WZGÓRZA

W BLASKU MIŁOSIERDZIA

 

10/806                   -         28 lutego 2021 r. B.

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA „WZGÓRZA W BLASKU MIŁOSIERDZIA”

„Błogosławieni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią”

                                                              

1

 

 

28 lutego 2021 r.

II Niedziela Wielkiego Postu

 

 

Pielgrzymując na ziemi uczestniczymy w życiu wiecznym

           

5

 

 

Mk 9, 2-10

Słowa Ewangelii według Świętego Marka

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką. Tam się przemienił wobec nich. Jego odzienie stało się lśniąco białe, tak jak żaden na ziemi folusznik wybielić nie zdoła. I ukazał się im Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem.

Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: «Rabbi, dobrze, że tu jesteśmy; postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza». Nie wiedział bowiem, co powiedzieć, tak byli przestraszeni.

I zjawił się obłok, osłaniający ich, a z obłoku odezwał się głos: «To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie!» I zaraz potem, gdy się rozejrzeli, nikogo już nie widzieli przy sobie, tylko samego Jezusa.

A gdy schodzili z góry, przykazał im, aby nikomu nie rozpowiadali o tym, co widzieli, zanim Syn Człowieczy nie powstanie z martwych. Zachowali to polecenie, rozprawiając tylko między sobą, co znaczy „powstać z martwych”.

 

 

8

 

 

II niedziela Wielkiego Postu roku B...

Zaufanie Bogu to czasem zgoda na przekreślenie wszystkich swoich nadziei. Prócz jednej: życia wiecznego. A skoro sam Bóg dla naszego zbawienia przyszedł na ziemię jako zwyczajny człowiek, skoro żył wśród normalnych ludzi, skoro dał się ukrzyżować i dopiero potem zmartwychwstał - i nie kłuł tym swoich przeciwników w oczy - to czy nie wart jest naszego zaufania?

Wielu z nas pragnie stać się kimś innym; stosuje specjalne diety i ćwiczenia, by mieć taką sylwetkę jak ten sławny piłkarz, kupuje coraz to lepsze kremy, by mieć cerę tak nieskazitelną jak ta najpiękniejsza aktorka… wszystko po to by nie pokazać kim się jest na prawdę. Wciąż udajemy kogoś innego, wciąż jesteśmy niezadowoleni, że nasze życie nie jest takie idealne, że nam się nie udało.

Bóg dostrzegł te zabiegi człowieka, dlatego przez Kościół daje mu trzy specjalne narzędzia: post, modlitwę i jałmużnę. Modlitwę po to, byśmy pojęli sercem, że celem naszego życia jest Bóg, który zakochał się w człowieku.

Jałmużnę po to, byśmy na drodze swego życia dostrzegli i pokochali innych wędrowców w drodze do Ojca. Post po to, byśmy za płaszczem przyzwyczajeń i nałogów, za stertą masek jakie zakładamy przed ludźmi i przed sobą, zobaczyli jacy jesteśmy naprawdę.

Przepraszajmy naszego Ojca, który jest w niebie za to, że nie potrafimy zakochać się w sobie tak jak On zakochał się w nas.

 

 

9

 

 

W dzisiejszym numerze:
- Przesilenie
- Szukanie Boga
- Duszpasterstwo limitowane
- Adam Żak SJ: Kościół, który się nie oczyszcza, przestaje ewangelizować
- Adam Szustak OP: nie unikaj odpowiedzialności         
- Jak będzie wyglądała Wielkanoc 2021? Pierwsze komentarze ministra zdrowia
- Nawrócenie tego lekarza-noblisty zadziwia do dzisiaj! A wszystko zaczęło się w Lourdes…
- Święci i błogosławieni w tygodniu
 
 
 
 
3

 

Przesilenie

Intrygujące jest to, że większość cudów – tych najbardziej spektakularnych działań Jezusa opisanych przez ewangelistę Marka – miała miejsce przed wydarzeniem nazywanym przemienieniem Pańskim. Dokładnie jest ich szesnaście, nie licząc wzmianki o napływie ludu i licznych innych uzdrowieniach. Po przemienieniu Pańskim Jezus dokonał tylko dwóch cudów. Czyżby przemienienie było swoistym apogeum, przesileniem, punktem zwrotnym w działalności Jezusa?

Przyjęło się, że przemienienie, zwłaszcza opisane w Ewangelii Markowej, jest przełomowe dla ujawnienia sekretu mesjańskiego. Sekretu Jezusa. Zapowiedź męki Jezusa przed przemienieniem pojawia się raz. Po przemienieniu – dwa razy. Jezus wspina się na Górę Przemienienia, by rozbłysnąć pełnią blasku. Osiąga szczyt swoich możliwości, sukces mierzony liczbą uzdrowień, przemierzonych dróg, wygłoszonych mów, namalowanych słowami przypowieści. Zgromadził uczniów, ustanowił następców. Przeprowadził dziesiątki dysput. Na trwałe zapisał się w historii.

Teraz już tylko będzie schodził. Będzie kontynuował tę odwieczną wędrówkę zstępowania. W człowieczeństwo. W jego odmęty, słabość, małość. Kenosis – „istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stał się podobnym do ludzi”.

Przesilenie. Coś, przez co przechodzimy wielokrotnie. Pierwsze, gdy wyszliśmy z łona matki, potem odstawienie od piersi, pierwsze doświadczenia opuszczenia, wyjście z domu, dojrzewanie, start w dorosłość, rodzina, dzieci. Są to przesilenia ku życiu, ku sile, ku nowości. One pociągają, fascynują, choć przeżywanie ich nie odbywa się bez lęku. Są chciane. Ale jest też przesilenie ku słabości, ku utracie, ku przemijaniu. Przesilenie niechciane, choć nieuniknione. Można się na nie złościć lub można się na nie godzić. Strategie są różne. Jest to przesilenie ku człowieczeństwu, którego integralną częścią jest słabość, kruchość, przemijanie, śmierć. Czy jest to tylko przesilenie ku słabości? Jeśli nie ma na nie zgody, to ku słabości – nawet jeśli zaprzeczenie i złość buzują. Koniec końców wypalają. Jeśli jest przyjmowane ze zgodą, daje nowe spojrzenie, rozumienie i przeżycie. „Moc w słabości się doskonali”.

