Wzgórza w blasku miłosierdzia

 

         8/647                   -                25 lutego 2018 R.B.

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA „WZGÓRZA W BLASKU MIŁOSIERDZIA”

„Błogosławieni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią”

 

 

25 lutego 2018

 

II Niedziela

 

Wielkiego Postu

 

2

 

Wielu z nas pragnie stać się kimś innym; stosuje specjalne diety i ćwiczenia, by mieć taką sylwetkę jak ten sławny piłkarz, kupuje coraz to lepsze kremy, by mieć cerę tak nieskazitelną jak ta najpiękniejsza aktorka… wszystko po to by nie pokazać kim się jest na prawdę. Wciąż udajemy kogoś innego, wciąż jesteśmy niezadowoleni, że nasze życie nie jest takie idealne, że nam się nie udało.

Bóg dostrzegł te zabiegi człowieka, dlatego przez Kościół daje mu trzy specjalne narzędzia: post, modlitwę i jałmużnę.

Modlitwę po to, byśmy pojęli sercem, że celem naszego życia jest Bóg, który zakochał się w człowieku.

Jałmużnę po to, byśmy na drodze swego życia dostrzegli i pokochali innych wędrowców w drodze do Ojca.

Post po to, byśmy za płaszczem przyzwyczajeń i nałogów, za stertą masek jakie zakładamy przed ludźmi i przed sobą, zobaczyli jacy jesteśmy naprawdę.

Przepraszajmy naszego Ojca, który jest w niebie za to, że nie potrafimy zakochać się w sobie tak jak On zakochał się w nas.    

 

4

 

W dzisiejszym numerze:

- Ku pełni człowieczeństwa
- Sumienie z książeczki?
- Próba
- Ofiara
- Zachęta do rozeznania
- Modlitwa przeciw złym myślom i pokusom
- Święci i błogosławieni w tygodniu.

 

 

6

 

Ku pełni człowieczeństwa

 

Katecheta długo się mozolił, by wytłumaczyć młodzieży wielkość powołania chrześcijanina, który ma mieć udział w bóstwie Chrystusa. Uczestnicy katechezy słuchali z uwagą, ale nie akceptowali tego, co słyszeli. Kiedy zostali dopuszczeni do głosu, w stronę zaskoczonego katechety ruszyła lawina zarzutów i ostrej krytyki. „Po co nam ksiądz mówi takie wielkie słowa. To nie ma nic wspólnego z życiem. Co nas obchodzi jakieś „przebóstwienie”, skoro nas nie stać nawet na to, by jeden dzień od rana do wieczora być dobrym człowiekiem. Takie wzniosłe ideały to nie dla nas i nie zamierzamy tego więcej słuchać”.

Katecheta w pierwszym odruchu samoobrony gotów był zarzucić swoim słuchaczom ateizm. Skoro nie chcą słuchać o tym, co piękne i Boże, a wielkie ideały odstawiają do kąta, co wspólnego mają jeszcze z chrześcijaństwem? Rozstali się w atmosferze pełnej napięcia. Katecheta wracał do domu z poczuciem poniesionej klęski. Na plebani zrelacjonował całe wydarzenie. Mądry proboszcz słuchał uważnie i z uśmiechem podsumował: „Popełnił ksiądz błąd, chcąc wyprowadzić na Tabor wszystkich uczestników katechezy, podczas gdy sam Chrystus z dwunastu wybrał jedynie trzech. Tabor jest dla wybranych. Cieszę się, że młodzi parafianie mówią jasno to, co myślą. Oni są blisko Ewangelii. Musicie się dogadać”.

Tydzień trwało zmaganie katechety. Przeprowadził dodatkowo jeszcze trzy rozmowy z doświadczonymi pedagogami. Wreszcie zrozumiał, że to, czego pragną katechizowani, jest właśnie dokładnie tym samym, co on chciał im ukazać, a nieporozumienie polegało na braku uzgodnienia punktu wyjścia.

