WZGÓRZA

 

W BLASKU MIŁOSIERDZIA

 

 

       1/693                   -           6 stycznia 2019 r.C.

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA „WZGÓRZA W BLASKU MIŁOSIERDZIA”

„Błogosławieni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią”

 

1

 

6 stycznia 2019 r. C.

 

Uroczystość

Objawienia Pańskiego

Trzech Króli

 

Mędrcy? Magowie? Królowie? Spór o ich istnienie i liczbę; to detale.

Istotą jest pytanie o odwagę: Czy stać nas na to, by tak jak oni pragnąć widzieć szerzej i wyruszyć w drogę?

A może jesteśmy jak Herod skoncentrowani na sobie i nie dostrzegamy dziejących się obok ważnych spraw, które wydają się nam zbyt małe i liche, by stać się przedmiotem naszego zainteresowania? No chyba że zagrażają tak ciężko wypracowanemu przez nas obrazowi świata...

Bóg objawia się tym, którzy mają w sobie pasję poszukiwania Go, którzy potrafią zostawić siebie i być darem dla innych.

 

3

 

Dzień Trzech Króli jest wielkim świętem Objawienia Boga światu po grecku zwanym Epifaneją, ustanowionym już w III w. na pamiątkę hołdu, jaki złożyli Dzieciątku Jezus Trzej Królowie – Kacper, Melchior i Baltazar.

A dopiero w końcu IV w. do liturgii Kościoła Powszechnego wprowadzone zostały dwie odrębne uroczystości: Boże Narodzenie 25 XII i święto Trzech Króli – Objawienia Pańskiego – 6 I, które zamyka okres bożonarodzeniowy.

 

6

 

W dzisiejszym numerze:
- Mędrcy ze wschodu
- Mądrze i godnie
- Droga do Boga
- Święto Trzech Króli - dawniej i dziś
- Trzej królowie
- Podróż Trzech Króli – wiersz
- Trzy królowe – wiersz
- Trzej - wiersz
- Kaganek, osiołek, anioł i wiele innych rzeczy – opowiadanie
- Gwiazdy na Niebie - opowiadanie
- Święci i błogosławieni w tygodniu

 

 

4

 

Mędrcy ze wschodu

„Chodźmy na wschód, tam musi być jakaś cywilizacja!” – wołał Jerzy Stuhr w polskiej komedii wszech czasów Seksmisja. Co prawda nie o biblijny Wschód chodziło bohaterowi filmu, ale zarówno w wypadku filmu, jak i w Ewangelii wschód to kierunek świata szczególny. Dla mieszkańców Palestyny w czasach biblijnych wręcz symboliczny. Wschód to symbol mądrości. To miejsce, gdzie ciemności rozprasza światło.

Ze Wschodu do Betlejem przybywają tajemniczy podróżnicy. Mędrcy, dla których sensem życia było badanie świata i poszukiwanie mądrości, odnajdują w nowo narodzonym dziecku to, czego szukali. To bardzo wymowny obraz. Ludzkie poszukiwanie mądrości znajduje swoje spełnienie w niemowlęciu. Wiele myśli się nasuwa, gdy się nad tym chwilę zastanowić.

Po pierwsze, mądrość potrafi dostrzec cudowność w zwykłych sprawach życia. Jak piękną i wspaniałą rzeczą są narodziny człowieka! Nie tylko Mesjasza, ale każdego, który przychodzi na świat. Chciałoby się powiedzieć, że każde nowo narodzone dziecko zasługuje na to, aby odwiedzili je tajemniczy wysłannicy z egzotycznej krainy.

Po drugie, św. Justyn męczennik, o którym mówiono, że głosił Ewangelię w płaszczu filozofa, patrzył na filozoficzne poszukiwania jako na odkrywanie Logosu, który przyjął ludzką naturę. Syn Boży, odwieczne Słowo Ojca, jest tą mądrością, której poszukuje filozofia. Ludzka mądrość i nauka Ewangelii to nie dwie rzeczy wzajemnie do siebie nieprzystające. Przeciwnie, kto szczerze szuka mądrości, znajdzie drogę do Boga. Z drugiej strony nauka Ewangelii nie jest jakąś arbitralną doktryną, którą z góry ktoś chce nam narzucić. Jest najwyższą mądrością na temat ludzkiego życia i przeznaczenia.

I na koniec, mędrcy złożyli Jezusowi dary: mirrę, kadzidło i złoto. Nie są to dary przypadkowe. Mędrcy potrafili rozpoznać Mesjasza i wyrazili to nie słowami, ale symbolicznymi darami. Mirra używana przy balsamowaniu zwłok przypomina o przemijaniu i śmierci. Jest symbolem człowieczeństwa Jezusa. Kadzidło stosowane w kulcie religijnym symbolizuje bóstwo i zapowiada zmartwychwstanie Chrystusa. Złoto to kruszec symbolizujący władzę królewską. Jezus, prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek, przez swoją śmierć i zmartwychwstanie zbawił człowieka i pragnie królować w sercach ludzi.

Grzegorz Chrzanowski OP

- ur. 1965, dominikanin. Wykładowca filozofii w Kolegium Filozoficzno-Teologicznym oo. Dominikanów oraz na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II. Mieszka w Krakowie.

 

 

14

 

Mądrze i godnie

Uroczystość Objawienia Pańskiego jest jednym z najhuczniej świętowanych dni. Głównie za sprawą Orszaku Trzech Króli przechodzącego przez ponad 750 polskich miast.

To najbardziej spektakularne wydarzenie, angażujące już grubo ponad milion ludzi. Ale i w świątyniach gromadzi się tego dnia więcej osób niż w zwykłe niedziele. Pewnie dlatego, że w tę uroczystość błogosławi się kredę i kadzidło. A ludzie potrzebują „religijnych rekwizytów” i zawsze liczniej uczestniczą w liturgii, kiedy łączy się ona z czymś, czego można dotknąć: błogosławieństwem palm, gromnic, popiołu czy kredy. I pomyśleć, że dzień ten, zwany świętem Trzech Króli przywrócono w Polsce jako wolny od pracy dopiero przed ośmiu laty!

Wspominamy tego dnia pokłon złożony Dziecięciu Jezus przez mędrców ze Wschodu, a tym samym objawienie się Chrystusa przedstawicielom narodów pogańskich. Nie wiemy dokładnie, kim byli, skąd i ilu ich przywędrowało za blaskiem gwiazdy. Bizantyjska mozaika na frontonie Bazyliki Narodzenia Pańskiego w Betlejem przedstawiała ich w taki sposób, że Persowie, którzy najechali Ziemię Świętą w 614 r., rozpoznali w nich swoich władców i to ich powstrzymało przed zburzeniem świątyni.

Ewangelia nazywa ich mędrcami albo magami. Może więc chodzić o ludzi, dla których obserwacja gwiazd była zawodowym zajęciem. Być może dzięki znajomości mapy nieba zajmowali się wytyczaniem szlaków przez pustynię dla kupieckich karawan? Wskazywałyby na to dary złożone Dziecięciu: złoto, kadzidło i mirra. Prócz ich symbolicznego znaczenia – złoto dla Króla, kadzidło dla Boga i mirra dla prawdziwego Człowieka, naznaczonego cierpieniem i śmiercią – można również wnioskować, że przynieśli to, co było dla nich zapłatą za ich pracę. Bo kupcy płacili im tym, co sami przewozili.

