nauczyłeś nas prosić w modlitwie do Ojca:
„przyjdź Królestwo Twoje”,
wejrzyj na nas stojących przed Twoim Majestatem.
Wywyższamy Cię, oddajemy Ci cześć i uwielbienie.
Pokornie poddajemy się Twemu Panowaniu i Twemu Prawu.
Świadomi naszych win i zniewag zadanych Twemu Sercu
przepraszamy za wszelkie nasze grzechy i zaniedbane dobro.
Wyrażamy naszą skruchę i prosimy o zmiłowanie.
Przyrzekamy zabiegać o pomnożenie Twojej Chwały,
dziękować za nieskończone Miłosierdzie,
które okazujesz z pokolenia na pokolenie,
wiernością i posłuszeństwem odpowiadać na Twoją Miłość.
Boski Królu naszych serc, niech Twój Święty Duch,
wspiera nas w realizacji tych zobowiązań,
chroni od zła i dokonuje naszego uświęcenia.
Niech pomaga nam porządkować całe nasze życie
i posłannictwo Kościoła.
Króluj nam Chryste!
Króluj w naszej Ojczyźnie, króluj w każdym narodzie,
na większą chwałę Przenajświętszej Trójcy i dla zbawienia ludzi.
Spraw, aby nasze rodziny, wioski, miasta i świat cały
objęło Twe Królestwo:
królestwo prawdy i życia, królestwo świętości i łaski,
królestwo sprawiedliwości, miłości i pokoju, teraz i na wieki wieków.
Amen.

 

 

 

13

 

Jesteśmy nauczycielami miłosierdzia

Syn Boga przybył, by nam objawić miłosierdzie, jakim Bóg darzy ludzi. Wezwał nas też, byśmy sami byli miłosierni, bo wówczas miłosierdzia dostąpimy. Ale jest jeszcze jedno ważne zadanie: mamy być nauczycielami miłosierdzia wśród wszystkich ludzi na ziemi. Łaska wiary i zbawiania należy do Boga, a nie do nas. My natomiast możemy nauczyć innych miłosierdzia. A jeśli oni to opanują, możemy być spokojni o ich zbawienie.

Przypowieść odsłania decyzję Chrystusa o dopuszczeniu do wiecznego szczęścia wszystkich ludzi, o ile tylko byli na ziemi miłosierni. Oni nawet nie znali Chrystusa. Po raz pierwszy zobaczą Go na sądzie. I dlatego będą pytać: „Kiedyśmy Cię widzieli?” (Mt 25,44). Ale skoro okazali miłosierdzie innym, Jezus okaże im swoje. Ono jest bramą do nieba, przez którą wejdą na zasadzie łaski udzielonej przez samego Pana wszyscy miłosierni, niezależnie od tego, czy Chrystusa znali, czy nie.

My już mamy prawo do nieba na podstawie łaski chrztu. Oni otrzymają to prawo w chwili sądu w nagrodę za miłosierdzie okazane potrzebującym.

To wielka nadzieja dla wszystkich ludzi, i to niezależnie od tego, jaką wyznają religię i jaki mają światopogląd. Oni mają szansę zbawienia dzięki łasce Jezusa.

Czyniąc miłosierdzie, uczymy innych tej boskiej sztuki. Warto postawić sobie pytania: Kogo nauczyliśmy miłosierdzia? Kogo nauczyliśmy przebaczenia? Ilu ludzi nam za to dziękuje?

ks. Edward Staniek – „Ekspres Homiletyczny”

 

 

 

15

 

To nie ludzie odchodzą z Kościoła,

ale to Kościół odszedł od ludzi

Ktoś kilka dni temu napisał w jednym z komentarzy, że to nie ludzie odchodzą z Kościoła, ale to Kościół odszedł od ludzi. Mnie te słowa bardzo poruszają i - niestety - często pokrywają się z tym, co widzę.

"Kto odchodzi z Kościoła z powodu zachowania księży albo biskupów tak naprawdę nigdy do niego nie wszedł z powodu Jezusa". "W Kościele się nie jest dla księży i biskupów tylko dla Boga".

