WZGÓRZA

W BLASKU MIŁOSIERDZIA

 

30/776                   -         26 lipca 2020 r. A.

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA „WZGÓRZA W BLASKU MIŁOSIERDZIA”

„Błogosławieni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią”

 

1a

 

 

XVII NIEDZIELA ZWYKŁA

26 lipca 2020 r.A.

 

 

5

 

 

 

XVII niedziela zwykła... Co jest najważniejsze?

To właśnie pytanie nie daje spokoju przy lekturze czytań tej niedzieli. W teorii odpowiedź znamy. Ale jaką dajemy naszymi codziennymi wyborami? Stawiamy na królestwo Boga czy raczej na inne sprawy? Czas teorię pogodzić z życiem. Oczywiście dostosowując życie do teorii. Zrobienie na odwrót byłoby tragedią...

Przypowieść Jezusa o skarbie ukrytym w roli i o kupcu poszukującym pereł przekonuje nas, że królestwo niebieskie warte jest wysokiej ceny. Możemy sobie zadać pytanie: Co jesteśmy w stanie dla niego poświęcić, jakie koszty gotowi jesteśmy ponieść? Królestwo niebieskie nie jest krainą dla skąpców, ale dziedzictwem ludzi wielkodusznych, którzy inwestują wszystko, co mają – własne życie – aby zdobyć to, co najcenniejsze. A „Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra”.

 

7

 

  

W dzisiejszym numerze:
- Boży biznes.
- Powołanie do zrozumienia Pana.
- Zakładam na plecy krzyż swój.
- 11 rzeczy, których katolikowi nie wolno robić na urlopie.
- Podziękowanie.
- Hulaj dusza, czyli… rodacy na wakacjach.
- Dlaczego Kościołowi nie pomoże myślenie, że „brudy pierze się w domu”
- Żyłem w totalnej rozwałce i w poczuciu, że jestem niewierzącym księdzem.
- Święci i błogosławieni w tygodniu.

 

 

 

8

 

Boży biznes

Nie ma większego specjalisty od biznesu niż Bóg. Jego Syn przybył, by nas tego biznesu nauczyć. Podał dokładne zasady i ukazał, jak należy ten biznes prowadzić. Wymaga on rozpoznania tego, co jest najwyższą wartością. To rozpoznanie należy do mądrości. Ona zawsze była, jest i będzie ceniona jako szkoła Bożego biznesu. Wybitnie uzdolnionym uczniem tej szkoły był Salomon. Jego modlitwa o mądrość nie powinna znikać z serca ucznia Chrystusa.

Jezus podaje metody opanowania sztuki Bożego biznesu. Pierwsza polega na otrzymaniu daru mądrości. To szczęście, gdy człowiek niespodziewanie odkrywa ten dar (skarb w roli). Druga – na stopniowym zamienianiu mniejszych wartości na większe (perła). Trzecia – na codziennej selekcji i wyborze pokarmu dobrego, a odrzuceniu złego (ryby w sieci). Ten Boży biznes wymaga ryzyka. W pierwszych dwóch metodach trzeba być gotowym sprzedać wszystko, co się ma, by nabyć ziemię kryjącą skarb mądrości lub drogocenną perłę. Nie wolno jednak nic sprzedawać, zanim się nie dostrzeże skarbu mądrości. Trzeba zawsze zamieniać to, co mniej wartościowe, na to, co jest cenniejsze.

Mamy być specjalistami Bożego biznesu. Jezus chce, byśmy byli najszczęśliwszymi i najbogatszymi ludźmi na świecie. Warunek jest jeden: trzeba posiąść mądrość. Sąd ostateczny będzie polegał na ukazaniu szczęścia Bożych biznesmenów i bólu bankrutów, którzy przegrali doczesność i wieczność. Piekło to wieczny wstyd z powodu własnego bankructwa.

ks. Edward Staniek „Ekspres HomiletycznY”

 

 

 

9

 

Powołanie do zrozumienia Pana

Ewa, bohaterka książki Doroty Terakowskiej Ono, myśli o sobie tak: „Gdybym miała na imię Andżelika, od razu byłabym kimś innym. Andżelikę na pewno spotkałyby w życiu romantyczne przygody, Sandra byłaby bogata, a Patrycja powinna być elegancka (...). Dostajesz imię i stajesz się kimś? Nikim w tłumie Ew”. Człowiek obdarzony imieniem staje się kimś konkretnym, określonym – najpierw dla otoczenia, a później dla samego siebie. Każdy z nas posiada imię, które w jakimś sensie ukazuje oblicze i wnętrze. Chodzi o imię "chrześcijanin". Człowiek wierzący to ten, który przez całe życie musi pamiętać, kim jest! Dzisiejsza Ewangelia pozwala nam zrozumieć głębiej proces stawania się chrześcijaninem.

Chrystus poucza, że każdy z nas powinien stać się podobny do ojca rodziny, „który ze swego skarbca wydobywa rzeczy nowe i stare” (Mt 13). W różny sposób można interpretować te słowa, ale jednym z możliwych tłumaczeń jest ukazanie pewnego rodzaju uniwersalizmu chrześcijańskiego. Jan Paweł II mówił do młodych w 1991 roku: „Kościół Chrystusowy jest rzeczywistością fascynującą i wspaniałą. Jest bardzo stary – liczy bowiem dwa tysiące lat – a jednocześnie jest wciąż młody dzięki Duchowi Świętemu”. Za sprawą Trzeciej Osoby Boskiej możliwy jest prawdziwy postęp, który zakłada, że będąc wiernym zasadom wiary, można korzystać ze zdobyczy cywilizacyjnych. Nieprawdą jest, jakoby chrześcijanin był człowiekiem zacofanym, który we wszystkich nowościach widzi zło. Dzisiejsza Ewangelia dobitnie ukazuje prawidłową postawę: łączyć stare z nowym. Chodzi zatem o roztropne, ale i odważne korzystanie ze zdobyczy cywilizacyjnych.

Niestety, wielu praktykujących katolików jest uzależnionych od współczesnej techniki. Istnieją takie domy, w których zepsuty telewizor zupełnie burzy porządek i spokój. Okazuje się, że nagle pojawia się jakaś pustka. Telewizor był bowiem swoistą ucieczką przed dialogiem z domownikami. Na pewno nie jest to postawa oddająca istotę chrześcijańskiej miłości. Świadomość, że jestem wierzącym człowiekiem, pełni rolę autocenzury. Jestem postępowy w myśleniu i czynieniu, ale biorę pod uwagę przykazania Boże! Pamięć o tym, kim jesteśmy, umożliwia podejmowanie trafnych i dojrzałych wyborów.

Imię, które każdy z nas nosi (chrześcijanin), oznacza również znajomość orędzia ewangelicznego. Jezus, przemawiając do swoich uczniów, zadaje im pytanie: „Zrozumieliście to wszystko?” (Mt 13). Jakże ważna staje się odpowiedź: „Tak jest” (Mt 13). Patrząc na własną wiarę, trzeba zapytać, czy rozumiemy, co mówi do nas Bóg. W tym miejscu dla lepszej ilustracji zagadnienia posłużę się pewną przypowieścią.

Zdarzyło się współczesnemu człowiekowi, że pewnego razu zabłądził na pustyni. Z nieba lał się żar jak roztopiony ołów, nagrzany piasek wrzynał się boleśnie w skórę, oczy piekły ze zmęczenia, a sił ubywało z każdym krokiem. Nagle wędrowiec dostrzegł w oddali oazę.

– To na pewno fatamorgana, zwodniczy miraż – pomyślał – na to się nie nabiorę.

Kiedy jednak szedł w tym kierunku, zjawisko nie znikało. Wprost przeciwnie: palmy rysowały się coraz wyraźniej, a przede wszystkim woda stawała się bardziej realna.

– To głód i pragnienie tak omamiły moją wyobraźnię – tłumaczył sobie przekornie – takie fantazje są czymś naturalnym w moim położeniu. Teraz nawet słyszę szum źródełka, ale to niemożliwe, to halucynacja.

Wkrótce potem przechodzili tamtędy dwaj beduini.