Trojakie dary stały się powodem, dla którego zaczęto mówić o trzech mędrcach. A nawet, począwszy od średniowiecza, o trzech królach. Tradycja chrześcijańska nadała im imiona Kacper, Melchior i Baltazar, stosownie do imion znanych w Persji, Babilonii i Syrii. Brzmieniowo nawiązują one także do słów oznaczających władcę w języku łacińskim (Cezar), w hebrajskim (Melech) i greckim (Basileus). Z tymi imionami niektórzy kojarzą zwyczaj oznaczania kredą drzwi naszych domów literami KMB lub, poprawniej, CMB i datą roczną. W rzeczywistości jest to pozostałość starego zwyczaju błogosławienia mieszkań w okresie Bożego Narodzenia, który u nas przetrwał w postaci wizyty duszpasterskiej. Podczas poświęcenia padała łacińska formuła: Christus mansionem benedicat, co potwierdzano wypisaniem jej pierwszych liter na drzwiach. Dla proboszcza był to znak, że ten dom już w danym roku odwiedził. Dla ludzi z zewnątrz było jasne, że za tymi drzwiami mieszkają chrześcijanie.

W naszych czasach zwyczaje związane z Uroczystością Objawienia Pańskiego zyskują nowe znaczenie. Oznaczenie kredą drzwi – od zewnątrz – jest publicznym wyznaniem wiary w Chrystusa. To szczególnie ważne w czasach anonimowości, rozmywania i ukrywania swojej tożsamości. Ktoś, kto jak mędrcy ze Wschodu szukałby dzisiaj Boga w mrokach świata, powinien wiedzieć, że za tymi drzwiami spotka Jego wyznawców. Podobne znaczenie mają rozwijające się Orszaki Trzech Króli. Są one nie tylko próbą przeniesienia do realiów miasta tego, co w tradycji ludowej było świątecznym kolędowaniem od domu do domu. To również szansa na publiczne wyznanie Chrystusa. Trzeba oczywiście uważać, żeby wszystkiego nie spłycić i nie sprowadzić chrześcijaństwa do folkloru. Ale to już zadanie dla duszpasterzy, żeby każdą okazję wykorzystywać do głębszej katechezy. Pasterz musi pozostać pasterzem.

Dzisiaj o wierze trzeba świadczyć godnie jak królowie i przemyślanie jak mędrcy. Chrystus wyniósł nas do godności królewskiej i nie wolno nam pozwolić się zapędzić w fałszywe kompleksy ani zamilknąć. Chrześcijanie muszą dzisiaj użyć całej mądrości, żeby Chrystus był niejako naturalnie obecny w szeroko rozumianej kulturze. To przestrzeń szczególnych zobowiązań dla wierzących reżyserów, dziennikarzy, pisarzy, muzyków, architektów, malarzy, prawników, polityków i innych „mędrców”. Ale i dla każdego z nas. Bo każdy przecież tworzy lub współtworzy jakąś kulturę w swoim sercu, w domu i na ulicy. Od nas zależy, czy będzie w niej miejsce dla Chrystusa.             

ks. Henryk Zieliński

 

 

12

 

Droga do Boga

Gdy w V w. p. n. Ch. Arystoteles zastanawiał się na nauką, podzielił ją na praktyczną i teoretyczną. Wśród nauk teoretycznych najwyższej stała metafizyka, stała ona na szczycie wszystkich nauk. Czym ona była? Metafizyka nie miała żadnego praktycznego celu, jej celem była sama wiedza o świecie i przyczynie jego istnienia. Filozof grecki zauważył, że musi istnieć praprzyczyna tego świata, czyli nieporuszony Poruszyciel. Oczywiście w filozofii Arystotelesa nie pojawiła się jeszcze koncepcja Boga jaka istnieje w religiach monoteistycznych, ale był to pierwszy krok wskazujący, że świat ma swoją przyczynę poza sobą. Taka wiedza była szczytem ludzkiej mądrości, gdyż wskazywało na źródło istnienia i rzuca światło na pojmowanie ludzkiego miejsca we wszechświecie.

Dzisiaj w XXI w. inaczej podchodzi się do nauki, jeżeli ludzie badają przyrodę, kosmos to zawsze stawiają sobie pytanie: „jakie to będzie miało zastosowanie praktyczne?”. Jeżeli nawet nie ma praktycznego zastosowania jakiś badań to jest nadzieja, że w przyszłości się to przyda. Poza tym dzisiejsza nauka bada jak dany wycinek rzeczywistości funkcjonuje, czyli jakie procesy zachodzą, jakie prawa rządzą danym zjawiskiem. Natomiast nie pyta: „dlaczego w ogóle dane zjawisko zachodzi?”, to bowiem ją nie interesuje. Zresztą ze względu na metodę badań i przedmiot tych badań dzisiejsza nauka nie jest w stanie na takie pytania odpowiedzieć. Zresztą naukę w czasach dzisiejszych często ogranicza się do nauk przyrodniczych. Metafizyce natomiast odmawia się znamion naukowości.

Mędrcy, zwani królami, są uczonymi, którzy badając gwiazdy dochodzą do poznania Boga, to gwiazda doprowadziła ich do Jezusa. Jemu oddają pokłon, czyli uznają prawdę o Bogu za ważna wobec której trzeba podchodzić z pokorą. Uznać, że nie my jesteśmy ostateczną instancją, że istnieje ktoś od nas ważniejszy.

Podjęcie przez nich trudnej podróży pokazuje, że Boga należy szukać, a jak się Go już znajdzie to należy podjąć wysiłek by za Nim podążyć. Boga nie znajdujemy raz na zawsze, istnieje możliwość utracenia Go. Poza tym nie można Go posiąść na własność, gdyż Bóg jest niepojęty całe życie to wysiłek poznawania Go i znajdowania Jego obecności w naszym życiu.

Dary jakie mędrcy złożyli Jezusowi, złoto, kadzidło i mirra mają znaczenie symboliczne. Złoto symbolizuje nasze odniesienie do rzeczy materialnych. One same w sobie są dobre, ale winniśmy mieć do nich odpowiedni dystans. Nie mogą zajmować naszego serca. Ofiarowanie złota Jezusowi to ofiarowanie tych rzeczy Jemu. W sensie globalnym rzeczy materialne należą do wszystkich ludzi i należy je sprawiedliwie rozdzielać.

Kadzidło jest symbolem ludzkiej mowy, nie na darmo mówi się, że ktoś komuś kadzi, czyli prawi komplementy. Mowa to swoista, gdyż są to słowa skierowane do Boga, prośba by nasze życie było szlachetne i miłą wonnością dla Pana Jezusa. Aby nasze słowa i czyny były nasycone ową wonią Chrystusową rozsiewającą zrozumienie i przyjaźń. Byśmy potrafili towarzyszyć innym ludziom aby nikt nie poczuł się osamotniony. Musi się to opierać na cnotach takich jak: sprawiedliwość, prawość, wierność, wyrozumiałość, hojność i radość.

Mirra jest symbolem ofiary Jezusa, można ją także zinterpretować jako symbol ofiarności człowieka. Egoizm jest naturalną skłonnością każdego, ofiarować Jezusowi mirrę to wyrzec się swojego egoizmu, przykładowo dać komuś coś co jest moje i co mi się należy.

Mędrkowie ze wschodu uczą nas, że badając lub podziwiając świat można odkryć Boga. Gdy człowiek odkryje prawdę o Jego istnieniu winien podjąć wysiłek aby się z Nim spotkać w duchu pokory. Konsekwencją odkrycia prawdy o Bogu są dary, polegające na odpowiednim przeżywaniu naszego życia.

ks. Rafał Masarczyk SDS

 

 

11

 

Święto Trzech Króli

dawniej i dziś

Dzień Trzech Króli jest wielkim świętem Objawienia Boga światu po grecku zwanym Epifaneją, ustanowionym i obchodzonym już w III wieku na pamiątkę hołdu, jaki złożyli Dzieciątku Jezus Trzej Królowie – Kacper, Melchior i Baltazar. A dopiero w końcu IV wieku do liturgii Kościoła Powszechnego wprowadzone zostały dwie odrębne uroczystości: Boże Narodzenie 25 grudnia i święto Trzech Króli – Objawienia Pańskiego – 6 stycznia, które zamyka cały okres bożonarodzeniowy.

