Wzgórza w blasku miłosierdzia

 

         14/652                   -                1 kwietnia 2018 R.B.

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA „WZGÓRZA W BLASKU MIŁOSIERDZIA”

„Błogosławieni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią”

 

10

 

Niedziela

Zmartwychwstania Pańskiego

 

13

 

Do grobu idą kobiety ze swoją miłością, z ostatnimi gestami wobec ciała Zmarłego.

Ale grób jest pusty.

Przerażone, już nie idą, ale biegną do uczniów, opowiedzieć o tym, co zobaczyły.

Potem biegną uczniowie i też stają wobec tajemnicy pustego grobu.

Ktoś słusznie zauważył, że od momentu Zmartwychwstania Kościół nabiera nowej prędkości.

A wydarzenie paschalne całkowicie nas zmienia.

 

 

8

 

 

Drogim Parafianom i Gościom

składamy serdeczne życzenia świąteczne:

Niech poranek Wielkanocy napełni Wasze serca

radością i pokojem,

a zmartwychwstały Chrystus

przyniesie wszystkim obfitość duchowych darów potrzebnych do osobistego uświęcenia.

Niechaj zabrzmi radosne Alleluja!

 

Życzy ks. Proboszcz Jan Abrahamowicz

wraz z Księżmi Współpracownikami

 

 

15

 

 

W sobotę wieczorem…

Po zapadnięciu zmroku rozpoczyna się

uroczysta liturgia Wigilii Paschalnej.

Należy już ona do Niedzieli Zmartwychwstania Pańskiego.

Tym samym otwiera ona pięćdziesięciodniowy

okres wielkanocnej radości.

 

 

7

 

 

W dzisiejszym numerze:

- Ja nie byłam w kościele, bo u nas były święta...
- Jezus jest Panem
- Zwycięzca śmierci
- Gdy jeszcze było ciemno
- Dajmy sobie czas
- Święci i błogosławieni w tygodniu.
 
 
 
18
 
 

Ja nie byłam w kościele, bo u nas były święta...

 

Dzisiaj narzekamy, że połowa ludzi nie chodzi do kościoła, dzieci też chodzi niewiele. Często mówią: „Mamo, nie idę do kościoła, nie idę na religię”. A jak trochę starsze: „To moja prywatna sprawa! Ty mi się w to nie wtrącaj!”. Chłopak lub dziewczyna czternasto-, piętnastoletni mają czelność powiedzieć matce lub tatusiowi: „To jest moja prywatna sprawa”. A może będzie jego prywatną sprawą także jedzenie, mieszkanie, ubieranie się, proszę bardzo, załatwiaj sobie sam. Przecież rodzice, ochrzciwszy dziecko, biorą na siebie odpowiedzialność, że wychowają je na chrześcijanina.

Pamiętam, że u nas w domu tego, co tata powiedział, nie poddawało się żadnej dyskusji. Nie wyobrażam sobie, żeby rodzonemu ojcu powiedzieć: „Nie”. Tata powiedział, to amen. Z mamusią jeszcze można było negocjować.

Tak samo i tutaj musimy poddać się pewnym prawom. Jesteśmy w Kościele, w tej wspólnocie, i jeżeli nie jest to nam narzucone, lecz uwierzymy miłości, to idąc na mszę, przychodzę do kogoś, kto mnie kocha. Ważne jest przypominanie, że Jezus nas kocha — Zmartwychwstały, który jest obecny w Piśmie, w Eucharystii, w ludziach.

A jeżeli dziecko małe nic nie rozumie, nie wie, dlaczego się wstaje, dlaczego się siada, dlaczego się klęka, nie wie, co ksiądz mówi, nie rozumie kazania, nie rozumie słów śpiewanych pieśni i każą mu siedzieć cichutko, to nudzi się i zmuszanie go do tego powinno być karane. Powinniśmy wytłumaczyć dziecku, że jest tu Ktoś, Kto go kocha, a dziecko małe uwierzy prędzej, jeśli najpierw dowie się o miłości, a nie o nienawiści.