Tomasz Golonka OP

- ur. 1965, dominikanin, przeor, proboszcz parafii pw. Przemienienia Pańskiego w Katowicach.

 

 

2

 

Szukanie Boga

Poświęciliśmy czas, przeczytaliśmy masę książek, ćwiczyliśmy różne postawy i oddech, zaliczyliśmy kilkanaście rekolekcji o życiu duchowym, śledzimy znanych rekolekcjonistów, byliśmy na spotkaniach wszystkich możliwych grup modlitewnych, „obwąchaliśmy” wielu znanych i cenionych spowiedników, i… nic. Pan Bóg dalej nie daje się chwycić za nogi. Nic nie czujemy.

W jednej ze swoich książek Tomasz Merton przytacza dialog między opatem trapistów z Getsemani i kandydatem na mnicha:

Opat: Dlaczego chcesz zostać mnichem?

Kandydat: Bo chcę nauczyć się modlitwy.

Opat: Modlitwy można nauczyć się żyjąc w świecie. Idź z Bogiem.

Po roku kandydat wraca

Opat: Dlaczego chcesz zostać mnichem?

Kandydat: Bo chcę być święty.

Opat: Świętym można zostać żyjąc w świecie. Idź z Bogiem.

Kandydat nie daje za wygraną. Po kolejnym roku znów wrócił.

Opat: Dlaczego chcesz zostać mnichem?

Kandydat: Bo szukam Boga.

Opat: Możesz zostać.

Ta historia ma w sobie coś z zalecanego przez świętego Benedykta poddawania kandydata próbie, badania intencji. Ale też ma w sobie coś więcej. Oddaje nastawienie, oczekiwania, pragnienia, jakie często żywią współcześni. Nie tylko kandydaci na mnichów. Także chcący rozwinąć i pogłębić swoje życie duchowe. Cóż takiego niebezpiecznego jest w owym nastawieniu?

Po chwili namysłu łatwo zauważyć, że w centrum zainteresowania kandydata, prawdopodobnie człowieka młodego, na początku drogi było JA. Opat, człowiek doświadczony, musiał to nastawienie zauważyć bez stawiania dodatkowych pytań. Chcę się rozwinąć, stać doskonalszym, bardziej wrażliwym, świętym, być może znaleźć sposób na realizację samego siebie, odkryć moje prawdziwe JA. Odosobniony przypadek?

Raczej jeden z wielu. Klasycznym przykładem egocentrycznych oczekiwań w życiu duchowym jest użalanie się nad sobą w sytuacjach, gdy „nie czujemy Boga”. Poświęciliśmy czas, przeczytaliśmy masę książek, ćwiczyliśmy różne postawy i oddech, zaliczyliśmy kilkanaście rekolekcji o życiu duchowym, śledzimy znanych rekolekcjonistów, byliśmy na spotkaniach wszystkich możliwych grup modlitewnych, „obwąchaliśmy” wielu znanych i cenionych spowiedników, i… nic. Pan Bóg dalej nie daje się chwycić za nogi. Nic nie czujemy.

Oczywiście te oczekiwania nie wzięły się znikąd. Wspomniany na początku Tomasz Merton cytuje w książce o takim samym tytule jak niniejszy tekst, świętego Bernarda z Clairvaux. Ten życie kontemplacyjne mnichów opisuje za pomocą trzech pojęć: liturgia (we wspólnocie), psalmodia (we wspólnocie), lectio divina (także we wspólnocie). Jeśli dodamy świętego Benedykta, pozwalającego mnichowi modlić się prywatnie tak długo, na ile zezwoli opat, cała nasza wizja kontemplacji i duchowych wyżyn wywraca się do góry nogami. Gdzie miejsce na godziny, spędzone w samotności przed Bogiem. Gdzie wizje, uniesienia, mistyczne doświadczenia, a jeśli nie – przynajmniej czucie Jego obecności?

Warto ten wywód przerwać na moment i zastanowić się dlaczego w ciągu ostatnich stuleci zmieniły się oczekiwania, jakie przeciętny chrześcijanin, spragniony przyjaźni z Bogiem, wiąże z życiem modlitwy. Jakie zostały uruchomione procesy, skutkiem których dziś mało kto wiąże kontemplację z liturgią, doświadczenie Boga z sakramentami, wspólnotę z Bogiem z modlitwą chórową, rozeznanie z lectio divina.

Schyłek średniowiecza naznaczyły dwa nurty. Jeden związany był z wypracowaną teologią stanów doskonałości. Najwyżej stali mnisi, niżej biskupi i duchowieństwo diecezjalne, na samym dole żyjący w świecie świeccy. Tych stopniowo odsuwano. Z otaczających ołtarz („circumstantes” w Kanonie Rzymskim), stali się obserwatorami. Oddzielonymi balustradą i coraz częściej, z racji ich niedoskonałości i niegodności, pozbawianymi nie tylko należnych im w zgromadzeniu liturgicznym funkcji, ale i częstej Komunii świętej. Mszy się słuchało. Z czasem, by obecność na niej zaliczyć, wystarczyło wejść do świątyni na „ostatni dzwonek”, czyli na dźwięk sygnaturki, oznajmiającej, że w środku śpiewają „Święty” i za chwile będzie przeistoczenie.

