WZGÓRZA

W BLASKU MIŁOSIERDZIA

30/880      -       17 lipca 2022 r. C.

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA „WZGÓRZA W BLASKU MIŁOSIERDZIA”

„Błogosławieni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią”

 

2

 

Niedziela, 17 lipca 2022 r. C.

 

XVI niedziela zwykła C

 

 

5

 

Pierwsze czytanie: Rdz 18,1-10a
Psalm: Ps 15
Drugie czytanie: Kol 1,24-28
Ewangelia: Łk 10,38-42
 
EWANGELIA
Łk 10, 38-42
Marta i Maria przyjmują Chrystusa
Słowa Ewangelii według Świętego Łukasza
 
Jezus przyszedł do jednej wsi. Tam pewna niewiasta, imieniem Marta, przyjęła Go w swoim domu. Miała ona siostrę, imieniem Maria, która usiadłszy u nóg Pana, słuchała Jego słowa.

Marta zaś uwijała się około rozmaitych posług. A stanąwszy przy Nim, rzekła: «Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła».

A Pan jej odpowiedział: «Marto, Marto, martwisz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona».

 

4

 

16. niedziela zwykła roku C

Przyjmować czy nie? Jak przyjmować? Na czym to przyjmowanie ma polegać? Czytania tej niedzieli koncentrują się wokół tematu gościnności. W bardzo specyficznym kontekście: gościnności wobec Boga. Gościnności, która i dziś i kiedyś w wieczności jest odwzajemniana.

Ludzie niewierzący często stawiają nam zarzut, że traktujemy życie religijne jako pewną „polisę ubezpieczeniową na życie wieczne”. Do tej fałszywej oceny być może przyczynia się zbyt powierzchowna obserwacja pewnej jednostronności w praktykach lub w wypowiedziach osób pobożnych. Ale prawda życia z Bogiem jest inna. Kościół ukazuje nam w tę niedzielę doniosłą praktycznie zasadę owocnego spotykania się z Bogiem w okolicznościach życia codziennego, a zarazem trudnych.

Dzisiejszy człowiek świadomie religijny bardzo często pragnie przeżywać swoje spotkanie z Bogiem. Czasem jednak oczekuje Boga na drogach zawodnych zamiast wyzyskać codzienność, w której Bóg się ukrywa. Częsty błąd polega na tym, że stawia swój własny program kontaktu z Bogiem nad plan Boży. A ten się jawi się w słowie Bożym, w natchnieniach, albo w okolicznościach życia, w zwykłych obowiązkach, pozornie całkiem świeckich, do których pomoc łaski wydaje się zbędna.

 

3

 

W dzisiejszym numerze:
- Nasze troski
- Poza Siecią
- Bóg przychodzi do człowieka
- Czy modlitwa w pracy albo w kąpieli obraża Boga?
- Tego nie wiesz o niedzielnej mszy, a może zmienić twoje życie
- Przeżywasz stres? Oto pięć cytatów z Biblii, które przyniosą ci spokój
- Co święty Benedykt ma do powiedzenia dzisiejszemu człowiekowi?
- Rodzicielstwa nie definiują trudy, wyrzeczenia i kłopoty
- Święci i błogosławieni w tygodniu

 

 

 

6

 

Nasze troski

Nasze codzienne życie wypełniają różne troski i niepokoje. Są one często wywołane trudną sytuacją lub przewidywaniem takiej sytuacji. Podobnie było w domu przyjaciół, Łazarza, Marty i Marii, w którym gościnnie przyjęto Jezusa. Obserwując zachowanie sióstr, Jezus upomina Martę nie dlatego, że ona usługuje, lecz dlatego że ta prosta czynność całkowicie ją pochłania i nie pozwalając dostrzec spraw ważniejszych.

Co w naszym codziennym życiu jest przyczyną naszych niepokojów i stanowi przeszkodę w dobrym przeżywaniu czasu?

Często zdarza się, że sposób naszego postępowania kształtuje wzgląd ludzki. Liczymy się z tym, co powiedzą mniej lub bardziej życzliwi nam sąsiedzi. To oni wielokrotnie kształtują nasze postrzeganie świata, patrzenie na innych czy religijność. A nasz niepokój polega na tym, że stajemy wobec dylematu: jak dobrze wypaść w ich oczach, żeby sobie czegoś złego o nas nie pomyśleli. Dlatego zaczynamy koncentrować się na rzeczach drugorzędnych i postrzegać świat przez pryzmat plotek, obmów czy oczerniania innych.

Inną przeszkodą na drodze naszego życia są przyzwyczajenia. Mówi się o nich, że stanowią „drugą naturę” człowieka. Przyzwyczajenie sprowadza się do wytwarzania w nas pewnych nawyków, bez których – jak uważamy – dzień byłby stracony. Dla niektórych są to prozaiczne czynności dnia codziennego, jak wypicie kawy, obejrzenie ulubionego serialu czy pójście na spacer z psem. Dla innych będzie to nieustanne poszukiwanie „dziury w całym”, nieumiarkowane zainteresowanie czy ciekawość dotyczą życia innych ludzi. Przyzwyczajenia powodują, że brakuje nam świeżości życia i nowego spojrzenia na rzeczywistość, w której żyjemy. Przeradzają się w stereotypowe stwierdzenia: „ja już wiem”, „wiem lepiej”, „mam swoje zdanie na ten temat” czy „nie zmienię zdania”.

