WZGÓRZA

W BLASKU MIŁOSIERDZIA

 

26/772                   -         28 czerwca 2020 r. A.

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA „WZGÓRZA W BLASKU MIŁOSIERDZIA”

„Błogosławieni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią”

 

2

 

XIII niedziela zwykła A

28 czerwca 2020 r.A.

 

 

Zmartwychwstały Chrystus żyje w Kościele i żyje w ludziach. Służąc więc bliźnim, służymy samemu Chrystusowi, naszemu Panu. Biorąc Jego krzyż i wchodząc w trudne sytuacje życia, odnosimy zwycięstwo, tak jak On ze śmierci przeszedł do życia. Ofiara Eucharystyczna, na której gromadzimy się ma uświadomić nam znowu, że żaden dobry czyn nie straci nagrody i że blisko nas jest Zmartwychwstały Zbawiciel.

Mamy nieustannie wkraczać w nowe życie i mamy umierać dla grzechu, by żyć dla Boga. Uznajmy więc przed Bogiem jak bardzo jesteśmy .grzeszni i przepraszajmy za nasze winy i zaniedbania dobra, aby zbliżyć się do Boga i mieć łączność ze Zmartwychwstałym Chrystusem.

 

3

 

 

W dzisiejszym numerze:
- Wysokie wymagania.
- Przyzwyczajeni.
- Politycy i duchowni uprawiający politykę na ambonach niszczą Jasną Górę.
- Jestem gość.
- Co można uczynić dla tej kobiety?
- Przed śmiercią mówiła: „Idę do nieba, będę wam stamtąd pomagać”
- Jak często się spowiadać, żeby się spowiadać dobrze?
- Odłożyć świat na później.
- Święci i błogosławieni w tygodniu.

 

 

4

 

Wysokie wymagania

Nie lubimy zazwyczaj ludzi, którzy od nas dużo wymagają. Uczniowie, studenci boją się nauczycieli i profesorów, którzy są surowi, wymagający na egzaminach. Nie lubimy wymagających dyrektorów i przełożonych. Przez świat przelewa się wręcz fala łatwizny. Sprzyjają temu społeczne prądy młodzieżowe, liberałowie głoszący hasła, że człowiek do niczego nie jest zobowiązany; że może robić, co mu się chce, co mu się podoba, bo jest wolny. Dzisiaj rzeczy, którymi się człowiek posługuje, są coraz lepsze, i oczekiwania człowieka wobec przedmiotów codziennego użytku też są coraz wyższe, lecz sam człowiek dzięki nim wcale się lepszym nie staje. Być lepszym, to w trudzie pracować nas sobą, stawiać sobie wymagania, nie iść na uproszczenia. Gdyby sportowiec nie trenował na stadionie, nie mógłby startować w igrzyskach sportowych i swoimi wyczynami nie zachwycałby widowni. Gdybyśmy leżeli na tapczanie przed szklanym ekranem, nie pracowali, nie przesiadywali w bibliotece, w laboratorium zapewne dzisiaj jeszcze ludzkość nie wyszłaby z epoki kamienia gładzonego.

Św. Jan Paweł II nauczał Polaków: „Nie chciejcie Polski, która by was mało kosztowała”. A do młodzieży często powtarzał: „Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali”. I to dużo więcej, bez obawy uszczerbku na zdrowiu. A jest odwrotnie, w wielu środowiskach postępowi nauczyciele życia lansują hasła wyzwolenia od wszelkiego trudu, wysiłku, wszystko zdobyć jak najłatwiej, bez zobowiązań. Postuluje się, by rodzice od swoich dzieci za wiele nie wymagali. Zaleca się wychowanie bezstresowe, czyli kształtowanie takiego człowieka, który w przyszłości potknie się o najmniejszą nierówność. Bo nie będzie przygotowany do tego, by omijać napotkane przeszkody.

W dzisiejszej Ewangelii Chrystus staje przed nami jako Ten, który stawia nam bardzo wysokie wymagania: „Kto miłuje ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. Kto nie bierze krzyża swego, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien”. Chrystus chce być pierwszy od twojej matki, od twego ojca, od twojego kochanego dziecka, syna i córki. A więc wymagania jakby wbrew naszej naturze. Co więcej, mówi o tych, co nie biorą krzyża, a idą za Nim, że nie są Go godni. Są również tacy ludzie, którzy idą za Chrystusem, ale bez wymagań. Przyklaskują Chrystusowi, przyklaskują papieżowi. Ale już te trudniejsze wymagania Ewangelii podają w wątpliwość, zostawiają na boku, nie chcą o nich słyszeć.

