WZGÓRZA

W BLASKU MIŁOSIERDZIA

 

4/854                   -       16 stycznia 2022 r. C.

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA „WZGÓRZA W BLASKU MIŁOSIERDZIA”

„Błogosławieni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią”

 

13

 

II niedziela zwykła

1 stycznia 2022 r. C.

 

5

 

J 2, 1-11

Pierwszy cud Jezusa w Kanie Galilejskiej

Słowa Ewangelii według Świętego Jana

W Kanie Galilejskiej odbywało się wesele i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa rzekła do Niego: «Nie mają wina». Jezus Jej odpowiedział: «Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czy jeszcze nie nadeszła godzina moja?» Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: «Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie».

Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Jezus rzekł do sług: «Napełnijcie stągwie wodą». I napełnili je aż po brzegi. Potem powiedział do nich: «Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu». Ci więc zanieśli.

Gdy zaś starosta weselny skosztował wody, która stała się winem – a nie wiedział, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli – przywołał pana młodego i powiedział do niego: «Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory».

Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie.

 

3

 

II niedziela zwykła C

To że działamy tak, jakby wszystko na tej ziemi zależało od nas, to jedno. Gorzej, że tak też często myślimy. Biadolimy, bo często nie jest tak, jakbyśmy chcieli. Nie w tym kierunku zdaje się zmierzać świat. Ale przecież on cały czas jest w rękach Boga! Przewidział już wszystkie ruchy Przeciwnika i na każdy ma odpowiedź. Najgorzej, że czasem i my sami, nie wierząc tak naprawdę, że wszystko w rękach Boga, sami utrudniamy Mu działanie.

Kosmos jest taki wielki i na pewno ciekawy. A Bogu spodobało się wesele w Kanie Galilejskiej. Urzekający w swojej wymowie obraz Boga, ważne pouczenie przypominające nam, że wzajemne uzupełnianie się są lepsze niż dążenie do samowystarczalności no i przypomnienie o nadziei, jaką daje nam Bóg...

 

12

 

W dzisiejszym numerze:

- Być wiernym Bożej woli
- W trosce o szczęście
- Godzina naszych Godów wybiła
- Chrześcijański wybór
- "To jest prawda". O nawróceniu Edyty Stein
- Zapracowani
- Niestraszne im omikron i śnieżyce
- Muniek Staszczyk: Poczułem miłość ze strony ludzi i potrzebę dziękowania Bogu
- Święci i błogosławieni w tygodniu
 
 
14
 

Być wiernym Bożej woli

Rozpocznijmy dzisiejsze kazanie od anegdoty, która pokazuje pewien sposób patrzenia na życie. Otóż w jednym z małżeństw po kilkunastu latach wspólnego życia toczy się następujący dialog: „Popatrz! Muszę prać, prasować, sprzątać; nigdzie nie mogę wyjść. Czuję się wręcz jak Kopciuszek!” – mówi żona do swego męża. Odpowiedź mężczyzny jest krótka i dosadna: „Przecież mówiłem, że ze mną będzie ci jak w bajce!”.

W tej anegdocie, która tchnie wielkim sarkazmem, mamy do czynienia z postawieniem na głowie tego, czym powinna być prawdziwa miłość małżeńska, czym powinna być rodzina. Można chyba postawić również tezę, że sarkazm towarzyszy nam także w wierze. Można przecież sarkastycznie powiedzieć: „Jestem wierzący, dlatego grzeszę i wiem o tym”. Jest to również postawienie wszystkiego na głowie! Niestety, wiara często rozmija się z życiem. I gdy dzisiaj słyszymy w Ewangelii niezwykle ważne słowa: „Uczyńcie, co wam mówi Syn”, to trzeba zapytać, co to dla nas oznacza? A może inaczej: Jak w tych trudnych czasach zrealizować Bożą wolę? Gubimy się bowiem coraz bardziej i coraz częściej. Jakże wielu chrześcijan przeżywa smutek, opuszczenie czy bezradność. Dzisiejsze czytania odpowiadają w bardzo konkretny sposób na pytanie: Co zrobić, aby być wiernym Bożej woli?

W drugim czytaniu słyszymy słowa: „Wszystkim zaś objawia się Duch dla wspólnego dobra”. On udziela nam różnych darów. Tylko wtedy można być wiernym Bogu, jeśli się wierzy w siebie, w swoje możliwości: na przykład w to, że jestem w stanie pokonać siebie, zdać egzamin, że mogę poprawić atmosferę w domu. Każdy z nas obdarzony jest łaską i darami, dzięki którym możemy więcej, niż się nam wydaje.

Jakże wzruszającą historię pokazano niedawno w naszej telewizji. Była to autentyczna opowieść o kobiecie, która po urodzeniu dzieci straciła ręce. Największym bólem jej życia była niemożność przytulenia i pogłaskania ich. A my tak często nie doceniamy tego, że możemy kogoś dotknąć. Ta kobieta nie mogła tego uczynić, jednak nie poprzestała na rozpaczy, na swoim kalectwie. Stała się cenioną malarką. A maluje nogami i pędzlem trzymanym w ustach. Udowodniła sobie i innym, że to, co wydaje się niemożliwe, można wcielić w życie pod warunkiem, że wierzy się we własne siły. Właśnie to chciał powiedzieć św. Paweł: Jeszcze nic nie jest stracone! Trzeba dostrzec potencjał tkwiący w nas, który sprawi, że wszystko, co się nie udało, może zakończyć się sukcesem.