Są ludzie, i to wcale nie jest ich tak mało, których życie koncentruje się wokół seriali. Ulubione filmy – których akcja w kolejnych odcinkach niewiele posuwa się do przodu – wyznaczają rytm życia rodziny. Chcemy podobnie funkcjonować, wdrażając obejrzane sytuacje w codzienne życie. Przeoczamy w ten sposób najważniejsze, często jedyne chwile. Zdarza się, że nie ma czasu na spotkanie z najbliższymi, rozmowę, ponieważ akurat rozpoczął się ulubiony serial. Dominującym tematem przy stole, w pracy czy na ulicy są losy bohaterów filmowych, ich luksusowy styl życia, nowe zdobycze techniki czy sztuki kulinarnej. Nieświadomie przejmujemy „filmowy styl życia” i w ten sposób często uszczęśliwiamy na siłę ludzi z najbliższego otoczenia, zmuszając ich do naśladowania często bezsensownych i sztucznych sytuacji. Nie zdajemy sobie sprawy jak ranimy przy tym ich uczucia.

Jezus w dzisiejszej Ewangelii wskazuje, że mamy żyć tym, co aktualnie dzieje się wokół nas, a nie rozpamiętywać przeszłość czy oddawać się nierealnym marzeniom o tym, „co by było, gdyby…”. Dlatego patrząc na postawę Marty i Marii Jezus pokazał, że Maria słuchając Jego słów, „obrała najlepszą cząstkę”, czyli dobrze zrozumiała, co należy czynić w danym momencie.

ks. Leszek Smoliński – „wiara.pl”

 

 

 

7

 

Poza Siecią

Kościół, choć obecny w Sieci, naprawdę żyje poza nią. Jeśli tworzy sieć, jest nią sieć powiązań, relacji międzyosobowych.

Celowo nie napisałem poza zasięgiem, choć i z tym bywa różnie. Zaprojektowane na średnią gęstość zaludnienia nadajniki niezbyt radzą sobie z napływem wakacyjnych gości. Bywa, prędzej dojdzie się pieszo, niż dodzwoni. W burzowej porze jeszcze gorzej. Nic nie działa. Zastanawiałem się podczas ostatniej nawałnicy nad sytuacją, gdy wybucha pożar albo ktoś pilnie potrzebuje pomocy. Telefony komórkowe milczą jak zaklęte, o Internecie można pomarzyć. Panika wielce prawdopodobna. Uzależnieni od nowoczesnych technologii w wielu sytuacjach jesteśmy bezradni. Ot, choćby co zrobić z zapasami żywności gdy dłużej brakuje energii elektrycznej.

Życie poza Siecią ma także dobrą stronę. Zajrzawszy do jednego z mediów społecznościowych odkryłem dyskusję nad utworem znanego polskiego wokalisty. Zdumiałem się. Bo choć nazwisko znane, utworu nie słyszałem. Więcej. Spotykam się w wakacje z wieloma, reprezentującymi różne środowiska ludźmi, nikt do rzekomo bulwersującego katolicką opinię tematu nie nawiązał. Nie z lęku. Wiedzą, że z proboszczem i kontrowersyjne tematy można podjąć. Skoro pytanie co ksiądz myśl nie padło, znaczy problem w świadomości rozmówców nie istnieje. Być może dlatego, że żyją poza Siecią. Realnymi, nie wirtualnymi sprawami.

Realne dla moich parafian jest przygotowanie do żniw. Na Opolszczyźnie kombajny już wyjechały, u nas czekają na odpowiedni moment. Wczasowicze marzą o dobrej pogodzie, Skauci Europy uczą się życia bez prądu w okolicznych lasach, charyzmatycy opowiadają o przygotowaniach do ewangelizacji Bieszczadów, narzeczona kuzyna usiłuje przyzwyczaić się do komarów i wszystkiego, co fruwa w bliskości człowieka.

O Skautach i charyzmatykach warto napisać więcej. Ubogacają życie parafii. Dla porzucających Kościół młodych są przede wszystkim proroczym znakiem. Codzienna Eucharystia i Komunia święta nie są przecież na topie. Tymczasem na Siwej Górze stoi ołtarz, a wieczorną porą w lesie rozbrzmiewa śpiew, także po łacinie i kilkudziesięciu młodych ludzi, w skupieniu, przeżywa Mszę świętą. W niedzielę zaznaczają swoją obecność włączając się w przygotowanie parafialnej liturgii.

Kościół, choć obecny w Sieci, naprawdę żyje poza nią. Jeśli tworzy sieć, jest nią sieć powiązań, relacji międzyosobowych. By go poznać nie wystarczy śledzić pojawiające się opinie. Te oczywiście coś mówią. Choć z reguły niewiele. Trzeba wejść do środka. Odkryjemy wówczas nie tylko Skautów i charyzmatyków. Także setki, jeśli nie tysiące, ludzi, którzy znaleźli w nim swoje miejsce i czują się za nie odpowiedzialni. Ich nie widać. Zrobią swoje nie pozostawiając po sobie śladu w Sieci. Odchodzą w ciszy, często anonimowi. Jak ów parafianin przez lata koszący trawę na cmentarzu. Nawet proboszcz przez wiele lat nie wiedział kto to robi. Gdy wreszcie się spotkali zawstydzony wyznał: miałem nadzieję, że nigdy się ksiądz nie dowie…                                  

ks. Włodzimierz Lewandowski – „wiara.pl”

 

 

 

8

 

Bóg przychodzi do człowieka

Czy w czasie wakacyjnego odpoczynku lub w nawale naszych codziennych spraw i obowiązków możemy spotkać Boga? Czy w świecie, gdzie panuje nauka, technika, w świecie spalin i smogu, w którym zaczyna brakować miejsca nawet dla człowieka, możemy spotkać Boga? Tak, możemy! Bóg bowiem nie przychodzi w boskiej postaci. Przychodzi jako człowiek, może jako przyjaciel, ale także jako obcy, jako obcokrajowiec, ubogi. Najczęściej przychodzi nieoczekiwanie i może nie tak, jak tego oczekujemy. Gdy zechce, przychodzi niepostrzeżenie. Może przyjść w każdym czasie, może nawet dziś, w postaci biedaka potrzebującego pomocy czy człowieka rozdartego rozmaitymi problemami, szukającego kogoś, kto by mu poradził albo przynajmniej cierpliwie wysłuchał, pozwolił się wygadać. Czy przyjmiemy przychodzącego do nas Boga? Czy zaprosimy Go jak Abraham do swojego namiotu, do swojego domu?

