WZGÓRZA

W BLASKU MIŁOSIERDZIA

 

8/805                   -         14 lutego 2021 r. B.

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA „WZGÓRZA W BLASKU MIŁOSIERDZIA”

„Błogosławieni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią”

                                                              

 

2

 

14 lutego 2021 r.

VI niedziela zwykła

 

7

 

(Mk 1,40-45)

Pewnego dnia przyszedł do Jezusa trędowaty i upadając na kolana, prosił Go: „Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić”. Zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: „Chcę, bądź oczyszczony”. Natychmiast trąd go opuścił i został oczyszczony. Jezus surowo mu przykazał i zaraz go odprawił ze słowami: „Uważaj, nikomu nic nie mów, ale idź, pokaż się kapłanowi i złóż za swe oczyszczenie ofiarę, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich”. Lecz on po wyjściu zaczął wiele opowiadać i rozgłaszać to, co zaszło, tak że Jezus nie mógł już jawnie wejść do miasta, lecz przebywał w miejscach pustynnych. A ludzie zewsząd schodzili się do Niego.

 

3

 

W Chrystusie, cokolwiek czynimy, wszystko na chwałę Bożą czynimy. Dlatego staramy się przypodobać wszystkim pod każdym względem, szukając nie własnej korzyści, lecz dobra wielu, aby byli zbawieni. Tylko to, co czynimy na chwałę Bożą i dla dobra innych ludzi, pozostanie na wieki. Bóg szuka takich, którzy oddają Mu cześć w duchu i w prawdzie. I Bóg błogosławi takich, którzy we wszystkim starają się, aby inni mogli dostąpić zbawienia. Szukamy zawsze najpierw Królestwa Bożego. Szukamy chwały Boga i zbawienia innych.

 

4

 

„Z kim przestajesz, takim się stajesz”, to stare ale jakże mądre przysłowie. Zdrowie ducha, jak i jego choroby przechodzą z człowieka na człowieka drogą naśladowania. Ludzie wrażliwi na piękno i dobro, naśladują dobrych i nieustannie troszczą się, aby być odpornymi na oddziaływanie ludzi grzesznych. Ludzie mało wrażliwi na dobro i piękno życia, trzymają z tymi, którzy krzywdzą innych i samych siebie, żyjąc, tak jakby Boga nie było.

Tak już jest na tym świecie, że jedni szukają wartości mądrych i pięknych, a inni grzechu i głupoty. Musimy być wrażliwi na trąd dzisiejszego świata, musimy być wrażliwi na dobro, ale jeszcze bardziej na zło, które paraliżuje nasze serca, rodziny i społeczeństwa w których żyjemy.

Za brak opowiedzenia się za dobrem i uleganie złym wpływom świata, przeprośmy teraz Boga i prośmy Go, aby uleczył nas z trądu zła i wlał pokój w nasze serca. Wołajmy do Pana słowami trędowatego z dzisiejszej Ewangelii: „Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić”.  

 

15

 

 

W dzisiejszym numerze:
- 6 niedziela zwykła roku B...
- Współpraca z Jezusem przy uzdrawianiu siebie
- Sposób na puste kościoły?
- Prowincjał augustianów: zanim zaczniemy nauczać, wysłuchajmy niewysłuchanych
- Na czym polega prawdziwa wolność człowieka? Niepublikowany tekst ks. Tischnera
- Adam Szustak OP: zakochanie to jeszcze nie miłość
- Najpierw oddał jej połowę wątroby, a potem… serce!
- „W Brazylii świeccy są bardziej zaangażowani niż w Polsce”. Nowy biskup w Krakowie
- Święci i błogosławieni w tygodniu

 

 

 

5

 

6 niedziela zwykła roku B...

Ewangelia tej niedzieli to kolejny fragment ciągle jeszcze 1 rozdziału Ewangelii Marka. Po chrzcie nad Jordanem i pobycie na pustyni Jezus rozpoczyna swoją publiczną działalność. Głosi bliskość królestwa oraz potrzebę nawrócenia i uwierzenia w Ewangelii.

W synagodze w Kafarnaum wypędza złego ducha z opętanego, potem leczy teściową Piotra, a potem jeszcze wielu innych chorych. I cały czas naucza. A potem odchodzi z Kafarnaum by iść dalej. I wtedy właśnie spotyka trędowatego, o czym słyszymy w Ewangelii tej niedzieli.

Nad wszystkimi tymi wydarzeniami ciągle unosi się owo zasadnicze pytanie pierwszej części Ewangelii Marka: kim On jest? Czytelnicy część odpowiedzi na to pytanie już poznali. Upraszczając: Jezus jest tym, który naucza z mocą wypędzając przy tym złe duchy i lecząc chorych. Uzdrowienie trędowatego jest kolejną cegiełką w tej odpowiedzi.

Nie po to stworzył Bóg człowieka, żeby cierpiał. Tak, podlegamy bólowi, chorobom, krzywdom. Czasami bywa, że chcielibyśmy bardziej pomóc, ale dla ratowania innych - nie możemy. Ot, kiedy izolujemy zakaźnie chorych. Ale ostatecznie to ma się skończyć. Każdy trąd, który niszczy nasze życie, zostanie kiedyś uleczony...

Jezus leczy z chorób, Jezus podnosi wykluczonych. Także w społeczeństwie sytych można cierpieć niedostatek. Ta choroba nie tylko ruinuje zdrowie. Niszczy także więzi łączące chorego z bliźnimi. Jezus leczy. Nie tylko choroby fizyczne nie tylko dolegliwości duchowe. Leczy także to, co zniszczone zostało w naszych społecznościach.

 

 

 

8

 

Współpraca z Jezusem przy uzdrawianiu siebie

15 czerwca 1994 roku św. Jan Paweł II, komentując dzisiejszą Ewangelię, mówił:

Jezus okazał współczucie cierpiącym i obłożnie chorym, objawiając wielką dobroć i wrażliwość swego serca pragnącego wykorzystywać również władzę czynienia cudów, aby pomagać cierpiącym na duszy i ciele. Dlatego dokonywał wielu uzdrowień, a chorzy garnęli się do Niego, by doznać Jego mocy uzdrawiania. Poprzez poświęcenie, z jakim Jezus chciał uwalniać od brzemienia choroby lub niedomagań przychodzących do Niego ludzi, ukazuje On nam szczególne zamiary miłosierdzia Bożego względem nich: Bóg nie pozostaje obojętny wobec cierpień związanych z chorobą i ofiaruje chorym swą pomoc w zbawczym planie, objawionym i urzeczywistnianym w świecie przez Słowo Wcielone.

Jakże więc nie wykorzystać tej uzdrawiającej mocy Boga! A dzisiejsza Ewangelia nie tylko ukazuje ową moc, ale także instruuje człowieka, jak z nią współpracować, jak ją wykorzystać.