Młodzi ludzie byli gotowi podjąć rozmowę na temat ratowania siebie w świecie rozpadu wielkich wartości. Interesowała ich odpowiedź na pytanie: co robić, aby być lepszym. Ksiądz mówił o ideale tak wzniosłym, że w ich oczach stawał się on nierealny. Co tu mówić o możliwościach przebóstwienia, skoro na co dzień sto razy łatwiej spotkać człowieka upodlonego przez alkohol, narkotyki, seks, chciwość, brutalność, niż promieniującego wiarą, modlitwą, miłością. Poprzeczka została ustawiona zbyt wysoko.

Ksiądz faktycznie zapomniał o tym, że Apostołowie na Taborze wcale nie zostali przemienieni. Jedynie Chrystus na krótką chwilę objawił blask swego bóstwa. Przemawiający tam Ojciec Niebieski również nie wzywał Apostołów do przemienienia, tylko do posłuszeństwa swemu Synowi. A kiedy Piotr, Jakub i Jan wracali z góry przemienienia, Jezus zobowiązał ich do zachowania ścisłej tajemnicy, aż do Jego zmartwychwstania. Tabor więcej się nie powtórzył. Błyszczy on na firmamencie Ewangelii jak gwiazda polarna, wskazując kierunek najgłębszych ludzkich pragnień.

W pewnym sensie młodym ludziom łatwiej niż starszym dostrzec sens chrześcijańskiej religii. Sami bowiem przeżywają proces przechodzenia ze świata dziecka w świat dorosłego człowieka. Młodość to czas kształtowania z chłopca mężczyzny, a z dziewczynki kobiety. To jest autentyczna przemiana. Proces niełatwy, ale innej drogi do dojrzałości nie ma.

Wielu chrześcijan zbyt wcześnie rezygnuje z dalszego rozwoju. Po osiągnięciu biologicznej dojrzałości już nie zabiegają o przemianę serca, tak by było ono zdolne kochać Boga, ludzi i świat. Tymczasem jedynie to przemienienie jest w stanie otworzyć przed nami perspektywę lepszego życia i stworzenia nowego, lepszego świata. Tak też zaplanował proces dojrzewania człowieka sam Stwórca. W chrześcijańskiej religii przebóstwić, znaczy to samo, co uczłowieczyć. W Chrystusie Bóg jest człowiekiem i człowiek jest Bogiem. Tajemnica to wielka. Bez niej jednak życie nasze byłoby całkowicie zamknięte w doczesności. To ona umożliwia nam wzrost w stronę wieczności. Podejmując wysiłek stawania się lepszymi, wychodzimy naprzeciw Boga, który pragnie nam w tym pomagać swą przemieniającą obecnością.               

Ks. Edward Staniek

 

7

 

Sumienie z książeczki?

 

Sanktuarium sumienia nie jest miejscem spotkania z grzechem. Jest miejscem spotkania z Bogiem.

Konfesjonał nie gryzie. Spowiednik niekiedy (choć gryzący rzadkim bywa okazem). Gryzie sumienie. Choć z tą funkcją mogą być wielorakie kłopoty.

Nazywane bywa sanktuarium. Czyli miejscem świętym. Jakoś trudno wyobrazić sobie, by miejsce przebywania z Bogiem sam na sam, miało być salą tortur. Dlatego warto szukać innego, bardziej trafnego sformułowania. Jeśli Bóg, to światło. Nie tyle oślepiające (po co Bogu ktoś, kto nie będzie w stanie zobaczyć), co rozjaśniające. Jak paschał w noc Zmartwychwstania, niczym starotestamentalny słup ognia, prowadzi w ciemności. Owszem, dookoła pozostają ciemności. Ale dzięki światłu – jak śpiewamy z jednym z kanonów z Taize – ta ciemność nie jest ciemna, a noc jak dzień zajaśnieje. W praktyce znaczy to tyle, że sumienie nie tylko wskazuje na grzechy. Jeszcze bardziej wskazuje na Tego, który z grzechu wyzwala, oczyszcza w wodzie Miłosierdzia, prowadzi na zielone pastwiska.

