WZGÓRZA W BLASKU MIŁOSIERDZIA

 

45/791                   -         8 listopada 2020 r. A.

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA „WZGÓRZA W BLASKU MIŁOSIERDZIA”

„Błogosławieni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią”

 

1

 

XXXII niedziela zwykła

8 listopada 2020 r. A

 

2

 

Ewangelia: Mt 25,1–13

Jezus opowiedział swoim uczniom tę przypowieść: „Królestwo niebieskie podobne będzie do dziesięciu panien, które wzięły swoje lampy i wyszły na spotkanie oblubieńca. Pięć z nich było nierozsądnych, a pięć roztropnych.

Nierozsądne wzięły lampy, ale nie wzięły z sobą oliwy. Roztropne zaś razem z lampami zabrały również oliwę w naczyniach. Gdy się oblubieniec opóźniał, zmorzone snem wszystkie zasnęły.

Lecz o północy rozległo się wołanie: "Oblubieniec idzie, wyjdźcie mu na spotkanie". Wtedy powstały wszystkie owe panny i opatrzyły swe lampy. A nierozsądne rzekły do roztropnych: "Użyczcie nam swej oliwy, bo nasze lampy gasną". Odpowiedziały roztropne: "Mogłoby i nam, i wam nie wystarczyć. Idźcie raczej do sprzedających i kupcie sobie".

Gdy one szły kupić, nadszedł oblubieniec. Te, które były gotowe, weszły z nim na ucztę weselną i drzwi zamknięto. W końcu nadchodzą i pozostałe panny, prosząc: "Panie, panie, otwórz nam". Lecz on odpowiedział: "Zaprawdę powiadam wam, nie znam was". Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny”.

 

3

 

Wiara w zmartwychwstanie daje nadzieję większą niż każdy smutek, bo tak jak Jezus umarł i zmartwychwstał, tak i my umrzemy i powstaniemy z martwych, aby na zawsze być już z Panem. Pan zstąpi z nieba, a wtedy ci, którzy umarli w Nim i my żyjący w Nim, będziemy porwani przez chwałę Bożą na spotkanie z Panem, które nigdy się nie zakończy. Jezus wszystko nam powiedział, abyśmy mieli radość i pociechę Ducha...

 

6

 

Czy głupota jest grzechem? Na pewno jest groźna.

XXXII niedziela zwykła roku A... To jedno wielkie wezwanie do roztropności. Nie patrz tylko na tu i teraz: popatrz też w przyszłość. Żebyś nie musiał się swojej dzisiejszej postawy wstydzić. Bo kiedyś Pan powróci. Obyś miał dość oliwy, by z zapalona lampą wyjść Mu na spotkanie...

 

5

 

W dzisiejszym numerze:
- Nieść światło
- Roztropność towarem deficytowym
- Zbawienne ofiary
- Najpiękniejsze modlitwy za bliskich zmarłych
- Epidemia na fali
- Paweł Kowalski SJ - co Bóg mówi nam przez Strajk Kobiet
- 107-latka pisze do ciebie - w końcu wszystko będzie dobrze
- Są małżeństwem prawie 80 lat! Najstarsza para świata.
- Kiedy śnią się zmarli. Jak to interpretować?
- Święci i błogosławieni w tygodniu.

 

4

 

Nieść światło

Tak naprawdę chodzi o światło. Zadaniem panien, które czekały na przeprowadzenie pana młodego i jego oblubienicy z domu narzeczonej do domu nowożeńców, było oświetlenie drogi. Weselny pochód rozpoczynał się po zachodzie słońca, gdy spiekota palestyńskiego dnia już tak nie doskwierała. Było chłodniej, ale mroku za czasów Jezusa nie rozpraszały uliczne latarnie. Nowożeńcy szli zatem w otoczeniu druhen, które rozświetlały noc. Podobno niosły pochodnie, czyli nasączone oliwą pasy materiału nawinięte na kije z twardego drewna, a nie gliniane kaganki, które sprawdzały się w pomieszczeniach, ale na dworze dawały zbyt mało światła.

Opisuję skrótowo weselny zwyczaj tamtego czasu, gdyż w przypowieści o dziesięciu pannach, do których podobne jest królestwo niebieskie, zwracamy uwagę na oliwę, której zabrakło połowie z nich. Tymczasem, by mogły spełnić swoje role podczas przejścia nowożeńców, potrzebowały zarówno oliwy, jak i lampy lub raczej pochodni. Sama oliwa na nic by się zdała. Jeśli oliwę porównamy do więzi, która łączy Jezusa i Jego ucznia; do łaski Bożej, którą za życia napełnia się człowiek; do wierności Bożemu powołaniu, do dobrych czynów pełnionych z ewangelicznej inspiracji, to do czego porównać lampę lub pochodnię? Oliwa jest czymś płynnym, ulotnym, potrzebuje naczynia, kaganka z wypalanej gliny, by ją do niego wlać, lub drzewca, wokół którego nawinie się nasączane szmaty. By mogło rozbłysnąć światło, potrzeba więc czegoś twardego, stałego, dającego oparcie, na czym będzie mógł utrzymać się płomień. Czym jest zatem w naszym życiu lampa? Wiarą, która bierze się ze słuchania słowa Bożego? Znajomością nauki Kościoła, którą chłoniemy z katechizmów, encyklik oraz rozmaitych ksiąg? Systemem wartości, który rozeznajemy i przyjmujemy za swój tak bardzo, że staje się naszą wewnętrzną tożsamością i wskazuje drogę? Dobrymi nawykami, których nabieramy przez lata?

Tak naprawdę chodzi o światło. Wy jesteście światłem świata. „Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny”. By światło świeciło, potrzebujecie stałej troski zarówno o lampę, jak i o oliwę.

Paweł Kozacki OP - ur. 1965, prowincjał polskich dominikanów, duszpasterz, przez wiele lat redaktor naczelny miesięcznika "W drodze". Mieszka w Warszawie

„drodze.pl”

 

7

 

Roztropność towarem deficytowym


Ezop napisał kiedyś bardzo ciekawą bajkę, w której każdy z nas może odnaleźć w pewnym sensie siebie.

Dawno, dawno temu wilki posłały delegację do owiec z propozycją zawarcia wieczystego pokoju. Argumenty były przekonujące i trafne: „Nie ma sensu żyć w nieustannym napięciu i ciągłej wojnie. Gdyby nie wstrętne psy, co ujadają na każdego zbliżającego się, dawno byłby pokój”. Owce dały się przekonać i pozbyły się opiekunów dla świętego spokoju. Wkrótce zostały zjedzone przez wilki, bowiem były bezbronne.

Morał tej bajki jest aż nazbyt oczywisty: brak roztropności najczęściej kończy się tragicznie. O tę roztropność apelował przed dwoma tysiącami lat Jezus, gdy w przypowieści o dziesięciu pannach mówił: „Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny” (Mt 25). Na czym w kontekście dzisiejszej Ewangelii polega roztropność chrześcijanina? Niech mądre panny będą naszymi przewodniczkami.

