WZGÓRZA W BLASKU MIŁOSIERDZIA

 

13/810                   -       21 marca 2021 r. B.

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA „WZGÓRZA W BLASKU MIŁOSIERDZIA”

„Błogosławieni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią”

                                                              


5

 

21 marca 2021 r.

V Niedziela Wielkiego Postu

 

6

 

EWANGELIA (J 12,20-33)

Ziarno, które wpadłszy w ziemię obumrze, przynosi plon obfity

Słowa Ewangelii według świętego Jana.

Wśród tych, którzy przybyli, aby oddać pokłon Bogu w czasie święta, byli też niektórzy Grecy. Oni więc przystąpili do Filipa, pochodzącego z Betsaidy Galilejskiej, i prosili go, mówiąc: „Panie, chcemy ujrzeć Jezusa”. Filip poszedł i powiedział Andrzejowi. Z kolei Andrzej i Filip poszli i powiedzieli Jezusowi.

A Jezus dał im taką odpowiedź: „Nadeszła godzina, aby został uwielbiony Syn Człowieczy. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto miłuje swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. A kto by chciał Mi służyć, niech idzie za Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec.

Teraz dusza moja doznała lęku i cóż mam powiedzieć? Ojcze, wybaw Mnie od tej godziny. Nie, właśnie dlatego przyszedłem na tę godzinę. Ojcze, uwielbij imię Twoje”.

Wtem rozległ się głos z nieba: „I uwielbiłem, i znowu uwielbię”. Tłum stojący usłyszał to i mówił: „Zagrzmiało!” Inni mówili: „Anioł przemówił do Niego”. Na to rzekł Jezus: „Głos ten rozległ się nie ze względu na Mnie, ale ze względu na was. Teraz odbywa się sąd nad tym światem. Teraz władca tego świata zostanie precz wyrzucony. A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie”.

To powiedział zaznaczając, jaką śmiercią miał umrzeć.

 

4

 

V niedziela Wielkiego Postu

Człowiek wiele razy w życiu mówi do Boga: „Panie, chcemy ujrzeć Jezusa”. Wiele razy, kiedy przychodzi smutek, ból, rozczarowanie, samotność - wydaje nam się, że Jezus ginie nam z przed oczu, że jest daleko od nas…

A On jest wciąż przy nas, przebacza, z brudu oczyszcza, dobrocią swą rany leczy i miłością swą je zabliźnia. Święty Jan od Krzyża napisał w swym dziele, że „tyle otrzymamy, ile się spodziewamy”. A ty ile spodziewasz się od Jezusa? Wierzysz, że Jezus dał tobie więcej niż się spodziewałeś, oddając własne życie za zbawienie całego świata?

Od dzisiejszej niedzieli rozpoczynamy okres Męki Pańskiej, który będzie dla nas głównym tematem dwóch ostatnich tygodni. Widzimy krzyże i obrazy zasłonięte na znak smutku i żałoby. Godzina Chrystusa jest już bliska, bądźmy razem z Chrystusem wtedy kiedy będzie zbawiał, podczas ofiary na krzyżu, która uobecnia się także podczas tej Eucharystii.

Za to, że nie zawsze zauważamy Jezusa w naszym życiu, przepraszajmy Go teraz abyśmy z czystym sercem mogli Go ujrzeć w Eucharystii.

Ofiara Syna Człowieczego jest podstawą dzisiejszej Liturgii słowa. Prorok Jeremiasz w pierwszym czytaniu ukaże nam przymierze, jakie Bóg zawrze z ludźmi. Przymierze Boga z ludźmi ma zakorzenienie swoje w Jezusowym przymierzu zawartym w Jego ciele i krwi.

W drugim czytaniu będziemy świadkami, że ofiara Chrystusa została przyjęta i odwróciła bieg historii. Dokonało się to wszystko dzięki wypełnieniu przez Syna woli Ojca. Wola Jezusa Ojcu niebieskiemu wyjednuje zbawienie wieczne wszystkim tym, którzy pozwolą Mu się prowadzić.

Wsłuchujmy się w słowa samego Boga, abyśmy w naszym życiu mogli spotkać Jezusa.

 

8

 

W dzisiejszym numerze:
- Trzeba iść za Jezusem
- Dobry czas
- Współcześni barbarzyńcy
- Moi drodzy parafianie...
- Postawić Boga na pierwszym miejscu
- Święci i błogosławieni w tygodniu

 

 

1

 

Trzeba iść za Jezusem

W dzisiejszej Ewangelii Chrystus mówi: „A kto by chciał mi służyć, niech idzie za Mną” (J 12). Jest to wezwanie ogromnie ważne i zarazem bardzo trudne. Jednak jest ono możliwe nawet wtedy, gdy człowiek sięga dna, o czym świadczy ta autentyczna historia.