Jednak wiara w siebie nie wystarcza. Wróćmy do dzisiejszej Ewangelii. Usłyszeliśmy polecenie: „Napełnijcie stągwie wodą”. Sługom to polecenie wydawało się absurdalne. Po co napełniać stągwie wodą, skoro potrzeba wina? Dopiero później okazało się, że niemożliwe stało się możliwym. Z tego krótkiego epizodu z życia Jezusa – pierwszego cudu, jaki uczynił – można wyciągnąć ważną prawdę: musimy bardziej wierzyć w Boga Wszechmogącego. Musimy wierzyć w to, że dla Boga nie ma spraw niemożliwych. A więc drogą posłuszeństwa woli Bożej – oczywiście oprócz wiary w siebie – jest wiara mimo wszystko.

Z jakim wielkim wzruszeniem wychodziłem kiedyś ze szpitala dziecięcego w Krakowie-Prokocimiu, w którym na oddziale hematologii spotkałem sześcioletniego chłopca, który jako jedyny wierzył w swoje uzdrowienie. Wszyscy zgodnie twierdzili, że zostało mu tylko kilka dni życia. Nawet rodzice stracili nadzieję. Kiedy wychodziłem ze szpitala, ten mały pacjent poprosił mnie o wspólną modlitwę. Nigdy później nie słyszałem takiej modlitwy, i pewnie nie usłyszę. Była ona pełna nadziei i ufności: „Panie Jezu, pozwól mi jeszcze wiele razy całować moją mamę, mojego tatusia i mojego misia”. I całuje do dziś (choć może nie misia, bo ma już 21 lat), dlatego że uwierzył w cud, uwierzył Bogu. Nam także potrzeba takiej dziecięcej ufności i wiary.

Istnieje jeszcze jedna ważna kwestia związana z posłuszeństwem Bogu, która likwiduje sarkazm, o którym wspominaliśmy na początku naszych wspólnych rozważań. W pierwszym czytaniu usłyszeliśmy słowa samego Boga: „Mam w Niej upodobanie”. To upodobanie w narodzie izraelskim, który został tak mocno doświadczony. W Księdze Izajasza napisane jest z ogromną dobitnością, że jeśli wydaje ci się, że wszystko już stracone, że Bóg cię opuścił, pamiętaj: to nieprawda! Bóg jest, On cię nie zostawił. A zatem prawdziwa wiara to posłuszeństwo do końca, nawet wtedy, gdy znaki mówią: Bóg o tobie zapomniał.

W Wieliczce przed wojną żył i pracował brat Alojzy Kosiba. Kiedy umierał, powiedział następujące słowa: „Niczego się nie boję, bo całe życie powierzyłem Matce Najświętszej”. Jak mówią świadkowie, mimo cierpienia odchodził z tego świata z uśmiechem na twarzy, mimo że wydawało się, że Bóg go opuścił. Jeśli więc chcemy podjąć wezwanie Matki Bożej: „Uczyńcie, co wam mówi Syn”, jeśli chcemy być posłuszni woli Boga, musimy ufać do końca, nawet wtedy, gdy ta wola jest trudna do przyjęcia, niezrozumiała i zaskakująca.

Na koniec przytoczmy słowa pięknego przysłowia włoskiego, w którym tkwią głębokie prawdy życiowe:

Ci, którzy żyją nadzieją, widzą dalej!

Ci, którzy żyją miłością, widzą głębiej!

Ci, którzy żyją wiarą, widzą wszystko w innym świetle!

Obyśmy zarówno w chwilach pięknych, jak i trudnych patrzyli na nie oczami wiary! Wtedy na pewno wypełnimy polecenie Maryi: „Uczyńcie, co wam mówi Syn” – i będziemy szczęśliwi!

ks. Janusz Mastalski – „Ekspres Homiletyczny”

 

 

7

 

W trosce o szczęście

Każdego dnia jesteśmy bombardowani cudownymi receptami na szczęście. Wystarczy kupić jakiś produkt, skorzystać z wyjątkowej promocji czy udać się po poradę do eksperta. Wydaje się, że kupno poradnika za kilkanaście złotych to niebyt wielki wysiłek. W tym miejscu pojawiają się jednak ważne pytania: skoro tak łatwo jest zdobyć w życiu szczęście, to czemu tylu ludzi wokół nas czuje się samotnych, opuszczonych, pozbawionych miłości? Czym jest prawdziwe szczęście i kto tak naprawdę się o nie troszczy? Czy jest ktoś, komu tak naprawdę zależy na naszym szczęściu? W czym możemy odnaleźć prawdziwe szczęście?

Jezus, który jest gościem na weselu w Kanie Galilejskiej, dokonuje uświęcenia miłości ludzkiej i ziemskiej. Ten, który jest Miłością, czyni pierwszy cud, czyli pouczający znak dla uczniów, a potem dla całego Kościoła. Chrystus pokazuje w ten sposób, że jeżeli człowiek nie chce, aby jego szczęście trwało tylko przez chwilę, musi zacząć budować go od mocnych fundamentów. Jezus przypomina, że miłość nie ogranicza się do sentymentu, uczuć, emocjonalnej bliskości, ale wyraża się w konkretnym czynie. Pokazuje, że chrześcijanin w dążeniu do szczęścia nie może pominąć miłości, która poszukując dobra ukochanej osoby staje się wyrzeczeniem i jest gotowa do poświęceń.