Czy warto poddać się Bożym wymaganiom? Warto. Nigdy się wtedy nie przegrywa. Ceńmy sobie również tych ludzi, którzy dużo wymagają od siebie. Bez wymagań do niczego się nie dochodzi. Tak łatwo uciekać nam od naszych obowiązków, od trudnych ludzi, od spotkań. Tak łatwo buntować się wobec bólu, cierpienia. Patrząc na Jezusa w Ewangelii widzimy, jak straszna jest samotność człowieka cierpiącego, który do końca i mimo wszystko kocha. Pokusa pójścia za Nim bez krzyża, bez obciążenia jest silna. Odpowiedzią na letnie chrześcijaństwo jest Duch Święty, Duch Jezusa. On napełnia nas mocą Chrystusa, umacnia naszą wiarę, by odkryć radość Ewangelii.

ks. Leszek Smoliński

-„Ekspres Homiletyczny”

 

 

5

 

Przyzwyczajeni

Czegokolwiek byśmy nie zrobili, nie będziemy bezpieczni. Z tym po prostu trzeba się na razie pogodzić. To jednak nie znaczy, że nie mamy żadnego wpływu.

Żyjemy z epidemią kolejny miesiąc. Już do niej przywykliśmy. Na tyle, że coraz częściej rezygnujemy ze tego czy innego środka ostrożności. Trudno się dziwić: mamy po prostu dość. Restrykcje wystarczająco zatruły nam życie, zbyt wiele dni już zabrały. Teraz chcemy wrócić do normalności. Widać ten powrót na każdym kroku.

Nie powstrzyma nas coś tak banalnego jak kolejne przypadki zakażeń. Nas to nie spotka. Albo: nam nic nie będzie. W skrajnych (choć nierzadkich) przypadkach można usłyszeć, że wirusa po prostu nie ma. Wyznawców tej teorii nie przekonuje żaden fakt, wręcz przeciwnie, wykazują gorliwość niemal apostolską w ich dementowaniu.

Powiedziałabym: trudno, każdy decyduje o sobie, gdyby faktycznie tylko o sobie decydował. Tymczasem wielokrotnie podejmuje decyzję także za innych. Także za tych, dla których zakażenie wiąże się z wysokim ryzykiem powikłań. Podejmuje, choć w ogóle o nich nie myśli. Nie istnieją w jego refleksji. Niech dbają o siebie.

Tak, to prawda, musimy funkcjonować. I prawdą jest, że nie da się żyć stale pod tak olbrzymią presją. Przyzwyczajenie jest konieczne, inaczej byśmy oszaleli. Chodzi o to, by wypracować sobie jakiś rozsądny i możliwy algorytm działania. To prawda: państwo nam w tym nie pomaga. Kolejne ograniczenia są zdejmowane i nie spodziewam się, by wróciły, nawet jeśli minister zdrowia co jakiś czas tym straszy. Innymi słowy: trzeba, żebyśmy sami zachowywali zdrowy rozsądek.

Nie chcę wyznaczać wszystkim i każdemu z osobna zasad działania. Podobnie jak nie próbuję zwracać uwagi ludziom, którzy nie zachowują narzuconych przez państwo zasad. Zdaję sobie sprawę, że czasem ich zachowanie jest niemożliwe. Odpowiedzialność za nas samych i nasze otoczenie spoczywa na każdym z nas.

I oczywiście: czegokolwiek byśmy nie zrobili, nie będziemy bezpieczni. Ani my sami, ani ludzie wokół nas. Z tym po prostu trzeba się na razie pogodzić. To jednak nie znaczy, że nie mamy żadnego wpływu. Nie warto go tracić.                                                           

Joanna M. Kociszewska –„wiara”

 

 

6

 

Politycy i duchowni uprawiający politykę na ambonach niszczą Jasną Górę

Każdy polityk, który próbuje wykorzystywać Jasną Górę do własnych interesów, powinien usłyszeć stanowcze NIE. A każdy biskup i duchowny, który do czegoś takiego dopuszcza albo sam uprawia w tym świętym miejscu politykę ambonową, przykłada rękę do jego niszczenia.

Opowiem Państwu dwie historie.