Tego typu komentarzy widzę ostatnio bardzo dużo. Są to słowa, które są potwornym uproszczeniem i mogą bardzo ranić.

Znam wiele osób, które w ostatnich latach odeszły bądź zastawiają się nad odejściem z Kościoła. Albo takich, które wciąż w nim są, ale czują się w nim niechciane, marginalizowane i wypychane.

Czy któraś z nich powiedziała mi, że jej kryzys wynika z braku relacji z Bogiem? Nikt mi tak nie powiedział. Czy któraś z nich powiedziała, że odchodzi z powodu tego, że nie zgadza się z przesłaniem Ewangelii? Też nie.

Najczęstsze powody rozgoryczenia, kryzysu, zwątpienia, a czasem niestety w końcu odejścia, nie są związane z duchowością i wiarą, ale ze zgorszeniem wynikającym ze skali ukrywanych skandali i bezsilnością wynikającą z doświadczeniem zderzenia ze skostniałą instytucją.

Zanim ocenimy kogoś, kto jest w kryzysie albo odchodzi, porozmawiajmy z nim. Posłuchajmy go. Wtedy i tylko wtedy stworzymy przestrzeń, w której pojawi się szansa na zrozumienie i odpowiedzialną reakcję wynikającą z miłości.

Wyskakiwanie na dzień dobry z ewangelizacją i "dawaniem świadectwa" też nie jest dobrym rozwiązaniem. Na to potrzeba czasu i cierpliwości. Najpierw trzeba słuchać i próbować zrozumieć.

Z racji moich codziennych zaangażowań dziennikarskich i w Zupie na Plantach, ale też zwykłych rozmów ze znajomymi i przyjaciółmi, którzy są z bardzo różnych środowisk, mam to "szczęście", że od wielu lat słyszę, co ludzi w Kościele boli.

Wspomniałem już o skandalach i ich ukrywaniu, wspomniałem o skostniałej instytucji. Bardzo często pojawia się też temat bratania się z politykami, szukania wszędzie wrogów, biskupów kompletnie oderwanych od rzeczywistości, zderzenia z księżmi na parafii, którzy zachowują się bardziej jak urzędnicy niż duszpasterze, również poczucie wyższości dużej części duchowieństwa, skrajny klerykalizm i traktowanie świeckiego jak jakiegoś intruza, kazania, których nie da się słuchać, brak zdrowej formacji, która nie stoi w sprzeczności z wiedzą, doszukiwanie się wszędzie diabelskich mocy i zagrożeń, bronienie sposobów funkcjonowania instytucji, które w XXI wieku dla myślącego człowieka są nie do obronienia, brak szacunku dla wolności i sumienia. Długo by jeszcze można wymieniać.

Kryzys i bunt naprawdę nie wynika z przeciwstawiania się Ewangelii. To jest jakiś mit, który ma nam ułatwić racjonalizację i zbycie problemu.

Kryzys i bunt nie dotyczy tylko ludzi, którzy nigdy nie przeszli wtajemniczenia w wiarę. Często jest wręcz przeciwnie. Sam otrzymałem sensowną formację, przez kilka lat byłem mocno zaangażowany w dominikańskim duszpasterstwie, całe życie jestem związany ze wspólnotą Taizé, regularnie (co tydzień) uczestniczę w spotkaniach małej wspólnoty modlitewno-formacyjnej. I tak samo jest z wieloma osobami, które znam, osobami, które nie chcą się już godzić na to jak funkcjonuje nasz Kościół.

Jeszcze innym przypadkiem są osoby zranione w Kościele. Seksualnie, psychicznie czy w jakikolwiek inny sposób. Mówienie w ich kierunku, że ich problemem jest niewiara w Boga albo nienawiść do Kościoła, jest po prostu obrzydliwe i nigdy nie powinno mieć miejsca. W stosunku do nich jedyne prawo, jakie nam przysługuje, to starać się z jak największą delikatnością i wrażliwością leczyć ich rany.

I jeszcze na koniec. Już kilka razy to mówiłem, ale podkreślę to jeszcze raz. To co tu od jakiegoś czasu piszę, nie jest moim przygotowaniem na odejście z Kościoła. Nigdzie się nie wybieram. Choć pewnie niejedna osoba by się z tego ucieszyła.