Jednak życie nie znosi pustki. Braki zaczęły wypełniać prywatne objawienia, pisma mistyków (Tomasz a’Kempis, Obłok niewiedzy, św. Katarzyna Sieneńska, bł. Henryk Suzo, Mistrz Eckhart…) i nabożeństwa ludowe. Dziś śmiało możemy pokusić się o tezę, że o ile duchowość pierwszego tysiąclecia kształtowały liturgia i katechezy mistagogiczne, to duchowość drugiego tysiąclecia ukształtowały pisma mistyków i objawienia prywatne. Stąd już tylko krok do traktowania mistyki, życia duchowego, kontemplacji, jako czegoś bardzo osobistego, przeżywanego w samotności, w dodatku kapitalnie wpisującego się we współczesne trendy szukania samego siebie czy samorealizacji. Jeśli do tego dołączymy brak wypracowanej i spopularyzowanej duchowości liturgicznej (na co bardzo mocno kładzie nacisk Benedykt XVI), sytuacja, w której nacisk kładzie się na indywidualne „czucie Boga”, a nie na rzeczywistą, obiektywną Obecność w sakramencie ołtarza i w zgromadzonej wspólnocie, przestaje dziwić.

Na tę ostatnią bardzo mocno kładli nacisk prekursorzy odnowy liturgicznej w Kościele. Ś.p. profesor Stefan Świeżawski, pytany o zaangażowanie w przedwojennym Odrodzeniu i płynące zeń korzyści, wspominał ojca Jacka Woronieckiego OP. Nauczył nas – pisał profesor – odróżniania tego, co w życiu duchowym jest subiektywne, od rzeczywistości obiektywnej. A tą jest Msza święta, sakramenty Kościoła. Tu, bez względu na samopoczucie, indywidualne doznania, stan świadomości, w sposób prawdziwy i rzeczywisty jest i działa Pan Bóg.

Czytając profesora stają przed oczami dialogi starożytnych mnichów. Na pytanie co jest lepsze: praca czy widzenie, odpowiedź była zawsze tak samo jednoznaczna. Praca. Bo widzenie często pochodzi od szatana, praca zaś zawsze pochodzi od Boga. Co wcale nie musiało oznaczać oderwanego od Boga aktywizmu. Mnisi byli mistrzami jeśli chodzi o pracę w Bożej obecności, ale też byli bardzo nieufni w kwestii objawień prywatnych.

Wróćmy do kandydata na mnicha w opactwie Getsemami. Szukam Boga. Odpowiadając na jego pragnienie klasztor zaproponuje mu liturgię, psalmodię, lectio divina. Te wypełnią każdego dnia siedem godzin życia mnicha. Kolejne siedem zajmie praca, na koniec zostanie siedem godzin snu. Trzy pozostałe przeznaczone będą na rekreację i przejścia między zajęciami. W liturgii, psalmodii i lectio divina mnich odnajdzie Boga. Zasmakuje radości Niebieskiego Jeruzalem.

Uciekających w samotne doświadczenia, wybierających zamiast Mszy świętej łono natury, próbujących różnych „technik”, bo tam „czują Boga”, wokół nas coraz więcej. Słuchając ich trudno nie podzielać wątpliwości starożytnych mnichów. Jaką masz pewność, pytamy, że „diabeł nie robi cię w konia”, grając na twoich emocjach, ambicji, wmawiając, że są to szczególne i niepowtarzalne doświadczenia duchowe, tylko po to, by odsunąć od źródła „wody żywej”. Prawdziwej i rzeczywistej Obecności.

A że czasem kościół brzydki, babki zawodzą, śpiewy nie takie, ksiądz coś bez sensu mamrocze… Cóż, jak mawiał stary prałat: kto nie nauczy się modlić we wspólnocie liturgią ziemską, do nieba się nie nadaje. Bo tam nie będzie żadnej modlitwy prywatnej. Tam będzie tylko modlitwa wspólna. Jednym głosem śpiewać będziemy: Godzien jesteś…

ks. Włodzimierz Lewandowski – „wiara.pl”

 

 

11

 

Duszpasterstwo limitowane

Dziś problemem nie jest brak wizji. Największą przeszkodą są przyzwyczajenia, nawyki, zwyczaje. Tak było…

Pandemia ma się nieźle i nie ma najmniejszego zamiaru pofolgować. Jej skutki, nie tylko w gospodarce, także w duszpasterstwie widać gołym okiem. Dlatego o tłumach na rekolekcjach i kolejkach do konfesjonałów możemy zapomnieć. I pogodzić się z tym, że wiele inicjatyw trzeba będzie zacząć od nowa. Co robić? Zwłaszcza w parafiach, mających do dyspozycji małą świątynię. W Skrzynkach, gdzie jestem proboszczem, do kościoła może wejść trzynaście osób. Na rekolekcje i spowiedź przychodziło, w zależności od roku, od trzystu do pięciuset nawet osób. Chcąc dać szansę wszystkim przez zwiększenie ilości Mszy świętych wychodzi, że trzeba je będzie odprawiać od siódmej do dwudziestej, co godzinę. Czyli trzynaście. Przy okazji pytanie co zrobić z właścicielami działek rekreacyjnych, którzy prawdopodobnie zjawią się przed Niedzielą Palmową i pewnie też będą chcieli skorzystać z sakramentu pojednania. Odesłać z kwitkiem?

Myślę, że nie są to wyłącznie moje dylematy. Ale też jestem przekonany, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Bo, jak twierdzi święty Paweł, „miłującym Boga wszystko pomaga ku dobremu”. Dwa przykłady.

Od lat narzekamy, że większość spowiedzi jest źle przygotowana, a penitenci, zdarza się, bezmyślnie powtarzają grzechy wyuczone na pamięć przed pierwszą Komunią świętą. Oczywiście możemy zastanawiać się na ile winę ponoszą oni, a na ile dotychczasowa praktyka duszpasterska. Preferowana przez Kościół praktyka celebracji sakramentu w pierwszej formie, czyli nabożeństwo pokutne z indywidualną spowiedzią, ciągle jest rzadkością. A bywa i tak, że rekolekcjonista mówi o spowiedzi, gdy wszyscy są już po. Czyli przysłowiowa musztarda po obiedzie. Jeśli dodać kilometrowe kolejki i przysypiających ze zmęczenia spowiedników, z tegoż samego powodu nie zwracających uwagi na przygotowanie penitenta, nie możemy dziwić się, że ze spowiedzią jest jak z naszym duszpasterstwem.