Bieda była zawsze. Strasznie zrobiło się, kiedy umarła matka. Piotr miał wtedy trzy lata. Ojciec alkoholik lał go, czym i jak popadło. Piotr nauczył się więc udawać, że nie ma go w domu. Kiedy ojciec odkrywał go w mieszkaniu, chłopak uciekał. Przez podstawówkę przepchnęli go z litości, tyle że nauczyli go jakoś czytać i pisać, ale w zawodówce górniczej już nie dał rady, poszedł więc do kopalni. Z domu odszedł, kiedy miał 15 lat. Mieszkał po strychach, stodołach i w internacie szkoły górniczej. Tam zaczęło się poważne picie. Po pierwszej wypłacie tak się upił, że o mało nie umarł. Po każdej następnej było podobnie. Wszystkie pieniądze szły na wódkę, także to, co kradł z kopalni. Z wojska go zwolnili, bo uznali za niedorozwiniętego. Kradł. Nie pił tylko wtedy, kiedy go zamykali lub posyłali na leczenie przymusowe. Czasami myślał, że gdyby miał rodzinę i mieszkanie, mógłby nie pić, ale zostawali mu koledzy, z którymi cały czas kombinował, jak zdobyć pieniądze na jakieś chemikalia. Był z nimi, żeby nie być samemu. Znali go wszyscy. Kiedy przychodził do kiosku, apteki czy na stację benzynową, nie pytali, czego chce, tylko ile. Czasami żartował, wypijał „wynalazki” na miejscu i oddawał butelkę. Wdychał też klej. Miał od tego wizje. Kiedy szedł korytarzem, wydawało mu się, że idzie po ścianie. Papierosy zbierał po przystankach, jedzenie po śmietnikach. Pił od 20 lat, od dziesięciu – „wynalazki”. Zaczynało go wykrzywiać, najbardziej palce u rąk i nóg. Miał drgawki, nie mógł chodzić od tych dygotów; dopiero pół litra denaturatu go uspokajało. Najgorsze były noce. Wszystko go gryzło, bolało całe ciało. Marzył, żeby było już rano. Coraz częściej zamykano go już nie w więzieniach i na odwykach, ale w zakładach dla umysłowo chorych. Wiedział, że musi się wyspowiadać przed śmiercią, ale po trzeźwemu nie dawał rady, bo nogi go nie trzymały i trząsł się jak w febrze. A jak wypił pół litra denaturatu, był zbyt pijany, by się spowiadać. Nie widział dla siebie ratunku. Aż któregoś dnia zapłakał i zawołał: „Boże, jeśli ty naprawdę jesteś, pomóż mi”. Następnego dnia pił u kolegi. Kiedy zabrakło alkoholu, Piotr poszedł do punktu skupu sprzedać trochę papierów i szmat wygrzebanych na śmietniku. Dostał za nie rolkę papieru toaletowego, z którą stanął pod apteką. Zaczepił pierwszą wychodzącą osobę, poprosił, żeby kupiła papier, bo brakuje mu na krople, a ona zapytała, czy nie chce się z nią pomodlić. Chciał. Poszli na podwórko obok i modlili się tak długo, aż minęła godzina zamknięcia apteki. Była sobota, więc umówili się, że jutro pojadą do Katowic do kościoła. Tego wieczora Piotr jeszcze pił, ale po raz pierwszy w życiu mu nie szło. Odstawił butelkę. W kościele przez całe nabożeństwo płakał jak dziecko, wołał na głos: „Panie Jezu, uwolnij mnie, odnów, zamieszkaj we mnie. Przebacz mi wszystkie winy, a oddam Ci moje serce!”. Poczuł taki dziwny spokój, jakby coś wielkiego w niego weszło i raptownie przestał się trząść. Wiedział, że wcale nie musi pić. Od nawrócenia Piotr pracuje w przedsiębiorstwie oczyszczania miasta. Koledzy, którzy kiedyś nie chcieli dawać mu na denaturat, teraz ciągną go na wódkę, a on im mówi, że Bóg go uwolnił nie tylko od wódki, ale i od choroby. Po pracy Piotr czyta Biblię, modli się i jest terapeutą w Klubie Anonimowych Alkoholików „Wyzwolenie”. Często, gdy idzie pustą ulicą, przeważnie brukowaną i brudną (jak to na Śląsku), ogląda się, bo czuje, że ktoś przy nim idzie. Czuje wyraźnie, że nie jest sam. Marzy, że pewnego dnia, kiedy się obróci – zobaczy Go.

Jak więc widać, pójście za Chrystusem jest możliwe, ale wymaga od człowieka odwagi. Wielki Post jest czasem, kiedy można i trzeba się na tę odwagę zdobyć. Nie ma innej drogi chrześcijanina do Boga jak pójście za Chrystusem, niezależnie od poniesionych kosztów. Dlatego też słuchając dzisiejszej Ewangelii, w której Jezus zapewnia: „jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec” (J 12), nie można pozostać obojętnym na tę zachętę będącą jednocześnie motywacją.