I tak ewangelista zapisał, że „ludzie zewsząd schodzili się do Niego” (Mk 1). Uznali zatem, że są chorzy, potrzebują pomocy i mają szansę wyzdrowienia. Niestety współczesny człowiek wielokrotnie nie chce się przyznać do choroby (szczególnie duszy). Często ucieka od myśli, że właśnie mały guzek na jego ciele może być niebezpieczny. Po prostu go lekceważy. Podobnie jest z ludzkim sumieniem. Często te drobiazgi są powodem dramatów rodzinnych. Nie tak dawno opublikowano kilkadziesiąt powodów, dla których powstają problemy w domu. Oto niektóre z nich:

   Znajdowane w umywalce włosy.

   Pozostawione na lustrze łazienkowym ślady po kremie do golenia lub paście do zębów.

   Chrzęst wyłamywanych palców, które powodują niepokój partnera.

   Przeskakiwanie z kanału na kanał przy oglądaniu telewizji.

   Wchodzenie na dywan w brudnych butach.

   Niezasuwanie firanki po popatrzeniu przez okno.

   Podniesiona deska w toalecie.

   Palenie papierosów w sypialni lub pokoju, gdzie się często przebywa.

   Notoryczne spóźnianie się na obiad.

   Bałagan pozostawiony po rozebraniu się.

Na pierwszy rzut wydaje się, że są to rzeczywiście drobiazgi. Urastają one jednak do wielkiego problemu, z którego rodzą się awantury, a nawet rodzinne kryzysy. Podobnie jest z sumieniem. Pozornie niewielkie grzechy, niedociągnięcia czy zaniedbania stają się w pewnej chwili nałogiem, przyzwyczajeniem czy wręcz narzędziem odchodzenia od Boga, zasad, a także Kościoła. Zatem pierwszą radą z dzisiejszej Ewangelii jest zasada: uznaj swoją grzeszność, dostrzeż nawet najmniejsze objawy choroby.

Druga rada zawarta jest w słowach trędowatego: „Jeśli chcesz, możesz mnie uzdrowić” (Mk 1). Jest to tak naprawdę forma pełnej ufności i pokornej modlitwy o pomoc. Człowiek, który pragnie Bożego miłosierdzia, musi mocno wierzyć, że zostanie ono udzielone. Musi to być też modlitwa pełna pokory i poddania się woli Bożej. Nie może być tak jak w historii pewnego sknery, który modlił się żarliwie tymi słowami: „Panie Boże, jeżeli dasz mi wygrać milion złotych – bądź mi świadkiem – to sto tysięcy rozdam ubogim. Obiecuję Ci to z całego serca. Ale jeżeli mi nie wierzysz, to potrąć z góry tę sumę, a mnie ofiaruj tylko resztę”. Nie wystarczy zatem tylko uznać, że jest się potrzebującym. Trzeba jeszcze pełnej zawierzenia postawy modlitewnej i wołania o uzdrowienie. I to jest druga zasada zawarta w dzisiejszym ewangelicznym instruktażu.

Jest jeszcze jedna istotna wskazówka ukazana w owym biblijnym wydarzeniu. Wszyscy, którzy pragnęli być uzdrowieni, musieli na początek włożyć wysiłek, aby dotrzeć do Chrystusa. Każdy człowiek powinien pokonywać w sobie zniechęcenie, obawy czy zwykłe lenistwo po to, by docierać do Uzdrowiciela. Trzecią więc zasadą umiejętności korzystania z Bożego miłosierdzia jest osobisty wysiłek we współpracy z łaską Bożą. Musi to być wysiłek rzeczywisty, a nie pozorny. Dobrze ilustruje tę zasadę pewne opowiadanie.

Matka chciała wysłać małego Łukasza do sklepu po jakąś potrzebną drobnostkę. Ale malec – nie wiadomo z jakiego powodu – akurat w tym momencie nie miał ochoty do takiej posługi, więc z uporem godnym lepszej sprawy powtarzał: „Nie pójdę i koniec!”. Po kilkuminutowych perswazjach zdenerwowana matka wręczyła chłopcu pieniądze, karteczkę i torbę i wyprowadziła go na dwór. Dziecko stało jakiś czas nieruchomo i powtarzało to swoje „nie pójdę”, ale potem, widząc, że nie ma szans na przeforsowanie swojego widzimisię, poszło powoli w stronę sklepu, wyrzucając jeszcze na odchodnym: „Nóżkami idę, ale sercem stoję w miejscu!”.

Jeśli człowiek chce być uzdrowiony, musi zaangażować całego siebie do współpracy z Mistrzem z Nazaretu.

Dzisiaj każdy powinien pochylić się nad swoimi chorobami duszy i uznać, że tylko Bóg jest w stanie pomóc w ich przezwyciężeniu. Pomocą w tym mogą być pełne ufności słowa św. Jana Pawła II:

Niech nasza droga będzie wspólna. Niech nasza modlitwa będzie pokorna. Niech nasza miłość będzie potężna. Niech nasza nadzieja będzie większa od wszystkiego, co się tej nadziei może sprzeciwiać.

ks. Janusz Mastalski – „Ekspres Homiletyczny”

 

 

 

16

 

Sposób na puste kościoły?

Kościół nie musi być sprawną maszynerią. Ma prowadzić do Boga.

12 lutego, epidemii w Polsce dzień 346. Ilość nowych zakażeń w ostatnich dniach nieznacznie, ale wzrasta. Licząc tydzień do tygodnia. Niepokojąco wysokie są też statystyki dotyczące zgonów. Ale dziś nie o tym...

Wspomniałem parę dni temu swojej siostrze o pomysłach niemieckiej „Drogi Synodalnej”. – To oni jeszcze się nie zorientowali, że to właśnie łagodzenie wymagań i otwieranie się na nowinki powoduje, że ludzi wymiata z Kościoła? – coś w ten deseń zdziwiła się. A po chwili dodała:     – A może właśnie o to chodzi?

No właśnie. Po co mi Kościół, który zamiast wszelkimi sposobami zachęcać mnie do wysiłku nawrócenia uspokajałby mnie, że mogę sobie żyć jak chcę, bo Pan Bóg jest miłosierny? Po co należeć do Kościoła, który reformowałby się dzięki demokratycznej większości głosów, ale który (z tego właśnie powodu!) nawet nie próbowałby mobilizować do wierności Bożym przykazaniom? To byłby raczej supermarket: można przyjść, można nie przyjść; a jak się przyjdzie, wziąć co się chce i nie będąc niepokojonym o nic odejść; byle przy kasie zapłacić.

Przesadzam? Ależ skąd. Zauważam już, także dzięki kontaktom z Czytelnikami, że wierzący, pewnie właśnie z powodu takiego klienckiego podejścia do wiary, mają coraz częściej kłopot z zauważeniem różnicy między „dzięki” a „mimo”. Nawet w tak ważnej sprawie, jak zbawienie. Ot, Kościół uczy, że człowiek dostępuje zbawienia przez wiarę w Jezusa Chrystusa, DZIĘKI tej wierze. Uczy też jednak, że Bogu nie można stawiać granic i że nie można wykluczyć, że On, znając najtajniejsze zakamarki ludzkich serc, zbawić może także tego, który nie wierzy. Albo nawet i takiego, który z dla Boga tylko jasnych powodów wiarę porzucił. Kościół po prostu nie stawia granic miłosierdziu Boga. Aż tyle i tylko tyle. On może zbawiać jak chce. Ale nie znaczy to, że apostazja jest na równi z wiarą drogą do zbawienia! Ciągle zbawienie osiąga się DZIĘKI WIERZE , a nie dzięki skorzystaniu, ze słusznego skądinąd, prawa do wolności religijnej. Jeśli Bóg apostatę przyjmie do nieba, to NIE DZIĘKI, ale MIMO TEGO, że porzucił wiarę.