Gość w dom – Bóg w dom! To piękne polskie przysłowie potwierdza się w dzisiejszym pierwszym czytaniu i w Ewangelii. Abraham czuwał przed namiotem, a gdy zauważył wędrowców, zaprosił ich do siebie. Przez to zaproszenie i swoją gościnność zaprasza i przyjmuje samego Boga. Przecież nie wiedział, siedząc u wejścia do namiotu, kim był ów nieznajomy człowiek, a raczej trzy osoby, a mimo to je zaprosił. Pokłoniwszy się im głęboko, rzekł: „O Panie, jeśli jestem tego godzien, racz nie omijać swego sługi!”. Nie pozwolił przejść obok bez wyświadczenia mu posługi.

Podobnie i Marta, gospodyni domu z dzisiejszej Ewangelii, wraz ze swoją siostrą, goszcząc u siebie Jezusa, przyjmują samego Boga. Bóg bowiem zawsze jest w drodze do człowieka, ale człowiek musi Go zaprosić do siebie, a nawet nalegać, aby wstąpił. W przeciwnym wypadku jego dom, czyli jego życie, pozostanie puste i ubogie. Bóg przychodzi często w niewygodnym dla nas czasie i nie w takiej postaci, w jakiej Go oczekujemy. Dlatego musimy czuwać, aby Go zauważyć i rozpoznać, zaprosić i usługiwać Mu.

1. Zauważyć

Nie jest łatwo zauważyć Boga w drugim człowieku, zwłaszcza gdy on swoim zachowaniem odpycha od siebie. W człowieku bezdomnym, opuszczonym, z nałogami i uzależnieniami trudno dojrzeć Boga. A jednak sam Chrystus utożsamia się z nim i będzie nas kiedyś sądził z tego, czy potrafiliśmy Go w nim dostrzec i rozpoznać.

Znamy dobrze św. Alberta Chmielowskiego. Człowiek bardzo zdolny, wykształcony, bohater powstania styczniowego, dobrze zapowiadający się artysta malarz całkowicie poświęca się krakowskim biedakom. Idzie do nich, do miejskiej ogrzewalni, by stworzyć dla nich dom. Zamieszkuje z najbiedniejszymi z biednych. Z wyrzutkami społecznymi, z nędzą fizyczną i moralną Krakowa. Dlaczego? Bo dostrzegł w nich i rozpoznał cierpiącego Chrystusa i jak św. Paweł dopełniał „braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół”.

2. Zaprosić

Kto zaprasza i przyjmuje do swego domu gościa, ten jest wprawdzie początkowo obdarowującym, ale w rzeczywistości sam staje się obdarowanym. Abraham zaprasza i przyjmuje do swego domu Boga i zostaje nader obficie obdarowany, bo otrzymuje obietnicę, że za rok będzie miał syna. Podobnie Marta i Maria z dzisiejszej Ewangelii. Jezus pozwala się im obdarowywać, ale „tylko jednego potrzeba” – powiedział. Daru, który On przynosi i którym jest On sam.

Jezus nie przyszedł na świat, aby Mu służono, lecz aby służyć swoim słowem i całym swoim życiem. Jezus jest Słowem w tym, co mówi, i w tym, co czyni lub przez co cierpi. Słuchanie i przyjęcie tego Słowa, czyli nauki Chrystusa, to jest właśnie to „jedno potrzebne”. Bo w życiu najważniejsza jest miłość Boga ponad wszystko, a bliźniego swego jak siebie samego. Tej miłości nam potrzeba, bo bez niej wszystko inne stanie się nieważne i daremne.

3. Usługiwać

Zbójcy przyszli pod mury franciszkańskiego klasztoru i poprosili zakonników, aby dali im chleba. „Zbójcom nie dajemy chleba” – powiedziało kilku braci, ale inni dali im chleb i to, czego potrzebowali. Kiedy św. Franciszek przyjechał do tych braci, zapytali go: „Czy mamy dawać zbójcom chleb, czy też nie?”. Franciszek rzekł: „Róbcie, co wam powiem! Przynieście chleb, wino i obrus. Pójdziemy do lasu, aby nakryć zbójcom stół. Jeśli Bóg nakrywa nam wciąż na nowo nasz stół, to my także musimy zrobić to samo dla innych”.

Kiedy dotarli do lasu i znaleźli ładne miejsce, rozłożyli swoje skarby i zawołali: „Bracia zbójcy, przyjdźcie do nas. Nakryliśmy dla was stół z chlebem i winem”. Zbójcy zdziwili się, słysząc to zaproszenie. Przyjęli je i siedli przy stole, który był nakryty na ziemi. Franciszek i zakonnicy obsługiwali zbójców. Opowiadali różne historie, śmiali się i żartowali razem z nimi. Po posiłku bracia odmówili krótką modlitwę dziękczynną. Poprosili zbójców, by nie wyrządzali oni już krzywdy innym ludziom. „Jesteśmy gotowi podzielić się z wami naszym jedzeniem. Będziemy do was przychodzili i nakrywali wam stół” – powiedzieli bracia franciszkanie. Następnego dnia przynieśli do lasu chleb, wino i kilka ryb. Zbójcy dziwili się, ale z chęcią pozwolili się obsługiwać zakonnikom. „Gdybyście pracowali i pomagali innym, wtedy wasze życie nabrałoby sensu i byłoby o wiele piękniejsze” – powiedzieli bracia. Zbójcy nic na to nie odpowiedzieli. Ale po kilku dniach zaczęli przynosić zakonnikom drewno. Dzięki tej przyjaźni wszyscy stopniowo zmieniali swoje życie, a niektórzy zbójcy nawet wstąpili do wspólnoty franciszkanów (Willi Hoffsümmer: Chleb dzielony ze zbójcami, 75 z 229 krótkich opowiadań, s. 60).