Wspomnieniem o przysypiającym ze zmęczenia spowiedniku zbulwersowałem kiedyś czytelników i pod tekstem posypały się pełne emocji komentarze. Cóż, świętemu Pawłowi też zdarzyło się mówić tak długo, że jeden ze słuchaczy przysnął i wypadł z okna, a księdzu Blachnickiemu zasnąć na własnym kazaniu. Spowiednik też człowiek. Łaska – jak twierdzi święty Tomasz z Akwinu – nie znosi natury. Jeden z moderatorów Ruchu Światło-Życie mówił, że współpracuje z naturą wyspaną i najedzoną. Co młodzi przekręcali twierdząc, że natura ma być naspana i wyjedzona. Dlatego siedzącemu w konfesjonale długie godziny spowiednikowi nie ma się co dziwić. Też człowiek. Co tak chętnie podkreślamy przy wielu innych okazjach.

Nie będzie zatem przesadą gdy powiemy, że pandemia jest dobrą okazją, by nad spowiedzią popracować. Codzienne dyżury, rozłożony na ławkach rachunek sumienia, brak pośpiechu, cisza świątyni, w homilii refleksja jak budować życie na Chrystusie… To jest szansa. Okazja, jaka może się nie powtórzyć. Dlatego osobiście nie tęsknię za starą formą rekolekcji z tłumami przy konfesjonale. Gdzie jakakolwiek próba indywidualnego potraktowania kończy się podejrzeniem, że musiał/a mieć wiele ciężkich grzechów, skoro ksiądz trzyma go/ją tak długo. Tymczasem nie ciężkość materii miała wpływ na długość, ale dobre przygotowanie, które trudno było zlekceważyć.

Podobnie z przygotowaniem do bierzmowania. Znów odwołam się do problemów małej parafii. Trzydziestu kandydatów. W kościele może być trzynastu gdy sprawowana jest liturgia. Poza nią pięciu. To może celebracje Słowa Bożego. W trzech grupach. Będące doświadczeniem Jezusa, żyjącego w Kościele i katechezą w pełnym tego słowa znaczeniu. Bo ta w swej strukturze ma intronizację Pisma świętego, czytania i śpiewy, pouczenia i modlitwy wstawiennicze, świadectwa i błogosławieństwo. Pomocy nie brakuje. A jeśli cokolwiek jest brakiem to brak pomocników. Bo samotny proboszcz takiej celebracji sam nie poprowadzi. Jest więc taka katecheza szansą dla parafii, ale i dla różnej maści ruchów ewangelizacyjnych, póki co specjalizujących się w organizowaniu różnego rodzaju marszów i eventów. Cóż, takie zaangażowanie wymaga pewnych wyrzeczeń, systematyczności, dotarcia i współpracy obliczonej na dłuższy czas. Wiele parafii z takiej pomocy chętnie skorzysta. Czy wykorzystają szansę członkowie ruchów odnowy?

Nie tylko oni. Trzeba bowiem zdać sobie sprawę, że dziś problemem nie jest brak wizji. Największą przeszkodą są przyzwyczajenia, nawyki, zwyczaje. Tak było… W konsekwencji czekanie na powrót tego, co było. Ale to nie wróci. Tymczasem Pan Bóg, poprzez pandemię, daje nam szansę zbudowania czegoś nowego. Nie tylko w przestrzeni wirtualnej. O tej nowości pisał przed dwudziestu laty święty Jan Paweł II w Liście Nuovo Millennio Ineunte: „Jezus sam napomina nas: «Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego». W służbie Królestwu nie ma czasu, aby oglądać się za siebie, a tym bardziej aby oddawać się bezczynności. Czeka nas wiele zadań, musimy zatem opracować skuteczny program duszpasterski na okres po Jubileuszu” .

Kilka dni przed rozpoczęciem Wielkiego Postu Kościół czytał opowieść o potopie. Pomyślałem wówczas, że pandemia jest jak potop, a naszym zadaniem jest zbudować arkę. Nie zważając na to, że inni będą się dziwić, a nawet pukać po głowie.                                                                 

ks. Włodzimierz Lewandowski – „wiara.pl”

 

 

12

 

Adam Żak SJ: Kościół, który się nie oczyszcza, przestaje ewangelizować

- Nawet wśród duchowieństwa i biskupów można było usłyszeć: co ja mam przepraszać za czyjeś grzechy czy przestępstwa? Jakbyśmy zapomnieli, że jako Kościół, jako wspólnota wierzących, grzechami ranimy Ciało Chrystusa, że to ranienie trwa przez wiek - mówi o. Adam Żak SJ.

Z Adamem Żakiem SJ, dyrektorem Centrum Ochrony Dziecka, rozmawia Paweł Kosiński SJ.

Paweł Kosiński SJ: Zanim zaczniemy mówić o konieczności oczyszczenia Kościoła, powiedzmy kilka słów o refleksji, jaką oferują nam ostatni papieże nad genezą tego zjawiska? Co się stało w Kościele, z Kościołem, że skandal z wykorzystaniem nieletnich wybuchł z taką siłą?

Wiara i społeczeństwo

Adam Żak SJ: Wkrótce po swojej abdykacji Benedykt XVI sformułował krótko niezwykle trafną diagnozę kryzysu związanego z wykorzystywaniem seksualnym małoletnich w Kościele. W liście do pewnego włoskiego profesora matematyki, który go oskarżał o tolerancję wobec tego przestępstwa, wskazał na istotę kryzysu pisząc, że „zło spenetrowało wewnętrzny świat wiary”. To przestępstwo ma swoje źródło w tym, że świat wiary został przeniknięty, niejako przeżarty przez coś najbardziej obcego wierze – przez zło, przez brak miłości, przez egoizm, przez to wszystko, co neguje Boga.

Benedykt XVI, gdy mówił o tych skandalach, jakie się pojawiły, to jako przyczynę wskazywał brak wiary w Boga i kulturę świata, która została wchłonięta przez Kościół. Jak by to można było skomentować?

