WZGÓRZA W BLASKU MIŁOSIERDZIA

 

       44/682                   -           28 października 2018 R.B.

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA „WZGÓRZA W BLASKU MIŁOSIERDZIA”

„Błogosławieni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią”

28 października 2018 r.

Niedziela

Niedziela XXX tygodnia okresu zwykłego

(Mk 10, 46b-52)

Gdy Jezus wraz z uczniami i sporym tłumem wychodził z Jerycha, niewidomy żebrak, Bartymeusz, syn Tymeusza, siedział przy drodze.

A słysząc, że to jest Jezus z Nazaretu, zaczął wołać: "Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną! "Wielu nastawało na niego, żeby umilkł. Lecz on jeszcze głośniej wołał: "Synu Dawida, ulituj się nade mną!"

Jezus przystanął i rzekł: "Zawołajcie go". I przywołali niewidomego, mówiąc mu: "Bądź dobrej myśli, wstań, woła cię". On zrzucił z siebie płaszcz, zerwał się na nogi i przyszedł do Jezusa. A Jezus przemówił do niego: "Co chcesz, abym ci uczynił?" Powiedział Mu niewidomy: "Rabbuni, żebym przejrzał". Jezus mu rzekł: "Idź, twoja wiara cię uzdrowiła". Natychmiast przejrzał i szedł za Nim drogą.

Nie wiemy, jak długo niewidomy żebrak Bartymeusz siedział przy drodze, prosząc o jałmużnę. W pewnym sensie siedział tam całe życie i czekał na tego jedynego Przechodnia, gdyż dopiero spotkanie z Jezusem odmieniło jego los.

Dopiero Ten, który przywrócił mu wzrok i obdarował go światłem, nadał jego życiu nowy wymiar. Chrystus nieustannie przechodzi także przez nasze życie, nieustannie prosi nas o wiarę.

W dzisiejszym numerze:

- Wołanie ślepca.

- Myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem.

- Pod płaszczykiem.

- O tym, że łaskę pobożności osiąga się pokorą i wyrzeczeniem się siebie.

- Pierwszy w Polsce szlak św. Joanny Beretty Molli.

- Święci i błogosławieni w tygodniu.

Wołanie ślepca

Ewangelia dzisiejsza prowadzi nas do Jerycha i do spotkania Jezusa ze ślepcem Bartymeuszem. To co się wydarzyło podczas tego spotkania, często ma miejsce w naszych spotkaniach z Jezusem. Warto by się nieraz postawić w miejscu Bartymeusza i pomyśleć o swoich niedomaganiach, może i o własnej „ślepocie”.

Św. Marek rozpoczyna dzisiejszy fragment Ewangelii od informacji, że ślepy żebrak Bartymeusz siedział przy drodze. Od razu ewangelista przybliża nam jego doświadczenie biedy materialnej. Bartymeusz był ślepy i wiedział o tym. Wielu ludzi nawet całkowicie ślepych na dobro, obarczonych grzechami, nie tylko, że nie widzą swojej ślepoty, ale często uważają się za lepszych od innych. Jak ważne jest rozpoznawanie swojej ślepoty, bo tylko wówczas Bóg może się nią zająć.

Druga informacja, że jest żebrakiem, ukazuje nam prawdę o jego poniżającym sposobie życia. Musi wybłagać jakiś grosz, by móc w swojej biedzie przeżyć kolejny dzień. My bardzo boimy się tego, co uderza w naszą ludzką godność, boimy się podejmować zadań, które społecznie uważane są za niższe, czy nawet poniżające. Sztucznie podsycając swoją godność, możemy nie być wrażliwi na to, co jest ubogie, proste, niemodne. Można popełnić głupstwo wynikające z pychy, gdy nie prosi się o coś, czego się bardzo potrzebuje, co jest potrzebne, bo uważa się, że jest to poniżające.