A wiecie kochani, że w dawnej Polsce dzień Trzech Króli był ostatnim spośród dwunastu szczodrych dni i wieczorów, a więc był dniem różnych poczęstunków, odwiedzin, oraz dawania sobie nawzajem drobnych darów. Do domów również przychodzili kolędnicy, chłopcy przebrani za Trzech Króli, w złotych lub zrobionych z tektury koronach a czasem nawet ubrani byli w szaty liturgiczne lub w stare kapy i ornaty, wypożyczone z zakrystii kościelnej. Oczywiście kolędnicy, składali gospodarzom życzenia i wypraszali datki. Na pamiątkę cennych darów mirry, kadzidła i złota, jakie Trzej Królowie, przed wiekami, ofiarowali Dzieciątku Jezus, królowie polscy w dniu ich święta obdarowywali swoich dworzan za ich dobre sprawowanie a czeladź dworska dostawała prezenty. Podarkami wymieniali się nawet krewni z zamożnych rodzin a we wszystkich domach, i na wsi i w mieście, rozdawano dzieciom czerwone jabłka oraz orzechy, które miały dzieciom zapewnić mocne zęby i rumieńce zdrowia. Oczywiście także w tym dniu nigdy nie żałowano nikomu jedzenia i jałmużny. Ciekawostką jest również to, że przede wszystkim w miastach i także na szlacheckich dworach, w wieczór Trzech Króli, ludzie bawili się w wybory króla migdałowego. Ta zabawa była bardzo popularna w we Francji i Anglii, i z czasem pojawiła się u nas w Polsce. Zabawa taka przebiegała w następujący sposób: Przy wyborze króla migdałowego potrzebne były ciasta czyli pierniki lub słodkie rożki. W jednym z tych ciast ukrywano migdał, a osoba która ten migdał znalazła zostawała królem migdałowym i również w ten sam sposób odbywał się wybór królowej migdałowej. Oczywiście para królewska zajmowała sobie honorowe miejsce przy stole i musiała zabawiać gości. Taka zabawa w króla migdałowego czasem jeszcze odbywa się w domach w których są dzieci. A obecnie święto Trzech Króli to przede wszystkim uroczystość kościelna i do dzisiaj Mirra, kadzidło, złoto i kreda poświęcane są w polskich kościołach w dniu Trzech Króli.

 

 

7

 

Trzej królowie

Trzej Królowie, Trzej Mędrcy – w tradycji chrześcijańskiej trzej Mędrcy ze Wschodu (magowie, kapłani religii zaratusztriańskiej, astrologowie), którzy udali się do Betlejem, aby oddać pokłon narodzonemu Jezusowi. Wyruszyli oni z miejscowości Kashan, znajdującej się na terenie obecnego Iranu. Biblia nie wymienia ich imion; w zachodnim chrześcijaństwie popularny jest pogląd, iż ich imiona to Kacper, Melchior i Baltazar.

Pamiątką tej historii jest liturgiczna uroczystość Objawienia Pańskiego, w Polsce nazywana też świętem Trzech Króli. Obchodzona jest 6 stycznia, w pierwszych wiekach chrześcijaństwa wyznaczała początek roku liturgicznego. W niektórych regionach Polski czas pomiędzy Bożym Narodzeniem a świętem Trzech Króli był uważany za tak bardzo święty, że powstrzymywano się w tym czasie od ciężkich prac. Do 1960 r. Trzech Króli było w Polsce dniem wolnym od pracy.

Święto Trzech Króli należy do pierwszych ustanowionych przez Kościół. W kościele wschodnim znane już w III wieku, natomiast w kościele obrządku zachodniego obchodzone od schyłku IV wieku. Kościół wschodni łączył uroczystość Trzech Króli z Bożym Narodzeniem, obchodzonym jednocześnie jako uroczystość Epifanii, natomiast w kościele rzymskim Trzech Króli jest świętem niezależnym od Bożego Narodzenia.

Opis pokłonu Trzech Króli znajduje się w Ewangelii św. Mateusza (Mt 2, 1-12). Ma swoją symbolikę: jest pokłonem i świata pogan, i ludzi w ogóle, przed Bogiem Wcielonym. Wśród takiej rodziny ludzkiej narodził się Chrystus ze swą zbawczą misją, a ona w swych przedstawicielach przybyła z różnych stron, aby złożyć mu hołd. Dlatego w tradycji chrześcijańskiej jeden z magów jest czarnoskóry (od XIV w.). Uniwersalność zbawienia, ponad wszelkimi podziałami, zaakcentowana jest poprzez samą nazwę święta i jego wysoką rangę w kościele.

Ewangeliczna historia Trzech Króli opowiada o trzech cudzoziemcach, którzy, wiedzeni gwiazdą, wyruszyli w drogę do Betlejem, które wyznaczyli jako miejsce narodzin na podstawie proroctwa w Księdze Micheasza (Mi 5, 1), aby złożyć pokłon narodzonemu królowi żydowskiemu. Po drodze wstąpili na dwór Heroda. Ten, usłyszawszy nowinę, w narodzonym upatrywał rywala. Mędrcy, odnalazłszy stajenkę betlejemską, ofiarowali Dzieciątku swoje dary, które należały wówczas do najcenniejszych: mirrę, złoto i kadzidło (kadzidło i mirra była wówczas w cenie złota, tę aromatyczną żywicę z rzadkich drzew palili w swoich pałacach jedynie najzamożniejsi). Otrzymawszy podczas snu wskazówkę, aby nie wracali do Heroda, trzej pielgrzymi wyruszyli z powrotem do swych krajów inną drogą.

Zwyczaj święcenia tego dnia złota i kadzidła wykształcił się na przełomie wieków XV i XVI. Poświęcanym kadzidłem, którym była żywica z jałowca, okadzano domy i obejście, co miało znaczenie symbolicznego zabezpieczenia go przed chorobami i nieszczęściami. W tym samym celu poświęconym złotem dotykano całej szyi. Po uroczystym obiedzie podawano ciasto z migdałem. Ten, kto go odnalazł w swoim kawałku, zostawał „królem migdałowym”. Znany był też zwyczaj chodzenia dzieci z gwiazdą, które pukając do domów, otrzymywały rogale, zwane „szczodrakami”. Śpiewano przy tym kolędy o Trzech Królach. Przy kościołach stały stragany, sprzedawano kadzidło i kredę.

Od XVIII wieku upowszechnił się także zwyczaj święcenia kredy, którą zwyczajowo w święto Trzech Króli na drzwiach wejściowych w wielu domach katolickich pisano litery: K+M+B+ oraz datę bieżącego roku. Zwyczaj ten, znany również w czasach obecnych, jest błędną interpretacją łacińskiej inskrypcji CMB Christus Mansionem Benedicat (Niech Chrystus błogosławi temu domowi), choć święty Augustyn tłumaczy je jako Christus Multorum Benefactor (Chrystus dobroczyńcą wielu). Legenda o „trzech królach” pojawiła się w średniowieczu, stąd dzisiejsze błędne odczytywanie tych liter jako imion Mędrców.

 

 

8

 

Podróż Trzech Króli

Jechaliśmy dniem i nocą, śnieg pod końmi się zapadał,

Wiatr, bezdroża, dzicy ludzie, w drodze wstrzymywali nas.

W myślach zaś nadzieja, że się lżejsza stanie wiedza, władza

I nadzieję tę miał spełnić nadchodzący przyszły czas.

Którejś nocy znikł przewodnik, potem konie ukradziono,

Potem ludzi nam wybito, zamknął się nad nami świat…

I staliśmy na bezdrożu – trzej królowie w trzech koronach,

Słabi sami i bezbronni w strzępach aksamitnych szat.

Raniąc stopy, marznąc, ślepnąc, doszliśmy, gdzie dojść mieliśmy,

Ale było już po wszystkim. Nie zdążyliśmy na czas.

Na straganach garść pamiątek, które zaraz schwyciliśmy

Zamiast prawdy – nowej prawdy, która miała czekać nas.