To, dlaczego piszę o tych wszystkich trudnych sprawach wynika z mojej szczerej troski o naszą wspólnotę. Troski o wspólnotę, którą kocham. I niezgodę na to, żeby zbywać problemy stwierdzeniami i uproszczeniami, które naprawdę mogą ranić.

Łatwo jest wszystko zwalać na zły świat, ataki na Kościół i niedojrzałość wiary u ludzi, którzy są w stanie zwątpienia. Ale takie "recepty" nie doprowadzą do nawrócenia naszej wspólnoty.

Ktoś kilka dni temu napisał w jednym z komentarzy, że to nie ludzie odchodzą z Kościoła, ale to Kościół odszedł od ludzi. Mnie te słowa bardzo poruszają i - niestety - często pokrywają się z tym, co widzę.

Wchodzimy w czas, w którym będziemy się na wielu poziomach mierzyć z bardzo smutną prawdą o naszej wspólnocie. To będzie bolesne, ale nie możemy tego przypudrować i udawać, że wszystko jest OK.

Bóg, którego ja poznaję i w którego mocno wierzę, zawsze szukał dróg do serc ludzi. Szczególnie tych, którzy są poranieni, zagubieni, słabi i marginalizowani. I jestem głęboko przekonany, że gdyby Kościół pokazywał Go ludziom, zamiast Go im przysłaniać, to nie bylibyśmy w takiej sytuacji, w jakiej teraz jesteśmy.

Każdego dnia modlę się, żebyśmy potrafili budować wrażliwy, ewangeliczny Kościół. I na tyle na ile potrafię - zdając sobie sprawę ze wszystkich własnych błędów, ułomności i grzeszności - staram się taki Kościół budować i o niego walczyć. I nie przestanę. Nawet jeśli ludzie będą z coraz większą intensywnością mnie wyzywać od heretyków i mącicieli siejących zgorszenie oraz twierdzić, że tak naprawdę już od dawna jestem poza Kościołem.

Piotr Żyłka –„deon.pl”

 

 

 

14

 

Żyjemy w chorym Kościele

Dzisiaj, gdy tak wiele osób pyta o sens trwania w Kościele, w którym najcięższe i najbardziej gorszące skandale pojawiają się lawinowo jeden po drugim, taka jest właśnie moja odpowiedź: nie chcę rezygnować z tego talentu, z tego daru, który od Boga otrzymałem.

Pamiętacie marcowy wieczór, skąpany w deszczu pusty Plac św. Piotra i samotnie modlącego się Franciszka? Pamiętacie przejmujące słowa papieskiej modlitwy? „W tym naszym świecie, który kochasz bardziej niż my, ruszyliśmy naprzód na pełnych obrotach, czując się silnymi i zdolnymi do wszystkiego. Chciwi zysku, daliśmy się pochłonąć rzeczom i oszołomić pośpiechem (…). Myśleliśmy, że zawsze będziemy zdrowi w chorym świecie. To nie jest czas Twojego sądu, ale naszego wyboru tego, co się liczy”.

Przypomniałem sobie tę niezwykłą modlitwę papieża w kontekście Słowa, jakie daje nam dzisiaj Pan. Ustami Pawła Apostoła mówi do nas: „Kiedy bowiem będą mówić: «Pokój i bezpieczeństwo», tak niespodziana przyjdzie na nich zagłada, jak bóle na brzemienną, i nie ujdą” (1 Tes 5, 2). I trochę chyba tak jest, że wciąż niezmiennie czujemy się bezpieczni, zdrowi, nieskrępowani, wszechpotężni. Niczego nie nauczyła nas wiosenna pandemia, podobnie jak niczego nie uczy nas ta jesienna, którą przeżywamy. Żyjemy w chorym świecie. I dzisiaj wielu z nas natychmiast doda: żyjemy też w chorym Kościele. I będzie to prawda. Dlatego posłuchajmy, co Bóg chce dzisiaj powiedzieć nam – żyjącym w chorej rzeczywistości.