Bartymeusz siedzi przy drodze – to już trzecia informacja płynąca z rozważanego fragmentu Ewangelii. Te słowa oddają sytuację człowieka, który nie porusza się po prawdziwej drodze. Jest kimś, kto tęskni, by wejść na drogę i iść z innymi, i który czeka na Jezusa, na Tego, który sam powiedział o sobie „Ja jest drogą” (J 14,6). Poruszać się nawet po autentycznej drodze bez Jezusa, to podróż donikąd.

To długoletnie życie Bartymeusza w ślepocie, na żebraniu, przy drodze nagle wypełnione jest głosem, że zbliża się Jezus z Nazaretu. Niewidomy może tylko słyszeć, mówić i poruszać się po omacku. Przecież Bartymeusz w swoim życiu słyszał tysiące informacji, może nawet z większym nasileniem, niż ta, że zbliża się Jezus z Nazaretu. Bycie uczniem właśnie rodzi się w ten sposób, że pośród mnóstwa dochodzących, może i ważnych głosów, wybiera się ten najważniejszy, któremu na imię Jezus z Nazaretu. Pomyślmy o tych licznych głosach, które codziennie dochodzą do nas w postaci plotek, płytkiego humoru, przekleństw, którymi karmimy się bezrefleksyjnie, a gdzie są słowa o Jezusie?

Reakcja Bartymeusza na obecność Jezusa jest natychmiastowa. Zaczyna on wołać i prosić o litość. Na pewno ten zryw i krzyk Bartymeusza nie był jego codziennym zachowaniem wobec każdego od kogoś spodziewałby się, że może otrzymać uzdrowienie. Mieć prawdziwą intuicję, co do spotykanych ludzi i ich możliwości, to kolejna często nasza słaba cecha. Lgniemy do ludzi, którzy nie kierują się w swoim postępowaniu wartościami, którzy potrafią nas wykorzystać.

Nasz bohater nieoczekiwanie zostaje uciszany ze strony tych, którzy szli za Jezusem. Tak jest i z nami: ilekroć chcemy przybliżyć się do Jezusa, napotykamy na przeszkody, często ze strony tych, którzy są z Jezusem. W kręgach tak zwanych pobożnych ludzi są i tacy, którzy nie chcą by byli od nich pobożniejsi. Jest to przejaw „niezdrowej” zazdrości.

To uciszanie, Bartymeusza jednak nie blokuje, a co więcej, on jeszcze mocniej zaczyna krzyczeć. W ten sposób Ewangelia ukazuje upór, który powinien być obecny w chrześcijańskiej modlitwie, zwłaszcza wówczas, gdy przychodzą zewnętrzne lub wewnętrzne przeszkody.

Oczywiste jest, że Jezus na takie uporczywe wołanie reaguje, przystaje i każe tym, którzy go dotychczas uciszali zawołać. Wszystko, co nazywamy apostolstwem, zawiera się w tej zachęcie: „Idź! Woła cię!”.

Tej okazji, w której zaczynają być sprzyjające warunki, bo nawet przeciwnicy stają po jego stronie i zachęcają, Bartymeusz nie może zaprzepaścić. Zrzuca płaszcz, który jest jego jedynym zabezpieczeniem. Chcąc iść za Jezusem w pełni, musimy tak jak Bartymeusz, mieć odwagę zrezygnować z wielu przyziemnych spraw, odciąć się od zgromadzonego przez lata zbędnego balastu.

Jezus zadając ślepcowi pytanie, czego on tak naprawdę pragnie, zmusił go do zdefiniowania swego kalectwa. Nie powiedział mu: jesteś ślepy! Pragnął, by Bartymeusz sam siebie określił. Niekiedy powiedzenie komuś prawdy wprost sprawia, że jeszcze bardziej stara się ukryć tę prawdę o sobie. Najlepiej, jeśli człowiek sam stanie się odkrywcą swojego problemu, bo wtedy łatwiej mu z nim zerwać.