Jan Paweł II powiedział do młodych rzymian 1 kwietnia 2004 roku:

Na tej drodze nie bójcie się zawierzyć siebie Chrystusowi. Na pewno kochacie świat. I słusznie, bo świat został stworzony dla człowieka. W pewnym momencie życia trzeba jednak dokonać radykalnego wyboru. Nie gardząc niczym, co jest wyrazem Bożego piękna i otrzymanych od Niego talentów, trzeba umieć opowiedzieć się za Chrystusem, aby wobec wszystkich dać świadectwo o Bożej miłości […]. Jak widzicie, naśladowanie Chrystusa nie polega na wyrzeczeniu się darów, których On udziela, lecz na wyborze życia, które jest radykalnym oddaniem się Jemu! Jeśli On do tego powołuje, to owo «tak» staje się konieczne! Nie bójcie się zatem zawierzyć Mu samych siebie. Jezus wie, w jaki sposób macie nieść krzyż współczesnemu światu, aby odpowiedzieć na oczekiwania tak wielu innych młodych serc.

Te słowa można rozszerzyć na wszystkie pokolenia. Owo pójście za Chrystusem jest codziennym wybieraniem, które stanowi fundament chrześcijańskiego życia. Dotyczy ono zarówno młodych, jak i starszych. Pochylmy się zatem nad swoim życiem i pracujmy nad konsekwencją w wierności Bożym drogowskazom. Pójść za Chrystusem znaczy służyć. Służyć zaś oznacza wiernie realizować swoje powołanie dane przez Pana.

ks. Janusz Mastalski – „Ekspres Homiletyczny”

 

 

7

 

Dobry czas

Tęsknimy za tym, co było, przeżywamy mocno to, co będzie, tymczasem życie z całym jego pięknem i bogactwem, przechodzi koło nosa.

Plany na przyszłość. Niekoniecznie związane z wyborami drogi życiowej czy zmianą miejsca zamieszkania. Ot, na przykład zaplanowanie czegoś na najbliższe tygodnie i miesiące. Coraz częściej widzę zdziwione miny, gdy na pytanie o termin jakiejś uroczystości rodzinnej odpowiadam: nie wiem. Na przykład kiedy będzie Komunia święta rocznicowa. Planujemy na drugą niedzielę maja; ale czy będzie – nie wiem. Oczywiście rozumiem o co chodzi. Nie tyle o termin w kalendarzu parafialnym, co o salę, kucharkę, zaproszenie gości. Tyle, że wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Z jednodniowym wyprzedzeniem nie da się sensownie czegoś zaplanować, a co tu dopiero mówić o miesiącu czy dwóch.

Przekonałem się o tym, po raz kolejny, wczoraj. Jeszcze we wtorek wieczór planowaliśmy spotkanie w redakcji. Dojechałem do Chorzowa, dzwoni telefon. Nowe zachorowania, kolejne ograniczenia. Spora część planów wzięła w łeb.

Dumając nad tym wszystkim, co przeżywamy, pomyślałem w pewnym momencie, że – paradoksalnie – sytuacja pandemii jest darem Bożym. Nie w znaczeniu jakiegoś wielkiego oczyszczenia i zwrócenia się ku tak zwanym wartościom nieprzemijającym. Przede wszystkim nauczy nas żyć tu i teraz. Bo, niestety, często jest tak, że tęsknimy za tym, co było, przeżywamy mocno to, co będzie, tymczasem życie z całym jego pięknem i bogactwem, przechodzi koło nosa. Bo to, co najważniejsze, dające szczęście i radość, dzieje się dziś.

Kto wie, może tak bardzo żyjemy wczoraj i jutro, że potrzeba będzie bardzo dużo czasu, byśmy nauczyli się żyć dziś. I że niekoniecznie wszystko musi być zaplanowane i dopięte na ostatni guzik. Co oczywiście nie musi oznaczać życia w wiecznym bałaganie czy na przysłowiowych walizkach.

Wracając zahaczyłem o Rudę Śląską. Redaktor Macura chciał pochwalić się swoją rodzinną parafią. Dobrze, bo jest czym się chwalić. Piękna, zadbana świątynia. Z całodniową adoracją Najświętszego Sakramentu. W apsydzie prezbiterium Chrystus w mandorii, czyli aureoli w kształcie migdała, symbolizującej jego bosko-ludzką naturę, ale i płodność Jego Ciała, którym jest Kościół. Zewnętrzna bryła pokryta wykutymi w piaskowcu płaskorzeźbami świętych ojców i doktorów Kościoła, i wyrytymi fragmentami Credo. Dziś, przy powszechnym braku znajomości łaciny, ale i podstawowych elementów symboliki chrześcijańskiej, zapewne niewielu potrafi odczytać zawarte w nich przesłanie. Czy potrafili odczytać dziewiętnastowieczni mieszkańcy Rudy Śląskiej, dla których budowano tę świątynię – trudno powiedzieć. Ale można mieć wątpliwości, choć nie podzielają ich współcześni zwolennicy powrotu do łaciny. Można, gdyż faktem jest zbyt długo trwał podział na oświeconych, znających łacinę, rozumiejących symbolikę, zachwycających się detalami i lud, wyrażający swoja wiarę w śpiewie „Kto się w opiekę” i „Serdeczna Matko”. Zwłaszcza na Śląsku, gdzie nigdy nie było wiadomo, czy zjeżdżający na szychtę nie tylko wróci cały i zdrowy, ale czy nie wróci w trumnie. Może dlatego Ślązakom łatwiej przejść pandemię, bo ich życie od wieków naznaczone było niepewnością jutra.