Tu pojawia się kolejny problem. Jak to jest – słyszę pytania – że jeden, napluwszy bliźniemu w twarz, widzi swoją winę, przeprasza, naprawia, prosi Boga i bliźniego o przebaczenie, inny zaś śmieje się mówiąc: deszcz pada. Sanktuarium z defektem czy jego właściciel?

W prasie włoskiej ukazała się informacja o tabernakulum, znalezionym po kilkunastu miesiącach pod gruzami kościoła w Arquata. Hostie znajdowały się w stanie nienaruszonym. Podobnie może być z sumieniem. Przychodzi trzęsienie ziemi. Czytaj: bolesne wydarzenia, młodzieńczy bunt, niedojrzałość czy zwykłe lenistwo. Walą się mury, zasypują drzwi, ale Bóg jest w środku. Czeka. Jeden zakasuje ręce i bierze się do roboty. Inny potrzebuje ratowników. Bywa, że wejście odsłania się samo po kolejnym kataklizmie.

Skoro czytasz ten tekst można śmiało zakładać, że wejście do twojego sanktuarium nie jest zasypane. Wchodzimy zatem do środka i… czeka nas niespodzianka. Odkrywamy, że sanktuarium sumienia nie jest miejscem spotkania z grzechem. Jest miejscem spotkania z Bogiem. On zna nasze możliwości, wie, co kryje się w naszych sercach. Wie także, co w danym momencie jest dla nas najlepsze. Pokaże nam tyle, ile jesteśmy w stanie znieść. Nie włoży ciężaru ponad siły. Święty Jan Bosko powiedział kiedyś swoim wychowankom: „gdyby Bóg w jednym momencie pokazał nam wszystkie grzechy, jakie popełniliśmy, umarlibyśmy z przerażenia”. Na szczęście jest świetnym pedagogiem. Zna możliwości swego dziecka.

Podczas studiów obserwowałem zdających przede mną kolegów. Zdarzał się profesor niezainteresowany wyrecytowaniem zapamiętanej podczas wykładów wiedzy. Proponował wówczas luźna rozmowę, podczas której można było wykazać się nie tylko pamięcią. Bardziej zrozumieniem, umiejętnością dialogu, formułowaniem wniosków, szukaniem słabych punktów. Co wcale nie znaczyło, że robienie na wykładach notatek i trud ich kilkakrotnego czytania, były czasem straconym. Przeciwnie, dawały świetny punkt wyjścia. Oczywiście jedni z szansy korzystali, inni, stosujący tak zwaną perypatetycką metodę utrwalania wiedzy, czuli się zagubieni.

Rozmowa z Panem Bogiem w sanktuarium sumienia co prawda egzaminem nie jest, ale trzymane w rękach notatki mogą temu dialogowi w poważny sposób zaszkodzić. Trochę jak z tym mało rozgarniętym uczniem. Mistrz wskazywał palcem słońce, on patrzył na palec.

Wbrew rozpowszechnionej praktyce wchodzenie do sanktuarium sumienia jedynie w trakcie przygotowania do spowiedzi nie jest zbyt szczęśliwym rozwiązaniem. Uzasadnienia należy szukać wyżej, w drugim akapicie. Światło i droga. „Kładę przed tobą dobro i zło, życie i śmierć. Wybieraj…” Sumienie jest przede wszystkim miejscem, gdzie Bóg pozwala nam rozpoznać i wybrać. To jest pierwsze i najważniejsze zadanie sumienia. Jeśli nie nauczymy się tego, będziemy brnąć w te same wciąż grzechy, a Bóg z miłosiernego Ojca przeobrazi się w czyhającego na nasze potknięcia sędziego.