Jezus poprzez ostatnią przypowieść o talentach chce nam uświadomić, jak bardzo zostaliśmy obdarowani przez Boga. I wcale nie chodzi tu o nasze talenty, zdolności, umiejętności, lecz o wiarę. Nasza wiara jest wielka właśnie przez to, co nam daje, a nie przez to, czego od nas wymaga. Bóg, w którego wierzymy i którego głosimy jest nieprześcigniony w dawaniu. Dar, który otrzymujemy od Boga wart jest więcej, niż 16 mln złotych (równowartość pięciu talentów). Jest to dar nieprzeliczalny! Nie ma ceny! Ostatecznie bowiem tym darem jest sam Bóg, który ofiaruje nam samego siebie! Tego daru nie można sobie kupić! Ten dar łatwiej przychodzi nam odkryć i docenić, kiedy – jak w tym czasie – doświadczamy własnej niewystarczalności. „Początkiem wiary jest świadomość, że potrzebujemy zbawienia. Nie jesteśmy samowystarczalni, sami toniemy; potrzebujemy Pana jak starożytni żeglarze gwiazd. Zaprośmy Jezusa do łodzi naszego życia” – mówił Franciszek w ten pamiętny marcowy wieczór.

Biblijny talent jest także tym, co Jezus zostawił swoim uczniom, a więc nam, przekazując w nasze ręce Kościół i świat. To dar Ducha Świętego. To wiara, że można zmieniać świat. To Słowo nadziei dane nie po to, by je wyjaśniać, ale by nim żyć. To przyjaźń z ludźmi, zdolność do miłości i solidarności z innym. Dzisiaj, gdy tak wiele osób pyta o sens trwania w Kościele, w którym najcięższe i najbardziej gorszące skandale pojawiają się lawinowo jeden po drugim, taka jest właśnie moja odpowiedź: nie chcę rezygnować z tego talentu, z tego daru, który od Boga otrzymałem. Czy sam fakt, że inni ludzie, w tym biskupi i kardynałowie, ów talent zakopują, przehandlowują niczym najbardziej wprawni geszefciarze, a nawet świadomie niszczą uprawnia mnie, bym z niego rezygnował i go odrzucił? Nie wydaje mi się ani stosowne, ani korzystne rezygnować z tego daru tylko dlatego, że ktoś inny nie potrafi z niego korzystać. Wręcz przeciwnie! To, że żyję dzisiaj w chorym świecie i chorym Kościele, motywuje mnie, bym wszelkimi możliwymi sposobami starał się pomnażać te talenty – Boże dary, którymi Bóg nas obdarzył: wiarę, Kościół, Słowo Boże, miłość, przyjaźń, solidarność…

   To Słowo nadziei dane nie po to, by je wyjaśniać, ale by nim żyć.

Bóg nie wysyła do nas żadnego anioła czy któregoś z proroków, ale własnego Syna, by nikt nie wątpił w Jego wielkoduszność i bezinteresowność. Bóg sam w swoim Synu staje się największym darem. Współpracując z Nim, stajemy się coraz bogatsi, gdyż każdemu, kto ma już Boga i ludzi, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie okazji i umiejętności życia w każdych warunkach. Nawet w trudnych i chorych, w jakich dzisiaj przyszło nam żyć. „To nie jest czas Twojego sądu, Panie, ale czas naszego wyboru tego, co się liczy” (Franciszek).

Autor: ks. Bartosz Rajewski –„deon.pl”

Proboszcz parafii na South Kensington w Londynie

 

 

 

16

 

Pomocna dłoń

Misjonarze alarmują, że postcovidowa bieda dopiero uderzy. Najbardziej ucierpią dzieci.

Obraz świata w czasie pandemii, jaki serwują nam mainstreamowe media zaczyna się i kończy jedynie na Europie, zresztą i tak nie całej. Jak flesz wybrzmią nieraz wieści ze Stanów Zjednoczonych, Indii czy Brazylii. Od dawna nie słychać nawet o tym, co się dzieje w Chinach. Wiadomo, koszula bliższa ciału. Niestety informacje, które docierają z peryferii świata, głównie dzięki pracującym tam misjonarzom, nie napawają optymizmem. Postcovidowa bieda dopiero uderzy. Najbardziej ucierpią dzieci.