Od lektury eseju, jaki Benedykt XVI opublikował w kwietniu 2019 roku, krótko po watykańskim szczycie, w czasopiśmie "Klerusblatt" pt. Kościół a skandal wykorzystywania seksualnego, ciągle powracam do tego tekstu papieża seniora. Benedykt XVI odpowiada w nim na pytanie, dlaczego wykorzystywanie małoletnich mogło osiągnąć takie rozmiary i odpowiada, że „ostatecznie powodem jest brak Boga” a wraz z tym brakiem znika miara, która uczy nas odróżniania dobra od zła, czyli w sumie miara człowieczeństwa. Jednym ze skutków tej utraty miary w społeczeństwie okazało się m. in. teoretyzowanie o pedofilii czy efebofilii jako o czymś prawidłowym, usprawiedliwiające i legitymizujące jej rozprzestrzenianie się. I nie było to zjawisko marginalne.

Wiara i społeczeństwo

Te zmiany w świadomości społecznej miały zgubny wpływ na Kościół, który wg papieża seniora również „stracił swoją miarę i stał się aparatem politycznym”, który bardziej troszczy się o swój wizerunek instytucjonalny niż o wiarę. Dlatego troska o wiarę musi się stać nerwem odpowiedzi Kościoła na kryzys wykorzystywania seksualnego w jego wnętrzu.

Słowa o tym, że Kościół stał się „aparatem politycznym”, to nie są słowa antykościelnych mediów. To są słowa teologa, głęboko wierzącego papieża seniora, który zna Kościół. Dlatego te słowa bardzo krytyczne wymagają poważnej refleksji. Co ciekawe, za te właśnie poglądy Benedykt XVI był bardzo krytykowany. Zarzucono mu, że sprowadza kryzys Kościoła do kryzysu wiary, tak jakby zmowa milczenia, nadużycie władzy i sumienia, troska o wizerunek instytucji przy braku poszanowania godności ofiar nie miały nic wspólnego z kryzysem wiary. To bardzo poważny rachunek sumienia, jaki proponuje Kościołowi papież emeryt Benedykt XVI!

Kiedy w czasie jubileuszu roku 2000 odbyła się modlitwa z przeproszeniem i wynagrodzeniem za grzechy Kościoła, za którą Jan Paweł II był krytykowany przez różne środowiska, czym było to wydarzenie dla Kościoła i świata?

   Dla Benedykta XVI skandal wykorzystania był jak wybuch wulkanu, z którego wyrzucane są tony pyłów wszystko zaciemniających tak, iż się wydaje, że słońce zgasło.

Myślę, że to był krok bardzo profetyczny dlatego, że nawet wśród duchowieństwa i biskupów można było usłyszeć: co ja mam przepraszać za czyjeś grzechy czy przestępstwa? Jakbyśmy zapomnieli, że jako Kościół, jako wspólnota wierzących, grzechami ranimy Ciało Chrystusa, że to ranienie trwa przez wieki, że ranimy Go w maluczkich, z którymi nasz Pan się utożsamił. Nasze grzechy i przestępstwa mają wpływ na to, w jaki sposób jest postrzegana wiara przez ludzi, którzy poszukują Boga, którzy poszukują Dobrej Nowiny. Dlatego trzeba na nowo odkryć, że jesteśmy połączeni jakąś tajemniczą nicią, że każdy grzech, każde przestępstwo jest solidarnością w tym, co złe. Ta niedobra solidarność żyje i trwa w historii, ona zostawia ślady na historii. My się do dzisiaj tłumaczymy i próbujemy zrozumieć, jak było możliwe stosowanie tortur przez inkwizycję. Co oznaczało, że katolicy i inni chrześcijanie przymykali oczy na handel niewolnikami, a nawet czerpali z niego korzyści. Potrzeba nam zobaczyć, że my jesteśmy w jakimś sensie spadkobiercami skutków tych grzechów, tych przestępstw, tej krzywdy, tego niezrozumienia Ewangelii. To nas powinno przede wszystkim uczyć pokory i życia w prawdzie, która jest również prawdą o naszym grzechu. Gdy żyjemy w prawdzie o własnym grzechu i w prawdzie o cudzej krzywdzie, wtedy będziemy czynić prawdę z miłością.

Jakie wnioski powinien Kościół wyciągnąć z tej trudnej sytuacji? Do czego zachęcają nas papieże, którzy musieli się zetknąć z tym problemem?

Jan Paweł II powiedział, że tylko Kościół oczyszczony będzie w stanie pomóc społeczeństwu w jego problemach i kryzysach związanych z przeżywaniem tego daru, jakim jest seksualność. To oczyszczenie, to jest zadanie dla Kościoła. Kościół, który się nie oczyszcza, przestaje ewangelizować.

Dla Benedykta XVI skandal wykorzystania był jak wybuch wulkanu, z którego wyrzucane są tony pyłów wszystko zaciemniających tak, iż się wydaje, że słońce zgasło. To jest właśnie ten wszystko zaciemniający brud, to zło, które przyćmiewa blask Ewangelii. Oczyszczenie jest konieczne po to, żeby Ewangelia o miłości Boga mogła na nowo zajaśnieć pełnym blaskiem w życiu Kościoła, żeby mogła świecić w życiu wierzących w Chrystusa. To jest zadanie dla Kościoła. Oczywiście jest bardzo wiele praktycznych rzeczy do zrobienia i do nauczenia się, bo zapobieganie przestępstwom wykorzystywania seksualnego oraz interwencja, gdy się wydarzą, wymagają uwzględnienia bardzo wielu czynników związanych z sytuacją ofiar i ich środowiskiem oraz z profilem, historią życia, uwarunkowaniami i środowiskiem sprawców. Te przestępstwa objawiają wiele rzeczy, które wymagają bardzo głębokiego przepracowania nie tylko od sprawcy, lecz także od instytucji kościelnej i od środowiska, w jakim się wydarzyły. Ujawniają przede wszystkim brak wiary oraz związaną z nim słabość instytucji.

Autor: Adam Żak SJ – „deon”

 

 

13

 

Adam Szustak OP:

nie unikaj odpowiedzialności

"Jezus na krzyżu zrobił więc to, czego nie zrobił Adam w raju. Chrystus stanął w miejscu Adama, wziął na siebie odpowiedzialność, której tamten nie chciał przyjąć, i na nowo rozpoczął historię świata" - wyjaśnia dominikanin o. Adam Szustak.