Wydarzenie z Kany Galilejskiej ma mieć swoje odbicie w życiu chrześcijańskiej rodziny. Jezus pokazuje, że rodzina jest czymś pełnym, jeśli w niej jest obecny Bóg. Nigdzie Bóg nie chce tak mieszkać, jak w rodzinie, w sercach każdego z jej członków. Nieobecność Boga w rodzinie oznacza jej klęskę, zatracenie jej istotnego celu. Dramaty wielu współczesnych rodzin są tego wymownym przykładem. Ojciec i matka są pierwszymi znakami samego Boga na ziemi. Bóg wybrał te znaki, by przez nie objawiać człowiekowi swoją miłość. Ilu klęsk uniknęłyby rodziny, gdyby żyły według tej Bożej myśli. „W moim domu rządził tylko pieniądz. Wszyscy żyli w nim dla pieniędzy. Ja popełniłem zbrodnię” – pisze w swoim pamiętniku jeden z więźniów na krótko przed egzekucją. „Nie daliśmy nic naszym dzieciom, jeśli nie nauczyliśmy ich wartości, dla których trzeba żyć – mówi w dyskusji pewien wspaniały ojciec. Czyż pod tymi słowami nie powinien się podpisać każdy ojciec rodziny i każda matka?

Dla „sprowokowania” cudu potrzebne jest posłuszeństwo Jezusowi, który jest autentycznie zatroskany o szczęście człowieka, o moje szczęście. Słudzy weselni wykonali absurdalne polecenie napełnienia stągwi wodą, choć pewnie w ich mniemaniu nie przybliżało to ani o krok rozwiązania problemu. Ze strony Jezusa możemy spodziewać się nakazów równie absurdalnych: „kochaj nieprzyjaciół”, „przebacz krzywdzicielowi”, „wspomóż ubogiego”, „szanuj wrednych rodziców”, „zachowaj czystość przedmałżeńską”, „bądź uczciwy wśród skorumpowanych”, „nie kłam tym, którzy ciebie okłamują”, „pójdź za Mną”. Takie wezwania zawsze wydają się „nie na czasie”. Usłyszysz je w momencie, kiedy wolałbyś zapomnieć o Dekalogu i Ewangelii. A może dziś Jezus zwraca twoje oczy na cud, który w czasie Eucharystii dokonuje się na ołtarzu. Jaki wpływ będzie miał on na życie twoje i twoich bliskich?

ks. Leszek Smoliński – „wiara.pl”

 

 

6

 

Godzina naszych Godów wybiła

2 Niedziela zwykła, rok C (Iz 62,1–6; 1 Kor 12,4–11; J 2,1–12)

1. Niedziela ta jest o tyle jeszcze epifanijna, iż podaje do rozważenia trzeci „znak” zapowiedziany w liturgii Epifanii (hymny w nieszporach i laudes, antyfony do kantyków Benedictus i Magnificat). Po hołdzie Mędrców i po chrzcie w Jordanie, które objawiają, kim jest Jezus Chrystus, następuje opisany tylko przez Czwartą Ewangelię znak cudownej przemiany wody w wino na weselu w Kanie Galilejskiej. Cud ten jako znak na wskroś mesjański, jest nadto typem sakramentu Eucharystii i eschatologicznych godów weselnych Baranka w Apokalipsie (Ap 19,7.9), których zapowiedź mamy w I czy­taniu z proroka, gdy wieści on radosną przyszłość dla Jerozolimy. Kościół Chrystusowy jest tym „środowiskiem Bożym”, miejscem dokonywania się obiecanych a niedostrzegalnych zmian w stronę ostatecznego piękna całej odkupionej ludzkości. Zmian tych w Kościele nieustannie dokonuje cała Trójca Boża nadając mu jedność w mnogości. Zwłaszcza sprawia ją Duch Święty w charyzmatach.

2. Trito-Izajasz w swojej „Księdze Pocieszenia”, skierowanej do zgnębionych na duchu wygnańców żydowskich w Babilonie, kreśli ich bliską już radosną przyszłość po dekrecie Cyrusa (rok 538 przed Chr.). Entuzjastycznie więc opiewa Prorok miłość Bożą do stolicy Izraela – Jerozolimy – tak przedtem poniżonej przez podbój babiloński, przez spalenie i wygnanie mieszkańców. Stolica teokracji izraelskiej reprezentuje tutaj oczywiście cały Lud Boży. Następują więc kolejno wymowne przenośnie: drogocenna korona – czy diadem monarszy w ręku Boga oraz spotykany u innych proroków (Jr, Ez, Oz) obraz Oblubienicy samego Jahwe, już teraz wolnej od dawniej piętnowanych niewierności. Ten jej kształt idealny będzie przedmiotem Bożej radości. Nigdy w dziejach ten kształt nie został osiągnięty w Izraelu, jest bowiem obrazem idealnego piękna ostatecznej Oblubienicy Chrystusa – Kościoła chwalebnego, jaki nam ukaże dopiero Apokalipsa Janowa (Ap 19,7–9; 21,2–22,5).