 

8

 

Próba

 

To jedna z tych historii, które szokują, prowokują, budzą niezgodę, chociaż z góry wiadomo, że wszystko dobrze się skończy. Abraham milczy. Czy to na pewno ten sam człowiek, który chwilę wcześniej odważnie targował się z Bogiem o los mieszkańców Sodomy? Wygląda na to, że życie obcych ludzi było dla niego ważniejsze niż życie własnego syna, jedynaka, na którego czekał tyle lat. No bo dlaczego teraz się nie targuje? Oniemiał ze strachu? Jest tchórzliwy i niespójny, jak to już nieraz się zdarzało? A może ma w sobie cierpliwość i prostotę Hioba – „Dał Pan i zabrał Pan. Niech imię Pana będzie błogosławione” ? Abraham najprawdopodobniej czuje, że Bóg nie pozwoli na to, by zło zwyciężyło, bo przecież „nie może się zaprzeć siebie samego”.

Dzięki próbie człowiek poznaje siebie, ale przede wszystkim poznaje Boga, który nie odwołuje danych obietnic. Abraham ma ostateczny dowód, że Pan nie jest okrutnikiem, który gra z człowiekiem w jakąś niezrozumiałą grę. Widzi Jego dobroć w baranku, którego przygotował na ofiarę.

Tak jak w życiu Abrahama, tak i w naszym Bóg nie rezygnuje ze swojej hojności. Jego Syn, ofiarowany za nas Baranek, jest tego najlepszym dowodem. „On, który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał, jakże miałby także wraz z Nim wszyst- kiego nam nie darować?”.

Rafał Wędzicki OP

 

9

 

Ofiara

 

Wykładnikiem religijności człowieka jest głębia jego modlitwy oraz zdolność do składnia Bogu ofiary. O tym przypomina Kościół na początku Wielkiego Postu. Ewangelia prowadzi nas na górę Tabor, byśmy mogli przeżyć tajemnicę przemienienia. Dokonało się ono, jak to wyraźnie zaznacza św. Łukasz, w modlitwie. Nic tak nie przemienia człowieka jak modlitwa, czyli bezpośrednie podłączenie serca do Boga.

Równocześnie Kościół prowadzi nas na inną górę — Moria, i każe uczestniczyć w ofierze, jaką Abraham składa Bogu. To zadziwiające, jak wiele musiał przeżyć ten kochający ojciec. Aż trudno uwierzyć, że jego stare serce, liczył już ponad sto lat, potrafiło to wytrzymać i nie pękło z bólu. Podróż na miejsce ofiary trwała trzy dni, sam buduje ołtarz, i sam składa ofiarę. Stać go było na oddanie Bogu tego, co miał najcenniejszego. Syna otrzymał od Boga i Bogu oddaje syna. To trzeba dokładnie rozważyć. O co chodziło w tej ofierze?

W modlitwie człowiek nawiązuje łączność z Bogiem. To wielkie wydarzenie. Chodzi o podłączenie serca tak, jak podłącza się żarówkę do elektrycznego prądu. Boża energia płynie przez nie, zamieniając się albo w światło, i wówczas serce promieniuje szczęściem, albo w ciepło, i wówczas serce się spala, nierzadko w sposób bardzo bolesny (modlitwa w Getsemani). W modlitwie tym, który działa, jest przede wszystkim Bóg, to Jego energia przemienia człowieka.