To dzielenie się jedzeniem ze zbójcami i usługiwanie im przez braci zakonnych wydało i dla jednych, i dla drugich piękne owoce. Zakonnicy pogłębili w sobie miłość bliźniego, a zbójcy stali się dobrymi ludźmi. Usługiwać bowiem drugiemu człowiekowi to usługiwać samemu Bogu. „Cokolwiek uczyniliście jednemu z braci, Mnieście uczynili” – mówił Pan Jezus. I my czyńmy podobnie. Służąc innym chlebem, czasem, swoją pracą, dobrą radą i słowem – służyć będziemy samemu Bogu, a Bóg nas stokrotnie nagrodzi już tu, na ziemi, i kiedyś na wieki w niebie.

ks. Szymon Nosal – „Ekspres Homiletyczny”

 

 

 

9

 

Czy modlitwa w pracy albo w kąpieli

obraża Boga?

Gdyby zdefiniować modlitwę jako stanięcie przed "Bozią", która patrzy, czy ja równo rączki złożyłem i czy klęczę, to trzeba by było graniczyć modlitwę do czasu bez rozproszenia. Wtedy można by postrzegać modlitwę w pracy jako obrazę Pana Boga - mówi ks. Teodor Sawielewicz.

Jak podkreśla, w rzeczywistości jest jednak inaczej. Modlitwa to spotkanie dwóch pragnień: pragnienia człowieka i pragnienia Boga. To wzniesienie serca do Boga, spotkanie przyjaciół, okazanie wdzięczności. Gdy w ten sposób patrzymy na modlitwę, wtedy rodzi się w nas potrzeba, by często się modlić, by modlić się w pracy, podczas prozaicznych czynności.

Bóg jest z nami w pracy i w kuchni, czy można się modlić na spacerze, podczas gotowania, mycia naczyń. Czy można karmić dziecko i odmawiać różaniec? Kapłan podkreśla, że takie pytania były zadawane już u początków chrześcijaństwa. Właśnie dlatego odpowiadał na nie św. Jan Chryzostom, żyjący w IV wieku n.e.

Święty mówił, że można się modlić często i gorąco na targu albo podczas samotnej przechadzki, siedząc w swoim sklepie, kupując lub sprzedając, a nawet przy gotowaniu. Jego intuicję potwierdzała dwanaście wieków później św. Teresa od Jezusa, mówiąc do swoich sióstr: "Bądźcie tego pewne, że i w kuchni wśród garnków i rondli Pan jest z wami i was wspiera".

Modlitwa "pomiędzy" codziennością jest dobra. Obowiązki, praca, odpoczynek, modlitwa i czas na wyłączność dla Pana Boga to są kluczowe rzeczy w życiu. Twórca Teobańkologii podkreśla, że są takie momenty w życiu, gdy na przykład stoimy w kolejce i zamiast patrzeć w telefon, możemy się po prostu modlić. - Kiedy się kąpię, gdy sobie uświadomię, że Pan Jezus jest blisko, mogę rozmyślać o tym, że On mnie zna i przenika. Może z tego wyjść piękne, głębokie rozważanie - mówi ks. Teodor.

Tak samo wartościowe są bardzo krótkie słowa modlitwy, "krótkie strzały" proste słowa: "Panie Jezu, pomóż mi, zmiłuj się nade mną. Taka modlitwa też nam jest bardzo potrzebna.

- Módl się w pracy, gdy wypoczywasz, choćby pragnieniem się módl. Mamy takie głupie wypełniacze czasu: zmywamy, leci radio, leci jakaś telewizja, i bez sensu tak leci. a można się w tym czasie pomodlić. Modlitwa to spotkanie dwóch pragnień: pragnienia człowieka i pragnienia Boga. to wzniesienie serca do Pana Boga, spotkanie przyjaciół, okazanie wdzięczności. Wtedy rodzi się potrzeba, by często się modlić, by modlić się w pracy, podczas prozaicznych czynności

- zachęca ks. Sawielewicz. – „deon.pl”

 

 

 

10

 

Tego nie wiesz o niedzielnej mszy,

a może zmienić twoje życie

Myślisz, że życie duchowe nie ma związku ze zwykłą codziennością? W takim razie koniecznie przeczytaj, jak działają małe „naprawiacze” naszej zgrzytającej codzienności, które w ustanowionym przez Kościół "bonusie" możesz otrzymać właśnie podczas mszy świętej.

Msza święta to źródło życia dla każdego chrześcijanina. Spotkanie z Bogiem, karmienie się Jego słowem, niezwykła bliskość, która powstaje w momencie przyjęcia komunii świętej, Jego błogosławieństwo – to wszystko jest źródłem łaski, która przemienia życie i wspiera nas w codziennych trudnościach.

A ponieważ trudności w życiu nie brakuje, warto pamiętać o tym, że podczas mszy dzieje się jeszcze jedna rzecz, o której rzadko się pamięta. Czasem też wydaje nam się to niewarte uwagi, zwłaszcza, gdy ktoś jest przekonany, że życie duchowe jest zarezerwowane dla tych bardziej „religijnych” momentów w życiu nie ma zbyt wielkiego związku ze zwykłą codziennością.

Sfera duchowa ma duży wpływ na ludzkie życie

Tymczasem to jedna z podstawowych prawd o człowieku: choć można w nim wyróżnić sferę duchową, fizyczną i psychiczną, to nie da się ich oddzielić i wszystkie trzy mają na siebie nawzajem wielki wpływ. Zauważamy to, gdy np. stres czy psychiczne zmęczenie wpływają na naszą kondycję fizyczną albo ból głowy przeszkadza w skupieniu się i zaburza percepcję. Ze sferą duchową jest podobnie: ona także wpływa na nasz ogólny dobrostan i ma duże znaczenie dla naszego funkcjonowania. Im bliżej w duchowym życiu jesteśmy Boga, tym więcej łaski możemy od Niego przyjąć. Jednak rzeczywistość duchowa to nie tylko łaska, ale także grzech, który ma swoje konsekwencje nie tylko w postaci wyrzutów (bądź nie) sumienia i konieczności pójścia do spowiedzi.