Pierwsza jest moja. Bardzo intymna. To było jakieś dziesięć lat temu. Byłem wtedy w dominikańskiej Beczce. I jak to w duszpasterstwie, w wakacje chodziliśmy na pielgrzymkę na Jasną Górę. Przyznam szczerze, że za pierwszym razem miałem spore wątpliwości. Nie odnajdywałem się w pielgrzymkowych klimatach.

Prawie całą pielgrzymkę przeszedłem wkurzony. Irytowali mnie ludzie dookoła, irytowała mnie muzyka, irytowali mnie sami dominikanie. No tak generalnie to wszystko mnie irytowało. Zastanawiałem się, po co ja w ogóle to robię, po co się tak męczę i maltretuję. Kilka razy chciałem dać sobie spokój i wrócić do domu.

I nagle wydarzyło się coś, czego po ludzku się wytłumaczyć nie da. Było już późne popołudnie, powoli kończyliśmy kolejny dzień drogi. Doszliśmy do takiego miejsca, w którym jeśli spojrzy się w prawo, można pierwszy raz zobaczyć wieżę Jasnej Góry. Na chwilę wszyscy uklękliśmy. I dokładnie w tym momencie coś we mnie pękło. Cała irytacja zniknęła. Poczułem nieopisywalny pokój w sercu. Wtedy nie potrafiłem tego nazwać. Po jakimś czasie zrozumiałem, że to była właśnie Ona.

Drugą historię usłyszałem kilka dni temu od człowieka, z którym pracuję nad nową książką. Na razie nie będę zdradzać, kto to jest. Teraz ważnym jest tylko, żebyście wiedzieli, że nie jest Polakiem i jest starszą osobą. W trakcie naszego ostatniego spotkania opowiedział mi, jak kilkadziesiąt lat temu, jeszcze jako młody student, przyjechał z grupą znajomych do Polski i również poszli na pielgrzymkę na Jasną Górę.

Kiedy doszli na miejsce najpierw była msza na wałach, później nocne czuwanie. "Po czuwaniu było już bardzo późno, ale ja nie mogłem zasnąć.

Wstałem i poszedłem do kaplicy obrazu Matki Bożej. W środku było pełno ludzi. Głównie młodzi. Jedni modlili się w ciszy, inni czekali w długich kolejkach do konfesjonałów, jeszcze inni na klęczkach szli wokół obrazu.

Moją uwagę przykuła jedna dziewczyna, z którą dużo rozmawialiśmy w trakcie pielgrzymki. Bardzo oczytana, inteligentna, piękna osoba. Teraz siedziała w kącie, z zamkniętymi oczami i modliła się w skupieniu. Po jej policzkach spływały łzy. Wiedziałem z rozmów w trakcie wspólnej drogi, że w ostatnim czasie przeżyła coś bardzo trudnego. Patrząc na nią tamtej nocy, zrozumiałem, że Maryja naprawdę jest Waszą królową. Ale taką królową, której ufacie i do której przychodzicie z ciężarami, tragediami, ranami. I to wszystko Jej tam oddajecie. Z ufnością. Taką jaką ma dziecko do matki".

Tak, Jasna Góra jest wyjątkowym miejscem. Dlatego każdy polityk, który próbuje je wykorzystywać do własnych interesów, powinien usłyszeć stanowcze NIE. A każdy biskup i duchowny, który do czegoś takiego dopuszcza albo sam uprawia w tym świętym miejscu politykę ambonową, przykłada rękę do jego niszczenia.

To się musi skończyć. To jest miejsce Ewangelii. Miejsce, w którym Maryja, z taką czułością jak tylko Ona potrafi, pomaga nam i prowadzi nas do swojego Syna. Nie pozwólmy ludziom zafiksowanym na władzy i wpływach - duchownym i świeckim - niszczyć naszego domu. I domu naszego Ojca.

Piotr Żyłka – „Deon”

 

 

7

 

Jestem gość

Pomyślałem, że powinno być o gościnności, gotowości do przyjęcia, otwartości na obcego, zrobieniu miejsca. Bo nie trzeba przymusowego zamknięcia, żeby być zamkniętym, a niegościnność nie zaczyna się od zatrzaśniętych drzwi. Pomyślałem o gościnności, bo jesteśmy Kościołem, to znaczy pełną Ducha Świętego otwartością na każdego, aż po krańce świata. Wiadomo, że nam się to nie udaje. Zaproszenie jest niby skierowane do wszystkich, ale mnożymy wyjątki, malujemy szerokie pejzaże szczególnych okoliczności i wyjątkowych kontekstów. Uzasadniamy w pocie czoła Boży zamysł zamkniętych drzwi przed tymi, którzy sami są sobie winni. Przypominamy jeszcze coś o perłach i wieprzach i z uspokojonym sumieniem wracamy polerować błyszczące zasuwy, niezawodne zamki i kłódki z szyfrem nie do złamania. Pomyślałem więc, że powinno być o gościnności, ale nie tej, której się udziela, tylko o tej, której się doświadcza.