Kiedyś byłem z wizytą i siedzimy wieczorem, rozmawiamy, a mały Jasio poprosił, żebyśmy odmówili teraz pacierz, wszyscy, „razem z księdzem”. Nie ksiądz, ale sześcioletni Jasio poprosił i klęknęliśmy do pacierza. Innym razem — dzieci miały religię jeszcze przy parafii — żegnamy się, bo się gdzieś spieszyłem, a mała Monika dopytuje: „A do kościoła?”. Wszyscy więc poszliśmy do kościoła. Tutaj opowiadali, że mała dziewczynka przyszła z drugą do kościoła i ta mądrzejsza tłumaczyła: „O, tu Pan Jezus. Widzisz, jak Go prowadzą?”.

To jest życie. A niektórzy z niego rezygnują, bo „czarni się czepiają”, albo bo „po czerwonej mamy czarną ideologię”. Czasem jest msza św., ale tak od przypadku do przypadku, raz przyjdę, raz nie przyjdę. Nowy ksiądz przyszedł do parafii podwarszawskiej, chodzi po kolędzie i słyszy: „Tak raz, dwa razy w miesiącu jesteśmy w kościele, tak nam wystarcza”. A ksiądz uśmiechnięty mówi: „To zbierzcie trzydzieści osób i załóżcie Kościół, zarejestrujcie go w urzędzie i ułóżcie sobie takie przykazanie, że raz na dwa tygodnie chodzimy do kościoła, bo w Kościele katolickim w każdą niedzielę jest się na mszy. W ten sposób święci się dzień święty. Jeśli chcecie inaczej, to bardzo proszę, ale to nie jest już w pełni Kościół katolicki”.

Pani katechetka pyta dzieci, jak tam święta i czy były na Mszy a jedna dziewczynka odpowiada: „Ja nie byłam w kościele, bo u nas były święta”. Poproszono księdza do chorej osoby, ale tak późno, że zanim ksiądz przyszedł, to tan pan umarł. Kapłan go namaścił i rozgrzeszył warunkowo. Zwrócił też rodzinie uwagę: „Słuchacie, trzeba było wcześniej, wiedzieliście, co się dzieje”.

Innym razem pani domu odpowiada: „Na górze leży nasza krewna, starsza osoba, słabo się czuje, to może ksiądz pójdzie do niej”. Poszedł, rzeczywiście była potrzeba, wyspowiadał, namaścił i mówi: „Proszę pani, proszę tam przygotować wszystko, a ja skoczę do kościoła i przyniosę jej Komunię św.” — „Niech się ksiądz nie fatyguje, jak mam tu opłatek z Bożego Narodzenia, odłamię kawałek, to ksiądz jej da”. Brak wiedzy o religii, a przecież pobożna kobieta...

Nas, księży, ciągle uczą: „Mówcie językiem zrozumiałym, bądźcie świadkami, żeby ludzie patrząc na was, rozmawiając z wami, widzieli, co sensowne, że Jezus to nie abstrakt, to nie jest tylko obrazeczek”. To za mało. To nie jest do dzisiejszego człowieka. Staramy się, jak możemy, jedni lepiej, inni gorzej, według możliwości, zaangażowania, łaski Bożej. Tak samo przekazujemy dalej. Tylu katolików, tylu wciąż w Kościele, a u wielu wciąż taka mała wiedza.

W blogu, który prowadzę, niewierzący atakują Kościół: „Co wy wiecie katolicy? Od kościołka, od opłatka do jajeczka, poza tym nic!”. Niestety, w wielu przypadkach mają rację, u wielu jest coś więcej, ale u wielu nie ma. Przemyślmy, jak czujemy religię, jak czujemy Chrystusa. Dobrze, że przyszedłem do kościoła, ale dobro trzeba robić dobrze, żeby ono dało sobie radę ze złem, które jest doskonale robione. Dzisiaj zło jest bardziej mądre i sprytne od tego zła robionego w czasach komunistycznych, które było bardziej toporne, łatwe do odkrycia. A dzisiaj wciska się na różne sposoby. Dawniej było wprost powiedziane: „Nie wolno”, a dzisiaj mówią: „Wolno, ale po co, nie wygłupiaj się”. Żyje się tak, jakby Boga nie było.