Ofiara natomiast to przede wszystkim dzieło człowieka. Polega ona na decyzji, która zmierza do rezygnacji z dobra na rzecz większego dobra. Dobro posiadane cenimy jednak zawsze znacznie więcej niż dobro, które możemy otrzymać. To, które mamy, jest nasze, a obiecane do nas jeszcze nie należy. Otóż w ofierze człowiek jest w stanie dla Boga zrezygnować nawet z największych i najbardziej umiłowanych dóbr, jakie posiada. W tym geście bowiem wyraża dwie uznawane przez siebie prawdy. Pierwsza, że Boga kocha ponad wszystko; druga, że stać go na oddanie nawet najbardziej uszczęśliwiającego go dobra. Rzecz jasna, że ofiara musi być Bogu miła, a jest taką wyłącznie wówczas, gdy się zgadza z Jego wolą. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że o wierze człowieka świadczy nie tyle jego modlitwa, bo w niej łatwo o złudzenie, lecz właśnie gotowość do złożenia ofiary.

Ofiara właściwie pojęta nigdy nie jest stratą. Zawsze w niej człowiek tysiące razy więcej zyskuje, niż traci. To jest tajemnica ofiary. Jakże często ci, którzy w duchu ofiary zdołali przyjąć utratę swoich najbliższych — męża, żony, dziecka, po miesiącach, a czasem latach, dochodzą do wniosku, że ta utrata była dla nich błogosławiona. Bywa, że odwołują się do Abrahama twierdząc, iż go rozumieją i w bólu składanej ofiary, i w szczęściu po dokonanej ofierze.

Ofiara oto drugie pojęcie zatarte w świadomości człowieka naszego wieku. Jej miejsce zajęło pojęcie „straty”. Tymczasem pojęcie ofiary stanowi drugą pieczęć zamykającą Biblię. Kto go nie rozumie, kto nie umie składać Bogu ofiary, ten nigdy nic z Pisma Świętego nie zrozumie. Jeśli stwierdzi, że coś rozumie, to tylko mu się wydaje, że rozumie.

Jakże wielką wartością w oczach Boga musi być ofiara, skoro zgodził się na to, by Jego umiłowany Syn taką Ofiarę złożył sam z siebie na Golgocie, i nie zesłał zastępczego baranka, tak jak to uczynił ratując życie Izaaka.

Ofiary trzeba się uczyć, a jest to bardzo trudna umiejętność. Ten, kto umie ją składać, wędruje drogą niezwykłego ubogacenia. Nurt współczesnego świata płynie jednak w odwrotnym kierunku. Wszystko zmierza do roztoczenia przed ludźmi mirażu możliwości życia bez ofiary. Jest to jazda wygodną autostradą, która prowadzi donikąd. Sama przyjemność jazdy jest jej celem. Czy jednak warto stracić życie dla samej przyjemności życia? A co mogą powiedzieć ci, których życie nie ma nic wspólnego z przyjemnością — chorzy, kalecy, obciążeni odpowiedzialnością za innych... Nic też dziwnego, że właśnie oni łatwiej uczą się składania ofiary, niż ci pędzący wygodną autostradą.

Czas od Środy Popielcowej to wezwanie do udoskonalenia naszych umiejętności składania ofiary. Bez nich bowiem podejście w Wielki Piątek pod krzyż Syna Bożego będzie tylko turystyczną wycieczką na Golgotę. Warto wtedy wziąć aparat fotograficzny, by zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie między skazańcami. Serce bowiem niezdolne do składania ofiary, nic z bogactwa Kalwarii nie skorzysta.

Ks. Edward Staniek

 

10

 

Zachęta do rozeznania

 

Czy adhortacja "Amoris laetitia" papieża Franciszka jest sprzeczna z nauczaniem przedstawionym przez Jana Pawła II w "Familiaris consortio" i prowadzi - jak uważają niektórzy - do podziału w Kościele?