Bo to o niej mówi Jezus do swoich apostołów. Będziecie gośćmi u obcych, innych, u dziwacznych, strasznych, niezrozumiałych. Bo nie można być gościem u swoich. U swoich jest się w bezpiecznej swojskości. Troszkę podkolorowanej ckliwą plakatówką. Czasem nieco powierzchownej, gdy dla świętego spokoju nie poruszamy drażliwych tematów.

Może nawet łatwiej jest być gościem nieprzyjętym. Dumnie nie przeklinać niegościnnych miast, nie zsyłać ognia, nie karać. Trudniej, gdy nas przyjmą, wysłuchają, ugoszczą. Jeszcze trudniej, gdy na poważnie przejęci naszymi słowami zaskoczą nas nieoczekiwanym nawróceniem, jak niniwici Jonasza. Ci obcy, nie nasi, szczęśliwi. Jak wtedy nie zmarnować tej spontanicznej wdzięczności, wiosennej i lekkiej? Jak nie uwić w niej dla siebie wygodnej pułapki, w którą zapadniemy się jak w miękkie pochlebstwa? Jak być gościem, gdy nie nasi są bliżej Prawdy niż my sami, gdy uwierzą tak niewinnie prosto? Może to nie nas posłał Jezus? A może posłał nas właśnie po to, żeby nawrócili nas ci, którym głosimy Dobrą Nowinę.

Wojciech Czwichocki OP - ur. 1966 w Bydgoszczy, dominikanin. Duszpasterz grupy postakademickiej 3/4, opiekun grupy medytacyjnej. Mieszka we Wrocławiu. – „drodze.pl”


 

 

8

 

Co można uczynić dla tej kobiety?

Elizeusz stawia ważne pytanie: „Co można uczynić dla tej kobiety?” (por. 2 Krl 4,14). Ona miała wszystko. Wspomogła proroka. Dała mu i jego słudze mieszkanie. Była więc na tyle zamożna, że darów materialnych nie potrzebowała. Wdzięczny prorok był jednak pewny, że każdy człowiek czegoś potrzebuje. Jego sługa, który był odpowiedzialny za rozeznanie środowiska, w którym przebywali, wiedział, że kobieta nie ma dziecka. Największym szczęściem dla niej byłaby wiadomość o jego poczęciu.

Prorok, który działał z polecenia Boga, „załatwił to” u Niego. Otrzymał pewność, że kobieta dziecko pocznie i przekazał jej tę wiadomość. Usłyszała od niego słowa: „O tej porze za rok będziesz syna pieściła” (2 Krl 4,16).

Dziś mówi się o aborcji, o agresji wobec dziecka, o jego śmierci. Ale równie głośno należałoby mówić o bezdzietności. Ileż to młodych małżeństw wysiaduje długie godziny w gabinetach, lecząc swą niepłodność. Ileż smutku jest w sercach tych, którzy pragną być ojcami i matkami, a nie mogą. Cywilizacja uderza w źródło ludzkiego szczęścia, którym jest miłość ojcowska i macierzyńska. Jakże wiele wrażliwości potrzeba, by dostrzec tych młodych małżonków zmagających się ze swą niepłodnością.

Jezus otwiera przed nimi szeroką perspektywę. Jeśli nie można kochać własnych dzieci, to trzeba się zgłosić do Niego. On czuwa nad naszym szczęściem i poprowadzi taką drogą, która pomoże w rozwoju miłości.

ks. Edward Staniek – „Ekspres homiletyczny”

 

 

9

 

Przed śmiercią mówiła:

„Idę do nieba, będę wam stamtąd pomagać”

Ostatnie słowa, jakie Gloria Trevisan wypowiedziała do mamy, to słowa nadziei: wielką łaską jest być gotowym na śmierć w tak młodym wieku.