Wróciliśmy do swych krajów ciągle nic nie rozumiejąc,

A z pamiątek garść symboli uczyniliśmy dla mas,

Kiedy nagle pojaśniało w głowach znaną już nadzieją,

Co wyrosła z cierpień, które w drodze dopadały nas.

Nagle wszystkośmy pojęli: sens podróży, pretekst celu,

Oraz wagę cierpień w drodze, co tak umęczyła nas,

Oraz prawdę oczywistą, że mniej byśmy zrozumieli,

Gdybyśmy – jak inni ludzie – przyjechali tam na czas.

Do narodów więc zwracamy się otwarcie bez zająknień:

„Rzućcie na bok te pozory! Prawdy posłuchajcie raz!”

Ale one, zapatrzone w przywiezione im pamiątki,

Symbolami zastawione, nie słuchają wcale nas…

Jacek Kaczmarski

1975

 

 

 

 

Trzy królowe

ksiądz Jan Twardowski

 

15- Jestem żoną króla Baltazara -

pani Baltazarowa mówiła -

stale miałam z mężem kłopoty.

Baltazarku - wołałam śniadanie!

a on parzył w niebo jak w order złoty.

Podałam mu mleko w dzbanuszku

hojną, serdeczną ręką.

Przyniosłam pięć jajek na miękko.

Nie dotknął chleba, mleka;

od śniadania do gwiazdy uciekał.

Wyruszył w noc ciemną, głęboką,

pojechał za gwiazdą wysoką.

Czekam wciąż ze śniadaniem,

ze szczypiorkiem, marchewką,

rumianą chleba przylepką.

 

 

16- Jestem żoną Kaspra -

królowa Kasprowa mówiła -

mój mąż był niepodobny do innych.

Kotem, psem się nie cieszył,

tylko za gwiazdą się spieszył.

Tak szybko, że zapominał

gdzie sandał, która godzina.

Choć kasłał, jak chora owieczka,

pojechał w letnich majteczkach.

Jedzie przez wielkie pustynie

- zapomniał szalika na szyję.

Zanim go uczczą pomnikiem,

czekam na niego z szalikiem.

 

17- Jestem żoną króla Melchiora -

królowa Melchiorowa mówiła -

mój mąż myślał wciąż o podróży.

Nie spał, oka nie zmróżył.

Miał łóżko z kołdrą, poduszką,

lecz nie mógł zasnąć w łóżku.

Nie pieścił mnie, nie całował.

Patrzył w niebo, gwiazdy rachował.

Mężu, najdroższy panie,

czekam z lekarstwem na spanie.

Trzej Mędrcy w świat wyruszyli.

Anioł wieńczy każdemu głowę.

Ze śniadaniem, szalikiem, tabletką na spanie

do dziś jeszcze czekają królowe.

 

 

9

 

Trzej

Stanisław Barańczak

 

Trzej królowie

Przyjdą pewnie po Nowym Roku.

Jak zwykle, wcześnie rano.

Kleszczami dzwonka wyciągnięty za głowę z pościeli,

oszołomiony jak noworodek,

otworzysz drzwi. Błyśnie

gwiazda legitymacji.

Trzech. W jednym z nich rozpoznasz

z bezmyślnym zdumieniem (jaki ten świat

jest mały) swego kolegę z ławy szkolnej.

Od tamtych czasów prawie wcale się nie zmienił,

zapuścił tylko wąsy,

no, może przytył trochę.

Wejdą. Błyśnie złoto ich zegarków (jaki

ten świt jest szary), dym z ich papierosów

zasnuje pokój kadzidlaną wonią.

Brak mirry do kompletu - pomyślisz półprzytomnie,

wsuwając piętą pod tapczan książkę, której nie powinni znaleźć -

co to właściwie takiego ta mirra,

trzeba by kiedyś nareszcie

sprawdzić. Pan

pójdzie z nami. Pójdziesz

z nimi. Jaki ten śnieg jest biały.

Jaki ten fiat jest czarny.

Jaki ten świat był ogromny.

 

 

18

 