Skoro już wiemy, co w nas samych może zamykać nas na ekstremalne zawłaszczenie, chciałbym przejść do nazywania tego, co może stać się przeszkodą do wzajemnej służby w relacji. Otóż, aby to dobrze zobaczyć, najpierw potrzebujemy sięgnąć do pierwszych rozdziałów Księgi Rodzaju, które według mnie świetnie opisują źródła wielu (jeśli nie wszystkich) problemów relacyjnych.

Biblia opowiada, że gdy Adam zgrzeszył, czyli dał się zwieść Ewie, która to z kolei dała się oszukać wężowi, to strasznie się zawstydził. Gdy otworzyły mu się oczy, zobaczył swoją nagość i zawstydził się tego, co zrobił, więc schował się w krzaki. W Księdze Rodzaju jest taka piękna scena, w której Pan Bóg chodzi po raju i woła: "Adam, a gdzie ty jesteś?". Choć Bóg doskonale wiedział, co się stało i gdzie się ukrył pierwszy człowiek, to jednak szuka go słowami: "Adam, gdzie ty jesteś, nie widzę cię". W końcu Adam odzywa się z tych krzaków i mówi zawstydzony: "Tu się schowałem, bo zgrzeszyłem i jestem nagi". Nagość jest oczywiście w tej scenie obrazem wstydu wywołanego grzechem. Pan Bóg nie daje za wygraną i ciągnie rozmowę: "Adam, a kto ci powiedział, że jesteś nagi? Skąd się nagle w tobie pojawiła taka myśl? Przecież zawsze taki byłeś. Jak to się stało, że teraz widzisz to samo w zupełnie inny sposób?". Na to Adam odpowiada tak (i te jego słowa zaczynają całą historię relacyjnych trudności): "To nie ja, to Ewa. To jej wina, bo ona mnie zwiodła". Słowa Adama pokazują, że on wcale nie chce na siebie spojrzeć, nie chce dostrzec, co się wydarzyło, tylko szuka winnego poza sobą. Wtedy Bóg, idąc jakby za myślą Adama, zwraca się do Ewy: "Ewa, czemu ty mu dałaś to jabłko?", ona zaś nie jest lepsza, bo mówi: "To nie ja, to wąż mnie zwiódł", a jak śmieją się niektórzy, wąż nie miał na kogo zwalić i zostało, że to on.

Duchowość

Ta opowieść z trzeciego rozdziału Księgi Rodzaju pokazuje, że naszym podstawowym mechanizmem działania po grzechu pierworodnym jest nieustanne zrzucanie z siebie odpowiedzialności. Adam działa według tego mechanizmu, gdy mówi, że to nie on zgrzeszył, tylko Ewa, a gdy Ewa jest pytana o swój grzech, ona także szuka winnego poza sobą. Pozbywanie się odpowiedzialności to nasza struktura po grzechu. Nie wymyślił tego Bóg i nie jest to czymś dla nas naturalnym - jest to raczej bardzo realna konsekwencja grzechu pierworodnego w nas. Od Adama i Ewy my wszyscy mamy tendencję do unikania odpowiedzialności, do odpychania od siebie wszystkiego, co mogłoby spowodować, że poczujemy się winni. I Pan Bóg wymyślił małżeństwo między innymi właśnie po to, by było ono receptą na tę strukturę grzechu w nas. On wie, że tylko wejście z drugim człowiekiem w relację, w której nie da się nie wziąć całkowitej odpowiedzialności za siebie nawzajem, bo inaczej wszystko się rozsypie, może nas z tego wyleczyć. Małżeństwo tak właśnie działa: albo weźmiesz odpowiedzialność za was dwoje, a potem troje, czworo, pięcioro, sześcioro i tak dalej, albo nic z tego nie wyjdzie.

Przez małżeństwo Pan Bóg przywraca jakby człowiekowi możliwość realizowania Jego pierwotnego pomysłu na relacje międzyludzkie. Dlaczego? Ponieważ ono uczy likwidowania mechanizmu: "To nie ja". Scena z raju powinna wyglądać więc tak, że Adam mówi do Ewy: "Słuchaj, zrobiliśmy to, bierzemy to razem", a do Pana Boga na pytanie o nagość powinien odpowiedzieć: "Tato, zawaliliśmy z Ewą sprawę. Ja i ona, razem to zrobiliśmy". Gdyby Adam tak się zachował, to jego postawa prawdopodobnie by sprawiła, że nie trzeba by było naprawiać tego świata, nie potrzebna by była cała historia zbawienia świata, bo stanęliby razem i zapytali Boga: "Tato, popsuliśmy to, masz jakiś pomysł, jak to naprawić?". Oni zaś zachowali się zupełnie inaczej i to pociągnęło za sobą wszystkie dalsze konsekwencje.

W tym kontekście warto spojrzeć za Jezusa, który w swoim życiu dał bardzo jasną odpowiedź na przywołaną wyżej scenę z raju. Ojcowie Kościoła, interpretując obnażenie Jezusa z szat, które miało miejsce podczas drogi krzyżowej, widzą w nim nawiązanie właśnie do historii z Edenu. Pan Jezus był bowiem ukrzyżowany nago, a nie z przepaską na biodrach. Tego typu przedstawienia to wyraz szacunku dla Niego, ale prawda jest taka, że - umierając na Golgocie - Jezus nie miał na sobie żadnego okrycia. Wszyscy skazańcy byli w tamtych czasach wieszani na krzyżach nago, by wystawić ich na jeszcze większe pośmiewisko. Ojcowie Kościoła, którzy mówią o Jezusie jako nowym Adamie, twierdzą, że Chrystus, stając nagi na Golgocie, znalazł się w tym samym miejscu co pierwszy człowiek. On jednak nie uciekł w krzaki, nie zepchnął na nikogo odpowiedzialności, ale wziął na siebie tę winę Adama i wszystko, co się z niej zrodziło. Ojcowie Kościoła mówią, że Jezus stanął jakby wówczas przed swoim Ojcem i powiedział: "Tato, taki jest człowiek. Ma w sobie wstydy i grzechy, ale Ja, Ojcze, biorę na siebie całą za to odpowiedzialność".