W tym urywku św. Paweł regulując autorytatywnie korzystanie z charyzmatów przez wiernych w Koryncie, akcentuje tym sa­mym rację jedności wewnątrz wspólnoty, jak wiemy, mocno podzielonej (por. 1 Kor 3,3–9). Uzasadnia więc potrzebę dążenia do jedności społecznej przykładem działania samego Boga względem adresatów. Mianowicie cała Boża Trójca jest nieustannie czynna w Kościele. Na pierwszym miejscu wymienia Apostoł Ducha Świętego, gdyż w Koryncie Jego charyzmaty były najbardziej widoczne i cenione, niekiedy wręcz przeceniane na niekorzyść nadprzyrodzonej miłości. Czynny dalej jest Pan – tzn. chwalebny Syn Boży w posługiwaniu, głównie poprzez sakramenty, wreszcie Sprawcą wszystkiego we wszystkich – jako Inicjator zbawienia – jest Bóg Ojciec. Szczególna mnogość rozmaitych przejawów charyzmatycznych ma w Duchu Świętym jednego jedynego Sprawcę. Wymienionych działań Osób Boskich nie zakłóca bynajmniej ich bogactwo, ponieważ nimi kieruje jeden cel.

W opisie znaku cudownej przemiany wody w wino podczas uczty weselnej w Kanie Galilejskiej należy zauważyć następujące znamienne szczegóły. Matka Jezusa, zaproszona tam przed Jezusem, pierwsza dostrzega kompromitujący (a może złowróżbny dla oblubienicy) brak wina, tego biblijnego znaku miłości zwłaszcza oblubieńczej (Pnp 1,2; 4,10; 7,3.10). Na prośbę Matki Syn z pozoru odpowiada odmową, ale ta Jego zagadkowa odpowiedź jest rzeczywiście typowym dla dialogów Janowych zabiegiem, by sprawie nadać głębszy duchowy sens. Kluczowe tutaj jest słowo godzina wiążące się ze zbawczym dziełem Jezusa jako Mesjasza, zwłaszcza z przyszłą męką (J 4,21.23; 5,25.28; 7,20; 8,50; 12,23.27; 13,1; 17,1). Jeśli się po nim tu postawi znak zapytania, odpowiedź Jezusa będzie potwierdzeniem, że godzina ta już nadeszła. Odpowiednio do tego Maryja – jak na to wskazuje Jej polecenie dane sługom – pojęła, że została wysłuchana. Dzięki Niej dokonał się znak wywołujący wiarę uczniów w Jezusa.

3. Epifania, która przedłuża się w roku liturgicznym poza sam jej dzień uroczysty, wydobywa na jaw aspekty misterium Wcielenia Słowa. Trzecim jej zapowiedzianym w uroczystość Objawienia tematem, jest prawdziwie oblubieńcza miłość Boga ku całej ludzkości i – zgodnie z tym – do każdego z ludzi. Objawienie tej prawdy jest dzisiaj szczególnie doniosłe na tle zbyt jednostronnego u wielu wierzących obrazu Boga tylko jako Prawodawcy i Sędziego. Nie przestając być jednym i drugim, Bóg darzy człowieka miłością, która do tego stopnia jest osobowa, iż można ją porównać do tak bardzo typowej i powszechnie zrozumiałej więzi, jaka łączy w małżeństwie dwie kochające się osoby. Wszystkie trzy przykłady miłości Bożej przypomniane dzisiaj w czytaniach, ukazują, do jakiego stopnia ona będąc oblubieńczą miłością wychodzi pierwsza z inicjatywą i – jeśli zostanie przyjęta – jak dalece przekracza wszelkie oczekiwania człowieka. Ta miłość pragnie tylko jednego – szczerej wzajemności.

4. Mimo pewnej odległości czasowej od radosnych świąt Narodzenia homilia z pożytkiem przypomni nieprzemijający powód do naszej radości. Jak głosi hasło podane wyżej, wybiła już godzina godów mesjańskich, na które wszyscy jesteśmy zaproszeni. Tylko z pozoru świecki temat godów weselnych na tle biblijnym nabiera niezwykle głębokiego znaczenia, które należy wydobyć idąc po linii wszystkich trzech czytań. Etap Starego Testamentu był zaledwie przygotowaniem godziny godów mesjańskich Jezusa Chrystusa, który już dzisiaj poi nas zostawionym na ostatek dziejów doczesnych dobrym winem Ewangelii i Eucharystii. Zdążamy wszyscy co dnia na pełne i wiekuiste gody Baranka pod przewodem Ducha Świętego wciąż czynnego w nauce, sakramentach i charyzmatach Kościoła. A zatem w naszych relacjach z Bogiem i z braćmi „w koń­cu tylko miłość się liczy” (św. Teresa od Dzieciątka Jezus). Prośmy więc dziś Ducha Świętego o ten pierwszy i niezbędny z Jego „owoców” (Ga 5,22).

Augustyn Jankowski OSB

Przy stole Słowa - Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC

 

 

15

 

Chrześcijański wybór

Posiadanie dzieci zawsze wiąże się z ryzykiem, ale jeszcze bardziej ryzykowne jest nieposiadanie dzieci w ogóle.