– Nie mogę tego pojąć – odezwał się jeden z nich – jak ten człowiek mógł umrzeć, mając prawie daktyle w ustach, a na długość ręki źródło?

– To był prawdziwie współczesny człowiek – odparł drugi.

Jak widać, brak umiejętności odczytania znaków może być powodem tragedii. Prawdziwy chrześcijanin powinien zarówno w swoim sumieniu, jak i w drugim człowieku odnajdywać wolę Bożą. Tylko wtedy ma szansę przeżycia swojego życia w pokoju, tylko wtedy może zrozumieć Boże przesłanie, tylko wtedy potrafi twierdząco odpowiedzieć na pytanie: Zrozumiałeś to wszystko?

Jest jeszcze jedno wskazanie w dzisiejszej Ewangelii. Jezus mówi do uczniów: „wyjdą aniołowie, wyłączą złych spośród sprawiedliwych i wrzucą w piec rozpalony” (Mt 13). Prawdziwy chrześcijanin żyje w perspektywie życia wiecznego i sądu ostatecznego. Konkretnie chodzi o wierność Bożym przykazaniomna co dzień, o bycie sprawiedliwym. Jan Paweł II w liście Parati semper pisał, że „chrześcijaństwo uczy nas rozumienia doczesności z perspektywy królestwa Bożego, z perspektywy życia wiecznego”. Można więc powiedzieć, że prawdziwy chrześcijanin odczytuje wszystkie codzienne wydarzenia z perspektywy wiary. Zarówno chwile uniesień, zwycięstw, jak i porażki oraz cierpienia należy odczytywać przez pryzmat opatrzności Bożej. Nie wszystko stanie się zrozumiałe, ale na pewno łatwiejsze do uniesienia. Chrześcijan to człowiek, który potrafi zaufać do końca, nie skarżąc się zbytnio!

Wyjdźmy zatem dziś z tej świątyni ze świadomością, że jesteśmy powołani do coraz głębszego rozumienia słów samego Boga oraz realizacji Jego wskazań. Można więc zapytać na koniec: „Zrozumieliście to wszystko” (Mt 13)? Tak jak apostołowie powinniśmy z wiarą i pokorą powiedzieć: „Tak jest” (Mt 13)!

ks. Janusz Mastalski – „Ekspres Homiletyczny”

 

 

 

 

2

 

21. Ogólnopolski Tydzień św. Krzysztofa

Obchodzimy XXI Ogólnopolski Tydzień św. Krzysztofa. Po raz kolejny organizacja MIVA Polska zaprasza kierowców, aby za każdy bezpiecznie przejechany kilometr wpłacili 1 gr. na środki transportu dla misjonarzy.

Jak co roku, Tygodniowi św. Krzysztofa towarzyszy misyjna „Akcja św. Krzysztof”. Ta akcja to też modlitwa za kierowców, błogosławieństwo pojazdów i apel o bezpieczne podróże.

MIVA Polska stworzyła także „Dekalog Kierowcy”, który w konkretny sposób jest propozycją do wdrążania przykazań Bożych w ruchu drogowym przez kierujących pojazdami. – Prowadzący pojazd ma być chrześcijaninem także na drodze, nie tylko w kościele , w domu czy też w miejscu pracy. Ma pokazywać to w swoim sposobie prowadzenia pojazdu i odnoszenia się do innych użytkowników drogi. Samo święcenie pojazdów we wspomnienie św. Krzysztofa nie wystarczy, bowiem najważniejsze jest to, by to błogosławieństwo “dotknęło” świadomości kierującego tym pojazdem.

Z okazji nadchodzącego Tygodnia św. Krzysztofa, MIVA Polska przypomniała opracowany przez siebie Dekalog Kierowcy. Oto jego treść: “Jesteś kierowcą na drodze i nie jesteś na niej sam. Ponad wszystkim jest Pan Bóg Twój, więc zawsze o tym pamiętaj: 1. Nie będziesz egoistą na drodze, 2. Nie będziesz ostry w słowach, czynach i gestach wobec innych ludzi, 3. Pamiętaj o modlitwie i uczczeniu św. Krzysztofa, kiedy wyruszasz w drogę – umiej też podziękować, 4. Szanuj pieszych, 5. Nie zabijaj – bądź trzeźwy, 6. Zapnij pasy – będziesz bezpieczny, 7. Nie bądź brawurowy w prędkości, 8. Nie narażaj siebie i innych na niebezpieczeństwo, 9. Pomagaj potrzebującym na drodze, 10. Przestrzegaj przepisów drogowych, szanuj pracę naszej Policji”.

 

 

16 

 

Zakładam na plecy krzyż swój.

Boże mój, Boże, Zakładam na plecy krzyż swój,

Z cierpień moich dla ciebie. Tyś jest mym natchnieniem.

Miłości łaknieniem, pożywić się słowami twymi,

pić chce z wód żywych codziennie.

Dzielę się z Tobą problemami, ty ich wysłuchujesz,

Naprawić relacje z innymi pomagasz. Za z całego serca ciągle dziękuję,

Poprawić się obiecuję. Pan mój. Bóg mój.

KonradSzopa1

 

 

 

11

 

11 rzeczy,

których katolikowi nie wolno robić na urlopie

Powszechnie wiadomo, że katolikowi wolno wszystko, oprócz grzechu. Niestety wakacje to czas, gdy wielu zapomina o tej zasadzie i folguje głupim, a nawet grzesznym zachciankom. Tymczasem wierny nie tylko nie może grzeszyć, ale także być głupcem, biblijną „panną nieroztropną”, gdyż w ten sposób odrzuca daną przez Stwórcę zdolność analizowania oraz liczne dary Ducha Świętego. Jakie są „typowo” wakacyjne grzechy, czego w trakcie urlopu absolutnie robić nie wolno, czego należy unikać i z czego warto zrezygnować, by nie wyjść na głupca?

1. Nie wspieraj komunistów!

Taka porada brzmi absurdalnie. Wspierać komunistów podczas urlopu? To w ogóle możliwe? Tak! Wakacje to czas, w którym poczynania Polaków są najbardziej obarczone ryzykiem umacniania międzynarodowego komunizmu. Nawet przypadkowego.

Czymże innym jak wspieraniem komunistycznego, a więc antykatolickiego reżimu, jest spędzanie wakacji na Kubie? Chociaż urlop na karaibskiej wyspie może być przeżyciem niespotykanym, to z relacji podróżnika Wojciecha Cejrowskiego wynika, że inne wyspy w regionie są bardziej wartościowe i co więcej, nie panuje tam komunizm wraz z wszystkim, co z niego wynika. Od łapówkarstwa po braki podstawowych towarów.

Jednak rzecz idzie nie tylko o nasz komfort. Nie warto wyjeżdżać do krajów komunistycznych, gdyż zostawiane tam przez nas pieniądze służą umacnianiu diabelskiego reżimu, w ten sposób przedłużając cierpienie miejscowej ludności, w tym Kościoła katolickiego. Powszechnie wiadomo, że marksistowskie reżimy wegetują tylko dzięki zagranicznym dewizom. Po co więc przykładać rękę do ratowania tworu sowietów, który przeżył „imperium zła”?

Krajów stricte komunistycznych jest dzisiaj na świecie jak na lekarstwo. Nie brakuje jednak państw o charakterze socjalistycznym, rewolucyjnym lub realizujących demokratyczną drogę do rządów socjal-liberalnych, która de facto oznacza tłamszenie wolności religii katolickiej, chociażby przez dyktaturę politycznej poprawności. Dlatego warto rozważyć, czy udając się na wakacje nawet do kraju demokratycznego, przypadkiem nie umacniamy „wartości”, jakimi kierują się jego „elity”. Może lepiej zmienić destynację?

2. Nie finansuj islamistów!

Wakacyjne wspieranie islamistów to rzecz o wiele prostsza, oczywistsza i częstsza niż umacnianie reżimu komunistycznego. Każde wakacje spędzone w kraju muzułmańskim oznaczają, że swoje pieniądze przeznaczamy na bogacenie się społeczeństwa jawnie bądź skrycie wrogiego chrześcijaństwu. Zaś zwiększenie potencjału ekonomicznego każdego z państw islamskich prędzej czy później przerodzi się w siłę polityczną i militarną. Nie mamy pewności, czy owa siła nie zostanie użyta do intensyfikacji prześladowań wyznawców Chrystusa.