Pierwszą cechą człowieka roztropnego jest jego jak najlepsze przygotowanie do czekających go zadań. Roztropne panny nie tylko zabrały ze sobą lampy, ale wzięły „również oliwę w naczyniach” (Mt 25). Zatem przygotowanie się na wszelką ewentualność to cecha ludzi roztropnych. Chrześcijanin – tak jak każdy człowiek – nie wie, co go może spotkać. Stąd roztropność nakazuje takie postępowanie, które pozwoli przetrwać nawet najtrudniejsze momenty.

Jakże nie przytoczyć w tym miejscu przykładu młodej matki, której dziesięcioletni syn miał mieć operację. Przyszła do kancelarii prosić, aby ksiądz modlił się za jej dziecko, ponieważ ona tego nie potrafi. W rozmowie okazało się, że ostatni raz klęknęła do modlitwy dwadzieścia lat temu, w czasie swojej pierwszej Komunii Świętej. Gdyby była roztropna, nie biłaby rekordów w omijaniu spotkań z Bogiem. Wtedy gdy najbardziej potrzebowała tej modlitwy, nie potrafiła się do niej „przymusić”. Można więc powiedzieć, że człowiek roztropny to ten, który przygotowuje się na dobre i złe chwile. Ewangeliczne roztropne panny przewidziały, że Oblubieniec się opóźni. Chciały i potrafiły się przygotować.

Nasuwa się jednak w tym miejscu pytanie, jak ja jestem przygotowany na przeciwności losu. Gdyby dziś spadła na mnie „hiobowa wieść”, jaka byłaby reakcja? Czy dotychczasowe życie, wyznawana hierarchia wartości pozwoliłyby przetrwać trudne chwile?

Patrząc jednak na dzisiejszą Ewangelię, nie sposób nie zauważyć jeszcze jednej cechy człowieka roztropnego. Otóż panny roztropne nie uległy namowom pozostałych, które domagały się użyczenia oliwy. Odpowiedziały: „mogłoby i nam, i wam nie wystarczyć. Idźcie raczej do sprzedających i kupcie sobie” (Mt 25).

Na pierwszy rzut oka jest to postawa egoistyczna. Z drugiej jednak strony odmowa stała się przejawem życiowej mądrości. Człowiek roztropny to osoba mądra, która nie ulega podszeptom, modom i podpowiedziom. Roztropny chrześcijanin wie, co w życiu jest najważniejsze, jaki jest jego cel oraz jakie środki służą temu celowi.

W obecnym świecie jest wielu doradców, którzy ukazują różne jedyne i najlepsze maksymy życiowe, mające zapewnić szczęście i dobrobyt. Jedna z nich brzmi: „Zbytnia troska o codzienność sprawia, że staje się ona nie do zniesienia. Postępuj tak, aby inni taką troskę żywili”. Chyba nie potrzeba komentarza do tego manifestu egocentryzmu!

Trzeba na koniec wspomnieć o jeszcze jednym aspekcie roztropności. Oblubieniec wpuścił na ucztę weselną te panny, „które były gotowe” (Mt 25). Ciągła gotowość na spotkanie z Panem to trzeci element chrześcijańskiej roztropności. Seneka mawiał: „Jest tak: nie otrzymujemy krótkiego życia, ale czynimy je krótkim, i nie brakuje nam życia, ale je trwonimy”. Gotowość chrześcijańska polega na zgodzie na zrządzenia opatrzności Bożej.

Kapelan Ojca Świętego Jana Pawła II ks. kard. Stanisław Dziwisz wspominał, że ostatnimi słowami wypowiedzianymi przez papieża były: „Pozwólcie mi odejść. Totus Tuus”. Można to zrozumieć jako poddanie się woli Bożej: jestem gotowy, weź mnie, Panie. Słowa Chrystusa „czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny” (Mt 25) są tak naprawdę wezwaniem do troski o roztropne używanie życia.

Spróbujmy podsumować i odczytajmy symbolikę zawartą w dzisiejszej Ewangelii. Nietrudno się domyślić, że roztropne panny to ludzie, którzy są zawsze wsłuchani w głos Pana, pełnią Jego wolę w każdej chwili. Przyjście Pana nie będzie dla nich żadnym zaskoczeniem. Oliwa to symbol gotowości, może w postaci dobrych uczynków, dzięki którym można będzie znaleźć się kiedyś na godach z Bogiem. O ludziach, którzy zjawią się przed Panem z pustymi rękami, powie On: „Zaprawdę, powiadam wam, nie znam was”. Oto nowy obraz kary za brak czujności. A cała przypowieść kończy się wezwaniem do czujności: „Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny”. Obyśmy w ostatniej chwili życia znaleźli się w grupie wpuszczonej na ucztę niebieską! Bądźmy roztropni!

ks. Janusz Mastalski – „Ekspres Homiletyczny”

 

 

 

8

 

Zbawienne ofiary

Jest taki dowcip: Świerszcz i biedronka zadomowili się na dłuższy czas w kościele. Świerszcz, chociaż sam muzykalny, narzeka na ciągły hałas, dzwonienie, granie, śpiewanie. Mówi, że to nie dla niego i że ma zamiar się wyprowadzić. Biedronka przeciwnie, wydaje się być bardzo zadowolona. Mówi, że ma dużo spokoju i od jakiegoś czasu nikt jej nie przeszkadza. - A gdzie się usadowiłaś, pyta świerszcz. - W skarbonce odpowiedziała biedronka.

Dowcip ten nie jest pewnie do końca sprawiedliwy. Można by przytoczyć wiele dowodów na to, że w kościelnych skarbonkach takiej wielkiej ciszy pewnie nie ma, ale problem istnieje. Gdybyśmy dzisiaj, po dwóch tysiącach lat urzeczywistniania chrześcijaństwa, usiedli sobie, tak jak niegdyś Jezus, naprzeciw jakiejś parafialnej skarbony albo nieco odważniej spojrzeli na niedzielną tacę, mielibyśmy bardzo podobne do Chrystusa skojarzenia. Z tą może różnicą, że dzisiejsi „bogaci” nie wrzucają już „wiele” i nie zawsze wrzucają cokolwiek, natomiast „ubogie wdowy” wrzucają zawsze, i zawsze „ze swego niedostatku”. Mimo pojawiających się od czasu do czasu autentycznych sponsorów, ewangeliczny wdowi grosz jest jeszcze ciągle głównym źródłem utrzymania Kościoła.

Ale ten wdowi grosz, jako swoisty archetyp myślowy, stał się także punktem odniesienia do refleksji nad istotą ofiary oraz symbolem tego, co zwykliśmy nazywać realizowaniem siebie poprzez bezinteresowny dar z siebie. Ktoś powiedział, że tak naprawdę posiadamy tylko to, co jesteśmy w stanie ofiarować innym, i że na sąd Boży po śmierci będziemy mogli zabrać ze sobą tylko to, co podczas ziemskiego życia potrafiliśmy sensownie rozdać. „Ofiara - pisał Alfons Gratry - jest umiejętnością życia: kto nie umie się poświęcać, nie umie żyć. Ofiara z życia obecnego, częściowego i przemijającego, jest warunkiem koniecznym życia pełnego i wiecznego”. Ale ofiara jest także świadectwem wiary. Już za czasów Eliasza dowiodła tego inna, także biedna wdowa w Sarepcie Sydońskiej. Była poganką, ale uznała, że z prorokiem Boga Izraela należy się podzielić nawet wtedy, gdy ma się do dyspozycji już tylko „garść mąki w dzbanie i trochę oliwy w baryłce”. Zawierzyła „obietnicy, którą Pan wypowiedział przez Eliasza”, że obdarowujących obdarowuje Bóg. I nie zawiodła się.