„Rabbuni”. Bartymeusz nie zwraca się do Jezusa, używając zwyczajnego tytułu, który na kartach Nowego Testamentu często się pojawia, rabbi, nauczyciel, lecz nazywa Go „mój nauczyciel”. Niewidomy w ten sposób pokazuje jak powinien uczeń nawiązywać osobistą i mocną relację z Mistrzem.

Wreszcie Jezus słyszy prośbę, jakiej od niewidomego oczekuje od dawna. Zobaczyć Pana stanowi życie dla człowieka.

Słowa „twoja wiara cię uzdrowiła” oznaczają zbawienie, w jakie wstępujemy, kiedy idziemy za Jezusem. Bartymeusz odzyskuje wzrok i coś o wiele większego: otrzymuje oczy, aby tak dobrze ujrzeć Jezusa, że odtąd chce zostać Jego uczniem.

Sytuacja Bartymeusza z początku tej sceny całkowicie się odmieniła: widzi, idzie drogą i nie musi już żebrać.

My, którzy wiemy o Jezusie o wiele więcej niż Bartymeusz, czy mamy oczy, aby na Niego patrzeć? Tak, aby poczuć rosnące w nas pragnienie, które rodziło świętych: „Chcę iść za Tobą”.

Leszek Skaliński SDS

Myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem

Jednym z większych paradoksów dotyczących ludzkiej moralności jest przeżywanie swych problemów w taki sposób, że człowiekowi towarzyszy przekonanie o jej doskonałej kondycji, choć wszystko wydaje się temu przeczyć. Paradoksalnie więc, nie lekarz i terapia odgrywają nadrzędną rolę w leczeniu, ale pokorne przyznanie się do swych braków. Jeśli człowiek nie zaufa lekarzowi, stając w całej prawdzie, nawet najlepsze metody leczenia nie będą skuteczne. Tak się dzieje w medycynie, gdzie relacja między lekarzem i pacjentem musi się opierać na zaufaniu, ale tak też jest w życiu duchowym, gdzie każdy kontakt z pasterzem wymaga tych samych zasad. Nie można korzystać z sakramentu pokuty, tając choćby fragment prawdy o swoim wnętrzu. Nie tylko chodzi tu o ważność spowiedzi i skuteczność rozgrzeszenia, ale też o szansę daną kapłanowi czy lekarzowi, by zastosować odpowiednią terapię. Jej istotą nie może być doraźna pomoc czy podanie znieczulenia, ale dłuższy proces i ostateczne zniknięcie źródeł choroby.

Najbardziej sprawę komplikuje brak odwagi czy wręcz wyrachowanie przy ukrywaniu prawdy. Jeśli człowiek nazwie grzech i określi miejsce jego zagnieżdżenia, trzeba podjąć dalsze kroki. To zawsze dokonuje się przy udziale jakiegoś wysiłku, ciężkiej pracy. Im większy grzech, tym silniejsza niechęć do walki. Praktyka duszpasterska bardzo często pokazuje przykłady takiego oddalania się od Boga, u którego źródeł można znaleźć nie tyle rezultat intelektualnych poszukiwań, ile właśnie grzech.

W przypadku ślepoty rzecz komplikuje się jeszcze bardziej. Człowiek, który zobaczy, jest w jakimś sensie odpowiedzialny za to, co widzi. Nie tylko chodzi tu o indywidualne winy i niewierności, lecz także o cudze grzechy. Przecież nikt dzisiaj nie kwestionuje, że grzech ma charakter społeczny. To znaczy, że jesteśmy uwikłani w pewien system, dzięki któremu każdorazowy wybór niesie ze sobą określone konsekwencje dla innych. Wroga Kościołowi propaganda chciałaby zepchnąć dziedzinę moralnych wyborów do sfery prywatności. Człowiek zaś jest odpowiedzialny nie tylko za to, czego dokonuje mocą swojej wolności, ale i za to, czego jest świadkiem. Nawet podczas każdorazowej Eucharystii wypowiada się znamienne słowa żalu za grzechy, w którym zawiera się myśl, mowa, uczynek, ale i zaniedbanie.