Nie mam danych z Polski posłużę się więc tymi z Włoch. W ciągu zaledwie pięciu lat liczba adopcji zmniejszyła się tam o połowę. Sytuację pogorszyła jeszcze pandemia, ponieważ sprawy adopcyjne zostały zablokowane, gdyż rząd uznał, że nie są pilne. Niestety liczba dzieci oczekujących na kochającą rodzinę nie spada. Ten bolesny temat wyciągnął na światło dzienne Franciszek i spotkała go za to fala hejtu.

Papieżowi dostało się szczególnie za stwierdzenie, że jesteśmy świadkami demograficznej zimy, ponieważ „ludzie nie chcą mieć dzieci, albo tylko jedno, mają jednak po dwa psy i koty. Te zwierzęta zastępują im dzieci”. Papieska katecheza trafiła nawet na takie portale jak psy.pl, czy zpazurem.pl, a obrońcy praw zwierząt uznali ją za kontrowersyjną i za atak na swych czworonożnych ulubieńców. Oliwy do ognia dolały, jak zawsze gotowe, środowiska feministyczne. Oburzone słowami, że „ojcostwo i macierzyństwo to pełnia życia człowieka i nie można ich porzucać bez konsekwencji” dopytywały, a jakże, o wolność. Papież mówił też o tych wszystkich, którzy otwierają się na życie poprzez drogę adopcji. Nawiązując do postaci św. Józefa, który nie był przecież biologicznym ojcem Jezusa tylko jego opiekunem, wskazał, że ten rodzaj więzi nie jest czymś drugorzędnym, nie jest rozwiązaniem awaryjnym. „To jedna z najdoskonalszych form miłości oraz ojcostwa i macierzyństwa. Ileż dzieci na świecie czeka na kogoś, kto się o nie zatroszczy” – mówił zachęcając do rozważenia adopcji nie tylko tych małżonków, którzy nie mogą mieć dzieci.

O tym, że adopcja jest chrześcijańskim wyborem, poprzez który stajemy się pośrednikami miłości Boga wiedzą doskonale Enrico i Francesca. Po siedmiu latach bezskutecznych starań o dziecko zaadoptowali pierwszego syna, Emmanuela. Wyznają, że przyjęcie tego dziecka sprawiło, że poczuli się ponownie kochani przez Boga. „Po tym przyszła łaska” – mówi Francesca, która po kilku miesiącach od adopcji zaszła w ciążę. Tak na świat kolejno przyszły ich dwie córki i czterech synów. Posiadanie dzieci zawsze wiąże się z ryzykiem, ale jeszcze bardziej ryzykowne jest nieposiadanie dzieci w ogóle. Smutnym potwierdzeniem tych słów jest pławiąca się w dobrobycie Europa, coraz bardziej przypominająca bezpłodną babcię. Miłość zawsze daje życie i otwiera na życie. Zamknięcie oznacza epokę lodowcową. Także nad Wisłą. Trudno się z Franciszkiem nie zgodzić.

Beata Zajączkowska – „wiara.pl”

 

 

20

 

"To jest prawda". O nawróceniu Edyty Stein

100 lat temu chrzest Edyty Stein był kamieniem milowym w życiu najmłodszej patronki Europy. Przyszła święta doświadczyła spektakularnego nawrócenia podczas czytania "Życia św. Teresy z Avili", po którego przeczytaniu - jak napisała później w swojej autobiografii powiedziała sobie: "To jest prawda".

Urodzona w 1891 roku we Wrocławiu (wówczas Breslau), jako najmłodsze dziecko w wielodzietnej w rodzinie żydowskiej, Edyta Stein odebrała wszechstronne wykształcenie. Jako zadeklarowana ateistka w czasie wojny zajmowała się głównie filozofią. Obroniła rozprawę doktorską pod okiem fenomenologa Edmunda Husserla "O zagadnieniu wczucia".

Na intelektualny rozwój Edyty Stein miał wpływ również Max Scheler, dzięki któremu zaczęła zastanawiać się nad zjawiskiem wiary, a Roman Ingarden stał się świadkiem jej przemian duchowych.

Do intelektualnego i duchowego przełomu Edyty Stein doszło w sierpniu 1921 roku podczas pobytu u swojej przyjaciółki Jadwigi Conrad-Martius w Bergzabern, która była również filozofem i uczennicą Husserla. Podczas wizyty w bibliotece natknęła się na książkę św. Teresy z Avili.

Tamto wydarzenie Edyta tak opisała w swojej autobiografi: "Sięgnęłam na chybił trafił i wyjęłam książkę sporej objętości. Nosiła tytuł: 'Życie św. Teresy z Avili spisane przez nią samą'. Zaczęłam czytać, zachwyciłam się natychmiast i nie przerwałam lektury aż do jej ukończenia. Gdy zamknęłam książkę, powiedziałam sobie: To jest prawda".

Tamtego dnia znalazła prawdę, której szukała z ogromną gorliwością. Kilka godzin później kupiła katechizm powszechny i mszał, które przestudiowała, a następnie po raz pierwszy uczestniczyła we mszy świętej.

"Czcigodny stary ksiądz podszedł do ołtarza i z godnością odprawił świętą ofiarę. Rozumiałem każdy moment Mszy Świętej" - pisała przyszła święta.

"Po Mszy św. poszłam za nim na plebanię i poprosiłem o chrzest święty. Spojrzał na mnie ze zdumieniem i powiedział, że przygotowanie do przyjęcia do Kościoła świętego musi poprzedzać odpowiednie przygotowanie".