Słusznie powiedział kiedyś niemiecki teolog Karl Barth, że właściwie pojęta i szczerze realizowana ofiara jest „demonstracją ku czci Boga”. A francuski rekolekcjonista Ludwik Evely wyraził przekonanie, że „ofiarowanie oznacza takie powiązanie z Bogiem, że powierza mu się to, co ma się najdroższego, aby wszystko to, co kochamy, znajdowało się pod tą samą opieką i w tym samym miejscu”. W świetle ekonomii zbawienia ofiara, zwłaszcza gdy wypływa z motywacji religijnej, jest najbardziej sensowną lokatą kapitału.

A wszystko to stało się możliwe dzięki zbawczej ofierze Jezusa Chrystusa, który „raz jeden był ofiarowany dla zgładzenia grzechów wielu”. Teologia mówi tu o ekspiacyjnej wartości ofiary. Tak pojęta ofiara jest formą zadośćuczynienia, zastąpienia swoją ofiarą ofiary kogoś, kto z określonych powodów byłby do niej bardziej zobowiązany. Zupełnie niewinny Chrystus składa w ofierze samego siebie, aby ratować winnych ludzi. Trochę podobny charakter mają ofiary „biednych wdów”, gdy naprawiają skutki pazerności bogatych. Można oczywiście dyskutować, czy to sprawiedliwe. Nie ulega jednak wątpliwości, że są to ofiary ze wszech miar sensowne. Ostatecznie to one tak naprawdę odmieniają oblicze ziemi. A przede wszystkim zmieniają samych ofiarodawców. Wydaje się, że dobrze rozumiał to idący w stronę chrześcijaństwa Albert Camus: „Czym zatem kształtuje się człowieka jeżeli nie ofiarą?”. Podobne spostrzeżenia miał nasz poeta Cyprian Norwid. Uważał, że każdej głębszej myśli i patriotyzmu, i prawdziwego chrześcijaństwa „uczyć się trzeba ciągłymi ofiary”. Najlepiej tak jak Jezus Chrystus - „przez ofiarę z samego siebie”.

Ks. Antoni Dunajski - „wiara.pl”

 

 

 

9

 

Najpiękniejsze modlitwy za bliskich zmarłych

W listopadzie w szczególny sposób wspominamy tych, którzy odeszli. To również dobry czas na szczerą modlitwę za nich. Oto 4 piękne modlitwy za zmarłych, po które warto sięgać w tym miesiącu.

Modlitwa o łaskę wiary w życie wieczne

Boże, dziękuje Ci, że oczekujesz na mnie w niebie, gdzie zostało przygotowane dla nas mieszkanie. Umocnij moją wiarę w życie wieczne i zmartwychwstanie ciała. Rozpal moją miłość, abym Cię kochał każdego dnia coraz bardziej. Ożyw moją nadzieję na spotkanie z Tobą. Proszę Cię za tymi, którzy przekroczyli już bramę śmierci i oczekują Twojego miłosierdzia w czyśćcu. Spraw, abym w Twoim domu spotkał się z moimi bliskimi i wszystkimi braćmi i siostrami, których powołałeś do życia wiecznego. Amen.

Za zmarłych rodziców

Boże, Ojcze niebieski, polecam Ci pokornie moich zmarłych rodziców. Ty znasz trudy i prace ich życia. Przez mękę i śmierć Twojego Syna, w którego wierzyli, przebacz im wszystkie grzechy i przyjmuj ich do nieba. Mnie zaś pomagaj żyć uczciwie, abym mógł się spotkać z nimi w szczęśliwości wiecznej. Amen.

Za zmarłego męża lub żonę

Najłaskawszy i miłosierny Ojcze! Z Twojej woli podążaliśmy razem do Ciebie drogą życia małżeńskiego, na którą nas powołałeś, obdarzając darem wzajemnej miłości i wspomagając tak licznymi łaskami. Z Twojej również woli ziemska droga życia mojego męża (mojej żony) dobiegła już kresu i napełniła mnie bólem rozłąki. Dziękuję Ci, o dobry Ojcze, za wspólnie przeżyte lata i wszelkie dobro, jakim mnie i innych przez niego (nią) obdarzyłeś. Wierząc w życie wieczne, wierzę i w to, że nadal możemy trwać w więzi miłości i wzajemnie sobie pomagać. Pokornie Cię zatem proszę, abyś mu (jej) okazał swoje miłosierdzie, darował wszelkie winy i zaniedbania, oczyścił ze wszystkich ich skutków oraz uczynił go (ją) godnym (-ą) wejścia do wiecznej chwały. Spraw, abyśmy mogli razem uwielbiać Ciebie na wieki. Amen.

Za zmarłego syna lub córkę

Wszechmogący Boże, spodobało się Tobie odwołać mego syna (moją córkę) z tego świata. Z serca zranionego bólem rozłąki polecam go (ją) Twemu bezmiernemu miłosierdziu. Błagam Cię, przez przyczynę Maryi, Matki Bolesnej stojącej pod krzyżem Jezusa, daruj mu (jej) wszelkie przewinienia, obdarz go (ją) miłością przebaczającą i przemieniającą na wzór Chrystusa, uwolnij go (ją) od wszystkiego, co jest przyczyną jego (jej) czyśćca i pozwól mu (jej) jak najszybciej osiągnąć pełnię życia w jedności z Trójcą Przenajświętszą, Niepokalaną Maryją i wszystkimi świętymi. Amen.

 

 

 

10

 

Epidemia na fali

Piękny znak: chorym pomaga tylko ofiarowanie im cząstki samych siebie.

Piątek 6 listopada, epidemii w Polsce dzień 248. Fala zakażeń coraz wyższa, coraz ostrzejsze też obostrzenia. Tyle że działania rządu wydają się coraz bardziej paniczne i chaotyczne. Wiele z nich to przecież nie tylko kwestia znoszenia jakieś niedogodności – jak maseczka na twarzy – ale wprost już uderza w podstawy egzystencji wielu obywateli. Nie mają wyjścia, muszą się podporządkować. Bo inaczej będą kary. Tymczasem tłumnie gromadzący się na ulicach jakoś ukarani nie zostali. I nie zanosi się, by byli. Tłumaczą niektórzy, że to było na świeżym powietrzu. A cmentarze, pozamykane w okolicach Wszystkich Świętych, to mamy pod dachem, co? Że tłoki chcących się dostać na groby bliskich w środkach komunikacji? Przecież uczestnicy protestów nie przybyli na nie dzięki teleportacji. Jeszcze raz okazuje się, jak prawdziwą bywa gorzka teza, że „kto się stawia, ten ma z tego mimo wszystko jakiś zysk, a kto słucha i ulega ten najpierwszy bierz w pysk” (Wojciech Młynarski, Ballada o dwóch koniach).