To dlatego wygodniej jest pozostać ślepym zarówno na własną niewystarczalność, jak i na małostkowość czy wręcz podłość otoczenia. I dużym uproszczeniem byłoby sprowadzać całą tę dyskusję jedynie do znanej kwestii znieczulicy społecznej. Tu chodzi o coś więcej, o pewien rodzaj egoistycznej buchalterii, przez którą ceną ludzkiego spokoju jest poświęcenie czegoś o wiele większego.

W Ewangelii z dzisiejszej niedzieli spotykamy człowieka odważnego. Kiedy Boski Mistrz stawia mu pytanie, co chcesz, abym ci uczynił, człowiek niewidomy uderza w samo sedno swoich najskrytszych potrzeb. „Rabbuni, żebym przejrzał”. Najpierw musiał uznać swoją ślepotę, później określić ją jako dolegliwość, coś, czego należy się pozbyć, a dopiero później pomyślał o metodzie. Najczęściej skupiamy się na tym ostatnim. W świecie, w którym całe rzesze próbują szukać szczęścia w najróżniejszych religiach Wschodu i uciekają się do praktyk buddyjskich czy hinduskich, obserwatorzy niepokoją się, że popularne są zatrute leki. Ta troska jest uzasadniona, ale nie może pozostać jedyną. Przecież nie mniej istotna jest obawa o być może większą rzeszę ludzi przekonanych o swojej doskonałej kondycji. Oni nie pójdą ani do lekarza, ani do apteki.

Wypowiadając słowa powszechnej spowiedzi podczas każdej Eucharystii i przystępując do sakramentu pokuty, gdzie wyznajemy grzechy i obiecujemy poprawę, warto postawić pytanie o rachunek sumienia. Być może podświadomość każe nam omijać niektóre tematy, pozostawiając tym sposobem wśród ludzi ślepych, bo tak wygodniej.

Pan Jezus uzdrowił niewidomego, zapewniając, że tak naprawdę uzdrowiła go wiara. Dzisiejsza Liturgia Słowa jest okazją do stawiania sobie pytań o jej istotę. Nawet szatan uznaje prawdę, że Bóg istnieje. Człowiek wierzący w tym Bogu uznaje swojego Pana. Ma do Niego zaufanie i powierza Mu wszystkie swoje słabości. Skazując się na ślepotę, popełniamy poważny grzech zaniedbania.

ks. Jan Dzielny

Pod płaszczykiem

Są prawdziwie ubodzy, ale i fałszywie. Jeśli jakaś Cyganka, narkoman lub alkoholik obserwują twoją twarz na ulicy, to starają się dostrzec tylko jedno: czy uda im się wyłudzić choćby trochę grosza. Płaszczą się, poniżają, czasem wymyślają niestworzone dramaty wyciskające z nas krople współczucia i żebraczą należność. Jeśli uda im się obudzić w tobie litość, triumfują, bo wiedzą, że to się opłaciło. Mają wtedy miny aktorów, którzy swoją grą doprowadzili widownię do szlochu.

Czy nie jest ślepotą, żyć tylko po to, by stwarzać wokół siebie aurę litości, współczucia i pożałowania? Żyć tylko po to, by inni otaczali mnie czułym wzrokiem, żebrać o każde spojrzenie zainteresowania, wyłudzać zainteresowanie innych, domagać się wysłuchania i wyciskać z innych podziw nad wymyśloną tragedią, w którą się samemu już wierzy! Być może taki styl życia jest jeszcze większą ślepotą niż bycie prawdziwie ślepym. Istnieją ludzie, którzy nie potrafią o sobie mówić dobrze, bo wtedy straciliby zainteresowanie i współczucie, ciągle wymyślają jakieś choroby lub problemy, kreują się na nieszczęśników i pokrzywdzonych, bo dzięki temu zdobywają u innych efekt litości. Żyją pod płaszczykiem wyuczonych i wyimaginowanych historii o sobie samych, ale prawdziwe „ja” ukrywa się nawet przed nimi samymi. Jest w nas „ja” znane sobie i znane innym, jest również takie „ja”, które jest nieznane nam, ale za to doskonale znane innym, wreszcie takie, które jest znane nam, ale za to ukryte przed innymi, i na końcu takie „ja”, które nie jest przejrzyste ani dla nas, ani dla innych. Jezus, uzdrawiając człowieka, pozwolił mu zrzucić całkowicie płaszcz, który był symbolicznym parawanem ukrywającym prawdę.