Pracujący w slumsach Manili francuski misjonarz alarmuje, że ograniczenia sanitarne sprawiły, iż najubożsi, pracujący głównie na dniówki, stracili jakąkolwiek możliwość zarobku, co przekłada się na coraz większy głód w rodzinach. - Już na początku pandemii ponad połowa mieszkańców Manili miała środki finansowe na przeżycie zaledwie tygodnia, teraz sytuacja jest katastrofalna – podkreśla ks. Matthieu Dauchez. Bez pomocy z zewnątrz wiele rodzin nie przetrwa dramatu pandemii. To tylko jeden przykład oddający to, co dzieje się w wielu krajach Azji, Ameryki Łacińskiej i Afryki. Kilka suchych liczb za Caritas Internationalis. W ubiegłym roku chroniczne niedożywienie dotykało 690 mln osób. Koronawirus sprawia, że do końca bieżącego roku liczba ta wzrośnie o kolejne 130 mln!!! Pierwszymi ofiarami fali głodu i pogarszających się warunków życia będą dzieci. Paradoksalnie ich sytuację, np. w Afryce subsaharyjskiej, pogarsza fakt zamknięcia od miesięcy szkół. To w nich wiele dzieci otrzymywało jedyny pewny posiłek dziennie.

Dopiero co obchodziliśmy ustanowiony przez Franciszka Światowy Dzień Ubogich. Papież przypomniał, że wartość naszego życia nie zależy od tego, ile odłożymy na koncie, ale ile owoców przyniesiemy. Trzeba podejmować ryzyko miłości, angażując się w relacje z Bogiem i ludźmi. Nie można marnować życia myśląc tylko o sobie. Ten trudny czas, jak nigdy wcześniej, jest poligonem doświadczalnym naszej solidarności. Pomagać można na wiele sposobów, zarówno w dalekich krajach, jak i po sąsiedzku. Warto się choćby zapytać czy znam swoich sąsiadów i ich potrzeby, albo trudności z jakimi borykają się koledzy z pracy czy ich rodziny. By pomagać trzeba jedynie rozbudzić wyobraźnię miłosierdzia, bo największym ubóstwem, które trzeba zwalczyć w nas samych, jest nasze ubóstwo miłości. Dostrzec konkretnego człowieka z jego szczególnymi potrzebami i wyciągnąć pomocną dłoń, bo jeśli dziś nie będziemy dobrzy, to kiedy?

Beata Zajączkowska – „wiara.pl”

 

 

 

17

 

Królowa w świecie bez Boga

Właśnie obejrzałam ostatni odcinek i trudno mi się uspokoić. Przejść do porządku dziennego jakby nigdy nic? Po prostu się nie da. Choć nie mam pojęcia o szachach, w Gambicie królowej, a zwłaszcza w postaci głównej bohaterki, odnajduję siebie - pisze s. Benedykta Baumann.

Już pierwszy odcinek rozłożył mnie na łopatki. Utożsamiłam się z dziewczynką o bogatej wyobraźni błądzącą po mrocznych zakamarkach bezdusznego sierocińca. Chociaż moje losy nie są (na szczęście) aż tak dramatyczne jak losy genialnej szachistki Beth Harmon, bohaterki powieści Tevisa Waltera i Netflixowego serialu Scotta Franka, zobaczyłam siebie w peerelowskim przedszkolu tęskniącą za rodzicami mieszkającymi w innych miastach.

Przy kolejnych odcinkach było już tylko gorzej: czyli mocno, angażująco, poruszająco, momentami nawet wstrząsająco. A przecież nie ma w serialu ani kropli krwi, ani grama brutalności, żadnej sceny ostrego seksu. Jest jednak to, co najbardziej kocham w kinie, teatrze, literaturze: opowieść, która dotyka serca.