A łacina na murach świątyni w Rudzie…? Cóż, Jezus dobrze wiedział, że mówiąc językiem uczonych w prawie do ubogich ludu nie dotrze. Podobnie święty Hieronim. Raczej celowo zrezygnował z języka elit i przełożył Pismo święte na język ludu. Bo takim jest Wulgata, nazywana czcigodnym przekładem. Mimo, iż jego nazwa nie wywodzi się od venerabilis – czcigodny, ale od vulgus – masa, tłum, publiczność, pospólstwo, a nawet kupa. Może zatem nadszedł czas, by do mijających współczesne świątynie mas, tłumu, niezbyt obeznanych w podstawowych prawdach wiary, zacząć mówić, jak misjonarze na odległych kontynentach, ich językiem. Bez obrażania się na jego styl, poziom, zasób słów. Kto wie czy nie na tym właśnie polega sukces misji. Tam najpierw poznaje się język i kulturę. Dlatego w Afryce czy na Filipinach mamy żywe chrześcijaństwo. W Europie, przeciwnie, język wiary jest muzealnym skansenem. Być może z tego właśnie powodu skansenem staje się też chrześcijaństwo. Mamy dobry czas, by nad tym popracować. Bylebyśmy zdążyli.

ks. Włodzimierz Lewandowski – „wiara.pl”

 

 

10

 

Współcześni barbarzyńcy

Broń w przeciwieństwie do żywności nie ulega przeterminowaniu. Jej niszcząca moc trwa przez dziesięciolecia i przynosi korzyści.

W czasie papieskiej podróży do Iraku mogliśmy zobaczyć na własne oczy zniszczenia dokonane przez współczesnych barbarzyńców, czyli fundamentalistów z tzw. Państwa Islamskiego. Zrównane z ziemią domy i kościoły, ludzi, którzy stracili bliskich i od lat żyją w obozach dla uchodźców. Mocno wybrzmiało też oskarżenie pod adresem wspólnoty międzynarodowej, która w jakiejś mierze przyzwoliła na tę tragedię i na długie lata zamknęła oczy na to, co działo się na tej ziemi. Historia lubi się jednak powtarzać, a świat nie wyciągnął należnej lekcji z dramatu Irakijczyków. Podobne sceny rozgrywają się teraz w Mozambiku i jakoś nie widać międzynarodowej mobilizacji, by powstrzymać trwające tam rzezie. Świat beztrosko ignoruje niebezpieczeństwo jakim jest umacnianie radykalnego islamu, który coraz mocniej rozlewa się w Afryce. Ignoruje, bo sam korzysta na tym ekonomicznie.

W Iraku w cenie były szyby naftowe. Prowincja Cabo Delgado, która jest twierdzą dżihadystów, to najbogatsza ziemia Mozambiku bogata w złoto, rubiny i inne szlachetne kamienie oraz ogromne pokłady gazu ziemnego. Ktoś grabi te ziemie, bo wie, że znajdzie kupców nie mających najmniejszych skrupułów sumienia. Pracownicy brytyjskiej organizacji pomocowej Save the Children płakali, gdy w ostatnich dniach słuchali przerażających świadectw przemocy w Mozambiku. Słyszeli o mordach nawet na dzieciach i ścinaniu głowy nawet 11-latkom. Jedna z matek widziała, jak islamiści ścinali jej syna. Nie mogła nic zrobić, bo chroniła troje pozostałych dzieci. Wieści o podobnych masakrach napływały z Mozambiku już wcześniej. Bp Luiz Fernando Lisboa alarmował, że przez trzy lata islamiści wygnali z jego diecezji leżącej w Cabo Delgado 800 tys. chrześcijan.

Jakoś nie zauważyłam, by ta tragedia trafiła na czołówki informacyjne największych mediów. Podobnie było przez lata z Irakiem. Gdy tamtejsi biskupi alarmowali o dokonującym się tam ludobójstwie, celebryci i komentatorzy od wszystkiego nawoływali, by nie przesadzać i nie nakręcać atmosfery. Tyle, że brak reakcji staje się przyzwoleniem na kolejne masakry i cierpienie setek tysięcy ludzi, którzy nie mają wystarczającej żywności, dostępu do wody pitnej i najpotrzebniejszych lekarstw.