Widzieć to przede wszystkim być przejrzystym dla Boga, dla siebie i dla innych. Lęk przed pominięciem i utratą znaczenia w oczach innych sprawia, że z dnia na dzień ukrywamy się w coraz bardziej paradoksalny sposób: odsłaniając w sobie historie wzbudzające politowanie. W końcu stajemy się tak skryci, że samych siebie nie widzimy, choć wszyscy nas już dostrzegają. To jest szczyt ślepoty.

Zaryzykowałbym interpretację, że niewidomy Bartymeusz, zrzucając płaszcz, zerwał z taką postawą wymuszania litości u innych i zaryzykował życie w przejrzystości. Jeśli nawet tak nie było, to wydarzenie to jest na pewno symboliczną manifestacją takiej sytuacji. Przestał udawać. Jezus uzdrowił go w sposób najpełniejszy i subtelny. Zadając mu pytanie, czego on tak naprawdę pragnie, zmusił go do zdefiniowania swego kalectwa. Nie powiedział mu: jesteś ślepy! Pragnął, by Bartymeusz sam siebie określił.

Niekiedy powiedzenie komuś prawdy w oczy sprawia, że jeszcze bardziej on staje się zakłamany i jeszcze bardziej się ukrywa, i jeszcze usilniej się usprawiedliwia albo wyszukuje argumentów umacniających go w chorej pozycji do świata, Boga i niego samego. Najlepiej, jeśli człowiek sam stanie się odkrywcą swojego zamaskowania, bo wtedy najczęściej z nim zrywa.          

A. Pelanowski OSPPE

O tym, że łaskę pobożności osiąga się pokorą

i wyrzeczeniem się siebie.

Głos umiłowanego

1. Trzeba ci się starać bezustannie o łaskę pobożności, prosić o nią z upragnieniem, cierpliwie i ufnie jej oczekiwać, z wdzięcznością przyjmować, pokornie strzec i usilnie z nią współdziałać, a Bogu zostawić czas i sposób, kiedy i jak ma przyjść i ciebie nawiedzić. Staraj się być pokornym, a zwłaszcza gdy mało albo wcale nie czujesz wewnętrznego żaru pobożności, nie upadaj na duchu i nie poddawaj się rozpaczy. Często Bóg zsyła w jednej chwili to, czego długo odmawiał, daje niekiedy na końcu to, czego nie chciał udzielić na początku modlitwy.

2. Gdyby dar łaski był zawsze szybki i przychodził na zawołanie, może słaby człowiek nie przyjmowałby go równie wdzięcznie. Dlatego musimy oczekiwać łaski pobożności z nadzieją i pokorną cierpliwością. Sobie samemu i swoim grzechom przypisuj winę, gdy nie dano ci łaski albo kiedy została ci nagle zabrana. Niekiedy drobna rzecz przeszkadza łasce, zasłania ją przed nami, jeśli można mówić o drobnej rzeczy, a nie raczej o wielkiej, skoro pozbawia nas tak wielkiego dobra. Ale kiedy tę drobną czy tez wielką rzecz usuniesz i przezwyciężysz, otrzymasz to, o co prosiłeś.