Mamy co mamy. Pandemia z całą mocą pokazuje, jak bezradnym wobec sił natury bywa człowiek. Wydawało się nam, jak budowniczym wieży Babel, że możemy praktycznie wszystko, a Bóg nie jest już człowiekowi do niczego potrzebny. Potężna pomyłka, do której świat generalnie jeszcze nie chce się przyznać. I nie chce paść przed Bogiem na kolana, a mnoży kolejne akty nieposłuszeństwa wobec Jego praw. My, wierzący...

Liczymy jeszcze na to, że stanie się jakiś cud czy raczej z rezygnacją już przyjęliśmy, że tak musi być? Przyznaję, skłaniam się ku tej drugiej postawie. Ciągle nie widzę, by świat coś sensownego z tej trudnej lekcji wynosił. Nie dziwię się więc, że mamy powtórkę. Tak robi każdy dobry nauczyciel. Oczywiście nie znam Bożych zamysłów i nie mogę twierdzić, że to moje przypuszczenie na pewno oddaje intencję Boga, który pandemię na świat dopuścił. Tak tylko sobie gorzko myślę...

Za to jasno widzę jak mimo ogromnych wysiłków niewiele możemy. Dalej nie mamy sensownego leku. Chorym pomaga tylko to, co znaliśmy od dawna: osocze krwi ozdrowieńców. W sumie piękny znak: choremu pomaga, jeśli ktoś ofiaruje mu cząstkę samego siebie... A szczepionka? Prace ciągle trwają. W mojej głowie coraz śmielej pojawia się jednak odrzucane wcześniej jak natrętna mucha i złośliwe do bólu podejrzenie antyszczepionkowców, że wyprodukujemy ją, kiedy bliscy będziemy osiągnięcia odporności stadnej (kłania się w tym miejscu niewiadoma liczba tych, którzy się zakazili, ale z różnych powodów infekcji u nich oficjalnie nie stwierdzono). Świat będzie mógł odtrąbić kolejne wielkie zwycięstwo ludzkiego umysłu nad groźną chorobą, a koncerny farmaceutyczne policzą zyski...

Pocieszające jest chyba tylko to, że w tej drugiej fali epidemii statystycznie mniej zakażonych umiera. Dobre i to. Choć, jak się zastanowić - ale ze mnie pesymista :) - nie ma to większego znaczenia. Przecież tak czy siak, kiedyś umrzeć i tak trzeba... Tylko Chrystus daje życie wieczne.

Andrzej Macura – „wiara.pl”

 

 

 

11

 

Paweł Kowalski SJ

co Bóg mówi nam przez Strajk Kobiet

Przede wszystkim myślę, że trzeba zacząć myśleć "out of the box", kreatywnie i nieszablonowo. Jestem głęboko przekonany, że przez to zjawisko bardzo mocno przemawia do nas Bóg. Więc najpierw trzeba by się zapytać, co On nam wszystkim mówi i do czego nas wzywa - powiedział jezuita.

Dawid Gospodarek: W ulicznych protestach przeciw wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego i władzy bierze udział przede wszystkim wielu młodych ludzi. Dużo przykrych emocji i niechęci okazują oni przy okazji Kościołowi – dochodziło do incydentów podczas nabożeństw, napisów na murach, niesiono plakaty antykatolickie. W proteście pod warszawską kurią brali udział ludzie, których kojarzę również z kościelnego zaangażowania, z różnych wspólnot. W mediach społecznościowych charakterystyczne pioruny również znaleźć można u studentów uczelni katolickich, uczestników duszpasterstw. Jako duszpasterz akademicki z pewnością przygląda się Ksiądz temu wszystkiemu. Co o tych zjawiskach Ksiądz myśli? Dlaczego ludzie wylewają swe frustracje na Kościół?

Paweł Kowalski SJ: W zasadzie to nie za bardzo mnie dziwi niechęć do Kościoła, a konkretnie, do księży. Dwa lata temu bank rozbił film "Kler". Poszedłem i ja go zobaczyć. W multipleksie grały go wszystkie sale, seans za seansem zawsze z kompletem widzów. Pomyślałem sobie wtedy, że to wydarzenie pokazuje, że antyklerykalizm zaczyna się przebijać i nie jest ograniczony już tylko do poziomu dyskusji przy stole na imieninach, ale wkracza w życie społeczne. Przyznam jednak, że nie spodziewałem się, że kolejnym etapem będzie agresja wobec miejsc kultu i nawoływanie do niej nie tylko w mediach społecznościowych, ale też przez media "starego typu" czy przez osobistości kultury.

Trzeba sobie też jasno powiedzieć, że Kościół, przez swoich liderów, o ten antyklerykalizm pieczołowicie dbał. Przecież listę przestępstw, zaniedbań i niekompetencji można ciągnąć w nieskończoność! Myślę jednak, że problem leży jeszcze gdzie indziej. Kościół zawsze będzie rozciągnięty gdzieś między Niebieskim Jeruzalem a Babilonem. Innymi słowy, zawsze będzie mu można coś zarzucić. I ludzie Kościoła są tego bardzo świadomi. Najgorsze jest jednak to, że ta świadomość przez długi czas, mam wrażenie, usypiała nas, a nie wzywała do realnego nawrócenia. Czy zgoda na własny grzech wynika z osłabienia i braku pomysłu, jak go zmienić? Myślę, że nie. Jej źródło leży raczej w podkopaniu przekonania, że grzech trzeba zmienić. Potrzeba nam powrotu do Chrystusa, i to nie tylko na poziomie struktur, ale przede wszystkim w osobistym życiu i pracy.

Niektórzy katecheci postanowili nie dopuszczać uczniów okazujących wsparcie protestowi do bierzmowania, dają się też usłyszeć głosy księży straszących ekskomuniką. Czy rzeczywiście udział w proteście wyklucza z Kościoła?

Jednego wieczoru, razem z dwoma studentami, wybraliśmy się zobaczyć jak wygląda miejsce, gdzie w Gdańsku-Wrzeszczu odbywa się protest. Jakie to było dla mnie zaskoczenie! Bębny, kolorowe konfetti, sterty butelek po różnych napojach. Weseli młodzi ludzie tańczący w rytm muzyki, uśmiechnięci, śmiejący się z kolejnych żartobliwych antyrządowych napisów na kartonach. Zrozumiałem wtedy, że cały protest to kolaż różnych społecznych żali, smutków i buntów oraz interesów politycznych i ekonomicznych. Czy można wyciągać aż tak daleko idące konsekwencje jak ekskomunika, bo ktoś poszedł na protest z kolegami z nudów poimprezować? Byłbym ostrożny w pochopnym wyciąganiu takich konsekwencji.

Jednakże ilość ludzi, którzy krzyczą i domagają się wolnego dostępu do aborcji, powinna dać ludziom Kościoła wiele do myślenia. Czy nie jest tak, że nasz przekaz Ewangelii jest zupełnie nieczytelny dla młodego pokolenia? Nie dotyczy to tylko świętości życia, wolności w Duchu Świętym, dbania o życie nie tylko dziecka, ale też matki. Myślę, że jest jeszcze jeden temat, który dla nas jest teraz sporym wyzwaniem. To radość służby.