Stein wraz z księdzem ustaliła datę jej chrztu na 1 stycznia 1922. W miejscowym kościele parafialnym pw. św. Marcina w Bad Bergzabern przyjęła wówczas sakrament chrztu, podczas którego przyjęła imiona: Edyta Teresa Jadwiga oraz Pierwszą Komunię Świętą. Krótko potem, 2 lutego przyjęła sakrament bierzmowania w kaplicy domowej biskupa Spiry.

Od tego czasu przystępowała do Komunii Świętej codziennie. Zaczęła również odmawiać Liturgię Godzin, czyli brewiarz.

- Edyta szukała prawdy i znalazła Boga - powiedział o przyszłej świętej biskup Friedrich Wetter von Speyer w 1984 roku w katedrze w Moguncji.

Chrzest stał się dla Edyty Stein początkiem duchowej przemiany i odkryciem prawdy, którą znalazła w chrześcijaństwie. Wychodząc z pozycji właściwych dla fenomenologii, w późniejszym okresie po swoim nawróceniu Edyta Stein zaczęła porównywać fenomenologię z tomizmem, czego efektem stało się dzieło: "Fenomenologia Husserla a filozofia św. Tomasza z Akwinu. Księga pamiątkowa ku czci Husserla". Zajmowała się również tłumaczeniami tekstów św. Tomasza z Akwinu. Jest również autorką dzieła "Św. Tomasza z Akwinu badania dotyczące zagadnienia prawdy".

Mając 42 lata, zgłosiła się do klasztoru karmelitanek bosych w Kolonii-Lindenthal, gdzie została przyjęta 14 października 1933 roku. 15 kwietnia 1934 została obleczona w habit karmelitański i otrzymała imię zakonne - Teresa Benedykta od Krzyża. Śluby czasowe złożyła w 1935 r., a profesję wieczystą w trzy lata później.

Jako karmelitanka bosa prowadziła głębokie życie wewnętrzne. Wyraz swoich przeżyć mistycznych dała w pracy "Wiedza Krzyża. Studium o św. Janie od Krzyża", poświęconej św. Janowi od Krzyża, a także "Twierdza duchowa".

Wywieziona do obozu KL Auschwitz została tam zamordowana w komorze gazowej 7 sierpnia 1942 roku.

Beatyfikowana przez Jana Pawła II w 1987 r. i kanonizowana przez niego w 1998 r., 1 października 1999 r. siostra Teresa Benedykta od Krzyża została ogłoszona przez Stolicę Apostolską patronką Europy.

 

 

16

 

Zapracowani

Co jest z nami nie tak?

Ci wszyscy przychodzący wcześniej i zostający po godzinach. Myślący o robocie w niedzielne przed- i popołudnia. Ci, którzy mają zaległy urlop na koniec roku i ci, który już w kwietniu wybrali go co do dnia na załatwianie kolejnych ważnych spraw.Posiadacze wysprzątanych domów i wypielęgnowanych ogródków działkowych. Nakładający na siebie kolejne zobowiązania. Umęczone matki i zapracowani ojcowie. Młodzi ciągnący dwa kierunki i odrabiający dziesięciogodzinne zmiany w restauracjach. Emeryci, którzy nie umieją odejść. Dzieci z rozbudowaną siatką godzin. Ludzie, co jest z nami nie tak?!

Nie chodzi w tym wypadku o konsumpcjonizm, o zdobywanie dla samego zdobywania, o luksus i presję, by być człowiekiem sukcesu. Piszę o tych wszystkich sytuacjach, kiedy w sumie chcemy dobrze, ale nasza aktywność zostaje rozdmuchana do niebotycznych granic. Czasem ma się bowiem wrażenie, jakby zapanował wokół jakiś wszechobecny kult pracy, jakby bycie wiecznie zajętym usprawiedliwiało każde zaniedbanie. Robimy, bo trzeba. Bo nikt tego nie zrobi ani za nas, ani dla nas. Bo ktoś ważny nas prosił, włożył na nas jakąś odpowiedzialność. Wiecznie zajęci, z tysiącem niezakończonych spraw niepostrzeżenie przesuwamy granice – bo w gruncie rzeczy cenimy to poczucie bycia potrzebnym, tę świadomość uczestniczenia w czymś dobrym…

Jednak robiąc coś dobrego, łatwo zapominamy, o co toczy się gra. Jak byśmy zatracili zdolność rozeznawania. Tak, różnorakie dobro ma być wykonane. Niech nas od tego nie odwodzą lenistwo, brak motywacji, konieczny do podjęcia trud. Ale też: nieustanny łomot betoniarki na naszym podwórku nie jest wyznacznikiem duchowej dojrzałości. Nie każdy jest rodzicem trzymiesięcznego niemowlaka, ratownikiem medycznym w czasie pandemii czy kimś, kto nie ma wpływu na okoliczności – aby nas to miało usprawiedliwiać.

Inaczej mówiąc: praca, zabieganie, aktywność–nie są przecież naszą misją. Tak, pracowitość jest cnotą, ale my mamy być chrześcijanami, to głoszenie Chrystusa jest naszym powołaniem.