Stephan Ernst

W posynodalnej adhortacji Amoris laetitia papież Franciszek, mając na względzie sytuacje nieregularne, a więc takie, w których partnerzy żyją ze sobą bez ślubu lub mają tylko ślub cywilny, stwierdza: „Kościół dysponuje solidną refleksją na temat uwarunkowań i okoliczności łagodzących. Dlatego nie można powiedzieć, że wszyscy, którzy są w sytuacji tak zwanej »nieregularnej«, żyją w stanie grzechu śmiertelnego, pozbawieni łaski uświęcającej”. A trochę dalej zauważa: „Ze względu na uwarunkowania i czynniki łagodzące możliwe jest, że pośród pewnej obiektywnej sytuacji grzechu osoba, która nie jest subiektywnie winna albo nie jest w pełni winna, może żyć w łasce Bożej, może kochać, a także może wzrastać w życiu łaski i miłości, otrzymując w tym celu pomoc Kościoła”.

Należy zatem uwzględnić życzenie papieża, by nie oceniać stopnia subiektywnej winy moralnej oraz stanu łaski uświęcającej w sposób jednoznaczny, ale brać pod uwagę okoliczności. Papież wymienia przy tym trzy różne powody, które zmniejszają winę. Pierwszy z nich wiąże się z tym, że ktoś może nie znać jakiejś normy. Drugi odnosi się do sytuacji, gdy ktoś wprawdzie zna normę, ale ma problem ze zrozumieniem jej wartości. Trzecią możliwość zmniejszonej winy papież widzi w tym, że ktoś zna wprawdzie normę i rozumie jej wartość, ale znajduje się w sytuacji życiowej niepozwalającej mu na jej spełnienie bez równoczesnego zaciągnięcia nowej winy. Zwłaszcza ten ostatni przypadek papież ma najprawdopodobniej na myśli, skoro dodaje, że także ojcowie synodalni byli zdania, iż „mogą istnieć czynniki, które ograniczają zdolność podejmowania decyzji”. Należy uznać, że papież miał tu na względzie sytuację osób rozwiedzionych, których małżeństwo zostało nieodwracalnie rozbite i którzy w nowych związkach chcą być wierni podjętym zobowiązaniom.

Świadomość słabości

Mówiąc o okolicznościach, które mogą wpłynąć na zmniejszenie winy osób żyjących w sytuacjach nieregularnych, papież wpierw powołuje się na Świętego Tomasza z Akwinu. Wykazał on, że może mieć miejsce sytuacja, gdy ludzie mający łaskę i miłość nie są w stanie dobrze realizować określonych cnót. Zdarza się bowiem, że ktoś ma wszystkie wlane cnoty moralne (wiara, nadzieja, miłość – przyp. red.), jednak nie może wypełnić jednej z nich. Franciszek powołuje się też na Katechizm Kościoła katolickiego i przywołuje fragment dotyczący wolności i odpowiedzialności człowieka, w którym zwraca się uwagę, że „poczytalność i odpowiedzialność za działanie mogą zostać zmniejszone, a nawet zniesione, na skutek niewiedzy, nieuwagi, przymusu, strachu, przyzwyczajeń, nieopanowanych uczuć oraz innych czynników psychicznych lub społecznych”. Następnie papież odnosi się do fragmentu Katechizmu traktującego o samogwałcie, gdzie stwierdza się, że „dla wyważonego osądu takich czynów i moralnej odpowiedzialności ich sprawcy uwzględnić należy emocjonalną niedojrzałość, siłę utrwalonych przyzwyczajeń, stany lękowe i inne psychiczne i społeczne czynniki, które zmniejszają, a nawet redukują do minimum winę moralną”.

Wychodząc zatem od winy, którą zmniejszają konkretne uwarunkowania i okoliczności, papież zauważa, że Kościół w styczności z takimi sytuacjami musi w większym stopniu uwzględniać ludzkie sumienie, które może uznać nie tylko to, że dana sytuacja nie odpowiada obiektywnie ogólnym postanowieniom Ewangelii, ale może także „odkryć z jakąś pewnością moralną, że jest to dar, jakiego wymaga sam Bóg pośród konkretnej złożoności ograniczeń, chociaż nie jest to jeszcze w pełni obiektywny ideał”.