Gloria Trevisan to przepiękna dziewczyna! Przepiękna i całkiem zwyczajna. Jej narzeczony, Marco, to też przystojny chłopak. Widzimy ich na zdjęciach profilowych w mediach społecznościowych, a teraz także na stronach największych gazet.

Po pożarze wieżowca Grenfell Tower w zachodnim Londynie (czerwiec 2017) ich nazwiska długo były na liście zaginionych, chociaż nie było powodu, jak mówił adwokat rodziny, by wierzyć, że żyją.

Do końca

Nie udało mi się dowiedzieć, czy Marco także zatelefonował do rodziców, czy oni także – jak rodzice Glorii – otrzymali tę trudną łaskę towarzyszenia własnemu dziecku do kresu życia. Gloria zadzwoniła do rodziców późnym wieczorem, jak tylko zorientowała się, co się dzieje na niższych piętrach dwudziestosiedmiopiętrowego, od dawna nieremontowanego wieżowca, w którym mieszkali.

Od kiedy jestem matką i ja mogłam odkryć tę niewidzialną, nierozerwalną nić, która łączy nas z dziećmi i ich życiem. Na zawsze. Bez matki Gloria byłaby po prostu sierotą. Jej mama i tata bez niej zawsze pozostaną jej mamą i tatą. Ta tragiczna cecha stała się ich istotą.

Jak przeżyli te niekończące się godziny, minuty między kolejnymi rozmowami?

Jestem pełna podziwu dla ich odwagi. Wytrwali na posterunku do ostatniej chwili, dodając sobie wzajemnie odwagi i nie tracąc nadziei. Blisko córki, o ile to tylko możliwe. A w tym wypadku możliwość oznaczała pół kontynentu i zimne morze. I wiele „jeśli”, „przykro mi” i „będziemy za tobą tęsknić, ale jedź i bądź szczęśliwa. Będziemy ci stąd pomagać”.

Umieram, ale będę żyć…

Myślę o wspaniałych słowach, które Gloria powiedziała mamie. Zaledwie kilka słów, ale właśnie takich, jak trzeba. Dziękuję. Idę. Umieram, ale będę żyć. Będę wam pomagać z nieba.

Kto wie, jak mocno wierzyła ta dziewczyna. Kto wie, jak opiekował się nią w tych chwilach jej Anioł Stróż, jak ją pocieszał. Kto wie, jak bardzo była zdziwiona, kiedy spotkała go twarzą w twarz.

Jeśli Gloria powiedziała „idę do nieba” w tak tragicznym, ostatecznym momencie, z całą świadomością (którą wyczuwam w jej słowach), to ja osobiście jestem skłonna jej wierzyć. Wierzyć w to, że wiedziała, co mówi.

To nie były słowa, które znajdziemy w komentarzach na Facebooku na przemian z „niech odpoczywa w pokoju”. Ani infantylny, przesłodzony tekst, rzucony na odczepnego jak moneta do kapelusza żebraka, byle tylko mieć to z głowy i odejść. Uciec od cierpienia i śmierci, które dla nas, przytłoczonych codziennością, niepamiętających o Chrystusie i Odkupieniu, brzmią absurdalnie. Ale jeśli Gloria powiedziała te słowa w takiej chwili, to wiedziała co mówi.

Najważniejszy moment

Mamy opanowaną sztukę narodzin: sprawnie obracamy się w odpowiednią stronę, zginamy głowę, żeby przejść przez drogi rodne, sami przemy na zewnątrz, do światła. I tak samo, kiedy już nasze życie dobiega końca, umiemy, a może powinniśmy umieć umierać. Cóż za wielką łaskę otrzymała Gloria, skoro umiała zdać sobie z tego sprawę i przygotować się do najważniejszego momentu w życiu!

Śmierć była już blisko, a ona potrafiła to sobie uświadomić. Był z nią narzeczony, który tak długo, jak potrafił, dodawał odwagi jej, samemu sobie i przyszłym teściom. Dym w czasie pożaru to coś przerażającego.

Wiem, ponieważ sama tego doświadczyłam. Ja, mój mąż i nasze pierwsze dziecko (byłam wtedy w ciąży). Ze snu wyrwały nas krzyki sąsiada (niech Bóg go błogosławi!). Nigdy nie zapomnę tych chwil: zrywam się, biegnę, nie mam czym oddychać, kaszlę, z oczu lecą mi łzy, nie widzę ścian, pełznę po schodach na czworaka. Głowę rozsadza mi bicie własnego serca. Powietrza! A przecież nasz pożar w porównaniu z londyńskim to była drobnostka.