Albo kwestia ponownych związków po rozwodzie. Jezus wyraźnie mówił, że taki ponowny związek jest cudzołóstwem. Wymowy tych słów nie da się w żaden sposób złagodzić jakąś przewrotną egzegezą. A że wiara to nie tylko deklaracja, ale także trzymanie się Bożego prawa, można słusznie pytać o wiarę tych, którzy ten Boży nakaz złamali i nie zamierzają w żaden sposób ze swojej decyzji się wycofać (w kontekście – proponowana przez świętego Jana Pawła decyzja o życiu jak brat z siostrą). Czy mogą zostać zbawieni? Na pewno nie DZIĘKI odrzuceniu Bożego prawa, a MIMO, iż go odrzucają. Bóg jest miłosierny i może okazywać miłosierdzie komu chce. Ale nam, ludziom, jasno powiedział czego od nas oczekuje. Kościół wierny Chrystusowi nie będzie uspokajał, że tak można, ale będzie przypominał, jakie jest Boże prawo. Przypominał w imię miłości bliźniego. Bo przecież nie można człowiekowi wyrządzić większej krzywdy, niż utwierdzać go w decyzjach sprzecznych z wolą Bożą. To przecież droga do potępienia. Tak, potępienia. Taka możliwość też istnieje.

Niestety, i w Polsce niektórzy katolicy chcieliby pójść „drogą drogi” („synod” to „wspólna droga”, więc „droga synodalna” to droga wspólnej drogi). Czytam, widzę, słucham... Wśród kontestatorów żądnych reform i wierzących, że one dadzą i nawrócenie serc i pełne Kościoły, głównie duszpasterscy teoretycy. Raczej nie ma np. katechetów. Ci, często lekceważeni przez „światłe elity”, uważani za źle wykonujących swoją (niepotrzebną!) pracę nieudaczników, rozumieją znacznie więcej. Na co dzień doświadczają, że „przydawanie do (Bożych) trzód” to trud „ciężki, twardy i niewdzięczny”; że to nadstawianie się na „niezrozumienie, drwiny i obmowy”. Teoretykom się wydaje. Że wystarczy zreformować, lepiej zarządzać i bardziej się przyłożyć. Zapominają, co mówił Jezus w przypowieści o siewcy: o ziarnie padającym na drogę, na glebę kamienistą i o cierniach trosk doczesnych i ułudy bogactwa, które zagłuszają ledwie kiełkujące ziarna....

Ha. Ja ciągle myślę, że Kościół potrzebuje nie reform, a tego, co zawsze – nawrócenia. I że jeśli jakieś reformy są potrzebne, to tylko takie, które to nawracanie się by wspierały. Nie takie, które sprawią, że Kościół będzie wprawdzie działał jak sprawna maszyneria, ale że zabraknie w niej ducha: klękania przed Bogiem, ciągłego pytania o wierność i ciągłego wspierania się w nawracaniu.

Andrzej Macura – „wiara”

 

 

 

9

 

Prowincjał augustianów:

zanim zaczniemy nauczać, wysłuchajmy niewysłuchanych

Biskupi i księża utracili zdolność słuchania tego, co mają do powiedzenia świeccy. Przywrócenie tej zdolności jest warunkiem reform - mówi o. Wiesław Dawidowski.

W tekście w najnowszym "Tygodniku Powszechnym" o. Wiesław Dawidowski podkreśla, że przez ostatnie trzydzieści lat, instytucjonalny Kościół przyczynił się do tworzenia wewnętrznych podziałów. Podkreśla, że jedną z przyczyn jest odsuwanie od brania pod uwagę głosu inteligencji katolickiej. "W wielu sporach natury aksjologicznej, społecznej, politycznej i bioetycznej świeccy należący do pokolenia JPII, wiążący całe swoje życie z Kościołem, zaczęli być odcinani od katolickiego mainstreamu" - mówi. To z kolei stało się z powodu powiązania większości biskupów, duchownych, zakonnic i świeckich z prawą stroną sceny politycznej. Przywołuje tu artykuł Zbigniewa Nosowskiego, redaktora naczelnego "Więzi", który pisał o "konkubinacie kościelno-państwowym". "Poza uwagą instytucjonalnego Kościoła postawiono rzeszę ludzi żadną miarą niezasługujących na ignorowanie" - podkreśla o. Dawidowski.

Duchowny diagnozuje także problem płytkiej recepcji nauczania Jana Pawła II i umniejszeniu pontyfikatu Franciszka. Podkreśla wybitną rolę papieża Polaka w historii oraz jego świętość, jednak, jak pisze "pontyfikat Jana Pawła II uśpił i rozleniwił nasze duchowieństwo, ukryliśmy się bowiem wszyscy za autorytetem papieża Polaka naiwnie wierząc, że on to przecież i my. Nieco buńczucznie też uznawano wieczną świeżość i ciągłą aktualność jego nauk".

Zauważa również, że "w trakcie pontyfikatu Jana Pawła II i po nim wyrósł też niestety klerykalizm pojmowany jako swoista nietykalność ludzi w sutannach". Podkreślił mocno także grupy, na które Kościół jest głuchy. "Pierwszym niesłuchanym podmiotem są kobiety. Jest paradoksem, że kobiety, stanowiąc większość uczestniczących w życiu wspólnoty katolickiej, nie czują się partnerkami dialogu. Owszem kilka lub nawet kilkanaście kobiet wywalczyło sobie jakąś niszę w Kościele, ale to niestety ciągle jest nisza. Nawet na zjazdach teologów świetnie wykształcone teolożki zabierają, owszem, głos w debatach, wygłaszają referaty o niebo lepsze od niejednego duchownego teologa, ale i tak na końcu księża teologowie oczekują, że kobieta teolożka przyniesie kawę” - zaznacza.

Gdzie widzi nadzieję? Przede wszystkim "w obrazie Kościoła słuchającego, przywołanym na ostatnim konsystorzu. Nie chodzi jednak o łaskawe zezwolenie pasterzy Kościoła, aby świeccy wypowiedzieli swoje opinie. Świeccy już się wypowiadają, jedni rozsądnie, drudzy gwałtownie. Jedni z perspektywy odpowiedzialności za słowo, drudzy z perspektywy przemocy. W grę wchodzi synod plenarny Kościoła w Polsce, gdzie pierwszym i podstawowym aktem byłby trudny akt wysłuchania wielu osób". Podkreśla też, że zanim zaczniemy nauczać, musimy wysłuchać niewysłuchanych.

 

 

 

10

 

Kot Eliota

Biskupi i księża utracili zdolność słuchania tego, co mają do powiedzenia świeccy. Przywrócenie tej zdolności jest warunkiem reform.