W ósmym rozdziale adhortacji papież pisze, że choć Kościół rozumie, iż „każde zerwanie małżeństwa jest sprzeczne z wolą Boga, to ma również świadomość słabości wielu swoich dzieci”. Dlatego „zwraca się z miłością do tych, którzy uczestniczą w Jego życiu w sposób niepełny, uznając, że łaska Boga działa również w ich życiu, dając im odwagę do czynienia dobra, troszczenia się z miłością jedno o drugie i służenia wspólnocie, w której żyją i pracują”. Papież przyznaje, że „inne formy związków sprzeciwiają się zasadniczo ideałowi małżeństwa chrześcijańskiego”, uważa jednak, że „niektóre z nich realizują go przynajmniej częściowo i analogicznie”. Franciszek mówi też o „logice integracji”, która powinna polegać na duszpasterskim towarzyszeniu ludziom w sytuacjach nieregularnych.

Zarzuty, sprzeciw i krytyka

Wypowiedzi papieża nie pozostały bez echa i spotkały się ze sprzeciwem. Niemiecki filozof Robert Spaemann w wywiadzie udzielonym 28 kwietnia 2016 roku uznał punkt 305. adhortacji, mówiący o tym, że wierni znajdujący się w obiektywnej sytuacji grzechu z powodu czynników łagodzących mogą być dopuszczeni do sakramentów, za niezgodny z nauczaniem Kościoła i pozostający w sprzeczności z adhortacją Familiaris consortio Jana Pawła II. Adhortacja Amoris laetitia papieża Franciszka nie stanowi zatem – jak zauważył kardynał Walter Kasper – etapu rozwoju w stosunku do Familiaris consortio, lecz przynosi zerwanie z dotychczasowym nauczaniem antropologicznym i teologicznym o małżeństwie i rodzinie oraz o ludzkiej seksualności. (...)

(...)

Stephan Ernst - ur. 1956, studiował teologię, filozofię, pedagogikę i muzykologię, od 1999 roku jest profesorem teologii moralnej na Uniwersytecie w Würzburgu.

 

 

11

 

Modlitwa przeciw złym myślom i pokusom

 

Gdy czuję się zagubiony i bezradny...

O, Panie, Boże mój, nie odwracaj się ode mnie;

Boże mój, bądź moją pomocą, ponieważ nawiedzają mnie

rożne myśli i wielki strach ogarnia moją duszę.

Pan mówi:

"Pójdę przed tobą i pokonam wielkich tej ziemi.

Otworzę drzwi więzienia i objawię ci największe tajemnice."

O, Panie, uczyń jak mówisz, a każda niegodziwa myśl niech ucieka przed Tobą.

Tyś moją nadzieją. Tyś moja jedyną pociechą.

We wszystkich niebezpieczeństwach moja ochroną jest ufność w Tobie złożona.

Wzywam Cię z głębi serca i czekam cierpliwie

na Twoją pociechę.

Amen.

 

 

12 

 

Święci i błogosławieni w tygodniu

 

NIEDZIELNA EUCHARYSTIA – 6.30, 8.00, 9.30 – dla młodzieży, 11.00 – rodzinna, z dziećmi, 12.30, 16.00, 19.00, poniedziałek - sobota – 7.00, 7.30, 18.00.

Kancelaria (tel. 126452342) czynna (oprócz I piątku i świąt): godz. 8-9 i 16-17.30 (oprócz sobót)

Redakcja „Wzgórza w Blasku Miłosierdzia”: Władysław Wyka red. nacz.,

Wydaje: Parafialny Oddział Akcji Katolickiej nr 1 Archidiecezji Krakowskiej

- Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach 1a,

Nr k. bank – 08 1240 2294 1111 0000 3723 9378, tel.; 0-12-645-23-42.

NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:

strona internetowa parafii:

www.wzgorza.diecezja.krakow.pl

oraz milosirdzia-parafia.pl - PO Akcji Katolickiej

adres parafii:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.,

strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl

adres gazetki:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.