Jest jeszcze jeden aspekt tej międzynarodowej współodpowiedzialności. Można go skonkludować pytaniem papieża Franciszka, które wracając z Iraku mówił, że chciałby wiedzieć, kto sprzedawał i kto nadal sprzedaje broń terrorystom… Wielokrotnie przypominał też, że skandalem jest wydawanie środków na zbrojenia, podczas gdy ludzie umierają z głodu. Broń w przeciwieństwie do żywności nie ulega przeterminowaniu. Jej niszcząca moc trwa przez dziesięciolecia i przynosi korzyści. Logika świata przeciw papieskiej geopolityce bliskości, czułości i braterstwa.

Beata Zajączkowska – „wiara.pl”

 

 

9

 

Moi drodzy parafianie...

Sceptyczne nastawienie

Nie dalej jak kilka dni temu zdarzyło mi się usłyszeć po raz kolejny niedzielne kazanie. Zdarzyło mi się, ponieważ, choć w miejscu, gdzie kazanie można usłyszeć, bywam celowo, to jednak bynajmniej nie w celu wysłuchania owych przemów zwanych kazaniami tam przychodzę. Istnieje bowiem kilka powodów, dla których mój i śmiem twierdzić, że nie tylko mój stosunek do kazań w polskich kościołach stał się sceptyczny.

Kazania niegdyś zwano u nas bardzo pięknie i słusznie homiliami. Homilia to tyle co `kazanie objaśniające fragment Biblii` (z greckiego homilos – tłum ludzi).

Grzmieć z ambony

Homilie wygłaszano więc NA TEMAT Ewangelii i w odniesieniu do niej. Mało tego, księża „wygrzmiewali” je dla tłumu i do tłumu, jak samo pochodzenie słowa homilia wskazuje. Były więc homilie niezbędnym dla laików komentarzem do tekstów świętych, powstałych przecież w innych niż nasze czasach i odmiennej zgoła kulturze. Ludy Bliskiego Wschodu, które wycisnęły swoje piętno na całej przecież Biblii, mają specyficzny sposób przedstawiania abstrakcyjnych pojęć za pomocą słów. I tak na przykład to, co my nazywamy sercem, duszą - w sensie siedliska ludzkich uczuć - bliskowschodnie ludy semickie określają jako nerki. To, co my nazwalibyśmy wielością, mnóstwem, przybiera u nich postać konkretnej liczby, której nie należy rozumieć dosłownie (sto czterdzieści cztery tysiące opieczętowanych w Księdze Apokalipsy oznacza całe rzesze zbawionych, a nie tylko nielicznych, rzec by można „ponumerowanych” świętych).

Istotne szczegóły

Takich perełek w Biblii jest mnóstwo. Nie brakuje też tekstów, które czytane w czasie Mszy dla wielu mogą być niezrozumiałe, jeśli wygłaszający kazanie nie przedstawi ich kulturowej czy tekstowej otoczki, jeśli nie wyjaśni szeregu elementów „dookolnych” przy tym tekście się pojawiających. Na przykład mało kto wie, że w przypowieści o Samarytance przy studni bardzo istotne dla jej zrozumienia jest to że spotkanie kobiety z kimkolwiek a tym bardziej z Jezusem było czymś wyjątkowym ponieważ szła ona do studni o „godzinie szóstej”, która według naszej rachuby czasu jest godziną dwunastą w południe. O tej porze panuje ogromny skwar i kobiety nie zwykły chodzić w tym czasie po wodę. Samarytanka jako przedstawicielka plemienia znienawidzonego przez żydów musiała iść więc do studni wtedy, kiedy była pewna, że nikogo nie spotka. Taką odrzuconą samarytankę spotyka Chrystus i nie gardzi nią, ale szanuje jej godność. Jeśli zostawić fragment o godzinie spotkania bez komentarza, cała przypowieść będzie wtedy dużo uboższa.

A co znaczy być bliżej Boga?

U nas niestety, zamiast wyjaśniać, zaczęto po prostu kazać, mówić, czego w świetle prawa Bożego czy kościelnego robić nie należy, a co trzeba. I wszystko byłoby w najlepszym porządku, gdyby nie jeden prosty, lecz jakże rzadko zauważany fakt – już dawno nikt nie mówi nam, dlaczego biblijnych i kościelnych zaleceń należy przestrzegać. Co najwyżej padają z ambony takie argumenty: Trzeba stawać się dobrym, by być bliżej Boga lub też nie grzeszyć, bo to od Boga oddala.

Kiedy jednak ostatnio ktoś z każących, a czasem może i karzących (parafian za zbytnią religijną opieszałość) powiedział nam, co znaczy być bliżej Boga, czym jest grzech?

Świat jest konkretny

Gdyby zrobić wśród ludzi wychodzących z kościołów sondaż na temat tego, co w ich sposobie myślenia zmieniło usłyszane przed chwilą kazanie, wyniki mogłyby unieszczęśliwić niejednego kaznodzieję. Wiele kazań bowiem w polskich kościołach jest ładnych, okrąglutkich, stylistycznie dopracowanych, ale niewyobrażalnie wręcz ogólnych. Tymczasem świat, który nas otacza, jest konkretny, więc Bóg, który, jak wierzą chrześcijanie, świat stworzył, może być co najwyżej niewyobrażalny, ogólny zaś na pewno nie jest. Kiedy więc słyszymy w kościele, że grzech oddala od tegoż Boga, warto byłoby przypomnieć parafianom, czym ten grzech jest i co oznacza to oddalenie od Boga, które ów grzech ma swej definicji.