Konsekwencje grzechu wpływają na tego, kto grzeszy, i na jego otoczenie. Wystarczy wyobrazić sobie człowieka, który często okłamuje bliskich. Ten grzech i jego skutki nie są tylko jego sprawą: nieustanne kłamstwa, nawet drobne, psują relację między nim a jego bliskimi, wpędzają w poczucie winy albo w przekonanie, że trzeba na wszelki wypadek trzymać się od wszystkich na dystans. Burzą zaufanie, potęgują samotność, powodują kłótnie i pretensje i sprawiają, że życie staje się nieznośne.

Msza święta to o wiele więcej niż tylko religijny obowiązek

Jaki to wszystko ma związek z Eucharystią? Dość nieoczekiwany, ale bardzo pocieszający, gdyż udział we mszy świętej (zwłaszcza niedzielnej, ale o tym zaraz) to nie tylko wykonanie religijnego obowiązku i uniknięcie grzechu ciężkiego, ale także… kilka odpustów cząstkowych, z których nawet nie zdajemy sobie sprawy, będąc na mszy.

Czym są odpusty? To w pewnym sensie „bonusy”, który swoim wiernym rozdaje Kościół, by poprawić jakość ich relacji z Bogiem, zadbać o to, by po śmierci dostali się jak najszybciej do nieba, ale także wesprzeć w codzienności. Odpust według definicji zawartej w kościelnych dokumentach to darowanie kary za grzechy. Jak tłumaczą teologowie, ta „kara” to najczęściej konsekwencje grzechu, które nas boleśnie dotykają, jak w przypadku człowieka, który okłamuje bliskich. Odpust, który dostajemy jeszcze za życia sprawia, że konsekwencje ustają, a więc powoli naprawiają się też te sprawy i relacje, które zostały zepsute przez w efekcie naszego grzechu.

Czym są duchowe "naprawiacze" codziennego życia?

I właśnie takie małe „naprawiacze” naszej codzienności możemy otrzymać podczas mszy świętej, gdy świadomie do tego podejdziemy. W trakcie niedzielnej (lub świątecznej) mszy są takie trzy momenty, w których Kościół obdarowuje nas odpustem cząstkowym, czyli małym „naprawiaczem” efektów grzechu (choć może być ich nawet pięć!).

To po pierwsze pobożne przeżegnanie się i wypowiedzenie słów: „W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen”. Po drugie - słuchanie przepowiadanego Słowa Bożego, czyli… homilii lub kazania. Po trzecie – odmówienie wyznania wiary. Odpust cząstkowy jest też przewidziany dla osób, które nie mogą przystąpić do komunii – i uzyskuje się go za akt komunii duchowej, „wzbudzony przy pomocy jakiejkolwiek pobożnej formuły”. A jeśli przy końcu mszy cała wspólnota modli się za zmarłych modlitwą „Wieczny odpoczynek…” – za to także Kościół obdarowuje „bonusem” w postaci odpustu cząstkowego.

Warto podczas przeżywania kolejnej mszy pamiętać o tych małych „naprawiaczach” życia, które nieustannie jest narażone na skutki codziennych grzechów, i korzystać z duchowych bonusów przygotowanych przez Kościół. One naprawdę mogą zmienić życie na lepsze, prostsze, takie, w którym więcej jest radości niż smutku.

„deon.pl/mł”

 

 

 

11

 

Przeżywasz stres? Oto pięć cytatów z Biblii,

które przyniosą ci spokój

Stres jest normalną częścią życia, ale gdy jest go za dużo, zaczyna mieć na nas negatywny wpływ. Jak sobie z nim radzić? Istnieje wiele sposobów, a jednym z nich jest modlitwa tymi cytatami z Pisma Świętego, które pomogą przywrócić spokój i ukoić serce.

Pomyśl, że Bóg przygotował te słowa specjalnie dla ciebie, by wspierać cię w trudnych momentach. Te cytaty warto pamiętać, a nawet napisać sobie na kartce i przyczepić nad biurkiem, na lodówce czy umieścić jako tapetę na ekranie telefonu.

   5 cytatów z Biblii, które ukoją twój stres

   "Bóg jest dla nas ucieczką i mocą: łatwo znaleźć u Niego pomoc w trudnościach"

   (Ps 46, 2)

   "Zrzuć swą troskę na Pana, a On cię podtrzyma; nie dopuści nigdy, by miał się zachwiać sprawiedliwy"

   (Ps 55, 23)

   "Pan będzie walczył za was, a wy będziecie spokojni"

   (Wj 14, 14)

   "Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję.

   Niech się nie trwoży serce wasze ani się lęka!"

   (J 14, 27)

   "Nie bój się, bo Ja jestem z tobą, nie lękaj się, bo Ja jestem twoim Bogiem! Wzmocnię cię, tak, ześlę ci pomoc"

   (Iz 41,10)

 

 

 

12

 

Co święty Benedykt ma do powiedzenia dzisiejszemu człowiekowi?

Obiektywne spojrzenie – to jest to, do czego św. Benedykt dopomaga. (...) I jak będziemy tak patrzeć, to nie będziemy widzieli w Kościele tylko przerostu pychy, ambicji, wykorzystywania władzy, chciwości pieniędzy, pedofilii. To wszystko istnieje. Ale jak się patrzy tylko od tej strony, widzi tylko tę rzeczywistość. To są błędy i poszczególnych ludzi, i Kościoła jako instytucji w stosunku do człowieka. Ale w tym każdym jest coś dobrego. To jest jasne. Tylko patrz z pewnej perspektywy i obiektywnie wszystko oceniaj. Bo jak człowiek sobie założy z góry, że coś jest złe, to potem nic go nie przekona, że jest inaczej. A jak się coś dobrego uda, to mówi: „Trafiło się ślepej kurze ziarno”. A jak ktoś sobie założy, że coś jest dobre – fanatyczni obrońcy Kościoła, którzy nie widzą w nim żadnej plamki, a jeśli jest, to zamiatają problem pod dywan – też nie widzi prawdziwie - piszeo. Leon Knabit OSB, zachęcając do sięgania do Reguły św. Benedykta.