Tutejszy proboszcz często przypomina o pierwszeństwie modlitwy – przed pracą, a właściwie przed wszystkim. O powrocie do adoracji mówił ostatnio Franciszek (Anioł Pański, 6 stycznia 2022). Do tej konieczności zanurzenia w Najświętszą Obecność wzywają święci wszystkich epok, życiem zaświadczając, że to dla wierzących jedyna droga.

Mycie okien, praca zawodowa, pisanie felietonu – to same w sobie rzeczy dobre. Tyle że od nas zależy, czy będziemy z nich korzystali w dobry sposób.

 

 

18

 

Niestraszne im omikron i śnieżyce.

Mieszkańcy Quebecu zbierają się na polowych mszach

Wzrost liczby zakażeń wariantem omikron koronawirusa SARS-CoV-2 poskutkował zamknięciem dla wiernych kanadyjskich świątyń. Ci jednak, mimo śnieżyc i wiatru, zbierają się na polowych mszach. W ostatnią niedzielę pod sanktuarium Notre-Dame-du-Cap w Trois-Rivières we mszy świętej uczestniczyło przeszło 100 osób.

W niedzielę 9 stycznia, blisko 120 wiernych zgromadziło się na dziedzińcu sanktuarium Notre-Dame-du-Cap w Trois-Rivières w Quebecu, aby uczestniczyć we mszy świętej. Liczba powyższa nie uwzględnia jednak parafian, którzy brali udział w nabożeństwie pozostając w samochodach. Z powodu wzrostu liczby zakażeń wariantem omikron koronawirusa sprawowanie mszy świętych wewnątrz świątyń pozostaje w Quebecu zabronione.

Jesteśmy szczęśliwi, że mogliśmy razem przeżywać tę piękną uroczystość – napisali na fanpage’u sanktuarium sprawujący w nim posługę o. Frédéric i o. Gilles Roberge. Postawa ich parafian jest budująca, tym bardziej, że msza święta odbyła się pomimo wichury i zalegającej kilkudziesięciocentymetrowej warstwy śniegu. Zachęceni sukcesem inicjatywy duchowni zapraszają już na kolejne, nie tylko niedzielne nabożeństwa.

Zgodnie z obowiązującymi od 31 grudnia obostrzeniami sanitarnymi, w opanowanym przez wariant omikron stanie Quebec msze święte mogą być sprawowane jedynie na zewnątrz. Wyjątek stanowią nabożeństwa pogrzebowe, w których uczestniczyć może do 25 osób. Restrykcje powyższe obowiązują na czas nieokreślony.

Agnès Pinard Legry – „Alatelia”

 

 

19

 

Muniek Staszczyk:

Poczułem miłość ze strony ludzi

i potrzebę dziękowania Bogu

W 2019 roku lider zespołu T.Love doznał wylewu. Swoimi wspomnieniami z tego czasu, a także refleksjami na temat śmierci i wiary podzielił się z słuchaczami audycji „Dwa spojrzenia” w Polskim Radiu 24.

„Pierwszy świadomy moment to było moje łóżko szpitalne w Londynie i moja żona, mój syn i mój menedżer, którzy stali nad tym łóżkiem. Bardzo mi się chciało pić. Napiłem się wody. Nigdy w życiu woda mi tak nie smakowała. Potem były bardzo mocne leki. Niewiele pamiętam z tego szpitala w Londynie. Wiedziałem, co się stało, ale jeszcze nie mogłem wtedy odczuwać tej wartości, radości, że jestem na tej planecie z powrotem” – zdarzenia z 2019 r. wspominał Muniek Staszczyk.

Jak dodał: Refleksje przyszły później. Poczułem wielką miłość ze strony ludzi, wielką empatię. Poczułem potrzebę dziękczynienia, podziękowania Bogu. Kiedy wyszedłem ze szpitala, był wrzesień 2019 roku. Takie sytuacje graniczne uczą ogromnej pokory, dystansu. Następuje poważne przewartościowanie, jeśli chodzi o takie rzeczy jak kariera i inne sprawy w życiu.

Lider zespołu T.Love przyznał też otwarcie, że… marnuje czas, jak każdy. Niezależnie od tego, czy jesteśmy ludźmi złymi czy dobrymi, grzesznikami czy świętymi – marnujemy czas. Często zdajemy sobie z tego sprawę w ostatnich momentach.

Muniek Staszczyk: Chrześcijaństwo to dla mnie bardzo interesująca podróż

Wiara to jest też droga. Nie jest określona raz na zawsze, że łyknęliśmy pigułkę szczęścia, Jezusa Chrystusa, i wszystko mamy pozałatwiane (…). Mnie akurat wiara porządkuje - wyznaje Muniek Staszczyk.

Trudno w jednym, krótkim tekście przekazać to, jak świetną książką jest autobiografia Muńka Staszczyka „King”. Bo to tak, jakby w kilku tysiącach znaków chciało się streścić całe życie lidera legendarnego T. Love. W dodatku życie pełne przygód. Dlatego pozwolę sobie skupić się na kilku wątkach, które mnie osobiście poruszyły.

Muniek Staszczyk o wierze

Nie jest nowością fakt, że Staszczyk jasno i konkretnie deklaruje się jako osoba wierząca. Zaczynał od zdawkowych wyznań, aż po coraz śmielsze deklaracje w wywiadach. Swoje przywiązanie do Boga Muniek szczególnie manifestował po wylewie, który przeszedł w lipcu 2019 r. „Dziś w szpitalnym łóżku dziękuję Bogu, że żyję i jestem tutaj, obecny na tej planecie. To wielki dar” – czytamy w posłowiu „Kinga”.