3. Bo kiedy tylko powierzysz się całym sercem Bogu, a nie będziesz szukał tego lub owego dla własnego zadowolenia lub zaspokojenia własnej woli, ale całkowicie oprzesz się na Nim, od razu poczujesz się jakby scalony wewnętrznie i uspokojony, bo nic nie daje takiego szczęścia i zadowolenia jak ufne poddanie się woli Bożej. Kto więc z prostotą serca podźwignął swoją wolę aż do Boga, a wyzbył się ostatniej miłości czy też nienawiści do jakiejkolwiek istoty na ziemi, ten stał się zdolny do przyjęcia łaski i godny daru pobożności. Bo Bóg napełnia błogosławieństwem naczynie, które znajdzie opróżnione. Tak że im kto doskonalej odcina się od rzeczy niskich, im bardziej umiera dla samego siebie przez wyrzeczenie się siebie, tym szybciej, tym obfitszym zdrojem spłynie nań łaska i wzniesie w górę uwolnione od balastu serce.

4. Wtedy przejrzy i będzie opływać w dobro Iz 60,5, i zadziwi się, i na oścież otworzy się jego serce, bo ręka Pana jest z nim, a on sam złożył się całkowicie w Jego dłoni aż do śmierci. Tak błogosławiony będzie człowiek, który szuka Boga w głębi swego serca, bo nie na próżno otrzymał życie. Ten przyjmując świętą Eucharystię zasługuje sobie na łaskę zjednoczenia z Bogiem, bo nie chodzi mu o własną pobożność ani zadowolenie, ale ponad pobożność nawet i zadowolenie stawia chwałę i cześć Boga.                           

Tomasz a Kempis

Pierwszy w Polsce szlak św. Joanny Beretty Molli

W polskich górach powstaje pierwszy szlak św. Joanny Beretty Molli. Punktami, które będą go wyznaczać staną się kapliczki dedykowane św. Joannie. Dotąd powstały i zostały poświęcone trzy z nich. Ostatnia, u podnóża Trzech Koron, w ostatnich dniach. Dlaczego w naszym kraju pojawiają się miejsca dedykowane świętej Włoszce, skoro ona sama nigdy w Polsce nie była? Kto za tym stoi? Ludzie.

Pierwszy w Polsce szlak św. Joanny Beretty Molli

Ludzie, którzy z potrzeby serca, w imię przyjaźni i przywiązania albo jako znak wdzięczności pięć lat temu postanowili zjednoczyć się i założyć Stowarzyszenie Przyjaciół św. Joanny Beretty Molli. Wspólnie podejmują wiele inicjatyw, a wśród nich jest właśnie tworzenie pierwszego w Polsce górskiego szlaku św. Joanny Beretty Molli.

– Chcemy zachwycić chodzących po górach „inną” turystyką. Dla św. Joanny naturalnym środowiskiem były Alpy, gdzie uwielbiała wypoczywać. My w tym duchu tworzymy miejsca spotkania z Nią w polskich górach, cały czas pamiętając o Jej zachwycie, który niejednokrotnie wyrażała w listach do męża – mówi ks. dr Piotr Gąsior, członek Stowarzyszenia. Kapłan podkreśla, że chodzi o stworzenie możliwości, aby gdzieś na szlaku móc „przypadkiem” spotkać osobę podobnie myślącą, ciekawą, mającą pasję zdobywania szczytów. I te kapliczki to są właśnie takie nieprzewidziane spotkania. A wspólnych tematów ze św. Joanną znajdzie się dużo, wszak była żoną, matką, lekarzem i żyła stosunkowo niedawno. Można porozmawiać z Nią o życiu, pracy, dzieciach, o małżeństwie i dalekich wyjazdach męża, których doświadczała wielokrotnie.