Kościół jest sakramentem zjednoczenia z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego. Jest też ludem pielgrzymującym jako wspólnota, a ze względu na swoją synodalność jest Kościołem słuchającym. Te trzy obrazy Kościoła przypomniał na otwarcie ostatniego konsystorza w zwyczajowym homagium skierowanym do papieża nowo mianowany kardynał Mario Grech, sekretarz generalny Synodu Biskupów.

Obrazy te, należące do teologicznego abecadła, wciąż są bardziej przedmiotem rozważań w salach wykładowych niż doświadczeniem codziennego życia. Można powiedzieć więcej: od kilku lat doświadczamy procesu odwrotnego – nasz rodzimy Kościół w Polsce stał się Kościołem dzielącym, odrzucającym i wewnętrznie podzielonym. Przybrał rozmiary hipopotama z poematu T.S. Eliota, symbolizującego laodycejską wspólnotę sytych i zadowolonych. Wreszcie, będąc słusznie Kościołem nauczającym, stał się niestety Kościołem głuchych.

Kościół dzielący i podzielony

W kręgach kościelnych powiada się, że w Polsce liberalnej udało się to, co nie udało się komunistom, a mianowicie podzielić wewnętrznie Kościół. Kiedyś był jasno określony przeciwnik i wszyscy wiedzieliśmy, jak postąpić – dzisiaj nie wiemy.

Nie jest to teza błyskotliwa, raczej manipulatorska. W ciągu ostatnich 30 lat Kościół instytucjonalny sam bardzo się przyczynił do inspirowania wewnętrznych podziałów. Przede wszystkim przestał uznawać za swoją pewną część inteligencji katolickiej, która zgodnie z nauką Soboru Watykańskiego II ośmielała się „stosownie do posiadanej wiedzy, kompetencji i autorytetu (…) ujawniać swoje zdanie w sprawach, które dotyczą Kościoła” (LG 37a). W wielu sporach natury aksjologicznej, społecznej, politycznej i bioetycznej świeccy należący do pokolenia JPII, wiążący całe swoje życie z Kościołem, zaczęli być odcinani od katolickiego mainstreamu, ponieważ ośmielali się zgłaszać swoje votum separatum.

Stało się to dlatego, że większość biskupów, księży, duchownych, zakonników, zakonnic i świeckich postanowiła związać swoje sympatie z prawą stroną sceny politycznej. W jednym z ważniejszych ostatnio tekstów redaktor naczelny „Więzi” Zbigniew Nosowski pisze wręcz o zaistnieniu konkubinatu kościelno-państwowego i pyta, czy biskupi pójdą tropem wyznaczonym przez Vaticanum II i ów konkubinat zerwą. Śmiem twierdzić, że zerwanie konkubinatu nie będzie łatwe, zważywszy, że awanse czynią jeszcze skrajniejsi kandydaci, jak Ordo Iuris, Młodzież Wszechpolska i ONR.

Nie chodzi mi o politykę, ale o to, że poza uwagą instytucjonalnego Kościoła postawiono rzeszę ludzi żadną miarą nie zasługujących na ignorowanie. Ich oczekiwania nigdy nie były wielkie poza tym, by w Kościele mieli swoją podmiotowość. Biskupi w większości związali swoje sympatie z tymi świeckimi, którzy przez różnorakie wpływy – medialne i polityczne – zdają się gwarantować obronę tego, co szumnie nazywa się „wartościami chrześcijańskimi” chronionymi ustawą. O tym jednak, że owe wartości zostały skodyfikowane przede wszystkim przez samego Jezusa w formie ośmiu błogosławieństw, skrzętnie się milczy, a upominających się o ten właśnie kodeks spotyka lekceważenie.

Efektem tego procesu jest podział Kościoła, czyli zatracenie sakramentalnej jedności. Widać to chociażby na przykładzie akcji „Stop Komunii Świętej na rękę”. Co z tego, że w czasie pandemii ­COVID-19 jakiś biskup wdraża w swojej diecezji normy higieniczne przy udzielaniu komunii, zalecając przyjmowanie jej na rękę, świadom że wirus przenosi się drogą kropelkową, skoro biskup innej diecezji ogłosi swoim autorytetem, że Chrystus ukryty w hostii nie zaraża, woda święcona zaś nie zatrzymuje w sobie bakterii, ponieważ jest poświęcona. Co z tego, że papież sankcjonuje istniejącą praktykę posług lektorek i nadzwyczajnych szafarek Eucharystii, poprzez sformalizowanie tych funkcji, skoro lwia część duchowieństwa w Polsce odczytuje to jako zamach na kapłańskie funkcje mężczyzn.

Tłusty kocur albo hipopotam

W 2018 r. zostałem oddelegowany do Rumunii na zebranie plenarne UCESM. Jest to organizacja skupiająca przedstawicieli narodowych konferencji wyższych przełożonych zakonów żeńskich i męskich, a tematem tego zjazdu był udział zakonów w pomocy imigrantom i uchodźcom na terenie Europy. Miałem radość przedstawienia imponujących statystyk zakonnych w Polsce, a jednocześnie smutek niemożności powiedzenia, co konkretnego zakony w Polsce robią na rzecz imigrantów i uchodźców. Moja prezentacja kilku dzieł polskich na rzecz uchodźców i migrantów spotkała się z przygnębiającym komentarzem: „tak wielu i tak niewiele”.

Oczywiście łatwo tę inercję wytłumaczyć skutecznym przeszkodzeniem ze strony władz państwowych, blokujących dawanie schronienia choćby dzieciom żyjącym w urągających człowieczeństwu warunkach na Lesbos czy Lampedusie. Jednak pracując od 17 lat w duszpasterstwie obcokrajowców w Warszawie, zbyt dobrze wiem, jak duchowieństwo polskie reagowało na kryzys migracyjny w Europie, odzwierciedlając izolacjonistyczne tezy aktualnej władzy. Owszem, wspiera się ambitne programy rządowe, sprowadzające się do hasła „pomagamy na miejscu”. Pomagamy tam, żeby nie przyszli tutaj, bo przecież nasz krajobraz ozdabiają kościelne wieże, a nie kopuły meczetów.

Niedawno pewien biskup podzielił się ze mną niepokojem co do słabości polskiego kleru i zapytał o przyczyny stanu rzeczy. Moim zdaniem problem tkwi w błędnej i płytkiej recepcji nauczania Jana Pawła II, a także w umniejszaniu znaczenia czy wręcz demonizowaniu pontyfikatu Franciszka. Nie mam żadnej wątpliwości co do wyjątkowej roli papieża Polaka w historii Polski i świata, jak i jego osobistej świętości. Nigdy nie przeszlibyśmy suchą nogą przez czerwone morze komunizmu, nigdy nie doszłoby do pokojowej transformacji ustrojowej i nigdy też nie bylibyśmy w Unii Europejskiej – gdyby nie on.

Niemniej uważam, że pontyfikat Jana Pawła II uśpił i rozleniwił nasze duchowieństwo, ukryliśmy się bowiem wszyscy za autorytetem papieża Polaka naiwnie wierząc, że on to przecież i my. Nieco buńczucznie też uznawano wieczną świeżość i ciągłą aktualność jego nauk.