Nawet w tekście religijnym, jakim jest kazanie, może warto też czasem użyć określenia zło zamiast zużytego grzech. Warto przedstawić psychologiczne skutki popełniania zła przez człowieka, takie jak utrudnienie nawiązywania relacji z innymi, utrata szacunku do samego siebie itd. Jeśli oddalamy się od bliźnich i od samych siebie, jesteśmy dalej również od absolutu, który jest dobrocią.

Słowem nie wspomnieć o Ewangelii...

To są namacalne skutki zła, które dużo bardziej bolą niż abstrakcyjne oddalenie się od Boga, które już teraz w świadomości wielu wiernych nic nie znaczy. Wszak każdy kapłan podstawową wiedzę psychologiczną posiada, a połączenie jej ze wskazówkami moralnymi zaiste mogłoby przynieść lepsze skutki niż ogólne napominanie.

Bardzo cenię sobie natomiast kazania, w których księża nie stronią od przedstawiania własnych doświadczeń religijnych, ale robią to w sposób umiejętny. Na tyle szczegółowo, by uświadomić wiernym, co znaczy być blisko Boga i jaką radością może być obcowanie z Nim, i na tyle ogólnie, by nie obnażać się zbytnio przed – było nie było - obcymi sobie osobami.

Gdy słucha się kazań wygłaszanych w czasie rozmaitych uroczystości nie mających odzwierciedlenia w czytaniach z danej niedzieli, nasuwa się jeszcze jedno pytanie: Dlaczego tak często księża, mówiąc o uroczystości, słowem nie wspomną o tym, co kilka minut wcześniej czytają w Ewangelii. Parafianie pozostają z niedosytem, niezrozumieniem biblijnego tekstu, a z kościoła wychodzą z przeświadczeniem, że najważniejsze są imieniny lub kolejny jubileusz pracy duszpasterskiej księdza proboszcza (z całym szacunkiem dla tegoż), a nie zrozumienie i wprowadzenie w życie tego, co ów ksiądz i nie tylko on nazywa Słowem Bożym. Rzecz jasna, uroczystość jest ważna, ale czy nie lepiej czyjeś zasługi lub jakąś uroczystość omówić podczas tak zwanych ogłoszeń parafialnych? Może byłyby one wtedy bardziej lubiane i chętniej słuchane, a Ewangelia odzyskałaby w sercu i umyśle wiernych należne jej miejsce.

DLA wszystkich ludzi

Nie przeczę, jest wiele pięknych i wartościowych kazań, stanowczo jednak za mało, skoro po to, by usłyszeć wyjaśnienie tego, czego się nie rozumie w Biblii, trzeba się udawać do znanych parafii w dużych miastach.

Niech kazanie więc nazywa się kazaniem, ale też niech będzie homilią, o Bogu i ludziach oraz DLA wszystkich ludzi, którzy są w kościele – dla babć z laseczką, które nie czytują biblijnych egzegez i naukowych książek, dla zmęczonych po ciężkim dniu, którzy mimo wszystko coś ze słów czytanych na mszy chcieliby zrozumieć, dla wierzących, którzy przyszli z potrzeby serca, a może i umysłu, a nawet... dla niewierzących, którzy znaleźli się tam może przypadkiem, a może zupełnie celowo. Drodzy parafianie może wtedy nie tylko będą słyszeć, ale też zaczną słuchać.

Agnieszka Jankowska – „katolik.pl”

 

 

11

 

Postawić Boga na pierwszym miejscu

Jaki jest przepis na udane życie? Bardzo prosty. Wystarczy postawić Boga na pierwszym miejscu. To życiowe credo Wojciecha Modesta Amaro, najbardziej znanego na świecie polskiego kucharza.

Popularność zdobył jako juror i gospodarz telewizyjnych programów kulinarnych. Uwielbiali go i młodzi, i starsi. Wciąż ma spore grono fanów. Kilka lat temu, ku zaskoczeniu telewidzów i znajomych, Amaro przestał pokazywać się, jak wielu celebrytów, na tzw. ściankach. Wyznał, że gdy znalazł się na szczycie, poczuł pustkę i doszedł do wniosku, że musi zmienić swoje życie. Udało mu się, bo zrozumiał, że musi powrócić do Boga.