Trzeba wiedzieć, że ponieważ św. Joanna nigdy w Polsce nie była, miejsca Jej dedykowane w naszych górach nie są pamiątką Jej obecności w danym miejscu. Joanna przywędrowała do Polski dużo później, już jako święta, zadomowiła się i także w naszym kraju wyprasza wiele łask dla czczących ją osób. Kapliczki św. Joanny w naszych górach są również, jak tłumaczy ks. Gąsior, jednym z przykładów nowoczesnego pojmowania tajemnicy świętych obcowania.

Stowarzyszenie Przyjaciół Świętej Joanny propaguje kult jej osoby w sposób nowoczesny, a czasem zaskakujący: nie tylko „na kolanach”, ale poprzez wprowadzanie ludzi w rzeczywistości, których Joanna także była częścią. Stąd m.in. górskie kapliczki, bo święta góry kochała i wielokrotnie do nich wracała, by wędrować, wspinać się czy po prostu pojeździć na nartach.

Obecnie w Polsce znajdują się trzy kapliczki św. Joanny, które w przyszłości staną się częścią pierwszego polskiego szlaku św. Joanny Beretty Molli. Jedna stanęła na Górze Potaczkowej w Gorcach, druga pod szczytem Gorc, a trzecia u podnóża Trzech Koron.

Kapliczka na Górze Potaczkowej w swej pierwszej wersji przypominającej urokliwą latarnię wykonana została przez Piotra Sukiennika i poświęcona we wrześniu 2014 roku. Przez kolejny rok członkowie Stowarzyszenia gromadzili środki finansowe na budowę właściwej, kamiennej kapliczki na Górze Potaczkowej. Dzięki hojności wielu osób rok później udało się poświęcić właściwą kapliczkę z kamienia, w centrum której znajduje się odlew wizerunku św. Joanny wykonany przez artystę rzeźbiarza Andrzeja Szczepańca z Tenczyna. W przednią ścianę wmurowany został także kamień z cytatem z jednego listu św. Joanny do męża: „Jakże się nie radować i nie uwielbiać Boga, kiedy się staje na górze pod błękitem nieba…” Kamienną kapliczkę wzniósł Jan Smaciarz. Pomagali mu Antoni i Krzysztof Smaciarzowie. Dziś obok postumentu znajduje się kamienna skrzynka, w której znajdziemy informacje na temat historii powstania kapliczki. Obok ustawiono także dwa kamienne zydelki, gdzie można przysiąść i odpocząć po trudach wędrówki. Ponieważ kapliczka stoi nieco na uboczu, sprzyja kontemplacji i spotkaniu ze świętą w ciszy i otoczeniu pięknej przyrody. Do kapliczki dojść można z Podobina, wspinając się pod widoczny z daleka krzyż. Pod nim znajdziemy wskazówkę, w którą stronę kierować się, by dotrzeć do św. Joanny.

Druga z kapliczek powstała w Ochotnicy Górnej przy żółtym szlaku wiodącym na Gorc dzięki ogromnej życzliwości p. Jana Wołyńskiego, opiekującego się pobliską Gorczańską Chatą oraz otwartości p. Andrzeja Foksa, który udostępnił miejsce na ten cel. Jest dobrze widoczna zarówno dla tych, którzy zmierzają na szczyt, jak i tych, którzy już zeń schodzą. Kapliczka jest drewniana z kolorowym wizerunkiem św. Joanny z dzieckiem. Pod zdjęciem znajduje się konwalia wycięta z nierdzewnej stali wykonana przez Mateusza Siedlarczyka. Kwiaty te były ulubionymi św. Joanny. Warto dodać, że na kapliczce znajdziemy także kod kreskowy QR, który po zeskanowaniu od razu przeniesie nas na stronę Stowarzyszenia Przyjaciół Świętej Joanny, gdzie przeczytamy więcej szczegółów dotyczących świętej Włoszki oraz działalności Stowarzyszenia. U progu tegorocznych wakacji miało miejsce uroczyste poświęcenie tej kapliczki.