A na ogół narzekamy, że nie jest dobrze, coraz gorzej niekiedy. Dawniej trzymano mocno za buzię, była milicja, terror, ale rodzina mogła wypuścić córkę na ulicę o godzinie jedenastej w nocy i nic się jej nie stało. A dzisiaj wszystko wolno, ale broń Panie Boże od niebezpieczeństw, osiedla się zamyka, bandyci grasują tacy i owacy. Co to za wolność? A jak sobie narzucić, z miłości, pewne rygory, sposoby postępowania w oparciu o cotygodniową Mszę św., żeby jednak oblicze tej ziemi się naprawiało? Bóg daje łaskę, wykorzystujmy ją i to róbmy, co jest w naszej możliwości.

Leon Knabit OSB

 

 

 

19

 

Jezus jest Panem

 

Najkrótsze wyznanie wiary w czasach apostolskich brzmiało właśnie tak: „Jezus jest Panem”. W tych trzech słowach zawierała się prawda o Jego Boskości i o Jego zmartwychwstaniu.

Żeby zrozumieć znaczenie tych słów, trzeba się zagłębić w tradycję Ludu Bożego Starego Przymierza. Podobnie jak dla lepszego zrozumienia sensu męki, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa trzeba się odnieść do starotestamentalnych praktyk i nadziei paschalnych. W tym numerze nawiązuje do tego ks. prof. Waldemar Chrostowski.

Żydzi z zasady w ogóle nie wypowiadają Bożego imienia JHWH (Jahwe), żeby nie przekroczyć przykazania Dekalogu: „Nie będziesz wzywał Imienia Pana Boga swego do czczych rzeczy”. W czasach Chrystusa tylko arcykapłan, wchodząc z krwią ofiarną do miejsca Świętego Świętych, raz w roku wypowiadał to tajemnicze Imię. Kiedy pobożni Żydzi napotykali w Biblii słowo JHWH, zastępowali je zwykle słowami Elohim (Bóg) lub Adonai (Pan). Tak samo było w ich codziennych modlitwach i rozmowach. Tak też postąpił Jezus, wołając na Krzyżu: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił”. W transkrypcji greckiej utrwalono to jako Eloi, Eloi, lema sabachtani.

Kiedy ze względu na rozrastanie się diaspory żydowskiej w świecie w III w. przed Chrystusem żydowscy uczeni przetłumaczyli hebrajskie i aramejskie księgi Starego Testamentu na grekę, wtedy tam, gdzie Żydzi czytali Imię Boga jako Elohim, wpisano Theos (Bóg), tam zaś, gdzie czytali Adonai, wpisano Kyrios (Pan). Zgodnie z tym pierwszym tłumaczeniem, również nasze najnowsze tłumaczenia Biblii na język polski nie używają oryginalnego słowa JHWH, trzymając się bardziej ducha, niż litery Starego Przymierza. Najczęściej zastępują je słowem Pan. Ma to dla nas wielkie znaczenie, gdyż pomaga zauważyć ciągłość między objawieniem się Boga w Starym i Nowym Przymierzu.

Cały Nowy Testament znany jest nam tylko w zapisie greckim. Trudno więc dzisiaj odtworzyć, jak dokładnie brzmiały słowa wypowiadane przez apostołów i innych wyznawców do Chrystusa po Jego zmartwychwstaniu. Maria Magdalena, która jako pierwsza spotkała Zmartwychwstałego, myślała początkowo, że jest to ogrodnik. Dlatego jej słowa „Panie, jeśli ty Go zabrałeś…” należy rozumieć jako formułę grzecznościową (Adon) wobec kogoś, komu zlecono pieczę nad tym miejscem. Ale już wyznanie św. Tomasza „Pan mój i Bóg mój” ma znacznie głębsze znaczenie. Najprawdopodobniej w ustach Tomasza pojawiły się słowa: Adonai i Elohim, czyli te, którymi Żydzi zastępowali imię JHWH. Mamy więc do czynienia z bezpośrednim wyznaniem wiary, że Jezus jest Bogiem.