Marzy mi się prawdziwy ruch prolife, gdzie z jednej strony będziemy świadomi niezależności bytowej nienarodzonego jeszcze człowieka i dlatego będziemy robić wszystko, żeby jego matce pomóc w przyjęciu go na świat i w wychowaniu. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że w ogólnospołecznym przekazie walka z aborcją została zrozumiana jako walka z matkami. Co za straszne kłamstwo! Myślę, że jedyną drogą, aby tego dokonać, jest nie tylko zmiana narracji, ale konkret działań ludzi Kościoła w pomocy matkom w potrzebie. Potrzeba nam zafascynowania służbą drugiemu.

Jak rozmawiać z takimi osobami? Jak odpowiadać na ich postulaty? Czy da się w ogóle rozmawiać, spotykając się z hasłami jawnie antyklerykalnymi i wulgarnymi?

Przede wszystkim myślę, że trzeba zacząć myśleć "out of the box", kreatywnie i nieszablonowo. Jestem głęboko przekonany, że przez to zjawisko bardzo mocno przemawia do nas Bóg. Więc najpierw trzeba by się zapytać, co On nam wszystkim mówi i do czego nas wzywa.

W niedzielę na swoim facebooku opublikowałem krótkie nagranie do kobiet. Mówiłem, że jeżeli ktoś kiedykolwiek je skrzywdził, nie wysłuchał, nie okazał wystarczającego wsparcia, nie płakał z nimi, gdy ich dziecko zmarło, to jestem gotowy do kontaktu. Odebrałem wiele podziękowań za te słowa. Udało się też zorganizować parę spotkań.

Mój współbrat pisał do swoich znajomych w prywatnych wiadomościach m.in.: "Będę słuchał Cię tak długo, jak długo będziesz potrzebować. Jeżeli będziesz potrzebować, mogę powiedzieć zdanie, które w życiu wypowiedziałem więcej razy niż jakiekolwiek inne zdanie: «Bóg, Ojciec miłosierdzia, który pojednał świat ze sobą (...), niech ci udzieli przebaczenia i pokoju przez posługę Kościoła…» Jeżeli nie potrzebujesz, to nie. Jak coś, to jestem do dyspozycji, można się umówić. Dzwoń jak chcesz".

Kiedy cały świat krzyczy, trzeba zacząć słuchać.

A jak jako duszpasterz rozmawiałby Ksiądz dziś z młodymi o aborcji? Jak odpowiadałby Ksiądz na stwierdzenia typu „moje ciało – mój wybór”?

Pisałem z jedną dziewczyną o tych sprawach. Chodzi w protestach, wcale nie demonstrując przeciw rządzącym albo z nudów, ale właśnie za aborcją. I pyta, czy jest dla niej miejsce w Kościele. Myślę, że wiele osób może być w takiej rozterce. Czy z ich przekonaniami jest jeszcze dla nich miejsce we wspólnocie.

Myślę tu bardziej o rozmowach niż o rozwiązaniach prawnych. Dla mnie pewną inspiracją w podejściu do tej sytuacji jest to, co opisał papież Franciszek: "Czas przewyższa przestrzeń". Innymi słowy, chodzi o uruchamianie procesów. Z pytań o to, czy jest dla mnie miejsce w Kościele, przebija troska o zachowanie jakiegoś terytorium, przestrzeni wspólnoty, w której można by się zmieścić ze swoimi przekonaniami.

Niestety wielu duszpasterzy daje się wplątać w tę bezpłodną dyskusję. Myślę, że jest ona bezpłodna, bo odbiera wierze jej wymiar inspirowania zmian i procesów przeobrażających całe kultury.

W tamtej rozmowie zadałem dziewczynie jedno pytanie: w jaki sposób godzisz podejście do aborcji ze swoją przyjaźnią z Bogiem. "No właśnie mam z tym problem" - odpowiedziała.

Czy istnieje inny, bardziej sensowny sposób transformujący nasze podejście niż ukierunkowywanie na osobistą relację z Bogiem?

Pamiętam, jak inny jezuita opowiadał mi o swoim nawróceniu. Wcześniej był zwolennikiem niczym nieograniczonej wolności, w tym aborcji. Kiedy jednak nastąpiło jego spotkanie z Bogiem, doświadczenie nawrócenia, było dla niego jakoś takie intuicyjne, że pewne postępowanie jest zwyczajnie sprzeczne z tym, do czego Bóg nas zaprasza.

Gdy zdarzają mi się takie rozmowy, zapraszam wtedy na modlitwę, na medytację, którą organizujemy online, albo na modlitwę uwielbienia na zoomie. I proponuję, że mogę towarzyszyć w indywidualnym spotkaniu z Bogiem.

Gdańskie Duszpasterstwo Akademickie Winnica okoliczności protestu zmobilizowały do konkretnych, pozytywnych działań. Postanowiliście wesprzeć hospicjum. Jak do tego doszliście?

To, co mnie najbardziej urzeka w ludziach w naszym duszpasterstwie, to skoncentrowanie się na tym, aby tworzyć wspólnotę otwartą naprawdę na każdego. Obojętnie, co ktoś myśli o aborcji, jak bardzo jest poturbowany przez życie albo jak wielkie sukcesy już osiągnął. Jest dla nas ważne, aby czuł się przyjęty i aby nie było w nas nic, co może mu przeszkodzić w osobistym spotkaniu z Bogiem.

Dlatego nie chcemy zabierać głosu w sprawie aborcji, bo w dzisiejszym kontekście jest to niestety sprawa polityczna, a to by sprawiło, że części ludzi nie damy rady zainspirować do kontaktu z Bogiem. Ciężko jest mi powiedzieć, że nasze zaangażowanie w pracę w hospicjum dla dzieci to odpowiedź na strajki. Gdyby tak było, to byłaby to akcja jednostkowa, krótkotrwała czy też czysto PR-owa. A tak nie jest.

Przywołam znowu papieża Franciszka. Opowiadał kiedyś o rozeznaniu na temat synodu o rodzinie. Trwało spotkanie, na którym biskupi przygotowujący obrady omawiali swoje pomysły. Wstępnie synod miał dotyczyć Jezusa Chrystusa. Jednak w kolejnych wystąpieniach to, co było ciągle akcentowane, to kontekst Jego rodziny, wpływ nauczania Jezusa na rodzinę itp. Gdy papież zwrócił na to uwagę, było jasne, że Bóg zaprasza Kościół, aby podjął temat rodziny we współczesnym świecie.

Bardzo podobnie wyglądało to u nas. Dyskutowaliśmy o aborcji, o naszych trudnościach, o obawach. Ale co jakiś czas pojawiało się zaproszenie do jakiego działania na rzecz potrzebujących. Gdy zobaczyłem hasło gdańskiego hospicjum dla dzieci, było dla mnie jasne, do czego nas zaprasza Bóg: "Nie możemy dołożyć dni do ich życia, dlatego chcemy dołożyć życia do ich dni". Opiekują się bardzo schorowanymi dziećmi, dają wsparcie rodzinom, towarzyszą rodzicom "po stracie". Dopiero zaczynamy tę drogę, ale jako duszpasterz już mam nadzieję, że to zaangażowanie pomoże nam wypracować jeszcze większą aktywną wrażliwość na cierpienie tak, żeby nasza wiara była bardziej ludzka.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Paweł Kowalski SJ - duszpasterz akademicki, kierownik duchowy i spowiednik. Fascynat duchowości ignacjańskiej i pieszych pielgrzymek.