Pierwszy raz porzucił Boga

Wojciech Modest Amaro urodził się 48 lat temu w Sosnowcu. W religijnej rodzinie. Zaraz po I Komunii Świętej został ministrantem. Choć myślał o szkole gastronomicznej, to za namową rodziców ukończył technikum elektroniczne. Potem rozpoczął studia na politologii. Ale miłość do gotowania miał w sobie od zawsze. Jako młody chłopak wyjechał do Londynu. I tam na poważnie zajął się działalnością w branży gastronomicznej. Podstępem dostał się do znanej restauracji Cafe Montpeliano. Wpisał sobie w CV kwalifikacje, których… nie miał. Podczas rozmowy z szefem kuchni przyznał się jednak do kłamstwa. Tak bardzo zależało mu na pracy. A gdy dostał szansę, harował po kilkanaście godzin dziennie. Jego talent docenili znani za granicą szefowie kuchni.

U kilku z nich praktykował. Wyznaje, że w tym właśnie okresie pierwszy raz porzucił Boga. A dokładnie rzecz ujmując „przestał rozwijać swoją wiarę”. Pochłonęło go życie i – jak mówi – pogoń za zdobywaniem szczęścia swoimi metodami. W kościele bywał coraz rzadziej. Bardzo rzadko przystępował do sakramentu spowiedzi świętej. Jednak we własnym mniemaniu nadal był osobą wierzącą. Dopiero po latach zrozumiał coś, co jest trudne do zaakceptowania nawet przez praktykujących katolików. To mianowicie, że wiara rodzi się z poznawania Słowa Bożego, z otwarcia na to Słowo, życia według tego Słowa, z chęci rozwijania daru wiary wbrew logicznym, ludzkim, ziemskim sposobom rozumowania.

„On zaczął działać i przemieniać moje życie”

Po powrocie do Polski w 2003 r. Wojciech Modest Amaro był z Kościołem jeszcze bardziej na bakier. Jego zawodowy kalendarz był wypełniony po brzegi. Nie było w nim miejsca na praktykowanie wiary. Wraz z wyróżnieniami za „wybitny talent gastronomiczny” przyszły sukcesy – otworzył własną restaurację. Posypały się propozycje z telewizji. Dzięki programom, takim jak „Top Chef” i „Hell’s Kitchen. Piekielna kuchnia”, zyskał ogromną popularność. Nie miał jeszcze czterdziestki, gdy jego restauracja otrzymała prestiżowe wyróżnienie – tzw. gwiazdkę przyznawaną dla najlepszych restauracji przez liczący się w świecie przewodnik kulinarny Michelin.

W wywiadach Wojciech Amaro często przyznaje, że był to bardzo pracowity okres w jego życiu. Miał popularność, pieniądze. Wydawało się, że osiągnął wszystko, o czym marzył. Jednak czuł wewnętrzny niepokój, pustkę. A w pewnym momencie – jak twierdzi – w jego sercu pojawił się krzyk rozpaczy i pytanie: „Co dalej?”. Zastanawiał się wraz z żoną, co miałoby być tym następnym krokiem, celem, motywem działania, sensem życia? Nie umiał sam sobie odpowiedzieć na te pytania. I wtedy zrozumiał, że po odpowiedź musi zwrócić się do Boga. – Potem już On zaczął działać i przemieniać moje życie. Wtedy zrozumiałem, że Bóg to nie „Ten” z wysoka, niedostępny, tylko ktoś najbliższy. Zrozumiałem, że gdy stawia się Boga na pierwszym miejscu, wszystko inne trafia na właściwe tory – opowiada Wojciech Modest Amaro.

Odwaga postawienia Jezusa na pierwszym miejscu

Zapytany o to, jak w praktyce objawia się jego nawrócenie zaznacza, że po prostu zrozumiał, jak ważny jest szacunek do drugiego człowieka, czas poświęcony najbliższym, serdeczność, rozmowa. Przyznaje, że wcześniej nawet nie przypuszczał, że przepis na udane życie jest bardzo prosty. – Na pierwszym miejscu Bóg, a na drugim miejscu to, do czego jesteśmy powołani, czyli kapłaństwo albo małżeństwo i rodzina. Reszta wynika z tych dwóch najważniejszych punktów – dodaje. Podkreśla też, że odwaga postawienia Jezusa na pierwszym miejscu daje w konsekwencji ogromną moc w podejmowanych przez nas działaniach. – Jeśli tylko otworzymy swoje życie na Boga, łaska jest w stanie wszystkie te trudne sprawy poukładać – zaznacza.

Ludzie, którzy go znają, dostrzegają, że się zmienił. Ma inne spojrzenie, inny uśmiech, inny błysk w oku, inaczej podchodzi do wielu spraw. Uważa, że skoro – jak mówi – dostał nowe życie, powinien dawać świadectwo. Bo to – w jego opinii – najlepsza postawa. Dawanie świadectwa swoim życiem, nie tylko wytykanie innym błędów, krytykowanie ich, potępianie, wyszydzanie, hejt. Jak to robić? Odpowiada, że „wystarczy wnosić w każdą przestrzeń życia Boga i Jego naukę, dawać wzór, zarażać wiarą, rozpalać innych i wykorzystywać otrzymane talenty, dary, charyzmaty”. – Myślę, że jestem najlepszym przykładem na to, że można się zmienić, poukładać swoje życie, zrezygnować z wielu rzeczy dla Boga i być szczęśliwym, mieć pokój w sercu. Tak jak ja teraz – dodaje.