Dlatego też należy uważnie przeanalizować bliskowschodni i północnoafrykański kierunek podróży. Wszak nikt z nas nie chce być przecież sponsorem Państwa Islamskiego.

3. Nie wchodź do meczetu!

Jesteśmy katolikami. Wierzymy w Boga w Trójcy Świętej Jedynego. On jest naszym Panem. Kto nie czci Pana Boga, ten tak naprawdę oddaje cześć siłom zła. W ten sposób każde pogańskie miejsce kultu traktować należy jako świątynię satanistyczną.

Tymczasem wchodząc do czynnego meczetu musimy wypełnić określone czynności. Z jednej stronny wyrażamy w ten sposób szacunek ludziom oddającym się tam swoim duchowym praktykom, z drugiej jednak oddajemy szacunek całemu systemowi, jaki za danym kultem stoi. W tym przypadku islamowi, religii fałszywej i nienawidzącej Kościoła Chrystusowego.

4. Nie odwiedzaj pogańskich świątyń!

Islamski meczet to nie wszystko. W trakcie wakacji wielu ludzi odwiedza Chiny, Indie, czy inne kraje azjatyckie. W tamtejszych świątyniach hinduistycznych czy buddyjskich również oddaje się kult religijny istotom innym, niż Prawdziwy Bóg – Stwórca wszechrzeczy, który jako jedyny zasługuje na cześć.

Katolicy doskonale wiedzą kogo czczą miejscowi poganie. Dlatego też nie warto ryzykować wizyt w miejscach, w których czyhają na nas zagrożenia duchowe. Wizyta w takim przybytku, nawet jeśli ostatecznie w naszym życiu religijnym nie spowoduje zamętu, z pewnością nie pomaga nam w drodze do nieba.

5. Nie kupuj okultystycznych pamiątek!

Wakacyjna wizyta w pogańskim kraju często wiąże się z zakupem lokalnej pamiątki. Niestety nieobojętnej dla życia duchowego. Wielu ludzi nieświadomie wydaje pieniądze na pogańskie symbole kultu, a następnie przywozi je do swoich domów i stawia na szafce obok… Krzyża, Pisma Świętego, figury Matki Bożej lub wizerunków świętych.

Ta swoista schizofrenia wynika nie tyle ze złej woli, co raczej ignorancji lub braku świadomości zagrożenia duchowego. Tymczasem poganie, głęboko wierzący w swoje kulty, nie obstawiają się machającymi kotami, Śiwami, Wisznami czy Buddami bez powodu. Wynikają z nich określone reakcje, które nijak nie pomagają katolikom w drodze do nieba. Więcej – figurki nieznanych nam bliżej istot, często demonów, są w naszej ziemskiej pielgrzymce kulą u nogi, ściągającą nas w złą stronę.

Lista takich przedmiotów jest bardzo szeroka, tak jak obszerny jest – niestety – świat niechrześcijański. Warto zrezygnować więc z zakupu amuletów „oko proroka”, wszelkiej maści pogańskich figurek bożków (w tym bożków płodności), czy popularnych w Europie „młotów Thora” (Mjølnir) oraz wszystkiego, co do czego nie mamy pewności, że przedstawia istotny dobre.

6. Nie odwiedzaj uzdrowicieli!

Współczesne społeczeństwa zachodnie stylizują się na modłę gardzących wszelkim zabobonem oświeconych racjonalistów. Wszystko to podszyte jest jednak wróżbiarstwem, pasjansami, okultyzmem, magią czy tajemniczymi uzdrowicielami.

Drwiące z „ciemnych katolików” europejskie „mądre głowy”, ale także ignorujący zagrożenia duchowe lub nieznający ich – z własnej winy – wierzący, w trakcie wakacji w orientalnych krajach chętnie odwiedzają lokalnych, pogańskich cudotwórców i magików. Zamiast głębokiej modlitwy o zdrowie oraz cnoty cierpliwości w trakcie terapii, ludzie narażają się na wieczne potępienie swojej duszy z powodu chęci natychmiastowego usunięcia dolegliwości lub… ciekawości. Nie przypadkiem jednak mądrość ludowa ostrzega nas, że zbytnie zainteresowanie niektórymi sprawami to pierwszy krok do piekła.

7. Nie przesadzaj z alkoholem!

Grzechem jest nie tylko chodzenie do uzdrowicieli w celu magicznej poprawy stanu zdrowia, ale także niszczenie swojego ciała poprzez nadużywanie alkoholu. Nie chodzi jednak o całkowity zakaz spożywania. Decydująca w tej sprawie jest cnota umiarkowania lub jej brak.

Wielu ludzi zgodzi się z twierdzeniem, że w duszny i upalny dzień niewiele jest rzeczy przyjemniejszych niż łyk dobrego i przede wszystkim zimnego piwa. Jest jednak różnica między spożywaniem trunków, w tym złocistych, w miłym towarzystwie, w doskonałej atmosferze i z rozwagą, a nieustannym zaglądaniu w kieliszek czy kufel przez cały urlop.

Druga postawa jest grzechem. Może skończyć się popadnięciem w nałóg, ale także oznacza marnowanie czas. Wszak stworzony przez Boga Ojca świat jest zbyt piękny, by ograniczać się wyłącznie do picia alkoholu, nawet smacznego. Samo w sobie spożywanie trunków przez ludzi dorosłych i odpowiedzialnych nie jest niczym nagannym, jednak trzeba znać granice. Nieprzypadkowo Kościół w Polsce od lat nawołuje w jednym z wakacyjnych miesięcy – w sierpniu – o trzeźwość. Trzeźwość nie jest tym samym co absolutna abstynencja.

8. Nie bądź jak świnia!

Nakaz umiarkowania dotyczy także jedzenia i nie jest on znoszony przez ogrzewające nas słońce, które umożliwia zorganizowanie grilla, za jakim nie raz tęsknimy w ciemne, chłodne, zimowe wieczory. Tutaj również należy znać granicę między przyjemnością spożywania smacznego posiłku, a obżarstwem.

9. Nie ćpaj! Nigdzie!

W Polsce zażywanie narkotyków jest nielegalne. Istnieją jednak w Europie Zachodniej (a nawet tuż za naszymi granicami) kraje, w których narkotyki – przynajmniej „miękkie” – nie są traktowane z podobną surowością co nad Wisłą.

Prawo ziemskie nie jest jednak dla katolika instancją najważniejszą, bowiem nie zawsze pokrywa się z moralnością. My musimy kierować się przede wszystkim Prawem Bożym. Święty Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian pisze: „Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego, który w was jest, a którego macie od Boga, i że już nie należycie do samych siebie? Za [wielką] bowiem cenę zostaliście nabyci. Chwalcie więc Boga w waszym ciele!” (1 Kor, 6, 19-20).

Wobec powyższego absolutnie nie możemy narażać naszego ciała, świątyni Ducha Świętego, na zepsucie, nawet jeśli prawo danego państwa nie czyni z tego powodu problemów.

10. Nie grzesz rozpustą!

„Czyż nie wiecie, że niesprawiedliwi nie posiądą królestwa Bożego? Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący z sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego” (1 Kor 6, 9-10) – pisze święty Paweł w swoim Pierwszym Liście do Koryntian.

Tymczasem wiele osób zdaje się twierdzić, że w trakcie wakacji wolno zawiesić stosowanie zasad moralności seksualnej. Nic z tych rzeczy! Moralność obowiązuje nas w domu, w szkole i w pracy, na urlopie i w trakcie wypełniania obowiązków. Nikt nie jest z pewnych zasad zwolniony tylko dlatego, że przebywa z dala od domu, a na polu mocno świeci słońce.

Wakacje nie znoszą kluczowej zasady katolickiej etyki seksualnej, zgodnie z którą każdy stosunek inny niż małżeński jest grzechem. W ten sposób absolutnie niedozwolona i niedopuszczalna jest wszelka nieczystość i rozpusta: homoseksualizm, przygodny seks, seks przedmałżeński, małżeńskie zdrady czy – szczególnie kojarzona z wakacjami – tzw. seks-turystyka.