Dzisiaj już wiemy, że samo powołanie się na autorytet wielkiego Polaka nie wystarczy. Wyrosło przecież nowe pokolenie, które nie rozumie papieskich katechez o wolności, miłości i odpowiedzialności, solidarności, jak i o tym, że każdy ma swoje Westerplatte. Co więcej, dzieci rodziców pokolenia JPII nie chcą uczestniczyć w tym duszpasterskim kombatanctwie, czemu dają wyraz poprzez gremialne wypisywanie się z lekcji religii czy akty apostazji.

W trakcie pontyfikatu Jana Pawła II i po nim wyrósł też niestety klerykalizm pojmowany jako swoista nietykalność ludzi w sutannach, co boleśnie obnażyły filmy braci Sekielskich. Trzeba chyba było tak potężnego wstrząsu, żebyśmy zrozumieli nie tyle wagę problemu pedofilii jako takiego, ile dostrzegli ogrom hipokryzji w Kościele. Oburzenie na ten dokument jest tylko jeszcze jednym znakiem tego, że gdy Kościół przestaje być głosem sumienia dla świata, to Pan Bóg zapewni sobie inny głos sumienia – głos dziennikarza.

W tym kontekście nieżyjący już o. Maciej Zięba mawiał, że Kościół w Polsce zapadł na syndrom tłustego kocura. ­Figurą świetnie pasującą do tego obrazu jest Gus – kot teatralny z poematu T.S. Eliota. Chwali się go za jego dokonania, a on snuje swoją melancholijną opowieść o cudownych czasach wiktoriańskich, gubiąc jednak wątek i tracąc kontakt z rzeczywistością. Ten sam autor w swoim innym poemacie pisał, że hipopotam i instytucjonalny Kościół są do siebie podobni z uwagi na ich wielkość, ociężałość i powolność. Bardziej jednak od chciwego i sytego Kościoła godny współczucia jest hipopotam.

Głuchy nauczyciel

Dwa lata temu pochłonęła mnie bez reszty książka benedyktynki s. Małgorzaty Borkowskiej „Oślica Balaama. Apel do duchownych panów”. Autorkę spotkało wiele pochwał, ale też spadły na nią gromy i kąśliwe uwagi. Do jednych i drugich s. Borkowska ma dystans, bo, jak powiada, to nie o nią chodzi, ale o zapisaną przez nią treść. I chociaż w książce przewijają się wątki dotyczące kulawego kaznodziejstwa, to podstawowym przesłaniem jest to, że kapłani powinni liczyć się z tym, że wśród słuchających są ludzie, którzy są lepiej teologicznie i filozoficznie wykształceni od nich. Powinni więc zacząć od słuchania Boga, czyli od modlitwy, ale też od wsłuchania się w ludzi, ich potrzeby i troski.

O. Wiesław Dawidowski OSA – „deon.pl”

 

 

 

11

 

Na czym polega prawdziwa wolność człowieka?

Niepublikowany tekst ks. Tischnera

- Człowiek, który nie jest wolny, zawsze będzie pytał: „A co ja z tego będę miał?” - pisał ks. Józef Tischner we fragmencie opublikowanej po raz pierwszy homilii.

Co to znaczy bezinteresowność? Bezinteresowność oznacza przeżycie pewnej wspaniałomyślności. Mamy doświadczenie wspaniałomyślności. To bardzo ważne doświadczenie i w religii, i w etyce. Wspaniałomyślność oznacza, że ja respektuję jakąś wartość tylko dlatego, że ta wartość jest wartością.

Na przykład: mówię prawdę tylko dlatego, że prawda jest prawdą; szanuję prawo, bo prawo jest prawem. Nie ma innego powodu. Można powiedzieć, że to by było w sprzeczności z moją godnością, gdybym ja z innego powodu respektował prawo. Wspaniałomyślność jest jakby drugą stroną wolności, bowiem tylko człowiek wolny jest zdolny do wspaniałomyślności.

Człowiek, który nie jest wolny, zawsze będzie pytał: „A co ja z tego będę miał?”. Natomiast człowiek wspaniałomyślny, stając przed tymi wartościami, mówi: „Nawet gdybym nic z tego nie miał, nawet gdybym miał zginąć, to nie mogę inaczej. Respektuję prawo, bo prawo jest prawem”. W tym dialogu formalnym odpowiedź na „pójdź za Mną” to właśnie jest ta wspaniałomyślność.

Można by to jeszcze inaczej powiedzieć: że na przykład taki apostoł, który idzie z Jezusem, nagle odkrywa (no przypuśćmy), że Jezus nie ma racji. To on woli nie mieć racji z Jezusem, niż mieć rację z Piłatem.

Bo to zależy także, w jakim towarzystwie na tym bożym świecie człowiek się znajduje. [...] W zasadzie miłość nie daje się wytłumaczyć przez żadne „dlaczego”. Jest się wspaniałomyślnie z kimś. To się nazywa często wiernością. Jest mnóstwo argumentów przeciw, prawda?

Mama rozradza, tata rozradza, a ta lezie jak w lep na muchy. Wspaniałomyślnie. Tu jest klucz do sprawy, ponieważ nagle okazuje się, że człowiek wyskakuje na inny poziom istnienia.

Człowiek jest jedyną istotą na bożym świecie, która może zachowywać się wspaniałomyślnie. To bardzo ciekawa sprawa i wiele by o tym mówić... Dużo o tym dyskutowaliśmy na seminarium u Ingardena, bo to się wiązało z doświadczeniem wartości etycznych.

Ćwiczyliśmy wspaniałomyślność. Ja za dużo nie ćwiczyłem, ale u jednego z kolegów (lekarza psychiatry, który także studiował u Ingardena) nagle odkryłem, że w Morskim Oku miał w plecaku Spór o istnienie świata Ingardena. Po co mu to było?

Absolutnie po nic. Ale genialność polega na tym, żeby przynajmniej raz w tygodniu, a już najrzadziej raz w miesiącu, przeczytać coś takiego, co człowiekowi po nic. Wspaniałomyślnie.

Bez absolutnie żadnej myśli o korzyści: że albo jeszcze bardziej zgłupieję po tej lekturze (co też nie jest bez wartości), albo bardziej zmądrzeję (co jest niebezpieczne). Wspaniałomyślnie. Zwłaszcza jeśli chodzi o życie intelektualne, to polecam tę wartość. Niesłychanie cenna.

 

 

 

12

 

Adam Szustak OP:

zakochanie to jeszcze nie miłość

" Dopóki czekamy z kochaniem kogoś, aż będzie taki, jakiego go sobie wymarzyliśmy lub wymyśliliśmy, jeśli naszym punktem wyjścia w naprawianiu małżeństwa będzie oczekiwanie zmiany z tej drugiej strony, to nic nie drgnie" - pisze dominikanin o. Adam Szustak.