„deon.pl”

 

 

 

12

 

107-latka pisze do ciebie:

„W końcu wszystko będzie dobrze. Tylko nie przestawaj wierzyć i rozmawiać z ludźmi!”

„Spójrz w górę i uśmiechnij się, nawet jeśli masz założoną maskę. Twoje oczy będą się uśmiechać i to może być wszystko, czego ktoś potrzebuje, aby iść naprzód” - pisze babcia Nancy.

Najstarsza obywatelka Irlandii, 107-letnia Nancy Stewart, postanowiła wziąć do ręki pióro i przelać na papier słowa otuchy. Jej rady sprawdzą się nie tylko w trudnym czasie pandemii, ale także w wielu życiowych przeciwnościach.

Łagodne, pełne życzliwości słowa babci Nancy pomagają spojrzeć na życie z innej perspektywy. A jej proste zalecenia – takie jak wypicie filiżanki herbaty i odmawianie różańca – są czymś, co każdy z nas może włączyć do swojego codziennego życia.

Poświęćcie więc czas na przeczytanie listu, który został zamieszczony na Facebooku przez o. Paddy’ego McCafferty’ego, proboszcza w Belfaście.

I pamiętajcie o mocy waszej wiary, która wesprze was w najtrudniejszych czasach.

Do każdego, który potrzebuje powodu, żeby iść dalej:

Nazywam się Nancy Stewart i urodziłam się 16 października 1913 roku. (…) Wyobraź sobie, że kończysz 107 lat w światowej pandemii. To zdecydowanie coś bardzo niezwykłego – nawet dla mnie, a przeszłam naprawdę wiele. Mieszkam w Clonard w County Meath, w moim domu, od ponad 83 lat. W 1989 roku w wypadku samochodowym straciłam męża. Straciłam też córki bliźniaczki, Margaret (miała stwardnienie zanikowe boczne) w 2007 r. i Anne w 2010 r. Aż w końcu straciłam swoją siostrę. Przez te wszystkie lata odeszli też wszyscy moi przyjaciele, ale z tym przecież wiąże się tak długie życie na ziemi.

Jestem szczęściarą, bo wciąż mam 3 wnuczki: Kathleen, Mary i Olive, i jednego syna, Finiana. Mam też 84 wnucząt, prawnucząt i praprawnucząt.

Przeżyłam wiele przejmujących momentów i widziałam sporo ciężkich czasów w naszym kraju. Byłam świadkiem wojen światowych, podziałów w naszym narodzie i smutnych okresów.

Piszę dziś do ciebie, aby przesłać ci moją miłość i ofiarować ci moje modlitwy. Znajdujemy się w bardzo trudnym momencie w naszym kraju, w naszym życiu i w naszym świecie. Ale w tym liście zwracam się do ciebie, aby dać ci nadzieję, wiarę i przekonanie, że w końcu wszystko będzie dobrze.

Jesteśmy w innej fazie tej walki z wirusem, ale przebrniemy przez to. Jak przez wszystko, przez co przechodzę, odkąd urodziłam się w 1913 roku. Bez względu na to, jak złe rzeczy miały miejsce, jestem żywym dowodem na to, że możemy przetrwać. A w kolejnych latach będzie to tylko odległe wspomnienie.

Mam wielką wiarę i to pomogło mi utrzymać pozytywne nastawienie podczas wszystkich zmagań, z którymi się mierzyłam. Dziękuję ci za utrzymanie twojej wiary i za utrzymanie twojej odporności w tym trudnym czasie. Niestety, w tej chwili nie możemy już wyciągnąć rąk do przyjaciół i objąć ich, nie możemy też nawzajem zadzwonić do swoich drzwi.

Ale jestem tutaj, żeby podzielić się swoją historią. Jestem w izolacji w moim domu od marca, razem z wnuczką Louise. I mimo że był to ciężki czas, udało nam się go razem przeżyć. Pijemy herbatę. Modlimy się. Pieczemy. Śmiejemy się. Wykonujemy telefony. Mogę nawet dzwonić na wideo do wielu moich krewnych i przyjaciół i codziennie nawiązuję nowe znajomości, które Bóg daje mi na tej ziemi.

Teraz mam do powiedzenia bardzo ważną rzecz. Jeśli czujesz się przybity, spróbuj do kogoś zadzwonić lub idź na spacer. Ja proszę również Boga, aby mi pomógł, jeśli czuję się kiepsko. Jest to trudny okres dla wszystkich, ale upewnij się, że dobrze się trzymasz i nosisz maskę. Jeśli zachowasz zdrowie, twój umysł też pozostanie zdrowy.

Nie przestawajmy ze sobą rozmawiać. Całe życie byłam zwolenniczką rozmów, picia herbaty, odmawiania modlitw czy dziesiątki różańca i to mnie prowadziło do końca. To jest nasz moment, aby zachować wiarę i nie przestawać ufać, że wszystko będzie dobrze.

Musimy się starać nie zostawiać nikogo samemu sobie, a także nie tracić z oczu siebie nawzajem. To jest moment, w którym ludzkość musi zrobić krok naprzód, aby zająć się drugim. Musimy dbać o siebie samych, ale musimy też dbać o wszystkich wokół nas. Spójrz w górę i uśmiechnij się, nawet jeśli masz założoną maskę. Twoje oczy będą się uśmiechać i to może być wszystko, czego ktoś potrzebuje, aby iść naprzód. Żaden dobry uczynek nigdy nie pozostaje niezauważony, więc staraj się być jak najbardziej dobry. Nie jesteśmy tu po to, by żyć dla siebie samych, ale by żyć dla siebie nawzajem.

Nie mogę uwierzyć, że doszłam do tego wieku. Czuję się, jakbym miała 50 lat, ale teraz, kiedy tu jestem, mogę tylko powiedzieć, że proszę Boga, bym spędziła tu następne urodziny. Musimy zawsze patrzeć w przyszłość. Nie mogę uwierzyć, że jestem najstarszą osobą w Irlandii, mieszkającą we własnym domu, nie czuję się aż tak stara.

Kiedy Bóg mnie zapragnie, przyjdzie po mnie, ale na razie będę się cieszyła życiem, będę kochała swoją rodzinę i będę wypowiadała swoje modlitwy dzień po dniu… oh i nie zapominajmy, że jedzenie dużo dobrego, zdrowego jedzenia jest moją radą. Dobre jedzenie i dużo herbaty jest moim sekretem na długie życie, jak również utrzymanie pozytywnych emocji. Musimy zawsze patrzeć w przyszłość i mieć nadzieję na to, co najlepsze.