11. Nie bądź leniem!

Pokusa leniwego spędzenia urlopu jest jedną z najsilniejszych. Czym innym jest jednak skorzystanie z okazji i porządne oraz zdrowe wyspanie się, a czym innym wręcz otępiająca, kilkudniowa bierność połączona z obżarstwem lub pijaństwem. W wakacjach nie chodzi o to, by leżeć na tapczanie i nic nie robić cały dzień. Oczywiście każdy ma prawo odpoczywać jak lubi, a niektórzy niewątpliwie potrzebują przynajmniej raz w roku spokojnego i niezbyt aktywnego czasu.

Jednak mimo tego nadal pozostajemy katolikami. Cały czas mamy obowiązek modlić się, czynić dobre uczynki, unikać grzechu, ewangelizować otoczenie, żyć Sakramentami świętymi i uczestniczyć – przynajmniej tylko w obowiązkowych – praktykach religijnych.

Przed wyjazdem na wakacje niemal koniecznym jest zlokalizowanie kościoła, gdzie moglibyśmy udać się na niedzielną Mszę świętą. I to szczególnie w sytuacji, gdy destynacją jest kraj o innej niż katolicka większości. Jeśli udanie się do kościoła w obcym kraju przekracza nasze możliwości logistyczne, warto w ogóle rozważyć zmianę miejsca pobytu. W wyjątkowych sytuacjach proboszcz może udzielić nam dyspensy z uczestnictwa w niedzielnej Mszy świętej. Nie warto jednak nadużywać tej okoliczności, gdy kilkanaście kilometrów od kurortu posługę katolicką sprawują na przykład polscy księża.

Ponadto czas wolny, nieobecny w chwilach codziennego zgiełku, warto wykorzystać na dodatkowy, intensywny rozwój duchowy i wzrost w wierze poprzez zagłębienie się w pobożne lektury, do których zazwyczaj ciężko sięgnąć.

Michał Wałach - PCh24.pl

 

 

 

12

 

Podziękowanie

Jakże piękny świat mój Boże, szczyty gór rozległe morze

łąki całe w polnych kwiatach i te ważki w środku lata

nad strumieniem kolorowe, niebieskozielone tęczowe.

A wszystko w słońcu się mieni i te hektary zieleni

pól bezkresy złociste, gdzie niebo lazurem czyste,

którym się co dzień zachwycam.

Wieczorem kula księżyca i gwiazd miriady wśród czerni,

a my między nimi śmiertelni, mijamy a piękno wciąż trwa.

Podziwiam dopóki się da i wdzięczna Ci jestem Panie

za wszystko co masz na stanie.

Choć zwiędnę uschnę przeminę, chwała za każdą godzinę

co z łaskawości swej dajesz, obficie szczodrze wspaniale.

wiewióra

 

 

 

13

 

Hulaj dusza, czyli… rodacy na wakacjach

Pamiętają Państwo scenę z serialu Czarne chmury, w której dwóch szlachciców zasiadając w karczmie, woła do usługującego: Gospodarzu! Wina! Najlepszego! Ta sarmacka scena i panująca w niej atmosfera „wypoczynku” nieodzownie przywodzi mi na myśl inną, z pozoru odległą sytuację, której mimowolnym świadkiem stałem się kiedyś na dalekim dalmatyńskim wybrzeżu. I choć inny był czas i miejsce, jednak aktorzy i atmosfera jakby te same… W każdym razie w obu przypadkach bohaterami byli zrelaksowani rodacy.

Temat wakacyjnych wyjazdów i odpoczynku Polaków, a właściwie naszego specyficznego sposobu bycia i zachowania na urlopach nie należy niestety do łatwych i przyjemnych. Owszem, wiele potrafilibyśmy powiedzieć o tych, którzy nasz piękny kraj odwiedzają i nie zawsze są przy tym wzorem wysokiej kultury. Znamy przecież haniebne zachowania wielu lwów Albionu poszukujących w Polsce taniego alkoholu i innych, nie zawsze godnych, rozrywek. Oburza nas często ich barbarzyńskie postępowanie. Tych prymitywnych zachowań pijanych brytyjskich turystów doświadczają często mieszkańcy Krakowa. Obruszamy się też na hałaśliwe zachowania Niemców, którym w naszych restauracjach i kawiarniach jakże często brakuje dyskrecji. Kościoły w naszym kraju każdego letniego dnia doświadczają prawdziwej inwazji dzikich (niezależnie od nacji), niejednokrotnie półnagich, którzy swoim strojem lekceważą święte miejsca. No, ale żebyśmy to my, Polacy, mieli być powodem czyjegoś – delikatnie mówiąc – zażenowania w trakcie naszego wypoczynku, to chyba przesada…

Wyluzuj, są wakacje…

Tymczasem, podejmując temat: jak odpoczywać po katolicku, nie możemy pominąć i tych drażliwych dla nas kwestii, które jak na dłoni pokazują najgorsze nasze wady narodowe. I nie ma się co oburzać i twierdzić, że to przejaw antypolskich stereotypów. Lepiej dokonać takiego rachunku sumienia, w którym dostrzeżmy to, co tkwi w nas jeszcze barbarzyńskiego. Owszem, nie wszyscy Polacy na wakacjach zachowują się tak samo, jednak dla bardzo wielu z nas opuszczenie rodzimego matecznika staje się okazją do porzucenia resztek kultury osobistej, poczucia wstydu i zasad moralnych. Jakby zmiana otoczenia i poczucie anonimowości dawały przyzwolenie na zachowania, które na co dzień trzymamy pod kontrolą. Skoro jednak ruszamy na „totalny relaks” i „upragniony wypoczynek” za naszą krwawicę z dala od wszystkich recenzentów, to najwyraźniej sądzimy, że po to cały rok się staramy, aby teraz dać sobie „luz”. I niestety, dajemy…

Rok temu słyszeliśmy o skandalu z udziałem Polaka, który będąc gościem chorwackiej restauracji umieścił na talerzu owada, by później domagać się niepłacenia rachunku za posiłek. Zgubiła go jednak zamontowana przez właściciela lokalu kamera, która uwieczniła cały misterny plan „oszczędzenia” na rachunku. Oczywiście to jeden z bardziej haniebnych wyczynów naszych rodaków za granicą, ale nie brak i takich, których świadkowie choćby czerwienią się ze wstydu za swoich ziomków. Sam z przykrością mógłbym garściami dostarczyć przykładów takich zachowań, które przyprawiały mnie o chęć natychmiastowej zmiany miejsca lub co najmniej języka, aby nie wstydzić się za innych.

Brzuchy obnoszone przodem

Pewnego razu na wyspie Pag w Chorwacji, któregoś lipcowego poranka, zanim jeszcze słońce zaczęło się dawać we znaki, ruszyłem pieszo wąskimi uliczkami starego miasta w kierunku poczty. Dokoła niemal żadnej żywej duszy… oprócz zbliżających się z naprzeciwka wolnym krokiem dwóch osobników. „Miejscowi? Nie, chyba jednak turyści…” – pomyślałem. – „Ciekawe, którą z obecnych tutaj licznie nacji reprezentują?”.

Ot, zwykła ciekawość turysty na wakacjach. W miarę jednak zbliżania się nieznajomych wątpliwości zaczęły mnie z wolna opuszczać. Oto w cichej, wąskiej uliczce pomiędzy kamiennymi kamieniczkami ich nadejście poprzedzał bowiem odgłos prowadzonych rozmów. Nie było złudzeń: każde zdanie okraszone łaciną, a rozmowa, jak zwykle, o pieniądzach. Kiedy podeszli całkiem blisko, okazało się, że to dwóch mężczyzn w średnim wieku, w samym środku sennego jeszcze miasteczka, wyszło w samych tylko spodenkach, eksponując swoje gołe brzuchy.