Serial ogląda się jednym tchem. Mam znajomych, którzy poświęcili na te 7 odcinków jedną noc. Ja nie byłabym w stanie, nie tylko dlatego, że potem trzeba wstać bladym świtem, ale przede wszystkim dlatego, że to dla mnie zbyt duża dawka emocji, dotykających mnie osobiście tematów i pytań, które muszę zadać również sobie.

Jakie to tematy? Jakie pytania?

   Pasja – główna „bohaterka” serialu, bo przecież to historia o szachach. Dodajmy: pasja, która jest kobietą, bo przecież to serial o szachistce, która z wdziękiem i zimną krwią miażdży wszystkich męskich przeciwników. Nawet tych światowej sławy. I to w wieku niecałych dwudziestu lat! Muszę przyznać, że moja kobieca duma tutaj uśmiecha się z dziką satysfakcją. Ale pasja ma także swoją cenę: domaga się wyłączności. Uzależnia. Może sprawić, że ktoś, kto się jej poświęci, całkowicie zamyka się w jej świecie… Zachwyciła mnie szachownica – mówi bohaterka – Odrębny świat na 64 polach. Czuję się w nim bezpieczna. Kontroluję go, panuję nad nim. Jest przewidywalny. Jeśli tracę, winię tylko siebie.

   Zmaganie – coś, co czyni film o pasji prawdziwym. Oczywiście pojawia się tutaj pewien „hollywoodzki” schemat, ograny już w niejednym, nie tylko amerykańskim filmie o sportowcach i geniuszach: trudny punkt wyjścia – mentor - debiut – rozwój – pierwszy spektakularny sukces – porażka – równia pochyła – „albo się ogarniesz, albo będziesz nikim” – mordercza walka z sobą – zwycięstwo. To, co najciekawsze, to właśnie ta mordercza walka z sobą. Nie tylko o tytuł arcymistrza, znacznie bardziej – o wolność. Beth Harmon jest uzależniona od tabletek na uspokojenie. Tych samych od lat. Wychowawcy dawali je dzieciom w sierocińcu, żeby nie sprawiały kłopotów. Do tego dochodzi jeszcze alkohol i mamy gotowy scenariusz na film o geniuszu, który się stacza – jak choćby w Narodzinach gwiazdy czy naszym rodzimym Skazanym na bluesa. Beth podejmuje jednak walkę. I to jest jej najważniejszy mecz – o wszystko.

   Rozliczenie z przeszłością. Beth będzie musiała wrócić do sierocińca, żeby się z nim ostatecznie pożegnać. I wtedy poczuje się prawdziwie wolna, a przynajmniej ten proces w jej psychice się rozpocznie. W serialu oprócz akcji właściwej widzimy retrospekcje. Nie jest ich wiele, ale wystarczająco, żeby zrozumieć bohaterkę, jej wybory, zachowania, zagubienie, i to, dlaczego nigdy się nie uśmiecha, a w sytuacjach intymnych z facetami najbardziej lubi… grę w szachy. Twórcy serialu odkrywają te retrospekcje stopniowo, jakby dokładali do tworzącego się obrazu kolejne puzzle.

   Samotność i lęk przed bliskością. Beth jest samotna z oczywistych względów: niewydolni wychowawczo rodzice nie dali rady, zresztą nie żyją. Dziewczynka zostaje skazana na jeden z najgorszych koszmarów dzieciństwa: sierociniec. Adopcyjni rodzice też nie dają rady. Kiedy dziewczyna już osiąga wszystko, nagle się okazuje, że najtrudniejsze są powroty po zagranicznych turniejach do pięknego, lecz pustego domu. I to jest właśnie początek równi pochyłej. Beth szuka bliskości w relacji z koleżanką z sierocińca i pierwszym nauczycielem szachów: woźnym Shaibelem. Potem w dziwnych związkach – nie związkach z kolegami „po fachu”, z którymi czuje się bezpiecznie jedynie wtedy, gdy rozgrywa z nimi partię. Ale prawdziwej bliskości nie umie okazać nikomu, bo nie umie zaufać.