Ostatnią ze wzniesionych dotąd kapliczek jest ta usytuowana około 200 metrów za schroniskiem „Trzy Korony”, na rozwidleniu szlaków żółtego i zielonego. Historia jej powstania związana jest z „łańcuszkiem” osób, które otworzyły się na tę piękną inicjatywę i postanowiły ją wesprzeć: wspomniany wcześniej Jan Wołyński zapalił tą ideą Henryka Kozuba mieszkańca Sromowiec Niżnych. Ten z kolei porozmawiał z proboszczem ks. Markiem Kądzielawą i sołtysem Adamem Grywalskim, którzy pozytywnie odnieśli się do inicjatywy. Sołtys Grywalski przekonał członków wspólnoty gruntowej nie tylko do użyczenia pięknego miejsca z widokiem na Trzy Korony, ale także do współuczestnictwa w kosztach związanych z powstaniem tej kapliczki. Poświęcenie kapliczki, które odbyło się 20 października było także okazją, by uroczyście podziękować wszystkim zaangażowanym w tę sprawę osobom.

Trzeba jednak podkreślić, że głównym inicjatorem powstania kapliczek – zarówno tej w Ochotnicy Górnej jak i w Sromowcach Niżnych jest Piotr Sukiennik członek Stowarzyszenia. To on prowadził pierwsze rozmowy i zarażał tą ideą wymienione wcześniej osoby. On także jest nie tylko wykonawcą obu kapliczek, ale przede wszystkim ich pomysłodawcą i projektantem.

– Pomysł na kapliczkę najpierw rodzi się w mojej głowie, dopiero potem powstaje w naturze.

Piotr Sukiennik tłumaczy także, dlaczego ostatnia z kapliczek ma dla niego szczególne symboliczne znaczenie.

– Charakterystycznym jest, że znajduje się ona na rozwidleniu szlaków. Św. Joanna w swym życiu dokonywała niełatwych wyborów szczególnie jeśli chodzi o jej życiowe powołanie. To, że kapliczka stoi na rozwidleniu dróg jest symboliczne, bo według mnie św. Joanna jest wspaniałą patronką tych, którzy stoją na rozdrożu w swym życiu i nie wiedzą, którą drogą pójść. Jest patronką rozeznania, przewodniczką w dokonywaniu wyborów zgodnie z Bożą wolą – mówi.

– Kult Św. Joanny, który propagujemy to zupełnie inne patrzenie na kontakt ze świętymi. Nie jest on sformalizowany, naznaczony egocentrycznym pragmatyzmem: święty musi nam się do czegoś przydać więc zwracamy się do niego, bo będziemy mieli z tego jakiś pożytek. Zupełnie nie tak. Budujemy ze świętym relację, poznajemy jego pasje, życie, odwiedzamy miejsca z nim związane, po prostu rozmawiamy. Wierzymy, że z kolei on porozmawia o nas z Bogiem – podsumowuje ks. Piotr Gąsior.

Justyna Walicka | Archidiecezja Krakowska

Święci i błogosławieni w tygodniu

NIEDZIELNA EUCHARYSTIA – 6.30, 8.00, 9.30 – dla młodzieży, 11.00 – rodzinna, z dziećmi, 12.30, 16.00, 19.00, poniedziałek - sobota – 7.00, 7.30, 18.00.

Kancelaria (tel. 126452342) czynna (oprócz I piątku i świąt): godz. 8-9 i 16-17.30 (oprócz sobót)

Redakcja „Wzgórza w Blasku Miłosierdzia”: Władysław Wyka red. nacz.,

Wydaje: Parafialny Oddział Akcji Katolickiej nr 1 Archidiecezji Krakowskiej

- Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach 1a,

Nr k. bank – 08 1240 2294 1111 0000 3723 9378, tel.; 0-12-645-23-42.

NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:

strona internetowa parafii:

www.wzgorza.diecezja.krakow.pl

oraz milosirdzia-parafia.pl - PO Akcji Katolickiej

adres parafii:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.,

strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl

adres gazetki:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.