To, co jest w stanie wyrwać rzeczy niewyrywalne i zasadzić rzeczy niezasadzalne, to postawa, w której wobec drugiego człowieka stajesz się sługą tego, co w nim słabe, trudne, bolące i cierpiące. Ta służba to oczywiście nie radość z tego, że ktoś ma w sobie zło, ale bycie pomocą w zwalczaniu tego wszystkiego - to towarzyszenie w wychodzeniu ze słabości i grzechów. Tylko wtedy, gdy staniemy się sługami innych ludzi, oni będą w stanie wyjść z własnych bagien i trudności. I dotyczy to każdej relacji, nie tylko małżeńskiej, ale także więzi rodziców z dziećmi, relacji przyjaciół czy rodzeństwa. Jeżeli jakaś relacja ma w ogóle zacząć istnieć na serio (a szczególnie małżeńska), to musi pojawić się w niej wspólne noszenie słabości.

Miłość nie polega na kochaniu w drugiej osobie tego, co jest w niej cudowne, wspaniałe, fantastyczne, zachwycające czy fascynujące. Taki stan to pewnego rodzaju faza, która jest składnikiem miłości, ale nie jest jej istotą, a tym bardziej nią samą. W każdej relacji może pojawić się zachwyt drugą osobą, ale to nie znaczy, że jest to od razu miłość. Zakochanie może każdemu z nas wydarzyć się w życiu pięćdziesiąt tysięcy razy. Droga żono, może się tak zdarzyć, że twój mąż zafascynuje się inną kobietą. I kiedy teraz myślisz sobie: "Ale jak to? Niech go ręka Boska broni, a szczególnie moja ręka niech go broni" to chcę ci powiedzieć, że wszystkich nas stworzył Pan Bóg, co oznacza, że każdy z nas jest fascynujący. Gdybyśmy choć chwilę dłużej pobyli z dowolnym człowiekiem, poznając go bliżej, to po jakimś czasie znajdziemy w nim niezwykle pociągające i fascynujące rzeczy, bo tak nas ukształtował Bóg, że z natury jesteśmy piękni i godni zachwytu. Drogi mężu, bardzo możliwe, że twoja żona, żyjąc z tobą w małżeństwie, zakocha się w innym mężczyźnie. Czy to znaczy, że cię nie kocha? Nie! (Oczywiście jeśli to zakochanie nie pójdzie dalej). Samo jednak to, że jakiś mężczyzna stanie się dla niej fascynujący, atrakcyjny i pociągający, to normalna rzecz. Tylko uwaga: to nie jest miłość!

Czasem, jako że sporo rozmawiam z różnymi ludźmi, zdarza się, że przychodzi do mnie jakiś mężczyzna i mówi: "Ojcze, zakochałem się w koleżance z pracy. Mam żonę, dzieci, ale jestem totalnie zafascynowany tą kobietą". Na to odpowiadam tak: "Jeśli ta fascynacja nie poszła gdzieś dalej, w inne rejony relacji i zaczęła być budowaniem więzi damsko-męskiej, to wszystko jest w porządku. Samo to, że ktoś cię pociąga lub zachwyca, nie jest złe". "Ale, ojcze, przecież będąc nią zafascynowany, nie kocham już mojej żony!". "Nieprawda. Zakochanie to nie jest miłość, bo miłość zaczyna się wtedy, gdy dobrze poznasz tę koleżankę z pracy, zobaczysz wszystkie jej wady i słabości, dostrzeżesz, że potrafi być okropna (bo wszyscy tacy być potrafimy), a mimo to zdecydujesz się służyć jej w tych trudnościach. Jeśli tak się wydarzy, to rzeczywiście masz problem. Choć przyznam szczerze, nie rozumiem, po co tego szukałeś, skoro masz to w domu". Miłość to kochanie słabości i służba drugiemu we wspólnej drodze wychodzenia z nich.

Prawdziwa miłość zaczyna się w nas wtedy, gdy zajmujemy się w drugim człowieku nie tym, co nas w nim fascynuje, ale tym, co jest w nim słabe, beznadziejne, cierpiące i złe. W związku z tym, że to właśnie jest istotą miłości, przypuszczam, że siedemdziesiąt procent małżeństw żyjących na świecie w ogóle jeszcze nie zaczęło się kochać. Bo kiedy słyszę: "Ojcze, nasza miłość się skończyła. Już nas nic w sobie nawzajem nie fascynuje. On mi zupełnie spowszedniał, ona przestała być taka cudowna i pociągająca. I oczywiście nie chodzi tylko o fizyczność, ale w ogóle o całokształt, więc chyba nasza miłość to przeszłość", moja odpowiedź jest zawsze ta sama: "Nie, miłość między wami nie mogła się skończyć, bo jeszcze nigdy się nie zaczęła. To, że kiedyś byliście dla siebie całym światem, wszystko was do siebie przyciągało, to było zakochanie, które właśnie zniknęło. Teraz czas na coś więcej". Nikt z nas nie pójdzie dalej w relacji, jeśli nie uwierzymy i nie spróbujemy przełożyć na nasze życie tego, że miłość zaczyna się wtedy, kiedy zajmujemy się tym, co niełatwe i niefascynujące w drugim człowieku - kiedy to zaczynamy kochać.

Miłość to kochanie słabości i służba drugiemu we wspólnej drodze wychodzenia z nich.

Właśnie to chciał powiedzieć Pan Jezus w swoich przypowieściach o drzewie i ziarnku gorczycy. Pierwszą rzeczą, która stwarza przestrzeń, by relacja mogła się zbudować, a co za tym idzie, by rzeczy niewyrywalne mogły się wyrwać i rzeczy niezasadzalne mogły się zasadzić, jest taka miłość. Jak słusznie jednak mówi klasyk, do tego w małżeństwie trzeba dwojga - służenie sobie w słabościach nie zadziała, gdy tylko jedna strona będzie to robić. Dopóki obydwoje w małżeństwie nie przyjmą na serio, że w ich wspólnym byciu chodzi o to, by jedno zajęło się słabościami drugiego, to między nimi nigdy nie stworzy się relacja, o której mówi Pan Jezus. Bez tej decyzji nic nie da się zrobić ani zmienić. Od samego mówienia: "Nie rób tak" lub "Zmień się" nic się nie wydarzy. Dopóki czekamy z kochaniem kogoś, aż będzie taki, jakiego go sobie wymarzyliśmy lub wymyśliliśmy, jeśli naszym punktem wyjścia w naprawianiu małżeństwa będzie oczekiwanie zmiany z tej drugiej strony, to nic nie drgnie. Tylko postawa sługi jest początkiem miłości i doświadczania wielkich cudów w relacji.

Fragment książki Adama Szustaka OP: "Rodzinne pole minowe".

 

 

 

Znalezione obrazy dla zapytania: Christopher Dempsey oddał nieznajomej kobiecie połowę wątroby

 

Najpierw oddał jej połowę wątroby, a potem… serce!

Ta historia wydarzyła się naprawdę

Christopher Dempsey oddał nieznajomej kobiecie połowę wątroby. Teraz on i Heather Krueger, dla której został dawcą, są szczęśliwym małżeństwem. CzasamI życie pisze najbardziej niezwykłe scenariusze. Tak było w przypadku tej pary.