To niestety jeden z najbardziej typowych portretów Polaków na letnich wakacjach w ciepłym kraju. Niewłaściwy, nieskromny lub niechlujny ubiór jest naszą częstą wizytówką. Czy to na ulicy, czy w restauracji półnadzy mężczyźni w bermudach i japonkach. Czasami gruby złoty łańcuch na szyi lub przegubie ręki i duży, bijący po oczach zegarek. Ostatnio do tego stylu półIndianina dołączył mały słomiany kapelusik w stylu trilby i kolorowe, zalewające znaczną część ciała tatuaże.

Ależ ci Włosi dziwnie ubrani…

Słyszałem, jak pewna osoba opowiadała o wycieczce z jej zakładu pracy do Włoch. Wycieczka jak wycieczka. Nic nowego. Pije się, od kiedy autokar wyruszy, aż do powrotu pod dom. Ale nie w tym rzecz. Bo przecież na sucho nie pojedziesz… No a poza tym wiadomo – jest gorąco, to nie ma co się zbytnio ubierać. Dlatego ani środek Rzymu, ani metro, ani nawet cmentarz na Monte Cassino nie były w stanie powstrzymać panów od paradowania w stroju Indianina. Panie zresztą też świeciły, ale bynajmniej nie przykładem – swymi szortami ściągały na siebie uwagę zniesmaczonych rzymian. Dwóch tubylców na skuterze omal nie rozbiło się na drzewie, pękając ze śmiechu na widok opasłego, półnagiego polskiego turysty odpoczywającego na zacienionym murku.

– Jacy ci Włosi dziwni – usłyszałem od mojego sprawozdawcy z wycieczki – ubrani po szyję w taki upał, patrzyli na nas jak na dziwolągi…

I nic dziwnego, bo cywilizowani ludzie nawet w upale nie zachowują się jak dzicy.

Gospodarzu! Wina! Najlepszego!

Chorwacja to w ostatnim czasie jedna z ulubionych destynacji na letni wypoczynek Polaków. I oprócz wielu naprawdę kulturalnych rodaków można tam nader często spotkać również przedstawicieli licznego u nas gatunku homo ludens – człowieka bawiącego się, a przynajmniej ciągle spragnionego „wyrafinowanej” rozrywki.

Parę lat temu w jednym z nadmorskich miasteczek Dalmacji, gdzieś w połowie drogi między Szybenikiem a Trogirem, widziałem scenę rodem z komedii, w której autentyczność nigdy bym nie uwierzył, gdybym nie był jej świadkiem. Wraz z żoną i dziećmi, znużeni długim popołudniowym spacerem po nadmorskim deptaku, wstąpiliśmy na lody i kawę do jednej z licznych kawiarenek. Ich specjalność to z reguły lody, ciastka i napoje. Zdążyliśmy już nieco ochłonąć od upału dzięki zwykle dobrym chorwackim lodom i pokrzepić się paroma łykami parzonej na sposób włoski kawy. Tak więc, nie było mowy, abyśmy pod wpływem piekącego słońca mogli doświadczyć pustynnych majaków. Ale rzeczywistość okazała się bardziej nieprawdopodobna od fatamorgany.

Otóż do lokaliku niespodziewanie zawitały dwie młode pary naszych pobratymców. Odruchowo chciało się powitać ich radosnym i swojskim: „Dzień dobry”. Jednak nasz entuzjazm szybko zgasł, kiedy jeden z rodaków zawołał głośno do obsługi:

– Co tutaj macie najlepszego?!

Omal nie zachłysnąłem się kawą. Na przemian targały mną niepohamowany napad śmiechu i potężne zażenowanie. Na powyższe dictum zdumiona załoga kafejki nie znalazła żadnej odpowiedzi. A my nie czekaliśmy na dalszy rozwój wydarzeń, tylko zapłaciwszy, pośpiesznie opuściliśmy lokal. Po drodze pękając ze śmiechu, wymyślaliśmy nawzajem, jakież to najlepsze specjały mogła zaserwować naszym spragnionym luksusu rodakom obsługa małej kawiarenki. Może na przykład – aby sprostać sarmackim potrzebom naszych ziomków – wniesiono na tacy wielkiego lodowego prosiaka z wisienkami zamiast oczu? Nie wiadomo.

Masz tu chłopie i pamiętaj…

Wilno – choć tak blisko i tak bliskie sercu wielu Polaków, jednak stosunkowo rzadko bywa przez nas odwiedzane. A z pewnością warte jest odwiedzenia, jednak ze świadomością, że zwłaszcza tam potrzeba nam nie tylko poczucia dumy z pozostawionej na tamtych terenach wspaniałej spuścizny wielu pokoleń Rzeczypospolitej Obojga Narodów, ale też i roztropnego obchodzenia się z niektórymi kompleksami litewskimi. Po prostu, winniśmy się tam zachowywać jak kochający starsi bracia, którzy czują się odpowiedzialni za młodsze, często porywcze i niedojrzałe rodzeństwo. My jednak w takich miejscach, które uznajemy za mniej zamożne, czy może słabsze, lubujemy się w okazywaniu naszej wyższości. Pycha i buta wyłazi z nas nie tylko na Litwie, ale w wielu innych krajach, które dają nam poczucie, że jesteśmy lepsi.

Widziałem to w okolicach Ostrej Bramy. Pewien młody Rosjanin z Kaliningradu żebrał tam, zbierając na bilet powrotny do domu. Zaczepiał grzecznie przechodniów i prosił o pomoc. Dostał i od naszej grupy jakieś pieniądze oraz chwilę rozmowy. Kiedy nas minął, podszedł do grupki młodych turystów z Polski, prosząc ich o to samo. Jakież znów było nasze zażenowanie, gdy zobaczyliśmy, jak jeden z mężczyzn wyciągnął ostentacyjnie pięć euro i podając je żebrzącemu, głośno powiedział:

– Masz i pamiętaj, że Polak to dobry człowiek.

Szczyt pokory, dyskrecji i miłości bliźniego, nieprawdaż?

Nie ma tu miejsca na liczne opisy ekscesów polskich turystów przywoływane przez pilotów polskich wycieczek oraz innych świadków. Internet obfituje w historie wiecznie niezadowolonych ze wszystkiego ziomków, pijanych i awanturujących się w samolotach, nabierających na talerze ponad miarę jedzenie z hotelowych szwedzkich stołów, czyniących zapasy w standardach all inclusive i wyrzucających potem jedzenie do kosza. Na takie nasze zachowania skarżą się nawet hotelarze w odległej Portugalii.

Nie chodzi o to, aby wszystkie te haniebne zachowania wymieniać. Niech jednak wymienione przykłady będą dla nas wszystkich lekcjami pokory i wskazówką, jak wiele jeszcze mamy do zrobienia wokół siebie i w naszych domach. Bo to stamtąd biorą się nasze najgorsze i najlepsze zwyczaje. A wakacje nie zwalniają nas z praktykowania dobrych manier i zasad.

Sławomir Skiba – Pch24.pl

 

 

 

14

 

Dlaczego Kościołowi nie pomoże myślenie,

że „brudy pierze się w domu”

Natknęłam się w sieci na zarzut siostry zakonnej, że tuszowanie pedofilii to problem, jaki „powinno rozwiązywać się z rodzinie”. Bez udziału mediów. Przyznam, że to mną wstrząsnęło. Poczułam znaną nutę wywoływania poczucia winy i wstydu. Nie wolno ujawniać rodzinnego tabu.

Tak to działa w wielu rodzinach z problemem uzależnienia czy przemocy – wszyscy w domu wiedzą, że nie wolno o tym mówić nikomu. Zaś sąsiedzi i nauczyciele wiedzą, że rodzina ma problem. Każda ze stron wierzy, że niemówienie o nim przyniesie remedium. Najczęściej z gatunku takich, że czas wyleczy rany, a „niedogodności” stanu obecnego trzeba po prostu wytrzymać.