   Siła przyjaźni. To jest wątek, który sprawia, że do tej pory mroczny i przygnębiający serial daje nadzieję. Woźny Shaibel przez całe lata zbierał wszystkie informacje i wycinki z prasy na temat sukcesów Beth. Dawna przyjaciółka z sierocińca Jolene pojawia się dokładnie wtedy, kiedy trzeba. Koledzy szachiści wspierają Beth w finałowym, najbardziej decydującym meczu w Rosji. A przecież potraktowała każdego z nich przedmiotowo. Uwaga, teraz można wybrzydzać: ee, w życiu tak nie ma. Prawdziwa Beth pewnie by przedawkowała prochy popijając je alkoholem, i znaleziono by jej ciało w hotelowej łazience, brzydkie, sine, cuchnące i bez makijażu. Jasna sprawa. Jednak od kina oczekujemy - poza wzruszeniem i mocnymi wrażeniami – otuchy i odrobiny magii. Poza tym scenariusz miniserialu operuje pewnym skrótem, uproszczeniem, a nawet schematem, żeby wydobyć to, co najważniejsze.

   I ostatnia kwestia, dla mnie najważniejsza: świat bez Boga. Nie podejrzewam twórców Netflixowej produkcji o takie przesłanie, ale cóż robić: tak im niechcący wyszło. Właśnie ten brak Boga uderzył mnie tutaj najmocniej. To oczywiste, że Boga nie ma na suto zakrapianych alkoholem imprezach, gdzie się pali marihuanę i uprawia seks z tym, obok kogo akurat się siedzi na kanapie. Oczywiste też, że nie ma Go w ponurej, sowieckiej Rosji, ukazanej zresztą w serialu w sposób wysmakowany i niezwykle sugestywny: szarość na ulicach i w ubiorze przechodniów, krwawa czerwień hotelowego neonu, posępne twarze sowieckich elit szachowych i… stoliki z szachami na każdym skwerze, i tłumy wynędzniałych ludzi, którzy je zajmują, bo to jedyna radość, jaka im została w tym smutnym totalitarnym świecie. Doskonale wiemy, że w tej „czerwonej” rzeczywistości nie ma Boga, bo zastąpił ją komunizm. Dużo bardziej bolesne jest jednak to, że Boga nie ma także w chrześcijańskim sierocińcu, gdzie dzieci szpikuje się tabletkami na uspokojenie, a potem przymusowo zapędza się je do kaplicy, żeby ćwiczyły pobożne pieśni. Nie ma Go również w organizacji o niepokojącej nazwie Krucjata Chrześcijan, która hojnie sponsoruje szachistów, ale za cenę gorliwego promowania ich postulatów „walki z ateizmem”. Nie dziwię się bohaterce, że była niewierząca. W takich warunkach trudno spotkać żywego Boga. Nasuwa się jednak pytanie: jeśli nie Bóg, to co? Pasja, kariera, błysk fleszy? Czy tytuł arcymistrza na dłuższą metę coś znaczy, jeśli zabraknie towarzystwa największego Mistrza, Jezusa Chrystusa? A jeżeli się już osiągnie w swojej dziedzinie absolutnie wszystko, to co dalej? Serial nie odpowiada jednoznacznie na to pytanie. sprawia jednak, że ono nie daje spokoju.

Podsumowując: warte obejrzenia. Poprzez ten serial można zobaczyć i przeżyć własną historię. A przecież chyba o to chodzi w dobrej sztuce, prawda?

Nie mogę jednak nie wspomnieć o rewelacyjnej muzyce Carlosa Rafaela Rivery: buduje napięcie w rytm tykającego zegara szachowego. Warte uwagi są również kostiumy Gabriele Binder, bajeczne, oddające ducha epoki i ewolucję głównej bohaterki. No i oczywiście sama Beth czyli Anya Taylor – Joy i grająca jej młodszą wersję dziecięca aktorka Isla Johnston. Mistrzostwo świata! Tym razem w aktorstwie. Jeśli do tego dodamy jeszcze Marcina Dorocińskiego jako Borgova, najważniejszego przeciwnika Beth w szachach, to mamy gotowy pojedynek, nie tylko szachowy (aktorzy byli przygotowywani do roli przez specjalistów), ale też aktorski. Okazuje się, że szachy mogą być jak taniec.