Jezus na krzyżu zrobił więc to, czego nie zrobił Adam w raju. Chrystus stanął w miejscu Adama, wziął na siebie odpowiedzialność, której tamten nie chciał przyjąć, i na nowo rozpoczął historię świata. I o to samo chodzi w małżeństwie i w każdej relacji: o stawanie w odpowiedzialności.

Fragment książki Adama Szustaka OP: "Rodzinne pole minowe" – „deon.pl”

 

 

14

 

Jak będzie wyglądała Wielkanoc 2021? Pierwsze komentarze ministra zdrowia

Podczas środowej konferencji prasowej minister zdrowia Adam Niedzielski został zapytany przez dziennikarzy o plany dotyczące restrykcji na czas świąt Wielkanocnych.

Szef resortu zdrowia przyznał, że konkretne rozwiązania nie są jeszcze rozważane. Podkreślił jednak, że w ministerstwie funkcjonuje klimat sprzyjający luzowaniu, jeśli tylko okoliczności będą sprzyjające:

   Nie rozważamy konkretnego rozwiązania w tej chwili, bo [do świąt Wielkanocnych – red.] jest jeszcze ponad miesiąc czasu. Ale nasze nastawienie jest takie, że jeżeli tylko będzie przestrzeń, to będziemy podejmowali decyzje luzujące – powiedział minister zdrowia Adam Niedzielski podczas konferencji.

Minister zaznaczył jednak, że możliwość podejmowania decyzji „o odważnych, luzujących krokach” uniemożliwia widmo wzmożenia się trzeciej fali.

   Teraz mamy przyspieszenie trzeciej fali i oczywiście to przekreśla możliwość podejmowania tych odważnych decyzji. Ale generalnie trzeba wyraźnie powiedzieć, że nasza tolerancja liczby zachorowań zdecydowanie rośnie – powiedział Niedzielski.

Adam Niedzielski zwrócił uwagę na to, że akcja szczepienna oraz odporność populacyjna nabywana po przechorowaniu może wpłynąć na to, jak zmieni się stan pandemii.

   Liczba zakażeń, która nawet jeśli przekroczy średni poziom 10-12 tysięcy, nie będzie aż tak dolegliwa, o ile będzie proporcjonalnie mniej hospitalizacji – wyjaśniał.

Źródło: PAP

 

 

15

 

Nawrócenie tego lekarza-noblisty zadziwia do dzisiaj!

A wszystko zaczęło się w Lourdes…

Alexis Carrel chciał udowodnić, że uzdrowienia w Lourdes to oszustwo. Wsiadł do pociągu wiozącego chorych pielgrzymów i… W książce „Podroż do Lourdes” opisuje proces swego nawrócenia.

„Lokomotywa zagwizdała”. Tak rozpoczyna się książka Alexisa Carrela, wówczas trzydziestoletniego francuskiego lekarza, który w lipcu 1903 r. chciał zobaczyć na własne oczy, co działo się w sanktuarium w Lourdes – był pewien, że cuda nie są autentyczne. Carrel wierzył w rozum, a nie w Boga.

W pociągu pełnym pielgrzymów

Postanowił pojechać w zastępstwie jednego ze swych kolegów pociągiem wiozącym chorych pielgrzymów. Tam zaczął swoje obserwacje, które notował w specjalnym dzienniku, jak na naukowca przystało. W pociągu znajdowało się 300 chorych.

Po latach zrodziła się książka „Podróż do Lourdes”, krótka autobiograficzna relacja o tym, co się wydarzyło potem – o nawróceniu na wiarę katolicką. Carrel jest bohaterem historii, którą napisał w trzeciej osobie i w której przybrał nazwisko dr Lerrac (to nazwisko autora czytane wspak).

Carrel, agnostyk i sceptyk, rozglądał się dookoła: „Pociąg zatrzymał się przed stacją Lourdes. W oknach pojawił się tłum twarzy, bladych, ekstatycznych, radosnych, pozdrawiających wybraną przez Boga krainę, gdzie miały zniknąć wszelkie choroby… Ogromna tęsknota za nadzieją unosiła się z tych pragnień, z tych lęków i z tej miłości”.

Po przybyciu pielgrzymów do Szpitala Matki Bożej Bolesnej w Lourdes, doktor Boissarie proponuje Carrelowi-Lerrakowi odwiedziny u jednej z chorych:

„O drugiej trzydzieści mam zbadać Marie Ferrand, tę dziewczynę cierpiącą na gruźlicze zapalenie otrzewnej, o której ci wspominałem i której stan ciągle się pogarsza. Jeśli wróci żywa, to już będzie mały cud. Chodź, obejrzymy ją razem”.

„Wkrótce umrze”

Marie Ferrand naprawdę nazywała się Marie Bailly. „Ukazało mi się – pisze – wycieńczone ciało Marie Ferrand, z kośćmi prześwitującymi przez skórę i z rozdętym brzuchem… To było klasyczne gruźlicze zapalenie otrzewnej”. To samo stwierdził jego kolega. „To ostatnie stadium. Serce bije bez składu, ni ładu – obserwuje jej chudość oraz kolor twarzy i palców – wkrótce umrze. Być może przeżyje kilka dni, ale już jest skazana na śmierć”.

Pielęgniarka pielgrzymów pyta, czy może zabrać Marie do jednego z basenów, w których zanurzają się chorzy, jednak Carrel-Lerrac odpowiada:

„A jeśli umrze w drodze, co pani wówczas zrobi?”.

Lerrac idzie na przechadzkę, aby zobaczyć chorych w basenach i w grocie uzdrowień Lourdes.