Kaganek, osiołek, anioł i wiele innych rzeczy

     Anioł, który czuwał, niewidoczny, nad Świętą Rodziną, zasnął. Nie ma rady, może się to przytrafić każdemu, stróżom nocnym, apostołom, a nawet aniołom. Co więcej, dzień był doprawdy męczący przez tę wizytę Trzech Króli. Lecz w środku nocy jakaś belka w małej stajence skrzypnęła tak głośno, że anioł zerwał się.
     Cóż za obrzydliwy zapach! Co za smród! Anioł już chwycił za swój róg alarmowy, by wezwać na pomoc kolegów z góry, lecz było to niepotrzebne, nie chodziło zgoła o diabła. Uniósł rękę do prawego oka i spojrzał w dal przez zwiniętą dłoń. A więc tu jest pies pogrzebany! Były to nikczemne myśli króla Heroda! Ulatywały z jego głowy jak para z gotującego się garnka. Anioł otrząsnął się z przerażenia i odrazy, i pomachał skrzydłami, żeby rozproszyć cuchnącą woń. Ale trzeba ostrzec świętego Józefa.
     Anioł przetarł oczy, żeby odpędzić senność, potrząsnął swoimi złotymi puklami, wyjął z torby podróżnej srebrną kapę, założył ją na siebie, stanął po anielsku na baczność i w tej postawie ukazał się we śnie świętemu Józefowi. Albowiem święty Józef jest sprawiedliwym i dla niego także aniołowie przywdziewają strój galowy. Święty Józef, zupełnie spokojny, spał głęboko, tonąc w miłym ciepełku swojej białej brody. Serce miał przepełnione radością i światłem z powodu darów, jakie Trzej Królowie złożyli Dzieciątku Jezus. Ale co taki biedak jak on zrobi z całym tym złotem? Posłał je przełożonemu synagogi w Betlejem. I w środku tego snu utkanego ze złota i chwały błysnął nagle okryty srebrem anioł, przemawiający głosem, który zdawał się mówić odległym echem organów:
- Uciekaj, uciekaj! Król Herod chce zabić Dzieciątko, naszego Pana!
     Święty Józef obudził się. "To tylko sen" - podszepnął mu sen, starając się opuścić jego powieki, ale święty Józef wiedział z własnego doświadczenia, że nie można snów lekceważyć ani pozwolić, by przemknęły niepostrzeżenie, więc z uporem trzymał oczy otwarte; wstał i zapalił kaganek. Dzieciątku grozi niebezpieczeństwo, trzeba się spieszyć, a jednocześnie mieć się na baczności, bo Dzieciątko i Matka byli stworzeniami kruchymi i delikatnymi...
     Kaganek rzucał światło, zwyczajne ubożuchne światełko, jakie rzucają kaganki, lecz kiedy spostrzegł, że święty Józef niesie go w stronę Maryi, podsycił płomień jak tylko mógł, gdyż widział Najświętszą Pannę raz tylko, w Boże Narodzenie. I jakże wtedy starał się rozpraszać mroki! Napełnił światłem całą stajenkę (Kaganek to poczciwe stworzenie, ale niezbyt rozgarnięte. Nie spostrzegł nawet, biedaczysko, że całe to światło pochodziło od aniołów). Także teraz chciał zrobić tyle światła, ile tamtej nocy, i zaczął pochłaniać oliwę wielkimi łykami, nadął się, jak tylko mógł, starał się ze wszystkich sił, ale osiągnął tyle tylko, że płomyk stał się wielkości jajka.
- Coś nie w porządku z tą oliwą - pomyślał.
- Nie - odparła oliwa - to przez knot.
- Nic podobnego - rzekł knot - to musi być płomień. - Wcale nie - zaprzeczył płomień - to wszystko wina kaganka.
     Kiedy kaganek wiódł spór z samym sobą, ale ciągle starając się zobaczyć jak najwięcej, święty Józef był całkiem zadowolony, gdyż tej nocy kaganek płonął dobrze i dawał piękne światło. Maryja leżała sobie na wiązce słomy i trzymała na podołku Dzieciątko. Słoma otulała ją z miłością. Święty Józef zbliżył się na palcach, by Jej nie przestraszyć, musnął nieśmiało Jej ramię palcem wskazującym i rzekł półgłosem:
- Maryjo!
     W ten sposób jeszcze nikogo się nie zbudziło! - pomyślała noc. Lecz Maryja była jak kryształowy kielich, który wystarczy dotknąć, by dobyć z niego harmonijny dźwięk.
- Cóż się stało, Józefie? - spytała.
     Wielkie, przesłodkie oczy lśniły niby dwie gwiazdy w małej, pobladłej twarzyczce. Kaganek patrzył w zachwyceniu, zapominając nawet o podsycaniu płomienia. Także pani noc w swoim płaszczu z czarnego aksamitu, na widok tych otwartych oczu, przez które widać było duszę i niebo, ze zdumienia nie poruszyła ani jedną z gwiazd na swojej sukni, gdyż zazwyczaj widziała Maryję tylko śpiącą, z zamkniętymi oczyma.
- Posłuchaj no, palioliwo - powiedziała noc kagankowi tonem pogardliwym - nie skąp tak oliwy, niechże i ja zobaczę lepiej naszą piękną Panią.
- A czemuż to raczej, moja pani, nie dobędziesz na wierzch tej swojej mlecznej patelni - odpowiedział kaganek nieco urażony.
     Ale nocy jedynie w niektóre określone dni wolno pokazywać srebrzysty miesiąc. I oto, żeby lepiej widzieć, potrząsnęła swoim czarnym płaszczem i nagle całe niebo było usiane gwiazdami, które błyszczały jak diamenty. Oblicze Najświętszej Panny oblało światło.
- Tylko spójrzcie, ile światła dałem! - rzekł z dumą kaganek. Ale noc była tak głęboko pogrążona w uwielbieniu, że na- wet go nie usłyszała.
- Musimy uciekać... - rzekł święty Józef. - Ukazał mi się we śnie anioł... Król Herod chce zabić Dzieciątko.
     Wielkie oczy stały się jeszcze większe z trwogi, potem powolutku zamknęły się, a blada twarzyczka Maryi pochyliła się z pokorą. Stajenka z przerażenia i strachu skrzypiała wszystkimi złączeniami. Nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć, i w końcu skamieniała. Z wielkim bólem patrzyła, jak święty Józef pomaga Maryi wstać, odszukać odzienie, zawiązać tobołek, rozejrzeć się uważnie raz jeszcze, a potem wychodzi z Maryją i Dzieciątkiem w towarzystwie kaganka i wygwieżdżonej nocy. Stajenka z przerażenia zwaliła się z lekkim trzaskiem. Na dworze panowała właśnie taka ciemność, jakiej potrzeba do ucieczki. Kaganek oświetlał kawałeczek drogi, pokazywał kałuże, ujawniał kamienie, o które można by się było potknąć, a noc swoimi gwiazdami wskazywała kierunek północny. Jednak Maryja była strapiona i wykrzyknęła:
- Ach, Józefie, gdybyż to chociaż był dzień! - Takie jest matczyne serce, pełne niecierpliwości, zawsze chciałoby uprzedzić czas.
- Już się robi! - ozwał się kogut w kurniku, przed którym właśnie przechodzili, i zapiał na pobudkę ze wszystkich sił. Nigdy w życiu nie wkładał w swój śpiew tyle wigoru.
- Czyś oszalał? - wykrzyknęła hardo noc. - Jeszcze minie jakiś czas zanim skończę moją wędrówkę! - Ale kogut odpowiedział tonem, w którym brzmiała wielka pewność siebie, jakby czuł się równy tej wielkiej damie:
- Może chcesz, żeby nasz Pan skończył w rowie z miłości do ciebie? - I znowu wypiął pierś, zamknął oczy i zaśpiewał raz jeszcze, ale nie było to już potrzebne. Na wschodzie ciemności nagle rozrzedziły się i złoto rozpryskało po całym niebie iskry i skrzące się strzępki, a słońce, sapiąc z wysiłku, wstało, by oświetlić ziemię.
     Zbrakło mu tchu, gdyż musiało przebyć dwie wielkie krainy, które teraz pogrążyły się w mroku. A nie było to byle co, lecz rzecz trudna, prawie tak samo trudna, jak tego wieczoru, kiedy z rozkazu Jozuego musiało zatrzymać się na niebie. Lecz to nieważne, chodzi wszak o służbę Panu! Wśród ludzi powstało jednak wielkie zamieszanie.
- Co się stało? - zdumiał się wieśniak z folwarku w Brakenhof. Jego zegar wskazywał trzecią, a już było jasno, choć przecież to luty. Oczywiście cała wina spada na zegar, który nie został należycie wyregulowany. Więc wieśniak wstał i ruszył do pracy. Niektórzy spośród nocnych Marków, co wytrwali jeszcze w kompanii popijając piwo, przestraszyli się widząc, że noc minęła tak szybko, i zaczęli przyganiać szynkareczce, mówiąc, iż cofnęła wskazówki zegara. Kupcy, którzy chcąc wyruszyć o siódmej nastawili budziki na szóstą, obudzili się nagle, widząc, że jest jasno, wyskoczyli czym prędzej z łoża i pobiegli do dyliżansu ani nawet myśląc o śniadaniu. Dyliżansu jeszcze nie było.
- Musiałem zapomnieć o nakręceniu zegara - rzekł woźnica.
     Na dworze króla Heroda słudzy biegali we wszystkie strony. Na początek zwolniony został główny kontroler zegarów dworskich. Natomiast dowódcy wojska zmyto uroczyście głowę, gdyż nie wyruszył natychmiast, jeszcze w nocy do Betlejem, by dokonać tam straszliwej rzezi niewiniątek. Wreszcie oddział zaczął maszerować, miasteczko zostało otoczone i na sygnał trąbki żołnierze niby wilki rzucili się do domów, wyrywali dzieci z rąk matek i zabijali sztyletami i mieczami.
- Została jeszcze ta mała stajenka! - krzyknął dowódca.
Ale jaki zawód ich spotkał, kiedy tam dotarli. Szopka zawaliła się całkowicie, a jeden wieśniak mieszkający w pobliżu rzekł:
- Ludzie, którzy tam byli, musieli uciec. Wczoraj przyszli Trzej Królowie, by złożyć pokłon Dziecięciu.
Dowódca, nie panując nad sobą z gniewu, wykrzyknął:
- Ale w takim razie Dzieciątko było właśnie tym nowym Królem, którego mieliśmy zabić. Naprzód, za nimi! Pewien sprytny oficer pokazał mu na miękkiej ziemi odciski stóp Maryi i Józefa.