Dziękuję ci, że pamiętasz o mnie w swoich modlitwach i obiecuję ci, żę będę myśleć o tobie, odmawiając wiele różańców każdego dnia. Bardzo dziękuję też za przeczytanie mojego listu i mam nadzieję, że choć w małym stopniu pomogłam ci się czuć w tej chwili mniej samotnym. Zawsze jest nadzieja i dopóki będziemy ze sobą rozmawiać, żaden dzień nie będzie wydawał się pusty i będziemy mogli przejść przez to razem. Wystarczy mała świeczka, aby rozproszyć ciemność. Każdy z nas może być tym światłem na świecie. Ten trudny czas rzeczywiście minie, jak cała reszta. Liczy się tylko to, że pomogliśmy sobie nawzajem przez to przejść.

Wiele błogosławieństw i wiele miłości,

Babcia Nancy Clonard Co Meath.

„aleteia.org”

 

 

 

13

 

Są małżeństwem prawie 80 lat!

Najstarsza para świata. Jaka jest ich recepta na miłość?

Rodzice próbowali powstrzymać ich przed ślubem, a oni prawie 80 lat później nadal są zakochani. Jaka jest ich recepta na małżeństwo?

Mają 110 i 104 lata i są małżeństwem od prawie 80 lat. Julio Cesar Mora Tapia i Waldramina Maclovia Quinteros Reyes mają rekord: są małżeństwem o najwyższym łącznym wieku na świecie – w sumie mają prawie 215 lat, według strony Guinness World Records.

Najstarsze małżeństwo na świecie

Ci nauczyciele z Ekwadoru są żywym dowodem na to, że miłość może z każdym dniem stawać się delikatniejsza, potrafiąc pokonywać trudności i cieszyć się małymi chwilami szczęścia, które oferuje życie.

Poznali się osiem dekad temu, kiedy Waldramina pojechała odwiedzić swoją siostrę podczas wakacji szkolnych. Julio Cesar był sąsiadem i kuzynem jej szwagra. Spotkanie było proste, a oni zakochali się w sobie po nawiązaniu pięknej przyjaźni. Mówią, że przyjaźń jest siłą napędową ich miłości, ponieważ najpierw zostali przyjaciółmi, a potem zaczęli się spotykać. Pobranie się zajęło im siedem lat.

Waldramina odkryła w Julio Cesar kochającego mężczyznę, którego poezja podbiła jej serce. W międzyczasie Julio był urzeczony dobrocią i pięknem Waldraminy, a obaj mieli wspólne hobby i rozmawiali ze sobą długie godziny.

Tajny ślub

7 lutego 1941 roku pobrali się w „Kościele Betlejemskim” w Quito. Odprawili tajną uroczystość z zaledwie kilkoma gośćmi, w tym rodzicami chrzestnymi i najbliższymi przyjaciółmi, ponieważ ich rodziny nie aprobowały małżeństwa.

Ich rodzice mogą być zaskoczeni, widząc ich teraz, nadal szczęśliwych i zakochanych po prawie 80 latach. Mają pięcioro dzieci, które teraz są również dziadkami, a nawet pradziadkami! Julio Cesar i Waldramina mogą teraz pochwalić się 11 wnukami, 21 prawnukami i 9 prawnukami!

Jako nauczyciele uważają, że edukacja jest niezbędna, ponieważ, jak powiedzieli Guinness World Records, „pozwoliło nam to wytyczyć kurs dla wszystkich pokoleń naszej wielkiej rodziny”. Dla nich „jedność rodziny na zasadach miłości, wzajemny szacunek i odpowiednia edukacja oparta na wartościach rodzinnych są kluczem do zdrowego życia”:

Dla nas, Julio Césara i Waldraminy, to wielki zaszczyt i powód do zdrowej dumy – posiadanie tytułu z Księgi Rekordów Guinnessa. To prawda, że ​​w tej chwili jest to trudne, ponieważ ogarnia nas pandemia, która dotyka wszystkich i nadal nie mamy rozwiązania, ale pierwszym krokiem jest dyscyplina, szacunek i miłość do życia innych.

Ich małżeństwo już przeżyło wiele osób. Niech będzie błogosławione bez względu na to, jak długo będzie trwać, i niech ich przykład zainspiruje młodsze pokolenia do wytrwania w małżeństwie. Ich związek pokazuje, że prawdziwa, trwała miłość i zaangażowanie są rzeczywiście możliwe.

 

 

 

14

 

Kiedy śnią się zmarli.

Jak to interpretować? Przejmować się czy nie?

Czy zmarli mogą przychodzić we śnie lub dawać nam znaki? A na jawie, czy można duchy zmarłych wywoływać?

Taki sen to przypadek czy znak? Czy to coś znaczy, że wygląda w moim śnie na szczęśliwego albo wręcz przeciwnie? Czy zmarli w ogóle mogą się z nami kontaktować?

A kiedy w zupełnie niewytłumaczalny sposób znajdujemy nagle coś, co do nich należało lub bez wyraźnego powodu przychodzą nam na myśl? Czy należy przywiązywać wagę do takich epizodów? Jako osoba wierząca powinienem czy właśnie nie powinienem się tym przejmować i zajmować?

Czy zmarli mogą przychodzić we śnie

W jednej z mszalnych prefacji o zmarłych modlimy się słowami: „życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy”. Tak wierzymy.

I o ile w Starym Testamencie idea życia po śmierci była jeszcze niejasna, o tyle wraz z Chrystusem nabrała bardzo konkretnych rysów, a On sam jest najlepszym dowodem, że śmierć doczesna bynajmniej nie zrywa więzów między tymi, których łączy miłość, ani nie wyklucza dalszych kontaktów.

No ale to Jezus. On zmartwychwstał. A co z tymi, którzy umarli i jeszcze czekają na zmartwychwstanie? Otóż wierzymy przecież, że nie tylko Chrystus i wniebowzięta z ciałem i duszą Maryja, ale również inni święci (czyli po prostu zbawieni) mogą objawiać się żyjącym na ziemi.

Nie ma powodu, dla którego mielibyśmy uważać, że tę możliwość mają jedynie ci, których oficjalnie wynieśliśmy na ołtarze. I nie ma też żadnej teologicznej racji, dla której mielibyśmy zaprzeczyć, że możliwość kontaktowania się z nami mogą mieć również ci, którzy dopiero czekają na wejście do nieba, przeżywając swoje oczyszczenie w czyśćcu.

Ci pierwsi kontaktują się nami, by nam pomóc, natomiast ci drudzy głównie po to, by nas prosić o pomoc. Ponieważ łączą nas wszystkich więzi duchowe (których „centralnym węzłem” jest zmartwychwstały Pan), to możliwa jest miedzy nami wszystkimi bezustanna wymiana duchowych darów, czyli po prostu miłość.

Jak mogą przychodzić do nas zmarli?

Czy zmarli mogą przychodzić w snach? Nie ma powodu, aby twierdzić, że nie mogą. Biblia zna dobrych kilka przykładów tak zwanych snów proroczych, kiedy Bóg komunikował coś ludziom w mniej lub bardziej jasny sposób właśnie poprzez sny. To był na przykład sposób, w jaki Pan Bóg załatwiał swoje sprawy ze św. Józefem.