Zaciekawiło mnie, kim jest w Kościele według autorki tych słów ta „rodzina”, której samej tylko wolno zająć się sobą. Czy chodzi o całą wspólnotę, czy bardziej o kler. Czy jeśli problem ze sobą ma biskup, to rodziną jest grono biskupów, czy może dopiero Watykan. Czy ja, osoba świecka, bardziej jestem „w rodzinie”, czy tylko obserwatorem, przed którym dysfunkcje także trzeba skrywać. Nie wieszając plakatów w ramach akcji „Zranieni w Kościele” albo nie informując w mediach o tym, co dzieje się w kwestii nadużyć.

Choroba, która degeneruje organizm Kościoła

Listkiem figowym, który ma zakryć tabu, jest często „większe dobro”. To w polskim Kościele zdecydowanie (nad)używane hasło. W tej wersji „większe dobro” chodzi w parze z „mniejszym złem” – to bliźniacy, którzy trzymają się za ręce. Gdy wybieramy któreś z nich, zawsze oznacza to poświęcenie jakiejś ważnej wartości, a najczęściej – poświęcenie osoby. Kajfasz w końcu także poradził Żydom większe dobro, bo „lepiej, żeby jeden człowiek umarł niż cały naród”. Może więc lepszy od „większego dobra”, ustalanego arbitralnie, jest imperatyw szukania do skutku, jak zaopiekować się dobrem każdego i każdej, nie poświęcając nikogo.

Jakiś czas temu miałam sen. Nie proroczy, jakie miewają niektórzy i potem nimi straszą rzesze katolików. Dla mnie odzwierciedlał on pewne dotkliwe doświadczenie mentalności części Kościoła. Stałam na chórze niewielkiego wiejskiego kościółka, zapełnionego ludźmi po brzegi, bo właśnie zaczynała się Msza. Procesyjnie wchodziło kilku księży w ornatach, razem ze służbą liturgiczną ołtarza. Nagle zaczęłam osuwać się w dół i ledwo udało mi się złapać czegokolwiek, by z tego chóru nie runąć. Niedaleko mnie jednak było małe dziecko. Może dwuletnie. Prawie nagie wśród ludzi odzianych w kurtki i czapki. Spadło bezgłośnie między nich na posadzkę. Nikt tego nie zauważył. Msza toczyła się nadal. Nie wiadomo, czy dziecko przeżyło, czy się połamało, czy potrzebowało pomocy. Nie umiałam go już znaleźć wzrokiem, a spokoju zebranych nic nie zakłóciło.

Szokujący był to obraz. Sugestywnie kreślił mały katechizm tego, co jest dobre i słuszne. Słusznym było w skupieniu przeżywać liturgię, ale nie było czymś strasznym nie zauważyć, że komuś stało się coś złego. Stosownym było porządnie się ubrać, zadbać o dekoracje i uroczystą oprawę, ale nikogo nie dziwiło, że bezbronne dziecko spada z wysokości. Że nagi malec ginie pod nogami zebranych. Jakby ta scena obrazowała jakąś niewyobrażalną antymoralność, w której zgubiono całkiem sens i Ewangelii, i etyki, i tego, co to znaczy być człowiekiem.

Jak stoczyłam bitwę o plakat „Zranionych w Kościele” w mojej parafii

To, że dziś wielu ludzi oburza się na publiczne „pranie brudów” w Kościele jest w moim odczuciu bliskie tej utracie wrażliwości na krzywdę i przemoc. Przemoc zaś zaczyna się od pozornie niewinnych przekonań. Że nie wolno rozczulać się nad sobą. Że trzeba być twardym. Że ból i cierpienie hartuje. Że taka wola Boża. Że starszych trzeba zawsze szanować. Że trzeba siedzieć cicho.

Te wypowiadane w wielu okolicznościach i miejscach przekonania ludzi wierzących, nie tylko kleru, są jak ciosy siekierą, które zabijają pierwotną wrażliwość. Uważność i na siebie, i na drugiego człowieka. Obierają delikatność i współczucie – bo po co one, jeśli wierzymy, że im gorzej jest komuś, tym dla niego lepiej. To przyzwolenie na ból odbiera także świadomość własnych granic – czyli poczucie, co jest dla mnie ok, do ogarnięcia, uniesienia, zdziałania, a gdzie potrzebna jest pomoc albo odmowa. Istnieją taki nurt w polskim katolicyzmie, który za największą zasługę uznaje wytrzymywanie – niesprawiedliwości, zła i to wtedy, gdy najzdrowszy ludzki odruch i elementarna etyka podpowiada, że trzeba powiedzieć „stop”.

Te przekonania o „wytrzymywaniu” zła odzierają też z czułości, o którą upomniał się Franciszek. Kościół staje się jak wojsko, niewzruszone i gotowe odpierać ataki czyhających zewsząd wrogów wiary (którzy chcą rozmontować jego autorytet, nie zaś przynieść uzdrowienie). Zgadza się: dla żołnierza wrażliwość jest balastem, który utrudnia szybkie podejmowanie decyzji i zabijanie. I nagle tym tropem dochodzimy do kuriozalnego miejsca, gdzie wrogami Kościoła są nazywane skrzywdzone ofiary – jak widzi to ks. Henryk Zieliński (ubolewający nad losem „zgorszonych w Kościele”) czy Stanisław Michalkiewicz (który słowo „trauma” bierze w prześmiewczy cudzysłów). Jeśli można wyśmiewać skutki traumy najobrzydliwszym sarkazmem, to znak, że cel został osiągnięty. Wrażliwość etyczna została wypleniona. Dziecko może zostać poświęcone i zdeptane nogami dorosłych, zapatrzonych w ołtarz. Tylko co, jeśli to był mały, narodzony wśród ludzi i jako człowiek Jezus-dziecko? Przecież utożsamił się z każdym cierpiącym i każdym, któremu dzieje się krzywda.

Atakują prymasa i inicjatywy wpierające skrzywdzonych, a sami nie robią nic

„Brudy” można prać w takim domu, w którym domownicy je widzą i chcą z nimi coś zrobić. Istnieje jednak taki rodzaj przyzwyczajenia do przemocy, który na nią znieczula. Kobieta bita latami nie zna innej normalności. Dziecko, które jest traktowane jak popychadło, nie wie, że może być kochane. Czasami dzieje się tak, że uwikłanie i bezradność jest tak wielka, że potrzebne jest trzeźwe spojrzenie z zewnątrz, by można było sobie poradzić z tym, co w środku.

Do rodziny, w której ktoś dostaje ataku szału, wzywa się karetkę psychiatryczną. Gdy słychać bicie, woła się policję. Gdy dochodzi do gwałtu, zgłasza się go na prokuraturę. A gdy ojciec jest pijany, można oczywiście po cichu zawołać pielęgniarkę, która zrobi odtrucie, ale można też poszukać terapii odwykowej. Po to, by zadbać o dobro każdego: najpierw ofiar, bliskich, świadków dramatycznych zdarzeń i wreszcie samych sprawiających krzywdę, dając im szansę otrzeźwienia. A na pewno uniemożliwiając im dalsze krzywd

Małgorzata Rybak - deon.pl

 

 

 

15

 

Żyłem w totalnej rozwałce i w poczuciu,

że jestem niewierzącym księdzem.

"W pierwszej sekundzie tej modlitwy, bez żadnej rozgrzewki czy jakiegoś rozbiegu, jak tylko usiadłem, zanim oni jeszcze otworzyli usta i zaczęli cokolwiek mówić, zostałem jakby zabity" - dominikanin opowiada o modlitwie, która zmieniła jego życie.

Oczywiście, jak to bardzo często bywa, wszystko to szybko się rozmyło, a raczej przyszedł zły i zamazał we mnie całe to doświadczenie Bożej miłości. Wszystkie grzechy i słabości wróciły z ogromną siłą i byłem trzy razy bardziej uwikłany niż wcześniej.

W międzyczasie jednak wyświęcili mnie. Żyłem więc w totalnej rozwałce i w poczuciu, że jestem niewierzącym księdzem. Co więcej, zostałem duszpasterzem „Beczki”, czyli krakowskiego duszpasterstwa akademickiego. Co niedzielę wychodziłem na ambonę, przede mną cztery tysiące ludzi, a ja miałem dojmujące wrażenie, że zupełnie nie wierzę, że mówię do nich kazania o Bogu, którego nie znam i którego nie doświadczam. Tak mocno szatan zatarł we mnie obraz Boga, który wcześniej dostałem. Tak silnie przekonał mnie o moich grzechach, że całkowicie stałem się ślepy na to, kim jest Pan Bóg. Myślałem wtedy, że zwariuję na skutek rozdwojenia jaźni, bo gadam do ludzi o tym, w co sam nie wierzę.