W tym samym znaczeniu słowa Kyrios (Pan) wielokrotnie używają szczególnie św. Jan i św. Paweł. Oni bowiem najbardziej przyczynili się do budowania pomostów między żydowskimi kodami kulturowymi a kulturą i filozofią grecką, która zdominowała sposób myślenia ówczesnego świata. Kiedy więc św. Paweł pisał w Liście do Rzymian: „Jeśli ustami swymi wyznasz, że Jezus jest Panem, i w sercu swym uwierzysz, że Bóg go wskrzesił z martwych – osiągniesz zbawienie” (Rz 10,9-10), to zawarł w tym najważniejsze dogmaty wiary pierwotnego Kościoła. Nie chodziło o zwyczajne panowanie Jezusa nad światem, ale o wyznanie, że On jest Bogiem i że ta prawda, niemieszcząca się ludzkim umyśle, została uwiarygodniona przez Jego zmartwychwstanie.

Nazywanie Chrystusa Zmartwychwstałego Panem (Adonai) wskazuje nie tylko na Jego Boskość, ale także na wypełnienie się Starego Przymierza, o czym mówi św. Piotr w dniu Pięćdziesiątnicy: „Niech więc cały dom Izraela wie z niewzruszona pewnością, że tego Jezusa, którego wyście ukrzyżowali, uczynił Bóg i Panem i Mesjaszem” (Dz 2,36). Zmartwychwstanie Chrystusa jako ostateczne uwiarygodnienie Jego Boskości, wyrażane w słowach „Jezus jest Panem”, potwierdza prawdziwość i sens Starego Testamentu. Sprawia, że nie tylko proroctwa i psalmy, ale także zawarte w Biblii zapisy z dziejów starożytnego Izraela traktujemy jako słowo Boże, a nie jako żydowski epos narodowy w rodzaju Iliady czy Odysei. Lektura Starego Testamentu ma dla nas religijny sens tylko dlatego, że Jezus jest Panem (Adonai). Bez tej prawdy nie byłoby też naszego szczególnego stosunku do narodu żydowskiego – o czym i my, i oni powinniśmy szczególnie w tym czasie pamiętać.

Niech to krótkie wyznanie: „Jezus jest Panem”, z którego tak wiele wynika, towarzyszy mam w tegoroczną Wielkanoc.

ks. Henryk Zieliński

 

 

 

20

 

Zwycięzca śmierci

 

W sercu człowieka wierzącego, stojącego przy pustym grobie Chrystusa, pojawia się uśmiech politowania nad wszystkimi mędrcami tego świata, którzy próbują w rakietach niosących śmierć dostrzec gwarancję ludzkiego szczęścia na ziemi. Twierdzenie, że bezpiecznie można żyć jedynie w cieniu broni niosącej zagładę, to wielkie złudzenie.

Gwarancją ludzkiego szczęścia może być tylko i wyłącznie pokonanie śmierci, wyciągnięcie z jej ręki śmiercionośnej kosy, a nigdy jej ostrzenie. Śmierć nie boi się rakiet. Wręcz przeciwnie, to one są jej narzędziem. Ludzie zrobili wszystko, by udoskonalić narzędzia, którymi posługuje się śmierć. Obecnie z niezwykłą łatwością potrafi ona w ciągu kilku sekund zamienić milionowe miasto w jedną zbiorową mogiłę. Nie będzie czasu nawet na akt żalu, na jedno słowo modlitwy zwróconej w stronę nieba.

Dyskusyjne są nasze osiągnięcia, ale udoskonalenie środków niosących śmierć nie podlega żadnej dyskusji. W tym punkcie jesteśmy prawie u szczytu osiągnięć ludzkości. Nie trudno zauważyć, że żyjemy przy dźwięku ostrzonej kosy śmierci. Mówią nam, że jest to melodia zapewniająca nasze bezpieczeństwo, nasze szczęście, a w rzeczywistości jest to dźwięk zapowiadający wielkie krwawe żniwa.