Nawiasem mówiąc, z tego powodu uważam za niegodne i tchórzliwe – choć w pełni zgodne z wszechobecnym teraz carpe diem – niemówienie osobie śmiertelnie chorej, że ma przed sobą niewiele czasu. Jak w takim razie ma się przygotować do śmierci? Kiedy pomyśli, co chce powiedzieć bliskim, co zostawić w pamięci tych, których kocha, co chce powiedzieć Bogu, którego istnienie i miłość być może tylko przeczuwa?

Teraz i w godzinę śmierci naszej…

Powinniśmy być czujni, gotowi, świadomi. „Teraz i w godzinę śmierci naszej”. Te chwile są bliżej, niż sądzimy. Gloria była przecież w swoim „teraz” i chwila po chwili, pośród duszącego dymu wypełniającego jej mieszkanie, jej „teraz” stało się tą godziną.

Godziną jej śmierci. Państwo Gottardi mówią, że dopóki nie mają dowodów na śmierć syna, nie stracą nadziei, że on żyje. I Gloria też. Oczywiście, zawsze trzeba mieć nadzieję. Oby mogli znowu przytulić młodych lub przynajmniej przyjąć ich doczesne szczątki. Ciała bez życia. Nie mieć nawet ciała zmarłego dziecka to wielki ból, który czyni jeszcze bardziej nieznośnym i tak niewyobrażalne cierpienie. Maryja – Matka Boża Bolesna – dostała ciało Syna. Mam nadzieję, że i im będzie to dane.

Z zewnątrz mogę tylko przeczuwać cierpienie, rozpacz tych rodziców. Ich próżne wysiłki, rzucanie oskarżeń na cały kraj winny tego, że tchórzliwie przygniata i wypędza młodych ludzi, przynosząc udrękę rodzinom, matkom, ojcom, dzieciom.

Nadzieja

Rozumiem ich. Największy skarb, jaki mieli, piękna, inteligentna i pełna zapału córka była gdzieś daleko, z dyplomem studiów, pełna nadziei i planów. Wyjechała w poszukiwaniu godnej pracy i zarobku, na który przecież powinna móc liczyć tutaj, u siebie w kraju! I jak tu nie czuć złości!? Ale będą się musieli pogodzić z tym – i mam nadzieję, że nastąpi to szybko. I że ewidentna niesprawiedliwość społeczna, która uderza w młodzież, a wraz z nią w cały kraj i jego przyszłość, nie wystarczy, by wytłumaczyć ostatnie chwile życia Glorii.

Mam nadzieję, że to dzięki nim Gloria miała pewność, wcale nieoczywistą, że jest Niebo, że rodzimy się po to, żeby żyć, cieszyć się, budować coś pięknego, a przede wszystkim kochać i być kochanym. Ale rodzimy się także po to, by umrzeć, a umieramy po to, by żyć wiecznie.

I mam nadzieję, że będą pamiętali – teraz, kiedy wszystko straciło dla nich sens, że szczęście istnieje i że jeśli dzięki Bożej łasce wejdziemy do Jego Królestwa, zobaczymy, że żaden pożar nie puści go z dymem.

Idę do nieba…

Gloria podziękowała swojej mamie. Ostatnia rozmowa telefoniczna odbyła się o czwartej. Według Corriere Gloria miała powiedzieć: „Mamo, zdałam sobie sprawę, że niedługo umrę. Dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobiłaś”. Na koniec słowa pożegnania: „Idę do nieba, będę wam stamtąd pomagać”.

Jak to zwykle dzieci, szukała pomocy u rodziców, choć przecież było jasne, że są bezsilni. Bo cóż mogliby zrobić, będąc we Włoszech? Naraziła ich na niepojęty ból i stres, których jednak, jak sądzę, nie odrzuciliby za żadną cenę. Zresztą, o kim miałaby w takim momencie myśleć, jeśli nie o tej, która ją urodziła i kochała.

I na koniec, jak to zwykle dzieci przyparte do muru, powiedziała to, co najważniejsze: Idę, będę wam pomagać.