Każdej wiosny my, benedyktyni, cieszymy się wszystkimi przejawami ożywiającej przyrody. To dla nas wyzwanie, żebyśmy i my wciąż tak odżywali – zwłaszcza, że jednym z benedyktyńskich logo jest pień ściętego drzewa, który wypuszcza świeżą, zieloną gałązkę, pod którym jest podpis: „Succisa virescit”, to znaczy: „Ścięty pień zieleni się na nowo”.

Bardzo często tak było w benedyktyńskiej historii, że klasztory były niszczone, także tyniecki. Przestawały istnieć i po latach, a niekiedy wiekach odżywały na nowo. Podobnie było z tym założonym przez św. Benedykta, bo po najeździe Longobardów klasztor na Monte Cassino był zniszczony. Wydawało się, że całe dzieło upada, a potem powoli odżyło. Reguła św. Benedykta obowiązywała we wszystkich klasztorach we wczesnym średniowieczu. Do dzisiaj, chyba około dziesięciu tysięcy mnichów, dwa razy tyle mniszek i zgromadzeń zakonnych i nawet świeccy ludzie żyją według tej Reguły.

Można się pytać, co ma do powiedzenia dzisiejszemu człowiekowi Reguła, która powstała mniej więcej na początku VI w. Kiedyś byliśmy w Rzymie z pielgrzymką górali na Światowych Rekolekcjach Podhalańskich i wtedy właśnie Benedykt XVI omawiał osobę św. Benedykta. Byłem zachwycony, bo my mówimy dokładnie to samo, oczywiście z mniejszą powagą. Kiedy przychodzą do nas grupy, to je zwykle oprowadza któryś z mnichów. Chodzi o to, żeby ludzie najpierw poznali człowieka, bo mury mają wartość, swoją wartość, ale nabierają jej od człowieka, który układał kamienie, a więc od benedyktynów, a ci nabierają wartości od św. Benedykta. Jest on dzisiaj bardzo aktualną postacią, bo żył w analogicznych czasach. Będąc urodzonym mniej więcej około roku 480, zmarł w 547 r. Są to umowne daty, bo nikt nie prowadził wtedy kartotek, ani nie podano w internecie, kiedy dokładnie umarł. Urodził się w Nursji, dziś ta miejscowość nazywa się Norcia. Leży na północny-wschód od Rzymu. Miał siostrę, podobno bliźniaczą, Scholastykę. Oczywiście dano go do Rzymu na naukę, bo jego rodzice byli szlachetnie urodzeni i zamożni. Tam studiował nauki, jakie wtedy były w modzie, ale jest ważne w jakim środowisku. Rzym jeszcze żył blaskiem pogańskiego cesarstwa i jednocześnie już dawały się we znaki ludy barbarzyńskie, jak je wówczas nazywano, czyli germańskie i im podobne: Longobardzi, Wizygoci, Ostrogoci, Wandalowie i inni. Już od długiego czasu wędrowali przez Europę. Pustoszyli tereny, niszczyli starą kulturę i w jej miejsce szerzyli swoje zwyczaje i wierzenia. I to przesiąkało do Rzymu. W szacownych i szanowanych środowiskach dostrzegano te elementy obce – subkultury czy superkultury, nie wiadomo, może antykultury. A niektórym młodym ludziom mogło imponować wędrowanie przez Europę, podbijanie nowych terenów, poznawanie innych bogów i tak dalej. Poza tym na studiach byli jeszcze koledzy, dziewczyny były, wino było. Można się było po prostu zabawić, nawet w tym V w. A do tego wszystkiego jeszcze domieszało się chrześcijaństwo, które przyszło z południowego-wschodu, z Azji Mniejszej. I kiedy młody człowiek wpadł w ten tygiel, to mógł naprawdę zgłupieć. Tyle propozycji. Tyle informacji. Bardzo wielkie zamieszanie w ideach. Benedykt przyglądał się temu wszystkiemu i doszedł do wniosku, że niczego się tam nie nauczy czy więcej nauczy się złego – że więcej straci, niż zyska. Miał charakter twardy. Wyraźnie wiedział, o co chodzi, mimo, że był jeszcze młodym chłopcem. Był dojrzały, jak to napisał św. Grzegorz, już w młodym wieku. Zdecydował, że nie będzie dłużej przebywał w Rzymie. I jak to Hanna Malewska w swojej książce Przemija postać tego świata napisała na zakończenie rozdziału o zmaganiach Benedykta: „Po prostu uciekł”. Ponieważ była to bogata rodzina, Benedykt miał piastunkę i ona za nim podążyła. Doszli do małego miasteczka Effide. Tam chciał być w spokoju, w ciszy, ale wkrótce uznał, że wybiera życie pustelnicze i uciekł do Subiaco. Obecnie są tam dwa klasztory. Bardzo piękne, cudownie położone w Apeninach. Tam przebywał przez parę lat – dopóki nie stał się znów sławny. Zaczęli do niego przychodzić ludzie i tak zaczęło się życie monastyczne, czyli wspólnotowe – oddane Bogu pod Regułą i opatem.