Gdzie zatem mamy szukać gwarancji szczęścia? Na pewno nie w ucieczce przed śmiercią. Jedyną sprawiedliwością na ziemi jest fakt, że nikt przed śmiercią nie ujdzie. Śmierć jest nieunikniona. Jeżeli nawet do nas nie przybędzie w rakiecie niosącej nuklearne pociski, to zjawi się, kiedy nastąpi defekt pracy mózgu lub serca, zapuka do nas w postaci groźnych wirusów czy bakterii, lub starczego wyczerpania organizmu.

Śmierć dysponuje wszystkimi środkami i jest nie do uniknięcia. Zatem wybawienie nie polega na ucieczce przed nią. A więc na czym? Na zmianie spojrzenia na śmierć, na umiejętności dostrzeżenia w kosie, którą ona niszczy ludzi, nie topora kata, który kładzie kres wszystkiemu, ale klucza otwierającego drogę do nowego życia. Takie spojrzenie na śmierć nadaje sens życiu doczesnemu, ukazując je jako wędrówkę w stronę nowego świata, który jest samym życiem.

Stojąc przy pustym grobie Chrystusa, trzeba dostrzec słabość wszystkich haseł o pokoju i bezpieczeństwie budowanym na wciąż doskonalonym potencjale zbrojnym. Trzeba odkryć, że jest tylko jedno jedyne rozwiązanie: osobiste spotkanie z Chrystusem zmartwychwstałym, który ma klucze śmierci i otchłani. On jeden bowiem potrafił wejść do grobu i potrafił z niego wyjść. On jeden zna sposób wydostania się z mogiły.

Nasze spotkanie ze śmiercią jest nieuniknione, ale jeżeli pójdziemy na jej spotkanie z Chrystusem, nie stracimy w niej swej tożsamości. Śmierć będzie tylko bramą, przejściem w nieutracalne życie, które rozpocznie się dopiero po niej.

Jest rzeczą zdumiewającą, że ludzkość, bezradna wobec śmierci, nie gromadzi się wokół jedynego Człowieka, który odniósł nad nią zwycięstwo. To znak jakiejś wielkiej ślepoty ducha.

Miliony ludzi poświęca życie na doskonalenie narzędzi śmierci, a jedynie nieliczni szukają Tego, kto jest w stanie od niej wybawić. Błogosławiony, kto przejrzał i dostrzegł Zwycięzcę śmierci, piekła i szatana. Spotkanie z Nim dokonuje się na płaszczyźnie wiary. Św. Tomasz Apostoł nie chciał uwierzyć, że Jezus pokonał śmierć. Jezus mu jasno powiedział: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”.  

Ks. Edward Staniek

 

 

 

11

 

Gdy jeszcze było ciemno

 

Miarą naszej miłości jest nasza tęsknota. To ona nie pozwala Marii Magdalenie czekać w ciemności i pustce nocy. Każe jej opuścić żałobę, żal i rozczarowanie, choć nie ma żadnych gwarancji, że spotka Pana. Gdyby nie ta tęsknota, nie wyruszyłaby w najważniejszą drogę swojego życia. Tęsknota Marii Magdaleny to dla mnie dowód, że Jezus nigdy dla niej nie umarł, choć przecież widziała Jego śmierć na własne oczy.

Kiedy więc szukamy znaków zmartwychwstania w nas samych, nie wolno nam gardzić tęsknotą, którą w sobie nosimy. Ona jest naszym pierwszym wyznaniem wiary, nieśmiałym znakiem światła Zmartwychwstałego, gdy wokół nas jest jeszcze ciemno.

Co ciekawe, Jezus nie zaspokaja natychmiast jej tęsknoty. Po pierwsze, pokazuje, że nie ma Go tam, gdzie Maria Magdalena Go szuka. Więc się nie przestrasz, gdy odkryjesz, że miejsca i ludzie, w których spodziewasz się Go spotkać, są puste. Zmartwychwstały zaskakuje zawsze nowością: „Oto czynię wszystko nowe” (Ap 21,5).

Po drugie, tęsknota za Jezusem popycha Marię Magdalenę do spotkania z braćmi. To dzięki nim jeszcze raz biegnie do pustego grobu. I dopiero wtedy spotyka Tajemniczego Ogrodnika. W poranek wielkanocny wypełnia się już obietnica Pana: „Gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje…”.