I to nieprawda, że nic nie można zrobić. Kiedy już będziemy mieć jakąś pewność, że nie żyje, albo będziemy się radować i chwalić Boga, albo płakać i modlić się, nie rozpaczając, za jej młodą duszę. Jeśli płomienie ją zabrały, miejmy nadzieję, że spaliły także słomę grzechów, które mogła popełnić. Miejmy nadzieję, że pomyślała: „Maryjo, nadal potrzebuję mamy. Jesteś przy mnie?”.

A przecież dobrze wiemy, że „tak”, które zmieniło losy całej ludzkości, Najświętsza Maryja Panna, piękna dziewczyna z Nazaretu, opanowała do perfekcji.

Paola Belletti – „Aleteia”

 

 

10

 

Jak często się spowiadać,

żeby się spowiadać dobrze?

Każdy katolik powinien w okresie wielkanocnym przyjąć Komunię świętą. Ten obowiązek nakłada na nas trzecie przykazanie kościelne. A jak jest ze spowiedzią? Co o tym mówią przykazania, a co doświadczeni spowiednicy?

„Przynajmniej raz w roku przystąpić do sakramentu pokuty” – tak brzmi drugie przykazanie kościelne. Natomiast trzecie: „Przynajmniej raz w roku, w okresie wielkanocnym, przyjąć Komunię świętą”. Ale przy tej okazji w niejednej głowie pojawia się pytanie: jak często się spowiadać, żeby się spowiadać dobrze?

Grzech ciężki: jak najszybciej

Jeśli mamy na sumieniu grzech ciężki, sprawa jest prosta – trzeba go wyznać niezwłocznie. „Grzech ciężki oddziela od łaski Bożej. Nie można też wtedy w pełni uczestniczyć we mszy świętej. Wtedy spowiedź jest konieczna” – przypomina kapucyn o. Piotr Jordan Śliwiński, jeden z założycieli Szkoły dla Spowiedników w Krakowie.

Kościół jednak zachęca do spowiadania się nie tylko z grzechów śmiertelnych. Potwierdza to już samo przykazanie, które nakazuje spowiedź co najmniej raz w roku, niezależnie od tego, co akurat mamy na sumieniu. Wprawdzie grzechy lekkie gładzi Komunia święta, ale sakrament pokuty i pojednania jest także źródłem wielu łask:

Wyznawanie codziennych win (grzechów powszednich) nie jest ściśle konieczne, niemniej jest przez Kościół gorąco zalecane. Istotnie, regularne spowiadanie się z grzechów powszednich pomaga nam kształtować sumienie, walczyć ze złymi skłonnościami, poddawać się leczącej mocy Chrystusa i postępować w życiu Ducha (Katechizm Kościoła Katolickiego, 1458).

Wielu świętych nie popełniało grzechów śmiertelnych przez dziesiątki lat albo nawet przez całe życie, a często się spowiadało.

Spowiedź co miesiąc?

W internetowej dyskusji autorka podpisująca się jako J. napisała: „Nie wyobrażam sobie postępów w rozwoju duchowym przy przystępowaniu do tego sakramentu raz na rok. Przy takiej częstotliwości (próbowałam) tracę wrażliwość na grzechy lekkie i przestaję widzieć potrzebę pracy nad sobą. A na domiar złego rośnie mi wtedy nad głową aureola, która wraz z upływem czasu tak pięknieje, że szkoda mi ją zniszczyć”.

„Kiedy się spowiadamy regularnie i w miarę często, łatwiej nam zrobić rachunek sumienia, wytrwać w dobrych postanowieniach i unikać okazji do grzechu” – mówi o. Śliwiński. Przyjęło się uważać, że standardem dla ludzi wierzących i praktykujących jest comiesięczna spowiedź – zauważa Carmen Lopez Marin z Opus Dei.

Ale wszystko zależy od tego, jak wysoko mamy zawieszoną poprzeczkę w życiu duchowym. „Wiele osób spowiada się częściej. I naprawdę ma z czego!” – mówi. Jeśli ktoś poważnie traktuje Pana Boga i walczy o świętość, znajduje coraz więcej pól do walki.

Czytaj także:

Franciszek do spowiedników: W konfesjonale nie trzeba zbytnio wypytywać

Spowiedź co dwa tygodnie?

Katoliccy księża, zakonnice i zakonnicy zwykle spowiadają się raz na dwa tygodnie. Czy to jest również dobra propozycja dla świeckich, którzy chcą prowadzić dobre życie duchowe? Carmen Lopez Marin przytomnie zauważa, że jeśli planujemy spowiadać się co miesiąc, to często bywa, że w praktyce udaje nam się to robić co półtora miesiąca; jeśli co dwa tygodnie – spowiadamy się co trzy tygodnie itd. Dlatego na wszelki wypadek lepiej postanowić sobie częstszą spowiedź.