Oddał połowę wątroby

Oboje byli dla siebie zupełnie obcymi ludźmi. Ich historia nie była bajkowa. Chris zgłosił się na ochotnika, aby przekazać połowę swojej wątroby nieznanej kobiecie. Heather była na liście osób oczekujących na narząd, ale jej sytuacja okazała się na tyle krytyczna, że lekarze zasugerowali, aby poszukała żywego dawcy.

W biurze Dempsey usłyszał, że kuzynka jego współpracownika pilnie potrzebuje wątroby do przeszczepu, w przeciwnym razie czeka ją śmierć. Chris długo się nie zastanawiał. Były żołnierz marines pojechał do szpitala, aby się gruntownie przebadać i dowiedzieć, czy może zostać dawcą.

„Nie wiem, jak to jest być w takiej sytuacji. Gdyby to był ktoś z mojej rodziny, bardzo chciałbym, aby ktoś inny zdecydował się na taki krok” – mówił w 2015 roku w wywiadzie dla „Daily Southtown”.

Uratował życie przyszłej żonie

Mężczyzna nie spodziewał się, że jedną decyzją uratuje życie przyszłej żony. Heather od czterech lat chorowała na autoimmunologiczne zapalenie wątroby. Była wtedy już w czwartym stadium choroby. Lekarze dawali jej jedynie 50 proc. szans na przeżycie kolejnych dwóch miesięcy.

Przed planowaną operacją Chris i Heather byli na kilku randkach. Oficjalnie parą stali się po zabiegu. Przeszczep trwał ponad osiem godzin. Operacja zakończyła się sukcesem. Z czasem relacja Chrisa i Heather pogłębiała się.

Dempsey od początku ich znajomości podkreślał, że nie oczekuje niczego w zamian. Był zdeterminowany i odważny. Chociaż, jak przyznał, tuż przed towarzyszyły mu pewne obawy dotyczące prawidłowego przebiegu operacji.

Po kilku miesiącach mężczyzna wrócił do pracy. Nigdy nie żałował, że podjął taką decyzję. Przyznał, że gdyby miał wybierać, bez wahania postąpiłby podobnie. Kobieta nie mogła uwierzyć w to, że ktoś zdecydował się oddać jej część siebie. Jej mama na tę wiadomość zalała się łzami.

„Kiedy usłyszałam o Chrisie, nie chciałam się zbytnio ekscytować, w przeszłości wielu ludzi było przebadanych, ale kwalifikacje były tak surowe, że większość z nich została zdyskwalifikowana” – przyznała Krueger w rozmowie z today.com.

Po udanym przeszczepie Chris wraz ze swoim klubem motocyklowym oraz Korpusem Piechoty Morskiej zbierali pieniądze na pokrycie kosztów leczenia Heather.

Pobrali się 19 miesięcy po przeszczepie

„Jesteś najbardziej niesamowitym człowiekiem, jakiego poznałam. Wierzysz we mnie i sprawiasz, że czuję się niesamowicie każdego dnia. Dzięki tobie uśmiecham się i mam odwagę marzyć” – powiedziała Kruger w dniu ślubu do swojego męża.

Para pobrała się 15 października 2016 roku, 19 miesięcy po operacji. Poznanie siebie nazywają cudem. „Anioł czuwał nade mną. Mój ślub był bajkowy” – wspomina szczęśliwa mężatka. I dodaje: „Po prostu wiedziałam, że to on, wszystko przeszliśmy razem”.

Historia jak z filmu

Historia miłości tych młodych ludzi stała się nawet inspiracją do powstania filmu – „Once Upon A Christmas Miracle”.

Małżonkowie mają nadzieję, że dzięki takim produkcjom zwiększy się świadomość na temat potrzeb dawców narządów. „Chciałabym, aby ludzie dowiedzieli się, jak przerażające jest przejście przez to wszystko. Ludzie każdego dnia tracą życie, czekając na przeszczep. Nie masz pojęcia, jaki wpływ możesz wywrzeć na czyjeś życie, oddając swój narząd” – mówi w jednym z wywiadów Krueger.

Źródła: heavy.com; nbcchicago.com; ctvnews.ca; today.co

Anna Gębalska-Berekets – „aleteia”

 

 

 

14

 

„W Brazylii świeccy są bardziej zaangażowani niż w Polsce”.

Nowy biskup w Krakowie

BISKUP ROBERT CHRZĄSZCZ

 

Z bp. Robertem Chrząszczem, nowym biskupem pomocniczym archidiecezji krakowskiej, w latach 2005-2020 proboszczem dwóch brazylijskich parafii, byłym wikariuszem biskupim w archidiecezji Rio de Janeiro, rozmawia Małgorzata Bilska.

Małgorzata Bilska: Przez 15 lat mieszkania w Brazylii można się było zakorzenić. Cieszy się ksiądz biskup, że wrócił do Polski?

Bp Robert Chrząszcz: Mam trochę mieszane uczucia, ale wyjeżdżając na misje, oddałem się Panu Bogu do dyspozycji. W Krakowie miałem spokojne życie jako wikary. Fantastycznie mi się pracowało z młodzieżą. Czułem się zrealizowany, ale coś mnie pchało do zrobienia czegoś więcej…

W wakacje odwiedziłem kolegę – a obecnie biskupa – Zdzisława Błaszczyka, który pracuje w Rio de Janeiro. I tam zobaczyłem inny Kościół, inny świat. W Brazylii bardzo potrzeba księży. Wróciłem, czując, że Pan chciałby, żebym tam był. Czułem w sercu pragnienie – i powinność.

Pracowało to we mnie przez kilka miesięcy. Zmarł wtedy mój tata i nie miałem odwagi mówić nic mamie. Po roku poprosiłem o zgodę na wyjazd kard. Franciszka Macharskiego, a błogosławił mnie już nowy ordynariusz, kard. Stanisław Dziwisz. Pojechałem w nieznane, nie znając języka portugalskiego. Tylko „na zaufaniu” Panu Bogu.

Nie żałował ksiądz biskup?

To była dobra decyzja, odnalazłem się tam. W mojej pierwszej parafii udało mi się zbudować kościół i wspólnotę – prawie od zera. Po 14 latach otrzymałem nową parafię, miałem plany. Było mi z tym bardzo dobrze. Nie myślałem o powrocie do Polski.

Propozycja, jaką otrzymałem, zburzyła mój spokój. Znów czeka mnie radykalna zmiana. To rodzi niepewność, nawet troszkę bojaźń, czy sobie poradzę…?

Pojawiają się różne pytania. Kim jestem, żeby pełnić funkcję biskupa? Z drugiej strony Pan Bóg zawsze mnie prowadził tak, że wyciągał mnie ze strefy komfortu.

Może my w Polsce mamy problem właśnie ze strefą komfortu? Kiedy ksiądz biskup wyjeżdżał w 2005 roku, Kościół cieszył się prestiżem, zaufaniem itd. To w Brazylii ubywało chrześcijan wyznania rzymskokatolickiego. Po II wojnie światowej ponad 99 proc. ludności stanowili katolicy, dziś to około połowa. Wierni przechodzą do Kościołów pentekostalnych lub zostają agnostykami. Co jest przyczyną tych zmian?