Skoro nie można było zanurzyć jej w basenie, wylano jej na brzuch trzy dzbany wody z Lourdes i zawieziono ją na łóżku do groty. Lerrac znów ją ogląda i jest wielce zaskoczony: „Wzrok Lerraca spoczął na Marie Ferrand. Wydawało mu się, że jej wygląd uległ zmianie, można by powiedzieć, że z twarzy zniknęły cienie, a skóra nie była już taka blada. Jestem oszołomiony – mówię do samego siebie; to interesujące psychologiczne zjawisko. Być może warto to odnotować”.

Od tego momentu Lerrac nie spuszcza Marie z oczu i zauważa, że po kilku minutach chora nagle zdrowieje.

„Jak się pani czuje?” – zapytał.

„Bardzo dobrze. Jeszcze brakuje mi sił, ale czuję, że zostałam uzdrowiona”.

„Lerrac – pisze – nic nie mówił, ani nie myślał. Ten niespodziewany sukces zaprzeczał wszystkim jego przewidywaniom, wydawało mu się, że śni”.

Nawrócenie

O trzeciej nad ranem Carrel udał się do groty Lourdes. Maria wypiła już szklankę mleka i wygodnie usiadła; mogła bez problemu położyć się i usiąść na łóżku. Ból zniknął, a puls, wcześniej chaotyczny, powrócił do normy. Umierająca czuła się dobrze.

Lerrac usiadł na krześle obok mężczyzny w podeszłym wieku, wpatrywał się w figurę Matki Bożej z Lourdes, a z jego serca wypłynęła następująca modlitwa:

   „Najświętsza Dziewico, wspomożenie nieszczęśliwych, którzy pokornie się do Ciebie uciekają, ratuj mnie. Wierzę w Ciebie, zechciałaś odpowiedzieć wielkim cudem na moje wątpliwości. Nie rozumiem tego i nadal wątpię. Jednak moim wielkim pragnieniem i najważniejszym celem jest uwierzyć, wierzyć gorąco i ślepo, bez dyskutowania i krytyki. Twoje imię jest piękniejsze od porannego słońca. Wspomóż pełnego niepokoju grzesznika, który z drżącym sercem i z twarzą pooraną zmarszczkami ugania się za ułudą. Pod głębokimi i twardymi radami mojego dumnego intelektu spoczywa, nadal niestety przygniecione, najbardziej pociągające ze wszystkich marzeń: wierzyć w Ciebie i kochać Cię, jak kochają mnisi o czystej duszy…”.

Carrel wspomina: „Miałem wrażenie, że pod dłonią Maryi Dziewicy uzyskałem pewność, a wręcz do tego stopnia poczułem jej zadziwiającą i uspokajającą słodycz, że zniknął wszelki niepokój i została oddalona groźba powrotu do zwątpienia”.

Dokonało się nawrócenie Carrela, równie cudowne, jak uzdrowienie Marie Bailly.

Odrzucenie przez środowisko medyczne

Wieść błyskawicznie obiegła Francję, a antyklerykalne środowisko francuskich naukowców nie oszczędziło Alexisa Carrela – był poniżany i oczerniany. Dla młodego lekarza, publicznie przyznającego się do swego nawrócenia, które przecież nie obniżało wartości jego pracy naukowej, nastał trudny czas cierpień i niezrozumienia ze strony środowiska medycznego. We Francji dla kogoś takiego nie było pracy.

Stany Zjednoczone i Nobel

Jednak ten ból nie był końcem całej tej historii. Pojawiła się możliwość wyjazdu do Stanów Zjednoczonych i pracy badawczej w Instytucie Rockefellera. Po dziewięciu latach od swego nawrócenia Alexis Carrel otrzymał nagrodę Nobla z medycyny „za opracowanie techniki chirurgicznego łączenia naczyń krwionośnych”.

Doktor Carrel zmarł w Paryżu, w listopadzie 1944 roku.

Według zeznań kapłana, który towarzyszył mu w tych ostatnich chwilach życia, gdy Carrel się wyspowiadał, przyjął komunię i sakrament chorych, miał powiedzieć: „Pragnę wierzyć i wierzę we wszystko, czego naucza Kościół katolicki, nie mam z tym żadnych problemów, gdyż nie znajduję niczego, co by rzeczywiście sprzeciwiało się nauce”.

W książce „Podróż do Lourdes”, w niepublikowanych wcześniej tekstach dostarczonych przez wdowę po doktorze Carrelu, znajduje się autobiograficzna relacja z nawrócenia Carrela, a po niej fragmenty jego dziennika i „medytacje”. W nich widać blask bliskiej relacji, jaką dostrzegał lekarz między nauką i wiarą.

Oto przykład: 25 marca 1944 roku, niedługo przed śmiercią napisał: „Chrześcijańską mistykę należy uzbroić w naukę o człowieku”.

„Podróż do Lourdes”, historia Alexisa Carrela po raz pierwszy została wydana po hiszpańsku w 1949 roku. Nadal wszystkich zadziwia – wierzących i niewierzących. To wspaniała lektura dla tych, którzy chcieliby dowiedzieć się więcej o tym, co wydarza się w Lourdes.

Dolors Massot – „aleteia.pl”

 

 

 

16

 

Święci i błogosławieni w tygodniu

 

 

NIEDZIELNA EUCHARYSTIA – 6.30, 8.00, 9.30 – dla młodzieży, 11.00 – rodzinna, z dziećmi, 12.30, 16.00, 19.00, poniedziałek - sobota – 7.00, 7.30, 18.00.

Kancelaria (tel. 126452342) czynna:

(oprócz I piątku i świąt): godz. 8-9 i 16-17.15 (oprócz sobót)

Redakcja „Wzgórza w Blasku Miłosierdzia”: Władysław Wyka - red. nacz.,

Wydaje: Parafialny Oddział Akcji Katolickiej nr 1 Archidiecezji Krakowskiej

- Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach 1a,

Nr k. bank – 08 1240 2294 1111 0000 3723 9378, tel.; 0-12-645-23-42.

NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:

strona internetowa parafii: www.wzgorza.diecezja.krakow.pl

oraz milosirdzia-parafia.pl - PO Akcji Katolickiej

adres parafii: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.,

strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl

adres gazetki:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.