- Tym śladem trzeba iść. Za godzinę będą w naszych rękach! Żywcem dostarczymy nowego Króla królowi Herodowi, żeby własnoręcznie mógł mu skręcić kark!
Konie ruszyły galopem, trzymając się śladów.
     Musimy pamiętać, że Anioł Stróż szedł niewidzialny za Świętą Rodziną. Anioł ów zajmował się światłem, wiatrem, baczył na chmury i co jakiś czas przykładał zwiniętą dłoń do oczu, by zbadać, czy nie grozi jakieś niebezpieczeństwo. O kaganku nie ma już nic więcej do powiedzenia, poza tym, że zgasł ze wstydu ledwie ujrzawszy promieniste oblicze słońca. A noc zrzuciła czym prędzej swój czarny płaszcz, tak że nikt już nie mógł jej zobaczyć.
     Józef i Maryja szli szybko swoją drogą. Józef niósł Dzieciątko, niósł wszystko, swoje narzędzia, tobołek z pieluszkami, troski i myśli, a Maryja opierała się na jego ramieniu.
- Taka jestem zmęczona - rzekła.
- Zaraz trochę odpoczniemy - odpowiedział Józef.
     Mieli właśnie przysiąść na pniu, kiedy jakiś chrapliwy okrzyk sprawił, że Maryja zerwała się na równe nogi z przerażenia. Rozejrzeli się dokoła. Na pobliskiej łące pasł się i ryczał osioł, tak że robił wrażenie zardzewiałej pompy.
- Gdybyśmy mieli osiołka! - szepnął święty Józef. I oto nagle osioł przebrnął ociężale strumyk i przez nikogo nie proszony zbliżył się do nich. Prawdę mówiąc niezupełnie nie proszony, gdyż niewidzialny Anioł Stróż podszedł do niego na łące i szepnął mu do ucha:
- Nie upieraj się, osiołku, chodzi o naszego Pana. - I dokładnie opowiedział mu wszystko, co się przydarzyło, zalecając, by sprawował się dobrze, jak przystało na stworzenie dobrze wychowane, i obiecując, że zasłuży sobie na dobre imię w świętych księgach.
- Czy stanę się równie piękny jak koń? - spytał żywo osiołek.
- To nie - odparł anioł - tego, co raz zostało już stworzone, nie można zmienić, lecz twoje imię będzie bardziej szanowane niż imię najlepszego konia, gdyż zostaniesz nazwany konikiem Bożym.
- Co mi tam po imieniu - rzekł osiołek. - Wolałbym być koniem bez imienia niż osłem z dobrym imieniem. Chętnie uczynię to, o co mnie prosisz, ale tylko z wdzięczności wobec Pana Boga, a jeśli niczego nie można zmienić, zadowolę się tym, że zostanę osiołkiem bez imienia. Anioł zaprowadził osła do świętego Józefa, który pogłaskał mu przyjaźnie łeb między oczami.
- Dobre zwierzę - powiedział. - Ach, gdybyśmy mieli takie bydlę. Osiołek spojrzał na Dzieciątko, które patrząc błękitnymi oczętami bawiło się w ramionach Maryi okryte cieniem wielkiego płaszcza z kapturem.
- Więc to jest Pan Bóg, który stworzył wszystkie rzeczy i przyszedł, żeby zbawić ludzkość? - pomyślał osiołek nieco rozczarowany.
- Jeszcze jedna rzecz, której nie pojmuję ni w ząb - ciągnął w myślach. - Co jeszcze wymyśli człowiek? Jest już panem koni i osłów. Czyż nie lepiej byłoby, żeby Pan przyszedł zbawić osły? Naturalnie nie pojmuję tego, gdyż jestem właśnie osłem. Gdybym był koniem, wszystko wydałoby mi się jasne.
     Tak to osiołek medytował nad wieloma jeszcze innymi sprawami, ale ponieważ nie mógł niczego pojąć, przestał wytężać umysł i zaczął szukać ostów w pobliżu zwalonego drzewa. Znalazł piękne nawet, twarde i soczyste, nadające się do zjedzenia razem z korzeniami.
- Chodź, Maryjo, może poszlibyśmy dalej?
     Maryja westchnęła, oparła się na ramieniu Józefa i podjęli poranny marsz w blasku promieni słonecznych, chłodnych jeszcze, ale już świetlistych. I oto osiołek ruszył wraz z nimi obok świętego Józefa.
- Idź, idź sobie, poczciwy bydlaku - rzekł starzec. - Wracaj na swoją łąkę. Nie jesteś nasz.
Nic z tego, osiołek szedł za nimi. Święty Józef wygłosił mu jeszcze kazanie o niewierności i uporze, ale ponieważ to także do niczego nie doprowadziło, rzekł w końcu:
- No dobrze. Jeśli koniecznie chcesz pójść z nami, nie mogę ci w tym przeszkodzić, ale umywam ręce i mam czyste sumienie. Jeśli kiedyś zdołamy tu wrócić, załatwię sprawę z właścicielem. A zwróciwszy się do Maryi, rzekł:
- Sam Bóg przysłał nam tego poczciwego osiołka, więc wsiądź na niego.
     Stała się rzecz dziwna, osiołek zgiął kolana, by łatwiej było usiąść na jego grzbiecie, a potem ruszył ze swoim świętym brzemieniem krokiem tak szybkim, że święty Józef musiał się namęczyć, żeby dotrzymać mu kroku. Ale myślał sobie z zadowoleniem:
- Teraz już z pewnością Herod nie zdoła nas doścignąć! Anioł jednak nie osłabiał czujności i, kiedy tak patrzył w dal, usłyszał nagle kroki zbliżających się żołnierzy Heroda. Przez chwilę polatywał to tu to tam jak zraniony ptak, niepewny, co czynić. Wtenczas wyleciał mu na spotkanie inny anioł, anioł dobrej myśli. Aniołowie latają sobie bowiem w wielkiej liczbie, niby motyle nad łąką, a każdy ma swoje imię i swoje obowiązki.
- O Światło Niebiańskie! - wykrzyknął Anioł Stróż. - Nasz Pan Bóg jest w niebezpieczeństwie. Ściga Go Herod! Co mam czynić?
- Wezwij rozsypywaczy śniegu, o Srebrzysty Wartowniku - rzekł Światło Niebiańskie i poleciał do jakiegoś artysty albo proroka.
     Wtenczas Srebrzysty Wartownik zadął w swój róg. Rozsypywacze śniegu, nader zajęci sporządzaniem nowych kryształowych gwiazdek, od razu pojęli, w czym rzecz. Niektórzy z nich wywinęli koziołka, a znalazłszy się na dole, wymienili parę słów z Aniołem Stróżem i szybciutko wzbili się z powrotem do nieba. W mgnieniu oka zagęściły się na północy czarne chmury, słońce znikło, światło stało się posępne i szare, i wielkimi płatkami spadł na ziemię śnieg. Łatwo sobie wyobrazić, w jaką wściekłość wpadł dowódca wojska. Odciski stóp zniknęły pod śniegiem i na rozstajach musiał zatrzymać się, zbity z pantałyku. Posłał swoich żołnierzy we wszystkich kierunkach, a sam przez czysty przypadek wybrał z oddziałem drogę właściwą.
Kiedy Anioł Stróż pojął, jakie niebezpieczeństwo nad Nimi zawisło, zaczął latać z niepokojem to tu, to tam. Cóż począć teraz. Spostrzegł nagle wielkie drzewo o wypróchniałym pniu i z gniazdem sroczym wśród gałęzi. A gdyby tak ukryć Świętą Rodzinę w zagłębieniu pnia i rozwiesić z przodu wielką pajęczynę, jak czyta się często w starych opowieściach? Ale mogło się zdarzyć, że dowódca wojska też zna te opowieści i nie da się zwieść.
- Drzewo, drzewo moje kochane, pomóż nam! - wykrzykną Srebrzysty Wartownik.
     I oto zerwał się mocny wiatr, tak że drzewo przygięło się do samej ziemi i trwało mocno w tej pozycji. Albo właściwie to anioł przytrzymał je ze wszystkich sił. Wtenczas Światło Niebiańskie natchnął świętego Józefa, by ten powziął zbawczą myśl.
- Maryjo, wejdź do gniazda!
I od razu gniazdo stało się wielkie jak tron. Maryja usiadła w nim z Dzieciątkiem, a święty Józef zajął miejsce obok.
- Wejdź, osiołku - rzekł anioł - starczy miejsca i dla ciebie.
- Hę, hę - odparł ze śmiechem osioł. - Chcecie wystawić mnie na pośmiewisko! Skoro nie mogę stać się koniem, nie chcę też siedzieć na drzewie jak ptak.
Wtedy anioł puścił koronę drzewa, które powoli wyprostowało się. Wkrótce potem nadciągnęli żołnierze.
- Z koni! - rozkazał dowódca podoficerowi. - A obejrzyjcie dokładnie wydrążony pień i zobaczcie, czy przypadkiem nie ma z przodu pajęczyny!
- Nikogo! - wykrzyknął podoficer. - Jest tylko osioł, który pokazuje nam ogon.
- Przeklęty osioł! - mruknął dowódca pod nosem.
Zarówno osioł, jak żołnierz poczuli się urażeni. Podoficer wskazał kapitanowi wielkie gniazdo.
- Przeklęte gniazdo! - ryknął dowódca i dosiadłszy koni ruszyli dalej.
Śnieg przestał padać. Chmury się rozproszyły i na zachodzie słońce zaczęło chylić się nad widnokręgiem niby wielka kula ognia.
- Maryjo - powiedział Józef, wskazując na błękitny skrawek pod słońcem - tam jest morze. Jutro znajdziemy jakiś okręt.
     I znowu pojawiła się noc w swoim płaszczu z gwiazd, które lśniły jak nigdy dotąd. Józef i Maryja pozostali spokojnie w ciepłym gnieździe. Osioł dla zabicia czasu na zmianę wtykał łeb albo zadek w zagłębienie w drzewie, by ogrzać się ze wszystkich stron.
     Wcześnie rano drzewo pochyliło się znowu ku ziemi i wszyscy poszli ścieżką wśród pól, aż dotarli do morza. Morze tworzyło na brzegu cudowne koronki, jakich nie ma nawet w Brugii. Na piasku leżały muszle niby wielobarwne kwiaty. Naturalnie znalazła się tam barka z przewoźnikiem, który choć kudłaty i spalony od słońca, był może także przebranym aniołem i oznajmił, że gotów jest przewieźć ich na drugi brzeg. Mały stateczek wypłynął na morze. Byli uratowani! Osiołek został na brzegu i patrzył, gdyż nie chciał wejść za nic w świecie do łodzi. Wrócił mu jego zwykły upór. Ale tak to już jest, w przeciwnym przypadku bowiem nie byłby osłem! Patrzył, jak się oddalają i pożegnał ich machaniem ogona.