Adam Szustak OP: wtedy zobaczyłem, jaki naprawdę jest Bóg

W takim momencie mojego życia zadzwonili do mnie bracia z Warszawy, z klasztoru na Służewie, z informacją, że zaprosili do siebie do kościoła dwóch misjonarzy z Brazylii. Byli to ojcowie Antonello i Enrique, ksawerianie, którzy żyją w założonej przez siebie wspólnocie Przymierze Miłosierdzia w Brazylii. W maju 2008 roku mieli zaplanowaną serię rekolekcji w Polsce i tak się akurat stało, że przed Zesłaniem Ducha Świętego pojawiły im się trzy dni wolne, ponieważ ktoś odwołał rekolekcje. Bracia zapytali mnie więc, czy w związku z tym, że jestem duszpasterzem w Krakowie, nie chciałbym ich zaprosić, by poprowadzili u nas rekolekcje przed Zesłaniem. Pomyślałem: „Ale po co? Na co mi jacyś magicy z Brazylii?”. Próbowałem się jakoś wykręcić, tłumacząc, że okres wielkanocny to nie czas na rekolekcje, że nikt wtedy nie przyjdzie, a tym bardziej studenci. Tydzień próbowałem ich przekonać, że to bez sensu i jakoś na około powiedzieć moim braciom, że nie chcę u siebie tych szarlatanów, ale Jasiu Chwast, mój brat zakonny, był tak przekonujący, że nie byłem ostatecznie w stanie mu odmówić i w końcu się zgodziłem. Przymusił mnie do tego argumentem, że nie ma co z nimi zrobić w te dni, i dodał: „Weź mi ich po prostu, bo mam już dość”.

Ojcowie z Brazylii przyjechali do Krakowa pociągiem, wybrałem się więc po nich samochodem na dworzec. Gdy ich zobaczyłem, omal nie parsknąłem śmiechem, bo wyglądali jak Flip i Flap - jeden wysoki, drugi niski, jeden w rozchełstanej koszuli, drugi w koloratce i sweterku. Żeby jeszcze było mało, mówili wyłącznie po włosku, ja zaś w tym języku ani słowa, więc w ogóle nie mogłem się z nimi dogadać. Do klasztoru jechaliśmy w zupełnej ciszy. Pomyślałem sobie: „Boże, jakaś katastrofa”, bo wiedziałem, że będę musiał z nimi jeszcze jeść posiłki i się nimi zajmować, bo to ja ich zaprosiłem.

W końcu zaczęły się rekolekcje. Ludzi naszło po prostu milion, bo okazało się, że wszyscy tych Brazylijczyków znają lub o nich słyszeli, więc kościół był tak pełny, że nie dało się wcisnąć szpilki. Podczas nabożeństw ci ojcowie robili zaś cuda-wianki - krzyczeli, biegali, dmuchali w mikrofon podczas modlitwy do Ducha Świętego, by zobrazować wiatr. Patrzyłem na to i myślałem sobie: „Co to w ogóle jest? Co tu się dzieje? Jakiś cyrk po prostu!”.

Po pierwszym dniu rekolekcji, gdy usiadłem z nimi do kolacji, a razem z nami jeden brat, który znał włoski, by tłumaczyć, ojcowie zagadali do mnie. Powiedzieli, że bardzo dziękują, że mogli tu przyjechać i że cieszą się z tych wieczornych rekolekcji, ale tak naprawdę to przyjechali tu w innym celu. Ich wewnętrznym powołaniem, które przede wszystkim chcą realizować, jest modlitwa za księży. Wiedzą, że rekolekcje prowadzone w kościołach są bardzo potrzebne, ale zasadniczo chcą w tych miejscach, w których głoszą, modlić się za księży. Poprosili mnie więc o wywieszenie w klasztorze listy, na którą będą mogli wpisywać się bracia. Zarezerwowali sobie bowiem trzeciego dnia rekolekcji sześć godzin przed południem i są gotowi, by się za nas wtedy modlić. Zrobiłem to, o co mnie prosili, i jeszcze tego wieczoru lista zawisła. Minął jednak wieczór, potem poranek następnego dnia, zbliżało się południe i póki co nikt się nie wpisał. Pomyślałem: „Straszny wstyd. Prawie stu dwudziestu braci w klasztorze, a nikt się nie wpisał”. Zapisałem się więc jako pierwszy na liście, by zachęcić innych. Do wieczora jednak dopisało się jeszcze tylko dwóch braci, więc łącznie na cały klasztor trzyosobowa delegacja.

Adam Szustak OP: Bóg wchodzi z Tobą w niewiarygodną bliskość

Następnego dnia, równo o dziesiątej rano, stawiłem się w kaplicy akademickiej, czyli takiej małej kaplicy za grobem świętego Jacka. Gdy ojcowie Antonello i Enrique zobaczyli tylko trzy nazwiska na liście, byli lekko zdziwieni i pewnie pomyśleli:„Uuu, to niezłe Jerycho mają w tym klasztorze”. Byłem pierwszy na liście, trudno było uciec, choć bardzo chciałem, więc zaczęliśmy. Tego, co tam się wtedy wydarzyło, nie jestem w stanie do dziś opowiedzieć. Usiadłem na stołku, oni wzięli mnie w obroty, czyli zaczęli się ze mną modlić. W pierwszej sekundzie tej modlitwy, bez żadnej rozgrzewki czy jakiegoś rozbiegu, jak tylko usiadłem, zanim oni jeszcze otworzyli usta i zaczęli się cokolwiek mówić, zostałem jakby zabity. Nie potrafię tego opowiedzieć, ale psychicznie, fizycznie i emocjonalnie czułem się, jakbym po prostu umarł. Miałem wrażenie, że ktoś mnie zabija.

W pewnym momencie tej modlitwy pobożny ojciec Enrique klęczał obok mnie i trzymał swoją rękę na moim sercu. Trwało to jakieś dziesięć minut, a ja przez cały ten czas miałem doświadczenie podobne do tego, jakby on dosłownie otworzył mi klatkę piersiową - tak, piszę to zupełnie poważnie, nie zwariowałem, jestem całkiem zdrowy psychicznie i mam na to dowody - i wyciągnął mi serce. Wręcz fizycznie czułem, jakby mi wyjmowano serce z ciała, i miałem ochotę krzyczeć:

„Człowieku, co ty mi robisz?”.

Miałem zamknięte oczy, ale byłem przekonany, że gdy je otworzę, zobaczę wielką dziurę w moim ciele i faceta, który w ręku trzyma moje serce - on jednak tylko trzymał rękę na mojej klatce piersiowej. Doświadczałem dokładnie tego, o czym pisze prorok Ezechiel, że Bóg wyjął mi serce kamienne, a włożył serce z ciała (por. Ez 36, 26). Pan Bóg po tylu latach, widząc, że różne Jego zabiegi i starania na nic się zdają, stwierdził: „Ten gość się nigdy sam nie nawróci, trzeba mu zmienić serce”. Bóg więc wziął, wydobył, wymienił, powyciągał aorty, wsadził nowe, ponaprawiał wszystkie komory, poczyścił, a następnie zaszył i zamknął. Wypłakałem wtedy chyba z osiem wiader łez. Nigdy w życiu tyle nie płakałem. Nie panowałem nad sobą, swoimi emocjami, nad niczym. Miałem wrażenie, że Ktoś jakby mną zawładnął, ale to wszystko działo się jednocześnie w zupełnej wolności. W każdej chwili jakbym słyszał pytanie: „Mogę?” i wiedziałem, że mogę się nie zgodzić. Wystarczyłoby jedno moje „nie” i natychmiast wszystko by się skończyło. To zawładniecie nie było żadnym zniewoleniem, ale działo się z moją nieustanną akceptacją i trzeźwą świadomością. Bóg cały czas mnie pytał: „Mogę wejść? Wpuścisz Mnie? Wprowadzisz Mnie dalej? Pozwolisz?”.