„Nowe Życie Polska”

On sam otrzymane przez Boga dary i talenty wykorzystuje m.in. w działalności charytatywnej. Z jego inicjatywy powstała Fundacja „Nowe Życie Polska”, dzięki której chce pomagać młodzieży. Głównie tej, która z powodu różnych sytuacji i zakrętów życiowych nie jest w stanie rozwinąć swojego talentu i zrealizować powołania. Wojciech Modest Amaro ma przyjaciół w różnym wieku. Są wśród nich także ludzie sporo od niego młodsi. Fanklub słynnego restauratora jest również w Krakowie.

Agata Krupa, tegoroczna licealistka, wyznaje, że razem z przyjaciółmi oglądają w internecie filmiki, w których wykłada swoje życiowe credo i potem dyskutują na ten temat. Okazuje się, że jego punkt widzenia na życie, rodzinę, wiarę podziela wielu licealistów. Sam Amaro przyznaje, że bardzo chętnie rozmawia z młodymi ludźmi i dochodzi do wniosku, że często są „polokowani” i rozgrzeszają się ze wszystkiego, co robią. Znajdują winnego u wszystkich, tylko nie u siebie. – Ja im wtedy mówię: „I tak staniesz kiedyś przed Bogiem, On wszystko wie”. Przed Bogiem staniemy w nagiej prawdzie, jacy byliśmy. To dotarcie do siebie i stanięcie w prawdzie to też podziękowanie za wszystkie złe wydarzenia.

My często wściekamy się, kiedy nam coś nie wyjdzie, bo chcemy wszystko po swojemu, tu i teraz, a czasem, kiedy coś nie wychodzi to dlatego, że Bóg ma dla nas coś lepszego – wyjaśnia swój punkt widzenia na sprawy wiary. Młodzi ludzie często pytają go, dlaczego zrezygnował z występów w popularnym programie telewizyjnym. Odpowiada, że ten akurat program „stał w sprzeczności z jego sumieniem”. Tym swoim fanom, którzy ubolewają, że zrezygnował z celebryckiego życia zwraca uwagę, że „nawet jedzenie może stać się bożkiem, bo życie bez Boga sprawia, że człowiek łatwo angażuje się w każde zło”. Przestrzega ich również przed idealizowaniem celebrytów. Z własnego doświadczenia wie, że szefom kuchni, którzy osiągnęli sukces i stali się rozpoznawalni, łatwo wejść w rolę „kapłańską” czy idola, który wszystko wie i wszystko umie. Tymczasem, przestrzega młodych, czym innym jest budowanie autorytetu ciężką pracą, a czym innym tworzenie, często nieprawdziwego, wizerunku człowieka sukcesu za pośrednictwem mediów.

Grażyna Starzak - Don Bosco

 

 

 

Święci i błogosławieni w tygodniu

21 marca - św. Mikołaj z Flue, pustelnik
21 marca - św. Benedykta od Bożej Opatrzności Cambiagio Frassinello
22 marca - św. Zachariasz, papież
23 marca - św. Turybiusz z Mongrovejo, biskup
23 marca - św. Józef Oriol, prezbiter
23 marca - bł. Metody Dominik Trćka, prezbiter i męczennik
23 marca - św. Rafka, dziewica
24 marca - św. Katarzyna Szwedzka, zakonnica
24 marca - św. Oskar Romero, biskup i męczennik
25 marca - Zwiastowanie Pańskie
25 marca - św. Prokop, prezbiter
25 marca - bł. Jozafata Michalina Hordaszewska, dziewica
26 marca - św. Dobry Łotr (Dyzma)
26 marca - bł. Tomasz z Costacciaro
26 marca - św. Ludger, biskup
26 marca - św. Braulion, biskup
27 marca - św. Ernest, opat i męczennik
27 marca - św. Rupert, biskup
28 marca - bł. Joanna Maria de Maille, wdowa

28 marca - św. Guntram, król

 

 

 

NIEDZIELNA EUCHARYSTIA – 6.30, 8.00, 9.30 – dla młodzieży, 11.00 – rodzinna, z dziećmi, 12.30, 16.00, 19.00, poniedziałek - sobota – 7.00, 7.30, 18.00.

Kancelaria (tel. 126452342) czynna:

(oprócz I piątku i świąt): godz. 8-9 i 16-17.15 (oprócz sobót)

Redakcja „Wzgórza w Blasku Miłosierdzia”: Władysław Wyka - red. nacz.,

Wydaje: Parafialny Oddział Akcji Katolickiej nr 1 Archidiecezji Krakowskiej

- Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach 1a,

Nr k. bank – 08 1240 2294 1111 0000 3723 9378, tel.; 0-12-645-23-42.

NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:

strona internetowa parafii: www.wzgorza.diecezja.krakow.pl

oraz milosirdzia-parafia.pl - PO Akcji Katolickiej

adres parafii: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.,

strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl

adres gazetki:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.