Felix Timmermans, Leggende cristiane, Milano 1963, s. 503-510

 

Legendy chrześcijańskie

 

 

19

 

Gwiazdy na Niebie

Niektóre fragmenty biblijne sugerują postrzeganie gwiazd jako symboli duchowych istot stworzonych przez Boga i poddanych Mu jako zastępy anielskie. Przyjrzyjmy się więc bliżej tym fragmentom.

     Księga Rodzaju 1, 14-19 opisuje poetyckim językiem jak Bóg stworzył słońce, księżyc i gwiazdy. Są one światłami na sklepieniu niebieskim. W pierwszym dniu Bóg stworzył Niebo i ziemię, światło i ciemność. W drugim dniu stworzył natomiast sklepienie, które niejako zasłoniło (ukryło) Niebo, a zarazem zostało także nazwane niebem. Mamy więc do czynienie z dwoma niebami. Pierwsze Niebo, w którym mieszka Bóg z aniołami (zastępami niebieskimi), i drugie, także nazwane niebem, w którym „zamieszkują słońce, księżyc i gwiazdy”.
     To drugie niebo jest obrazem i odzwierciedleniem pierwszego Nieba, którego nie widzimy. Dlatego nie powinien nas dziwić język opisujący ciała niebieskie. Światło ciał niebieskich obrazuje chwałę Bożą i jest jej symbolem. Słońce oczywiście symbolizuje Boga (por. Ps 84, 11-12, Ml 3, 20). Wiele religii rozpoznawało to intuicyjnie, jednak dochodziło do wypaczenia tej symboliki i zamiast oddawać cześć Stwórcy, czczono sam symbol. Gwiazdy natomiast są symbolami aniołów (zastępów niebieskich). Bóg jest otoczony zastępami anielskimi w Niebie (pierwszym), podobnie jak słońce na sklepieniu jest otoczone gwiazdami. W Księdze Hioba Bóg wspomina o tym, jak rozpoczął akt stwarzania ziemi „ku uciesze porannych gwiazd, ku radości wszystkich synów Bożych” (Hi 38, 7).

Wojsko Boga
     Już w najstarszym biblijnym fragmencie – w pieśni Debory, „gwiazdy z niebios” utożsamiono z zastępami niebiańskimi (Sdz 5,20). Gwiazdy otrzymały w niej miano wojowników, bowiem niespodziewane zwycięstwo Izraelitów przypisywano nagłej burzy deszczowej, która zatopiła rydwany królów ugaryckich, a zgodnie z mitologią kananejską postrzegano gwiazdy jako źródło deszczu (Sdz 5, 20-21).
     W rzeczywistości jest to jednak poetycki opis aniołów, którzy walczyli razem z Izraelem, a którzy są wojskiem Bożym. Także w Księdze Izajasza (Iz 40,26), ciała astralne nazywano wojskiem niebieskim i utożsamiano z istotami nadprzyrodzonymi. Równocześnie mamy też przestrogę, aby nie mylić symbolu z jego przedmiotem. W Księdze Powtórzonego Prawa czytamy zaś: „Gdy podniesiesz oczy ku niebu i ujrzysz słońce, księżyc i gwiazdy, i wszystkie zastępy niebios, obyś nie pozwolił się zwieść, nie oddawał im pokłonu i nie służył, bo Pan, Bóg twój, przydzielił je wszystkim narodom pod niebem” (Pwt 4,19).Takie ukazanie gwiazd mogło być wyrazem polemiki z kultami astralnymi. W starożytnym świecie gwiazdy były często postrzegane jako bogowie, tymczasem tekst biblijny podkreśla, że to Jahwe rządzi wszystkimi zastępami niebieskimi.

Anioł, który prowadził Mędrców
     Z Ewangelii Świętego Mateusza dowiadujemy się, że: „gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię” (Mt 2,9-10). Taki opis nie odpowiada ani komecie, ani koniunkcji planet, bo cóż to za gwiazda, która wędruje i zatrzymuje się dokładnie nad jakimś miejscem. Właśnie dlatego wielu badaczy sądzi, że była ona obiektem nadnaturalnym, specjalnym cudem Boga ogłaszającego w ten sposób narodziny swojego Syna.
     Liczne starożytne teksty w języku greckim, syryjskim, ormiańskim wyjaśniają nam, że gwiazda betlejemska, prowadząca trzech królów do stajenki, w której spoczywał Jezus, była w rzeczywistości aniołem, to znaczy wysłannikiem Bożym, posłańcem z Nieba. Weźmy kilka przykładów zapożyczonych z literatury apokryficznej. Oto jak pod koniec VI wieku Ormiańska Ewangelia Dzieciństwa opowiada o zapowiedzi otrzymanej przez trzech królów: „Jako znak narodzenia zobaczycie na Wschodzie gwiazdę jaśniejszą od światła słonecznego i od innych gwiazd na niebie, gdyż w rzeczywistości nie będzie to ciało niebieskie, lecz anioł Boży”. Nieco dalej tekst powraca do tej samej myśli, przejmując prawie słowo w słowo wcześniejszą wersję syryjską: „Tej samej nocy anioł stróż został wysłany do Persji. Ukazał się mieszkańcom tego kraju pod postacią gwiazdy. Anioł stróż, który przybrał postać gwiazdy, przybył, by służyć im za przewodnika”. Wersja arabska mówi podobnie: ,,I w tej samej chwili ukazał im się anioł pod postacią gwiazdy, który najpierw był ich przewodnikiem”. Najsłynniejszy tekst znajduje się w hymnie świętego Efrema Syryjskiego z IV wieku. Ukazuje on Maryję rozmawiającą z królami: „Kiedy poczęłam, anioł objawił mi, że mój Syn będzie królem i, podobnie jak wam, powiedział, że jego diadem pochodził będzie z góry i że nigdy nie ulegnie zniszczeniu. - Anioł, o którym mówisz - odpowiadają jej trzej królowie - właśnie przybył do nas pod postacią gwiazdy, objawił się i zwiastował nam, że twoje Dziecko będzie większe i pełniejsze chwały niż gwiazdy. To anioł zatem zmienił swą postać i nie powiedział nam o tym” (Hymn XV).
     Warto też wspomnieć o jeden z siedmiu obrazów, których autorstwo przypisywano św. Łukaszowi. Obraz ten, przedstawiający Madonnę z Dzieciątkiem, znajduje się w kościele Matki Bożej Nadziei na Górze Św. Tomasza, w pobliżu indyjskiego miasta Madras, a widnieje na nim Gwiazda Betlejemska w kształcie uskrzydlonej elipsy. Z tyłu i z wnętrza gwiazdy wydobywają się zaś promienie. Dla autora obrazu Gwiazda Betlejemska była więc po prostu aniołem. Również Kościół Adwentystów Dnia Siódmego na podstawie pism Ellen G. White uważa, iż gwiazdą betlejemską był „świetlisty zastęp aniołów” posłanych przez Boga, którzy mieli wskazywać drogę mędrcom (Ellen G. White, Życie Jezusa, Warszawa 1991 s. 35-36). Oryginalnym przykładem ujęcia tego tematu może być obraz Sir Edwarda Burne-Jonesa przedstawiający Pokłon Trzech Króli z aniołem trzymającym w rozwartych dłoniach Gwiazdę. Także w pierwszych stuleciach naszej ery nie obce było przedstawiane aniołów (którzy ukazali się pasterzom w noc betlejemską lub zostali zauważeni przez święte niewiasty przed pustym grobem Chrystusa) właśnie pod postacią gwiazd.