Dzisiaj jest podobna sytuacja jak w ówczesnym Rzymie. Jest tradycja laicka, odziedziczona po Polsce Ludowej, troskliwie pielęgnowana i postulowana przez rozmaite koła, żeby wszystko było bez odnoszenia się do Boga. Człowiek na pierwszym planie. Człowiek urządzający sobie życie po swojemu, człowiek korzystający z życia bez ograniczeń, bo człowiek wie sam z siebie, co jest dobre i złe, sam o tym decyduje. I jest też bardzo wiele zewnętrznych wpływów. Amerykańskie, jeśli chodzi o kulturę, buddyjskie i ogólnie wschodnie, jeśli chodzi o religię. Do tego koledzy i koleżanki na uczelniach. Zawsze wyższe uczelnie są kuźnią zmian w rzeczywistości. Bardzo często przecież awantury polityczne i społeczne były wywoływane przez studentów. A w tym wszystkim chrześcijaństwo ze swoją wspaniałą, wzniosłą nauką, nie przez wszystkich wspaniale realizowaną, a za to z wieloma wymaganiami, których wypełnianie gwarantuje, że człowiek będzie szczęśliwy. Jeśli to wszystko wypełnisz, to wtedy będziesz w Niebie. Tutaj pocierpisz, to tam będzie ci dobrze. Ale już i tutaj wiara daje pokój sumienia, odporność na cierpienie, sens życia, bez względu na to, jakie ono jest: radosne, trudne, smutne. I gwarancję, że jest się kochanym. I siłę, żeby kochać innych, kochać świat, kochać rzeczywistość. Używając już jako motta słów świętego naszego papieża – żeby się odnawiało oblicze tej ziemi. W Regule św. Benedykta jest wyraźnie powiedziane, że we wszystkim ma być Bóg uwielbiony – to jest zaczerpnięte z listu św. Piotra (por. 1 P 4,11) – to widzimy receptę na dzisiejsze czasy. I jak będziemy tak patrzeć, to nie będziemy widzieli w Kościele tylko przerostu pychy, ambicji, wykorzystywania władzy, chciwości pieniędzy, pedofilii. To wszystko istnieje. Ale jak się patrzy tylko od tej strony, widzi tylko tę rzeczywistość. To są błędy i poszczególnych ludzi, i Kościoła jako instytucji w stosunku do człowieka. Ale w tym każdym jest coś dobrego. To jest jasne. Tylko patrz z pewnej perspektywy i obiektywnie wszystko oceniaj. Bo jak człowiek sobie założy z góry, że coś jest złe, to potem nic go nie przekona, że jest inaczej. A jak się coś dobrego uda, to mówi: „Trafiło się ślepej kurze ziarno”.

A jak ktoś sobie założy, że coś jest dobre – fanatyczni obrońcy Kościoła, którzy nie widzą w nim żadnej plamki, a jeśli jest, to zamiatają problem pod dywan – też nie widzi prawdziwie. Obiektywne spojrzenie – to jest to, do czego św. Benedykt dopomaga.

To, co potem zostało jemu przypisane – zwrot: „Módl się i pracuj”, pasuje właściwie każdemu zakonowi i nawet każdemu człowiekowi. Bez modlitwy czy bez dążenia do tego, żeby we wszystkim Bóg był uwielbiony, życie, jak to Jan Paweł II mówił, jest nijakie. Nic się na to nie poradzi. Choćby było nawet bardzo bogate w emocjonalne przeżycia – dużo przyjemności, to radości zwykle mniej. Więc módl się i pracuj. Ale bez pracoholizmu. Wiemy, jakim on jest problemem. Ludzie, żeby zdobyć trochę pieniędzy, żeby kogoś prześcignąć – słynny wyścig szczurów – poświęcają wiele. Spokój rodziny, jej szczęście, wychowanie dzieci, czasem nawet rezygnują z ich posiadania. Dobrze zarabiają, ale nie – chcą zarabiać tysiąc, dwa, trzy więcej.

o. Leon Knabit OSB – „deon.pl”

 

 

 

13

 

Rodzicielstwa nie definiują

trudy, wyrzeczenia i kłopoty

Wakacje się zaczęły, więc ostatnio częściej zdarza mi się spacerować „na dzielni” z moją bandą w komplecie. Miszka, nasze czwarte dziecko, urodził się w kwietniu, a jego najstarszy brat ma obecnie osiem lat. Nasza wesoła gromadka maluchów wzbudza zazwyczaj swego rodzaju zainteresowanie. Często wiąże się ono z (zadanym z nutą niedowierzania) pytaniem: „To wszystko Pani?!”.

Przyznam, że na początku bardzo mnie ono bawiło. Teraz jednak – częściej – irytuje. Bo kiedy z radością odpowiadam na nie: „Tak!”, w odpowiedzi zazwyczaj słyszę: „Współczuję”, „A to musi być pani ciężko”, „Jak pani z nimi wytrzymuje?”. Pal licho, że takie konstatacje słyszę ja. Słyszą to jednak także moje dzieci, które – jak na maluchy przystało – zawsze gdzieś w orbicie mamy krążą. A słuch mają wyjątkowo wyostrzony na to, co dorośli mówią.

Patrzysz na mnie takim wzrokiem

W mojej rodzicielskiej przygodzie próbuję być choć bladym – ale jednak – odbiciem tej Miłości, której doświadczam w relacji z Panem Bogiem. Skoro więc wiem, że dla mojego niebieskiego Taty jestem kimś wyjątkowym i upragnionym od początku świata, to staram się, by moje dzieci i ode mnie jak najczęściej słyszały: jesteś moją radością! Jesteś dla mnie darem! Cieszę się, że jesteś!

Przeczytałam ostatnio w książce Małgosi Wałejko, że błogosławić to nie tylko przekazywać Boży pokój, lecz także „odsłaniać dobro przed drugim człowiekiem, jego własne dobro” (M. Wałejko, „Listy w butelce”, s. 77). Myślę, że to piękna intuicja. W świecie, w którym zły tak skutecznie fałszuje nam prawdziwy obraz nas samych, nieustannie potrzebujemy wokół siebie ludzi, których spojrzenia będą potrafiły dostrzec w nas prawdziwe piękno i to, co zostało nam podarowane wraz z Bożym zamysłem. Pokazywać drugiemu jego dobro, przekonywać go o dobru, które w nim jest – bywa oczywiście ogromnym wyzwaniem. Zwłaszcza gdy jesteśmy w epicentrum rodzinnych przygotować do wakacyjnego wyjazdu, a nasza progenitura akurat postanawia wejść na drogę buntu i maruderstwa.