Zdaniem o. Śliwińskiego częstotliwość spowiedzi najlepiej ustalić z księdzem w konfesjonale. Warto mieć stałego spowiednika, który zna nasze problemy i sytuację życiową.

Oboje moi rozmówcy podkreślają, że znacznie ważniejsze od „jak często?” jest pytanie „jak?”. „Niczemu nie służy spowiadanie się bezrefleksyjne, mechaniczne powtarzanie tej samej listy grzechów” – zauważa Lopez Marin. Dorosła osoba nie powinna robić rachunku sumienia na podstawie modlitewnika, który dostała przed Pierwszą Komunią Świętą.

Zbyt częste chodzenie do spowiedzi?

Czy spowiedź może być zbyt częsta? O. Śliwiński byłby daleki od generalizowania: „Jeśli na przykład ktoś walczy z regularnie popełnianym grzechem śmiertelnym, to może potrzebować spowiadać się częściej niż inni”.

„Gdyby ktoś spowiadał się codziennie z grzechów powszednich, to by może oznaczało jakąś chorobę, nadmierne skrupuły albo niezrozumienie istoty spowiedzi – ocenia Lopez Marin. – Jeśli nie ma takich problemów, to dopóki nie pojawia się rutyna, a jest szczery żal i chęć poprawy, nigdy nie jest zbyt często. Człowiek jest szczęśliwy i radosny, kiedy często czuje miłosierdzie Boże”.

Kamil Szumotalski/ALETEIA

 

Święci i błogosławieni w tygodniu.

 

28 czerwca - św. Ireneusz, biskup i męczennik
28 czerwca - św. Paweł I, papież
29 czerwca - święci Apostołowie Piotr i Paweł
30 czerwca - święci Pierwsi Męczennicy Świętego Kościoła Rzymskiego
30 czerwca - św. Władysław, król
30 czerwca - bł. Rajmund Lull, męczennik
30 czerwca - bł. January Maria Sarnelli, prezbiter
 
1 lipca - Najdroższej Krwi Jezusa Chrystusa
1 lipca - św. Otton z Bambergu, biskup
1 lipca - św. Teobald z Provins, pustelnik
1 lipca - bł. Jan Nepomucen Chrzan, prezbiter i męczennik
2 lipca - św. Bernardyn Realino, prezbiter
2 lipca - Najświętsza Maryja Panna Tuchowska
2 lipca - Najświętsza Maryja Panna Kodeńska, Matka jedności
2 lipca - Najświętsza Maryja Panna Licheńska
3 lipca - św. Tomasz Apostoł
3 lipca - św. Leon II, papież
3 lipca - św. Rajmund Gayrard, prezbiter
4 lipca - św. Elżbieta Portugalska, królowa
4 lipca - bł. Piotr Jerzy Frassati, tercjarz
4 lipca - bł. Maria od Ukrzyżowanego (Curcio), zakonnica
4 lipca - bazylika metropolitalna w Krakowie
5 lipca - św. Antoni Maria Zaccaria, prezbiter i zakonnik
5 lipca - św. Maria Goretti, dziewica i męczennica

5 lipca - św. Atanazy z góry Athos, opat

 

 

NIEDZIELNA EUCHARYSTIA – 6.30, 8.00, 9.30 – dla młodzieży, 11.00 – rodzinna, z dziećmi, 12.30, 16.00, 19.00,

poniedziałek - sobota – 7.00, 7.30, 18.00.

Kancelaria (tel. 126452342) czynna:

(oprócz I piątku i świąt): godz. 8-9 i 16-17.15 (oprócz sobót)

Redakcja „Wzgórza w Blasku Miłosierdzia”: Władysław Wyka - red. nacz.,

Wydaje: Parafialny Oddział Akcji Katolickiej nr 1 Archidiecezji Krakowskiej

- Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach 1a,

Nr k. bank – 08 1240 2294 1111 0000 3723 9378, tel.; 0-12-645-23-42.

NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:

strona internetowa parafii:

www.wzgorza.diecezja.krakow.pl

oraz milosirdzia-parafia.pl - PO Akcji Katolickiej

adres parafii:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.,

strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl

adres gazetki:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.