Na koniec kilka słów o tytule. Jako kompletny laik szachowy, musiałam sprawdzić, co to jest „gambit”. Otóż jest to otwarcie szachowe, w którym gracz poświęca jedną lub kilka bierek za uzyskanie lepszej pozycji. A „królowa”? Najważniejsza figura w szachach, inaczej „hetman”. Kim jest tytułowa „królowa”, nie mamy wątpliwości. Bohaterka jest rzeczywiście w każdym calu KRÓLOWĄ, nawet gdy leży pijana pod stołem: w ubiorze, ruchach, zdecydowaniu i kompetencji, powściągliwych gestach, hipnotyzującym spojrzeniu, z twarzą, na której prawie nigdy nie pojawia się uśmiech, a jednak jesteśmy po jej stronie. Co więc Królowa poświęca, żeby uzyskać lepszą pozycję i być może wygrać życie? Czas, relacje, życie osobiste, zdolność kochania. Czy warto było? A jeśli nie, to czy będzie w stanie to wszystko odzyskać? Zakończenie sugeruje przełom, ale pozostawia nas w niepewności.

 

 

 

Święci i błogosławieni w tygodniu

 

 

22 listopada - św. Cecylia, dziewica i męczennica
22 listopada - błogosławieni męczennicy ormiańscy Salwator Lilli, prezbiter, i Towarzysze
23 listopada - św. Klemens I, papież i męczennik
23 listopada - św. Kolumban, opat
23 listopada - bł. Michał Augustyn Pro, prezbiter i męczennik
24 listopada - święci męczennicy Andrzej Dung-Lac, prezbiter, i Towarzysze
24 listopada - święty Protazy, biskup
24 listopada - święte dziewice i męczennice Flora i Maria z Kordoby
24 listopada - bł. Maria Anna Sala, dziewica
25 listopada - bł. Maria od Pana Jezusa Dobrego Pasterza, dziewica
25 listopada - św. Katarzyna Aleksandryjska, dziewica i męczennica
25 listopada - błogosławieni małżonkowie Alojzy i Maria Quattrocchi
25 listopada - bł. Elżbieta zwana Dobrą, dziewica
26 listopada - św. Leonard z Porto Maurizio, prezbiter
26 listopada - św. Sylwester Gozzolini, opat
26 listopada - św. Jan Berchmans, zakonnik
26 listopada - bł. Poncjusz, opat
26 listopada - św. Konrad z Konstancji, biskup
26 listopada - bł. Jakub Alberione, prezbiter
27 listopada - św. Wirgiliusz z Irlandii, biskup
27 listopada - bł. Małgorzata Sabaudzka, zakonnica
27 listopada - św. Franciszek Antoni Fasani, prezbiter
27 listopada - bł. Bernardyn z Fossa, prezbiter
28 listopada - św. Stefan Młodszy, męczennik
28 listopada - św. Jakub z Marchii, prezbiter
28 listopada - bł. Jakub Thomson, prezbiter i męczennik
29 listopada - bł. Maria Klementyna Anuarita Nengapeta, dziewica i męczennica
29 listopada - błogosławieni męczennicy Dionizy i Redempt

29 listopada - św. Saturnin, biskup

 

 

 
 
 

NIEDZIELNA EUCHARYSTIA – 6.30, 8.00, 9.30 – dla młodzieży, 11.00 – rodzinna, z dziećmi, 12.30, 16.00, 19.00,
poniedziałek - sobota – 7.00, 7.30, 18.00.
Kancelaria (tel. 126452342) czynna:
(oprócz I piątku i świąt): godz. 8-9 i 16-17.15 (oprócz sobót)
Redakcja „Wzgórza w Blasku Miłosierdzia”: Władysław Wyka red. nacz.,
Wydaje: Parafialny Oddział Akcji Katolickiej nr 1 Archidiecezji Krakowskiej
- Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach 1a,
tel.; 0-12-645-23-42
Nr k. bank – 08 1240 2294 1111 0000 3723 9378
 
NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:
strona internetowa parafii:
oraz milosirdzia-parafia.pl
adres parafii:
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.,
strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl
adres gazetki:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.