Modląc się nade mną, ojcowie z Brazylii powiedzieli mi bardzo wiele rzeczy o mnie. Nadali mi nowe imię, jak znamy to z historii Jozuego i z Apokalipsy. Pokazali mi pewną historię biblijną, która jest moim imieniem i która jest zawarta w moim normalnym imieniu, a która w dodatku jeszcze opowiada całe moje życie. Opowiedzieli mi o rzeczach dotyczących mnie i mojego życia, których nie mieli prawa wiedzieć. Choć znaliśmy się zaledwie od trzech dni, a rozmawialiśmy może ze dwa razy i to o sprawach organizacyjnych, a nie o moim życiu, opisali dokładnie, kim jestem, co się we mnie dzieje i co trzeba we mnie zrobić, co muszę zmienić i z czego się nawrócić. Do dziś nie potrafię opowiedzieć wszystkiego, co się wydarzyło tego dnia, ale jeśli ktoś spyta mnie, czy spotkałem żywego Boga, to moja odpowiedź zawsze będzie brzmieć: „Tak”. Nikt mnie nigdy nie przekona, że Go nie spotkałem, ponieważ w tej modlitwie nie chodziło o czarodziejów z Brazylii, tylko o Pana Boga. On oczywiście się nimi posłużył i jestem im niewiarygodnie wdzięczny, że pozwolili Bogu działać przez nich we mnie, ale głównym działającym był tylko i wyłącznie sam Pan Bóg.

Adam Szustak OP: nie potrzeba nam nauczycieli, ale tych, którzy niosą życie

Na tej modlitwie urodziłem się na nowo. Gdy po śmierci zapytają mnie w niebie, kto mnie zrodził, to padnie dość nieortodoksyjna odpowiedź: „Dwóch facetów”, ale rzeczywiście tak się wydarzyło. Modlitwa z charyzmatykami z Brazylii urodziła mnie na nowo. Dokonało się we mnie to, co Jezus mówi do Nikodema w Ewangelii świętego Jana, czyli ponownie się urodziłem, ale już nie z ciała, a z Ducha Świętego.

Gdy wyszedłem z kaplicy, ledwo trzymałem się na nogach, byłem dumny z siebie, że nie upadłem. Czułem się, jakby naprawdę dano mi nowe ciało i nowego ducha, nowe wszystko, zatem od początku uczyłem się chodzić i żyć. Stałem się zupełnie kimś innym. Nie chodziło jednak o jakieś emocyjki, ale o totalne, egzystencjalne - jakby to powiedział mój współbrat ze średniowiecza, święty Tomasz z Akwinu - ontyczne doświadczenie nowości. Wszystko we mnie zostało odnowione. Wiedząc, że po mnie miało wejść tam jeszcze dwóch braci, poczekałem na nich gdzieś w pobliżu i gdy wychodzili, pytałem ich o wrażenia. Oni zaś mówili:„Ale nuda, o człowieku, po co ja tu przyszedłem?”. Ojcowie Antonello i Enrique pomodlili się za nich, chwilę tam posiedzieli i nic. Słysząc coś takiego, myślałem, że zwariowałem.

Potem jednak powoli to, co otrzymałem, zaczęło się we mnie rozwijać. Trochę niezauważenie pojawiła się we mnie jakaś niewiarygodna Boża obecność. Na co dzień zacząłem doświadczać, że On JEST, a ja nie jestem już porzucony, ale umiłowany. Nagle zacząłem doświadczać, że jestem przez Boga niewiarygodnie kochany. Wręcz realną i namacalną prawdą stało się we mnie to, że On wziął na siebie wszystkie moje grzechy, zabrał je, wyrwał mnie z nich. Do dziś trudno mi to wszystko opisać.

***

Tekst pochodzi z książki: "Jestem nikim. Lekcje Jozuego">>

Dlaczego trzeba stać się NIKIM, aby w Twoim życiu nastąpiła zmiana, która przerośnie Twoje oczekiwania? Adam Szustak OP odpowiada na to pytanie, analizując historię starotestamentowego Jozuego. Historię, która okazuje się mówić o czymś zupełnie innym niż się wydaje i stawia dodatkowe pytania:

   Na ile chcesz być panem każdej sytuacji w swoim życiu, a na ile pozwalasz tam panować Bogu?

   Czy odczytujesz, co Bóg mówi do Ciebie, czy też, podobnie jak Baalam, potrzebujesz oślicy?

   Czy jesteś gotowy stać się NIKIM?

Bo tylko wtedy robisz przestrzeń dla Tego, który wszystko może zmienić jednym słowem.

Na potwierdzenie tych tez, Adam Szustak OP dzieli się obszernym ŚWIADECTWEM swojego nawrócenia i pełnego zaskakujących zwrotów akcji życia, które dziś nazywa autentycznym doświadczeniem zbawienia.

Jeśli bowiem On znajdzie serce, które będzie Go w tym czytaniu szukało, które będzie nadstawiało swoich uszu na Jego słowa, to On zrobi w nim wielkie dzieła. /

Adam Szustak OP – wiara.pl

 

 

 

Święci i błogosławieni w tygodniu.

 

 

26 lipca - święci Joachim i Anna, rodzice Najświętszej Maryi Panny
26 lipca - bł. Maria Pierina De Micheli, dziewica
27 lipca - św. Innocenty I, papież
27 lipca - bł. Maria Magdalena Martinengo, dziewica
27 lipca - bł. Tytus Brandsma, prezbiter i męczennik
27 lipca - św. Celestyn I, papież
27 lipca - bł. Maria Klemensa od Jezusa Ukrzyżowanego (Helena Staszewska), zakonnica i męczennica
27 lipca - bł. Maria od Męki Pańskiej (Tarallo), dziewica
28 lipca - św. Wiktor I, papież
28 lipca - św. Szarbel (Sarbeliusz) Makhluf, prezbiter
28 lipca - bł. Jan Soreth, prezbiter
28 lipca - bł. Maria Teresa Kowalska, dziewica i męczennica
28 lipca - św. Alfonsa Muttathupadathu od Niepokalanego Poczęcia, zakonnica
29 lipca - św. Marta
29 lipca - św. Olaf II, król
29 lipca - bł. Urban II, papież
30 lipca - św. Piotr Chryzolog, biskup i doktor Kościoła
30 lipca - błogosławieni męczennicy z zakonu bonifratrów: Brauliusz Maria Corres, Fryderyk Rubio, prezbiterzy, i Towarzysze
31 lipca - św. Ignacy z Loyoli, prezbiter
31 lipca - bł. Zdzisława Schelingowa, zakonnica
31 lipca - św. Justyn de Jacobis, biskup
31 lipca - bł. Michał Oziębłowski, prezbiter i męczennik
 
1 sierpnia - św. Alfons Maria Liguori, biskup i doktor Kościoła
1 sierpnia - św. Etelwold, biskup
1 sierpnia - bł. Aleksy Sobaszek, prezbiter i męczennik

1 sierpnia - Eleazar, uczony w Piśmie

 

 

NIEDZIELNA EUCHARYSTIA – 6.30, 8.00, 9.30 – dla młodzieży, 11.00 – rodzinna, z dziećmi, 12.30, 16.00, 19.00,

poniedziałek - sobota – 7.00, 7.30, 18.00.

Kancelaria (tel. 126452342) czynna:

(oprócz I piątku i świąt): godz. 8-9 i 16-17.15 (oprócz sobót)

Redakcja „Wzgórza w Blasku Miłosierdzia”: Władysław Wyka - red. nacz.,

Wydaje: Parafialny Oddział Akcji Katolickiej nr 1 Archidiecezji Krakowskiej

- Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach 1a,

Nr k. bank – 08 1240 2294 1111 0000 3723 9378, tel.; 0-12-645-23-42.

NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:

strona internetowa parafii:

www.wzgorza.diecezja.krakow.pl

oraz milosirdzia-parafia.pl - PO Akcji Katolickiej

adres parafii:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.,

strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl

adres gazetki:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.