Widzieć pozytywy w rozkapryszonym czterolatku, który wizytę w sklepie traktuje jako okazję do przetestowania twojej cierpliwości? No, bywa trudno, przyznajmy. Ale nie zmienia to faktu, że to, co ten mały człowiek słyszy od nas, dorosłych, kształtuje jego poczucie wartości. Pan Bóg nigdzie na kartach Pisma Świętego nie mówi człowiekowi: „Co ja z tobą mam? Same kłopoty”. Nawet jeśli to jest obiektywnie... prawda. To jest dla mnie najlepsza wskazówka pedagogiczna od niebieskiego Taty.

Jestem dzieckiem. Bożym

W debatach publicznych jak mantra powtarza się, że spadek dzietności w Polsce prowadzi nas w kierunku demograficznej katastrofy, a politycy lubią dodawać etykietkę „prorodzinne” do wszelkich działań. Ale żadne inicjatywy nie przyniosą efektu, jeżeli nie zadbamy o postrzeganie dzieci w ogóle. One nie mogą kojarzyć się w pierwszej kolejności z trudem, kłopotami i wyrzeczeniami. To przecież nie jest (cała) prawda o rodzicielstwie. Kościół może wiele zdziałać na tym polu.

Biskup Robert Chrząszcz na zakończenie X Ogólnopolskiego Zjazdu Związku Dużych Rodzin stwierdził: „Gwar dzieci w Kościele to jest to, co jest w nim najpiękniejsze”. Zawsze cieszę się, gdy z ambony padają tego typu sformułowania. Przypominają one (nie tylko) dzieciom, że są w kościele chciane i dostrzegane. Niby o tym wiadomo, niby Pan Jezus też to podkreślał, ale jednak nie często słyszy się na niedzielnym kazaniu, że dziecko to człowiek, tajemnica, radość, wyzwanie, dar, dobro, które warto poznawać…

Może warto częściej dostrzegać dziecko Boże w sobie? Może warto medytować nad dziecięctwem Jezusa nie tylko przy okazji Bożego Narodzenia? Wydaje mi się, że odrobina takiego duchowego wysiłku prędzej czy później pozwoli człowiekowi zauważyć w rodzicielstwie światło zmartwychwstania, a nie jedynie drogę krzyżową.

Agata Rusek – „deon.pl”

 

 

Święci i błogosławieni w tygodniu

17 lipca - św. Aleksy, wyznawca
17 lipca - błogosławione dziewice i męczennice Teresa od św. Augustyna i Towarzyszki
17 lipca - bł. Paweł Piotr Gojdič, biskup
17 lipca - św. Leon IV, papież
18 lipca - św. Szymon z Lipnicy, prezbiter
18 lipca - św. Arnulf, męczennik
18 lipca - św. Arnulf z Metzu, biskup
18 lipca - św. Arnold Wyznawca
18 lipca - św. Fryderyk z Utrechtu, biskup i męczennik
19 lipca - św. Makryna Młodsza
19 lipca - bł. Ludwika z Sabaudii, zakonnica
19 lipca - św. Symmach, papież
19 lipca - bł. Achilles Puchała, prezbiter i męczennik
19 lipca - bł. Herman Stępień, prezbiter i męczennik
20 lipca - bł. Czesław, prezbiter
20 lipca - św. Małgorzata z Antiochii Pizydyjskiej, dziewica i męczennica
20 lipca - św. Torlak Thorhallsson, biskup
20 lipca - Eliasz, prorok
20 lipca - bł. Alojzy Novarese, prezbiter
20 lipca - św. Józef Barsaba Justus
21 lipca - św. Wawrzyniec z Brindisi, prezbiter i doktor Kościoła
21 lipca - św. Apolinary, biskup i męczennik
21 lipca - Daniel, prorok
22 lipca - św. Maria Magdalena
22 lipca - św. Maria z Betanii
22 lipca - błogosławieni męczennicy Nicefor od Jezusa i Marii Díez Tejerina, prezbiter, i Towarzysze
23 lipca - św. Brygida Szwedzka, zakonnica, patronka Europy
23 lipca - bł. Wasyl Hopko, biskup
23 lipca - św. Jan Kasjan
23 lipca - bł. Krystyn Gondek, prezbiter i męczennik
23 lipca - bł. Jan Huguet Cardona, prezbiter i męczennik
24 lipca - św. Kinga, dziewica
24 lipca - św. Krystyna z Bolseny, dziewica i męczennica
24 lipca - błogosławione dziewice i męczennice Maria Pilar, Teresa i Maria Angeles
24 lipca - bł. Maria Mercedes Prat, dziewica i męczennica

24 lipca - bł. Joanna z Orvieto, dziewica

 

 

NIEDZIELNA EUCHARYSTIA – 6.30, 8.00, 9.30 – dla młodzieży, 11.00 – rodzinna, z dziećmi, 12.30, 16.00, 19.00, poniedziałek - sobota – 7.00, 7.30, 18.00.Kancelaria (tel. 126452342) czynna: (oprócz sobót, I piątku i świąt): godz. 8-9 i 16-17.15 Redakcja „Wzgórza w Blasku Miłosierdzia”: Władysław Wyka - red. nacz.,Wydaje: Parafialny Oddział Akcji Katolickiej nr 1 Archidiecezji Krakowskiej- Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach 1a,Nr k. bank – 08 1240 2294 1111 0000 3723 9378, tel.; 0-12-645-23-42.NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:strona internetowa parafii: www.wzgorza.diecezja.krakow.ploraz milosirdzia-parafia.pl - PO Akcji Katolickiejadres parafii: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.,strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pladres gazetki:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.