Biorąc pod uwagę, że zbawienie każdego jednego człowieka to sprawa, którą jako pierwszy zainteresowany jest właśnie On, możemy z powodzeniem założyć, że nieraz pozwala naszym zmarłym „zgłaszać się” do nas właśnie tą drogą.

A na jawie? Cóż, tu Biblia zna przynajmniej jedną sytuację, kiedy tak się stało, kiedy to na polecenie króla Saula wróżbitka wywołała ducha proroka Samuela. I to rzeczywiście był Samuel, ale cała sprawa nie skończyła się dla Saula dobrze. Zmarłych bowiem nie wolno wywoływać.

Zakaz ten zawiera już Tora. A to dlatego, że próba przyzywania zmarłych „na zamówienie” sprowadza się do naszej niewiary w to, że środki, które Pan Bóg włożył nam w ręce, byśmy wiedli dobre życie są wystarczające. Jest to ostatecznie zaprzeczenie zaufania wobec Boga i próba „załatwienia” czegoś bardziej lub często mniej wzniosłego po swojemu.

To jednak, że my nie mamy prawa „wymuszać” wizyt zmarłych, nie znaczy, że im nie wolno do nas (z woli Pana Boga) przychodzić. Nie musi to być zaraz „objawienie”. Czasem będzie to jakiś znak, a częściej jeszcze wydarzenie, o którym trudno nam będzie wyrobić sobie jednoznaczny sąd. I może tu właśnie tkwi cały sekret…

Chodzi o miłość

Najpewniej sekret tkwi w… wolności. Jeśli zmarli przychodzą, to przychodzą, by okazać nam miłość (gdy chcą dla nas jakiegoś dobra) albo o nią prosić (bo jeśli pokutują w czyśćcu, to z powodu braków w miłości – tym jest wszak każdy grzech).

A warunkiem miłości jest wolność. Pan Bóg i oni nie stawiają nas więc pod ścianą ewidentnymi znakami, które nie zostawiałyby nam wyboru, ale robią to delikatniej – zostawiając przestrzeń naszej wrażliwości i wolnej decyzji.

Skąd mam wiedzieć?

To skąd mam wiedzieć, czy ten mój zmarły, który mi się śni, rzeczywiście czegoś potrzebuje? Skąd mam mieć pewność, że to wydarzenie to akurat jakiś znak dla mnie?

A musisz mieć pewność? Nawet jeśli to tylko twoja „nadwrażliwa” pamięć, to przecież nic się nie stanie, jeśli zrobisz coś dobrego dla zmarłych. Nawet jeśli akurat ten konkretny ktoś nie potrzebuje twojej pomocy, bo już cieszy się niebem, to twój wysiłek się nie zmarnuje.

Bo nie marnuje się żadna miłość (choć nam tutaj nieraz wydaje się, że i owszem). Najwyżej Pan Bóg „przekaże” twoje duchowe dobra innemu zmarłemu, który jest jeszcze w potrzebie.

Jak mogę pomóc zmarłym?

Jest kilka sposobów. Pierwszy to ofiarowanie Eucharystii w ich intencji. Pierwszy, bo msza święta jest najdoskonalszą ofiarą i modlitwą, jaką znamy. Więcej na ten temat przeczytasz w artykule pod tytułem „Podczas każdej mszy jest miejsce na twoje osobiste intencje. Jak je składać?”.

Warto o tym pamiętać samemu i uczyć tego „następne pokolenia”, żebyśmy sami też mogli kiedyś skorzystać z tej najpewniejszej pomocy. Innym sposobem jest ofiarowanie odpustu za zmarłych – choćby w listopadzie, który jest szczególnym czasem naszej o nich pamięci. O tym przeczytasz tu:

Szczególną formą modlitwy za zmarłych są oczywiście wypominki, choć dziś to tradycja nieco zaniedbana „katechetycznie”, a przez to traktowana często na sposób magiczny.

Nie tylko modlitwa!

Każda modlitwa za zmarłych jest dobra i potrzebna. Warto wyrobić sobie zwyczaj włączenia jej w swoje codzienne „pacierze”. Ale modlitwa to nie wszystko!

Katechizm podpowiada nam, że za naszych zmarłych możemy ofiarować również post, jałmużnę i uczynki miłosierdzia wobec potrzebujących i będzie to dla nich bardzo skuteczna pomoc. Bo w tym wszystkim naprawdę idzie po prostu o miłość.

 

 

 

Święci i błogosławieni w tygodniu

 
8 listopada - św. Elżbieta od Trójcy Przenajświętszej, dziewica
8 listopada - bł. Jan Duns Szkot, prezbiter
8 listopada - św. Godfryd z Amiens, biskup
8 listopada - św. Adeodat I, papież
8 listopada - święci Czterej Koronowani, męczennicy
8 listopada - bazylika katedralna w Płocku
9 listopada - rocznica poświęcenia bazyliki laterańskiej
9 listopada - bł. Joanna z Signy
10 listopada - św. Leon Wielki, papież i doktor Kościoła
10 listopada - św. Andrzej Avellino, prezbiter
11 listopada - św. Marcin z Tours, biskup
11 listopada - św. Jan Jałmużnik, biskup
11 listopada - bł. Alicja Kotowska, dziewica i męczennica
11 listopada - św. Wiktoria, dziewica i męczennica
12 listopada - św. Jozafat Kuncewicz, biskup i męczennik
12 listopada - św. Teodor Studyta, opat
13 listopada - święci Benedykt, Jan, Mateusz, Izaak i Krystyn, pierwsi męczennicy Polski
13 listopada - św. Mikołaj I Wielki, papież
13 listopada - bł. Wincenty Eugeniusz Bosiłkow, biskup i męczennik
14 listopada - bł. Maria Luiza Merkert, dziewica
14 listopada - św. Wawrzyniec z Dublina, biskup
14 listopada - św. Mikołaj Tavelić, męczennik
14 listopada - św. Józef Pignatelli, prezbiter
14 listopada - bł. Jan Liccio, prezbiter
15 listopada - św. Albert Wielki, biskup i doktor Kościoła
15 listopada - św. Leopold III
15 listopada - św. Dydak z Alcali, zakonnik
15 listopada - bł. Magdalena Morano, dziewica
 
 

NIEDZIELNA EUCHARYSTIA – 6.30, 8.00, 9.30 – dla młodzieży, 11.00 – rodzinna, z dziećmi, 12.30, 16.00, 19.00, poniedziałek - sobota – 7.00, 7.30, 18.00.

Kancelaria (tel. 126452342) czynna:

(oprócz I piątku i świąt): godz. 8-9 i 16-17.15 (oprócz sobót)

Redakcja „Wzgórza w Blasku Miłosierdzia”: Władysław Wyka red. nacz.,

Wydaje: Parafialny Oddział Akcji Katolickiej nr 1 Archidiecezji Krakowskiej

- Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach 1a,

Nr k. bank – 08 1240 2294 1111 0000 3723 9378, tel.; 0-12-645-23-42.

NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:

strona internetowa parafii:

www.wzgorza.diecezja.krakow.pl

oraz milosirdzia-parafia.pl - PO Akcji Katolickiej

adres parafii:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.,

strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl

adres gazetki:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.