Tęsknota przeżywana w samotności nie prowadzi na spotkanie z Panem. Dlatego potrzebujemy braci i sióstr, potrzebujemy Kościoła, by nasza tęsknota za Bogiem nie przerodziła się w zbiór rozczarowań. Droga Marii Magdaleny, która się rozpoczęła, „gdy jeszcze było ciemno”, a skończyła spotkaniem w światłości, twarzą w twarz, niech się stanie drogą każdego z nas.

Jacek Szymczak OP - ur. 1979, dominikanin, duszpasterz akademicki, opiekun katechumenatu dorosłych. Mieszka w Gdańsku.

 

 

 

14

 

Dajmy sobie czas

 

Mateusz przedstawia nam jedno jedyne zmartwychwstanie w historii świata i dwie perspektywy jego przyjęcia – wierzących i pogan.

Ile zamieszania robią kobiety! Po rozmowie z aniołem biegną z entuzjazmem do zatrwożonych uczniów. Oni jeszcze nie wiedzą. Kobietom brak pewnie tchu, wyprzedzają się wzajemnie, może się śmieją? Chcą się podzielić dobrą wieścią. Ich wiara znalazła swoje wypełnienie.

Inaczej jest z żołnierzami. Są w drodze do miasta. Idą ciężkim krokiem, z niespokojnym sercem. Co z nimi będzie? Zadanie nie zostało wykonane, grób jest pusty. Może Go znajdą? Może da się jeszcze wszystko naprawić? Nie wiedzą, co robić, co myśleć. Potrzebują rady.

Jezus przychodzi w ciszy. Staje pewnie na wyzwolonej ziemi, która należy do Niego. Jak niegdyś Bóg przemawiał z całą mocą w delikatnym powiewie (1 Krl 19,12), tak zwycięski Chrystus staje przed niewiastami i mówi: „Witajcie!”.

Gdy zderzamy się z rzeczywistością, która przekracza nasze wyobrażenie, potrzebujemy czasu, aby ją zrozumieć. Unosimy wysoko brwi, z niedowierzaniem potrząsamy głową. Sprawdzamy, czy to, co zobaczyliśmy, jest prawdą. Narastająca radość spełnionej nadziei miesza się z lękiem, by nie doznać zawodu. Zmartwychwstanie Jezusa jak żadne inne wydarzenie zasługuje na takie zdumienie. Liturgia Kościoła odpowiada na nasze ograniczenia, bo nawet jako ludzie wiary potrzebu- jemy czasu, żeby nadążyć za tajemnicą ostatnich dni. Dlatego świętujemy oktawę wielkanocną, upewniając się wciąż, że grób jest pusty. Nie śpieszmy się. Dopóki nasze oczy nie ujrzą Zmartwychwstałego, będziemy Go spotykać każdego dnia w Eucharystii.

Krzysztof Kozioł OP - ur. 1984, dominikanin, duszpasterz młodzieży, mieszka w Warszawie.

 

 

 

Święci i błogosławieni w tygodniu

 

NIEDZIELNA EUCHARYSTIA – 6.30, 8.00, 9.30 – dla młodzieży, 11.00 – rodzinna, z dziećmi, 12.30, 16.00, 19.00, poniedziałek - sobota – 7.00, 7.30, 18.00.

Kancelaria (tel. 126452342) czynna (oprócz I piątku i świąt): godz. 8-9 i 16-17.30 (oprócz sobót)

Redakcja „Wzgórza w Blasku Miłosierdzia”: Władysław Wyka red. nacz.,

Wydaje: Parafialny Oddział Akcji Katolickiej nr 1 Archidiecezji Krakowskiej

- Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach 1a,

Nr k. bank – 08 1240 2294 1111 0000 3723 9378, tel.; 0-12-645-23-42.

NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:

strona internetowa parafii:

www.wzgorza.diecezja.krakow.pl

oraz milosirdzia-parafia.pl - PO Akcji Katolickiej

adres parafii:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.,

strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl

adres gazetki:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.