Aniołowie jako gwiazdy w Apokalipsie
     Utożsamienie gwiazd z aniołami znajdziemy także w Apokalipsie św. Jana, który ujrzał na wyspie Patmos tajemniczą postać z siedmioma gwiazdami, co zostało objaśnione w następujący sposób: „Co do tajemnicy siedmiu gwiazd, które ujrzałeś w mojej prawej ręce, i co do siedmiu złotych świeczników: siedem gwiazd – to są Aniołowie siedmiu Kościołów, a siedem świeczników – to jest siedem Kościołów” (Ap 1, 20).
     Aniołowie porównywani są do gwiazd także w kontekście kary: „I trzeci anioł zatrąbił: i spadła z nieba wielka gwiazda, płonąca jak pochodnia, a spadła na trzecią część rzek i na źródła wód. A imię gwiazdy zowie się Piołun” (Ap 8,10). Wielu egzegetów widzi tu Anioła-Niszczyciela znanego z innych tekstów biblijnych. Jan jako gwiazdę opisał też anioła z kluczem do Czeluści: „I piąty anioł zatrąbił: i ujrzałem gwiazdę, która z nieba spadła na ziemię, i dano jej klucz od studni Czeluści. I otworzyła studnię Czeluści” (Ap 9, 1-2). O tym, że gwiazda ta jest aniołem dowiadujemy się z późniejszego fragmentu, informującego o związaniu Szatana: „Potem ujrzałem anioła, zstępującego z nieba, który miał klucz od Czeluści i wielki łańcuch w ręce. I pochwycił Smoka, Węża starodawnego, którym jest diabeł i szatan, i związał go na tysiąc lat. I wtrącił go do Czeluści, i zamknął, i pieczęć nad nim położył, by już nie zwodził narodów, aż tysiąc lat się dopełni” (Ap 20, 1-3).
     Sam bunt Szatana nawiązuje zresztą do symboliki spadających gwiazd. Widziano Szatana w Gwieździe Zarannej (czyli Lucyferze) z Iz 14, 12, a wzmiankę z Apokalipsy o tym, że ogon Smoka (czyli Szatana) zmiótł trzecią część gwiazd Nieba i rzucił je na ziemię (por. Ap 12, 4) powszechnie interpretuje się jako sugestię, że do jego buntu przyłączyła się jedna trzecia wszystkich aniołów. Podobną myśl znajdziemy w apokryficznej Księdze Henocha, gdzie w kontekście upadku aniołów mowa jest o „gwiazdach niebios, które przekroczyły rozkaz Boga” (HenEt 21,6).

O czym przypominają gwiazdy
     Od czasów prehistorycznych gwiazdy fascynowały ludzi. Są one widoczne jako świetliste punkty na Niebie, ale wiemy już, że chodzi o ogromnych rozmiarów ciała niebieskie, takie jak nasze słońce, ale dużo bardziej oddalone. Gołym okiem można podobno, przy sprzyjających warunkach pogodowych, dostrzec z Ziemi około 3-4 tysiące gwiazd, choć tylko w naszej galaktyce znajduje się ich od 200 do 400 miliardów (a szacunkowa liczba galaktyk, jakie znajdują się w obserwowalnym wszechświecie wynosi ponad 100 miliardów). Nie potrafimy sobie wyobrazić tego ogromu. Nasz umysł buntuje się w konfrontacji z rozmiarami wszechświata. Co może czuć współczesny człowiek, patrząc na gwiazdy? Przerażenie własną znikomością? Zachwyt nad stwórczą mocą Boga? Pewnie jedno i drugie. Może także potworną samotność?
     Spróbujmy jednak pomyśleć wówczas także o tym, że nie jesteśmy w tym ogromnym wszechświecie sami, gdyż aniołów, którzy się o nas troszczą i służą Bogu, jest tak wiele jak gwiazd na Niebie. Aniołów nie widzimy, gdyż są bytami niematerialnymi, ale widzimy gwiazdy, które w Biblii często symbolizują aniołów. Symbole zaś istnieją po to, aby nam o czymś przypominać i na coś wskazywać. Wydaje mi się, że jest to myśl bardzo krzepiąca.

Roman Zając

 

 

Święci i błogosławieni w tygodniu.

 

6 stycznia - Objawienie Pańskie - Trzej Królowie
7 stycznia - św. Rajmund z Penyafort, prezbiter
7 stycznia - św. Lucjan, prezbiter i męczennik
8 stycznia - św. Piotr Tomasz, biskup
8 stycznia - św. Wawrzyniec Iustiniani, biskup
8 stycznia - św. Seweryn z Noricum
8 stycznia - św. Daniel Comboni, biskup
8 stycznia - bł. Eurozja Barban
9 stycznia - św. Adrian z Canterbury, opat
9 stycznia - św. Julian z Antiochii, męczennik
9 stycznia - św. Andrzej Corsini, biskup
9 stycznia - bł. Alicja le Clerc, dziewica
10 stycznia - św. Grzegorz z Nyssy, biskup i doktor Kościoła
10 stycznia - św. Wilhelm z Bourges, biskup
10 stycznia - katedra w Drohiczynie
11 stycznia - św. Honorata, dziewica
11 stycznia - św. Teodozy, opat
12 stycznia - św. Elred z Rievaulx, opat
12 stycznia - św. Bernard z Corleone, zakonnik
12 stycznia - św. Marcin z León, prezbiter
12 stycznia - św. Arkadiusz, męczennik
12 stycznia - św. Tacjana, męczennica
12 stycznia - św. Antoni Maria Pucci, prezbiter
12 stycznia - św. Małgorzata Bourgeoys, dziewica
13 stycznia - św. Hilary z Poitiers, biskup i doktor Kościoła

13 stycznia - bł. Weronika Nagroni, mniszka

 

NIEDZIELNA EUCHARYSTIA – 6.30, 8.00, 9.30 – dla młodzieży, 11.00 – rodzinna, z dziećmi, 12.30, 16.00, 19.00, poniedziałek - sobota – 7.00, 7.30, 18.00.

Kancelaria (tel. 126452342) czynna (oprócz I piątku i świąt): godz. 8-9 i 16-17.30 (oprócz sobót)

Redakcja „Wzgórza w Blasku Miłosierdzia”: Władysław Wyka red. nacz.,

Wydaje: Parafialny Oddział Akcji Katolickiej nr 1 Archidiecezji Krakowskiej

- Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach 1a,

Nr k. bank – 08 1240 2294 1111 0000 3723 9378, tel.; 0-12-645-23-42.

NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:

strona internetowa parafii:

www.wzgorza.diecezja.krakow.pl

oraz milosirdzia-parafia.pl - PO Akcji Katolickiej

adres parafii:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.,

strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl

adres gazetki:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.