Jego ścieżka do Boga była wyboista i trudna. W książce wyznaje:

   Wiara to jest też droga. Nie jest określona raz na zawsze, że łyknęliśmy pigułkę szczęścia, Jezusa Chrystusa, i wszystko mamy pozałatwiane (…). Mnie akurat wiara porządkuje. Działa jak spoiwo dla takiego gościa jak ja, który z jednej strony ma bardzo energetyczną naturę, jest towarzyski, chwyta się różnych rzeczy, a z drugiej strony lubi pobyć sam i dużo myśleć. Harmonizuje mnie (…). Teraz pewniej chodzę, choć upadam jak każdy. Moja droga jest chrześcijańska. Chrześcijaństwo to dla mnie bardzo interesująca podróż, jak najlepsza gra, która ciągle zaskakuje.

Muniek Staszczyk: Od Boga dostałem więcej profitów niż od całego tego rockowego hedonizmu

- Co z tego, że jest wielu głupich księży? Możemy się oczywiście kwasić w nienawiści do pedofilii i tak dalej, ale od tego są sądy. Powinniśmy skupiać się na tym, co dobre, a tego w Kościele jest cała masa. Nie wiem, gdzie byśmy dziś byli, jako Polacy, gdyby nie Kościół. Może pod rządami Putina?

Muniek Staszczyk opowiada swojemu synowi o tym, dlaczego nie należy odrzucać Kościoła, po co chodził na Jasną Górę w młodości i co się tak naprawdę opłaca w byciu katolikiem.

Jan Staszczyk: Jaki był twój stosunek do wiary w młodości?

Muniek Staszczyk: Otrzymałem klasyczne wychowanie katolickie, w tym sensie, że religia w kościele, pierwsza Komunia i tak dalej. U mnie na dzielnicy chodziło się z kolegami do kościoła. Zimą można było się po drodze nawalać kulkami z dzieciakami z innych szkół.

Nie pamiętam jednak, żebym już wtedy miał jakąś głębszą refleksję na temat Boga, ale w momentach newralgicznych, kiedy na przykład coś się działo nie najlepiej w domu, gdy rodzice się kłócili, pamiętam, że modliłem się do krzyżyka o spokój.

„Alateia”

 

 

Święci i błogosławieni w tygodniu

 

16 stycznia - św. Marceli I, papież i męczennik
16 stycznia - św. Joanna z Balneo, dziewica
16 stycznia - święci Berard i Towarzysze, pierwsi męczennicy franciszkańscy
16 stycznia - św. Honorat, biskup
17 stycznia - św. Antoni, opat
18 stycznia - św. Małgorzata Węgierska, dziewica
18 stycznia - bł. Regina Protmann, dziewica
19 stycznia - św. Józef Sebastian Pelczar, biskup
19 stycznia - św. Henryk z Uppsali, biskup i męczennik
19 stycznia - św. Mariusz, męczennik
19 stycznia - błogosławieni Jakub Sales, Wilhelm Saltemouche i inni, męczennicy jezuiccy
19 stycznia - św. Makary Wielki, opat
19 stycznia - św. Kanut Leward, król i męczennik
20 stycznia - św. Fabian, papież i męczennik
20 stycznia - św. Sebastian, męczennik
20 stycznia - św. Eustachia Calafato, dziewica
20 stycznia - bł. Euzebiusz z Ostrzyhomia, prezbiter
20 stycznia - bł. Angelo (Anioł) Paoli, prezbiter
21 stycznia - św. Agnieszka, dziewica i męczennica
22 stycznia - św. Wincenty, diakon i męczennik
22 stycznia - św. Wincenty Pallotti, prezbiter
22 stycznia - bł. Laura Vicuña, dziewica
22 stycznia - bł. Wilhelm Józef Chaminade, prezbiter
23 stycznia - błogosławieni Wincenty Lewoniuk i Towarzysze, męczennicy z Pratulina
23 stycznia - bł. Henryk Suzo, prezbiter
23 stycznia - bł. Mikołaj Gross, męczennik

23 stycznia - św. Ildefons, biskup

 

 

NIEDZIELNA EUCHARYSTIA – 6.30, 8.00, 9.30 – dla młodzieży, 11.00 – rodzinna, z dziećmi, 12.30, 16.00, 19.00, poniedziałek - sobota – 7.00, 7.30, 18.00.

Kancelaria (tel. 126452342) czynna:

(oprócz I piątku i świąt): godz. 8-9 i 16-17.15 (oprócz sobót)

Redakcja „Wzgórza w Blasku Miłosierdzia”: Władysław Wyka - red. nacz.,

Wydaje: Parafialny Oddział Akcji Katolickiej nr 1 Archidiecezji Krakowskiej

- Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach 1a,

Nr k. bank – 08 1240 2294 1111 0000 3723 9378, tel.; 0-12-645-23-42.

NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:

strona internetowa parafii: www.wzgorza.diecezja.krakow.pl

oraz milosirdzia-parafia.pl - PO Akcji Katolickiej

adres parafii: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.,

strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl

adres gazetki:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.