Brakowało też powołań. 15 lat temu w bardzo niewielu parafiach był drugi ksiądz. Zwykle był tylko proboszcz, który miał pod opieką wiele kaplic. Miał czas na to, żeby odprawić mszę świętą, ale czasem nawet wyspowiadać wszystkich chętnych nie zdążył.

Brak księży przekłada się na brak formacji. Ludzie byli ochrzczeni, bo taka jest tradycja. Wszyscy chrzczą, to trzeba ochrzcić. Formalnie jest ktoś katolikiem, ale nie ma żadnego poczucia więzi z Kościołem. Nie zna go. A nasz jest tam jednym z wielu Kościołów.

Na papierze rzeczywiście ilość katolików spada. Z perspektywy dwóch moich parafii było jednak odwrotnie. Na początku w mszach niedzielnych uczestniczyło 250 osób, a kiedy odchodziłem, to było 2-3 tysiące. Ksiądz był obecny i ludzie zaczęli przychodzić.

Brazylia ma ponad 200 mln mieszkańców. Ile osób mieszkało na terenie parafii?

Około 40 tys. I byłem tam sam przez wiele lat. W obrębie parafii było około 50 kościołów niekatolickich. Czasem świątynia to zwykły garaż, w który pastor głosi Ewangelię. Grupek skupionych wokół liderów, którzy „dobrze mówią” jest bardzo wiele.

Czyli jednak potrzeby duchowe są nadal żywe?

Brazylijczycy są bardzo otwarci na świat Ducha. Są chłonni, szukają kontaktu z Panem Bogiem. Tyle że jak ktoś się chce pomodlić, a Kościół katolicki jest daleko, idzie do pastora w kościele obok. Pada argument – Pan Bóg jest przecież ten sam.

Ze statystyk wynika, że ubywa katolików. Ale ja nie wiem, czy jak mama kogoś ochrzciła, a on nie chodził na mszę świętą, to czy naprawdę w Kościele był.

Na zawołanie biskupie wybrał ksiądz biskup słowa Jana Pawła II „Otwórzcie drzwi Chrystusowi”. Na obrazku wydrukował natomiast zdanie „Panie Boże, daj mi otwarte serce na wszystkich ludzi, których spotkam na mojej drodze”. Łączy je słowo „otwartość”…

Otworzyć drzwi dla Chrystusa, to pozwolić Mu wejść w moje życie, aby On pomógł mi otworzyć się na innych. Dla mnie osobiście to się łączy też z Chrystusem z góry Corcovado w Rio de Janeiro.

To jest Chrystus Odkupiciel, który z otwartymi ramionami wita wszystkich turystów – i tych, którzy przychodzą do Rio, niezależnie od ich wiary. Figura jest podobna do figurek Najświętszego Serca Pana Jezusa tylko z otwartymi ramionami. Mamy uczynić nasze serca według serca Chrystusowego.

Ten, kto się zbliży do Chrystusa, automatycznie będzie się otwierał na drugiego człowieka. Św. Jan powiedział: „Kto mówi, że kocha Pana Boga, a nie kocha swojego bliźniego, jest kłamcą”. Nie ma innego wyjścia. Musimy się otworzyć.

Czym jest owa ewangeliczna otwartość?

Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Powiem z doświadczenia, a nie z książki teologicznej. Otwartość jest stworzeniem mostu, który daje mi możliwość spotkania z drugim człowiekiem. Z otwartością łączy się słowo „spotkanie”.

Bardzo ważne jest, aby szukać tego, co nas łączy. Patrząc na drugiego, zawsze możemy znaleźć w nim coś dobrego. Myślimy różnie, więc ta droga nie jest łatwa. To jest też krzyż.

Papież Franciszek powiedział, że czasem warto wyjść, nawet ryzykując, że ktoś nas zrani. Już samo wyjście jest bowiem wartością. Ten, kto się zamyka, czuje się bezpieczny, ale wtedy nikt się do niego nie zbliży.

Ksiądz biskup chyba utożsamia otwartość z miłością.

Pan Jezus otworzył swoje serce dla nas. Znowu wraca Jego postać z Corcovado – dlatego będzie w moim herbie biskupim. On nie bał się zostać zraniony, przez nas. Nie można się otworzyć na drugiego bez miłości.

A można kochać, nie będąc otwartym?

Też jest ciężko.

Warunkiem dialogu, który nam nie zagraża, jest zakorzenienie w Chrystusie?

Tak. To jest podstawa. On będzie nas prowadził. W czasach pierwszych chrześcijan poganie mówili ze zdumieniem: zobaczcie, jak oni się miłują. Wszyscy musimy bardziej kochać. To zadanie i cel każdego dnia.

Czy to prawda, że w Brazylii jest dużo mniejszy dystans między biskupami a świeckimi? Podobno w ogrodach domów biskupich zdarzają się spotkania, na które każdy może przyjść. Tu to jest (jeszcze?) dziwne.

Rzeczywiście, świeccy są tam bliżej księdza czy biskupa. W Polsce dystans to pokłosie komunizmu. Kościół miał wielką trudność w otwarciu na świeckich. Był strach przed działaniami Służby Bezpieczeństwa, prowokacją, szpiegowaniem.

W Brazylii parafia funkcjonuje w oparciu o świeckich. Proboszcz jest ojcem swojej parafii, organizuje wszystkie wspólnoty. Ja w mojej miałem ich 32. W ciągu miesiąca nie byłbym w stanie spotkać się z każdą z tych grup… A wszystko funkcjonowało. Świeccy mają świadomość życia w Kościele i chęć pracy na jego rzecz. Są bardziej zaangażowani niż tu w Polsce.

Myślę, że my księża i biskupi powinniśmy być bardziej otwarci na uczestnictwo w Kościele osób świeckich. Wasza odpowiedzialność to wielkie bogactwo wspólnoty. Tu znowu widać, jak bardzo potrzebny jest dialog – i otwartość. Zamiast załatwiać pewne sprawy za pomocą mediów społecznościowych, musimy się otworzyć i zacząć ze sobą rozmawiać.

Małgorzata Bilska – „aleteia”

 

 

 

 

Święci i błogosławieni w tygodniu

 
 
 
 
 

NIEDZIELNA EUCHARYSTIA – 6.30, 8.00, 9.30 – dla młodzieży, 11.00 – rodzinna, z dziećmi, 12.30, 16.00, 19.00, poniedziałek - sobota – 7.00, 7.30, 18.00.

Kancelaria (tel. 126452342) czynna:

(oprócz I piątku i świąt): godz. 8-9 i 16-17.15 (oprócz sobót)

Redakcja „Wzgórza w Blasku Miłosierdzia”: Władysław Wyka red. nacz.,

Wydaje: Parafialny Oddział Akcji Katolickiej nr 1 Archidiecezji Krakowskiej

- Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach 1a,

Nr k. bank – 08 1240 2294 1111 0000 3723 9378, tel.; 0-12-645-23-42.

NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:

strona internetowa parafii:

www.wzgorza.diecezja.krakow.pl

oraz milosirdzia-parafia.pl - PO Akcji Katolickiej

adres parafii:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.,

strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl

adres gazetki:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.